Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00111 006565 13438431 na godz. na dobę w sumie
Kroniki Śmierci. Pośredniczka - ebook/pdf
Kroniki Śmierci. Pośredniczka - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 128
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-940168-0-7 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dla dzieci i młodzieży >> młodzieżowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Liv Hudson była normalną nastolatką. Miała kochających rodziców i babcię. Wszystko zmieniło się, gdy jej ojciec zginął w wypadku samochodowym. Wtedy zaczęła widzieć duchy, proszące ją o pomoc.

Kilka lat po wypadku ojca, będąca uczennicą klasy maturalnej Liv staje się świadoma swojego dziedzictwa. Jest Pośrednikiem, tak samo jak jej ojciec i dziadek. Gdy dowiaduje się, że w ciągu miesiąca umrze, staje przed najtrudniejszym wyborem w swoim życiu: czy po śmierci odejść do swojego miejsca przeznaczenia, czy też zostać na Ziemi i wypełniać wieczną misję odbierania ludziom życia i pomocy tym już nieżyjącym. Na domiar złego matka Liv planuje ślub z ojcem największego wroga dziewczyny, która, wiedząc, że nie zostało jej wiele czasu, musi zdecydować w jakiej atmosferze chce się rozstać z matką.

Wkrótce przychodzi czas ostatecznych wyborów…

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Agata Mojcner Kroniki Śmierci Pośredniczka Opracowanie graficzne i korekta językowa: Agata Mojcner Projekt okładki: Agata Mojcner ISBN: 978-83-940168-0-7 Agata Mojcner, Kroniki Śmierci. Pośredniczka. Wydanie pierwsze. Copyright © 2014 by Agata Mojcner Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części niniejszej publikacji jest zabronione bez pisemnej zgody autora. Zabrania się jej publicznego udostępniania w Internecie oraz odsprzedaży. 1 D o dzwonka zostały tylko cztery minuty. I aż cztery. Ten, kto siedzi na znienawidzonej lekcji i odlicza czas do jej końca tak właśnie to odczuwa. Tak mało, a zarazem tak wiele. Miałam tak codziennie. Bo matematyka była w moim planie dzień w dzień. Moje osobiste tortury od poniedziałku do piątku od czternastej pięć do piętnastej pięć. Wpatrywałam się w zegar na ścianie, wiszący dokładnie naprzeciw mnie, czekając aż wskazówka czterokrotnie okrąży tarczę. Ze zdenerwowania drżały mi nogi. Nie, żebym się bała, o nie. Drgawki były spowodowane złością. Nie byłam kompletnym głąbem, żeby się bać. Zawsze lubiłam matmę. Cholera, chciałam nawet uczyć jej kiedyś w szkole! Ale kto mógł przewidzieć, że w ostatniej klasie zmienią nam nauczyciela? Nikt. Poprzednia nauczycielka, madame Perrault, z pochodzenia Francuzka, miała w wakacje wypadek w górach. Teraz jeździła na wózku, sparaliżowana od pasa w dół, ale mogło się to skończyć dla niej znacznie gorzej – przez miesiąc leżała w śpiączce. Kiedy odwiedziłam ją w szpitalu (była moją ulubioną profesorką, tylko dlatego to zrobiłam – normalnie omijam szpitale jak najczęściej się da, później wyjaśnię dlaczego) to ona starała się mnie pocieszyć i mówiła, że na pewno sobie bez niej poradzimy; że przyślą kogoś kompetentnego, kto pozna się na moim talencie i pomoże mi zdać egzaminy końcowe tak, że bez problemu dostanę się na uniwerek. Powiedziała też, że sama by się tego podjęła, ale już ją uprzedzono że czeka ją długa i kosztowna rehabilitacja na drugim końcu kraju. Tak więc mimo chęci nawet nie miałaby jak mi pomagać. Wierzyłam w jej słowa, naprawdę. Starałam się być dobrej myśli, gdy czekaliśmy pierwszego dnia września pod salą od matmy na nowego nauczyciela. Jednak kiedy wyłonił się z pokoju nauczycielskiego, wiedziałam, że moja wiara zmniejszyła się do rozmiarów główki od szpilki. Christopher Morgan miał zaledwie dwadzieścia pięć lat i przyszedł uczyć nas od razu po skończeniu studiów i zrobieniu kursu dla pedagogów. Nie będę tu streszczać całego semestru, ale istotne jest to, że uganiały się za nim dziewczyny z całej szkoły, blokując korytarz pod jego salą zajęciową od rana do popołudnia, co mnie irytowało. Ja z kolei irytowałam Morgana, co dawał mi odczuć na każdej lekcji, dzień w dzień, od pierwszych wrześniowych zajęć. Bo na każdej bez wyjątku brał mnie do tablicy do najcięższych przykładów, których oczywiście nie umiałam rozwiązać, mimo starań. No i szydził ze mnie przed całą klasą, zastanawiając się głośno jak taka zdolna uczennica jak ja mogła przez całe liceum mieć szóstkę z matmy. Z naciskiem na „zdolna”. Nic więc dziwnego, że po niespełna miesiącu tych szyderstw miałam matematyki serdecznie dość. A teraz był marzec. Z utęsknieniem czekałam na koniec szkoły, ale wiedziałam że może go dla mnie nie być. Bo z niechęcią do przedmiotu pojawiły się zaległości. Coraz większe i większe. Już nie byłam wybitną uczennicą, tylko jedną z najgorszych w klasie. I w żadnym wypadku nie wybierałam się na studia matematyczne. Trzy minuty. Tyle zostało do dzwonka, a on jeszcze dziś mnie nie wywołał. Może mi się upiecze? Ta, jasne. Prędzej słonie zaczną latać. – No to ostatni przykład na dziś i jesteście wolni – oznajmił Morgan swoim głębokim głosem, na którego dźwięk mdlały dziewczyny w promieniu kilometra. Na mnie to nie działało – Zadanie szóste, podpunkt k. Jacyś ochotnicy? Spojrzałam do podręcznika. Jasna cholera, on żartował? Takiego czegoś na pewno nie tłumaczył na lekcji, a dziś wprowadził temat. Jęknęłam w duchu, wiedząc co zaraz nastąpi. Niech cię diabli, Christopherze Morganie. – Panna Hudson, zapraszam – powiedział z wyraźnie słyszalnym sarkazmem – Prawie o pani zapomniałem, przepraszam. Ale już się może pani wykazać. Podniosłam się z krzesła, rzucając mu groźne spojrzenie. Agata Mojcner – Ależ nic nie szkodzi, profesorze. Nie ma pan za co przepraszać, z chęcią się wykażę, jeśli tyko sprostam zadaniu – odparłam i poczłapałam do tablicy. – Panno Hudson, jestem o tym przekonany. Sprosta mu pani, z łatwością, jak zawsze. Oblałam się rumieńcem. Nie pamiętałam kiedy ostatnio udało mi się napisać na tej przeklętej tablicy cokolwiek mądrego. Pewnie za czasów madame Perrault, ale ona mnie stąd nie wyratuje. Westchnęłam, przygotowując się na kąśliwe uwagi. Przepisałam przykład i zagapiłam się w niego półprzytomnie. – Przenieś wyrazy na drugą stronę i podnieś obie strony do kwadratu, Liv – usłyszałam nagle. Spojrzałam gwałtownie w prawo i zobaczyłam madame Perrault. Cholera, tylko nie to, błagam. – Nie patrz tak na mnie, chérie, tylko rób co mówię, jeśli chcesz z tego wyjść z twarzą – dodała, zirytowana. Zrobiłam jak kazała. Podała mi kolejne kroki i po chwili zapisałam ostatnią linijkę, z triumfem podkreślając wynik. Jedna druga a plus b kwadrat. Spojrzałam na Christophera, który z kolei patrzył na mnie z niedowierzaniem. I wtedy zabrzmiał dzwonek. Widząc, że nie ma nic do powiedzenia, odwróciłam się w stronę madame Perrault, chcąc jej podziękować, ale jej już nie było. Spakowałam się więc, walcząc ze smutkiem i łzami cisnącymi się od oczu i opuściłam klasę. Następnego dnia potwierdziło się to, co już wiedziałam. Katerine Louise Perrault zmarła w Edynburgu trzeciego marca o czternastej pięćdziesiąt pięć w wieku pięćdziesięciu dziewięciu lat. Podczas rehabilitacji urwała się metalowa część sprzętu i wbiła się w jej czaszkę. Madame zginęła na miejscu. * Następnego dnia zamiast matematyki zebraliśmy się na apelu by uczcić pamięć profesor Perrault. Morgan miał pochmurną minę, pewnie dlatego, że omijała go okazja by sobie na mnie poużywać. Ja natomiast, mimo że było mi przykro z powodu nauczycielki, cieszyłam się, że nie ma dziś z nim zajęć. I w duchu dziękowałam poczciwej Katerine, że przybyła mnie wspomóc. Przecież wcale nie musiała. O tym, że nie żyje wiedziałam już, gdy ją ujrzałam stojąc przy tablicy. Wyglądała jak zawsze, ale z tą różnicą, że była półprzezroczysta. Tak ja ją odbierałam. Wiedziałam, że poza mną nikt jej nie widzi, takie już moje przekleństwo. Tak, dokładnie. Liv Hudson widzi duchy. Tylko dzięki temu, że nie zdarzyło się mi to pierwszy raz, nie uciekłam z sali z wrzaskiem, czułam jedynie żal z powodu madame. Nie wiem, kiedy się to zaczęło. Ale pierwszym duchem, którego zobaczyłam był tata. Zginął w wypadku pod Londynem kiedy miałam czternaście lat. Od tego czasu mieszkałyśmy z mamą we dwie, ciągle w tym samym mieszkaniu w Poole. Wiedziałam, że matka się do tego nie przyzna, ale miało to wiele wspólnego z ojcem. Kupili to mieszkanie razem po ślubie. Była do niego przywiązana. O wypadku dowiedziałyśmy się następnego ranka po wypadku. Nigdy nie zapomnę jak wyglądała twarz mamy, gdy odebrała telefon i zaniosła się spazmatycznym szlochem. Miała depresję przez miesiąc. Przyszedł do mnie tata, a raczej jego duch i powiedział, że mam przekazać mamie, by zaczęła żyć dalej, dla mnie. Inaczej jego dusza nie zazna spokoju. Byłam przerażona jego widokiem, naprawdę. Ale zdołał mnie uspokoić nim wpadłam w histerię. – Liv, kochana – mówił – Powiedz to mamie, to ważne. – Jakim cudem cię widzę? – spytałam go. – Nie mam pojęcia skarbie. Widocznie to dar. Używaj go mądrze, masz go nie bez powodu. 6 Kroniki Śmierci. Pośredniczka – Tato, ale ona mi nie uwierzy, znasz ją – jęknęłam. Moja matka należała do osób stąpających po ziemi wyjątkowo twardo. – Tak, znam. Ale to, co zrobi z tą informacją nie zależy już od ciebie. Ty jesteś tylko łącznikiem – uśmiechnął się smutno. – Nie odchodź – szepnęłam ze łzami w oczach. – Nie mam wyjścia, kochanie. Widocznie tak miało być – odpowiedział. – Tato… – Powiesz mamie? – Tak, ale… – Liv, musisz być dzielna. Pamiętaj, że mimo że mnie nie widać, że nie ma mnie już w waszym świecie, nigdy nie przestanę was kochać. Zaopiekuj się mamą. Musicie żyć dalej. Niczego innego tak nie pragnę, jak waszego szczęścia. Rozumiesz, pączuszku? – patrzył na mnie poważnie. – Tak tato. – Nigdy was nie opuszczę. Żegnaj, córeczko, na mnie już czas – spojrzał gdzieś w górę, na coś, czego nie było dane mi widzieć. – Tato, proszę… Ale jego już nie było. Wybuchnęłam płaczem, a kiedy się opanowałam, a może po prostu zabrakło mi łez, odparłam w pustkę: – Żegnaj tato. Kocham cię – po twarzy przemknął mi lekki podmuch. Mama nie uwierzyła w żadne z moich słów. Powiedziałam jej prawdę. Rozzłościła się, a gdy nie przyznawałam się do zarzucanego mi kłamstwa, dalej upierając się przy swoim, zorganizowała mi wizytę u psychiatry. Stwierdzono, że jestem w szoku po stracie ojca i że potrzebuję czasu i spokoju. I tabletek wyciszających. Nie pomogły. Od tamtego czasu widziałam kilka innych duchów, jednak albo je ignorowałam, albo kazałam im szukać kogoś innego do pomocy. Dwa razy byłam zmuszona interweniować, z podobnym skutkiem jak u mamy, z tym że obcy ludzie obrzucali mnie wyzwiskami. Chyba nie umiałam się do tego zabrać jak należy. No ale czy jest jakaś szkółka dla medium, gdzie mówią jak przekazać rodzinie wiadomość z zaświatów? Nie. Nauczona doświadczeniem, ignorowałam duchy jak mogłam i unikałam miejsc, gdzie można było je spotkać w zwiększonej ilości. Dlatego nie lubiłam szpitali. I cmentarzy, pełnych niespokojnych dusz. – Liv, dobrze się czujesz? – spytała zatroskana Lynn, jedna z moich koleżanek. – Tak, zamyśliłam się – odparłam, uśmiechając się blado. – Wiem, że się lubiłyście – powiedziała cicho – Była fajną babką. – Tak. Była – mrugnęłam, odganiając łzy. Po apelu ruszyłam w drogę powrotną do domu. Odprowadziłam Lynn na przystanek, a sama spacerkiem zaczęłam iść w stronę domu. Zadzwonił telefon – mama wybierała się do koleżanki, informowała mnie więc, że zostawia mi obiad do podgrzania. Życzyłam jej dobrej zabawy, wzdychając. Przynajmniej jak chciał tata, żyła dalej. – Liv! – krzyknął ktoś za mną. Odwróciłam się z zaskoczeniem. Ujrzałam Dana Stanforda, mojego rówieśnika, który chodził ze mną do klasy. Cieszył się z moich upokorzeń na matmie prawie tak wielce jak sam pan Morgan. Byliśmy wrogami odkąd w przedszkolu sypnął mi piaskiem w oczy. Z każdym rokiem dogryzaliśmy sobie coraz bardziej, stąd zdziwiłam się, gdy go zobaczyłam. Widocznie za mną biegł. – Czego chcesz? – zapytałam ostro. – Musimy pogadać – wyjaśnił – Idziesz do domu? – Owszem, ale nie zaproszę cię na pogawędkę przy kawie – uśmiechnęłam się drwiąco. – Nie liczyłem na to – odparł – Uznałem tylko, że jest pewien problem, o którym powinnaś wiedzieć. 7 Agata Mojcner – Dan. Nie sądzę, żeby cokolwiek dotyczącego ciebie mogło mieć coś wspólnego ze mną. Także bądź miły i daruj sobie – odwróciłam się i ruszyłam prosto. Nie zamierzał łatwo mi odpuścić, bo po chwili szedł tuż przy mnie. – Mylisz się, Liv. Zastanów się, przecież nie rozmawiam z tobą dla przyjemności. – A kto by się połapał w tych twoich kretyńskich pomysłach? Pewnie znowu szykujesz jakiś podstęp – prychnęłam. – Chodzi o twoją matkę – westchnął. – Co ty możesz wiedzieć o mojej matce? – roześmiałam się kpiąco. – Wiesz, gdzie znika wieczorami, powiedzmy od… pół roku? – spytał. – Chodzi do Mary i Jackie, swoich koleżanek. Znalazły jakieś wspólne hobby, a w przerwach grają w scrabble. Nie widzę tu nic podejrzanego. – Tak ci powiedziała? – uniósł brwi. Zatrzymałam się i spojrzałam na niego twardo. – Sugerujesz że moja matka kłamie? Zanim powiesz tak, lepiej się zastanów – wycedziłam. – Niestety Liv, tak jest. Żałuję tylko, że to ja muszę cię uświadomić. – Co więc według ciebie robi moja matka? – założyłam ręce, powstrzymując gwałtowne odruchy. Nie uśmiechało mi się niańczyć ducha Dana. – Spotyka się z moim ojcem. Niedowierzanie na mojej twarzy musiało być ogromne. Zdołałam tylko wydukać: – Co? – Dowiedziałem się tydzień temu. Ojciec znowu wybył na spotkanie, jak od pół roku parę razy w tygodniu. Zaczęło mi to śmierdzieć więc poszedłem za nim. Kupił kwiaty i razem z twoją matką zjedli kolację w fajnej restauracji – rzekł Dan. Wryło mnie w ziemię. Dosłownie. Wiedziałam że matka Dana nie żyje od dwóch lat, zmarła na raka mózgu. Jego ojciec był więc wolny. Wolny wdowiec. – Dlaczego mam ci uwierzyć? – spytałam. – Ojciec znowu dziś wychodzi. Zakładam, że twoja matka też? – uniósł brwi. Milczałam. No nie, doprawdy! Jeszcze tego brakowało. – Zrobiłbym zdjęcia jako dowód, ale nie chciałem zwracać uwagi fleszem. Ale jeśli chcesz, możemy dziś ich pośledzić. W końcu dotyczy to nas obojga. Jeśli nie chcemy zostać przyrodnim rodzeństwem, to trzeba coś z tym zrobić – podsumował. – Dan, jeśli myślisz, że upadłam tak nisko i będę szpiegować własną matkę, to jesteś w błędzie – doszliśmy już niemal pod mój dom – Ona ma swoje życie i niech robi co chce. Ja mam lepsze rzeczy do roboty niż podglądanie jej hipotetycznych randek. – Ta, bo przeklinanie w domowym zaciszu faceta od matmy jest cholernie fascynujące, Hudson – rzekł z ironią – No ale skoro tak… sam to zrobię. Może pstryknę parę fotek dla ciebie. Jakbyś chciała dołączyć, to daj znać. – Nie licz na to – odparłam sucho i odwróciłam się w stronę wejścia do bloku. 2 M usisz się aż tak stroić? – zmarszczyłam brwi, przyglądając się mamie, poprawiającej sukienkę przed lustrem. Zdążyłam wrócić do domu przed jej wyjściem. – Liv, mówiłam ci, że to kameralne spotkanie. Idę z Mary uczcić jej urodziny. Muszę dobrze wyglądać, żeby nie robić obciachu! – odparła oburzona. – Nie lepiej wypić wino w domowym zaciszu? – zasugerowałam. – Jak dorośniesz to zrozumiesz, że są okazje, kiedy nie zawsze wypada zostać w domu. – Jestem dorosła – zaprotestowałam gwałtownie. – Tak, wiem przecież – odparła – I jak? – okręciła się wokół własnej osi. 8 Kroniki Śmierci. Pośredniczka – Odlotowo, ale dla mnie wciąż zbyt szykownie – obwieściłam. Tylko przewróciła oczami. Poczułam gwałtowne ukłucie niepokoju i zerknęłam w stronę telefonu. Jednym ruchem go chwyciłam i napisałam do Dana, żeby po mnie przyszedł. Wiedziałam, że będzie ze mnie pokpiwał, ale to była sytuacja krytyczna. Bo pamiętałam że Mary ma urodziny w maju, a nie w marcu. A więc matka coś ukrywała. * – Wiedziałem, że nie wytrzymasz – powitał mnie Dan. Czekał na mnie na rogu ulicy, skąd było widać ludzi opuszczających mój blok. Powiedziałam matce, że muszę pójść do sklepu, bo nie mam jogurtu, a teraz czailiśmy się za krzakiem, czekając aż wyjdzie. Zobaczyłam jak mama skręca w ulicę dalej i ruszyliśmy za nią biegiem. Zdążyliśmy dostrzec jak wsiada do czarnego bmw. – To auto ojca – powiedział Dan – Jego rejestracja. Mój żołądek fiknął koziołka. O nie. – Muszę mieć pewność – mruknęłam – Wiesz, dokąd mogli pojechać? – Podsłuchałem rozmowę jak rezerwował stolik. I tak się składa, że wiem – uśmiechnął się przebiegle. Parę chwil później obserwowaliśmy zza krzaków restaurację w centrum. Matka zajęła miejsce na świeżym powietrzu. Nadal nie widziałam jej partnera, ale na pewno nie była to Mary. Znałam z widzenia ojca Dana więc rozpoznanie nie było problemem. Zaklęłam pod nosem. – Miałeś rację – mruknęłam – Cholera jasna, i co teraz? – Nie wiem. Lepiej z nimi pogadać. Nie zamierzam z tobą mieszkać – burknął. Starałam się znaleźć jakieś sensowne wytłumaczenie, ale nic nie przychodziło mi do głowy. – Chodźmy stąd. Już dość widziałam – powiedziałam. Zgodził się i ruszyliśmy z powrotem w kierunku z którego przyszliśmy. Nie mogłam uwierzyć, że matka mnie okłamywała. Na szczęście Dan się nie odzywał, bo to by mnie tylko dodatkowo wkurzyło. – O rany, co tam się dzieje? – jego głos wyrwał mnie z zamyślenia. Spojrzałam w kierunku, który mi wskazał i zobaczyłam dwie karetki i policję. Wypadek. Z daleka było widać wrak auta, najwyraźniej wbiło się w słup. Z wiadomych przyczyn unikałam miejsc wypadków, jednak tędy prowadziła najkrótsza droga do domu. Miałam nadzieję, że w wypadku nikt nie zginął. Powoli przeszliśmy obok, ja ze wzrokiem wbitym w ziemię a Dan patrzący na akcję ratowniczą. Mimowolnie dostrzegłam czarny worek, w który zapakowano właśnie podłużny kształt i poczułam jak moje ciało oblewa się zimnym potem. Bo nagle tuż koło nas pojawił się młody mężczyzna. Od razu wiedziałam, że to duch. I na dodatek spojrzałam prosto na niego, więc ignorancja odpadała. Niech to szlag! – Proszę, musisz mi pomóc – powiedział do mnie – Powiedz Lisie, że… – Nie tutaj, kretynie – warknęłam, dziękując niebiosom, że Dan stoi i patrzy na to, co się dzieje na miejscu zdarzenia. Odwrócił się jednak. – Mówiłaś coś? – zmarszczył brwi. – Och, tylko, że lecę do domu – powiedziałam szybko – Nie za dobrze się czuję. Do jutra! Odwróciłam się, nie patrząc na niego i pognałam truchtem do domu. Nie musiałam sprawdzać, by wiedzieć, że nie jestem sama, jak mogłoby się wydawać. W końcu dotarłam do mieszkania i wszedłszy do swojego pokoju, odwróciłam się w stronę ducha: 9 Agata Mojcner – No dobra. A teraz mów czego chcesz – powiedziałam, siadając na krześle i wpatrując się w jego perłowobiałe, półprzezroczyste oblicze. Nie byłam zachwycona jego towarzystwem, więc chciałam jak najszybciej pozbyć się problemu. Z doświadczenia wiedziałam, że z duchami trzeba rozmawiać prosto i dobitnie. Jak na przesłuchaniu. Strasznie lubią odbiegać od tematu i żalić się, dlaczego śmierć musiała zabrać akurat ich. Było to okropnie irytujące, co wpływało na to, że i ja stawałam się niemiła. Nienawidziłam swojego daru. Bo niby skąd miałam wiedzieć, dlaczego trafiło na nich? Nie miałam żadnego wpływu na to kto umiera, a kto żyje. Byłam tylko zwykłym medium. – Proszę, przekaż Lisie, że musi brać leki – powiedział, a na jego twarzy dostrzegłam udrękę – Inaczej umrze. To było coś nowego. Zwykle duchy prosiły o to, by się w ich imieniu pożegnać, albo zanieść rodzinie słowa otuchy w stylu: „Wszystko się ułoży, musisz żyć dalej”. Byłam miło zaskoczona. – Kim jest Lisa? – zapytałam rzeczowo. – To moja narzeczona. Mieliśmy się pobrać za dwa tygodnie… – westchnął. – Jak się nazywa? – Lisa Parker. – A ty? – Co ja? – zdziwił się. – Jak się nazywasz? – powstrzymałam się od wywrócenia oczami. – Jake. Jake Dawson. – Dobra. Podaj adres Lisy albo gdzie mogę ją znaleźć. Może być też numer telefonu. Podyktował mi dane, które zapisałam w notesie. – Czy Lisa wierzy w duchy, życie po śmierci i tak dalej? – spytałam. – Tak, a dlaczego pytasz? – Muszę wiedzieć czy mi uwierzy. Ludzie na ogół są dość… oporni – skrzywiłam się, przypominając sobie niektóre najcięższe przypadki. Raz nawet zostałam nazwana sługą szatana. O tak, to było coś. – Rozumiem. Jakby nie wierzyła, powiedz jej, że wolę imię Mary niż Cassandra. Będzie wiedziała o co chodzi. – Okej – zapisałam to sobie – Czy coś jeszcze mam jej przekazać? – Że ją kocham i nie przestanę. I żeby nie rozpaczała, bo będę nad nią czuwał. Nad nimi. – Nimi? – uniosłam brwi. Spojrzał na mnie, widziałam jak bardzo cierpi. – Lisa jest w ciąży. Będziemy mieli córeczkę. Ale musi brać leki, ma cukrzycę – wyjaśnił. – Rozumiem – pokiwałam głową. – Dziękuję ci. Jesteś dobrą dziewczyną – uśmiechnął się blado. – Jeszcze mi nie dziękuj. Zobaczymy co na to Lisa – westchnęłam. – Jeśli powiesz o imionach, uwierzy ci. Nikomu jeszcze nie mówiliśmy, że jest w ciąży. Poza tym… twoim zadaniem jest tylko przekazanie wiadomości, a nie wywoływanie odpowiednich reakcji. – Skąd wiesz? – teraz to ja się zdziwiłam. Nie wiedziałam skąd mam dar i na czym polega tak dokładnie. – Nie wiem – zmarszczył brwi – Po prostu mam to jakby… w głowie. To chyba jakaś wiedza zarezerwowana dla duchów, którą nabyłem po śmierci – mruknął. – Pewnie tak. Przyjrzał mi się. – Mówił ci ktoś, że świecisz? – zapytał. – Że co robię? – wytrzeszczyłam oczy. 10 Kroniki Śmierci. Pośredniczka – Świecisz. Wokół twojej osoby jest złota poświata. Kiedy opuściłem ciało… byłaś jak latarnia podczas sztormu. Światło w ciemności, rozumiesz – był zakłopotany – Nie wiem jak to opisać. – W porządku, potrafię to sobie wyobrazić – byłam w szoku. Świeciłam. Jasna cholera, jakbym nie była wystarczająco porąbana. – To po tym wiedziałem kim jesteś i kiedy cię ujrzałem, wiedziałem że mam się do ciebie udać. Nie wiem skąd, ale po prostu wiedziałem. – To po tym muszą mnie znajdować duchy – zamyśliłam się – Przychodzą do mnie bo świecę. A one lgną jak ćmy do ognia. Zawsze się zastanawiałam, jak to się dzieje, że do mnie przychodzą. – Cieszę się, że pomogłem – powiedział. – Ja też się postaram ci pomóc, jak najlepiej potrafię – odparłam i zerknęłam na zegar – Pójdę do Lisy jutro rano. Może być? Pokiwał głową. – Jeszcze raz dziękuję – rzekł. – Nie ma za co – wzruszyłam ramionami – Taka praca. Uśmiechnął się smutno i zniknął. * Nazajutrz obudził mnie silny zapach kawy. Weszłam zaspana do kuchni i zastałam tam matkę. Od razu się rozbudziłam; pewnie przez to, że byłam wściekła. Okłamywała mnie pół roku! Co najmniej; w każdym razie Dan zaobserwował początki dziwnego zachowania ojca dopiero sześć miesięcy temu. Ciekawe jak długo zamierzała to ukrywać. – Hej mamo – przywitałam się. – Cześć skarbie – uśmiechnęła się – Dobrze spałaś? Hm, nie licząc rozmyślań o Jake’u i Lisie, którzy zostali brutalnie rozdzieleni przez los oraz tym, że matka ma faceta, to nic mi nie przeszkadzało w zaśnięciu. Co nie zmieniało faktu, że czułam się jak wrak człowieka. Na szczęście lekcje zaczynałam dziś później. – W miarę dobrze. Co u Mary? Dobrze się bawiłyście? Jej twarz minimalnie drgnęła, ale szybko powróciła maska zadowolenia. – Owszem, było wspaniale – odparła. Przyglądałam się jej znad kubka kakao, aż wreszcie nie wytrzymałam. – Naprawdę? Mogłabyś łaskawie przestać kłamać? Mary urodziła się w maju. Poza tym wiem, z kim wczoraj byłaś – rzuciłam sarkastycznie. – Liv… – zaczęła, otwierając szerzej oczy. Nie dałam jej dokończyć. – Chyba nie myśleliście, że Dan i ja niczego nie zauważymy? – uniosłam brwi – Ile mieliście zamiar to ciągnąć? – Liv, wiemy że ty i Dan się nienawidzicie. Nie chcieliśmy zaostrzać sytuacji jeszcze bardziej… Przecież wiem, jaka by była twoja reakcja na wieść o związku moim i Ethana! – To, że się z nim umawiasz to inna sprawa, ale to nie to mnie najbardziej boli. Jak mogłaś kłamać mi w żywe oczy? I to tyle czasu! – nawet ja słyszałam w swoich słowach ból. Fakt, byłam urażona. – Skarbie… – Poza tym naprawdę nie mogłaś znaleźć kogoś innego? Nie mam nic przeciwko, że chcesz sobie ułożyć życie, serio. Ale dlaczego padło akurat na Stanforda? Zaakceptowałabym wszystkich, ale… jego? – Tak wyszło. Nic na to nie poradzę – powiedziała niepewnie. 11 Agata Mojcner – Dan też jest wściekły. Może lepiej zadzwoń do swojego chłopaka, pewnie syn zrobił mu niezłą awanturę i wcale mu się nie dziwię – rzuciłam zimno i wyszłam z kubkiem z kuchni, kierując się do pokoju. Po chwili zapukała do moich drzwi, mimo że były otwarte. Była przybita. Spojrzałam na nią pytająco. – Jak bardzo jesteś na mnie zła? – spytała cicho. – Ja? Zła? – zakpiłam – Jestem wściekła. Mam nadzieję, że to nic poważnego, bo nie uśmiecha mi się mieszkać z Danem pod jednym dachem. Zniosę wiele, ale nie to. Przegięłaś, mamo. – Jestem szczęśliwa, Liv. Naprawdę. Chciałabym, żebyś cieszyła się ze mną – rzekła. – Ty sobie chyba żartujesz – warknęłam – Nie zrobiłam ci awantury tylko dlatego, że jestem zmęczona, a ty chcesz, żebym się z tobą cieszyła?! Patrzyła na mnie smutno. – Chciałabym, ale widzę, że myślisz tylko o sobie i nie chcesz dzielić mojego szczęścia. Trudno, jakoś to przeboleję – powiedziała w końcu, prostując się sztywno. Była zła – Nie potrzebuję twojego błogosławieństwa. – Bo go nie dostaniesz – wciągnęłam sweter i chwyciłam torbę – Na pewno nie jeśli chodzi o Stanforda. – Już wychodzisz? – zdziwiła się. – Mam coś do załatwienia – ucięłam – Poza tym nie sądzę, żebym wytrzymała tu jeszcze minutę dłużej, więc lepiej żebym wyszła, zanim powiem lub zrobię coś, czego będziemy obie żałować. – Masz rację – odparła twardym głosem. Opuściłam mieszkanie, trzaskając drzwiami. 3 S kierowałam się do pobliskiej kawiarni, gdzie zgodnie z tym, co mówił duch Jake’a miała pracować Lisa Parker. Wątpiłam, by była tu dziś, dzień po stracie narzeczonego, ale wolałam sprawdzić, zanim udam się do jej mieszkania. Poza tym byłam głodna. Starcie z matką zaostrzyło mi apetyt. Było dość wcześnie, więc nie było wielu klientów. Usiadłam przy stoliku w kącie i chwilę później podeszła do mnie kelnerka. – Co podać? – obdarzyła mnie promiennym uśmiechem. – Pączka i zwykłą czarną kawę – odparłam – Mogę o coś spytać? – Oczywiście. – Szukam Lisy Parker, podobno tu pracuje. Mam dla niej wiadomość. Twarz kelnerki zmieniła się. – Nie wiem, czy Lisa dziś będzie. Wczoraj… jej narzeczony zginął w wypadku. Chyba wzięła urlop, ale nie jestem pewna. – Rozumiem. Dziękuję – uśmiechnęłam się słabo. Odeszła, by po minucie wrócić z moim zamówieniem. – Pytałam kierowniczkę o Lisę – oznajmiła – Wzięła urlop, ale wpadnie na moment podpisać jakieś papiery. Lada moment powinna się zjawić. – Dobrze, dziękuję za informację – odparłam, a ona skinęła mi głową i zniknęła za kontuarem. Byłam w połowie pączka, gdy otworzyły się drzwi wejściowe i weszła młoda kobieta. Niemal natychmiast wiedziałam, że to Lisa. Może moją uwagę zwróciły jej zaczerwienione oczy, a może postawa, nie wiem. Od razu było widać, że jest przybita i mimowolnie 12 Kroniki Śmierci. Pośredniczka poczułam głęboki żal. Skierowała się na zaplecze, a gdy kilka minut później stamtąd wyszła, skierowała się w moją stronę. Pewnie koleżanka jej przekazała, że na nią czekam. – Przepraszam, podobno pani mnie szukała? – zagadnęła mnie. – Tak. Pani to Lisa Parker? – wolałam się upewnić. – Owszem. Czy my się znamy? – przyjrzała mi się podejrzliwie. – Nie, ale nie zajmę pani wiele czasu. Nazywam się Liv Hudson. Proszę usiąść – kiedy to zrobiła, kontynuowałam – Na początku chcę zaznaczyć, że nie jestem wariatką i nie musi pani wierzyć w żadne moje słowo. Moim zadaniem jest tylko przekazać pani wiadomość, a to już pani sprawa, co pani z tym zrobi. – O co chodzi? – widocznie się spięła. – Mam dar. Widzę zmarłych – oznajmiłam spokojnie, obserwując ją uważnie. Nadal tu siedziała, więc może będzie dobrze – Nie kontroluję tego. Rzecz w tym, że wczoraj przyszedł do mnie pani narzeczony z prośbą o pomoc. – Dlaczego mam pani wierzyć? Może chce pani po prostu wykorzystać cudzą niedolę – odparła cicho, choć czułam, że gotowa jest wybuchnąć gniewem. – Nie musi pani mi wierzyć. Powiem tylko co mam powiedzieć, wyjdę i nigdy już mnie pani nie zobaczy – powiedziałam – Nie mam w tym żadnego interesu, w gruncie rzeczy nienawidzę swojego daru i wolałabym, by go nie było. Zastanawiała się przez chwilę, po czym powiedziała: – Proszę mówić. Ale nie mam wiele czasu, muszę załatwić sprawy związane z pogrzebem. – Pani narzeczony, Jake, kazał przekazać, że ma pani brać leki. Chyba chodzi o te na cukrzycę. Nie chce, żeby coś się pani stało przez zaniedbanie, a często pani o nich zapomina. Mówił też, że panią kocha i zawsze będzie nad wami czuwał; nad panią i waszą córeczką. Ach tak, prosił też, żebym pani powiedziała że woli imię Mary od Cassandry – wyrzuciłam z pamięci jednym tchem. Jej twarz się zmieniła. Była chłodna, potem malowało się na niej zaskoczenie, a nawet bezgraniczne zdumienie. Po chwili zaś kobieta łkała w chusteczkę, a ja trzymałam ją za rękę. – To… to niesamowite – wyszlochała – Nikt nie wiedział, że jestem w ciąży… Dziękuję pani – rzekła w końcu, ocierając oczy. – Nie ma za co – odrzekłam, słabo się uśmiechając. – Zginął tak nagle, wczoraj miałam telefon z policji – widziałam, jak bardzo jest załamana – Dlaczego to musiało się przytrafić właśnie nam? Za dwa tygodnie mieliśmy się pobrać… – kolejne łzy spłynęły jej po policzkach. – Nie wiem – powiedziałam cicho – Ale jestem pewna, że teraz musi pani posłuchać Jake’a i żyć dla waszego dziecka. – Tak – westchnęła cicho – Ma pani rację – popatrzyła na mnie – Pani też musi być ciężko. – Mnie? – zamrugałam, zaskoczona. – Z takim darem – wyjaśniła – Pewnie ludzie pani nie wierzą. – W większości rzeczywiście tak jest – uśmiechnęłam się gorzko. Siedziałyśmy chwilę w milczeniu, po czym się pożegnałyśmy. Ku mojemu zaskoczeniu uściskała mnie mocno i jeszcze raz podziękowała, życząc powodzenia. Powiedziałam jeszcze, żeby na siebie uważała i obiecała, że tak zrobi. Zerknęłam na zegarek i pognałam na lekcje. * Po takim początku dnia myślałam, że może być tylko lepiej. W trakcie lekcji moje myśli błądziły wokół Lisy, a także tego co powiedział mi Jake: że świecę. W takim razie moje omijanie szpitali chyba niewiele dawało. Duchy i tak z łatwością wiedziały, gdzie się podziewam, bo zakładałam z opisu Jake’a że moja poświata jest tak wyraźna, że widać ją z 13 Agata Mojcner daleka. Potem tematem moich rozmyślań stała się matka. Na domiar złego na przerwie przed matmą spotkałam Dana. – Nie jest dobrze – powitał mnie. – Choć raz muszę się z tobą zgodzić – przyznałam – Nie zamierza z nim zerwać. – Powiedział mi to samo. Nie ma zamiaru odejść od twojej matki z powodu naszych, jak to nazwał, głupich fochów. – Ha, u mnie jeszcze lepiej. Stwierdziła, że nie potrzebuje mojego błogosławieństwa – mruknęłam. – Coraz lepiej. Coś czuję, Liv, że to się dobrze nie skończy – westchnął, patrząc na mnie ponuro. – Też tak myślę. Niestety – wzięłam spory kęs batonika czekoladowego. Zauważyłam że parę osób rzuca nam zaciekawione spojrzenia. Cóż, rzadko widywano nas w swoim towarzystwie i to rozmawiających normalnie, a nie wrzeszczących na cały budynek. – Co teraz? Jeśli to zajdzie za daleko… – Nic teraz. Nie zamierzam wdawać się w szczegóły życia uczuciowego mojej matki. Trzeba czekać – stwierdziłam, zrezygnowana. – Zostawisz to tak? – uniósł brwi. – A co niby według ciebie mogę jeszcze zrobić? Zamknąć ją w pokoju i zabronić jej wychodzić dopóki nie zerwie z twoim tatą? – spytałam z irytacją. – Chociażby – mruknął, ale wiedziałam, że zdaje sobie sprawę z tego, że mam rację. Oczywiście nigdy by głośno tego nie powiedział. Gdy przyszedł Morgan, weszliśmy do klasy i usiadłam na swoim miejscu obok Lynn. Miała dziwną minę. – Odkąd to rozmawiasz z Danem? – nie mogłam powiedzieć, że nie spodziewałam się tego pytania. – Mamy wspólny problem – odparłam, wyrzucając podręcznik i zeszyt na ławkę – Później pogadamy, ok? – dodałam, widząc że przygląda nam się siedząca przed nami Lily, największa plotkara w liceum. Na szczęście Lynn zrozumiała o co mi chodzi i nie ciągnęła tematu. Usiadłam i znowu spojrzałam na zegar. Godzina męki rozpoczęta. Tępo zapatrzyłam się we wskazówkę sekundową i wyłączyłam się kompletnie. Zegar odmierzał sekundę za sekundą, minutę za minutą… W każdej chwili na świecie ktoś się rodził i ktoś ginął. Zegary odmierzały nasze życie aż do chwili, gdy gwałtownie bądź stopniowo bateria się wyczerpuje. Tak było z Jake’em i panią Perrault. I z moim tatą. Oni nie żyli, otaczali mnie za to całkiem żywi ludzie, a ja tkwiłam gdzieś pośrodku tego. Oczywiście też żyłam, ale w stałym kontakcie ze śmiercią, a raczej jej wynikiem – zabłąkanymi duszami. Niczego tak bardzo nie pragnęłam jak normalnego życia. Wieść, że jestem latarnią dla duchów nie poprawiała mi nastroju. Zatopiłam się w myślach wpatrzywszy się w zegar do tego stopnia, że nie zauważyłam, że Morgan mi się przypatruje i to z wyjątkowo złym uśmieszkiem. – Widzę, że moje zajęcia panią nudzą, panno Hudson – powiedział kpiąco. – Miałam ciężki dzień – odparłam. Nie miałam ochoty na kłótnię z nim – Przepraszam. Patrzył na mnie wnikliwie, jakby się nad czymś zastanawiał, po czym rzekł: – Może przy tablicy się pani rozbudzi. Zapraszam, zadanie dwudzieste. Westchnęłam, wznosząc oczy do nieba. Naiwna, myślałam że mi odpuści. Niedoczekanie. Stanęłam przy tablicy i odnalazłam w podręczniku odpowiednie zadanie. Było tekstowe. A najgorsze było to, że nic nie rozumiałam z tego bełkotu. Zaklęłam w duchu i wpatrzyłam się tępo w książkę, próbując się skupić, ale wzrok nauczyciela mi przeszkadzał. Pewna, że ma drwiący uśmieszek na ustach uniosłam głowę i z zaskoczeniem odnotowałam, że patrzy na mnie wyczekująco. Natychmiast przeniosłam wzrok na pustą tablicę i przygryzłam wargę. – Liv, zacznij jak zwykle. Wypisz dane i szukane. Potem rozwiąż układ równań wyznacznikami, będzie najłatwiej – głos madame Perrault sprawił, że podskoczyłam, 14 Kroniki Śmierci. Pośredniczka gwałtownie odsuwając się od tablicy, aż wpadłam na ławkę z tyłu. Wymruczałam jakieś przeprosiny, nie patrząc nawet na Morgana. Że też musiała mnie tak nastraszyć! Nienawidziłam gdy duchy pojawiały się znikąd. Zrobiłam jak kazała. Udało mi się sklecić układ równań, ale kompletnie zapomniałam jak policzyć wyznaczniki. Niech to szlag. Przerzuciłam kilka kartek podręcznika i znalazłam odpowiednie wzory. Madame Perrault stała obok i przyglądała mi się wnikliwie, jak i Morgan. Nie było to pocieszające. – Przepraszam kochana, nie chciałam cię nastraszyć – westchnęła – Nie mogę przywyknąć do tej nowej sytuacji – wiedziałam, że ma na myśli bycie duchem. Korzystając z okazji, że w klasie zapanował harmider, schowałam nos w książce i obserwując zjawę kątem oka, wymruczałam: – Musimy porozmawiać. – Oczywiście kochana. Przyjdę do ciebie wieczorem – odparła, jakby to było coś naturalnego. Z ulgą dokończyłam zadanie i spojrzałam na nauczyciela. Jego mina mnie zaskoczyła. Był jednocześnie zdziwiony i rozbawiony, jakby właśnie opowiedział sobie tylko jemu znany dowcip. Siadając na krześle, zobaczyłam że duch zniknął, ale Morgan nie spuszczał ze mnie oka do końca zajęć. * Pół godziny później opowiadałam Lynn o odkryciu związku matki z ojcem Dana. Nie będzie to niedopowiedzenie, jeśli napiszę, że opadła jej szczęka. – Żartujesz. – Chciałabym – burknęłam. – Cholera, co teraz? Boże, nie wyobrażam sobie was pod jednym dachem! – pokręciła głową ze zdumieniem. – Ja też. – To wygląda na coś poważnego? – Raczej tak. Ciągną to co najmniej od pół roku. I wyglądali na tej randce na naprawdę zakochanych – westchnęłam i zamieszałam w kubku ze zmrożonym szejkiem. Zrobiły się grudki, co mnie irytowało. – Coraz gorzej. Co jeśli postanowią razem zamieszkać? – Lynn wypowiedziała na głos pytanie, które zadawałam sobie z trwogą w myślach od rana. – Wyprowadzę się – oznajmiłam spokojnie. – Niby dokąd? – zdziwiła się Lynn. – Do babci. – Ona cię nie znosi! – koleżanka otworzyła oczy szerzej ze zdumienia – Nie mówisz poważnie! – Mówię o tej drugiej – przewróciłam oczami – O mamie mojego taty. Wiem, że nie miałaby nic przeciwko temu. – Ale ona mieszka w Middlesbrough! To tak daleko, nie możesz mnie tu zostawić! – Lynn, i tak kończymy szkołę. Wiem, że zamierzałyśmy studiować w Bournemouth bo stąd jest blisko, ale przecież można zmienić plany. Zawsze mogę iść na Teesside, a ty ze mną – wzruszyłam ramionami. Lynn wcisnęła się mocniej w oparcie. – Ty mówisz poważnie – gapiła się na mnie, pewnie zastanawiając się, czy postradałam rozum. – Oczywiście, a co myślałaś – oburzyłam się. 15 Agata Mojcner W drodze do domu zastanawiałam się nad tą rozmową. Teesside nie było złą opcją. Ale jeszcze miałam trochę czasu na podjęcie decyzji. Wszystko zależało od mojej matki i jej romansu. Kiedy przyszłam, zastałam ją i moją drugą babkę, której nie znosiłam z wzajemnością, w naszym małym pokoju dziennym, bo salonem tego nazwać nie można było. – To nie twoja wina, Lindo – mówiła babka. Miała na imię Cecily i była okropna dla mnie i dla taty, gdy ten jeszcze żył. Prawdziwa jędza, wiedząca wszystko najlepiej. Oczywiście zawsze chciała rządzić życiem swojej córki, czyli mojej mamy, a ta jej w tym nie przeszkadzała. Mama miała jeszcze siostrę, Lucy, która nie utrzymywała kontaktu z Cecily. Chociaż ktoś umiał się postawić tej zołzie. Dlatego lubiłam ciotkę Lucy, poza tym była zupełnym przeciwieństwem mojej matki. Nie miała dzieci, była typową bizneswoman. Może lubiłam ją tak bardzo także dlatego, że mój tata był jedynakiem i nie miałam więcej ciotek ani wujów. – Ale mamo, przecież musi być jakiś sposób, żeby jej wytłumaczyć… – Witaj, Olivio – przerwała jej babka, zwracając się do mnie chłodno. Razem z tatą nazywaliśmy ją królową śniegu. Była kompletnie sztywna i tylko czekała na okazję, by wywołać kłótnię. – Babciu, jak miło cię widzieć – nie próbowałam ukryć sarkazmu. Doskonale wiedziałam, że nie umknął jej uwadze – Nie przeszkadzajcie sobie, idę do siebie – i tak zrobiłam. Nie zamierzałam stąd wychodzić, dopóki ta wstrętna baba nie opuści mieszkania. Padłam na łóżko i zagapiłam się w sufit. Jakiś czas później usłyszałam głos: – Chciałaś porozmawiać, chérie. Więc jestem – to była madame Perrault. Znów podskoczyłam na łóżku, ale nie tak jak przy tablicy. – Mogłaby pani pojawiać się nie tak… nagle? – zapytałam. Roześmiała się. – Oczywiście, przepraszam. Jak mówiłam wcześniej, nie mogę się przyzwyczaić do tej… formy. O czym chciałaś porozmawiać? – Czego pani oczekuje? Mam coś przekazać rodzinie? Znajomym? – zasugerowałam. – Och, nie, kochana – zaprzeczyła, próbując usiąść w fotelu, ale przez niego przenikała, więc zrezygnowała – Tym już się ktoś zajął. Ale dziękuję, że pytasz, miło z twojej strony. – Ktoś się już… zajął? – powtórzyłam, ogłuszona. Potwierdziła skinięciem głowy – To dlaczego pani do mnie przychodzi? – Zanim dotrze do mojej rodziny, mam wolny czas – wzruszyła ramionami – Pomyślałam, że warto ci pomóc, widzę że masz kłopoty. – Rozumiem. Dziękuję. – Cała przyjemność po mojej stronie. Został mi dzień, może dwa… moja matka mieszka w wiosce w Alpach, więc trudno ją powiadomić, ale Pośrednik powiedział że dziś lub jutro do niej dotrze, więc wtedy zniknę – wiedziałam, że Madame nie ma innej rodziny. Jej córka uciekła z domu, kiedy miała osiemnaście lat, zostawiając jej informację, że wyjeżdża, bo kogoś poznała. Od tamtej pory nie dawała znaku życia zrozpaczonej matce. – Inny pośrednik? Myślałam, że tylko ja się tym tutaj zajmuję. – Och, nie – ponownie się roześmiała – Jest was więcej niż się wydaje. Traf chciał, że jego zobaczyłam pierwsza, więc już nie miałam po co męczyć ciebie. Uśmiechnęłam się. – Nie spotkałam jeszcze żadnego… pośrednika. Wszyscy… świecimy? – O tak. Ale wasza dwójka inaczej niż reszta. Trochę pokrążyłam po okolicy i spotkałam jeszcze paru wam podobnych. Mieli białą poświatę, a wasza dwójka ma złotą. Ale nie wiem dlaczego, słonko, dlatego nawet nie pytaj. Inne duchy, te z większym eee… stażem, mówiły że pośrednicy zwykle mają białą aurę; bo tak się ta poświata chyba zwie, o ile dobrze zapamiętałam – mrugnęła do mnie – Nie pytałam ich o pośredników ze złotą, bo nie są zbyt rozmowne, ale myślę, że czymś się różnicie od innych. 16 Kroniki Śmierci. Pośredniczka – Czyli naprawdę jestem nienormalna. Nie dość że mam ten dar, to jeszcze wśród sobie podobnych się wyróżniam – jęknęłam – Naprawdę szkoda, że nie znam nikogo takiego jak ja. – Ależ znasz! – oburzyła się. – Jak to? – zrobiłam głupią minę. – Powiem ci więcej, znasz nawet tego konkretnego, który mi pomaga – oświadczyła. – Kto to jest? – poderwałam się z łóżka, podekscytowana. Może wreszcie ktoś będzie wiedział o tym darze więcej ode mnie. – Nie mogę ci powiedzieć – posmutniała – Nie wolno mi zdradzać takich detali. Ale myślę, że niedługo się dowiesz, albo sam ci powie. Dopiero niedawno się zorientował, co potrafisz – uśmiechnęła się tajemniczo. Usiadłam, zrezygnowana. Więc musiałam czekać. Madame została jeszcze moment, po czym stwierdziła, że musi iść i zniknęła życząc mi dobrej nocy. – Na wypadek, gdybyśmy się już nie spotkały, wiedz, że w ciebie wierzę, Liv. Masz potencjał. Wykorzystaj go dobrze i panuj nad swoim darem – dodała na koniec naszej rozmowy i już jej nie było. Zostawiła mnie z szaleńczą gonitwą myśli. Musiałam znaleźć to drugie medium. Czy pośrednika, jak zwał tak zwał. Za wszelką cenę. 4 olejne dni były monotonne. Pierwszy raz nie cieszyłam się, że jest weekend, bo to oznaczało dwa dni z matką w domu. Na szczęście nie zmuszała mnie do rozmowy, K ale widziałam, że jest smutna i zła. Madame już się więcej nie pojawiła, stwierdziłam więc, że pośrednik wypełnił misję i odeszła. Zrobiło mi się trochę smutno, zwłaszcza po tym jak zabrakło mi jej pomocy przy tablicy i Morgan zmieszał mnie z błotem. Chciałam też z niej więcej wyciągnąć, ale cóż, już nie było jak. Że też wcześniej nie wpadłam na to, by porozmawiać z duchami jak z Jake’em lub Madame! Zdradzili mi o mnie samej więcej niżbym śmiała przypuszczać. Może gdybym wcześniej wypytywała duchy jak to jest, że mnie widzą, wiedziałabym prędzej o poświacie, czy aurze, która mnie otacza? Moje myśli uparcie krążyły wokół drugiego „złotego pośrednika”. Kim był? Kobieta czy mężczyzna? Złapałam samą siebie na tym, że uważnie lustruję otoczenie, jakbym mogła go wypatrzeć. Powoli zamieniało się to w obsesję. Ale tak bardzo chciałam pogadać z kimś otwarcie o tym, co mnie trapiło już od tylu lat! Wkrótce wszystko stało się jasne. Tego dnia siedziałam na matematyce, pracując razem z Lynn. Morgan łaskawie zrobił nam pracę w parach, więc przynajmniej na moment zrobiło mi się lepiej. Nawet udało nam się rozwiązać większość zadań, co było powodem do dumy. Może nie byłam aż tak całkiem beznadziejna? Jednak gdy poszła pora prezentacji rozwiązań, ku mojemu zdziwieniu wziął do tablicy nie mnie, a Lynn. Też była zdziwiona, ale nie dała po sobie tego poznać. Zmarszczyłam brwi. Nie żebym tęskniłam za miejscem mych upokorzeń, ale to było… dziwne. Brał po jednej osobie z każdej pary. Myślałam że jestem pewniakiem. Spojrzałam na niego, marszcząc brwi i zastanawiając się, czy nie wymyślił dla mnie jakiegoś wyjątkowo nieprzyjemnego zadania. Zauważył, że na niego patrzę i odpowiedział uniesieniem brwi. Odwróciłam wzrok. Lekcja wkrótce dobiegła końca. No nie, historyczny dzień! Jednak gdy zbliżałam się do drzwi, usłyszałam jak mówi: – Hudson, zostań na chwilę, proszę. Musimy coś wyjaśnić. Serce mi stanęło. Lynn spojrzała na mnie współczująco i wyszła, zostawiając nas samych. Gnębienie przy klasie miało ten plus, że nie mógł posunąć się za daleko, bo byli świadkowie. Widać postanowił naprawdę przygotować dla mnie coś specjalnego, skoro chciał rozmowy na 17 Agata Mojcner osobności. Teraz nikt nie mógł kontrolować jego metod nękania mnie. Niechętnie powlokłam się do biurka. – Usiądź – wskazał mi krzesło naprzeciw siebie. Skończył wpisywać stopnie do dziennika i zamknął go, przenosząc wzrok na mnie. Był poważny, co mnie zaskoczyło. – O co chodzi? – spytałam rzeczowo. Nie zamierzałam za bardzo przeciągać tej rozmowy. Przyglądał mi się w milczeniu. – Jesteś niezwykła, Liv. Wiem, że doskonale zdajesz sobie z tego sprawę. Obserwuję cię od początku roku, kiedy to poinformowano mnie, jak wielki masz talent. Co się stało? Rzadko kiedy spotyka się tak nagły spadek ocen jak u ciebie. Byłam oszołomiona. Po pierwsze, zwrócił się do mnie po imieniu. Po drugie wydawał się być całkiem miły. Nie wiem co było gorsze. – Nie wiem co się dzieje – wzruszyłam ramionami – Staram się jak mogę – unikałam jego wzroku. – Nieprawda. Słyszałem od twojej nauczycielki, pani Perrault, same dobre rzeczy o tobie. I o twoich planach na studia matematyczne – powiedział – Teraz się obijasz, w porównaniu do tego, co umiałaś zrobić w poprzednich latach. – Niech pan przestanie kłamać. Nie mógł pan rozmawiać z madame Perrault. Kiedy pan dostał tę pracę, ona była już w Edynburgu. Ostatnio rozmawiałam z nią w dzień przed jej śmiercią i twierdziła, że pana nie zna i nigdy z panem nie rozmawiała – tak było w istocie. Dzwoniłam do madame regularnie i często wypytywała mnie o Morgana. Ostatnio poradziła mi, żebym pogadała z nim sama, bo ona i tak tu nic nie pomoże. Morgan uśmiechnął się do mnie. Teraz to mnie zatkało. – Ależ nie kłamię, Liv. Ale ty tak – przekrzywił głowę jakby obserwował interesujące zjawisko. – Co pan ma na myśli? – Och, nie wiem – udał że się zastanawia – Może to, że ostatni raz rozmawiałaś z nią dzień przed jej wypadkiem? Poczułam w żołądku bryłę lodu. – Nie wiem, o czym pan mówi – oznajmiłam chłodno. – O tym, że wczoraj także ucięłyście sobie pogawędkę. I dwa razy na moich lekcjach, co było irytujące bo nie mogłem zrobić nic, żeby ci nie podpowiadała. Chyba chciała w ten sposób utrzeć mi nosa, za to że dręczę jej prymuskę – rzekł z uśmiechem. Patrzyłam na niego oniemiała. Tylko nie on, błagam. – To pan jej pomógł? – spytałam, mimo że odpowiedź była oczywista. – Tak. I tak samo jak ty jestem pośrednikiem. Wymruczałam pod nosem przekleństwa. Los był taki niesprawiedliwy. Zebrałam się i wstałam. – Świetnie. Fajnie wiedzieć – odparłam – A teraz proszę wybaczyć, muszę iść. – Liv. – Proszę dać mi spokój – warknęłam i wyszłam. Nie zatrzymywał mnie. Gdy opuściłam klasę nagle uderzyła mnie dziwna myśl. Tyle czekałam, żeby poznać taką osobę jak ja, a okazał się nią facet, którego nie cierpiałam. Westchnęłam i sama nie wiem dlaczego, zatrzymałam się. Mimo wszystko mógł mi udzielić odpowiedzi, których potrzebowałam. Rozmowa nie zaszkodzi, prawda? Przygryzłam wargę, wahając się. W końcu podjęłam decyzję i zawróciłam. Akurat zamykał salę. Przez moment na siebie patrzeliśmy, aż w końcu spytał: – Co powiesz na kawę w pokoju nauczycielskim? – Idealnie – odparłam i poszłam za nim. Dobrze wiedziałam, że tam nikt nam nie przeszkodzi i, co najważniejsze, nikt nie będzie podsłuchiwał. 18
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Kroniki Śmierci. Pośredniczka
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: