Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00045 008254 20650329 na godz. na dobę w sumie
Królowa Magnolii 2 - ebook/pdf
Królowa Magnolii 2 - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 468
Wydawca: Campidoglio Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-65900-20-3 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> literatura piękna
Porównaj ceny (książka, ebook (-15%), audiobook).

Królowa Magnolii to fantasy, jakiego jeszcze nie było. W drugiej części trylogii tak u ludzi, jak u elfów doszło do zdarzeń, które ani jednym, ani drugim nie mieściły się dotąd w głowach. Dokąd młodą królową zabrał z Sílleior skrzydlaty koń? Kogo przez kilka tygodni gościła na zamku? Gdzie odbędzie się elfickie wesele i czy w ogóle do niego dojdzie? Jakie tajemnice skrywa Vils Amroth?

Wciągająca fabuła, barwne postacie i głęboko zarysowane charaktery, ludzkie (i elfie) problemy - te zwyczajne i te poważne.

Wszystko to sprawia, że ta opowieść zarazem uwodzi i otwiera na życiową mądrość, często zakrytą tak dla ludzi, jak i dla elfów

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

ROZDZIAŁ PIERWSZY W pochmurną noc, gdy mieszkańcy twierdzy Sílleior postanowią wreszcie położyć się spać, na plaży jest niemal całkowicie ciemno. Wtedy lubi tu przychodzić. Wymyka się „drugą drogą”. Siada na kamieniach i pozwala wodzie chwytać się za kostki. Patrzy w mrok i widzi swoje życie. Nawiedzają go obrazy całkiem zapomnianej przeszłości. Wracają nieubłaganie. Poddaje się temu z pokorą, jaką daje ponad dziewięćset osiemdziesiąt lat życia na ziemi. Wie, że wracają, by sobie przypomniał. To jego szansa na zrozumienie. Na ocenę. Na zadowolenie lub żal. I na naprawę błędów, o ile się da. Oto wielki taras Sílleior. Ale barierka jest inna niż teraz i sięga mu do piersi. Ustawia na niej małe ludziki, które dostał od ojca. „To moje wojsko” – mówi. Nagle słyszy kobiecy głos: „Denúsharel!”, „Lartié, Ladmí!”. „Idę, mamo!” – odpowiada, ale nie rusza się z miejsca; zostało jeszcze dwunastu żołnierzyków. Ustawia ich, jednego za drugim i nie wie, ile czasu upłynęło. Wreszcie ona znajduje go. „Denú!” – mówi z wyrzutem, ale w jej głosie wciąż jest czułość. Podchodzi od tyłu i pochyla się, obejmując go, a jej czarne włosy spadają pomiędzy niego a żołnierzy pachnącą zasłoną. Odwraca się ku niej i łapie za szyję, plącząc się we włosach. Podnosi go ze śmiechem. Jej śmiech jest jak słońce. Jej oczy, czarne i błyszczące, są jak dwa słońca. W jej uszach 7 błyszczą wesoło kolczyki. Jej skóra, ciemniejsza od skóry ojca i od jego wła- snej, też jest złotawa. Ladmí. Matka. Czas jest krótki. Jego ciało mu o tym nie powie; ono, jak zwykle, ma się dobrze. Mówi mu o tym narastający niepokój, powracające wizje, i morze, coraz silniej chwytające za kostki. Oto stoi w wodzie, zgięty wpół nad małą łódką. Jest noc, a jego rozpala gniew. Jego syn nie będzie żył tak, jak on. Jego syn będzie szczęśliwy. Światło księżyca błyska zimno w ostrzu noża. To jest złe – mówi jakiś głos. Mój syn będzie szczęśliwy! – odpowiada inny. Zło nie prowadzi do szczęścia. Nie ma innej drogi! Ostrze wbija się w drewno. Nie w dno, ale trochę powyżej. Powstaje kilka niewidocznych nacięć po jednej i drugiej stronie. Czasem budzi się w nim strach, lodowaty, niepowstrzymany, wyjący jak osaczone zwierzę. Ale wtedy rozum nakazuje mu za- chować spokój: ten strach to część życia; umieranie to część życia. On umiera, choć nikt o tym nie wie. Nie ma co uciekać przed nie- uniknionym. Trzeba wyjść mu naprzeciw. * Rozległ się nieśmiały stukot kołatki. Służąca zjawiła się niepostrze- żenie i podążyła uchylić drzwi królewskiej sypialni. Poszeptała tam z kimś chwilę i powróciła, by stanąwszy przed łożem, dygnąć i ob- wieścić: – Wasza Wysokość ma gościa. Królowa nagłym ruchem uniosła się na łokciach. – Czy straż zastosowała się do mojego polecenia? – krzyknęła tak głośno, żeby po drugiej stronie uchylonych drzwi ją usłyszano. Mimo to służąca dygnęła i podeszła znów do oczekującego po- słańca, który nie śmiał wejść do prywatnych pomieszczeń chorej 8 monarchini. Zasięgnąwszy informacji, zawróciła, po drodze już przytakując. – Tak, pani. Wszystko zgodnie z zarządzeniem. – Pomóż mi się ubrać – zakomenderowała królowa, odrzuca- jąc niebieską kołdrę i w koszuli zeskakując na dywan – ale bardzo szybko! – Tak, pani – służąca dygnęła znowu i wybiegła. Po chwili wró- ciła z wieszakiem na kółkach, na którym wisiały dwie sukienki. Wybrała je sama, dobrze znając swoją panią. Pierwsza była jasno- kremowa, wyszywana perłową nitką w pnącza powoju, miała roz- szerzane rękawy i dekolt w kształcie liścia. Była to suknia szyta przez elfy, jedna z wielu, które królowa sprowadziła po powrocie ze swej podróży. Od tamtego czasu w garderobie pojawiły się także elfie kolczyki, naszyjniki, kolie i bransolety, sprzęty codziennego użytku, jak na przykład lampy z kolorowego szkła czy lichtarze w kształcie drzew, zdobiące także i tę sypialnię w letniej rezydencji. Sama rezydencja została w zeszłym roku wyremontowana i prze- budowana, również według elfiego gustu. Druga suknia była uszyta z atłasu w brudnoniebieskim kolorze, w którym królowej było wyjątkowo do twarzy. Nie miała w so- bie nic elfiego; talię podkreślała suto marszczona spódnica, ręka- wy były proste, dekolt również, nie było też żadnych zdobień na lśniącym metalicznie błękicie tkaniny. Świetnie za to prezentowały się na niej rodzime klejnoty ze srebra. Tę właśnie suknię, zgod- nie z przewidywaniem służącej, wskazała królowa zza parawanu, gdzie pluskała się pośpiesznie nad miednicą. Ubrawszy się z po- mocą szybkich i wprawnych rąk pokojowej, usiadła przy toaletce i drżącymi dłońmi wysypała na blat zawartość kasety ze szminka- mi. Służąca, mając ręce zajęte układaniem ciemnorudych włosów królowej, obserwowała przy tym bacznie jej poczynania. – Nie polecałabym – powiedziała, chwytając w lustrze spojrze- nie dużych, szarych, nieco nieprzytomnych teraz oczu. – Tak, ta 9 będzie lepsza – zakończyła lakonicznie i z aprobatą obserwowała dalej, jak Eulalia z wprawą zakreśla linię górnej wargi morelową pomadką. Jej ręce nie drżały już, przynajmniej na tę chwilę. – Dziękuję ci, Habro – powiedziała z ulgą w głosie. – Perfumy – przypomniała Habra. – Tak… – ręce królowej, znów nerwowo, zaczęły przeszukiwać flakoniki. Po chwili zatrzymała się, niezdecydowanie ważąc w dło- niach dwie fiolki. Oczywiście te z lewej, chciała powiedzieć Habra, ale powstrzy- mała się. Ambra i jaśmin. Nad czym tu się zastanawiać? Ambra i jaśmin, ambra i jaśmin – myślała tymczasem królowa. A może nie, może drzewo herbaciane? Przecież ta suknia już jest aluzją. Ale suknia mogła wyjść przypadkiem, zapach nie. Muszę zrobić to, co ja chcę. On chce ambrę, to ja chcę drzewo herbacia- ne. Niech się wypcha swoją ambrą. A jeśli przyszedł przeprosić? Nieważne! Jeśli tak, będzie mu wszystko jedno… A jeśli nie? Je- śli nie… koniecznie drzewo herbaciane! I szminka, tak! Mur ze szminki, i to właśnie czerwonej. Wylała na dłoń parę kropel perfum i wtarła w szyję i we włosy. Pomalowała na nowo usta, omijając w lustrze odbicie Habry, pełne dezaprobaty. – Jak wyglądam? – zapytała, obróciwszy się na pięcie. – Bardzo pięknie – odpowiedziała Habra bez przekonania, wciąż zła za kolor szminki. Nie zważając na to, Eulalia znów pochyliła się nad lustrem, przygładziła brwi, poprawiła włosy i ruszyła ku drzwiom, gdzie czekała na nią eskorta czterech dam i tyluż paziów. Wszyscy zaczęli ją witać i pytać o samopoczucie, ale odpowiedziała jednym, zbior- czym „Urutaié”, więc umilkli. Tylko jeden z paziów, dwunastoletni grubasek, odważył się powiedzieć: – Ślicznie dziś wyglądasz, pani. 10 Królowa odpowiedziała mu uśmiechem pełnym wdzięczności. Bardzo potrzebowała tego zapewnienia. Mimo to przed wejściem do hallu omal nie przystanęła, zdjęta nagłym strachem. Odrucho- wo rozejrzała się w poszukiwaniu jakiegoś oparcia i wzrok jej padł na duże lustro zdobiące ścianę. Zobaczyła w nim siebie: dumną i piękną, w podkreślającej kształt jej głowy fryzurze, w cudownie niebieskiej sukni, w otoczeniu wiernych dworzan i w królewskim diademie, który był wykonany z magnolskiego srebra z Seiligen, ale – rękami elfów. Wyprostowała się i przekroczyła próg drzwi, za którymi gość mógł swobodnie ujrzeć ją, a ona mogła ujrzeć jego. Z tym, że ona patrzyła z góry, z wysokości balustrady, z której podwójne schody dwiema drogami wiodły do hallu, otoczonego kolumnami i wyłożonego szklaną mozaiką na modłę nadmorskiej twierdzy elfów w Sílleior. Błękity i oranże, dominujące w pomiesz- czeniu, cudnie korespondowały z jej ubiorem, gdy stanęła przy ba- lustradzie, by spojrzeć na tego, kto przybył ją odwiedzić. Spojrzała i znieruchomiała. Zdumienie, rozczarowanie, a potem radość i ulga przebiegły w szalonym tempie przez jej uszminkowaną twarz. – Ísivial! – krzyknęła i rzuciła się w dół po prawych schodach, nie zważając na zdezorientowaną gromadkę, która w nieładzie po- dążyła za nią. – Ísivial, kochana! – wykrzyknęła, rzucając się na szyję jasnowłosej dziewczynie w szarym płaszczu i spodniach do jazdy konnej. – Cay, królowo moja, jak ty wyglądasz! – śmiała się tamta, od- wzajemniając uściski. – Jak nie ty! Ale pięknie, bardzo pięknie! – Isi! Isi, nie masz pojęcia, jak się cieszę, jak strasznie, okropnie się cieszę, że jesteś! – Strasznie i okropnie? Eí, proszę… Cayenne, czy coś się stało? – zapytała jasnowłosa w mowie elfów. – Och, eiáh… tak, mnóstwo rzeczy – mówiła szybko Eulalia, mieszając języki – ale najpierw musisz mi opowiedzieć, wszystko, wszystko, co się z tobą działo. 11 – Eí, ty też mi musisz opowiedzieć, co robiłaś przez ponad rok! – To już rok? – Nawet więcej, przecież jest połowa września. – No tak, to ponad rok od naszego ostatniego spotkania… A mi się wydaje, jakby to było dziesięć lat – powiedziała królowa. – Cayenne, zabierz mnie gdzieś, gdzie będziemy same i opowie- my sobie wszystko. – Oczywiście! Ale najpierw dostaniesz pokój. Arin! Każ przy- gotować pokój dla pani Ísivial. Błękitny! – Eiáh, błękitny? Czy to teraz twój ulubiony kolor? – zaśmiała się elfka. – Błękitny, kochana, błękitny. Bo jest najbliżej mojego. * Na srebrnej tacy wniesiono śniadanie: bułki, ciasteczka, owoce, do tego sok truskawkowy oraz mleko z miodem. Służący posta- wił tacę na niskim stoliku śniadaniowym i bezszelestnie opuścił pomieszczenie, kłaniając się. Ísivial uśmiechnęła się, chcąc mu po- dziękować, wskutek czego mężczyzna spłonął rumieńcem i nie- omal potknął się w drzwiach. – Ładny salon – powiedziała elfka, rozglądając się po pomiesz- czeniu, gdzie jadły. Był to nieduży, zaciszny, lecz jasny salonik, na- leżący do osobistych apartamentów Eulalii. – Wiesz, właśnie zda- łam sobie sprawę, że nie wiedziałam dotąd, jak mieszkasz. – Hm – uśmiechnęła się Cayenne, popijając bułkę mlekiem – rzeczywiście, zwykle to ja gościłam u ciebie. – Albo obie gościłyśmy u kogoś. Pamiętasz strych dziadka Ze- – Nigdy go nie zapomnę! Zwłaszcza w deszczu – zaśmiała się królowa – ale dziadek-orkiestra był kochany. – Widziałam się z nim, wiesz? – powiedziała elfka. gry? 12 – Naprawdę? Kiedy? – Jakoś wiosną. Nawet pośpiewaliśmy trochę razem. – No proszę! I jak on się miewa? – Po staremu. – A Matusinka? – Tym razem nie próbowałam u nich nocować, więc nie wiem. Ale podobno nieźle, tak twierdził Zegra. – Ech, a jednak wspominam tamten strych z sentymentem – powiedziała Eulalia. – Tak samo jak grotę dla nieelfów. – Nie przypominaj mi! – elfka potrząsnęła buntowniczo głową, aż zafalowały jej jasne włosy. – Dlaczego? – zaoponowała Cayenne. – Mów, co chcesz, ale dla mnie to był najprzyjemniejszy moment pobytu w Sílleior. – Eí, może to i racja, potem było już tylko gorzej… Długo tam jeszcze zostałaś po moim, hm… wyjeździe? – „Wyjeździe”? A miałaś chociaż konia do jazdy? – Nie miałam, to fakt. Ale dwa dni później już jechałam. Świń- skim rydwanem. – Jak to świńskim? – zdumiała się Cayenne. – Eiáh, czekaj, po kolei; ja pierwsza zadałam pytanie. – Dobrze więc. O ile mi wiadomo, opuściłam Sílleior w tym samym dniu, co ty. – Co? – elfka odłożyła wzięte ciastko, czekając na wyjaśnienie. – Wyrzucili cię? Czy też uciekłaś? Ale jak niby? – Czekaj, spokojnie – zatrzymała ją królowa, podciągając suknię na kanapę i krzyżując nogi po turecku. – Nie wyrzucili mnie i nie uciekłam. Nie wyszłam również przez bramę, jeśli cię to interesuje. – Aha. Umiesz podgrzewać atmosferę. Więc?… – Powiedzmy – ciągnęła Cayenne, nie chcąc rezygnować z dal- szego podgrzewania atmosfery – że opuściłam twierdzę elfów z pomocą niespodziewanie pojawiającego się przyjaciela. 13 – To tak jak ja – powiedziawszy to, Ísivial uśmiechnęła się do siebie i zagłębiła się w myślach. Cayenne, rozczarowana brakiem odpowiedniej reakcji, pochłonęła niecierpliwie ciasteczko. – Nie interesuje cię, kto to był? – zapytała z pełnymi ustami. – Oczywiście, interesuje – Ísivial natychmiast wróciła do rze- – Otóż był to… Guido – dokończyła wreszcie Eulalia. – Guido – powtórzyła elfka, nie rozumiejąc. – Chyba go nie czywistości. znam? – Rzeczywiście, nie znasz – usłyszała w odpowiedzi – ale już kiedyś o nim słyszałaś. Tylko wtedy jeszcze nie miał na imię Guido… chyba. – Eí, Cayenne! Wiesz, że lubię fascynujące opowieści, ale tym razem mamy rok do nadrobienia i niezbyt wiele czasu na zwierze- nia, więc… mogłabyś, z łaski swojej, się streścić? – Guido to Fathaslad – powiedziała Cayenne. – Ten, którego widzieliśmy z Shinem w Soer Ethél, pamiętasz? – Ten mały? Mały czerwony źrebaczek? – Tak jest – powiedziała Cayenne, wzruszona. – Przyleciał po mnie. I nie jest już mały. przyjaciółki. – Eiáh… – szmaragdowe oczy elfki badały przez chwilę twarz – No, wiem. – Niezłe wydarzenie – przeżywała dalej elfka. – A następne były nie gorsze – powiedziała dziewczyna, pod- nosząc do ust szklankę z sokiem. – Opowiedz mi wszystko! – zażądała Ísivial. – Poczekaj – przerwała tamta – najpierw ty powiedz, jak było z tą twoją ucieczką. Ísivial westchnęła. – A co wiesz? – zapytała. 14 – Wiem to, co wiedzą w Sílleior: uciekłaś podziemiami, a po- mógł ci Blishen. – Tak właśnie było. Przepraszam, że nie zostawiłam ci wtedy wiadomości, powinnam była. – I tak bym jej nie przeczytała – Cayenne machnęła ręką i po- prawiła swą pozycję w chmurze niebieskiej spódnicy. – A jaki był właściwie powód twojej, hm, decyzji? Dość nagłej chyba? – Eiáh… żebym ja to wiedziała! To było tak dawno i dziś wydaje mi się tak obce… Generalnie Vils Amroth postanowił wydać mnie siłą za mąż, więc nie wytrzymałam nacisku i uciekłam. A z pomocą przyszedł mi niedoszły pan młody, ha ha! – roześmiała się głośno. – Myślę, że to była porządna nauczka dla króla elfów w Sílleior! – Hm, nie wiem… podobno ciężko to przeżył. Z jednej strony słusznie dostał nauczkę, nie powinien był was tak swatać na siłę. Ale z drugiej strony Blishen dopuścił się zdrady, i to, o ile dobrze zrozumiałam, jest dla króla najtrudniejsze do przełknięcia. – Czyżbyś chciała zaprzeczyć, że Blish postąpił słusznie, Cay- enne? to wszystko. – Nie. Staram się tylko zrozumieć, co przeżywa Vils Amroth, – Widzę, że stał ci się bardzo bliski – rzekła elfka kwaśno. – Myślę – powiedziała Eulalia – że nie jest zły. Tylko tym razem akurat popełnił błąd. – Nie! – zielone oczy elfki pociemniały z gniewu – wybacz, ale mało go znasz. Gdybyś go słyszała wtedy, w bibliotece! To jest taki rodzaj władzy, której pycha przesłania świat. Vils Amroth gotów jest grać innymi jak pionkami na szachownicy. – Nie przesadzasz czasem? – Cayenne nie mogła przyjąć tak surowej oceny króla. – Ja osobiście myślę, że on to zrobił z miłości do Blisha. Widział, że jest w tobie zakochany i chciał mu pomóc. – Jesteś jednak bardzo naiwna – pokręciła głową elfka. 15 – Po prostu staram się widzieć rzeczy z więcej niż jednej strony – odcięła się Cayenne i przez chwilę w saloniku zapanowała ciężka cisza. Przerwała ją Ísivial. – Eí, Cay, przepraszam, to właściwie nie ma znaczenia. Ale po- wiedz mi, proszę, skąd ty w ogóle masz te informacje? – Roun Laff wysłał do mnie Shetastiasa i Émmarroka, jeszcze na jesieni. Opowiedzieli mi wszystko, co działo się w Sílleior po moim… odlocie. – A nie mówili ci czasem, żebyś unikała kontaktów z Sílleior? – Powiedzieli tylko, że Roun Laff pojechał tam wcześniej, by rozmawiać o mnie z Vils Amrothem, a oni dołączą później. – Spędzili tam zimę? – Tak, chociaż chyba nie wszyscy… Zdaje się jednak, że Eloi pojechała w góry spędzić zimę z matką. – Eiáh! – elfka uderzyła się w czoło – nareszcie dochodzimy do głównej przyczyny moich odwiedzin! Wstała, chwyciła z fotela swoją szarozieloną podróżną torbę, rozsupłała węzeł i pogrzebawszy w worku dłuższą chwilę, wydoby- ła odpieczętowany list. Właściwie był to liść, konkretnie – liść pla- tanu. Na pieczęci widniało odbicie sosnowej szyszki, a także nieco przyklejonych jej okruchów. Ísivial podała go królowej z uroczystą miną. – Znalazł mnie aż w Shetukin, zagraniczna poczta, wyobra- żasz sobie? Eloi musiała chyba wysłać na zwiady wszystkie swoje szczygły! – Eloi?… A co ty robiłaś w Shetukin? – zdumiała się Cayenne, biorąc do ręki list. Spojrzawszy jednak na karnecik, w jednej chwili spochmurniała. – W Shetukin bardzo lubią teatr, więc nie omieszkaliśmy za- grać tam paru numerów… Co się stało, Cayenko? – zapytała, widząc, że Eulalia opadła na kanapę, jakby wypuszczono z niej powietrze. 16 – Nie umiem czytać elfich znaków – powiedziała z trudem kró- lowa, oddając list – ale i tak wiem, co to jest. Zaproszenie na ślub, prawda? – Dokładnie. Ale to raczej powód do radości, nie uważasz? – No… tak. – Chcesz, przeczytam ci: Athín urutíl, athín suril. Ísivial, przyjedź koniecznie na nasze wesele, gdziekolwiek jesteś. Powiedz koniecznie Cayenne, gdziekolwiek jest. Wybaczamy, że nie było was na zaręczynach. A szkoda, wyglądaliśmy cudnie w jaśminowych wieńcach! Ale teraz musicie być! Mel też tak mówi. Kiedy? Siódmego dnia miesiąca śniegów. Gdzie? Jeszcze nie wiemy, kłócimy się o to. Ale damy znać, gdy zapadnie decyzja. Urutaié! Eloi. – Ja nie pojadę, Isi – powiedziała ciężko Cayenne i nagle z jej oczu popłynęło mnóstwo łez. Polały się na niebieski materiał, zo- stawiając granatowe plamy. Kiedy się ich tyle nazbierało? – zadała sobie pytanie elfka. A głośno powiedziała: – Cay, eiáh, co ty! – i przysiadłszy na niebieskiej chmurze kró- lewskiej sukni, przytuliła przyjaciółkę najczulej jak umiała. – Co się dzieję, Cay? Miałam cię od razu zapytać, co ci jest, ale potem się rozchmurzyłaś, więc nie chciałam… Z Cayenne łzy lały się jak z kranu. Raz dawszy im upust, najwy- raźniej nie umiała ich zatrzymać, mimo że utrudniało to rozmowę. – Przepraszam… Isi… – zachlipała, bezskutecznie wycierając nos chusteczką – tak się cieszę, że przyjechałaś… to taka ulga… móc myśleć… o czym innym – zakończyła i wybuchła szlochem na nowo. Tym razem elfka nie próbowała już nic z niej wydobyć, zamiast tego zaczęła śpiewać półgłosem. A że utwór był kołysan- ką, a ona wybitną śpiewaczką z elfiego rodu, już po dwóch zwrot- kach królowa uspokoiła się, wytarła nos, wypiła szklankę soku tru- skawkowego i odezwała się prawie normalnym głosem. – Dziękuję ci, Isi. Niemniej jednak ja tam nie pojadę… gdzie- kolwiek to będzie. Wiem, że to niegrzeczne, ale nie mam wyjścia. Po prostu nie mogę. Wybacz. 17 – Ja?… – Eloi też będzie musiała wybaczyć. I tak weźmie ślub, to prze- cież najważniejsze. Naprawdę dobrze im życzę, ale to jest… ponad moje siły. Nic nie poradzę. – Eí, to szkoda – powiedziała elfka. – Myślałam, że będziesz nas godnie reprezentować. – Jak to? A ty?… – Eí, przecież ja nie mogę pojechać. Nie mogę pokazać się el- fom, zwłaszcza Vilsowi. Jestem teraz, jakby to powiedzieć, w sta- nie banicji. Dobrowolnej, co prawda. – Chcesz powiedzieć – zapytała powoli Eulalia – że przez ten cały czas nie widziałaś się z nikim ze swoich? – Eí, nie. – I masz zamiar nadal nie widywać elfów? – Czasem mi się zdarza. Ten list na przykład przyniósł mi Mu- riere. Więc można powiedzieć, że widuję elfów. Kazał cię pozdro- wić. – Aha. Dziękuję. Gdzie go spotkałaś? – W Wolnym Mieście Shetukin. – Aż tam? Ale historia. – Kolejna historia – westchnęła Ísivial. – Jednak rok to kawał czasu. Elfowie powinni bardziej cenić lata. – Ale wracając do tematu, pamiętasz, ja rok temu też byłam uciekinierką i bałam się jechać na festyn do Seiligen, ale mnie prze- konałaś, więc może jednak… – Nie, nie mogę widywać się z elfami i nie widywałam się raczej, jak do tej pory. Ale całkiem mi dobrze wśród ludzi – rzekła elfka pogodnie. – Właściwie to spełniam swoje marzenie; żyję wśród tego fascynującego plemienia i nie przestaje mi ono dostarczać po- wodów do zachwytu. Wiesz, że przez cały sezon byłam aktorką w zespole Ardiego? 18 – Hm… – zamyśliła się Eulalia. – Ale to trochę smutne: nie móc zobaczyć przyjaciół, Soer Ethél, naszego Lamí, Shina, Eloi… Z tym ślubem też szkoda. – Ty możesz jechać, a nie chcesz – zauważyła Ísivial. – Ty też możesz! – odcięła się Eulalia. – Nikt ci tam krzywdy – Może i nie… – odparła elfka, skubiąc koniec serwety. – Ale może ja mogłabym komuś zrobić krzywdę. – Masz na myśli Blishena czy króla? – zażartowała dziewczyna. – Blishena – żachnęła się Isi. – Choć pewnie niedługo to będzie nie zrobi. to samo. – No, raczej nie – odparła Cayenne z emfazą. – Eí, wiem, powinien się ożenić. Ale Vilsowi tak zależy na od- daniu mu korony, że może zrobi wyjątek. Ostatecznie sam też nie ma syna, Blishen mógłby potem przekazać władzę komukolwiek z rodziny. – Och, Isi, to ty nie wiesz? – Cayenne spojrzała na nią, zmiesza- na. – No tak, przecież z nikim się nie widziałaś… – O czym nie wiem? – zapytała Ísivial. – Jak prawo Sílleior każe strażnika, który dopuszcza się złama- nia tajemnicy straży. – Eí… nie wiem – powiedziała elfka i jej szczupłe palce, który- mi przeczesywała właśnie włosy, porzuciły to zajęcie i opadły na kolana, gdzie zwinęły się w pięść. – Jak? – Banicją albo degradacją, wedle życzenia winnego. Blishen wy- brał to drugie i spadł na sam dół drabiny. Został posługaczem Sílleior. Nigdy nie będzie królem. Zielone oczy elfki rozszerzyły się na moment, potem spu- ściła wzrok na swoje ręce. Pomyślała o tym, o czym myślała też Cayenne: że Blishen musiał wiedzieć, co go czeka, a mimo to zde- cydował się jej pomóc. Że mało kto zdecydowałby się na podob- ny krok, nawet z miłości. Blishen wybrał drogę, na której oddając 19 wolność Ísivial, nie tylko tracił ją samą, ale wraz z nią stracił całe swoje dotychczasowe życie. I wiedział, że tak będzie. Trudno było to komentować, więc milczały. W końcu odezwała się Ísivial. – Jak on się czuje? Cayenne miała nadzieję, że to pytanie nie padnie. Ale padło i te- raz musiała powiedzieć prawdę, tak jak ją usłyszała od Shetastiasa. – Chyba, niestety, kiepsko. * W zlewie pływały kalmary. Na szczęście już nieżywe. Elfowie, jeśli nie mogą oszczędzić żywych istot, starają się przynajmniej oszczę- dzić im cierpień. Zlew pełen był więc uśmierconych uprzednio, mackowatych, różowych kalmarów, które Úmile płukała teraz jed- nego po drugim i przerzucała do dużych glinianych garnczków, gdzie następnie miały się marynować, uzupełniając zimową spi- żarnię Sílleior. Úmile zalała octem z wielkiej butli kolejną partię, zatkała drewnianą pokrywą i zawołała: – Nie cierpię zapasów na zimę! Nikt z ośmiu osób obecnych w obszernej kuchni nie zareago- wał, więc powtórzyła, przedzierając się przez szum rozmów, śmie- chy nad beczkami śledzi, śpiew na cztery głosy w okolicy zlewu, gdzie drylowano owoce, oraz zwykłe odgłosy szatkowania kapust, krojenia marchwi i selerów, wydrążania jabłek i gruszek, a także bulgotanie dżemów i kompotów. – Nie cierpię zapasów na zimę! Zamiast korzystać z ostatnich dni słońca tkwię w tej głupiej kuchni już trzecią dobę! – A nie drugą? – wtrącił Amevik, przerywając piosenkę i pod- rzucając w górę wydrylowaną śliwkę, która posłusznie wpadła mu do ust. – Otóż nie! Trzecią! Jestem tego pewna, bo podaliśmy w mię- dzyczasie osiem posiłków. 20 – Potwierdzam – odezwał się Máttimon znad słoików z ogór- kami – pierwszego ogórka wrzuciłem do słoika przedwczoraj, eiáh! Coś czuję, że nie tknę tej zimy ogórków. No i wypadałoby się jed- nak przespać. – Wy macie dobrze, przy ogórkach można spać, bo się ich nie szatkuje – zauważył Sírinoan, zwany Maziakiem. Od czasów, kiedy Maziak mazał się z byle powodu (choć w rzeczywistości miał po- wody!) minęło już sporo czasu i teraz Sírinoan miał już skończo- nych lat piętnaście, wszyscy jednak traktowali go wciąż jak dziecko, ponieważ był najmłodszy. Tym chętniej podważał każde usłysza- ne słowo, a największą przyjemność sprawiało mu przygadywanie Máttimonowi, który był ze wszystkich najstarszy. Sam Máttimon jednak, dołączywszy wraz z Blishenem w zeszłym roku do „ban- dy”, nie tylko nie beształ Maziaka za brak szacunku, ale nawet cie- szył się widocznie z takiego traktowania. Ci dwaj zaprzyjaźnili się na swój dziwny, kłótliwy sposób, choć dzieliło ich prawie siedem- set lat. – Nie masz racji, Sírinoanie – odparł teraz dawny bibliotekarz, udając ubolewanie. – Wiem to dobrze, bo próbowałem. Kiedy się obudziłem, okazało się, że ostatnie dziewięć słoików mi się przy- śniło i wszystkie ogórki wylądowały na podłodze. Zalewa również. – To prawda, spanie z otwartymi oczami ma swoje ogranicze- nia – wtrąciła Meréll – ale ja wam przyznam, że od przedwczoraj spałam tylko godzinkę, a czuję się całkiem dobrze. – Bo masz chociaż inspirującą robotę – mruknęła Úmile. – Czesanie to przynajmniej jakaś sztuka. – Eí, przecież siedzę tu z wami i obieram gruszki przez więk- szość czasu. – Ale miewasz odmianę. – A ty nie miewasz? – zdumiała się jasnowłosa fryzjerka, po- trząsając pokazową fryzurą, złożoną z dwudziestu warkoczyków, 21 splecionych na czubku głowy w fantazyjną koronę (Meréll często testowała na sobie samej nowe upięcia). – Eí, tak, w przerwie między kalmarami rozwożę posiłki do ja- dalni. – Eí, dekoracja dań to też sztuka. Zresztą nawet i w kalmarach znalazłabym coś inspirującego. – Proszę bardzo, chętnie się zamienię – Úmile z irytacją plusnę- ła kolejnym głowonogiem, wrzucając go do naczynia. Ze zmęcze- nia chciało jej się płakać. W momencie, gdy oczy jej się zaszkliły i macki kalmarów straciły ostrość, poczuła dotyk dłoni na ramie- niu. – Úmile, pozwól, że ja to skończę – powiedział niski, atramen- towy głos – właśnie uporałem się z grzybami. – Muíl… – powiedziała, rozpoznawszy Blishena. – Nie mów do mnie Muíl – przypomniał – i zostaw mi to. Po- winnaś się przespać, to widać. – Eí, a ty? – Ja czuję się świetnie – zapewnił elf z uśmiechem i zaraz za- czął energicznie opłukiwać kolejną partię i przerzucać do baryłki. – Dzięki, Blish – szepnęła Úmile i pocałowała go w policzek. Uśmiechnął się i spojrzał na nią ciepło oczami, które były stare i zmęczone, ale miały kolor atramentu. Niebieskiego. – Niesprawiedliwość! – zakrzyknął na to Sírinoan. – Może inni też są zmęczeni, co? – Eí, właśnie – mruknął Máttimon – Blishen nie śpi już siódmą – Nieprawda, Matti, drzemałem na warcie – odpowiedział rów- nie cicho Blishen z drugiego końca kuchni. – Którą miałeś trzy dni temu. – Nie potrzebuję więcej – odparł Blishen. – A ja owszem – wtrącił znów Maziak. noc. 22 – Maziak, nie maziaj się, musimy to zrobić, bo się zepsuje – po- wiedział Amevik głosem bardzo znużonym. – Właściwie to Maziak ma rację – odezwał się głos znad kolej- nego zlewu. – Nic się nie stanie, jak zrobimy przerwę… – Eí, właściwie… – Taaak, absolutnie! – Eí, dobrze – odezwał się Nashel, pełniący aktualnie funkcję szefa kuchni. – Ogłaszam przerwę dla chętnych. Kto jest zmęczo- ny, może się przespać. Zbiórka na godzinę przed śniadaniem. Powiedziawszy to, ujrzał, jak bez zbędnych słów kwiat młodzie- ży Sílleior z upodobaniem porzuca noże i chochle, zdejmuje fartu- chy i po kolei opuszcza kuchnię. Jedynie Blishen i Máttimon zosta- li. Ten ostatni zdjął wprawdzie fartuch, ale widząc, że towarzysz nie opuszcza posterunku, lecz nieustępliwie płucze kolejnego kalmara, podszedł do niego i powiedział z troską: – Blish. – Matti – odparł tamten tym samym tonem, nie przerywając czynności. – Idziesz spać. – Nie jestem śpiący. – Naprawdę spałeś na tej warcie? – Czy były następca tronu Sílleior kłamie? – A czy były bibliotekarz Sílleior kisi ogórki? – Owszem. – Więc widzisz, różnie może być. Eí, Blish, proszę, zrób to dla mnie i się połóż. – Dobrze, położę się. – Eí, dobrze, wierzę ci. Gdy skończysz z kałamarnicami? – Gdy będę senny. – Eiáh! Oszustwo! – Jak śmiesz! 23 – Wybacz, jesteś tylko pomocą kuchenną, a ja jestem twoim długoletnim przyjacielem, więc śmiem wątpić, że odczujesz sen- ność w ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin. – Po co mam spać, skoro nie jestem senny? – Żeby się nie wykończyć. Przez rozsądek. – Rozsądek postradałem rok temu – powiedział Blishen, a Na- shel postanowił dyskretnie opuścić kuchnię. Ostatecznie zza drzwi słyszy równie dobrze. – Też go wtedy postradałem – powiedział Máttimon. – Żałujesz? – Ani trochę. Eí, dobrze, trochę żal mi książek. Ale generalnie się cieszę, że mogłem to zrobić. – Nigdy ci tego nie zapomnę. – Eí, nie masz wyjścia, patrząc codziennie na moją gębę – za- uważył pogodnie Máttimon i jego znużony przyjaciel musiał się ro- ześmiać. Przeczesał następnie ręką płowe, sięgające ramion włosy. Gest ten, znany przez Máttimona sprzed lat powrócił znów po ścięciu włosów, któremu obaj poddali się rok temu w ramach degradacji. Gdy Blishen przeczesywał tak włosy, Máttimonowi zawsze przypominały się dobre czasy, gdy obaj byli młodzikami. Sam niezmiennie cieszył się z odzyskanej niespodziewanie kuchen- nej beztroski. Gdyby nie brak książek, byłby zupełnie szczęśliwy i chętnie dzieliłby się tym szczęściem z Blishenem, ale nie było o tym mowy. On miał troski. I kiepsko przez to sypiał, pomimo że pracował teraz więcej niż kiedykolwiek. Bo oprócz oficjalnych zajęć pomocnika w kuchni i sprzątacza, nieoficjalnie wciąż brał wciąż udział w zebraniach straży i odbywał warty, nie jako straż- nik wprawdzie, lecz jako konserwator. Prawda bowiem była taka, że nowy dowódca miał nikłe pojęcie, jak obsługiwać większość ruchomych zabezpieczeń, które Blishen sam zaprojektował i wy- konał. Mimo takiego przeciążenia Blishen nie sypiał prawie i Mát- timona, jak i kilka innych osób, mocno to martwiło. 24 – Blish, a może ty chcesz pogadać? – Nie, dziękuję. Wolę o tym nie mówić ani nie myśleć. – Dlatego ciągle pracujesz? – Szczerze mówiąc, tak, głównie dlatego. Muszę być zajęty, żeby nie odczuwać – urwał i umilkł. – Czego nie odczuwać? – Nieważne – powiedział Blishen, znużony. – Eí, nie chcesz, nie mów. Powiedz mi tylko jedno, czy nie uwa- żasz, że sen byłby równie dobrym, jeśli nie lepszym, lekarstwem na to… odczuwanie? Sprawdzonym do tego! – Nie – odparł Blishen, zamykając z impetem kolejną baryłkę kalmarów. Máttimon nie odpowiedział, więc, może zachęcony ci- szą, elf dodał po chwili: – We śnie jest najgorzej. I zawstydzony swoją słabością, powrócił do opłukiwania owo- ców morza, unikając tym samym wzroku przyjaciela. Máttimon tymczasem obserwował go bacznie, próbując dojść, co też jego towarzyszowi naprawdę dolega i jak można by mu pomóc. Nie znalazłszy odpowiedzi w lewym profilu Blishena, zapatrzył się dla odmiany na kalmary, następnie zaś wzrok jego padł na butlę octu. I wtedy Máttimon wpadł na pomysł. – Blishen – zagaił wesołym tonem – a może w takim razie urwalibyśmy się na partyjkę molirona dziś wieczorem? Rozerwiesz się, ja też, pogadamy z kimś innym niż z dzieciakami, powspomi- namy stare czasy. Co ty na to? – Niewielu z tych, co pamiętają stare czasy, chce dzisiaj z nami gadać – zauważył niezbyt optymistycznie Blishen. – Eiáh, a chłopcy ze straży? Grivrell, Mair, Myrion? Są w po- rządku! Na pewno nie odmówią, szczególnie, jeśli obiecamy do- starczyć dhoblir. – Ha! Eí, zapomniałem, że mamy teraz tę przewagę: dostęp- ność piwniczki! – zaśmiał się Blishen i Máttimon wiedział już, że sprawa jest wygrana. Klepnął przyjaciela w plecy i wyszedł szukać 25 kompanii do gry w staromodną i niepopularną w tych rewirach pa- łacu grę w molirona. Równocześnie obiecał sobie wlać wieczorem w Blishena tyle wina, żeby padł i spał jak niedźwiedź co najmniej do południa. Griv i chłopcy ze straży na pewno mu w tym pomogą.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Królowa Magnolii 2
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: