Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00240 004949 14833535 na godz. na dobę w sumie
Kroniki Białogórskie. Tom I: Baal. - ebook/pdf
Kroniki Białogórskie. Tom I: Baal. - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 391
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-3877-1 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> fantastyka >> fantasy
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Białogóra, rok 2017. po upadku Imperium. Alicja Canissi wraz z narzeczonym kupują nowe mieszkanie, zaś Eryk Widłowski ma się zająć ukróceniem (o głowę czy dwie) sprawy przemytu broni. Te dwie postacie zdaje się dzielić wszystko. Poza jedną, drobną przypadłością. Z lykantropią da się jednak żyć. Życie to jednak utrudnia wiele czynników. Oprócz irytującego głodu poprzemianowego i kłopotów ze zbyt ostrymi paznokciami zalicza się do nich Wielka Trzynastka – grupa najpotężniejszych demonów, które pewnego pięknego, wrześniowego dnia postanowiły uwolnić swego pana, uwięzionego przed wiekami w Piekle. Potrzebują do tego Alicji, trzynastu dziewic oraz Jętki – byłej prostytutki, którą z Erykiem łączy coś więcej niż przelotny romans. To nie przejdzie bez echa, zwłaszcza, że po drodze wmiesza się Czarna Straż Archanioła, trzynaście nieumarłych pawianów, Nangobus, Stara Gwardia Dzieci Lilith, wyrm i pająkohydra. Będzie wesoło.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

1/391 Kroniki Białogórskie Rafał Growiec, virtualo.pl © Copyright by Rafał Growiec Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części niniejszej publikacji jest zabronione bez pisemnej zgody autora. Zabrania się jej publicznego udostępniania w Internecie oraz odsprzedaży zgodnie z Regulaminem virtualo.pl opracowanie graficzne | Rafał Growiec korekta | Maria Derejczyk Kroniki Białogórskie. Tom I: Baal. Rafał Growiec Wydanie II ISBN: 978-83-272-3877-1 2/391 Kroniki Białogórskie Rafał Growiec, virtualo.pl Rafał Growiec Kroniki Białogórskie TOM I: BAAL 3/391 Kroniki Białogórskie Rafał Growiec, virtualo.pl 1. Spis treści Prolog....................................................................................................................................4 I............................................................................................................................................11 II..........................................................................................................................................27 III.........................................................................................................................................60 IV.........................................................................................................................................86 V........................................................................................................................................119 VI.......................................................................................................................................137 VII.....................................................................................................................................152 VIII....................................................................................................................................167 IX.......................................................................................................................................188 X........................................................................................................................................207 XI.......................................................................................................................................225 XII.....................................................................................................................................249 XIII....................................................................................................................................279 XIV....................................................................................................................................309 XV.....................................................................................................................................342 XVI....................................................................................................................................367 XVII...................................................................................................................................388 XVIII.................................................................................................................................406 XIX....................................................................................................................................424 XX.....................................................................................................................................442 I Mapa Białogóry/Monteblanco.............................................................................................463 4/391 Kroniki Białogórskie Rafał Growiec, virtualo.pl Prolog I mperium Auriańskie, najpotężniejsze państwo świata miało powody do dumy. Nie tylko jako ostoja demokracji, wolności, tolerancji i postępu. Zdolne było dyktować swą wolę zarówno teokratycznym monarchiom Farr-Abadu na wschodzie, jak i naftowym czy biznesowym potentatom Zachodu. Dumne z blisko czterech tysiącleci istnienia, trwającego nieprzerwanie rodu cesarskiego, najstarszego na świecie parlamentu czy szlachty auriańskiej – najdostojniejszych obywateli świata. Miało swoje wzloty i upadki, lecz zawsze znalazł się sposób, by przetrwać dziejową zawieruchę i odrodzić się jak Feniks z popiołów. Imperium było dumne nie tylko z okapującej złotem stolicy, Quorum Aurelis czy malowniczych miast Ellady, ale także z setek mniejszych mejscowości, zamieszkiwanych przez setki milionów ludzi pracujących w pocie czoła na powszechny dobrobyt. Jednym z takich miast była Białogóra, zwana w języku Aurian „Monteblanco” – blisko milionowe miasto, sięgające swoją historią aż w czasy Wielkiego Zamętu. Wyrosłe w cieniu Góry Zamkowej, stojącej samotnie wśród pagórkowatego terenu nad rzeką Białką, od setek lat było domem zarówno szlachty, jak i zwykłych robotników czy oprychów. Przez wieki koegzystencji wytworzył się nawet pewien, usankcjonowany prawnie i zwyczajowo, podział terytorialny. Plebejusz nie chadzał po Złotych Domach czy Villa Novie bez pozwolenia kogoś ze szlachty, szlachcic nie powinien chadzać po mniej spokojnych dzielnicach bez kilku postawnych ochroniarzy i kamizelki kuloodpornej. Ciemne zaułki Zgorzeli od zawsze uchodziły za miejsce, którego porządni obywatele Imperium Aurianum bez względu na pochodzenie powinni unikać. Zbierały się tam wszystkie szumowiny z całej Białogóry: dilerzy opium, sutenerzy, ich podopieczne oraz zwykli bandyci i menele. Nocne patrole policji niewiele dawały – poza koniecznością zakupienia kilku nowych radiowozów w miejsce zniszczonych w zamieszkach. Podobno nikt nawet nie próbował odzyskać wypalonych wraków z rąk lokalnego mafiozo, chełpiącego się ogrodzeniem z niebieskiej blachy. Co więcej – stali mieszkańcy Zgorzeli wiedzieli, że są miejsca, gdzie nawet oni nie powinni się zapuszczać. Na przykład na porośnięte chaszczami i otoczone młodym laskiem pogorzelisko 5/391 Kroniki Białogórskie Rafał Growiec, virtualo.pl zakładów mięsnych „BuffaloBeef”. Szczególnie gdy spośród nagich, sczerniałych ścian, poprzez puste framugi okien dało się dostrzec światła reflektorów, a ryk potężnych silników mieszał się z ogłuszającą muzyką. Oznaczało to jedno: egzekucję. Tym razem rzecz była poważna – czerwony pickup z masą chromu i pełną głośników, zadaszoną skrzynką na pace, strzeżony przez trzech ogolonych na łyso drabów należał do jednego z najbogatszych ludzi w dzielnicy. A Leon Teratosso nie zwykł załatwiać byle błahostek osobiście. Miał od tego ludzi – swoje „dobre chłopaczyny”. Trójka przy półciężarówce nie miała najlepszych humorów: nikt nie skorzystał z zaproszenia szefa, więc nie dało pogadać z obstawami innych grubych ryb, omijało ich widowisko, termometr z ciekłokrystalicznym wyświetlaczem padł, co oznaczało -10 stopni – co najmniej, a o pierwszej w nocy nikt nie miał ochoty dostarczyć im rozrywki. Musieli pilnować, by nikt nie wylazł z lasu za ich plecami i nie podprowadził wozu szefa. Przez to nie mogli podziwiać jak Leon tłumaczy zdrajczyni „gdzie jej miejsce i powinność”. A jeżeli prawdą było to, co opowiadał Bury, to musiało być tam ciekawie. Jedna z podopiecznych burdelu należącego do Teratosso była bardzo rozmowna w czasie pobytu na komendzie. A już po kilku dniach dwie chłopaczyny odeszły na kilka lat, a dwie inne na wieczność. Jeden z wartowników upuścił papierosa i rozdeptał peta. Gdzieś w oddali zawył pies. Pewnie w Parku Północnym, tam dzikie watahy zawsze były niebezpieczne. Nieraz znajdowano ludzi z bronią gotową do strzału, czasem nawet z leżącym obok ścierwem kundla ze sterczącymi żebrami. Ale strzelec był już bez bebechów. – Tylko tych sukinsynów nam tu brakuje... – skomentował przedłużający się skowyt palacz, zaraz jednak się poprawił: – Skurwysynów, bo ich matki, to i tak były suki... No, nie? – Ha, ha – odrzekł ironicznie jego kolega, który rozsiadł się na ziemi przy tylnym kole. – Ty se tu jaja robisz, a jaką radochę mają ci w środku... Ale zasłużyła suka... Za Długiego i Baraninę. Uśmiechnął się, słysząc dzikie wrzaski dobiegającej z ubojni. Leon lubił zostawiać po sobie porządek – a kafelki i wąż do spłukiwania krwi i odpadów zawsze mu w tym pomagały. – Ty, Wyspiarz, nie zapominaj o Polewie i Grubym... – przypomniał mu palacz. – Ci długo jeszcze słonka nie pooglądają. A o psy się nie martw... Jutro szef znowu jedzie na łowy, to i parę łbów przywiezie... 6/391 Kroniki Białogórskie Rafał Growiec, virtualo.pl – Jajcarz, swoją drogą... – zagadnął trzeci, ubrany w skórzaną kurtkę z napisem na plecach głoszącym „Jestem bogiem! Zgadnij czego...”. – Wiesz, że dym tytoniowy szkodzi na jaja? – Serio? – spytał ironicznie Jajcarz. – Pewnie dlatego twoje żarty są ostatnio do dupy, hehe. Trzeba ci będzie nową ksywkę wymyślić za niedługo. Co powiesz na Makaron? Bezjajeczny? Jajcarza zamurowało. Jego kolega spod koła rechotał jak opętany... – Toś mu, Stary dołożył! Ciekawe co odpowie, jak mu już szczena od kolan się odlepi... – Nie wiem, ale dam mu czas do namysłu... Za ten czas się wyleję, o tam, w krzakach. Szefowi powiedzcie, że ktoś się kręcił i poszedłem go zaje... – Stary ziewnął, żałując, że nie mogą chociaż puścić muzyki z głośników bryki szefa. Taki bogacz, a akumulator ładował raz na rok. Po chwili zniknął w krzakach, a Wyspiarz wyciągnął z kieszeni dresu zapalniczkę i zaczął ogrzewać nad płomykiem dłonie. Kurwnął na samego siebie, że nie wziął nic cieplejszego. W dodatku Jajcarz otrząsnął się z szoku i wrócił do swoich żarcików. – O, chłopaczyna z zapalniczką... Jakby nie to że cię znam, to te włoski by mnie zmyliły i pomyślałbym, że trafiłem do bajki tego Normarczyka. – Zaraz ci przyjebie – warknął Wyspiarz i wyciągnął skręta z pozłacanej papierośnicy. – A skąd takie cacuszko u ciebie? – spytał Jajcarz, znając zamiłowanie kolegi do drogich wozów i drogich kobiet. – U jubilera byłem i mi sie do ręki przylepiło, jak pokazałem facetowi, że do drugiej przylepiła mi się klamka, to zrozumiał mój kłopot i oddał za darmo – wyjaśnił Wyspiarz. – Chcesz? Jajcarz wyciągnął się przez maskę i złapał wystawiony zwitek papieru z zielem. W tym momencie coś twardo wylądowało na pace, podbijając przód samochodu – już i tak dużo za lekki w porównaniu z nagłośnieniem z tyłu. Skręty i chłopaczyny posypały się po zmarzniętej ziemi. Papierośnica wpadła pod koło wozu, który wracał właśnie do normalnej pozycji. Brzękła miażdżona pozłacana blacha. – Co to, kurwa, było?! – wrzasnął Jajcarz, wyciągając zza pasa pistolet. – Nie wiem, kurwa, latająca, kurwa, krowa, kurwa! – wrzeszczał Wyspiarz, mocno spanikowany, patrząc na zgruchotany tył. To, co wylądowało na pace, przetoczyło się kilka metrów dalej. Jajcarz wstał i trzymając w jednej ręce broń, w drugiej zapalniczkę podszedł do „latającej krowy”. Zaraz jednak płomyk zgasł i sytuację uratowała latarka ze schowka. 7/391 Kroniki Białogórskie Rafał Growiec, virtualo.pl Wyspiarz nie był zachwycony tym, co zobaczył. – T-t-to j-jes-s-s-t... – Nie dokończył, zwrócił kolację i poświecił drugi raz, by się upewnić. Wtedy Jajcarz dojrzał białe litery, jedyne widoczne spod krwi, jaką umazany był bezręki i beznogi kadłub: „GIEM! ZGAD”. – Stary... – jęknął, lekko szczerząc zęby. – Co go tak...? – Z czego się ryjesz, kurwa, leć po resztę... – Wyspiarz stał w rozkroku, nad kałużą hamburgera i coli. Celował na ślepo między drzewa. Zdawało mu się, że zobaczył tam jakiś ruch. – Bogowie są nieśmiertelni, z tego się ryję. Ale idę już, idę, bo nas pieski zjedzą... – Zaraz jednak urwał, przypominając sobie, jak skończyło trzech kolesi z innej ekipy, po tym jak sfora dopadła ich nad fantami. Nie było co zbierać. Tyle że fanty zostały. Wiedział, bo to on ze Starym ich znaleźli (reagując zresztą tak jak Wyspiarz przed chwilą). Zaczął powoli iść w kierunku ruin – nie chciał biegiem sprowokować psów. Nagle coś przyszło mu do głowy: jak psy mogły miotać kilkudziesięciokilowym kawałem człowieka? Za jego plecami zlały się w jedno skowyt, wystrzał, krzyk Wyspiarza, urywający się cichym gulgotem. Wbiegł między resztki zabudowań – nigdy nie był w Ubojni, ale wiedział gdzie szukać: smród robił za przewodnika lepiej niż wydeptane ścieżki. Gdy dotarł w końcu do pokrytego kafelkami pomieszczenia, oniemiał. Pięć stuwatowych żarówek aż nadto oświetlały trójkę jego szefów. Leon Teratosso nie znęcał się nad swoją ofiarą. Leżał w rogu, z głową zwisającą luźno na tym, co zostało z karku. Krew spływała po skórzanym kombinezonie, w kałuży krzepnącej cieczy leżał odbezpieczony rewolwer. Dwa przydupasy leżały w kątach w nie lepszym stanie, jedynie czyjaś ręka zwizytowała środek pokoju. Dziewczyny nie było. Dał się za to słyszeć lekki stukot pazurów o kafelki. Jajcarz podniósł wzrok. Kropla krwi skapnęła mu do oka. Cofnął się za framugę. Coś wylądowało miękko przed nim. Było wyprostowane, mógł patrzeć temu w oczy. Złe, żółte, wilcze. Ostatnia rzecz, jaką widział w życiu. 8/391 Kroniki Białogórskie Rafał Growiec, virtualo.pl Jajcarza znaleziono dwa kilometry dalej. Godzinę później był już w szpitalu na oiomie. Nikogo nie powiadomiono, ale mimo to zjawił się tam bogato ubrany, wielki jak góra starszawy jegomość z walizką motywacji dla personelu medycznego. – Co mu jest? – spytał od progu. Nie miał chyba zamiaru przybywać w szpitalu długo, jakby zaraz miał spotkanie biznesowe. Rozsiadł się w sali lekarskiej i położył otwartą motywację na stole. Lekarz prowadzący Jajcarza mocno się zmieszał, ale zaraz olał tajemnicę lekarską. Przetarł zmęczone kilkunastogodzinnym dyżurem oczy i zerknął do leżącej wśród sterty dokumentów karty pacjenta. – Ogólnie jest w szoku – powiedział, wyjmując z szafki koniak i cygaro. Gość odmówił, krzywiąc się na widok lekko tylko przybrudzonych kieliszków. – Ale musimy kontrolować stan jego oczodołów, boimy się zakażenia w nich i ranach wokół. – A co z oczami, gałkami ma się rozumieć, proszę pana? – oburzył się gość, zbliżając rękę do walizki. – Nic z nimi nie zrobicie? Są już stracone? Czy zostały amputowane? Lekarz chwilę dobierał słowa. To był nietypowy pacjent, gdy zrobią co w ich mocy, będzie musiał się nim zająć psychiatra. – Znaleziono go już bez gałek. Właściwym terminem jest ekstrakcja. Niezbyt delikatna. Ma potężne rany szarpane na piersi i ramionach. Trzymano go chyba grabiami, gdy się wyrywał. – Zrobili mu to na żywca?! – Oczy biznesmena zrobiły się wielkie jak spodki. Ale tylko na moment, zaraz jednak przypomniał sobie, kim jest i z kim rozmawia. Po chwili milczenia poprawił się, już zgodnie z szykiem godnym przedstawiciela Starych Rodów: – Czy daje mi szanowny pan do zrozumienia, że został okaleczony w stanie pełnej świadomości? Zostawiam mój numer telefonu. Gdy tylko będzie zdolny opowiedzieć co się stało, proszę mnie powiadomić. Byłbym wdzięczny PODWÓJNIE, gdybym mógł się przekonać co ma do powiedzenia, nim zrobi to miejscowy pretor. Możemy chyba pójście na taki układ doktorze... – Dom – Odparł lekarz, licząc ile rat kredytu uda mu się za to spłacić. Ostatnie cięcia w budżecie odbiły się mocno na północnych prowincjach. – Grzegorz Dom. – O, jakie proste nazwisko! – Napięcie i duma szlachcica ustąpiły miejsca tonowi, jaki doktor Dom znał z rzadkich odwiedzin ważnych osobistości, chcących przed kamerami udawać spoufalonych z ludem. Wraz z pomyślnym załatwieniem sprawy oficjalna wizyta 9/391 Kroniki Białogórskie Rafał Growiec, virtualo.pl została zakończona, teraz rozpoczęła się kokieteria mająca zapewnić o szczerości intencji. – Nie myślał pan o zmianie na jakieś obcojęzyczne? Było to modne zjawisko wśród Białogórzan, którzy awansowali w hierarchii społecznej. Za jedyny milion Żelazny stawał się Iron em, Mędrek Bonim, a Kruk Corvusem, by nie razić klientów ze stolicy, czy jakiejś bardziej cywilizowanej prowincji szeleszczącym i trzaskającym nazwiskiem. – Myślałem o nazwisku z wyspiarskiego, ale to by niewiele zmieniło, prawda? „House”? Kojarzy się z ujadaniem psa. Hau, hau haus! – Święta racja. Czyli jesteśmy omówieni? Tu jest moja wizytówka. – Dobrze, panie Teratosso. 10/391 Kroniki Białogórskie Rafał Growiec, virtualo.pl I – Jesteście państwo ABSOLUTNIE pewni, że chcecie wynająć TĘ kawalerkę? – Otyły, łysiejący agent nieruchomości kilka razy spoglądał raz na wysokiego, potężnie zbudowanego blondyna, raz na zgrabną jasnowłosą kobietę z lekko skośnymi, acz wyraźnie niebieskimi oczami. – Nie, panie Rivieri, chcemy KUPIĆ tę kawalerkę... – Mężczyzna był zadziwiająco zdecydowany. Zdawało się, że już planuje rozmieszczenie mebli. – Proszę państwa, osoby z państwa dochodami, z taką pozycją społeczną na pewno stać na lepsze lokum niż ten elegancki, bo elegancki, ale jednak zaledwie kącik – kontynuował Antonio Rivieri, pewien, że sprzedaje właśnie kawalerkę jakiejś bohemie od siedmiu boleści. „Na Merkurego! – pomyślał ze zgrozą, ocierając pot z czoła. – „Zaraz zaczną się tu dzikie balangi i tylko czekać aż w pijackim widzie spalą lokal z okolicą jako rzekomego konia z Illionu.” To nie była klientela, jaką lubił. Coś było z nimi nie tak. Według dokumentów, miał przed sobą dwójkę młodych studentów, bogatych i eleganckich. Utrzymywali się z podnajmowania nieruchomości i gruntów należących do rodziny. Tacy nie powinni wybierać małego lokalu w cichej okolicy. Taki stary wyga jak Antonio Rivieri powinien bez trudu namówić ich na coś większego i droższego. Zamiast tego, zalewał się potem na samą myśl o kłótni z takimi klientami. – I ten kącik nam się podoba, proszę pana. – Blondynka musnęła smukłymi palcami komodę, jedyny pozostały w sypialni mebel po poprzednim właścicielu. – Jaka jest cena? – Sześćset tysięcy, to około sześć tysięcy sześćset sześćdziesiąt solidów za metr kwadratowy – poinformował, wiedząc, że za dwa razy wyższą cenę mogli spokojnie miesięcznie opłacać spory apartament na Kowalach. – Nasza agencja... Chciał już wskazać inny lokal, za sprzedaż którego otrzymałby niezłą prowizję, ale blondyn przerwał mu gestem dłoni. Antionio zamilkł, nie chcąc irytować tak wysoko postawionego klienta. Ten wbił w niego parę błękitnych oczu i rzucił, kończąc w tradycyjny sposób negocjacje: – Dajemy osiemset tysięcy. I bez dyskusji. – Od kiedy padły trzy ostatnie słowa, dobrze wychowany plebejusz mógł jedynie czekać, aż szlachcic zrezygnuje sam z siebie. – Proszę przygotować papiery. 11/391 Kroniki Białogórskie Rafał Growiec, virtualo.pl – Jak sobie państwo życzą, ale... – Rivieri, może nie najlepiej wychowany, ale bardzo dobrze przeszkolony w zakresie negocjacji, czuł, że wypoci przy tej rozmowie więcej kilogramów niż na jakiejkolwiek siłowni. Nim podjął kolejną próbę przekonania klientów, do pokoju wszedł woźny, chudziutki staruszek z fryzem na jeża i zaczął spokojnie wycierać podłogę nowym mopem. – Witam państwa – rzucił jakby od niechcenia. – Mogłaby pani stanąć gdzie indziej? Tu też trzeba przetrzeć – mruczał, szorując jakby nigdy nic. – Panie Juliuszu, nie teraz... – zganił go Rivieri, wywołując uśmieszek na twarzach zarówno klientów, jak i dozorcy. Teraz miał już dość. Najwyższa prowizja nie zwróci mu kosztów operacji serca. Niech tu sobie mieszkają, palą, grabią i mordują. On chciał mieć z tym spokój. – A jak nie kupią? – oburzył się pan Juliusz, wskazując palcem parę, teraz już zapewne i tak niedoszłych nabywców. – To będzie niepowycierane i potem któryś z was znowu będzie marudził, że to zaniża ocenę lokalu. Umyte musi być i basta! – To ja pójdę po dokumenty... – zaproponował Rivieri, myślami będąc już przy zostawionej w teczce z papierami paczce papierosów. – Państwo może się rozejrzą i może zmienią zdanie... – Agent niemal wybiegł do samochodu zaparkowanego na trawniku przed blokiem. W tym czasie blondynka podeszła do okna i otworzyła je na oścież, podziwiając panoramę placu zabaw i nieco zaniedbanego parku. Mężczyzna przechadzał się po niewielkiej kuchni, lekko zniesmaczony na widok niewielkiego piecyka węglowego. – Potem będzie można zainstalować kuchenkę gazową albo elektryczną, jak kto woli. – Pan Juliusz kończył już w przedpokoju i przechodził powoli do salonu – Tyle że wtedy kuchnia chyba straci nieco uroku... Mało już jest pieców węglowych w kuchniach, bardzo mało. – Jak mało? – spytał z ciekawości mężczyzna, wykazując dziwne zainteresowanie lokalnym przeżytkiem epoki węgla i stali. – Bardzo mało, teraz wszyscy przestawiają się na gaz – westchnął dozorca, rozkładając ręce, za nim stanęła blondynka – Podobno jest tańszy i bezpieczniejszy... Ale tu, na Łęgach i w ogóle po tej stronie rzeki, jest zbyt zwarta zabudowa i żeby pociągnąć rury, będą musieli kopać pośrodku ulicy. Chyba prędzej będzie jakiś punkt sprzedaży butli. A wtedy tylko czekać, aż któryś z tych pijaków wysadzi siebie i pół bloku. 12/391 Kroniki Białogórskie Rafał Growiec, virtualo.pl – Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o kasę... – mruknął klient, przykucając przy piecyku. Drzwiczki do piecyka udekorowane były starym herbem Białogóry: białą wieżą z blankami na zielonym tle. – Ale w sumie piecyk bardzo ładny. Stary, prawda? – I to jak! Ma już chyba ze sto lat! – niemal krzyknął pan Juliusz, wskazując na drzwiczki. – Poprzednio mieszkał tu jeden z tutejszych wykładowców, ale tych, jak to na nich się niedawno mówiło: „dorobkiewiczów”. Zbierał różne takie: antyki, stare książki. A piecyk chciał zachować, bo kojarzył mu się z jednym przesądem... Zresztą nieważne... Ale jakbyście chcieli obejrzeć tę jego kolekcję, to jest u nas na strychu. – Wymownie wskazał palcem sufit, podświadomie uznając, że lepiej będzie przypomnieć, o czym mówi na wypadek, gdyby ludzie po przekroczeniu pewnej sumy dochodów, zaczęli nazywać strych piwnicą, a piwnicę strychem. – Nie sprzedaliście tego? – zdziwił się mężczyzna, znający widać przepisy: takie graty miały zostać albo sprzedane, albo zutylizowane w przeciągu pół roku. – A gdzie tam! Profesor jeszcze dwa miesiące temu płacił rachunki, ale potem dorwała go jakaś choroba i musiał zrezygnować z mieszkania tutaj. Przez klimat. Ale nawet po tym szef zabronił cokolwiek wyrzucać, bo można sprzedać mieszkanie drożej, ale już umeblowane. – Rozejrzał się, ściszył głos i wyznał: – Ale myślę, że ten cały Rivieri to najchętniej sam by to mieszkanie wziął, razem z całym majdanem... Jak za długo będzie czekać na wynajem, to w agencji opchną je swoim. I dlatego tak się stara państwa zniechęcić! Blondynka uśmiechnęła się i spytała: – Kiedy byśmy mogli obejrzeć ten... cały majdan? – A choćby zaraz! Klucze zapasowe do mieszkania mam, to możemy spokojnie się przejść. Tylko szybko, ten urzędas pewnie jeszcze zapali cygaro i będzie klął na wszystkich bogów, że mu się taka klientela trafiła niewybredna. Za to będzie miał za cienką prowizyjkę, a przecież oni za wynajem zwykłej szopy na Złotym Wzgórzu mogliby żyć przez rok! – No to chodźmy – zaproponował mężczyzna i wyszedł na klatkę z partnerką – Na mieszkanie już jesteśmy zdecydowani, tylko trzeba się jeszcze zastanowić, co weźmiemy z Doma Aurora. Wszystkiego tu nie pomieścimy, a jeszcze trzeba wykombinować jakieś rozkładane łóżko. – A na co? – zdziwił się gospodarz domu. – Umówiliśmy się, że będę spał w salonie – odpowiedział nieco zawstydzony 13/391 Kroniki Białogórskie Rafał Growiec, virtualo.pl mężczyzna. – Na Doma Aurora mieliśmy dwie sypialnie zamykane na klucz i... – O, państwo aż stamtąd? – przerwał mu woźny, walcząc z zamkiem w drzwiach kawalerki. – Trzeba będzie ustrojstwo wymienić... – Tak to pana dziwi? – mężczyzna już wspinał się po schodach. – I to jak! – przyznał woźny. – To stare budownictwo: grube mury, z dala od centrum, ale jest jak dojechać na Akademię. Ale żeby przeprowadzać się ze Złotych Domów? To nie te standardy co tam! Na przykład tutaj są normalne, niekuloodporne szyby. I klamki, a nie gałki. I oczywiście ogólnie wszystko jest o wiele tańsze. Będą pewnie chcieli państwo zainstalować drzwi antywłamaniowe? – Oczywiście, solidne drzwi to podstawa – odparła blondynka – Po tej historii z młodym Teratosso niczego nie można być pewnym. – Co to było? – Juliusz kojarzył skądś nazwisko, wyraźnie facet był ze Starych Rodów. – Straszna historia... – Kobieta pokręciła głową. – Pół roku temu biedaka znaleźli rozszarpanego w jakimś pogorzelisku. Podobno zabójcy byli tak na niego zawzięci, że zdemolowali nawet jego samochód. – Rozszarpanego? A tak, ten mafiozo... – przypomniał sobie dozorca, skinąwszy głową drobnej staruszce schodzącej z góry. Wymienili uwagi na temat zapachu płynu do podłóg (śmierdział bananami i pomarańczami, choć miał być cytrynowy – wyszło coś żółtego i coś cytrusowego). Gdy lokatorka odeszła, blondynka spytała się, jak długo pracuje tu jako woźny. – Uf, będzie ze dwanaście lat. Tak, a pewno, bo wtedy urodził się ten smark spod siódemki, ten co teraz założył „kapelę”. Tłuką po beczkach w garażu i nazywają to próbami. Ale tak, cały tuzin lat. A w ogóle, to skoro jesteście państwo zdecydowani – Julek jestem! Do mnie ze wszelkimi usterkami i opłatami. – Marek Aureliusz de Marcia – przedstawił się mężczyzna, zaraz jednak z uśmiechem dodał – Marco. Albo Marek. Jak kto woli. – Z tych de Marcia? – Julek spojrzał na niego podejrzliwie. – Z tych de Marcia, co jeden jest doradcą byłego następcy tronu? – Z tych – potwierdził Marek. – No, no... – Woźny spojrzał na niego z uznaniem. Widać „ci” de Marcia powinni według niego być nadętymi bufonami. – Alicja Maria Canissi – dygnęła blondynka – Znajomi mówią mi Ala. 14/391 Kroniki Białogórskie Rafał Growiec, virtualo.pl – Krzyżowiec? – zagadnął Julek, mrużąc szare oczy. Ewidentnie była to reakcja na drugie imię, ewidentnie żydowskie. – Tak – odparła dumnie kobieta, wiedząc, jak alergicznie reaguje wielu ludzi na krzyżowców. Nie została jednak rzucona lwom czy dziennikarzom na pożarcie, co ją nawet nieco zaskoczyło. Woźny wzruszył ramionami i odparł sucho: – No, to pamiętaj, że kapliczka dwie przecznice stąd jest czynna od świtu do zmierzchu. Zajmuje się nią jeden taki Konstancjusz... Czy jak mu tam... O, te drzwi po lewej to już strych. Podszedł do białych drzwi bez wizjera i wygrzebał z pęku kluczy największy, z ogromnym, zdobionym uchem. Trochę nim pomanipulował w zamku, ale niewiele to dało. Staruszek chwilę spoglądał na drzwi, mierząc je wzrokiem. W końcu energiczny kopniak otworzył im drogę na strych. – Zapraszam do królestwa profesora Starobrzeskiego! Alicja wpadła pierwsza i zaraz westchnęła z zachwytu – stare, może stuletnie szafy, potężne dębowe biurko z mosiężnymi gałkami. I książki – stosy książek przykryte folią – na podłodze, półkach i okrągłym stoliczku z lwimi łapami. – Profesor miał chyba problemy z upchnięciem tego na szafce? – zażartował Marek, odkrywając jeden ze stosów na podłodze. Ku jego zdziwieniu całą kupkę stanowiły egzemplarze jednego wydania jednej książki. Tanie wydawnictwo FANTASMAGORIA ozdobiło okładkę stustronicowego traktatu wielkim wilczym łbem z wyszczerzonymi zębami. – Ta, to dlatego musiał wyjechać ze Złotych Miast. – Julek kiwnął głową i wziął jedną z książek do ręki. – Żadne sensowne wydawnictwo nie chciało wydać „Wilków z Białogóry”. Nowobrzeski wykładał na Akademii Imperialnej, bodajże na socjologii historycznej. Potem dostał szmergla na punkcie wilków i bajań ludowych. Oczywiście pisał wcześniej książki, ale były to raczej nudne kawałki o tym dlaczego rząd królestwa Zadupczyc musiał ograniczyć import zboża z Zadupia Średniego, bo jakiś wieśniak ze szwagrem zablokowali Szlak Królewski. No, ale jak napisał „Wilki” to go wywalili z uczelni i musiał szukać pracy na Wyspach Psich. – Podobno ze względu na klimat? – zdziwiła się Alicja. – Wie pani, jak się robi duszno, gdy wszyscy koledzy profesorowie piszą o pana demencji starczej i grożą zamknięciem w psychiatryku? – zażartował Julek, mrużąc oko. – A te książki nie powinny być w księgarniach? – spytał Marek, wertując książkę. 15/391 Kroniki Białogórskie Rafał Growiec, virtualo.pl – Owszem, ale nim zdążyli je tam wysłać, ktoś z uczelni dowiedział się, o czym to jest i zablokował wysyłkę. Pewnie ktoś ważny, bo zapłacił za te całe dwadzieścia tysięcy, co już wydrukowali. Tylko nie dostał tego tysiąca, co jest tutaj. Zawsze dają mniej więcej tyle, żeby autor dał autograf i rozesłał do bibliotek. – Stary profesor Casanova napisał powieść erotyczną, umieścił tam i wymienił z nazwiska kilka studentek i profesorek i nawet go nie upomnieli, pomimo protestów Rady Studenckiej – przypomniała Alicja. – O czym to jest, że tak oburzyło profesorów? – O buncie Lupusa z Białogóry – wyjaśnił Juliusz, podając jej książkę. – To wszystko jest w praktyce wasze, więc możecie to sprzedać lub rozdać. A już przez samo to że ta książeczka tak wściekła wykładowców pewnie będzie zbyt na campusie. – Studiuję historię i nigdy o niczym takim jak bunt Lupusa nie słyszałem? – zdziwił się Marek, zaglądając na chybił trafił. Trafił na stronę ze zdjęciami trzech marmurowych popiersi i jednej płaskorzeźby w topornym stylu królestw wchodu. – Profesor wyjaśnia to na końcu. Wiem, bo czytałem – pochwalił się Julek, mrużąc oko. – A książka by przeszła, gdyby pisała tylko o tym, że był jakiś tam bunt na terenie Białogóry. Ale profesor moim zdaniem nieco zaszalał. Uznał, że ten cały Lupus był krzyżówką człowieka i wilka. Wilkołak, rozumiecie? – Juliusz zaśmiał się głośno, ukazując niezwykle zadbane zęby. – Aha, już słyszę jak sapie na schodach pan Rivieri. Pewnie będzie się wściekał, że opowiedziałem wam o profesorze. Bo któż normalny wierzy teraz w wilkołaki, no, nie? Młodzi chwilę milczeli, patrząc po sobie i zaraz wybuchnęli nieco wymuszonym śmiechem. Świt nad Białogórą mógł się wydawać piękny, szczególnie z perspektywy dwudziestego pietra luksusowego apartamentowca na Doma Magna: Słońce ledwie wychyliło się zza masywu Góry Zamkowej, rzucającej swój cień na zachodnie dzielnice miasta. Pierwsze promienie światła ledwo przebijały się przez poranną mgłę, prześwitując przez wykusze ruin prastarej twierdzy Terga w połowie wysokości góry. Odbijały się one w wielkich szklanych ścianach wieżowców centrum biznesowego i skrzyły na przęsłach Mostu Cesarskiego. Eryk ziewnął i pomyślał, że w innych okolicznościach nawet by się tym widokiem zachwycił. Jednak, gdy pomyślał, ile miał jeszcze dzisiaj roboty – na wykopaliskach, w Skrajnym i przy 16/391 Kroniki Białogórskie Rafał Growiec, virtualo.pl przygotowaniu wystawy, widok tracił wiele ze swego uroku. Ciemnowłosy człowiek w czarnych spodniach, szarym bezrękawniku i wytatuowaną na ramieniu lambdą przeciągnął się i wyszczerzył w uśmiechu rząd białych zębów. Dużo pracy, mało czasu i raczej nikt mu w tym nie pomoże... Mimo to drobną radość sprawiał mu fakt, jak bardzo zdziwiłby się dozorca budynku, gdyby wiedział, jak nietypowego lokatora ma dach najbardziej snobistycznej konstrukcji w okolicy. Wielki kwadratowy klocek miał być nowoczesną wersją domów rodzinnych z uboższych dzielnic (budowano go w tym krótkim okresie, gdy godziło się marnotrawić pieniądze na dokarmianie sierot i budowę domów opieki). Tak więc wokół kwadratowego placu z elegancką fontanną wznosiły się ściany z czerwonej cegły, przetykane wielkimi – a nawet wielgachnymi – szybami w białych ramach z PCV. Każde piętro składało się z trzech lub czterech dwustumetrowych lokali na najwyższym poziomie. Dach – tak jak w oryginałach na Łęgach, czy Zgorzeli – został niezabudowany. Tak więc, zamiast jakiegoś apartamentu godnego Cesarza i zajmującego go Króla Parówek czy Szczotek do Toalety, siedzibę miał tu ktoś, kogo każdy mieszkający pod nim nazwałby jednym, tradycyjnym słowem – plebs. Plebs zamieszkujący drewnianą szopę na dachu, korzystał ze wszystkich dostępnych dobrodziejstw – posilał się w kuchni restauracji „Imperia” (kto by się doliczył jednego, czy dwóch pomocników w kuchni więcej, czy mniej?), jego śmieci (zazwyczaj foliowe torebki – wybitnie passe w wyższych sferach) lądowały na dnie tego samego zsypu co resztki kawioru pana rajcy miejskiego. Problem z potrzebami fizycznymi rozwiązał wstręt mieszkańców do klas niższych. Bo czy hydraulik, czy (brońcie bogowie!) akwizytor miałby korzystać z toalet w mieszkaniach? Bzdura! Architekt przewidział na ostatnim piętrze niewielką klitkę z sedesem i umywalką. Tyle powinno starczyć obsłudze. A jak komuś daleko po schodach to niech kupi kluczyk do windy. Przez trzy miesiące wytrzymał na dachu, ale za niedługo trzeba będzie się zbierać. Ktoś może w końcu zauważyć obcego jakoś dziwnie pałętającego się w okolicy – nie jak inni menele czy plebs – po całym mieście. A już nowy szef kuchni w „Imperii” mógł się okazać bardziej spostrzegawczy od poprzednika. W dodatku zbliżała się najgorętsza pora roku i siedzenie na dachu groziło udarem, a od przebywania w budce można było dostać klaustrofobii. Kto by pomyślał, że milionowe miasto nie ma porządnej sieci przekaźników radiowych? 17/391 Kroniki Białogórskie Rafał Growiec, virtualo.pl „Aj” – pomyślał. – „jedna wielka wieś to całe Imperium i tyle: co z tego, że rozciąga się przez prawie cały kontynent?” Z budki dobiegło ciche brzęczenie radiotelefonu. Wszedł do środka, próbując dokopać się do miejsca, gdzie położył słuchawki. Mimo niewielkiego dobytku udało mu się solidnie zagracić osiem metrów kwadratowych pryczą, skrzynią z najważniejszymi przedmiotami, nieużywaną butlą z płynnym gazem i stertą rysunków (wiele w ogóle nie związanych z pracą, znikoma część stanowiła własność Uniwersytetu Bath). Na szczęście nie musiał szukać dwumetrowej kolumny anteny, pełniącej funkcję podpory stropowej. Kilkanaście kolorowych kabelków podłączonych zwykłą, czarną taśmą izolacyjną łączyło panel kontrolny anteny odbierającej sygnał telewizyjny dla okolicy z niewielkim aparatem z dwoma okrągłymi przyciskami. Obok leżały słuchawki z mikrofonem – choć próżno było szukać tego modelu w jakimkolwiek sklepie w Imperium. Mężczyzna nacisnął „odbiór” i nasłuchiwał. Jak zwykle przeczekał pierwsze szmery, gdy rozmówca po drugiej stronie na gałce starego radia szukał odpowiednich fal – nieużywanego pasma, daleko poza możliwościami tutejszych nadajników (antena dopiero po odpowiednich modyfikacjach zaczęła je odbierać). W końcu usłyszał znajomy głos, przedzierający się przez zakłócenia. – Eryk?? Eryk? Jesteś tam? Eryk podniósł słuchawki i założył je na głowę, zdjął osłonkę z mikrofonu i przystawił go do ust. – Jestem, nie panikuj szefie. Coś się stało? – Szorstki, jakby przepity głos musiał brzmieć jeszcze gorzej w głośnikach zmodyfikowanego radia. – Nie mam czasu, wszystko powiem ci na miejscu. Przyjedź szybko pod wieżę i przynieś kamień. Rozmontuj aparaturę i zwiń cały majdan z dachu. – Coś bardzo poważnego? – Nawet nie udawał, że to go nazbyt interesuje. Ciągle pojawiały się pilne sprawy, które trzeba było rozwiązać przy jego pomocy. – Poza kontrolą z Akademii – nic takiego. Pośpiesz się. Trzask odkładanej słuchawki urwał rozmowę. Eryk zdjął słuchawki i spod koszulki wyjął srebrny łańcuszek z kluczem, którym otworzył zamek skrzyni. Pod wiekiem znajdował się woreczek z wrażliwym na wstrząsy materiałem wybuchowym. Goście (nie, żeby takowych zapraszał, ale zawsze mógł się przypałętać jakiś strażnik albo funkcjonariusz 18/391 Kroniki Białogórskie Rafał Growiec, virtualo.pl pretorii z łomem) nie powinni tu zaglądać – przynajmniej jeśli mieli jakieś plany dotyczące górnych partii ciała. Wyjął spory, szary otoczak i walizkę. Spośród papierów wybrał kilkanaście rysunków detali architektonicznych wieży oraz parę kartek pokrytych koślawym pismem. Po chwili walizka była pełna, kamień umocowany w specjalnej kieszonce. Skrzynia została pozbawiona zabezpieczenia. Eryk podszedł do butli, zerwał plombę i odkręcił zawór. Gaz zaczął rozprężać się, z sykiem opuszczając butlę. Odczekał chwilę i wyszedł z walizką przed szopę, blokując drzwi cegłówką, tak by nie zatrzasnął ich wiatr. Zmarszczył brwi, skupiając uwagę na przestrzeni między dachem na Doma Magna, a dobrze sobie znaną polanką w Parku Skrajnym. Tatuaż na ramieniu pulsował jasnobłękitnym światłem. – No to – hop! – rzucił, gdy uznał, że jest zdolny wykonać sztuczkę „spalony bezdomny”. Cisnął woreczkiem do wnętrza. Szopa eksplodowała niebieskimi płomieniami, rozsypując się na tysiąc części, a cała dzielnica straciła dostęp do telewizji i sieci komórkowych. Gdy po kilku minutach na dach wdrapał się woźny, zwany „administratorem budynku ds. porządkowych” znalazł pełne zwęglonych śmieci resztki dzikiego siedliska, nadal wyczuwał gaz. Z żalem popatrzył na szczątki anteny i wzruszył ramionami – nie jego wina, że jakiś menel zwiedza teraz okolicę jako popiół. A antena była na szczęście ubezpieczona, to może nawet na nim zarobili. Bo to chyba podpada pod „wandalizm, z wyjątkiem działalności artystycznej”? Dzikie wysypisko na polanie w Parku Skrajnym dawno zostało oczyszczone ze wszystkiego, co godne było uwagi złomiarzy. Zostały tu tylko stare, drewniane meble, jakieś plastikowe butelki i mnóstwo folii wszelkiego gatunku, upchnięte w stos między kilkoma, porośniętymi mchem kamieniami. Taśmy magnetofonowe wiatr porozwieszał na drzewach niczym paskudne, czarno-brązowe pajęczyny. Wszystko nabierało cech post- apokaliptycznego krajobrazu w znikomym świetle wschodzącego słońca, przedzierającego się przez konary starych dębów. Zdziczały kundel, ostatni ze sfory, która wpadła w zasadzkę hycli, przeszukiwał sterty pustych opakowań po pizzy. Zapach, dzieło raczej jakiegoś chemika niż wybitnego kucharza 19/391 Kroniki Białogórskie Rafał Growiec, virtualo.pl kłamał – już nic tam nie było od dobrych paru lat. Nagle pies nastawił uszu, podkulił ogon i wyszczerzył zęby, czując nienaturalne pulsowanie powietrza. Zerwał się do biegu, gdy polankę zasnuło błękitne światło. Po chwili, ze sterty butelek po jabolach podniósł się Eryk. Łeb, rozpychany od środka przez mózg, pulsował, dając do zrozumienia, że ludzkie ciało nie jest stworzone do tak nagłej, choć niewielkiej przecież zmiany ciśnienia. Zaraz zaczął mu wtórować żołądek, dręczony ponadto bezmięsnym postem. Gdy zwrócił niewielką kromkę z serem, odszukał walizkę. Zamek wytrzymał lot, można było się zbierać. W barakowozie będzie mógł wyczyścić się do porządku i wysłucha, czego chcą od nich ci idioci z Akademii. W końcu to nie ich wina, że (oficjalnie) przyjechali z Knaufsbergu i odkryli resztki strażnicy sprzed tysiąca lat! Ci pseudonaukowcy dawno by ją znaleźli, gdyby nie to, że woleli przeszukiwać rodzinne kolekcje Starych Rodów, jednocześnie zabiegając o nowe fundusze. Ciekawiło go, na co wydają te kokosy, skoro nie spenetrowali nawet najbliższej okolicy? Przecież Dęby były pod samym ich nosem! Z drugiej strony, dla tego bezcennego zabytku wielkim szczęściem było nie zostanie odnalezionym, co ewidentnie uchroniło stare mury od rozgrabienia przez „kolekcjonerów”. Chwiejnym krokiem Eryk dotarł do wykopalisk. Pod wielkim, brezentowym namiotem, krył się długi na dwadzieścia i równie szeroki wykop. Niemal nikogo nie było – pierwsza zmiana zaczynała dopiero o szóstej. Wokół stało kilka barakowozów i jeden kontener z bezwartościową ziemią. Jedna przyczepa z anteną radio-telewizyjną na dachu stanowiła apartament i biuro profesora Cristiano Canem. Sam profesor czekał już przed wejściem do namiotu, w swojej ukochanej kraciastej koszuli, sztruksowych spodniach, z nieodłącznym notatnikiem w ręce. – W końcu jesteś – żachnął się Canem z ironicznym uśmieszkiem na wąskich wargach okolonych siwym zarostem. Długie, szpakowate włosy sięgały mu do ramion i teraz swobodnie powiewały na wietrze. Spod okularów błyskała para szarych, bystrych oczu. – Co, daje po łbie taka podróż? Leć do mnie, zmyj z siebie ten ser i przyjdź zaraz na piątkę. Masz ten kamulec? No, jasne, że masz: bez niego nie wyrobiłbyś czternastu kilometrów w pięć minut. – Ci kontrolerzy muszą być strasznie ważni, skoro tak się rozgadałeś, szefie... – jęknął, wiedząc, jak milkliwy wykładowca potrafił zatruć atmosferę niewyczerpanym potokiem 20/391 Kroniki Białogórskie Rafał Growiec, virtualo.pl słów, gdy tracił kontrolę nad sytuacją. – Sam rektor i jeden z tych nadętych balonów, zwanych dla hecy archeologami. Życzliwy dodał, że chodzi o teren. Twierdzą, że właściciel nie wyraził zgody. Wyjaśnię ci, jak przestaniesz cuchnąć niestrawionym chlebem. W przyczepie Eryk zastanowił się nad konsekwencjami tej kontroli. Miał pewność, że nic nie znajdą – choćby bardzo chcieli. Ci, którzy ich wysłali byli pod względem papierów wręcz pedantyczni. Chyba że sami też coś planują. A najważniejszy kontroler, jaki mógł ich skontrolować z ich strony raczej nie będzie się zapowiadać... A już na pewno nie pozwoliłby, by Eryk dowiedział się o jego wizycie zbyt wcześnie. – Niedobrze... – warknął sam do siebie. Mogli sobie przypomnieć o poprzednich wyczynach ekspedycji „naukowej”. A to oznaczało, że nie wyślą byle kontrolerczyny z jakąś instrukcją od rektora. Prędzej on sam zwizytuje tak sensacyjne odkrycie. Przy resztkach żłobu sprzed milenium czekał już na niego niezbyt zaskakujący widok. Potwierdziły się jego najgorsze obawy: Rektor Białogórskiej Uczelni Wyższej imienia Lupusa Wielkiego przeglądał dokumentację z ostatniego miesiąca z niezbyt zadowoloną miną. Gęste, zrastające się nad nosem brwi, szeroki nos, skośne oczy i gładko wygolony kwadratowy podbródek wykrzywione były grymasem wściekłości. – Nic nie znaleźliście? – spytał spokojnie, co oznaczało, że jest porządnie zdenerwowany. Normalnie byłby choć trochę wesoły. – Nic nie wiedzieliśmy o sprawie, panie Lupem! – Kolejna Wielka Rzeka Słów wytrysnęła z ust Cristiano, zaraz jednak wizytator postawił tamę. – Nawet masz rację – przyznał, odkładając papiery na polowy stolik, na którym już czekały kawa i bułki – Naprawdę nic nie wiecie! – Trzasnął pięścią w plastikowy blat. Raport plasnął miękko na ziemię, kubek roztrzaskał się o jakiś wystający kamień, bułki chwycił Eryk, pojawiając się nagle za plecami Canem. Jedną sztukę pieczywa połknął za jednym gryzem, drugą odłożył na stolik. – Szkoda, żeby się tak głupio zmarnowało – wyjaśnił, siadając na niskim pieńku naprzeciw rektora. – Czemu nie zauważyłem, żebyś przechodził obok mnie, po tym jak zeżarłeś moją bułkę, a przed tym jak się rozwaliłeś jak pasza, nawet ze mną nie witając? – spytał cierpko Lupem, zaciskając pięści. – Bo chciałem poćwiczyć, Franco – palnął, wyciągając rękę po drugą bułkę. 21/391 Kroniki Białogórskie Rafał Growiec, virtualo.pl – A ja wolałbym, synu, żebyś ćwiczył po drugiej stronie Granicy. – Franco Lupem trzasnął go po palcach, po czym przeszedł się kawałek po pniak dla siebie. Na pewno był wygodniejszym siedziskiem niż rozchybotane plastikowe krzesło. Canem stał z boku, nie ryzykując, że stanie pomiędzy tą dwójką, gdy skoczą sobie do gardeł. – Nie moja wina tatuśku, że po prostu czasem muszę sobie obniżyć ciśnienie. – Eryk wyszczerzył zęby i wydłubał spomiędzy nich kawałek skórki. – Ale o co chodzi? Bo raczej nie o tę kontrolę? Byle kontrola nie wywołałaby na twojej twarzy tego zniesmaczenia i tej odrazy. – Moje geny są chyba byt inteligentne – oznajmił Lupem i wyciągnął z kieszeni zgięty w czworo żółty papier. Podał go Erykowi – To do ciebie. Z samej góry. – Z jakiej wysokości? – spytał Eryk, rozcinając paznokciem kopertę. – Ze szczytu Czarnej Góry i z drugiego piętra Pałacu Chanatu. Teratosso szmuglują broń na masową skalę. Blisko pięćset karabinów w ubiegłym roku. Masz to ukrócić. O głowę albo dwie. Przynajmniej jeden z trojaków ma zostać przy życiu, żeby ten stary zgred nie marudził, że mu całe potomstwo wybiliśmy. Już to że ten tam został ukatrupiony w tej rzeźni, jest dla niego plamą na honorze. Do czego doszło, żeby potomek sławetnego Lupusa zajmował się mokrą robotą? – westchnął, dochodząc (jak tysiące pokoleń przed nim) do wniosku, że świat schodzi na psy. – Wszystko jest możliwe. Przynajmniej od czasu, kiedy starsi o jedno pokolenie potomkowie sławetnego Lupusa szwendają się po świecie, rozrzucając nasienie i nie przejmując się losami potomstwa. – Uśmiech nie znikał z twarzy Eryka, gdy czytał rozkaz, podpisany zamaszystym pismem Wielkiego Ghana. W znacznym stopniu pokrywał się on z jego osobistymi planami na najbliższe miesiące. Zignorował uwagę Lupema o należnym starszym szacunku i wstał, przechadzał się przez chwilę po stanowisku. – W końcu cię wyciągnąłem z tej cholernej wyspy! – O dwanaście lat, dwa dni i jeden pogrzeb za późno. Franco w końcu podszedł do niego i powalił go ciosem pięścią w twarz. Mógł pyskować, mógł być bezczelny – ale nie mógł się uchylić przed tak błyskawicznym ciosem. – Kończymy tutaj te wykopki, chwalicie się na wystawie, likwidujesz synów Chana Zachodu i spieprzamy raz na zawsze z tego miasta – rozkazał władczym tonem, wysuwając ku leżącemu Erykowi rękę. – Ale jeszcze załatwię jedną sprawę. – Eryk jak zwykle chciał mieć ostatnie słowo. 22/391 Kroniki Białogórskie Rafał Growiec, virtualo.pl – Jaką, u diabła? – Poszukam rodzeństwa! – Eryk złapał wyciągniętą dłoń i szarpnął do siebie. Canem już dobrą chwilę obserwował tę scenę i z ulgą przywitał dochodzący z przyczepy dzwonek telefonu. Odszedł, by zająć się rozmowy targami o cenę wody dla archeologów i nie być świadkiem rodzinnej awantury. Gdy wrócił, Eryk zasłaniał się przed nawałą ciosów Franca. Pięści Lupema uderzały w ramiona Widłowskiego ze straszliwą prędkością, zbyt wolno jednak by któryś cios przebił się przez gardę. Starszy z walczących miał poszarpaną marynarkę i zadrapanie nad lewym okiem. Pod prawym okiem Eryka zaczynała kwitnąć sporych rozmiarów śliwa. – Panowie: dobre nowiny! – oznajmił Cristiano, mając nadzieję na chwilowe zażegnanie sporu. – Jakie? – Pytanie Lupem a zbiegło się z potężnym prawym sierpowym Eryka. W ostatniej chwili twarz Franco ocalił unik, jego kontra ogłuszyła przeciwnika, który zachwiał się i upadł. – To skoro już pogadaliście: kontroli nie będzie! – gromko odpowiedział Canem, widząc, że Eryk szuka czegoś nieokreślonego na nieboskłonie, ale raczej był przytomny. – Co się stało? – zdziwił się Franco – Przecież tutaj kontrola to jak pielgrzymka do Meddin – być musi! – Rektora wezwano, jako eksperta od materiałów wybuchowych na polecenie pretora. Chcą się dowiedzieć, jak wysadził się jakiś bezdomny na Doma Magna. – To jest historyk, chemik czy fizyk w końcu ten cały rektor Ludi? – Lupem gubił się już w plątaninie tutejszych tytułów naukowych i specjalizacji. Cristiano wzruszył ramionami. Jako odpowiadający za zatuszowanie wielu rzeczy, znał wszystkich prawdopodobnych kontrolerów, ich źródła dochodu i lewe interesy. – Zależy, za co mu aktualnie płacą. Pewnie oderwali go od robienia tej galaretki. Jak to temu było... Palma? Napalm? 23/391 Kroniki Białogórskie Rafał Growiec, virtualo.pl II M ieszkanie po przeniesieniu ze strychu mebli zyskało wiele uroku – widać było, że profesor był niesamowitym estetą. Znalazła się nawet rozkładana sofa, która wylądowała w salonie wraz z pościelą Marka. Po ustawieniu wszystko komponowało się w harmonijną całość, a ślady na ścianach sugerowały wieloletnie, sprawdzone ustawienie mebli. Dodatkowo sąsiedzi pomogli ustalić dawny porządek, przynosząc zdjęcia. Okazało się bowiem, że osiedlowy zespół ludowy, którego dwie wokalistki mieszkały nad Markiem i Alicją, miał specyficzną umowę ze Starobrzeskim: w zamian za udostępnienie lokalu i pianina do prób, muzycy pomagali mu odtworzyć zapomniane i nigdy nie nagrane utwory lokalnej kultury. Przy okazji robiono sobie wiele zdjęć w strojach po prapraprababci. Pani Lidii z trzeciego piętra udało się nawet znaleźć zdjęcie profesora – niskiego, chudego człowieczka z czupryną gotową do ogłoszenia się niezależną republiką. Pianino zaraz wpadło w oko Alicji, która grać lubiła, choć musiała się pogodzić z tym, że – zdaniem większości słuchaczy – nie umiała. Już dwa dni po zakupie mieszkania, Alicja i Marek postanowili wydać tradycyjną parapetówkę. Oczywiście tradycyjną w sensie zaproszenia gości, przyjęcia nieproszonych sąsiadów z otwartymi rękami i wypicia kieliszka szampana za nowy lokal – czyli była to dość snobistyczna impreza. Tradycyjna parapetówka z Łęgów, jedynie rozpoczynała się w oblewanym lokalu, po czym przenosiła się w różnych, nieprzewidzianych przez żadną ustawę o imprezach masowych kierunkach. I NIGDY ŻADEN szanujący się gospodarz przyjęcia nie zafundowałby gościom marnego kieliszka szampana. A przynajmniej nie jednego, jeśli nie chciał być uznany za burżuja i snoba. Marek nalegał, by wydać dwie parapetówki: dla sąsiadów i dla znajomych z Doma Aurora. Jako najpoważniejszy powód podawał konieczność zaproszenia Luciano Palicotto, lokalnego Działacza na Rzecz Tego, Na Rzecz Czego Aktualnie Się Działa. – Dlaczego mamy go zapraszać? – zdziwiła się Alicja, ślęcząca nad kartką z listą zaproszonych gości. Całe mieszkanie zawalone było kartonami z talerzami, zasłonami, lampami, lustrami i sprzętem elektronicznym, które po wyeliminowaniu zbędnych gratów wciąż wymagały solidnych czystek. Kuchenny stół jako jedyny mebel nadawał się do położenia na nim kartki. – Wyszukał nam tę kawalerkę. – Marek też nie był zachwycony koniecznością 24/391 Kroniki Białogórskie Rafał Growiec, virtualo.pl zadawania się z takimi ludźmi, jednak Luciano był nieco nadpobudliwy i gdy tylko usłyszał o ich chęci przeprowadzki, nawet nie spytał się, czy jego pomoc będzie potrzebna, a już miał w ręku gotową listę agencji nieruchomości i wolnych lokali. – Poza tym pomógł nam podnająć apartament... Nie krzyw się. Też nie lubię dupka. Na samą myśl o poprzednich wyczynach Luciano, poczuł jak pyszny zazwyczaj omlet a la Ala traci smak. – Wyrażaj się! – Alicja żartobliwie pogroziła mu palcem. – Bo każę ci szorować język mydłem. Dobra, niech będzie. Ale jeśli tym razem będzie się uganiał za dziewczynami z gumowym... – Osobiście wybiję mu to z głowy tłuczkiem do mięsa – obiecał Marek, przeciągając się. Tłuc tego oszołoma mógłby bez żadnego poważnego powodu. – A co z Ewą i Lidią? – Już je wpisałam. Pewnie przyjadą limuzyną, nie? – Alicja skrzywiła się na myśl o tym, jak piekielnie drogi wóz będzie obijał się o piekielnie wysokie krawężniki na podjeździe. Ugryzła ekologiczną bułkę posmarowaną ekologicznym masłem przykrytym ekologiczną szynką. Wszystko inne cuchnęło jej na kilometr konserwantami i słodzikami. – Podobno mają nowych narzeczonych? – Coś mi się obiło o uszy. – Mężczyzna wyjrzał przez zakratowane okno na trzepak obwieszony dziećmi i dywanami. – Ostatnio nie zajmowałem się sprawami towarzyskimi... Zresztą to narzeczeństwo może być już mocno nieaktualne. Ostatnio Ewa zrugała mnie, że nie wiedziałem o tym, że zerwała z młodszym Pisci całe pięć minut wcześniej. – Racja. Czyli mamy już chyba... – Alicja ponumerowała listę gości niemieszkających w pobliżu, stawiając przy ostatnim nazwisku cyfrę XV. – Piętnaście osób. W sumie zrobimy dwie imprezy dla trzydziestu osób. Pan Juliusz pozwolił nam urządzić grilla koło placu zabaw, więc mogą dojść przypadkowi świadkowie. Ale raczej nie znajdziemy się w „Plotce” pod „Największe imprezy tygodnia”. – I dobrze. – oznajmił z uśmiechem Marek, wiedząc, że sama obecność Luciano spowoduje, że w okolicy będzie się kręcić więcej paparazzi, niż stałych mieszkańców. – Pamiętaj, że wraz ze wzrostem ilości gości bałagan rośnie, a portfel maleje. Chociaż jeśli sprzedamy te książki... Myślałaś o tym? – Ja tu nie jestem od bezsensownego myślenia, tylko od działania. – oburzyła się dziewczyna. – W akademiku już wisi odpowiednie ogłoszenie. Zaraz idę do rektoratu poinformować o zmianie adresu, to zajrzę do Mercatora i spytam, kto się zapisał na listę. 25/391 Kroniki Białogórskie Rafał Growiec, virtualo.pl Marek obrzucił wzrokiem zagracające przedpokój pudła z głośnikami. – Ja w tym czasie pozbędę się jakoś części nagłośnienia, rozdam po sąsiadach trochę staroci i może rzucę okiem na tę książkę. – Skinął głową w kierunku ich prywatnego egzemplarza Wilków z Białogóry. – Ciekawe to chociaż? – Całkiem-całkiem... – przyznała Alicja. – Nie mam głowy do dat, a tam ich było w chole... Dużo ich było. A skąd wiesz, że czytałam? Marek uśmiechnął się, przełknął kęs ciasta i odparł: – Bo całą noc nie spałaś i nie wychodziłaś z domu. A twoja ulubiona zakładka jest już za tylną okładką. – A ty żałujesz, że nie pomogłeś mi inaczej spędzić tej nocy? – Alicja uśmiechnęła się i spojrzała mu w oczy – Pamiętaj: najpierw ślub, potem... To było dla niego najciekawsze w ich związku. To wyzwanie rzucone samemu sobie. Mieszkali razem od kiedy skończyli liceum, zaręczyli się rok temu, a spali w osobnych pokojach. Owszem, nieraz słyszeli plotki, o tym z kim się to niby zdradzają, ktoś oberwał po głowie za rozpowiadanie o tym, że Alicja pracuje w nocnym klubie. Wielu nie rozumiało, że to Alicja z powodu swoich wierzeń ma miłować swoich nieprzyjaciół, a Marek, jako niezbyt religijny osobnik, nie miał żadnego moralnego zakazu bicia ludzi, którzy obrażają jego narzeczoną. – Przyjemności... Wiem, wilczku. Ale nie wyglądasz na kogoś, kto nie spał całą noc – zauważył Marek, gdy nie dostrzegł u niej śladów niewyspania, najwyżej objawy zmęczenia oczu lekturą. – Jutro wychodzę na noc. Rano zrobię ci śniadanie do łóżka – obiecała Alijca, choć powinna powiedzieć raczej „do fotela”, bo Marek zawsze upierał się poczekać, aż wróci. I zawsze przysypiał. – Tylko nie zamykaj okna od środka. Kiedy mają nam ściągnąć te kraty? – Za dwie godziny przyjdzie znajomy pana Juliusza. Mówił, że normalnie zajmuje to godzinę, ale dla nas wyrobi się w pół. – Marek był lekko zaskoczony ilością znajomości, jakie zawarli za pośrednictwem starego woźnego. – A nawet jakby się trochę przeciągnęło, to tak policzy. O której otwierają rektorat? – O dziesiątej. – Dziewczyna rzuciła okiem na zegarek – Rany, już dziewiąta? Lecę, bo zaraz będzie tam w kolejce stało pół akademiku... W chwilę później z wieszaka zniknęło niebieskie palto, a drzwi wyjściowe trzasnęły. Marek postanowił dokończyć za Alicję bułkę. Może i nie było w niej nic sztucznego, ale 26/391 Kroniki Białogórskie Rafał Growiec, virtualo.pl smakowała paskudnie. Seweryn Turski nie był nazbyt dumny ze swego wyglądu. Wielu mówiło, że ma twarz oprycha, oczy szulera, sylwetkę piwosza i gust upodabniający go do detektywów ze starych filmów, otoczonych chmurą tytoniowego dymu i okutanych w wyświechtane prochowce. Był za to dumny z kilku rzeczy: jedynej córki, Sylwii, nienagannej dwudziestoletniej służby w Straży Pretoriańskiej Białogóry, nieco tylko starszego wozu zwanego przez wszystkich Pradziadem Wszystkich Aut oraz rozbicia bandy dilerów ze Zgorzeli, zaopatrującej niemal połowę miasta w prochy, strzykawki i tabletki. Mimo iż ukręcił wtedy łeb sporej organizacji przestępczej, to nie dostał awansu, a śmierć dwóch pretorian poszła na marne za sprawą łaskawego prokuratora Augusta Maximusa Gladi, solidarnie sabotującego wszelkie akcje przeciw prawdziwym szefom szajek. Bandami mogli zawiadywać może dorobkiewicze z Łęg czy Zgorzeli, ale jak mają to robić, instruowali ich mieszkańcy elitarnych dzielnic, gdzie na zakup byle kawałka chodnika trzeba było mieć papiery szlacheckie. Przez kilka lat nauki w publicznych szkołach poznał kilka wersji historii Imperium, ale zawsze sprowadzały się one do jednego. Członkowie Starych Rodów uważali się za pępek świata od dnia, gdy dwieście siedemdziesiąt pokoleń temu Aureliusz wraz z dziesięciorgiem rodzeństwa założył Jedenaście Złotych Miast. Mimo wszystko należał do tych miłych władców – zamiast pozbyć się reszty rodzinki za pomocą fachowców w czerwonych kapturach – postarał się, by każde miało odpowiednio dużą prowincję pod panowaniem. Złote Rody uważały się za bezpośrednich potomków i spadkobierców tej radosnej gromadki, a do tego właścicieli wszystkiego, co kiedykolwiek weszło w posiadanie rodzinki Aureliusza. A że jedenaście gąb do wyżywienia to nie mało, Aureliusz podbił połowę znanego podówczas świata, nim zmarł w jakimś pojedynku (archeolodzy, którzy zbadali mumię Wielkiego Założyciela, wspominali coś o zawale serca lub innej chorobie, ale wersja z zapaleniem ślepej kiszki nie pasowała do romantycznej legendy, więc została zakazana ustawą dwieście lat temu). I jak na nadętych bufonów przystało, kryli swoich gdzie się dało: w polityce, w nauce, w mediach, a nawet w pretorii. Jakimś cudem zgodzili się całe trzydzieści lat temu dopuścić do służby osoby spoza Listy Starych i Wielkich Rodów. Gdyby Turski urodził się dwadzieścia lat wcześniej, zostałby najwyżej hyclem – bo czymże więcej jest praca w 27/391 Kroniki Białogórskie Rafał Growiec, virtualo.pl Milites? Łapie się pijaczków i psy. I do niedawna łapano jeszcze prostytutki, ale teraz prawo zwala całą odpowiedzialność za porwania i stręczycielstwo na alfonsów, ci zaś zostaną zatrzymani wtedy, gdy pobiją swoje dziewczęta. Niektórzy alfonsi i niemal wszyscy ich zleceniodawcy odpowiedzą przed sądem dopiero kiedy inny sąd pozbawi ich szlachectwa. Ostatni taki wypadek odnotował jakiś historyk bodajże sto lat temu. Jest jeszcze drogówka, ale to by była zdecydowanie gorsza robota. Zatrzyma się takiego małolata po prochach, ten tylko poświeci sygnetem rodowym i powoła się na immunitet szlachecki, a jeśli go nie puścisz, to możesz szukać nowej pracy, na innym kontynencie. Teraz Turski wracał z przeglądu wozu i musiał przyznać, że mechanik pretorii, Dionizy, zrobił wszystko, co obiecał. Pradziad Wszystkich Aut jechał cicho, jakby dopiero co opuścił fabrykę. Nowy, brązowy lakier lśnił jak w dniu zakupu. Ponadto za pewną nieostrożność przy pakowaniu do radiowozu jednego z zaopatrujących syna Dionizego dilerów (nieostrożność drobną – zakończoną zaledwie pobytem delikwenta w szpitalu, gdzie wydarzył się kolejny przykry, losowy wypadek – biedak spadł z łóżka i połamał obie nogi) zamontował on w prywatnym samochodzie Seweryna radio działające na częstotliwości zarezerwowanej dla pretorii. Turski nie musiał już nosić ze sobą olbrzymiego przenośnego telefonu służbowego, chociaż i tak w samochodzie lub w jego okolicach, spędzał większość czasu, gdy był poza domem. A jeśli już był w domu, to zawsze mógł być znaleziony pod numerem stacjonarnym. Radio właśnie odezwało się skrzekliwym głosem pani prokurator o bardzo trafnym nazwisku Brutus: – Turski, gdzie jesteś? Gdzie jesteś, Turski? Komisarz podniósł z niechęcią mikrofon. Pani prokurator rzadko zniżała się przy podwładnych do używania języka pospólstwa, jakim jej zdaniem był widlański. Szykowała się zatem poważna sprawa. – Na Cesarza Bucika. Stoję na światłach na skrzyżowaniu z Bohaterów Wojny Wschodniej, więc może pani się nie spieszyć. Mam jakieś pół godziny. A co się dzieje?
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Kroniki Białogórskie. Tom I: Baal.
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: