Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00602 007675 12253299 na godz. na dobę w sumie
Krupówki warszawskie. Kazania zimowe - ebook/pdf
Krupówki warszawskie. Kazania zimowe - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: W drodze Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7906-173-0 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> religia i rozwój duchowy >> religia
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Krupówki warszawskie. Kazania zimowe to pierwszy tom kaznodziejskiego notatnika, który powstał w oparciu o homilie wygłaszane przez o. Pawła Krupę w dominikańskim kościele na warszawskim Służewie. Msze odprawiane przez ojca w niedziele o godzinie czternastej gromadziły mnóstwo wiernych zasłuchanych w Słowo.

Prezentowane kazania można czytać po kolei lub na wyrywki, można do nich zaglądać jak do komentarza na daną niedzielę czy święto albo potraktować jako rozważania biblijne.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

K RU P ÓW K I WARSZAWSKIE PAWEŁ KRUPA OP K RU P ÓW K I WARSZAWSKIE K A Z A N I A Z I M O W E K A Z A N I A Z I M O W E © Copyright for the text by Paweł Krupa, 2017 © Copyright for this edition by Wydawnictwo W drodze, 2017 Redaktor prowadzący Ewa Kubiak Redakcja Paulina Jeske-Choińska Jolanta Malczewska-Kawalec Korekta Agnieszka Czapczyk Paulina Jeske-Choińska Skład komputerowy Teodor Jeske-Choiński Projekt okładki i stron tytułowych Justyna Czyżak Fotografi a na okładce Zbigniew Pajda OP ISBN 978-83-7906-173-0 Wydawnictwa Polskiej Prowincji Dominikanów W drodze sp. z o.o. jest imprintem Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W drodze sp. z o.o. Wydanie I, 2017 ul. Kościuszki 99, 61-716 Poznań tel. 61 852 39 62, faks 61 850 17 82 sprzedaz@wdrodze.pl www.wdrodze.pl Od autora Do stałego odprawiania niedzielnej Mszy o godzinie czternastej w dominikańskim kościele św. Dominika na warszawskim Służe- wie zostałem zaproszony przez świeckich. Przyszli do mnie ludzie tworzący byłą scholę akademicką z pytaniem, czy nie zechciałbym objąć opieką tej Mszy, na której oni są gotowi regularnie śpiewać. Przeor ówczesny wyraził zgodę i tak zaczęła się, trwająca pięć lat (2011–2016), moja kaznodziejska przygoda z „czternastką”. Jej specjalną patronką stała się wkrótce ewangeliczna Samarytanka, która w najgorętszej porze dnia ukradkiem przyszła do studni, aby zaczerpnąć wody. Przychodziliśmy i my, spragnieni spotkania z Je- zusem, a On stopniowo nas jednoczył w żywym doświadczeniu Kościoła i przemieniał niedzielny obrządek w doświadczenie wspól- noty – domu, gdzie każdy mógł znaleźć miejsce. Nigdy nie publikowałem moich kazań. Pomysł ten zrodził się w głowie jednej z „czternastkowiczek”. Z własnej inicjatywy zaczęła spisywać moje homilie z nagrań i redagować je, a w końcu namówiła mnie do wydania ich drukiem. Jestem jej za to ogromnie wdzięczny, choć nie ukrywam, że wciąż mam w sobie sporo wahań. Homi- lia bowiem to wydarzenie, które dzieje się w konkretnym miejscu i czasie, a jego uczestnikami są: kaznodzieja, słuchacze oraz – jak wierzę – sam Duch Święty, który działa w nich i pomiędzy nimi. Gdy więc patrzę na „goły” tekst, pozbawiony głosu i owego aktual- nego działania Boga, czuję się trochę zagubiony i niepewny: czy to ma sens? Dlatego właśnie, dla zachowania jak najbliższego związku z rzeczywiście wypowiedzianym kazaniem, starałem się nie zmieniać kolokwialnego charakteru tych zapisów, nawet za cenę pewnej ich chropowatości i braku literackiej formy. Ufam też, że Duch nie opuścił zupełnie tych słów, kiedy zostały przelane na papier. 5 OD AUTORA Mamy więc w tej książce do czynienia ze swego rodzaju no- tatnikiem kaznodziei, zapisem słów przemyślanych wprawdzie i przygotowanych, lecz wypowiadanych na gorąco. Nie jest to rów- nież pełen zbiór homilii na wszystkie niedziele i uroczystości roku liturgicznego. Dlatego kazania do niektórych niedziel pojawiają się w kilku wersjach, innych zaś po prostu brakuje. Nie uzupełniałem tych braków, bo oprócz wszystkiego jest dla mnie ta książka za- pisem konkretnego doświadczenia, tego, co miało miejsce, co na- prawdę zostało wypowiedziane. Kilka z zamieszczonych tu kazań zostało wygłoszonych na innych niż „czternastka” Mszach. Mam nadzieję, że ta niespotykana forma prezentacji znajdzie zrozumie- nie w oczach czytelników. Można te homilie czytać po kolei lub na wyrywki, można do nich zaglądać jak do komentarza na daną niedzielę czy święto, albo potraktować jako proste rozważania biblijne. Przygotowując tekst do druku, zdałem sobie sprawę, że wiele wątków powtarza się i po- wraca, zwłaszcza w różnych kazaniach na tę samą okazję. Można więc również czytać je jak swoiste wariacje na jeden, zadany temat. Przed ewentualnymi krytykami owej powtarzalności chciałbym się zasłonić autorytetem mojego XIII-wiecznego współbrata, bł. Jor- dana z Saksonii. Otóż: Jako kaznodzieja, nasz mistrz [Jordan] miał zwyczaj wracać do tych samych przykładów. Gdy mu to zarzucano, odrzekł: „Jeśli ktoś nazbierał wybornych ziół i pieczołowicie je przygotował, aby mogły służyć jako przyprawy do potraw – czy ma je za każdym razem wyrzucać i od nowa się trudzić nad szukaniem innych”1. Ten pierwszy tomik Krupówek warszawskich, zawierający kazania zimowe, dedykuję oczywiście wszystkim uczestnikom służewskich 1 Jordan z Saksonii, Najdroższej Dianie …, przełożył, wstępem i przypisami opatrzył Paweł Krupa OP, W drodze, Poznań 2017, s. 187–188. 6 „czternastek”, którzy na zawsze pozostaną w mojej serdecznej pa- mięci. Ofi aruję go zaś wszystkim, którzy po niego sięgną, mając nadzieję, że nie znużą się lekturą, ale doświadczą tej radości, która towarzyszy mi zawsze, kiedy staję na ambonie – radości głoszenia słowa. PAWEŁ KRUPA OP Wstęp Krupówki zakopiańskie znane są z tego, że cały rok, w chłodzie i w upale ciągną nimi grupy ceprów. Górale nieraz się z nich pod- śmiewują, ale tak naprawdę bardzo są z tego tłumu dumni. Podobnie jest w niedzielę na Służewie, gdzie przed każdą Mszą św. wzdłuż muru, szpeconego latami przez kochaną młodzież kolejnymi war- stwami jaskrawych graffi ti, podąża tłum warszawiaków. Niby to spacerkiem, lecz żwawo podążamy, bo w kościele zaraz nie będzie gdzie usiąść czy choćby oprzeć się o ścianę. Wielu z nas to tak zwani turyści religijni, niemogący odnaleźć się we własnej parafi i, a większość zapewne nie raz spacerowała też po zakopiańskich Krupówkach. Niedzielne Msze św. o godzinie czternastej u dominikanów zo- stały swego czasu nazwane „Krupówkami” przez braci Ojca Pawła z konwentu na Służewie. Zastępując go kiedyś na „czternastce”, jeden z nich zaczął popularyzować tę żartobliwą nazwę, która zresztą nie od razu mi się spodobała. Nie żeby nie była zabawna, ale ponieważ de nominibus non est disputandum, szczególnie w tak dobrym towa- rzystwie. A poza tym, chodziłam na „czternastki” jeszcze za czasów, gdy najczęściej odprawiał je ojciec Wojciech Jezienicki. Dokładnie, odkąd jeden z duszpasterzy „Studni” powiedział na mojej ulubionej wówczas „dwudziestce” akademickiej, że osoby, które już dawno studia ukończyły, będą mile widziane u tej studni, przy której Samarytanka spotkała Pana Jezusa w najgorętszej porze dnia, czyli wczesnym po- południem. Nikt ich nie wygania, tutaj oczywiście też mogą bywać, ale już naprawdę trudno oddychać, tak ciasno jest wieczorem w kościele. Oddychać trudno, gdy się używa tyle kadzidła – pomyślałam sobie – ale i tak dominikańska dyplomacja trafi ła mnie w samo serce, jako że nie tylko pierwsze studia skończyłam bardzo dawno. 9 WSTĘP No i ta Samarytanka, która swój dzban zostawiła Jezusowi, od lat była dla mnie siostrą i znakiem mojej służby w Kościele. A ten dzban – jak mawiano na warszawskiej polonistyce w czasach, gdy nasi elokwentni dominikanie wybierali się do przedszkola – jest „symbolem semantycznie produktywnym”. Nie będę go tutaj ucze- nie roztłumaczać, podzielę się jednym ze skojarzeń, najbliższym tej książeczce – dzban to umiejętności, możliwości, to, czym nabieram wody życia, gdy inni chronią się przed upałem. I upał roztłumaczany nie będzie, choć podczas „czternastek” nie tylko na dworze bywało gorąco. Jestem jedną z wielu kobiet i co zna- mienne, również mężczyzn, którzy jak tylko mogą, robią tłum właśnie na „czternastkach”. Umacnia nas radosna wiara ojców kaznodziejów, a jeśli idzie o Ojca Pawła, to również inspiruje jego wiedza i znajomość sztuki, urzeka kultura osobista, współczucie dla tych najsłabszych w wierze i miłości oraz jedyny w swoim rodzaju sposób głoszenia. Jako teksty spisane te kazania oczywiście wiele tracą, ale niech będą cenną pamiątką dla tych, którzy je słyszeli. A ci, którzy nie słyszeli, zamiast żałować, że Ojca Pawła nie ma już na Służewie, niech sobie poczytają te krótkie, żywe i oryginalne komentarze do niedzielnych czytań. Czasami warto wrócić do jakiejś myśli, pójść za nią dalej i wtedy dobrze jest mieć tekst pod ręką. Dlatego za- proponowałam Ojcu Pawłowi, że je spiszę i w ten sposób „zostawię u niego swój dzban”, bo jest on dla mnie człowiekiem Jezusa i mimo słusznej postury, wcale Go sobą nie przesłania. Ja natomiast chciałabym pozostać nieznana z imienia, jak ta nie- wiasta, która jest symbolem każdej osoby poszukującej żywej wody wiary. I także jako jedna z wielu – matek i sióstr, ojców i braci, którzy z wdzięcznością i nadzieją przynoszą do Jezusa i do Kościoła swój trud poprzedniego tygodnia i zamiary następnego, aby je uświęcił w niedzielnym misterium Eucharystii. SAMARYTANKA OKRES ADWENTU I BOŻEGO NARODZENIA I NIEDZIELA ADWENTU ROK A ( Iz 2,1–5; Ps 122,1–2.4–9; Rz 13,11–14; Mt 24,37–44) Piosenka o końcu świata (2013) Bardzo często, kiedy myślę o końcu świata, to oprócz ewangelicznej zapowiedzi tego wydarzenia, którą zostawił nam Chrystus, przypo- mina mi się ten wiersz Miłosza: W dzień końca świata Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji, Rybak naprawia błyszczącą sieć. Skaczą w morzu wesołe delfi ny, Młode wróble czepiają się rynny I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć. W dzień końca świata Kobiety idą polem pod parasolkami, Pijak zasypia na brzegu trawnika, Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa, Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa I noc gwiaździstą odmyka. A którzy czekali błyskawic i gromów, Są zawiedzeni. 13 OKRES ADWENTU I BOŻEGO NARODZENIA A którzy czekali znaków i archanielskich trąb, Nie wierzą, że staje się już. Dopóki słońce i księżyc są w górze, Dopóki trzmiel nawiedza różę, Dopóki dzieci różowe się rodzą, Nikt nie wierzy, że staje się już. Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem, Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie, Powiada przewiązując pomidory: Innego końca świata nie będzie, Innego końca świata nie będzie. Czy Miłosz – człowiek, który z Panem Bogiem relację miał niełatwą i czasem szedł do Niego krętymi drogami – próbuje w tym wierszu zakpić sobie z tej naszej wizji końca świata, która oczekuje znaków na niebie i ziemi, a potem anielskich trąb? Czy też jest to po prostu rodzaj inteligentnego żartu? Czy on nam tutaj przeciwstawia jakiś taki pogodny humanizm – nam, którzy oczekujemy rzeczy strasznych, budzących grozę? Kluczem do od- powiedzi jest dla mnie rok, w którym ten wiersz został napisany. Piosenka o końcu świata pochodzi z tomiku Ocalenie, który ukazał się w 1945 roku, nazajutrz po wojnie. A więc już były znaki, które budziły przerażenie, była hekatomba i w pewnym sensie świat się skończył – w pewnym sensie przeżyliśmy już koniec świata. Miłosz pisze o zwyczajnych rzeczach, o słońcu i księżycu, o zapylaniu kwiatów, o spacerze kwiecistą łąką, o rodzeniu dzieci. I wydaje mi się, że on w tym wierszu wskazuje – nie wiem, na ile świadomie – na coś, co dla nas chrześcijan, słuchających Ewangelii o końcu świata, jest bardzo ważne. A mianowicie, że po pierwsze istotą końca świata jest miłość. Koniec świata to nie kataklizm, nie dramat, nie „płacz i zgrzytanie 14 I NIEDZIELA ADWENTU zębów” ( Mt 13,42 i 22,13)2, nie trzęsienie ziemi, nie wybuch super- nowej czy nie wiem czego jeszcze. Koniec świata, ten, którego my oczekujemy, to Jezus Chrystus, a więc – Miłość. Nawet nie Ten, któ- ry daje miłość czy który stwarza miłość, ale który Miłością jest. To On jest końcem świata, którego oczekujemy. I druga rzecz – koniec świata zaczyna się dzisiaj. Jeżeli chcemy dobrze się przygotować na ten zapowiadany koniec świata, to warto odkryć, że on się już dzisiaj zaczyna. A to przygotowanie nie polega na budowaniu bunkra – nie tylko atomowego, także tego wokół siebie – ani na wykupywaniu soli, kaszy i Bóg wie czego jeszcze. Polega na odnalezieniu Miłości – dziś, tu i teraz. Zauważcie, że kiedy prorok Izajasz mówi o tym, co się stanie „na końcu czasów” ( Iz 2,1), to używa takiego obrazu: „swoje miecze przekują na lemiesze, a włócznie na sierpy” ( Iz 2,4). Nam się czasami wydaje, że istotą rozbrojenia i pokoju, na który czekamy, jest to, że nie ma wojny, że wszyscy leżymy do góry brzuchem i mamy się dobrze, bo nic już nie musimy robić. Ale wizja proroka jest zupełnie inna, bo skoro miecz zostanie przekuty na lemiesz, czyli na pług, to znaczy, że nie poleniuchujemy sobie zadowoleni, że nic nam już nie grozi. Nawet w nowym niebie i na nowej Ziemi tak nie będzie, a tym bardziej teraz, kiedy mamy uprawiać ziemię, w każdym znaczeniu, a już na pewno twardą i suchą glebę naszych serc. Ten pług, który orze ziemię, żeby mogła przyjąć ziarno, to jest trud, który podejmujemy, w którym uczestniczymy, aby przygotować warunki do zakorzenienia się i wzrastania w nas dobra. Królestwo Boże to nie jest dolce far niente, słodkie nieróbstwo – to jest króle- stwo sprawiedliwości, pokoju i miłości. To jest Chrystus, który nas zaprasza, żebyśmy uczestniczyli w przeoraniu ziemi, aby wydała plon sprawiedliwości, pokoju i miłości – i żebyśmy przerobili, przeorali to, co w nas jest złem, agresją, zagładą. A wówczas nowe dobro 2 Wszystkie cytaty biblijne za: Biblia Tysiąclecia Online, Pallottinum, Poznań 2003. 15 OKRES ADWENTU I BOŻEGO NARODZENIA wzejdzie na tym samym miejscu, na każdym takim przeoranym polu. I to się dzisiaj zaczyna, już teraz mamy wziąć w tym udział. Włócznia przekuta na sierp, żebyśmy mogli nim te plony zebrać, to jest bardzo ciekawy obraz – nie wizja sielanki, tylko ogromnie dynamiczne, inspirujące wezwanie. A zatem, istotą dnia Pańskie- go i końca świata jest uczestniczenie w dobru, jest trud pracy nad miłością, miłość czynna i konsekwentna. Taka miłość, która może wydawać się naiwna, a nawet szalona. I to się zaczyna już dzisiaj. My, którzy próbujemy tak żyć, możemy wyglądać jak Noe – wspomina go Pan Jezus w czytanej dziś Ewangelii – który zaczął budować statek na suchej ziemi. Po co? Wszyscy, którzy to widzieli, najpewniej stukali się w głowę. I nam też ktoś może powiedzieć: „Czym ty się zajmujesz? Dobro? Próbujesz coś dobrego zrobić? Człowieku, używaj życia! Krótkie jest. Bij się o swoje i tak bardzo się drugim człowiekiem nie przejmuj! Nie zachowuj się jak wariat, jak jakiś święty! No, przecież święty to ty nie jesteś…”. A tymczasem my jesteśmy święci! Tak, my, chrześcijanie, jesteśmy święci, bo chrzest włączył nas w świętość samego Boga i dlatego chcemy żyć jak święci. I dlatego już tutaj, już teraz żyjemy tak, że budzi to zdziwienie. A w każdym razie pragniemy tak żyć – prag- niemy budować arkę na suchej ziemi, bo wiemy, że potop przyjdzie. Ale wiemy też, że przyjdzie Pan. Zauważcie, co mówi dziś Pan Jezus: „Wtedy dwóch będzie w polu: jeden będzie wzięty, drugi zostawiony. Dwie będą mleć na żarnach: jedna będzie wzięta, druga zostawiona” ( Mt 24,41–42). Jednak tu, w tym zasługiwaniu na wzięcie do nieba, nie chodzi o jakiś aktywizm ani o tak zwane dobre uczynki, które będziemy robili tylko ze strachu przed sądem Bożym, żeby zrównoważyć złe. Przede wszystkim chodzi o to, żeby te dobre rzeczy, które robimy, były nasiąknięte, przesączone wiarą, żeby one były pełne wiary. My czynimy dobro, ponieważ wierzymy w Chrystusa, który przyjdzie. Robimy to wszystko, bo chcemy Go spotkać. Święty Augustyn w jednym ze swoich dzieł mówi, że nawet najdoskonalsza cnota, jeśli 16 I NIEDZIELA ADWENTU nie ma wiary, jest niczym. Nie jest łatwo przyjąć te słowa. Jesteśmy przyzwyczajeni do takiego myślenia, że jak ktoś jest dobry, to już wszystko w porządku, że porządny człowiek na pewno będzie zba- wiony. Tymczasem zbawienie to nie jest kwestia naszej porządności. Oczywiście, przez dobre czyny przygotowujemy się do zbawienia, stajemy się zdolni do przyjęcia go i w tym sensie zasługujemy na niebo – to znaczy na spotkanie z Chrystusem, ale jeżeli nie będziemy w Niego wierzyć, no to Go nie spotkamy. Wyobraziłem sobie dwie takie sytuacje, krańcowo różne, i w tym, co powiem, będzie pewna przesada. Z jednej strony jest człowiek, któremu niczego nie można zarzucić, po prostu ideał: świetnie pracuje, uczciwy, dobry. Jednak w Pana Boga nie wierzy, idea Pana Boga jest mu niemiła i absolutnie ją odrzuca. A jednak potem idzie do nieba i Pan Bóg na jego widok mówi: „Jesteś wspaniałym człowiekiem. Witaj w raju!”. Na co ten odpowiada: „Bardzo przepraszam, ja Pana nie znam. Do widzenia!”. Myślicie, że to jest niemożliwe? Bardzo chciałbym wierzyć, że to jest niemożliwe, ale przecież wielokrotnie tak właśnie się zachowujemy. Bóg przychodzi, a my mówimy: „Ja Pana nie znam”. A teraz drugi człowiek – biedny grzesznik, powiedzmy alkoholik czy inny nałogowy grzesznik: nawraca się i znów grzeszy, powstaje i upada, i tak w kółko, przez całe życie. W końcu umiera, a Pan Bóg patrzy na niego i mówi: „Oj, ciężko tam było, w tym twoim życiu…”. A ten na to: „Och, Panie Boże, nareszcie! Nareszcie jesteś i teraz już wszystko będzie dobrze”. No właśnie, ten drugi, ten grzesznik przygotował się na spotkanie – swoją wiarą. Jego uczynki bardzo w tym spotkaniu przeszkadzały, ale mimo to on wiarę zachowywał. Dlatego jest gotów na spotkanie z Bogiem, bo on go pragnie, bo jest przygotowany na przyjęcie miłosierdzia. A zatem skąd te opisy pełne grozy, nawet w czytanym dzisiaj dwudziestym czwartym rozdziale Ewangelii Mateusza? Chociaż fragmenty o wiele ostrzej opisujące dzień Pański są wcześniej, to dzisiejsza perykopa – zaczynamy właśnie rok A w liturgii – zawiera ostrzeżenie oraz wezwanie do czuwania i modlitwy: 17 OKRES ADWENTU I BOŻEGO NARODZENIA Czuwajcie więc, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie. A to rozumiejcie: Gdyby gospodarz wiedział, o której porze nocy złodziej ma przyjść, na pewno by czuwał i nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Dlatego i wy bądźcie gotowi, bo w chwili, której się nie domy- ślacie, Syn Człowieczy przyjdzie ( Mt 24,43–45). Czasami mamy takie apokaliptyczne opisy, bo kiedy dobro przychodzi, to zło musi ustąpić mu miejsca. Ale oczywiście ono ustępować nie chce, więc będzie się burzyć, będzie straszyć swoim wrzaskiem i przemocą, żeby nas w jakiś sposób otumanić. Więc mogą być i kataklizmy, gdy wszystko będzie wyglądało przerażająco. Ale my będziemy gotowi, będziemy wiedzieli, co jest istotą tego wszystkiego – że to jest Miłość – i dlatego podniesiemy głowę i nabierzemy ducha. Zakończę innym obrazem biblijnym, tym razem jest to Stary Testament, dziewiętnasty rozdział Pierwszej Księgi Królewskiej. Eliasz oczekuje objawienia się Pana, który obiecał mu, że przejdzie koło niego i prorok będzie mógł spotkać Go bardzo, bardzo blisko: A oto Pan przechodził. Gwałtowna wichura rozwalająca góry i druz- gocąca skały [szła] przed Panem; ale Pan nie był w wichurze. A po wichurze – trzęsienie ziemi: Pan nie był w trzęsieniu ziemi. Po trzęsieniu ziemi powstał ogień: Pan nie był w ogniu. A po tym ogniu – szmer łagodnego powiewu. Kiedy tylko Eliasz go usłyszał, zasłoniwszy twarz płaszczem, wyszedł i stanął przy wejściu do groty ( 1 Krl 19,11b–13a). Kiedy słychać szmer łagodnego powiewu, Eliasz natychmiast wybiega z groty, bo wie, że to idzie Pan. Dzisiaj jesteśmy we- zwani do tego, żeby naszym dobrem – naszą miłością, naszym przebaczeniem i naszą wiarą – przygotować się na ten moment, gdy nadejdzie łagodny powiew. Być może nadejdzie on dopiero po jakimś strasznym kataklizmie, ale ważne jest, żebyśmy go wy- czuli, żeby nasza twarz była gotowa na przyjęcie tego łagodnego 18 I NIEDZIELA ADWENTU powiewu, w którym przyjdzie Pan. I wtedy już naprawdę, już na zawsze wszystko będzie dobrze. Amen. ROK B ( Iz 63,16b–17.19b; 64,3–7; Ps 80,2–3.15–16.18–19; 1 Kor 1,3–9; Mk 13,33–37) Kula, zło i końce świata (2011) Zacznijmy od cytatu z ojca Kościoła, z Katechez Cyryla Jerozolim- skiego: Głosimy przyjście Chrystusa, nie tylko pierwsze, ale i drugie, o wiele wspanialsze od pierwszego. Pierwsze zwiastowało cierpienie, drugie zaś przyniesie królewski diadem Bożego panowania. Albowiem to, co doty- czy naszego Pana Jezusa Chrystusa, jest zarazem boskie i ludzkie. I tak, dwojakie jest Jego narodzenie, jedno z Boga przed początkiem czasów, drugie z Dziewicy, gdy dopełniły się czasy. Dwojakie też i przyjście, pierwsze ukryte jak rosy na runo, drugie jawne – to, które nastąpi. Za pierwszym przyjściem został owinięty w pieluszki i złożony w żłobie, za drugim oblecze się światłem jak szatą. Przyszedł i przecierpiał krzyż, nie bacząc na jego hańbę. Ale przyjdzie raz jeszcze pełen chwały, otoczony zastępami aniołów. Oto, na co czekamy. Oto, co znaczy dla nas Adwent, co znaczy ten okres, który dzisiaj się rozpoczyna. My już wiemy, bo od dłuż- szego czasu słyszymy o tym w Kościele, że Adwent to nie jest taki mały Wielki Post – czas pokuty, czas umartwienia i żałowania za grzechy. Znacznie częściej mówi się teraz, że to jest czas radosne- go oczekiwania na przyjście Pana. Ale uwaga, kiedy tak właśnie mówimy o Adwencie, pojawia się też pewne niebezpieczeństwo! Możemy źle rozumieć, że jest to czas radosnego oczekiwania na przyjście świąt Bożego Narodzenia. I stąd jest już tylko krok do 19 OKRES ADWENTU I BOŻEGO NARODZENIA radosnego oczekiwania nie na przyjście Pana, a tylko na Wigilię z jej przysmakami i zapachami, na prezenty, na bliżej nieokreśloną Gwiazdkę. Wydaje mi się, że dzisiaj nie tylko w supermarketach Adwent zaczyna się kilka tygodni przed normalnym Adwentem. A tak naprawdę to już nawet nie jest Adwent, tylko świętowanie Bożego Narodzenia, bo już są gwiazdki, biegają mikołaje, elfy i nie wiadomo co jeszcze. Dlatego my, gromadząc się na modlitwę, musimy przypominać sobie to, o czym przed chwilą czytaliśmy w katechezie Cyryla Je- rozolimskiego, że wciąż czekamy na drugie przyjście Pana. Tak, cieszymy się z Jego pierwszego przyjścia, w którym On przez swoje życie, śmierć i zmartwychwstanie nas zbawił. Celebrujemy to w li- turgii, obchodzimy i wspominamy, ale też oczekujemy Jego drugiego przyjścia, w chwale. To jest treść Adwentu. Oczywiście w miarę zbliżania się Bożego Narodzenia ta nuta przygotowywania się do celebracji narodzenia Chrystusa będzie coraz mocniejsza, ale nie można zapominać, że my przecież nie tylko wspominamy przyjście Pana, ale też czekamy na Jego ponowne przyjście. A więc czekamy na koniec świata. Warto powiedzieć to sobie wyraźnie – tak, na koniec świata. To prawda, że to oczekiwanie – patrząc z naszej perspektywy – trwa już bardzo długo i że ono słabnie. Co więcej, przyczepiają się do niego różne rzeczy, które do niego nie należą, jakieś obawy i lęki, poczucie zagrożenia. Bo kiedy Pan przyjdzie, to Jego obecność zniesie zło i grzech – nastąpi sąd. Jeżeli więc czujemy, że w nas tego zła i grzechu jest dużo, to obawiamy się Jego przyjścia. Ale właś- nie po to przypominamy sobie o czekaniu na Niego, żeby kiedy On przyjdzie, już w nas zła i grzechu nie było. Najlepiej w ogóle, a przynajmniej żeby było go na tyle niedużo, że jak ono zniknie, to coś z nas jeszcze zostanie. Ja to sobie wyobrażam tak, weźmy takie fi zyczne porównanie: jestem pewną całością, na przykład żelazną kulą, i gdy pojawia się we mnie zło, to ono stopniowo niszczy tę całość, jak rdza żrąca 20 I NIEDZIELA ADWENTU żelazo. Jeżeli dopuszczę do tego, że ta rdza zeżre bardzo dużo, albo nie daj Boże całość, to gdy Pan się pojawi i całą tę rdzę wyrzuci, może nic już ze mnie nie zostać. Chodzi jednak o to, żeby coś zostało. A raczej żeby zostało jak najwięcej, gdy już nastąpi ten koniec, którego oczekujemy, a zło zostanie ostatecznie zwyciężone i usunięte. Nie wiem, jakie natchnienie mają autorzy niektórych serwisów in- formacyjnych w internecie, którzy, kiedy przychodzi Adwent, natych- miast serwują nam przepowiednie o końcu świata, jedną straszniejszą od drugiej. Przecież my nie oczekujemy trzeciej wojny światowej! Może ona będzie – tego nie wiem – ale my oczekujemy paruzji, oczekujemy przyjścia Chrystusa w chwale. To jest treść naszego oczekiwania – nie zagłada, tylko życie w chwale Boga. My oczeku- jemy końca świata, ale dla nas to jest Dobra Nowina, bo oczekujemy defi nitywnego usunięcia wszelkiego zła. Jak się na to przygotować? Jak się wyćwiczyć w radosnym oczekiwaniu końca świata? Zastanawiałem się nad tym i pomy- ślałem sobie, że jednym ze sposobów jest świadome przeżywanie różnych „końców świata”, które nam się w życiu zdarzają. Na przykład, jak człowiek pierwszy raz się zakochuje, w pewnym sensie jest to dla niego koniec świata, bo jeszcze do tej pory nie był zakochany, więc on takiego świata, w którym istnieje ta druga osoba przyprawiająca go o zawrót głowy, jeszcze nie znał – to jest inny, nowy świat. Wtedy też może pojawić się pokusa, żeby zostać w dziecinnym pokoju: „Ja nie chcę, ja się boję!”. A tu nagle trzeba porzucić ten swój mały, prywatny i bezpieczny świat, który się kończy. Wiedzą o tym doskonale każdy mężczyzna i każda kobieta, którzy wstępują w związek małżeński. Myślę, że wiele problemów, które się potem pojawiają, bierze się stąd, że oni nie- raz próbują żyć tak, jak dawniej, zanim się pobrali. Ale dla nich tamten świat już się skończył, nie ma już świata, w którym on był kawalerem, a ona panną. Nie ma go, ślub to koniec tamtego świata, ale to, co na nich czeka w ich nowym świecie, jest bardzo 21 OKRES ADWENTU I BOŻEGO NARODZENIA piękne – może trudne, ale i bardzo dobre. Albo jak się dziecko rodzi, to jest koniec świata, w którym tego dziecka nie było – koniec świata, w którym byli tylko we dwoje. Takich końców świata może być bardzo dużo. Wyjście z grzechu też może być dla nas swego rodzaju końcem świata. Jeżeli ktoś przez długi czas żył w jakimś grzechu, na przy- kład w uzależnieniu, i nagle z niego wychodzi – idzie do spowiedzi, nawraca się – to też jest jakby koniec świata. Dlatego że nie jest nam łatwo porzucić ten stary świat, ten okropny świat grzechu. On ma dla nas pewien urok, choćby taki, że jest nam dobrze znany. A ten nowy świat? Ja go nie znam, więc muszę zrobić kolejny krok i uwierzyć, że świat przychodzący na miejsce starego jest dobry – ten ofi arowany mi na przykład przez nawrócenie, przez jakieś spotkanie czy miłość, albo przez czyjeś narodziny. I co więcej, że to nie jest Nowy wspaniały świat Huxleya czy jakaś inna koszmarna utopia, budowana przez ideologie, obsesje i lęki. Ani że nie jest to mój prywatny świat, budowany przez chorą ambicję, tylko że to jest świat budowany przez miłość Boga w moim życiu. Tak samo wstąpienie do zakonu, to dopiero jest koniec świata! Gdy wstąpiłem do nowicjatu, byłem bardzo gruby i mój ówczesny ojciec magister postanowił, że mnie odchudzi. Udało mu się to, nawet na dłuższy czas, choć później się to zmieniło. Pamiętam ten moment, gdy nagle okazało się, że spadają ze mnie spodnie. Wyobraźcie sobie, że zamiast się ucieszyć, że już nie muszę tych kilogramów nosić, to ja się przestraszyłem. „Jak ja będę teraz żył?” – pomyślałem. Ja, który już sobie w pewien sposób ograłem bycie sympatycznym grubasem, poczułem się zagrożony: „Jak już nie będę grubaskiem, to nie będę sympatyczny! I co ze mną teraz będzie?”. To jest niewiarygodne, co w człowieku siedzi… Popatrzcie więc na ważne zmiany w waszym życiu jak na ko- lejne końce świata! Uczcie się bez żalu porzucać swój dawny świat i z radością przyjmować nowy! W nim naprawdę jest obietnica życia i miłości, w nim naprawdę bardzo często pojawia się wielkie 22 I NIEDZIELA ADWENTU dobro, jeżeli tylko mamy odwagę je przyjąć. Wyobrażam sobie, że tego dnia, kiedy okaże się, iż nie mogę wstać z łóżka, bo jestem chory, stary – to też będzie jakiś koniec świata. Ale jeśli się przy- zwyczaję, jeśli się nauczę, że świat się kończy, to mam nadzieję, że powiem sobie: „Żegnaj, świecie, w którym byłem młody, zdro- wy i mogłem chodzić! Witaj, świecie, w którym jestem chory, ale w którym Chrystus wciąż ze mną jest!”. To jest świat, który mnie przygotowuje do ostatecznego końca świata, tego, w którym przyjdzie Chrystus. Chciałbym, żeby każdy z nas pomodlił się tą piękną modlitwą, którą słyszeliśmy w pierwszym czytaniu, z Księgi Izajasza: „Obyś rozdarł niebiosa i zstąpił!”… Bo my Cię potrzebujemy, bo my po- trzebujemy, żeby stary świat zniknął. Zwłaszcza ten stary świat, w którym jest zło, grzech, wojna i rozpacz. Zstąp, Panie! Będziemy cierpliwie uczyć się tych naszych małych końców świata, ale prosimy Cię: Niech przyjdzie w końcu ten dzień, w którym to się naprawdę skończy! Dzień, w którym Ty przyjdziesz i będziemy już zawsze z Tobą, niech przyjdzie! Marana tha! Moi kochani, my nie czekamy na małego Pana Jezusa, który urodzi się w żłóbku. To już było. Nie czekamy na Bozię, bo nie ma żadnej Bozi. Kiedyś powiedziałem na kazaniu, że nie ma Bozi, i pewna mała dziewczynka tak się tym przejęła, że kiedy następ- nego dnia poszła do przedszkola i siostra zakonna powiedziała: „Pomódlmy się do Bozi!”, to ona poważnie oświadczyła: „Nie ma Bozi, proszę siostry! Jest Pan Bóg. Ojciec Paweł tak powiedział na kazaniu”. Więc nie na Bozię czekamy, czekamy na Boga. Czekamy na Tego, który skończy nasz świat. Taka jest treść Adwentu i muszę wam powiedzieć, że jest to być może najbardziej chrześcijański okres liturgiczny. To jest okres zmęczenia i pragnienia, zmęczenia sobą i tym starym światem, a pragnienia nowego. Przeżyjmy więc go do końca, pozwólmy sobie zapragnąć tego nowego! Pozwólmy sobie zapragnąć Boga! Jeszcze raz pozwólmy sobie pomarzyć o tym, jak opuszczamy ten 23 OKRES ADWENTU I BOŻEGO NARODZENIA stary świat i że kiedyś on się naprawdę i defi nitywnie skończy. A przyjdzie taki dzień, tego możemy być pewni, że to marzenie się spełni. Oby jak najszybciej! Amen. Bóg jest blisko (2014) Czytamy dziś w Księdze proroka Izajasza: „Bo skryłeś Twoje obli- cze przed nami i oddałeś nas w moc naszej winy. A jednak, Panie, Tyś naszym Ojcem. Myśmy gliną, a Ty naszym twórcą. Dziełem rąk Twoich jesteśmy my wszyscy” ( Iz 64,6b–7). I dalej to wielkie wezwanie: „Obyś rozdarł niebiosa i zstąpił, przed Tobą skłębiły się góry” ( Iz 63,19b). Taka jest świadomość ludu wybranego już w Starym Testamencie, że ich Bóg jest Bogiem bliskim, chociaż nie można Go dotknąć, chociaż na górze, gdzie się objawił, była wielka burza, groźne pio- runy. Chociaż On jest taki wielki, taki wspaniały i groźny, to jednak wychodzi, wyciąga rękę, objawia się. A kiedy oni nie widzą, że ręka Boga jest w ich kierunku wyciągnięta, to wtedy czują się samotni, opuszczeni, pozostawieni samym sobie w swojej słabości, w swoim grzechu. Stąd to namiętne wołanie: „Obyś rozerwał niebiosa i zstą- pił, bo skryłeś przed nami swoje oblicze! Chcemy Twojej pomocy!”. I Bóg odpowiedział, to wołanie nie pozostało bez echa. Musimy sobie uświadomić, moi kochani, że Bóg spełnił to ludzkie pragnie- nie, żeby Ten, który człowieka stworzył, zawsze był przy nim, na wyciągnięcie ręki. Bóg na tę ludzką modlitwę odpowiedział i to się stało w Jezusie Chrystusie. „W Nim to bowiem – pisze św. Paweł – zostaliście wzbogaceni we wszystko: we wszelkie słowo i wszelkie poznanie, bo świadectwo Chrystusowe utrwaliło się w was, tak iż nie brakuje wam żadnego daru łaski, gdy oczekujecie objawienia się Pana naszego Jezusa Chrystusa” (zob. 1 Kor 1,5–7). Na wołanie człowieka, który wprawdzie Boga rozpoznawał jako swego Ojca, ale czuł, że ten Bóg jest wielki i niedostępny, a my tacy 24 I NIEDZIELA ADWENTU biedni i grzeszni – Bóg odpowiedział w Jezusie Chrystusie. Dlatego, moi kochani, my nie możemy żyć tak, jakby Chrystus nie przyszedł w ciele, jakby nie odkupił tego świata na krzyżu. My nie możemy żyć w taki sposób, jakby Chrystus nie zapraszał nas wszystkich do zbawienia. A czasem – takie mam wrażenie – nie korzystamy z tych łask, które Bóg w Chrystusie nam daje. Nadal próbujemy borykać się z naszym życiem samotnie i jeszcze narzekamy, skarżymy się: „Panie Boże, dlaczego jesteś tak daleko?!”. Na przykład ktoś przestaje chodzić do spowiedzi, bo sobie po- wiedział: „Ja wyznaję wciąż te same grzechy i znów je popełniam, to nie ma sensu”. Otóż, po pierwsze, zaręczam wam, że Pan Bóg nie słucha naszej spowiedzi tak, jak my czytamy gazetę: „Co tam nowe- go dzisiaj? Eee, to samo… Nuda!”. Pan Bóg nie ziewa, kiedy słucha naszych spowiedzi, nie zasypia – ksiądz może zasnąć w konfesjonale, czasem i tak się zdarza, ale Pan Bóg nie zasypia. Chociaż On wie, z czym my przyjdziemy, ale i tak słucha nas uważnie i cieszy się, gdy człowiek mówi: „Ojcze, zgrzeszyłem – a teraz chcę żyć od nowa”. I co z tego, że mówisz dziesiątki razy to samo? Najważniejsze jest to, że przychodzisz i że chcesz nie tylko oczyścić swoje sumienie, ale także wyznać Bogu, że – pomimo twojej słabości, która może się powtarza i cię przygniata – jesteś z Nim, bo wierzysz, że On jest z tobą, że to od Niego otrzymujesz łaskę do dobrego życia. A łaska Jezusa Chrystusa to nie jest jakaś aureolka, to nie jest różowa chmurka – łaska to jest Jego obecność, to jest twórczość, to jest siła i natchnienie do nowego, dobrego życia. Już w samym akcie uklęknięcia przed konfesjonałem i w akcie wyznania jest twoje zwycięstwo, bo już wtedy Bóg jest blisko ciebie. Więc ciesz się tym! A my najpierw odrzucamy łaski Chrystusowe, jakbyśmy wciąż żyli w czasach Starego Testamentu, a potem wzdychamy: „Panie, Panie, jesteś taki daleki!”. Tak samo jest z Eucharystią. Tak samo jest z modlitwą. My nie otwieramy przed Bogiem naszego serca, nie mówimy: „Panie, wejdź!”. A Chrystus do nas mówi: „Ja stoję u drzwi i kołaczę, jeśli 25 OKRES ADWENTU I BOŻEGO NARODZENIA ktoś otworzy, to wejdę” (zob. Ap 3,20). Czy nasze modlitwy to jest otwieranie serca? Są takie szybkie, takie w biegu, jeśli w ogóle są… Dlaczego nie korzystamy z tej szansy? W Chrystusie Bóg jest bliski. Jeżeli na modlitwie przystępuję w Chrystusie do Boga, to wówczas jestem jak Jego syn – nie petentem, ostatnim w kolejce, tylko usynowionym, adoptowanym dzieckiem Bożym. Wówczas mam wszelkie prawa, takie same co Chrystus, który mi je wysłużył. Chrystus naprawdę przyszedł, Bóg naprawdę odpowiedział na nasze ludzkie wołanie. Więc nie zachowujmy się tak, jakby to wszystko było tylko fi kcją, jakimś pięknym opowiadaniem, ale w ży- ciu to już sami musimy sobie radzić. Ile razy, wracając do domu po porannej kłótni w rodzinie, zdarzyło nam się zatrzymać przed drzwiami i powiedzieć: „Duchu Święty, proszę Cię, pomóż nam! Bądź z nami! Daj mi jakiś dobry pomysł! Ofi arowuję Ci ten mój powrót”? I dopiero wtedy wyjąć klucz i otworzyć drzwi. My raczej pójdziemy sobie przedtem na kielicha, na piwko. No, bo jak tu się spotkać z żoną, z którą się pokłóciłem rano? No to, tak dla kurażu, malutkiego… Ale do Ducha Świętego, to już nie! Więc wydaje mi się, że wielkim wezwaniem tej pierwszej niedzieli Adwentu jest, abyśmy zauważyli – oczekując na powtórne przyjście naszego Pana – że On już raz przyszedł i że On naprawdę obdarzył nas łaską. Owo „Czuwajcie!”, które słyszymy dzisiaj w Ewangelii, to nie jest tylko zapowiedź: Czuwajcie, bo wkrótce coś się stanie! To jest napomnienie: Czuwajcie, bo już coś się dzieje! Czuwajcie, bo w waszym życiu dokonują się, naprawdę mogą się dokonywać cuda! Czuwajcie, bo Pan przychodzi, tu i teraz! My bardzo często odczytujemy tę prawdę wyłącznie eschatologicznie, w takim zna- czeniu przyszłościowym. Ale eschaton to jest nie tylko przyszłość, to dzieje się już tutaj i teraz. Przyjście Chrystusa na końcu czasów tutaj i teraz się zaczyna. Więc niech ten Adwent będzie dla nas próbą potraktowania na serio tego, że Bóg jest blisko, a nie gdzieś daleko. Amen. 26 I NIEDZIELA ADWENTU ROK C ( Jr 33,14–16; Ps 25,4–5.8–10.14; 1 Tes 3,12–4,2; Łk 21,25–28.34–36) Uważajcie na siebie! (2012) Panujący dziś powszechnie styl życia wymaga, aby do minimum zmniejszyć czas oczekiwania na cokolwiek – na połączenie interne- towe, na telefon, na taksówkę czy samolot, na przyjście znajomych. Czekanie jest czasem pustym, nie wiemy, co mamy z nim zrobić. Nerwowo szukamy – może papieros, może zadzwonię do kogoś… Nie umiemy się zatrzymać, coraz trudniej nam czekać. Czekać to znaleźć się w sytuacji niewygodnej, eliminujemy więc czekanie z na- szego życia, tak jakby ono było czymś niedobrym, jakimś złem. Ale to nie jest jedyna trudność, zwłaszcza gdy myślimy o naszym czekaniu adwentowym. Nawet gdy zrozumiemy już, że czekanie jest ważne, że to nie jest pusty czas, tylko że to jest czas właśnie na to, żebym mógł pielęgnować swoje pragnienie Boga – najpierw je dostrzec, a potem pozwolić mu sobą zawładnąć – to i tak ciągle nam coś w tym czekaniu przeszkadza. Po pierwsze, cała ta świąteczna popkultura wokół, która próbuje nam wmówić, że czekamy na jakieś bliżej nieokreślone wielkie wy- darzenie: na Gwiazdkę, na święta, na Wigilię, czekamy na żłóbek, na małego Pana Jezuska – to ci bardziej uświadomieni. Przez to zapominamy, że my czekamy na przyjście Chrystusa jako Pana. Przecież zawsze wyznajemy na Mszy Świętej: „…i oczekujemy Twe- go przyjścia w chwale”. Ta aklamacja mówi, że jesteśmy wspólnotą ludzi, którzy naprawdę czekają na przyjście Pana. Ale nawet jak przebijemy się przez oświetlony Nowy Świat – ja się bardzo cieszę, że Nowy Świat jest oświetlony – i przez oświetlony Zamek Królewski, i już-już dochodzimy do tego, że czekamy na Chrystusa, to w tym momencie wyskakuje na nas z różnych witryn internetowych, ze stron gazet i magazynów jedno wielkie przeraże- 27 OKRES ADWENTU I BOŻEGO NARODZENIA nie. Jak przyjdzie koniec świata, to będzie katastrofa – przebiegunują się bieguny Ziemi i wszystko zwariuje, albo uderzy w nas ogromny meteoryt… I znowu coś nam przeszkadza, ktoś zmienia nam te- mat tego oczekiwania. Katastrofy wciąż się zdarzają i zawsze nas zaskakują huragany, tsunami i trzęsienia ziemi. Jednak Apokalipsa biblijna, która też je zapowiada przed końcem świata, mówi, że my nie na katastrofę i nie na zagładę czekamy. Czekamy na przyjście naszego Pana w chwale i na Jego ostateczne królowanie. Dla nas jako chrześcijan nie ma końca bez początku – coś się kończy po to, żeby coś się zaczęło. Przypatrzcie się swojemu życiu! Przecież my wszyscy w jakimś momencie się skończymy, ale wie- rzymy, że ten nasz koniec tutaj, na tym świecie, jest początkiem nowego życia, innego życia. A dokładniej, innego sposobu życia, innego bytowania, bo przecież to będzie kontynuacja – Pan tego życia jest wszędzie, On jest i po tej, i po tamtej stronie śmierci. Koniec tego świata to będzie też koniec niesprawiedliwości, trudu, chorób, zmęczenia, a także naszego oczekiwania, które choć tak ważne, jest przecież męczące. To wszystko się skończy po to, żeby zaczęło się królowanie prawdy i miłości. Posłuchajmy więc dzisiejszych czytań, pozwólmy im się popro- wadzić – najpierw Księdze proroka Jeremiasza: „Oto nadchodzą dni, kiedy wypełnię pomyślną zapowiedź. Wzbudzę Dawidowi potomka sprawiedliwego, będzie on wymierzał prawo i sprawiedliwość na ziemi” ( Jr 33,14–15). Bardzo ważne jest, abyśmy zrozumieli, że sprawiedliwość, o której mówi Pismo Święte, to nie jest wyliczona odpłata i każdy dostanie dokładnie tyle, ile mu się naszym zda- niem należy. Sprawiedliwość biblijna to jest wypełnienie dobra, a nie aptekarskie wyważanie. Wtedy dzieje się sprawiedliwość, gdy dzieje się dobro, i my to wiemy już teraz – jak i gdzie dobro ma się wypełnić w życiu każdego z nas – a tym bardziej Pan Bóg to wie. „W owych dniach Juda dostąpi zbawienia, a Jerozolima będzie mieszkała bezpiecznie. To zaś jest imię, którym ją będą nazywać: Pan naszą sprawiedliwością” ( Jr 33,16). 28
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Krupówki warszawskie. Kazania zimowe
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: