Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00844 011039 7493403 na godz. na dobę w sumie
Krystyna córka Lavransa. Część II - ebook/pdf
Krystyna córka Lavransa. Część II - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 572
Wydawca: Akcent Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7802-084-4 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> literatura piękna
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

W 1306 roku, w targanej konfliktami wewnętrznymi Norwegii, Lavrans z żoną Ragnfridą i córeczką Krystyną osiedlają się na gruncie Jørund w pięknej górskiej dolinie w Gudbrandsdalen. Od tej chwili śledzimy ich historię toczącą się w epoce rozgrywek politycznych, walki o władzę oraz dominującej roli Kościoła. Opowieść jest tak plastyczna, że razem z jej bohaterką przenosimy się w ten nieistniejący już świat, w którym liczyły się prawda, honor, męstwo i głęboka, szczera religijność. Z kart powieści przenika szmer strumieni, stukot kopyt, zapach morza i ciepło promieni słońca zachodzącego nad norweskimi fiordami. Poznajemy realia trudnego codziennego życia na ziemskim dworze i obyczaje tamtych czasów.

Krystyna córka Lavransa to historia miłości, w której szczęście – choć osiągalne – bywa niezmiernie krótkotrwałe. To przede wszystkim historia kobiety, która wbrew tradycji epoki, nakazującej córce bez cienia sprzeciwu poddawać się woli ojca w kwestii małżeństwa, odważnie walczy o własne wybory i samodzielne kształtowanie życia. Krystyna zmienia się, dojrzewa, poddaje się namiętnościom, grzeszy i upada, ale chwilę później podnosi się i znów stawia czoła losowi – z pokorą i determinacją wypływającą z mocno ugruntowanej wiary i wrażliwego sumienia.

Znajdź podobne książki

Darmowy fragment publikacji:

Przyjrzawszy si(cid:428) baczniej dostrzegało si(cid:428) zmarszczki na jego twarzy i siwizn(cid:428) we włosach, mimo to mo(cid:455)na było jego i Mi- kołaja wzi(cid:420)(cid:421) raczej za dwóch braci ani(cid:455)eli za ojca i syna. Wci(cid:420)(cid:455) jeszcze był tak samo strzelisty i smukły jak wówczas, kiedy go Szymon po raz pierwszy zobaczył, głos jego brzmiał tak samo młodzie(cid:437)czo i d(cid:454)wi(cid:428)cznie, wci(cid:420)(cid:455) jeszcze poruszał si(cid:428) tak samo swobodnie i dostojnie, z owym nieco opieszałym wdzi(cid:428)kiem w ka(cid:455)dym ruchu. Zawsze w(cid:445)ród obcych zachowywał si(cid:428) spokoj- nie i pow(cid:445)ci(cid:420)gliwie, pozwalał raczej, aby do niego si(cid:428) zbli(cid:455)ano zamiast samemu szuka(cid:421) towarzystwa, i to zarówno w szcz(cid:428)(cid:445)ciu, jak w nieszcz(cid:428)(cid:445)ciu. Teraz zdawał si(cid:428) nawet nie odczuwa(cid:421), (cid:455)e nikt nie szuka jego towarzystwa. A cały kr(cid:420)g panów i wielkich chłopów wokoło, wszyscy, jak długa i szeroka dolina, zwi(cid:420)zani i spowinowaceni z sob(cid:420) o(cid:455)enkami i przyjacielskim współ(cid:455)yciem, oburzali si(cid:428) na tego Trondhjemczyka, którego nieszcz(cid:428)(cid:445)cie rzu- ciło mi(cid:428)dzy nich, a który mimo to pysznił si(cid:428) swym pochodze- niem i zadzierał nosa zamiast stara(cid:421) si(cid:428) o ich przychylno(cid:445)(cid:421). Przede wszystkim jednak napsuło ludziom krwi to, (cid:455)e z winy Erlenda popadli w nieszcz(cid:428)(cid:445)cie m(cid:428)(cid:455)owie z Sundbu. Guttorm i Borgar synowie Tronda zostali wygnani z Norwegii, nale(cid:455)na za(cid:445) im cz(cid:428)(cid:445)(cid:421) wielkich dóbr Gjeslingów oraz połowa dziedzicz- nych wło(cid:445)ci przypadły koronie. Ivar z Sundbu musiał drogo okupi(cid:421) pojednanie z królem Magnusem. Skoro za(cid:445) król daro- wał otrzymane w ten sposób dobra – nie za darmo, jak wie(cid:445)(cid:421) niosła – rycerzowi Sigurdowi synowi Erlenda Eldjarna, Ivar i Haavard, najmłodsi z synów Tronda, nie uwikłani zupełnie w t(cid:428) spraw(cid:428), sprzedali równie(cid:455) swe prawa do wło(cid:445)ci w Vaage panu Sigurdowi, który był krewnym ich oraz córek Lavransa: jego matka bowiem, Gudruna córka Ivara, była siostr(cid:420) Tronda Gjeslinga i Ragnfridy z Jørund. Ivar Gjesling udał si(cid:428) do Toten na dwór, który mu (cid:455)ona wniosła w posagu. W ten sposób za- bezpieczył swym dzieciom rodzinny dom tam, gdzie była oj- cowizna i dziedzictwo matki. Haavard miał prócz tego wielk(cid:420) posiadło(cid:445)(cid:421), ta jednak le(cid:455)ała w Valdres, przez swój o(cid:455)enek za(cid:445) otrzymał równie(cid:455) spore obszary w okr(cid:428)gu Borge. Ale miesz- ka(cid:437)com Vaage oraz dworów poło(cid:455)onych dalej na północ zda- wało si(cid:428) okropnym nieszcz(cid:428)(cid:445)ciem, i(cid:455) stary ród lennych panów, 204 zasiedziały i rz(cid:420)dz(cid:420)cy dolin(cid:420) Vaage odk(cid:420)d pami(cid:428)(cid:421) ludzka si(cid:428)- gała, opu(cid:445)cił Sundbu. Krótko tylko pozostawało Sundbu w r(cid:428)kach Erlenda Eld- jarna z Godaland w Agder, wiernego lennika króla Haakona. Gjeslingowie nie byli nigdy przyjaciółmi króla Sverrego i jego rodu i przył(cid:420)czyli si(cid:428) do ksi(cid:428)cia Skulego, kiedy ten ze swoj(cid:420) dru(cid:455)yn(cid:420) podniósł bunt przeciw Haakonowi. Lecz Ivar Młod- szy otrzymał z powrotem Sundbu przy podziale dziedzictwa z Erlendem Eldjarnem i wydał za niego sw(cid:420) najstarsz(cid:420) córk(cid:428), Gudrun(cid:428). Syn Ivara Trond nie przyniósł zaszczytu swemu ro- dowi. Ale jego synowie byli pi(cid:428)kni, mili i odwa(cid:455)ni, tote(cid:455) ludzie wielce (cid:455)ałowali, i(cid:455) przyszło im utraci(cid:421) ojcowski dwór. Zanim jeszcze Ivar opu(cid:445)cił dolin(cid:428), wydarzyło si(cid:428) nieszcz(cid:428)- (cid:445)cie, z powodu którego ubolewano jeszcze bardziej nad nie- powodzeniem Gjeslingów. Guttorm nie był (cid:455)onaty, ale młoda mał(cid:455)onka Borgara (cid:455)yła po wygnaniu m(cid:428)(cid:455)a nadal na Sundbu. Dagny córka Bjarnego była zawsze troch(cid:428) nieporadna i okazy- wała jawnie, (cid:455)e ponad miar(cid:428) miłuje swego m(cid:428)(cid:455)a – Borgar był pi(cid:428)kny, ale nieco lekkich obyczajów. Zim(cid:420) po jego wygnaniu Dagny uton(cid:428)ła w przer(cid:428)blu zamarzni(cid:428)tego jeziora. Mówiono o nieszcz(cid:428)(cid:445)liwym wypadku. Ale ludzie wiedzieli doskonale, (cid:455)e ze smutku i t(cid:428)sknoty pomieszał si(cid:428) jej rozum, i wszystkim ser- decznie (cid:455)al było poczciwej, miłej i pi(cid:428)knej kobiety, która tak straszn(cid:420) poniosła (cid:445)mier(cid:421). Wskutek tego jeszcze bardziej wzro- sła zło(cid:445)(cid:421) na Erlenda, bo to on przecie(cid:455) wszystkiemu był winien, to on w takie nieszcz(cid:428)(cid:445)cie wepchn(cid:420)ł najlepsze rodziny z oko- licy. Zacz(cid:428)to znowu odgrzebywa(cid:421) stare historie, przypomi- nano sobie, jak Erlend post(cid:420)pił wówczas, kiedy miał po(cid:445)lubi(cid:421) córk(cid:428) Lavransa. Tak, tak, wszak i ona sama pochodziła równie(cid:455) z Gjeslingów przez matk(cid:428). Nowy pan na Sundbu nie był lubiany, cho(cid:421) nic nie mo(cid:455)na było zarzuci(cid:421) Sigurdowi; lecz pochodził z południa Norwe- gii, a jego ojciec, Erlend Eldjarn, (cid:445)ci(cid:420)gn(cid:420)ł na siebie w tej cz(cid:428)(cid:445)ci kraju nienawi(cid:445)(cid:421) ka(cid:455)dego, z kim miał do czynienia. Krystyna i Ramborga nie znały wcale tego krewnego. Szymon znał pana Sigurda z Raumarike, był on bowiem blisko spokrewniony z sy- nami Haftora, ci za(cid:445) byli spokrewnieni z (cid:455)on(cid:420) Gyrda Darre. 205 (cid:416)e jednak sprawy wzi(cid:428)ły teraz taki obrót, Szymon unikał, jak mógł, spotkania z rycerzem. Nie miał teraz bynajmniej ochoty zagl(cid:420)da(cid:421) na Sundbu: synowie Tronda byli miłymi przyjaciółmi, Ramborga i (cid:455)ony Ivara i Borgara odwiedzały si(cid:428) co roku. Poza tym Sigurd był o wiele starszy od Szymona, był to człowiek blisko sze(cid:445)(cid:421)dziesi(cid:428)cioletni. W trudnym poło(cid:455)eniu, w jakim ju(cid:455) i tak znajdowali si(cid:428) Er- ӥ lend i Krystyna, wystarczyło owo mał(cid:455)e(cid:437)stwo rz(cid:420)dcy, chocia(cid:455) samo przez si(cid:428) bez wi(cid:428)kszego znaczenia, aby pogorszy(cid:421) ich sytuacj(cid:428) – tak zdawało si(cid:428) Szymonowi. Zazwyczaj nie zwra- cał si(cid:428) do (cid:455)ony maj(cid:420)c do pokonania jakie(cid:445) trudno(cid:445)ci lub prze- szkody. Teraz jednak nie mógł si(cid:428) powstrzyma(cid:421) od mówienia z ni(cid:420) o tych rzeczach. Ze zdumieniem, ale zarazem z rado(cid:445)ci(cid:420) zobaczył, jak rozumnie mówi Ramborga o tym i jak pi(cid:428)knie stara si(cid:428) wszelkimi siłami pomóc, gdzie si(cid:428) tylko da. Przebywała obecnie znacznie cz(cid:428)(cid:445)ciej ni(cid:455) dot(cid:420)d u siostry na Jørund, nie odnosiła si(cid:428) do Erlenda z tak(cid:420) niech(cid:428)ci(cid:420) jak przedtem. W dzie(cid:437) Bo(cid:455)ego Narodzenia, kiedy po mszy spo- tkali si(cid:428) wszyscy na wzgórzu ko(cid:445)cielnym, Ramborga ucałowała nie tylko Krystyn(cid:428), ale i szwagra. A przecie(cid:455) dawniej wyra(cid:455)ała si(cid:428) zawsze z takim przek(cid:420)sem o tych cudzoziemskich manie- rach, o tym, (cid:455)e Erlend całował na powitanie (cid:445)wiekr(cid:428) i o podob- nych zwyczajach. Kiedy Szymon ujrzał, jak Ramborga zarzuca Erlendowi r(cid:428)ce na szyj(cid:428), wstrz(cid:420)sn(cid:428)ła nim my(cid:445)l, (cid:455)e i on mógłby tak samo uczyni(cid:421) z Krystyn(cid:420). Ale czuł zarazem, (cid:455)e nie mógłby tego zro- bi(cid:421). Nie przej(cid:420)ł przecie(cid:455) nigdy zwyczaju całowania krewnia- czek; zaraz przy pierwszej próbie, gdy był jeszcze królewskim paziem, matka i siostry wy(cid:445)miały go. Podczas biesiady (cid:445)wi(cid:420)tecznej na Formo Ramborga wyzna- czyła młodej (cid:455)onie Ulfa poczesne i zaszczytne miejsce i oka- zywała zarówno jemu, jak te(cid:455) i jej wszelkie nale(cid:455)ne młodo(cid:455)e(cid:437)- com honory. Potem sama przybyła na Jørund i pomagała przy porodzie Jardtrudy. Było to w miesi(cid:420)c po Bo(cid:455)ym Narodzeniu, dwa miesi(cid:420)ce przed czasem, i chłopak urodził si(cid:428) nie(cid:455)ywy. Jardtruda zacho- 206 wywała si(cid:428) teraz jak op(cid:428)tana; gdyby przypuszczała, (cid:455)e sprawa we(cid:454)mie taki obrót, nigdy w (cid:455)yciu nie po(cid:445)lubiłaby Ulfa. Ale ju(cid:455) si(cid:428) stało i odsta(cid:421) si(cid:428) nie mogło. Co s(cid:420)dził Ulf o tym wszystkim, nie wiedział nikt, nic bo- wiem nie mówił. Na tydzie(cid:437) przed (cid:445)ródpo(cid:445)ciem Erlend syn Mikołaja i Szy- ӥ mon syn Andrzeja udali si(cid:428) konno na południe do Kvam. Lav- rans do spółki z paru innymi chłopami zakupił tam na kilka lat przed (cid:445)mierci(cid:420) niewielki dwór. Poprzedni wła(cid:445)ciciele chcieli teraz odkupi(cid:421) dwór z powrotem, powstała jednak pewna nieja- sno(cid:445)(cid:421) co do tego, jak załatwiono swego czasu spraw(cid:428) prawnego zastrze(cid:455)enia odkupu oraz czy krewni sprzedawców udowod- nili dostatecznie swe prawa. Przy podziale spu(cid:445)cizny po Lav- ransie wydzielono jego cz(cid:428)(cid:445)(cid:421) z tego dworu wraz z paru innymi małymi posiadło(cid:445)ciami, przy których mogłyby powsta(cid:421) jakie(cid:445) w(cid:420)tpliwo(cid:445)ci, i siostry dzieliły si(cid:428) tylko dochodami z tych dóbr. Dla uregulowania owych spraw pojechali teraz obaj zi(cid:428)ciowie Lavransa zamiast swych (cid:455)on do Kvam. Ludzi zebrało si(cid:428) sporo, a poniewa(cid:455) (cid:455)ona i dzieci dzier(cid:455)awcy chorowały, musieli przeto zadowoli(cid:421) si(cid:428) szop(cid:420), w której odbyło si(cid:428) zebranie. Szopa była zrujnowana i nieszczelna, siedzieli wi(cid:428)c wszyscy w futrach. Ka(cid:455)dy miał bro(cid:437) pod r(cid:428)k(cid:420) i miecz u pasa, nie zamierzali bowiem pozosta(cid:421) tu ani chwili dłu(cid:455)ej, ani(cid:455)eli wymagała potrzeba. Ale musieli przecie(cid:455) co(cid:445) zje(cid:445)(cid:421) przed odjaz- dem do domu, koło południa zatem, kiedy uko(cid:437)czyli wła(cid:445)ciwe obrady, ka(cid:455)dy wydobył sw(cid:420) sakw(cid:428) z zapasami i posilali si(cid:428) w po- (cid:445)piechu, gdzie popadło, stołu bowiem nie było w szopie. Zamiast proboszcza z Kvam zjawił si(cid:428) jego syn, Holmgeir syn Moj(cid:455)esza. Był to człek młody, zaniedbany, ogólnie nie lu- biany, w zupełno(cid:445)ci nie zasługuj(cid:420)cy na zaufanie. Jego ojciec jed- nak był wielce szanowany, a matka wywodziła si(cid:428) z zacnego rodu; poza tym Holmgeir był chłopem silnym i krewkim, w go- r(cid:420)cej wodzie k(cid:420)panym, dlatego nikt nie wa(cid:455)ył si(cid:428) zadziera(cid:421) z nim, a niektórzy uwa(cid:455)ali, (cid:455)e jest dowcipny i ma obrotny j(cid:428)zyk. Szymon znał go pobie(cid:455)nie, jego wygl(cid:420)d nie podobał mu si(cid:428) zgoła. Holmgeir miał dług(cid:420), w(cid:420)sk(cid:420) twarz, blad(cid:420) i piegowat(cid:420), 207 a górna warga była tak krótka, (cid:455)e odsłaniała przednie z(cid:428)by, wiel- kie i (cid:455)ółte niby u szczura. Lecz sira Moj(cid:455)esz był dobrym przy- jacielem Lavransa, sam Holmgeir za(cid:445), zanim go ojciec przyj(cid:420)ł do swego rodu, (cid:455)ył przez dłu(cid:455)szy czas na dworze Jørund ni to jako pachołek, ni to jako wychowanek; Szymon wi(cid:428)c odnosił si(cid:428) do niego zawsze uprzejmie. Holmgeir zatoczył jaki(cid:445) pniak do ognia, usiadł na nim, na- bijał na swój sztylet pieczone drozdy ze słonin(cid:420), w które si(cid:428) zaopatrzył na drog(cid:428), i odgrzewał jednego po drugim nad ogni- skiem. Był niedawno chory i dlatego na czterna(cid:445)cie dni został zwolniony od postu; opowiadał to innym, którzy siedzieli i (cid:455)uli suchy chleb z zamarzni(cid:428)t(cid:420) ryb(cid:420), podczas gdy rozkoszna wo(cid:437) smakołyków Holmgeira łechtała im podniebienie. Szymon był w złym humorze, nie tyle gniewny, ile raczej w markotnym usposobieniu. Cała sprawa dotycz(cid:420)ca owych po- siadło(cid:445)ci była bardzo trudna i zawiła, a listy, które miał od te- (cid:445)cia, nie były bynajmniej jasne; na wyjezdnym z domu s(cid:420)dził niemal, (cid:455)e doszedł ostatecznie do ładu porównuj(cid:420)c inne doku- menty z tymi listami. Skoro jednak tu na zgromadzeniu posły- szał zeznania (cid:445)wiadków i kiedy przedło(cid:455)ono znów inne pisma, musiał doj(cid:445)(cid:421) do wniosku, i(cid:455) jego pogl(cid:420)d nie da si(cid:428) utrzyma(cid:421). W ka(cid:455)dym razie (cid:455)aden z zebranych m(cid:428)(cid:455)ów nie rozeznawał si(cid:428) lepiej w tej gmatwaninie, nie wył(cid:420)czaj(cid:420)c lennika wójta, który był równie(cid:455) obecny. Mówiono ju(cid:455) o tym, (cid:455)e trzeba b(cid:428)dzie spraw(cid:428) t(cid:428) przedło(cid:455)y(cid:421) na thingu, gdy nagie Erlend zabrał głos i prosił, by mu pokazano listy. Dotychczas siedział tylko i słuchał, zupełnie jakby go ta cała rzecz nie obchodziła. Teraz dopiero zdawał si(cid:428) budzi(cid:421). Uwa(cid:455)- nie przeczytał wszystkie listy, niektóre nawet po kilkakro(cid:421). Po- tem dał wyja(cid:445)nienie, krótko i w(cid:428)złowato: tak a tak brzmi(cid:420) słowa ustawy i tak a tak s(cid:420) zazwyczaj wykładane; niejasne i zawiłe zwroty w listach musz(cid:420) znaczy(cid:421) to lub tamto; o ile sprawa przedstawiona zostanie na thingu, b(cid:428)dzie rozs(cid:420)dzona tak albo owak. Potem przedstawił rozwi(cid:420)zanie, które mogło zadowo- li(cid:421) dawnych wła(cid:445)cicieli, a zarazem nie było niekorzystne dla obecnych. 208 Mówi(cid:420)c podniósł si(cid:428), oparł lekko lew(cid:420) r(cid:428)k(cid:428) na r(cid:428)koje(cid:445)ci mie- cza, w prawej za(cid:445) trzymał do(cid:445)(cid:421) nieuwa(cid:455)nie zwój listów. Zacho- wywał si(cid:428) tak, jak gdyby on przewodniczył zebraniu, ale Szy- mon wiedział, (cid:455)e Erlend czyni to nie(cid:445)wiadomie. Był przecie(cid:455) przywykły powstawa(cid:421) tak i przemawia(cid:421), kiedy prowadził które(cid:445) z wójtowskich zebra(cid:437) w swym okr(cid:428)gu, i teraz zwracaj(cid:420)c si(cid:428) do jednego lub drugiego z pytaniem, czy sprawa tak wygl(cid:420)da, czy pojmuj(cid:420), co im obja(cid:445)nia, stawiał pytania tak, jak gdyby prze- słuchiwał (cid:445)wiadków – wprawdzie grzecznie, ale w taki spo- sób, jakby jego rzecz(cid:420) było pyta(cid:421), a rzecz(cid:420) innych odpowiada(cid:421). Kiedy sko(cid:437)czył, wr(cid:428)czył listy lennikowi wójta, zupełnie jakby ten był jego podwładnym, po czym usiadł i przysłuchiwał si(cid:428), kiedy inni, mi(cid:428)dzy nimi tak(cid:455)e Szymon, zabierali głos i wypo- wiadali swoje pogl(cid:420)dy, ale ci(cid:420)gle tak, jakby jego samego to nie dotyczyło. Gdy który(cid:445) z m(cid:428)(cid:455)ów zwrócił si(cid:428) do niego wprost, odpowiadał krótko, jasno, dobitnie, w przerwach za(cid:445) zeskro- bywał paznokciem tłuste plamy ze swego kaftana, poprawiał pas, bawił si(cid:428) r(cid:428)kawicami i zdawał si(cid:428) z niecierpliwo(cid:445)ci(cid:420) czeka(cid:421), rychło zebranie si(cid:428) sko(cid:437)czy. Inni przyj(cid:428)li porz(cid:420)dek podany przez Erlenda i Szymon mógł by(cid:421) ostatecznie z tego zadowolony; wnosz(cid:420)c skarg(cid:428) na thingu nie uzyskałby nic wi(cid:428)cej. Ale humor mu si(cid:428) zepsuł. Jemu samemu wydawało si(cid:428) dzie- cinne gniewa(cid:421) si(cid:428) o to, (cid:455)e szwagier, a nie on, utraił w sedno rze- czy. Było wszak zrozumiałe, (cid:455)e Erlend lepiej wykładał ustawy i lepiej rozeznawał si(cid:428) w niejasnych pismach, gdy(cid:455) przez całe lata urz(cid:420)d jego polegał wła(cid:445)nie na tym, aby ludziom obja(cid:445)nia(cid:421) prawo i roztrz(cid:420)sa(cid:421) zawiłe spory. Ten obrót rzeczy był jednak zgoła niespodziewany dla Szymona: nie dalej jak wczoraj wie- czór, kiedy na Jørund mówił z Erlendem i Krystyn(cid:420) o tym ze- braniu, Erlend nie wyraził (cid:455)adnego zdania; słuchał ledwie jed- nym uchem. Pewnie, Erlend musiał by(cid:421) bieglejszy w prawie ani(cid:455)eli zwykli chłopi, ale kiedy tak siedział i z oboj(cid:428)tn(cid:420) (cid:455)ycz- liwo(cid:445)ci(cid:420) udzielał innym wyja(cid:445)nie(cid:437), miało si(cid:428) niemal wra(cid:455)enie, (cid:455)e jego samego prawo nie dotyczy w najmniejszym stopniu; Szymon zacz(cid:420)ł niejasno u(cid:445)wiadamia(cid:421) sobie, i(cid:455) Erlend nigdy, 209 w najmniejszym stopniu nie kształtował własnego (cid:455)ycia na mo- dł(cid:428) prawa. A potem równie(cid:455) osobliwe było to, (cid:455)e bez (cid:455)adnego zakło- potania powstał i przemawiał. Musiał przecie(cid:455) zdawa(cid:421) sobie spraw(cid:428), (cid:455)e to skieruje my(cid:445)li wszystkich obecnych na to, kim był niegdy(cid:445) i jakie zajmuje dzi(cid:445) stanowisko. Szymon czuł, (cid:455)e wszyscy my(cid:445)l(cid:420) o tym; wielu gniewnych było na tego człowieka, który zupełnie jawnie nie dbał o to, co o nim s(cid:420)dzono. Ale nikt si(cid:428) nie odezwał. A gdy siny z zimna pisarz, którego lennik wójta przywiódł ze sob(cid:420), usiadł i wzi(cid:420)ł pulpit na kolana, zwracał si(cid:428) wci(cid:420)(cid:455) do Erlenda, a on dyktował mu, co ma pisa(cid:421), bawi(cid:420)c si(cid:428) jednocze(cid:445)nie (cid:454)d(cid:454)błami słomy i okr(cid:428)caj(cid:420)c je na kształt pier(cid:445)cie- nia wokół swych długich palców. Kiedy pisarz sko(cid:437)czył, podał Erlendowi pergamin; ten wrzucił słomiany pier(cid:445)cie(cid:437) w ogie(cid:437), wzi(cid:420)ł dokument i czytał półgłosem: – „Wszystkim m(cid:428)(cid:455)om, którzy by widzieli lub którym by od- czytywano to pismo, (cid:445)l(cid:420) Szymon syn Andrzeja z Formo, Er- lend syn Mikołaja z Jørund, Vidar syn Steina z Klaufastad, Ingemund i Toralde synowie Bjørna, Bjørn syn Ingemunda z Lundar, Alf syn Einara, Holmgeir syn Moj(cid:455)esza pozdrowie- nie Bo(cid:455)e oraz własne”. Macie tam wosk w pogotowiu? – rzucił w stron(cid:428) pisarza chuchaj(cid:420)cego w skostniałe palce. – „Niechaj wam b(cid:428)dzie wiadomo, i(cid:455) my wszyscy w roku Pa(cid:437)skim tysi(cid:420)cz- nym trzechsetnym trzydziestym ósmym zeszli(cid:445)my si(cid:428) w pi(cid:420)tek przed niedziel(cid:420) (cid:445)ródpostn(cid:420) na Granheim w paraii Kvam…” – Mo(cid:455)emy u(cid:455)y(cid:421) skrzyni stoj(cid:420)cej w komorze zamiast stołu, Alie – zwrócił si(cid:428) do lennika i wr(cid:428)czył list z powrotem pisa- rzowi. Szymon przypomniał sobie, jaki Erlend był dawniej, kiedy (cid:455)ył po(cid:445)ród równych mu stanem. Zawsze pewny siebie i swo- bodny, dowcipny i zaczepny w gadaniu, a przecie(cid:455) ujmuj(cid:420)cy w obej(cid:445)ciu; nie było mu wcale oboj(cid:428)tne, co my(cid:445)l(cid:420) o nim lu- dzie, których uwa(cid:455)ał za równych sobie i za swoich krewnych. Przeciwnie, przywi(cid:420)zywał wielk(cid:420) wag(cid:428) do tego, by zyska(cid:421) do- bre imi(cid:428). Z dziwn(cid:420) gorycz(cid:420) poczuł si(cid:428) nagle Szymon zwi(cid:420)zany z tymi chłopami z doliny, których Erlend nie szanował nawet na tyle, 210 by si(cid:428) zastanowi(cid:421), co o nim s(cid:420)dz(cid:420). Przez wzgl(cid:420)d na Erlenda on sam, Szymon, poni(cid:455)ył si(cid:428) tak bardzo, przez niego zerwał z sza- nowanymi, bogatymi lud(cid:454)mi. Owszem, miło by(cid:421) bogatym dzie- dzicem na Formo – ale nie mógł zapomnie(cid:421), (cid:455)e odwrócił si(cid:428) od swych towarzyszy, krewnych i przyjaciół młodo(cid:445)ci, poniewa(cid:455) zni(cid:455)ył si(cid:428) do tak błagalnej pro(cid:445)by wobec nich, i(cid:455) nie mógł teraz obcowa(cid:421) z nimi nadal, nie mógł wprost my(cid:445)le(cid:421) o tym. Przez tego szwagra wypowiedział słu(cid:455)b(cid:428) samemu królowi i wła(cid:445)ciwie wyst(cid:420)pił z królewskiej (cid:445)wity. Ale na domiar złego zdradził si(cid:428) sam wobec Erlenda: wspomnienie o tym gorsze było dla niego od (cid:445)mierci. Erlend za(cid:445) zachowywał si(cid:428) wobec niego zawsze tak, jakby nic nie pojmował i o niczym nie wiedział. Mało go obcho- dziło to, (cid:455)e zburzył doszcz(cid:428)tnie (cid:455)ycie drugiego człowieka. W tej chwili Erlend zagadn(cid:420)ł Szymona: – Musimy si(cid:428) ju(cid:455) sposobi(cid:421) do drogi, Szymonie, je(cid:445)li chcemy jeszcze dzi(cid:445) wieczór powróci(cid:421) do domu. Id(cid:428) si(cid:428) rozejrze(cid:421) za ko(cid:437)mi. Szymon podniósł oczy i dziwna, chorobliwa niech(cid:428)(cid:421) ogar- n(cid:428)ła go na widok pi(cid:428)knej, wyniosłej postaci szwagra. Erlend miał pod kapturem mał(cid:420), czarn(cid:420), jedwabn(cid:420) czapeczk(cid:428), opina- j(cid:420)c(cid:420) szczelnie głow(cid:428) i zapi(cid:428)t(cid:420) pod brod(cid:420): w tym obramowaniu jego poci(cid:420)gła, smagła twarz z wielkimi, modrymi oczami gł(cid:428)- boko w cieniu sklepionego czoła wygl(cid:420)dała jeszcze młodziej i delikatniej. – Zawi(cid:420)(cid:455) tymczasem moj(cid:420) sakw(cid:428) – rzucił jeszcze od drzwi, po czym wyszedł. Pozostali rozmawiali dalej o sprawie, dla której si(cid:428) tutaj zeszli. Mimo wszystko to dziwne, mówili niektórzy, jak nie- opatrzny był Lavrans w tym wypadku; zwykle przecie wiedział dobrze, czego chce, był najbardziej do(cid:445)wiadczonym chłopem, je(cid:445)li chodziło o kupno lub sprzeda(cid:455) gruntów. – Z pewno(cid:445)ci(cid:420) mój ojciec ponosi tutaj win(cid:428) – przypusz- czał Holmgeir syn proboszcza. – Sam powiedział dzisiaj rano, (cid:455)e gdyby był wówczas posłuchał Lavransa, wszystko byłoby w najwi(cid:428)kszym porz(cid:420)dku. Ale wiecie przecie(cid:455), jaki był Lavrans w tych rzeczach; w stosunku do ksi(cid:428)(cid:455)y był zawsze potulny i po- słuszny niczym jagni(cid:420)tko. 211 – Jednak o swoje korzy(cid:445)ci na Jørund umiał dba(cid:421) bardzo do- brze – wtr(cid:420)cili niektórzy. – Pewnie, bo mógł to czyni(cid:421) tak(cid:455)e id(cid:420)c za ksi(cid:428)(cid:455)(cid:420) rad(cid:420) – rzekł Holmgeir ze (cid:445)miechem. – Bardzo to roztropnie nawet w do- czesnych rzeczach, dopóki nie ma si(cid:428) ochoty na ten sam k(cid:420)sek, na który i Ko(cid:445)ciół jest łasy. – Lavrans był niezwykle pobo(cid:455)ny – o(cid:445)wiadczył Vidar. – Ni- gdy nie szcz(cid:428)dził bydła ani gruntu, kiedy szło o Ko(cid:445)ciół lub biedaków. – Rzeczywi(cid:445)cie – potwierdził Holmgeir w zamy(cid:445)leniu. – Tak, gdybym był taki bogaty, miałbym i ja ochot(cid:428) okupi(cid:421) sobie w ten sposób cho(cid:421) w cz(cid:428)(cid:445)ci spokój duszy. Ale nigdy nie post(cid:420)- piłbym tak jak on, nie rzucałbym obur(cid:420)cz mojego mienia i nie chodziłbym potem jeszcze z czerwonymi (cid:445)lepiami i bladym li- cem do proboszcza, aby spowiada(cid:421) si(cid:428) z grzechów; a Lavrans spowiadał si(cid:428) co miesi(cid:420)c. – Łzy skruchy s(cid:420) błogim darem łaski Ducha (cid:406)wi(cid:428)tego, Holm- geirze – odezwał si(cid:428) s(cid:428)dziwy Ingemund syn Bjørna. – Błogosła- wiony ten, który tu na ziemi płacze z powodu swych grzechów; tym łatwiej dostanie si(cid:428) na tamten (cid:445)wiat. – W takim razie Lavrans musi ju(cid:455) od dawna by(cid:421) w niebie – odrzekł Holmgeir. – Po(cid:445)cił i umartwiał swe ciało, a w Wielki Pi(cid:420)tek zamykał si(cid:428) pono na poddaszu i biczował do krwi. – Stul pysk – rzekł Szymon trz(cid:428)s(cid:420)c si(cid:428) z oburzenia; krew uderzyła mu do głowy. Nie wiedział, czy prawd(cid:420) jest to, co mówi Holmgeir. Kiedy porz(cid:420)dkował sekretne schowki po (cid:445)mierci te(cid:445)cia, zauwa(cid:455)ył na dnie skrzyni z ksi(cid:420)(cid:455)kami mał(cid:420), podłu(cid:455)n(cid:420) drewnian(cid:420) szkatułk(cid:428). Wewn(cid:420)trz za(cid:445) le(cid:455)ał bicz, jaki w klaszto- rach zowi(cid:420) dyscyplin(cid:420). Splecione rzemienie nosiły (cid:445)lady ciem- nych plam, mogła to by(cid:421) zaschni(cid:428)ta krew. Szymon spalił wła- snor(cid:428)cznie owo biczysko, czuł przy tym trwo(cid:455)ny szacunek i zmieszanie; zrozumiał, i(cid:455) odkrył co(cid:445) w (cid:455)yciu Lavransa, czego ten strzegł bacznie przed czyimkolwiek okiem. – Na pewno nie rozmawiał o tym ze swoimi parobkami – rzekł Szymon, kiedy wreszcie mógł si(cid:428) zdoby(cid:421) na odpowied(cid:454). – Nie, to z pewno(cid:445)ci(cid:420) tylko ludzki wymysł – potwierdził ust(cid:428)pliwie Holmgeir. – Jego grzechy chyba nie były tego ro- 212 dzaju, by za nie a(cid:455) tak srogo miał pokutowa(cid:421) – Holmgeir skrzy- wił si(cid:428) drwi(cid:420)co. – Gdybym (cid:455)ył tak obyczajnie i po chrze(cid:445)cija(cid:437)- sku jak Lavrans syn Bjørgulfa i gdybym był o(cid:455)eniony z t(cid:420) wiecz- nie sm(cid:428)tn(cid:420) niewiast(cid:420), Ragnfrid(cid:420), to raczej płakałbym z powodu grzechów, których nie popełniłem. Szymon zerwał si(cid:428) i uderzył Holmgeira w twarz, a(cid:455) chłopak zatoczył si(cid:428) w tył ku ognisku. Sztylet wypadł mu przy tym zza pasa. Holmgeir błyskawicznie schylił si(cid:428) i podniósł go, po czym natarł na Szymona. Szymon zasłaniaj(cid:420)c si(cid:428) ramieniem, przez które miał przewieszone okrycie, chwycił napi(cid:428)stek Holm geira i usiłował mu wytr(cid:420)ci(cid:421) sztylet z dłoni, synowi proboszcza udało si(cid:428) jednak uderzy(cid:421) go parokrotnie pi(cid:428)(cid:445)ci(cid:420) w twarz. Wtedy Szy- mon chwycił obie r(cid:428)ce napastnika, ale młodzieniec z całej siły wbił z(cid:428)by w jego dło(cid:437). – A, gryziesz, ty psie! – Szymon pu(cid:445)cił go, cofn(cid:420)ł si(cid:428) o par(cid:428) kroków, wyrwał miecz z pochwy. Rzucił si(cid:428) na Holmgeira – ciało chłopca wygi(cid:428)ło si(cid:428) w tył, (cid:455)elazo na kilka cali gł(cid:428)boko utkwiło mu w piersi. Po chwili opadł ci(cid:428)(cid:455)ko i bezwładnie wprost w ogie(cid:437). Szymon cisn(cid:420)ł miecz i chciał wyci(cid:420)gn(cid:420)(cid:421) Holmgeira z pło- mieni. Nagle ujrzał wzniesiony do ciosu tu(cid:455) nad swoj(cid:420) głow(cid:420) to- pór Vidara. Schylił si(cid:428) raptownie i, uskoczywszy w bok, porwał znowu miecz; udało mu si(cid:428) wła(cid:445)nie wytr(cid:420)ci(cid:421) or(cid:428)(cid:455) z r(cid:428)ki Alfa syna Einara, błyskawicznie obrócił si(cid:428), by osłoni(cid:421) si(cid:428) powtór- nie przed toporem Vidara, lecz jednocze(cid:445)nie ujrzał, (cid:455)e z boku, od strony paleniska, szykuj(cid:420) si(cid:428) do natarcia synowie Bjørna i Bjørn z Lunde z nastawionymi oszczepami. Pchn(cid:420)ł tedy Alfa przed siebie na przeciwległ(cid:420) (cid:445)cian(cid:428), ale w tej chwili dostrzegł, (cid:455)e Vidar skrada si(cid:428) ku niemu – wyci(cid:420)gn(cid:420)ł on tymczasem Holm- geira, swego stryjecznego brata, z płomieni – za(cid:445) dwóch m(cid:428)- (cid:455)ów z Lunde nacierało z drugiej strony paleniska. Stał wi(cid:428)c w (cid:445)rodku, z wszystkich stron osaczony i w(cid:445)ród tego strasz- liwego zamieszania, w którym dosy(cid:421) miał zaj(cid:428)cia, by chroni(cid:421) własne (cid:455)ycie, odczuł nagle bolesne, dziwaczne zdumienie, i(cid:455) wszyscy s(cid:420) przeciw niemu. W nast(cid:428)pnej chwili miecz Erlenda błysn(cid:420)ł pomi(cid:428)dzy nim a m(cid:428)(cid:455)ami z Lunde. Toralde zatoczył si(cid:428) i oparł o (cid:445)cian(cid:428). Z szyb- 213 ko(cid:445)ci(cid:420) błyskawicy Erlend przerzucił miecz do drugiej r(cid:428)ki i wy- tr(cid:420)cił bro(cid:437) Alfowi, tak (cid:455)e z brz(cid:428)kiem upadła na ziemi(cid:428); jed- nocze(cid:445)nie chwycił prawic(cid:420) drzewce oszczepu Bjørna i zgi(cid:420)ł ostrze. – Wychod(cid:454) – rzekł zdyszany do Szymona broni(cid:420)c szwagra przed Vidarem. Szymon zgrzytn(cid:420)ł z(cid:428)bami, pobiegł na (cid:445)rodek izby, by natrze(cid:421) na Bjørna i Ingemunda. Erlend nie odst(cid:428)pował go. Po(cid:445)ród zgiełku i szcz(cid:428)ku broni wołał: – Precz, na dwór, ty głupcze! Marsz, ku drzwiom, musimy wyj(cid:445)(cid:421)! Kiedy Szymon zrozumiał, (cid:455)e Erlend chce wyj(cid:445)(cid:421) razem z nim, zacz(cid:420)ł si(cid:428) cofa(cid:421) tyłem ku drzwiom wci(cid:420)(cid:455) odpieraj(cid:420)c napastni- ków. Przebiegli w ten sposób przedsionek i wreszcie stan(cid:428)li na podwórzu: Szymon oddalony o kilka kroków od domu, Erlend tu(cid:455) przed drzwiami, z mieczem do połowy wzniesionym, twa- rz(cid:420) zwrócony ku nacieraj(cid:420)cym. Przez chwil(cid:428) Szymon był jakby o(cid:445)lepiony. Mro(cid:454)ny dzie(cid:437) l(cid:445)nił od (cid:445)wiatła i blasku, pod bł(cid:428)kitnym niebem pi(cid:428)trzyły si(cid:428) w ostatnich promieniach zachodu złociste góry, a bór stał biały od mrozu i (cid:445)niegu. Pola błyszczały i migotały, jakby rozsypano po nich drogie kamienie. Posłyszał głos Erlenda: – Przez to, (cid:455)e jeszcze wi(cid:428)cej ludzi straci (cid:455)ycie, nieszcz(cid:428)(cid:445)cie si(cid:428) nie odstanie. Musimy teraz wzi(cid:420)(cid:421) si(cid:428) w gar(cid:445)(cid:421), zacni ludzie, i poło(cid:455)y(cid:421) koniec rozlewowi krwi. Ju(cid:455) i tak (cid:454)le si(cid:428) stało, (cid:455)e mój szwagier zabił człowieka. Szymon stan(cid:420)ł u boku Erlenda. – Bez powodu zabiłe(cid:445) mojego krewniaka, Szymonie – rzekł Vidar z Klaufasted; stał on na czele gromady. – Nie zgin(cid:420)ł on znowu tak całkiem bez przyczyny. Ale wiesz dobrze, Vidarze, (cid:455)e wam nie zbiegn(cid:428). Gotów jestem zapłaci(cid:421) za nieszcz(cid:428)(cid:445)cie, które na was sprowadziłem. Wiecie wszyscy, gdzie mnie macie szuka(cid:421). Erlend rozmawiał jeszcze chwil(cid:428) z chłopami: – A jak si(cid:428) ma Alf? – Wszedł z innymi do izby. Szymon pozostał na dworze dziwnie zmieszany. Po chwili Erlend wrócił. – No, teraz odje(cid:455)d(cid:455)amy – rzekł i poszedł w stron(cid:428) stajni. 214 – Nie (cid:455)yje? – zapytał Szymon. – Nie. Alf, Toralde i Vidar s(cid:420) ranni, ale niezbyt ci(cid:428)(cid:455)ko. Holm- geir ma spalone włosy z tyłu głowy. – Erlend mówił dot(cid:420)d po- wa(cid:455)nie, nagle wybuchn(cid:420)ł gło(cid:445)nym (cid:445)miechem: – Teraz pachnie w szopie spalonym dro(cid:454)dzim sadłem, mo(cid:455)esz mi wierzy(cid:421)! Ale, do diaska, jak si(cid:428) to stało, (cid:455)e przez t(cid:428) krótk(cid:420) chwil(cid:428) take(cid:445)cie si(cid:428) poczubili? – spytał zdumiony. Jaki(cid:445) wyrostek przyprowadził im konie, (cid:455)aden z nich bo- wiem nie wzi(cid:420)ł z sob(cid:420) pachołka. Jeszcze ci(cid:420)gle trzymali obydwaj miecze w r(cid:428)ku. Erlend wzi(cid:420)ł p(cid:428)k trawy i otarł krew z ostrza. Szymon uczynił tak samo i z grubsza obtarłszy miecz wsun(cid:420)ł go do pochwy. Er- lend oczy(cid:445)cił swój bardzo starannie, w ko(cid:437)cu przejechał po nim poł(cid:420) swej szaty. Potem wywin(cid:420)ł nim par(cid:428) młynków w po- wietrzu – z u(cid:445)miechem, jakby sobie co(cid:445) przypomniał, wyrzu- cił miecz wysoko w gór(cid:428) i chwyciwszy go za r(cid:428)koje(cid:445)(cid:421) wsun(cid:420)ł do pochwy. – Ale twoje rany… Musimy najpierw pój(cid:445)(cid:421) do izby, to ci je opatrz(cid:428). – Szymon odrzekł, (cid:455)e nie ma o czym mówi(cid:421). – Ty te(cid:455) krwawisz, Erlendzie! – E, o mnie nie ma strachu! Moje rany goj(cid:420) si(cid:428) pr(cid:428)dko. U t(cid:428)- gich ludzi trwa to, jak zauwa(cid:455)yłem, znacznie dłu(cid:455)ej. I w do- datku ten mróz… A spory szmat drogi przed nami. Erlend kazał dzier(cid:455)awcy poda(cid:421) ma(cid:445)(cid:421) i płótno i przewi(cid:420)- zał starannie rany Szymona. Były to dwie rany ci(cid:428)te na lewej piersi; krwawiły zrazu silnie, ale nie były gro(cid:454)ne. Erlend został dra(cid:445)ni(cid:428)ty oszczepem Bjørna w udo; ci(cid:428)(cid:455)ko mu b(cid:428)dzie jecha(cid:421) konno, przypuszczał Szymon, ale Erlend roze(cid:445)miał si(cid:428): wszak ostrze ledwie przeci(cid:428)ło skórznie. Przyło(cid:455)ył sobie troch(cid:428) ma(cid:445)ci i owin(cid:420)ł ran(cid:428) starannie ze wzgl(cid:428)du na zimno. Mróz był siarczysty. Zanim jeszcze zjechali z pagórka, na ӥ którym stał dwór, szron osiadł na koniach, a futrzane obramo- wania płaszczy były zupełnie białe. – Brr! – Erlend wzdrygn(cid:420)ł si(cid:428). – Oby(cid:445)my ju(cid:455) byli w domu! Musimy zajecha(cid:421) na ten dwór w dole i donie(cid:445)(cid:421), (cid:455)e(cid:445) zabił czło- wieka. 215 – Czy to konieczne? – spytał Szymon. – Mówiłem przecie z Vidarem i innymi. – Lepiej, (cid:455)eby(cid:445) to uczynił – przerwał Erlend. – Zgłosisz si(cid:428) sam nie daj(cid:420)c sposobno(cid:445)ci do obgadywania ci(cid:428). Sło(cid:437)ce skryło si(cid:428) teraz za wzgórzem, nastał szarawy, ale jasny wieczór. Jechali wzdłu(cid:455) potoku pod okrytymi szronem brzozami. Gruba warstwa ostrej, mro(cid:454)nej mgły rozpostarła si(cid:428) w dole zapieraj(cid:420)c wprost dech. Erlend mruczał niecierpliwie pod nosem wyrzekaj(cid:420)c na długotrwałe zimno i niemił(cid:420) jazd(cid:428), jaka ich czeka. – Nie odmroziłe(cid:445) sobie chyba twarzy, szwagrze? – zanie- pokojony zajrzał mu pod kaptur. Tamten rozcierał sobie po- liczki. Nie były jeszcze odmro(cid:455)one, ale podczas jazdy Szymon pobladł nieco. Wygl(cid:420)dał wskutek tego brzydko; jego du(cid:455)a, na- lana twarz była jakby zwietrzała i pokrywały j(cid:420) czerwone plamy, w(cid:445)ród których rozpo(cid:445)cierała si(cid:428) szarymi wysepkami blado(cid:445)(cid:421), co sprawiało wra(cid:455)enie, (cid:455)e skóra jest brudna. – A widziałe(cid:445) ju(cid:455) kiedy człowieka rozrzucaj(cid:420)cego mieczem gnój? – spytał Erlend; na samo wspomnienie wybuchn(cid:420)ł grzmi(cid:420)- cym (cid:445)miechem, pochylił si(cid:428) w siodle i na(cid:445)ladował ruchy chło- pów. – Cho(cid:421)by ten Alf, to mi dopiero lenny pan! Gdyby(cid:445) kiedy zobaczył Ulfa syna Haldora bawi(cid:420)cego si(cid:428) mieczem… Jezus Maryja! Bawi(cid:420)cego si(cid:428)… Tak, widział przecie Erlenda przy tej za- bawie. Wci(cid:420)(cid:455) i wci(cid:420)(cid:455) stawał mu przed oczyma ten obraz: on sam i tamci ludzie koło paleniska, machaj(cid:420)cy mieczami jak chłopi r(cid:420)bi(cid:420)cy drzewo albo przewracaj(cid:420)cy siano – a mi(cid:428)dzy nimi zgrabna, ruchliwa jak iskra posta(cid:421) Erlenda, jego szybkie spojrzenie, pewna r(cid:428)ka, kiedy wirował w(cid:445)ród nich, zaprawiony do broni, nie trac(cid:420)cy ani na chwil(cid:428) przytomno(cid:445)ci umysłu. Min(cid:428)ło ju(cid:455) dobrych dwadzie(cid:445)cia lat od czasu, kiedy on sam po(cid:445)ród młodych ludzi na królewskim dworze uchodził za jed- nego z najlepszych szermierzy. Odt(cid:420)d jednak niecz(cid:428)sto nada- rzała si(cid:428) sposobno(cid:445)(cid:421) wypróbowania rycerskiej sprawno(cid:445)ci. Jechał i czuł si(cid:428) do gł(cid:428)bi serca chory, poniewa(cid:455) zdarzyło mu si(cid:428) nieszcz(cid:428)(cid:445)cie, (cid:455)e zabił człowieka: wci(cid:420)(cid:455) jeszcze widział wy- gi(cid:428)te ciało Holmgeira zsuwaj(cid:420)ce si(cid:428) z miecza w ogie(cid:437), wci(cid:420)(cid:455) 216 jeszcze brzmiały mu w uszach jego krótkie, charcz(cid:420)ce j(cid:428)ki (cid:445)miertelne, bez ustanku wracały poszczególne obrazy krótkiej, ale za(cid:455)artej walki. Czuł si(cid:428) zgn(cid:428)biony i zmieszany: w mgnie- niu oka rzucili si(cid:428) na niego wszyscy – wszyscy ci ludzie, z któ- rymi si(cid:428) szczerze z(cid:455)ył i cał(cid:420) dusz(cid:420) był zwi(cid:420)zany; obronił go jeden Erlend. Nigdy nie uwa(cid:455)ał si(cid:428) za tchórza. Sze(cid:445)(cid:421) nied(cid:454)wiedzi poło(cid:455)ył od czasu, gdy mieszkał na Formo, dwukrotnie nara(cid:455)aj(cid:420)c przy tym nieopatrznie (cid:455)ycie. Naprzeciw niego, oddzielona jedynie cienkim (cid:445)wierkiem, stała rozjuszona ranna nied(cid:454)wiedzica, on za(cid:445) nie miał przy sobie innej broni prócz ostrza włóczni z dłu- gim na szeroko(cid:445)(cid:421) dłoni ułomkiem r(cid:428)koje(cid:445)ci; a jednak ogromne napi(cid:428)cie nie umniejszyło pewno(cid:445)ci jego my(cid:445)li, ruchów ani zmy- słów. Teraz za(cid:445) w tej szopie – nie wiedział – byłli to strach, co odczuł? W ka(cid:455)dym razie był tak zmieszany, i(cid:455) stracił cał(cid:420) przy- tomno(cid:445)(cid:421) umysłu. Wówczas, kiedy po owych łowach na nied(cid:454)wiedzia siedział w domu, niedbale przyodziany, z r(cid:428)k(cid:420) na temblaku, płon(cid:420)cy od gor(cid:420)czki, z poszarpanym, obolałym ramieniem, odczuwał je- dynie zuchwał(cid:420) rado(cid:445)(cid:421): mogło si(cid:428) sko(cid:437)czy(cid:421) jeszcze gorzej. Jak? – tym nie głowił si(cid:428) wcale. Teraz jednak musiał o tym ustawicz- nie my(cid:445)le(cid:421), jakby si(cid:428) to zaj(cid:445)cie sko(cid:437)czyło, gdyby Erlend nie zja- wił si(cid:428) na czas z odsiecz(cid:420). I czuł nie trwog(cid:428), ale dziwny ucisk duszy. Pewnie wyraz twarzy tamtych był tego powodem – no, i zwłoki Holmgeira. Szymon nigdy dot(cid:420)d jeszcze nie był zabójc(cid:420). …Ów szwedzki rycerz, którego zabił… Wydarzyło si(cid:428) to wówczas, kiedy król Haakon wtargn(cid:420)ł ze swym wojskiem do Szwecji, by pom(cid:445)ci(cid:421) wymordowanie ksi(cid:420)(cid:455)(cid:420)t. Szymon został wysłany na zwiady z trzema lud(cid:454)mi, którymi dowodził; był zu- chwały i wielce z tego dumny. Przypomniał sobie, jak jego miecz utkwił w stalowym szyszaku rycerza, tak (cid:455)e musiał porz(cid:420)dnie targa(cid:421) i szarpa(cid:421), zanim go oswobodził. Kiedy nazajutrz obejrzał ostrze, odkrył w nim szczerb(cid:428). Zawsze z lubo(cid:445)ci(cid:420) wspominał t(cid:428) przygod(cid:428). Szwedów było o(cid:445)miu, wtedy popróbował przynaj- mniej, co to znaczy prowadzi(cid:421) wojn(cid:428). Nie wszystkim m(cid:428)(cid:455)om znajduj(cid:420)cym si(cid:428) wówczas w królewskiej dru(cid:455)ynie było to dane. 217 Kiedy si(cid:428) zupełnie rozja(cid:445)niło, ujrzał, (cid:455)e koszula, któr(cid:420) nosił pod pancerzem, była spryskana krwi(cid:420) i mózgiem i kosztowało go wiele trudu, by wygl(cid:420)da(cid:421) przyzwoicie i godnie, gdy j(cid:420) prał. Nic jednak nie pomogło wspomnienie tego biedaka. Nie, tamta historia nie była podobna do dzisiejszej. Nie mógł si(cid:428) uwolni(cid:421) od okropnego (cid:455)alu z powodu zabójstwa Holmgeira. A na domiar jeszcze i to, (cid:455)e Erlendowi zawdzi(cid:428)czał (cid:455)ycie. Nie wiedział, jakie nast(cid:428)pstwa z tego wynikn(cid:420), ale miał wra- (cid:455)enie, (cid:455)e teraz, odk(cid:420)d s(cid:420) skwitowani, wszystko musi si(cid:428) od- mieni(cid:421). W tym wzgl(cid:428)dzie wyrównaliby wi(cid:428)c swoje porachunki. Obaj jechali w milczeniu. Erlend tylko raz si(cid:428) odezwał: – Głupio było jednak z twojej strony, Szymonie, (cid:455)e(cid:445) nie po- my(cid:445)lał przede wszystkim o tym, aby dosta(cid:421) si(cid:428) do drzwi. – Jak to? – spytał Szymon krótko. – Dlatego, (cid:455)e(cid:445) ty był na dworze? – Nie – w głosie Erlenda zad(cid:454)wi(cid:428)czał (cid:445)miech. – Owszem, dlatego tak(cid:455)e, ale nie to miałem na my(cid:445)li. Przez ciasne drzwi mógłby przej(cid:445)(cid:421) najwy(cid:455)ej jeden człowiek na raz. A zdumiewa- j(cid:420)ce jest wprost, jak pr(cid:428)dko ludzie odzyskuj(cid:420) rozs(cid:420)dek, skoro tylko dostan(cid:420) si(cid:428) pod gołe niebo. Wydaje mi si(cid:428) nieomal cudem, (cid:455)e tylko jeden stracił (cid:455)ycie. Par(cid:428) razy pytał te(cid:455) Szymona o jego rany, ale ów odpowia- dał, (cid:455)e nie bardzo daj(cid:420) mu si(cid:428) we znaki, chocia(cid:455) piekły go po- rz(cid:420)dnie. Przyjechali na Formo pó(cid:454)nym wieczorem i Erlend wszedł ze ӥ szwagrem do izby. Radził mu zaraz nazajutrz posła(cid:421) do wójta pismo z doniesieniem o wypadku, aby jak najrychlej otrzyma(cid:421) list (cid:455)elazny. Erlend chciał natychmiast uło(cid:455)y(cid:421) owo pismo, Szy- monowi b(cid:428)dzie ci(cid:428)(cid:455)ko to zrobi(cid:421) z powodu ran na piersiach. – A jutro musisz pozosta(cid:421) w ło(cid:455)u i le(cid:455)e(cid:421) spokojnie, na pewno b(cid:428)dziesz miał troch(cid:428) gor(cid:420)czki – dodał. Ramborga i Arngjerda nie spały jeszcze, obie czekały na Szymona. Usadowiły si(cid:428) dla ciepła na ławie obok komina i nogi podci(cid:420)gn(cid:428)ły pod siebie; mi(cid:428)dzy nimi le(cid:455)ała szachownica. Wy- gl(cid:420)dały jak dwoje dzieci. 218 Zaledwie Szymon zacz(cid:420)ł opowiada(cid:421), co zaszło, (cid:455)ona pod- biegła do niego i zarzuciła mu ramiona na szyj(cid:428). Nachyliła jego głow(cid:428) ku swojej, przytuliła policzek do jego twarzy i (cid:445)ciskała tak mocno dło(cid:437) Erlenda, (cid:455)e (cid:445)miej(cid:420)c si(cid:428) rzekł, i(cid:455) nie przypusz- czał nigdy, by Ramborga miała tak(cid:420) sił(cid:428) w r(cid:428)kach. Za wszelk(cid:420) cen(cid:428) chciała zatrzyma(cid:421) m(cid:428)(cid:455)a na noc w izbie; sama b(cid:428)dzie przy nim czuwa(cid:421). Z płaczem niemal błagała o to. Potem Erlend oiarował si(cid:428) pozosta(cid:421) i spa(cid:421) z Szymonem, je(cid:445)li po(cid:445)l(cid:420) kogo(cid:445) z wie(cid:445)ci(cid:420) na Jørund. Ju(cid:455) i tak za pó(cid:454)no jecha(cid:421) do domu: – A szkoda, aby Krystyna na ten zi(cid:420)b tak długo nie kła- dła si(cid:428) spa(cid:421). Ona tak(cid:455)e czeka zawsze na mnie. Wy, córki Lav- ransa, jeste(cid:445)cie dobrymi gospodyniami. Kiedy m(cid:428)(cid:455)czy(cid:454)ni posilali si(cid:428) i pili, Ramborga siedziała przy- tulona do m(cid:428)(cid:455)a. Szymon głaskał od czasu do czasu jej r(cid:428)k(cid:428) i rami(cid:428), nieco zakłopotany, ale zarazem wzruszony jej miło- (cid:445)ci(cid:420) i obaw(cid:420) o niego. Szymon sypiał w czasie wielkiego postu w izbie Saemunda i kiedy m(cid:428)(cid:455)owie si(cid:428) tam udali, Ramborga poszła z nimi i postawiła im wielk(cid:420) konew z miodnym piwem na płytach paleniska. Izba Saemunda była niewielk(cid:420) komnat(cid:420) z paleniskiem, cie- pł(cid:420) i zaciszn(cid:420). Pnie u(cid:455)yte na jej budow(cid:428) były tak olbrzymie, (cid:455)e cztery zaledwie tworzyły (cid:445)cian(cid:428). Teraz było tu porz(cid:420)dnie zimno, lecz Szymon przyrzucił spory p(cid:428)k szczap na ogie(cid:437) i zagnał psa do ło(cid:455)a, by tam pole(cid:455)ał i zagrzał je. Przyci(cid:420)gn(cid:428)li do ognia nie ciosany pniak oraz ław(cid:428) z oparciem i rozsiedli si(cid:428) wygod- nie, przemarzli bowiem do szpiku ko(cid:445)ci podczas długiej jazdy, a w wielkiej izbie przy posiłku niezupełnie jeszcze odtajali. Erlend napisał list w imieniu Szymona. Potem zacz(cid:428)li si(cid:428) rozbiera(cid:421). Kiedy Szymon poruszył gwałtownie rami(cid:428), rany znowu zacz(cid:428)ły krwawi(cid:421); Erlend pomógł mu (cid:445)ci(cid:420)gn(cid:420)(cid:421) przez głow(cid:428) kaftan i zzu(cid:421) trzewiki. Erlend sam powłóczył z lekka zranion(cid:420) nog(cid:420); jest troch(cid:428) sztywna i wra(cid:455)liwa po je(cid:454)dzie, mó- wił, ale to rychło minie. Potem na pół rozebrani usiedli znowu na ławie przy ogniu; w izbie było teraz ciepło i miło, a w konwi pozostało jeszcze sporo piwa. – Wydaje mi si(cid:428), (cid:455)e bierzesz sobie t(cid:428) spraw(cid:428) zbytnio do serca, Szymonie – odezwał si(cid:428) Erlend. Siedzieli przez chwil(cid:428) w mil- 219 czeniu spogl(cid:420)daj(cid:420)c w ogie(cid:437). – (cid:406)wiat naprawd(cid:428) nie poniesie wielkiego uszczerbku przez (cid:445)mier(cid:421) tego Holmgeira. – Sira Moj(cid:455)esz innego b(cid:428)dzie zdania – rzekł cicho Szymon. – To starowina i zacny proboszcz. Erlend kiwał powa(cid:455)nie głow(cid:420). – Niemiło mie(cid:421) wroga w takim człowieku, zwłaszcza (cid:455)e to najbli(cid:455)szy s(cid:420)siad. A poza tym wiesz przecie(cid:455), (cid:455)e mam cz(cid:428)sto wiele spraw tam w gminie – dodał Szymon. – Ach, co(cid:445) takiego mo(cid:455)e si(cid:428) przecie łatwo wydarzy(cid:421) ka(cid:455)demu z nas. Na pewno nało(cid:455)(cid:420) ci okup w wysoko(cid:445)ci dziesi(cid:428)ciu do dwu- nastu marek w złocie. Pewnie, pewnie, z biskupem Halvardem nie ma (cid:455)artów, gdy spowiada zabójc(cid:428), a ojciec młodzie(cid:437)ca jest jednym z jego ksi(cid:428)(cid:455)y, ale przetrzymasz i to. Szymon nic nie mówił. Erlend zacz(cid:420)ł wi(cid:428)c znowu: – I ja te(cid:455) pewnie b(cid:428)d(cid:428) musiał płaci(cid:421) jak(cid:420)(cid:445) grzywn(cid:428) – u(cid:445)miech- n(cid:420)ł si(cid:428) słabo – a nie posiadam na norweskiej ziemi nic poza tym dworem na Dovre. – Jak wielki jest dwór Haugen? – zapytał Szymon. – Nie pami(cid:428)tam ju(cid:455) dobrze, podane jest w dokumentach. Ale ludzie uprawiaj(cid:420)cy tam rol(cid:428) zbieraj(cid:420) zaledwie troch(cid:428) siana. Nikt nie chce tam mieszka(cid:421), domy po prostu wal(cid:420) si(cid:428). Wiesz przecie, ludziska baj(cid:420), (cid:455)e moja ciotka i pan Bjørn strasz(cid:420) tam po (cid:445)mierci. Wiem zreszt(cid:420), (cid:455)e za ten dzisiejszy mój czyn otrzymam pi(cid:428)kn(cid:420) podzi(cid:428)k(cid:428) od (cid:455)ony. Krystyna miłuje ci(cid:428) tak bardzo, Szy- monie, jak gdyby(cid:445) był jej rodzonym bratem. Szymon siedz(cid:420)cy w cieniu u(cid:445)miechn(cid:420)ł si(cid:428) ledwie dostrze- galnie. Cofn(cid:420)ł nieco pniak, na którym siedział, i osłaniał oczy przed bij(cid:420)cym (cid:455)arem. Erlend jednak cieszył si(cid:428) z gor(cid:420)ca jak kot; siedział tu(cid:455) obok ogniska wcisn(cid:420)wszy si(cid:428) w k(cid:420)t ławy, r(cid:428)k(cid:428) oparł o por(cid:428)cz, a rann(cid:420) nog(cid:428) wyci(cid:420)gn(cid:420)ł przed siebie. – Kiedy(cid:445) w jesieni tak pi(cid:428)knie o tym mówiła – odezwał si(cid:428) Szymon po chwili; co(cid:445) jakby drwina zabrzmiała w jego głosie. – A (cid:455)e jest nam wiern(cid:420) siostr(cid:420), okazała dowodnie ubiegłej je- sieni, kiedy nasz syn zaniemógł – ci(cid:420)gn(cid:420)ł powa(cid:455)nie, ale potem znowu szyderczym tonem dodał: – Teraz, Erlendzie, dotrzy- mali(cid:445)my sobie wzajem wiary, jak przysi(cid:428)gli(cid:445)my wówczas, kiedy 220 zło(cid:455)yli(cid:445)my prawice w r(cid:428)k(cid:428) Lavransa i (cid:445)lubowali(cid:445)my po brater- sku strzec si(cid:428) wzajemnie. – Tak – odparł Erlend wzruszony. – I ja, ja równie(cid:455), Szymo- nie, ciesz(cid:428) si(cid:428) z tego dnia. – Przez chwil(cid:428) siedzieli w milczeniu. Potem Erlend jakby badawczo wyci(cid:420)gn(cid:420)ł r(cid:428)k(cid:428). Szymon uj(cid:420)ł j(cid:420) i palce ich splotły si(cid:428) w twardym u(cid:445)cisku. Cofn(cid:428)li si(cid:428) i usiedli nieco zakłopotani na swoich miejscach. Po długim czasie Erlend przełamał milczenie. Dobr(cid:420) chwil(cid:428) siedział wsparłszy brod(cid:428) na dłoni i wpatrywał si(cid:428) w ogie(cid:437); teraz tylko od czasu do czasu roz(cid:455)arzał si(cid:428) mały płomyk i pełgał po zw(cid:428)glonych bierwionach, które z cichym, łamliwym westchnie- niem p(cid:428)kały i rozsypywały si(cid:428). Wkrótce na palenisku pozostał tylko czarny w(cid:428)giel i ciemny, spopielały (cid:455)ar. Erlend rzekł cicho: – Tak wielkodusznie post(cid:420)piłe(cid:445) wobec mnie, Szymonie Darre, (cid:455)e s(cid:420)dz(cid:428), i(cid:455) niewielu tylko m(cid:428)(cid:455)ów mogłoby si(cid:428) równa(cid:421) z tob(cid:420). Ja… ja… nie zapomniałem. – Zamilcz, Erlendzie, nie wiesz… Tylko Bóg jeden wie – szepn(cid:420)ł z udr(cid:428)k(cid:420) i l(cid:428)kiem – o wszystkim, co (cid:455)yje w my(cid:445)lach człowieka. – Tak jest – rzekł Erlend równie cicho i powa(cid:455)nie. – Nam wszystkim bardzo potrzeba, aby nas s(cid:420)dził miłosiernie. Ale m(cid:420)(cid:455) winien s(cid:420)dzi(cid:421) drugiego m(cid:428)(cid:455)a po czynach. A ja… ja… Bóg niechaj ci wynagrodzi, szwagrze! Odt(cid:420)d siedzieli zupełnie cicho nie maj(cid:420)c odwagi nawet si(cid:428) poruszy(cid:421), aby ich wstyd nie zmia(cid:455)d(cid:455)ył. A(cid:455) Erlend gwałtownie opu(cid:445)cił r(cid:428)k(cid:428) na kolano; rozbłysn(cid:420)ł nagle gor(cid:420)cym niebieskim migotem kamie(cid:437) w pier(cid:445)cieniu na wskazuj(cid:420)cym palcu. Szymon wiedział, (cid:455)e pier(cid:445)cie(cid:437) ten dostał Erlend od Krystyny, kiedy go wypuszczono z wi(cid:428)zienia. – Lecz nie zapominaj, Szymonie – powiedział cicho – o tym, co mówi stara prawda: niejednemu przypada w udziale to, co przeznaczone było drugiemu, ale nikomu los drugiego. Szymon gwałtownym podrzutem podniósł głow(cid:428). Krew napływała mu do twarzy, (cid:455)yły na skroniach nabrzmiały niby w(cid:428)(cid:454)laste powrozy. 221 Erlend przygl(cid:420)dał mu si(cid:428) przez chwil(cid:428), potem pr(cid:428)dko spu- (cid:445)cił oczy. I on si(cid:428) zaczerwienił; dziwnie delikatny, dziewcz(cid:428)cy rumieniec rozlał si(cid:428) pod smagło(cid:445)ci(cid:420) cery. Siedział cichy, nie- (cid:445)miały, zmieszany, z otwartymi nieco dziecinnie ustami. Szymon podniósł si(cid:428) raptownie, podszedł do ło(cid:455)a. – S(cid:420)dz(cid:428), (cid:455)e najlepiej ci b(cid:428)dzie po stronie zewn(cid:428)trznej – usi- łował mówi(cid:421) spokojnie i oboj(cid:428)tnie, ale głos mu dr(cid:455)ał. – Nie, połó(cid:455) si(cid:428), jak chcesz – rzekł Erlend bezd(cid:454)wi(cid:428)cznie. Wstał. – A ogie(cid:437)? – spytał zakłopotany. – Czy mam go nakry(cid:421) popiołem? – Chwycił pogrzebacz. – Po(cid:445)piesz si(cid:428) i kład(cid:454) si(cid:428) spa(cid:421) – rzekł Szymon jak poprzed- nio. Serce tłukło mu si(cid:428) w piersi tak gło(cid:445)no, (cid:455)e prawie mówi(cid:421) nie mógł. W ciemno(cid:445)ci wczołgał si(cid:428) Erlend bez szmeru jak cie(cid:437) po- mi(cid:428)dzy skóry i poło(cid:455)ył si(cid:428) całkiem na brzegu ło(cid:455)a cicho niby le(cid:445)ny zwierz. Szymonowi zdawało si(cid:428), (cid:455)e si(cid:428) udusi, gdy poczuł tamtego w swym ło(cid:455)u.  ɶ Co roku na Wielkanoc Szymon wyprawiał wielk(cid:420) biesiad(cid:428) na Formo dla mieszka(cid:437)ców doliny. Trzeciego dnia po mszy zje(cid:455)- d(cid:455)ali si(cid:428) s(cid:420)siedzi tłumnie na dwór i pozostawali a(cid:455) do czwartku. Krystyna nigdy nie lubiła tych biesiad. Im wi(cid:428)kszy wrzask i hałas panował podczas uczty, tym bardziej radzi byli Szymon i Ramborga. Szymon prosił zawsze go(cid:445)ci, aby przywozili dzieci, czelad(cid:454) oraz dzieci czeladzi, słowem, wszystko, co mogło ru- szy(cid:421) si(cid:428) z domu. Pierwszego dnia było jeszcze cicho i spokojnie; jedynie starsi i powa(cid:455)ni chłopi zabierali głos, młodzie(cid:455) przy- słuchiwała si(cid:428), jadła i piła, małe dzieci za(cid:445) znajdowały si(cid:428) w in- nym domostwie. Ale ju(cid:455) drugiego dnia pan domu obchodził dwór i zach(cid:428)cał młodzie(cid:455) i dzieci do picia i zabawy, niebawem te(cid:455) (cid:455)arty stawały si(cid:428) tak dzikie i zuchwałe, (cid:455)e niewiasty i dzie- wuchy kryły si(cid:428) po k(cid:420)tach, cisn(cid:428)ły si(cid:428) do siebie i parskały (cid:445)mie- chem, ka(cid:455)dej chwili gotowe do ucieczki; co zacniejsze gospody- nie chroniły si(cid:428) do izby Ramborgi, gdzie matki ju(cid:455) poprzednio uło(cid:455)yły dzieci, wyprowadziwszy je ze zgiełku wielkiej izby. 222 Zabawa, któr(cid:420) m(cid:428)(cid:455)czy(cid:454)ni najbardziej lubili, polegała na na- (cid:445)ladowaniu thingu; odczytywano pozwy, wyst(cid:428)powano ze skar- gami i obwieszczano ustawy i wyroki, przy czym jednak prze- kr(cid:428)cano słowa i mówiono wszystko na opak. Audun syn Tor- berga odczytał pismo króla Haakona do kupców w Bjørgvinie, okre(cid:445)laj(cid:420)ce, ile mog(cid:420) (cid:455)(cid:420)da(cid:421) za m(cid:428)skie skórznie, a ile za przedni(cid:420) skór(cid:428) na ci(cid:455)my niewie(cid:445)cie, dalej o rzemie(cid:445)lnikach wyrabiaj(cid:420)cych miecze oraz małe i wielkie tarcze – ale mieszał wyrazy tak, (cid:455)e wynikało z tego tylko (cid:445)mieszne i dwuznaczne gadanie. Zabawa ko(cid:437)czyła si(cid:428) zwykle w ten sposób, (cid:455)e nikt ju(cid:455) nie zwracał uwagi na to, co mówił. Krystyna przypominała sobie z czasów dzie- ci(cid:437)stwa, (cid:455)e ojciec nie znosił nigdy (cid:455)artów, które przemieniały si(cid:428) w kpiny z Ko(cid:445)cioła lub słu(cid:455)by Bo(cid:455)ej, wiele natomiast miał uciechy, kiedy on sam i jego go(cid:445)cie skakali po stołach i ławach wykrzykuj(cid:420)c przy tym w(cid:445)ród (cid:445)miechu najrozmaitsze, bynaj- mniej nie dworne głupstwa. Poza tym Szymon lubił najbardziej takie zabawy, podczas których kto(cid:445) z zawi(cid:420)zanymi oczyma musiał szuka(cid:421) no(cid:455)a w po- piele albo te(cid:455) dwóch ludzi miało ustami wyławia(cid:421) kawałki mio- downika z wielkiej kadzi piwnej. Go(cid:445)cie stoj(cid:420)cy naokoło usiło- wali pobudzi(cid:421) ich do (cid:445)miechu, tak (cid:455)e piwo tryskało na wszyst- kie strony. Albo te(cid:455) mieli z(cid:428)bami wydoby(cid:421) pier(cid:445)cie(cid:437) ze skrzyni z m(cid:420)k(cid:420). Nie dziwota, (cid:455)e izba wygl(cid:420)dała wkrótce jak chlew. Tego roku na Wielkanoc zrobiła si(cid:428) przepi(cid:428)kna wiosenna pogoda. We (cid:445)rod(cid:428) od wczesnego rana sło(cid:437)ce grzało mocno i (cid:445)wieciło, zaraz wi(cid:428)c po rannym posiłku wylegli wszyscy na dziedziniec. Zamiast jednak owych głupich swawoli i (cid:455)artów młodzie(cid:455) zacz(cid:428)ła gra(cid:421) w piłk(cid:428), strzela(cid:421) do tarczy i przeci(cid:420)ga(cid:421) lin(cid:428), potem bawiono si(cid:428) w (cid:445)lep(cid:420) babk(cid:428); wreszcie nakłoniono Geirmunda z Kruke, aby za(cid:445)piewał i zagrał na harie, i wtedy wszyscy, starzy i młodzi, pu(cid:445)cili si(cid:428) w tany. Na polach le(cid:455)ał jesz- cze (cid:445)nieg, ale olszyna br(cid:420)zowiła si(cid:428) ju(cid:455) od rozkwitaj(cid:420)cych p(cid:420)- ków, a promienie słoneczne ogrzewały ka(cid:455)dy wolny od (cid:445)niegu szmat ziemi. Kiedy po wieczerzy wyszli na dwór, w powietrzu unosił si(cid:428) (cid:445)wiergot ptaków; rozpalili wielki stos chrustu przed ku(cid:454)ni(cid:420), (cid:445)piewali i ta(cid:437)czyli do pó(cid:454)nej nocy. Nazajutrz go(cid:445)cie spali dłu(cid:455)ej; pó(cid:454)niej te(cid:455) ni(cid:454)li zazwyczaj opu(cid:445)cili Formo. Ludzie 223
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Krystyna córka Lavransa. Część II
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: