Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00366 008819 11222810 na godz. na dobę w sumie
Kroniki Nekromantów. Tom 1. Pierwsza wojna Umarłych - ebook/pdf
Kroniki Nekromantów. Tom 1. Pierwsza wojna Umarłych - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Goneta Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-65227-62-1 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> fantastyka >> fantasy
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Po złamaniu Nekromanckiego Imperium Bahta Mort na świecie zapanował spokój. Jednak magia użyta do tego celu spowodowała jego rozszczepienie na dwie równoległe rzeczywistości. Każdy z tych światów zaczął od tego momentu funkcjonować według własnych reguł. Nowo powstały świat rozwijał się dalej przy słabnącej w nim roli magii, a motorem rozwoju stała się technologia. Natomiast w starym świecie życie toczy się po utartych ścieżkach, gdzie ludzie znający sztuki tajemne usiłują zachować pokój i równowagę. Niemniej jednak co jakiś czas przerywają je próby przejęcia kontroli nad światem przez Nekromantów, wśród których najważniejsza rolę odgrywają Umarli. Sto lat po stłumieniu ostatniego buntu nekromanckich czarowników, Umarli znów sięgają po władzę. Tym razem zaczynają od opanowania Sauritiusa, wyspy smoków, ich najpotężniejszych wrogów.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Sauritius. Niby wyspa taka jak inne, lecz nie do końca. Nikt od tysiącleci nie zapuszcza się w te strony, nawet jeżeli nie ma innego wyjścia. A to z powodu jej mieszkańców, żyjących w jej jaskiniach. Skalisty fiord widoczny od południowej strony morza usiany jest większymi oraz mniejszymi ich wylotami. Mimo wczesnej pory dnia, jak to na południu, słońce już mocno grzało. Najlepsze miejsca do życia dla różnych gatunków gadów, a zwłaszcza smoków. Na skraju fiordu stanął mężczyzna, który dopiero tutaj dotarł. Spojrzał w dół przepaści oraz skłębioną kipiel daleko w dole u podnóża. Zadanie, jak na jednego człowieka, było dosyć trudne do wykonania, lecz na podróż po pozostałych królestwach i zbieranie innych magów zajętych swoimi sprawami nie było czasu. Ów mężczyzna zdjął z ramienia linę, po czym przywiązał ją do metalowego pierścienia na wbitym głęboko w skałę metalowym pręcie. Przerzucił zwój w przepaść. Popatrzył przy tym krytycznie na jego długość. Wymruczał słowa zaklęcia, robiąc przy tym nieznaczny gest ręką. Niby nie zaszło nic szczególnego, ale lina w niewidoczny dla oka sposób zrobiła się dłuższa. Mężczyzna pokiwał lekko głową z zadowolenia i pochwycił ją rękami, stając plecami do skłębionej kipieli. Popatrzył ostatni raz na ogryzione dosyć dokładnie resztki wielkiej ryby i z pewnymi wątpliwościami zrobił pierwszy krok w przepaść. Wbrew pozorom zaczął schodzić z dosyć dużą wprawą. Po pewnym czasie trafił dokładnie tam, gdzie zaplanował. Było to wejście do największej jaskini. Kiedy stanął na jego zrytym szponami brzegu, górowało nad nim wielokrotnie. Wewnątrz panowała cisza. Bardziej wysilił swój słuch, chociaż po widzianym szkielecie był niemalże pewien, że właścicielka tych włości jest na miejscu, a nie gdzieś daleko stąd na łowach. Dotarł do niego cichy szmer. Miał rację, smok był na miejscu. „Teraz tylko trzeba będzie ją dobudzić, zanim zjawią się tamci”, pomyślał. Cały czas szedł głównym korytarzem, wybierając bezbłędnie drogę na rozwidleniach. Musiał uważać, bo był okres godowy i smoczyca mogła nosić w sobie jajo. W tym stanie mogła być niebezpieczna nawet dla tych, których znała, a co dopiero dla niego. Tuż przed dotarciem do głównej komory usłyszał spowolnione posapywania. Było tu zdecydowanie cieplej niż na zewnątrz. Na szczęście dla niego jeszcze go nie wyczuła. Skupił swoje zmysły i używając ostrożnie magii, zaczął sączyć do jej umysłu określone obrazy wraz z przesłaniem. Z początku nie reagowała. Chmurka pyłu unoszona każdorazowo podczas wydychania nozdrzami powietrza regularnie wznosiła się i opadała wolno z powrotem. Kiedy uznał, że osiągnął odpowiedni poziom przekazu, wzmocnił go o kolejne przesłania. Dalej leżała spokojnie w tej samej pozycji. Po dłuższej chwili podszedł do jej łba. Ten w najwyższym punkcie był równy jemu, nie licząc przewyższających go kilku grubych niczym konary drzewa pięciu rogów ułożonych w koronę. Położył na jej łbie dłoń. Łuska była ciepła i miła w dotyku, chociaż chropowata niczym świeżo rozłupany kamień. Wraz z dotknięciem przesłał jej powiązany z nim pozytywny przekaz. Zaraz potem wdrapał się na jej grzbiet, tuż przy samym karku. Usiadł okrakiem. Nadal nie reagowała. Przesyłane obrazy zrobił bardziej natarczywe; uważał jednak, aby nie przesadzić. Miał, jak mniemał, jeszcze wystarczająco dużo czasu przed sobą. Wreszcie smok fuknął mocniej przez swoje nozdrza. Chmurka pyłu wystrzeliła o wiele wyżej niż poprzednio. Nieoczekiwanie coś zaniepokoiło mężczyznę. Wyczuł czyjąś obecność u wylotu jaskini. — Cholera — mruknął pod nosem, bo właśnie minął czas na tę zabawę. Wysłał smoczycy obraz Nekromanty wraz z impulsem o zagrożeniu. Błoniaste uszy gada poruszyły się dosyć niespokojnie, a jego łeb powędrował ku górze, chociaż ślepia miał jeszcze zamknięte. Mężczyzna usłyszał, jak smoczyca głęboko wciąga powietrze nozdrzami. W tym samym momencie położył swoją dłoń na jej karku, dając wyraźnie znać o sobie. Stworzenie fuknęło jeszcze mocniej, obracając w jego kierunku swój olbrzymi łeb. Wielkie powieki wolno się uchyliły, odsłaniając złotawe oczy z pionowymi bursztynowymi źrenicami. — To ja, Salagoso — powiedział wyraźnie, by nie miała wątpliwości. Znów wciągnęła głęboko nozdrzami powietrze. Jego zapach obudził w niej wszystkie związane z nim wspomnienia. Nawet te bolesne dla niej. Zaczęła otwierać swoją paszczę. Magowi włos się odrobinę zjeżył na głowie — i mimo że tego nie okazał, ona i tak to wyczuła. — Spokojnie, Salagoso… Niebezpieczeństwo jest tam. — Wskazał kierunek ręką. Smok zamknął paszczę i jedynie fuknął przez nozdrza. Zrobił to jednak z taką siłą, że omal nie strącił go z siebie. — Co tu robisz, Arhonie? — usłyszał mentalne pytanie. — Już ci przekazałem… Grozi nam wszystkim poważne niebezpieczeństwo — odpowiedział tą samą drogą. — Wszystkim? — Nekromanci chcą zawładnąć kontynentem… Na początek. — Noszę w sobie potomka… Nekromanci? — Zaraz tu będą. — Nie wyczuwam żadnego. — Bo ten jeszcze nie przeszedł przez Krainę Umarłych. Szelest wywołany tarciem podeszwy o powierzchnię podłoża zwrócił uwagę ich obojga. Mag, gotowy odeprzeć atak, wysunął z rękawa światło-różdżkę. Jak się jednak okazało, tylko rzucił czar obezwładniający z daleka. Arhon w tym samym momencie zneutralizował go. ten ktoś nie wszedł bezpośrednio do legowiska, — Połóż łeb, Salagoso — poprosił mentalnie.— Inaczej nie wejdzie dalej. Smok z ociąganiem ułożył swój łeb w tej samej pozycji, zamykając jednocześnie ślepia. Mag przylgnął do jego szyi, patrząc spomiędzy rogów w ciemności. Panowały cisza i bezruch. W końcu jednak Nekromanta wyszedł zza załomu korytarza. Mimo ciemności poruszał się dosyć pewnie i zdecydowanie. Przystanął przed leżącą smoczycą i wyczarował niewielką kulę emitującą światło. Zrobił jeszcze dwa kroki i chciał położyć swoją dłoń na łbie gada. Arhon wychylił się gwałtownie z boku, zza olbrzymiego łba i zaatakował go niewidzialnym ciosem. Potężna siła cisnęła intruzem w tył. Przeleciał kilkanaście kroków w powietrzu i upadł nieprzytomny na skalne podłoże. — Musimy uciekać, Salagoso — poinformował mentalnie mag. — A moi bracia i siostry? — Mamy zadanie do wykonania… a im nic nie grozi. Będą spali — wyjaśnił. — Nie mogę ich zostawić— zaprotestowała. — Wrócimy po nich. Obiecuję. Smoczyca zamilkła na chwilę. Arhon był pewien, że ją przekonał. Znała go dobrze, więc wiedziała, że tu wrócą. Miał przynajmniej w połowie rację, bo smoczyca, tak czy inaczej, zaczęła wstawać. — Dużo ich tu jest? — usłyszał mentalne pytanie. — Na pewno wysłali tu sporą grupę… o ile nie wszystkich. Sam nie dam im rady— stwierdził. — Dokąd lecimy? — Do Verx. Trzeba ratować króla. — Królestwo to również jego poddani— stwierdziła. — Wiem— odpowiedział krótko, bo nie było czasu na rozpatrywanie tej kwestii. Salagosa zrobiła pierwsze kroki, a on ponownie przylgnął do jej szyi. — A ten Nekromanta?— przypomniała. — Nie ma na to czasu. Smoczyca zmieniła kierunek i szponem przebiła pierś nieprzytomnego. Mag usłyszał jedynie trzask pękających żeber i innych kości, gdy ta nacisnęła na niego całym swoim ciężarem. Zaraz potem ruszyła dalej. Ktoś jeszcze musiał pilnować wylotu jaskini, bo kiedy zamiast wysłanego czarownika usłyszał nadchodzącego smoka, zaatakował ich wygenerowanym ładunkiem energetycznym. Arhon bez trudu zmienił kierunek jego lotu i pocisk uderzył w ścianę daleko za nimi. Nekromanta spróbował jeszcze raz. Tor drugiego pocisku także został przez maga zmieniony, lecz ten eksplodował o wiele bliżej nich. Do wylotu mieli jeszcze kilkadziesiąt smoczych kroków. Niespodziewanie w korytarzu otworzył się portal. Wyszło z niego dwóch następnych Nekromantów. Chcieli za wszelką cenę ich zatrzymać wewnątrz, bowiem smok był dla nich zbyt niebezpieczny. Wygenerowali jednocześnie smoliście czarne pociski energetyczne i skierowali je, o dziwo, w górną część tunelu. Nekromancka energia eksplodowała, a skałą mocno zatrzęsło. Smok otworzył swoją paszczę i zionął prosto w nich rzeką ognia. Ten pierwszy na którego natrafili, zdążył jednak wygenerować energetyczną barierę. Niewidzialna ściana zatrzymała napierający potworny żar po ich stronie. Smok spróbował raz jeszcze. Ogniste jęzory ponownie zaczęły lizać ściany dookoła przeszkody. Kamień w mgnieniu oka zmienił swoją konsystencję i zaczęły po nim spływać małe strumyczki płynnego granitu. Narastający żar sprawił, że mag stanął na smoku i pochwycił obiema rękami światło-różdżkę. Do rzeki ognia z ogłuszającym hukiem wpadł energetyczny pocisk. Nic to nie dało, gdyż niewidzialna bariera wytrzymała uderzenie magicznej energii. Arhon wygenerował kolejny pocisk. Ten również przebył z ogłuszającym hukiem tę samą drogę i uderzył w niewidzialną ścianę. Tym razem coś uległo subtelnej zmianie, albowiem przez buzujące nadal płomienie wystrzelił duży gejzer niewielkich energetycznych pocisków, które zaraz potem eksplodowały tysiącami iskier. — Przerwij, Salagoso… bariera za chwilę zniknie, ale… — Smok w tym samym momencie przestał zionąć ogniem, a mężczyzna zrobił gwałtownie gest ręką, wyczarowując nieprzenikliwą dla energii osłonę. Nie miał okazji dokończyć. Przeszkoda wybrzuszyła się w kierunku przeciwnym do nich i eksplodowała, a potężna fala niszczycielskiej siły zmiotła z powierzchni korytarza wszystkich Nekromantów. Ogłuszający huk przytłoczył ich na dłuższą chwilę. Doszli do siebie w momencie, kiedy echo zanikło w głębi korytarza. — No to droga… wolna. — Przestał podtrzymywać osłonę, a ta zaraz potem przestała istnieć. Smok zrobił zaledwie jeden krok, kiedy niespodziewanie skała, na której stał, mocno zadrżała pod jego kończynami. W górnej części tunelu powstały głębokie pęknięcia, po czym nastąpił kolejny wstrząs, jeszcze silniejszy. Gdzieś przed nimi z góry sypnęło kawałkami kamienia. Mag odniósł wrażenie, że powierzchnia tunelu odrobinę opadła i pochyliła się ku wyjściu z jaskini. — Szybciej, Salagoso — ponaglił smoczycę. — Też to poczułam — odpowiedziała. Zanim jednak dotarli do krawędzi wylotu z tunelu, zaczęły na nich spadać kamienie odpadające od sklepienia. Z każdą chwilą ich przybywało i były coraz większe. Arhon wypowiedział zaklęcie, kierując ku górze światło-różdżkę. W mgnieniu oka wszystko, co akurat leciało im na głowy, zawisło w bezruchu w powietrzu. — Szybciej, Salagoso… długo tego nie utrzymam — przekazał telepatycznie kolejną myśl. Owalny otwór był coraz większy i coraz bliżej, kiedy nastąpił kolejny wstrząs. Drżenie było na tyle silne, że zachwiało nawet smokiem. — Salagoso… — zaczął, lecz nie dokończył. W podłożu, tuż przed nimi pojawiło się głębokie pęknięcie. Zaraz potem Arhon wyczuł, jak gadzie łapy z jakiegoś powodu zaczynają grzęznąć. To było jedynie wrażenie, tak naprawdę podłoże tunelu, ulegając nagłemu i gwałtownemu rozpadowi na małe kawałki skały, powoli wysypywało się na zewnątrz. Ich ciężar sprawił, że i oni wraz z nimi zaczęli bezwolnie sunąć ku nieistniejącej już krawędzi jaskini. Mężczyzna przylgnął gwałtownie do szyi gada, zaciskając jednocześnie na niej swoje nogi. Patrzył, jak smok zanurza się coraz głębiej w kamieniach i coraz prędzej suną do przodu. W końcu znaleźli się w powietrzu pośród spadającego skalnego gruzu. Opadali z rosnącą prędkością prosto w morze ku kipieli u brzegu klifu. Smok ryzykownie rozłożył skrzydła. Zaczął nimi mocno machać, aby uratować ich od rozbicia się na przybrzeżnych głazach. Trwało to jedynie uderzenie serca, a mimo to wydawało się, że przez ten czas upłynęła cała wieczność. Arhon patrzył na rosnące w oczach grzywacze fal i rozbryzgi wody powstałe od pierwszych skał wpadających w nią tuż przed nimi. Wreszcie smok, nadal machając wściekle skrzydłami, zaczął wytracać prędkość. W pewnym momencie jakiś rozpędzony kamień uderzył maga w plecy. Cios był na tyle silny, że wytrącił go z zajmowanego miejsca i ten runął prosto w kipiel. Salagosa zareagowała niemalże natychmiast. Machnęła mocno skrzydłami, przyspieszając, po czym je częściowo złożyła, nurkując tuż za Arhonem. Pochwyciła go w swoje szpony w chwili, kiedy woda odbita od głazów u stóp fiordu bryznęła mu w twarz. Smok rozłożył ponownie skrzydła i, machając nimi z olbrzymim wysiłkiem, zawisł w mgnieniu oka w jednym miejscu, tuż nad postrzępionymi skałami. Mag poruszył bezradnie rękami, a smoczyca wolno zaczęła unosić się do góry, w stronę otwartego morza. — Dziękuję, Salagoso — przekazał jej mentalnie. Nic nie odpowiedziała, tylko zatoczyła łuk w powietrzu i skierowała się w stronę jaskiń. — We dwoje nie damy rady — wysłał jej myśl, bo wiedział, co chciała zrobić. — Chcę tylko zobaczyć to z daleka. — Wrócimy tu — powtórzył z wiarą. *** Przed wypolerowanym na szkło kamieniem wmurowanym w ścianę stał ubrany w strój przetykany złotymi nićmi mężczyzna. Miał mocno zaczerwienioną twarz, chociaż nie było to zbytnio widoczne w słabym świetle pochodni zatkniętych na równomiernie rozstawionych kolumnach za jego plecami. Na powierzchni kamienia pojawiały się jedynie odbicia płomieni poruszanych lekkim powiewem przeciągu. Nagle gładka powierzchnia kamienia delikatnie zafalowała. Arystokrata uniósł brwi do góry, jakby nie bardzo wierzył temu, co widział. Kiedy przepływające na nim zmarszczki zniknęły, ujrzał, jak coś wolno wyłania się z kamienia. To coś było tak koszmarne, że momentalnie zaschło mu w gardle. Usiłował przełknąć ślinę, ale nie mógł. Monstrualny łeb lub głowa wysunęły się na tyle wolno, by on mógł dostrzec wszystkie szczegóły. Przez podobieństwo do łba, szczególnie tego z rogami, jak u kozła, należało założyć, że był to istotnie łeb. Do niego została przyklejona twarz. Koszmarna, bo pozszywana z kilku różnych fragmentów, które mogły pochodzić od osób o odmiennych rysach. — Odsuń się trochę, bo zginiesz — usłyszał w głowie mężczyzna. — Zaraz przyjdzie do ciebie mój wysłannik. Masz mu we wszystkim pomóc — zakończył głos i to coś zniknęło w głębi kamienia. W końcu przełknął ślinę, lecz nie był w stanie zrobić chociażby jednego kroku. Jakaś niewidzialna siła uniosła go w powietrze i przesunęła daleko w tył — prawie na koniec długiego podziemnego pomieszczenia. W następnym momencie długie loki zaczęły mu samoistnie falować w powietrzu, po czym stanęły dęba dookoła jego głowy. Na odkrytych powierzchniach ciała poczuł mocne łaskotanie, a chwilę później rozpętała się energetyczna nawałnica. Pomieszczenie zalało intensywne światło — sprawiało to wrażenie, jakby nagle eksplodowało Słońce. Pojedyncze błyskawice, przeskakujące z jednego miejsca na drugie, też mocno raziły go w oczy. Nagle wszystko ustało. Zanim jednak ochłonął z wrażenia, spostrzegł, że od strony kamienia w jego kierunku idzie wysoki mężczyzna. Miał poważną twarz, chociaż na jego wargach gościł szyderczy uśmieszek. — Czasem zachodzi sytuacja, że zostaniesz wysłuchany — zabrzmiało w głowie zaskoczonego arystokraty, kiedy przybysz do niego doszedł i stanął naprzeciw. Obcy trzymał w rękach sporych rozmiarów kuferek i wcisnął mu go w ręce. Ciężar pociągnął go całego w dół i musiał mocno się wysilić, aby go utrzymać. — Yyykhmm… — odkaszlnął z trudem. — To ty nim jesteś? — Mów do mnie w myślach, bo nie rozumiem twojego języka. — Ym… w myślach? Jak? — Nadal cię nie rozumiem… Po prostu myśl o tym, co chcesz powiedzieć. — To ty jesteś tym wysłannikiem? — spróbował jeszcze raz. — Taa… Oczywiście. — Wysoki mężczyzna ominął go i poszedł dalej, ku schodom prowadzącym z piwnicy do wnętrza dworu. Arystokrata z pewnym trudem podreptał niepewnie za nim, usiłując go dogonić. — Przygotowałem… ee… ucztę — pomyślał, idąc za nim. Przybysz przystanął i wolno obrócił w jego kierunku. — Szukam ludzi, aby… zabrać ich ze sobą. Wyruszamy natychmiast — przekazał mu z kamiennym wyrazem twarzy. Zabrzmiało to na tyle kategorycznie, że podjęcie dyskusji mogło nie wyjść dyskutantowi na zdrowie. — Eee… tak. Oczywiście… jedziemy natychmiast. A dokąd? — Interesują mnie skazańcy… mordercy. Mam zamiar wykupić tych ludzi. — Yyy… To musimy jechać do Paryża albo… — Nieważne dokąd. Masz mnie po prostu zawieźć do takiego miejsca. — Obcy obrócił się plecami, ruszając dalej. — To będzie kosztować. — Gospodarz zebrał się w końcu na odwagę, bo nie chciał wydawać swoich pieniędzy. Nagle wieko niesionego kuferka odskoczyło, co zabrzmiało w tym miejscu niemalże jak uderzenie młotem o kowadło. Wewnątrz ujrzał złote monety. Kuferek był nimi wypełniony po brzegi. Zaraz potem wieko, także bez niczyjej ingerencji i samoistnie, zatrzasnęło się. Arystokrata z trudem podążył za gościem. Zanim jednak doszedł do ruchomej ściany maskującej wejście do podziemi, idący przodem bez trudu sam odnalazł mechanizm i poszedł dalej. Obaj znaleźli się w dużym gabinecie. Ruchoma ściana wolno wróciła na swoje miejsce. Arystokrata położył ciężący mu kuferek na podłodze i podniósł stojący na biurku dzwonek. Zadzwonił nim z wysiłkiem. Zaraz potem wszedł do gabinetu lokaj. Zrobił zaskoczoną minę na widok gościa, ale milczał. — Słucham? — Zanieś to do karety i zaprzęgać do niej konie. Natychmiast! — rozkazał. Lokaj nie bez wysiłku dźwignął ciężki przedmiot i wyszedł. Obcy nawet nie zareagował na to, co miało miejsce, tylko wyszedł na zewnątrz. Bez trudu trafił do sali biesiadnej. Obszedł długi stół zastawiony naczyniami oraz półmiskami z różnorakimi potrawami. Uważnie wszystko oglądał. — Chodź tu. — Skinął na gospodarza, który przyszedł tutaj za nim. — Powinienem chyba opanować tutejszy język, więc mów mi głośno nazwy tych rzeczy, które będę wskazywał — polecił. — Dobrze — odpowiedział bez sprzeciwu. Obeszli stół dookoła i to jedno przejście wystarczyło, aby obcy bezbłędnie powtórzył wszystkie usłyszane nazwy. Chwilę później wszedł lokaj. — Kareta jest gotowa do drogi— zapowiedział. — Kareta jest gotowa do drogi — powtórzył gość, co zabrzmiało dosyć komicznie, tylko że nikt się nie zaśmiał. — Co to znaczy? — zapytał mentalnie. — Że możemy już jechać… Chociaż pora nie jest zbyt odpowiednia. Będzie bardzo niebezpiecznie — dodał. — Boisz się? Czego? Ciemności? — Nnie. Tylko… — W takim razie jedziemy. Arystokrata zrezygnowany wziął ze stołu garść jakichś specjałów, nazwanych wcześniej orzeszkami, i ruszył w stronę drzwi. Obcy poszedł za nim. Na dziedzińcu przed dworem czekała kareta zaprzężona w cztery konie. Stojący obok niej woźnica otworzył przed nim drzwi. Mężczyzna uśmiechnął się do swoich myśli i wsiadł. Tymczasem niezbyt zadowolony arystokrata określił kierunek jazdy i wsiadł tuż za nim. Jechali szybko po nierównym trakcie. W świetle zawieszonych koło woźnicy latarni migały słabo widoczne drzewa. Przybysz patrzył z początku z widocznym zainteresowaniem na wszystko za oknem, lecz po dłuższym czasie oparł się wygodnie i przymknął oczy. Siedzący obok chciał go o wiele zapytać, lecz nie miał odwagi przerywać mu snu. Bo — jak mniemał — ten właśnie spał. Z podziwem jednak patrzył na spokój, z jakim ten jechał. Sam nie mógł odpędzić od siebie myśli, że w każdej chwili mogą natrafić na bandytów i zginąć lub stracić majątek, który wieźli ze sobą. Siedział mimo wszystko cicho, wierząc, że dojadą na miejsce bez szwanku. Podróż przerwały jednak dwa wydarzenia, jedno po drugim, które rozwiały jego nadzieje. Gwałtowne hamowanie karety oraz niespokojne rżenie koni. Woźnica jakimś zmysłem wyczuł zagrożenie w postaci leżącego na ich drodze drzewa i zatrzymał karetę. Siedzący dotąd spokojnie mężczyzna otworzył z zainteresowaniem oczy. Słychać było nawołujących siebie ludzi, po czym nagle ktoś gwałtownym szarpnięciem otworzył drzwi karety. Do wnętrza zajrzała brudna twarz z założonym na głowę postrzępionym kapeluszem z szerokim rondem. Bandzior miał przed sobą kuszę i skierował ją w siedzącego najbliżej. W słabym świetle poświaty padającej z jednej z latarni przy koźle wyglądało to bardziej komicznie niż przerażająco. Przynajmniej dla Umarłego. — Wyłazić, psubraty! — wrzasnął na całe gardło typ i wówczas z drugiej strony ktoś inny równie gwałtownie otworzył drzwi. Do wnętrza zajrzał równie brudny osiłek ze złośliwą miną. Obcy spojrzał na niego z dziwnym uśmiechem.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Kroniki Nekromantów. Tom 1. Pierwsza wojna Umarłych
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: