Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00444 013994 15966625 na godz. na dobę w sumie
Ksiądz w roku 1839 - ebook/epub
Ksiądz w roku 1839 - ebook/epub
Autor: Liczba stron: 246
Wydawca: Jamakasz Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-66268-14-2 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dla dzieci i młodzieży
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Nantes, marzec roku 1839. W podupadłym, chylącym się ku ruinie kościółku Świętego Mikołaja zgromadził się rzadko tu widywany tłum wiernych. Powodem tak gromadnego przybycia jest wizyta kaznodziei, który wracając z pielgrzymki do Ziemi Świętej, pragnie wygłosić kazanie dla mieszkańców Nantes, podzielić się z nimi wspomnieniami z miejsc najświętszych dla chrześcijanina. Czemu na miejsce swego kazania wybrał akurat tę, a nie inną świątynię Nantes, tego nikt z zebranych nie wie. Podczas gdy nieludzko stłoczeni ludzie z rosnącą niecierpliwością oczekują przybycia kaznodziei, urywa się stary dzwon wzywający wiernych na kazanie. Jego upadek wstrząsa starą świątynią, która lada chwila grozi zawaleniem. Wybucha panika, uciekający z ciasnego wnętrza ludzie tratują jedni drugich. Są zabici i ranni. Tak zaczyna się pierwsza powieść Juliusza Verne’a, nad którą początkujący pisarz, wówczas niespełna dwudziestoletni, pracował w latach 1846-1847, a której nigdy nie ukończył. Jej rękopis odnaleziono w zbiorach spadkobierców Verne’a, które zostały odkupione przez Nantes, rodzinne miasto pisarza. Po raz pierwszy ukazała się drukiem w Manuskryptach nantejskich w 1991 roku pod tytułem Ksiądz w roku 1835. Powieść przesycona atmosferą tajemniczości i grozy, w której nie brak mrocznych sekretów z przeszłości, gwałtownych namiętności, zbrodni, zemsty, czarnej magii, w której występuje demoniczny bohater i jego szlachetny antagonista, i oczywiście piękna, niewinna dziewczyna, to w czystej postaci romans grozy, na pierwszy rzut oka zaskakujący w dorobku autora kojarzonego głównie z literaturą podróżniczą i fantastycznonaukową. Gdy jednak spojrzeć na mniej dziś poczytne powieści i opowiadania Verne’a, a nawet na te należące do głównego kanonu jego pisarstwa, można zauważyć, że niektóre wątki i motywy w nich obecne miały swoje zalążki w owym właśnie młodzieńczym Księdzu. Należą do nich bohaterowie opętani chorobliwą żądzą bogactwa i panowania nad światem, którzy dla osiągnięcia tego celu nie wahają się wstąpić w służbę Zła, klarowny podział na ludzi szlachetnych i nikczemnych, wreszcie sposób rysowania postaci kobiecych. Tyle że w dojrzałej twórczości motywy te poddane są pisarskiej dyscyplinie, lepiej umotywowane psychologicznie, oczyszczone z charakterystycznej dla młodości przesady, a miejsce czarnej magii jako narzędzia panowania nad światem zajmuje współczesna technika i potęga ponadprzeciętnego umysłu. Choć sam pisarz nigdy wprost do swojej młodzieńczej powieści nie wrócił, dla miłośników twórczości „Czarodzieja z Nantes” lektura jego wczesnego tekstu będzie z pewnością cennym przyczynkiem do refleksji nad tym, jak rozwijała się obfita i wbrew stereotypowej opinii różnorodna twórczość Juliusza Verne’a.

Seria wydawnicza „Biblioteka Andrzeja” zawiera ponad 50 powieści Juliusza Verne’a i z każdym miesiącem się rozrasta. Publikowane są w niej tłumaczenia utworów dotąd niewydanych, bądź takich, których przekład pochodzący z XIX lub XX wieku był niekompletny. Powoli wprowadzane są także utwory należące do kanonu twórczości wielkiego Francuza. Wszystkie wydania są nowymi tłumaczeniami i zostały wzbogacone o komplet ilustracji pochodzących z XIX-wiecznych wydań francuskich i przypisy. Patronem serii jest Polskie Towarzystwo Juliusza Verne’a.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:



Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej... Juliusz Verne KSIĄDZ W ROKU 1839 Juliusz Verne KSIĄDZ W ROKU 1839 Przełożył i przypisami opatrzył Krzysztof Jagusiak Sześćdziesiąta siódma publikacja elektroniczna wydawnictwa JAMAKASZ Tytuł oryginału francuskiego: Un Prêtre en 1839 © Copyright for the Polish translation by Krzysztof Jagusiak, 2019 23 ilustracje, w tym 5 kart tablicowych kolorowych: Damian Christ © Copyright for the inside illustrations by Damian Christ, 2019 Redakcja: Marzena Kwietniewska-Talarczyk Korekta: Andrzej Zydorczak Konwersja do formatów cyfrowych: Mateusz Nizianty Patron serii „Biblioteka Andrzeja”: Polskie Towarzystwo Juliusza Verne’a Wydanie I © Wydawca: JAMAKASZ Ruda Śląska 2019 ISBN 978-83-66268-14-2 Wstęp Drodzy Czytelnicy! Dzisiaj pragnę zabrać Was do Nantes, rodzinnego miasta Juliusza Verne’a, ale Nantes z pierwszej połowy XIX wieku, bardzo zróżnicowa- nego miasta, którego właśnie taki obraz pozostał w pamięci z dziecin- nych lat autorowi Tajemniczej wyspy. Będziemy śledzić losy głównego bohatera Jules’a Deguaya, początkującego prawnika, jego najlepszego przyjaciela Michela Randeau, a także zupełnie przeciwstawnego im osob- nika Pierre’a Hervégo. Jaki wpływ na ich dalsze postępowanie, na ich ży- cie będą miały wydarzenia, do których doszło w Nantes w 1839 roku? Tego dowiemy się z kart tej powieści. Ksiądz w roku 1839, pierwsza powieść Julka, napisana w latach w la- tach 1846-1847, gdy pisarz miał zaledwie około dziewiętnastu lat, znacz- nie różni od jego późniejszych utworów, które przecież tak dobrze znamy i którymi nadal się zaczytujemy. Należy raczej do poprzedniej epoki i w swoim wydźwięku przypomina w gruncie rzeczy powieść gotycką, z jej prawie wszystkimi charakterystycznymi elementami. Niestety nie została dokończona. Została przerwana w momencie, gdy mogły się wyjaśnić przyczyny postępowania tytułowego księdza, czyli Pierre’a Hervégo, opisane w jego pamiętniku… Dalej już tylko Szanowny Czytelnik mo- że, jeśli będzie tego chciał, dopowiedzieć sobie dalszy ciąg historii i po- prowadzić akcję tak, jak będzie mu się podobało. Utwór został odnaleziony w zbiorach spadkobierców Juliusza Verne’a, które zostały odkupione przez miasto Nantes. Po raz pierwszy ukazał się w Manuskryptach nantejskich w 1991 roku pod tytułem Ksiądz w roku 1835. We Francji po raz drugi jego poprawiona wersja, pod tytułem Ksiądz w roku 1839 ukazała się w roku 1992 nakładem wydawnictwa cherche midi, z 26 ilustracjami Tardiego. Pierwszy polski przekład został oparty na tym drugim wydaniu. Do- łączono do niego ilustracje wykonane przez Damiana Christa. Mam na- dzieję, że mimo wszelkich niedoskonałości tekstu, czasami zagmatwanej akcji, polscy Czytelnicy z zainteresowaniem zapoznają się z tą powie- ścią, gdyż będą mogli uzmysłowić sobie, jakie były początki sławy francu- skiego powieściopisarza. Andrzej Zydorczak Pierwsza powieść pisarza – zwłaszcza kiedy zwiastuje ona doniosłą twórczość – bywa z wielu względów znacząca. Przede wszystkim pra- wie zawsze zawiera elementy autobiografii, co Czytelnikowi dostarcza wiedzy o osobowości autora. W jej treści napotka się też już pomysły, sytuacje, postacie, sceny, które odnajdziemy w późniejszych książkach, wprawdzie przystosowane, przekształcone, wzmocnione lub zredukowane, lecz przecież obecne. To trochę tak, jakby pisarz znaczył swą twórczość nieusuwalnym odciskiem własnej pieczęci. Powyższe uwagi stosują się w pełni do pierwszej, dotychczas niepublikowanej powieści Juliusza Ver- ne’a Ksiądz w roku 1839, którą mamy przyjemność oddać w ręce na- szych Czytelników. Akcja rozgrywa się w Nantes, rodzinnym mieście pisarza. Główny bohater, Jules Deguay, nosi imię autora i podobnie jak on jest począt- kującym prawnikiem. Wymieniony w tytule potępiony ksiądz otwiera w twórczości Verne’a długi orszak postaci prześladowanych szaleństwem dominacji nad światem, jak kapitan Nemo lub Robur Zdobywca, by wy- mienić tylko ich… W książce tej znajdujemy też już kilka znaczących scen zaczerpniętych z rzeczywistego świata podlegającego ścisłemu i przed- miotowemu opisowi. Ten sposób prezentacji obecny będzie w całej twór- czości Verne’a. Natomiast jeśli chodzi o wyobraźnię, to młody pisarz (miał wówczas zaledwie dziewiętnaście lat) dostarcza na nią tutaj bardzo wyra- zistych dowodów. Tym niemniej jego pierwsza powieść bliższa jest niektórym osiemna- stowiecznym angielskim powieściom gotyckim lub francuskim przygodo- wym z dziewiętnastego wieku niż cyklowi Niezwykłych Podróży, który ugruntował sławę Verne’a. To zaskakuje. Nas również zaskoczyło to pod- czas pierwszego czytania rękopisu. Podobnej niespodzianki życzymy czytelnikom. Widać, że powieść jest niedokończona, tekst bywa zagma- twany, ale intryga jest wystarczająco spójna, by każdy mógł wymyślić zakończenie lub chociaż je sobie wyobrazić podług własnego rozumie- nia całości. Wydawcy [wydawnictwo cherche midi] Rozdział I Stary kościół Świętego Mikołaja w Nantes – Tragiczne rekolekcje, na które zapowiedziany kaznodzieja nie przybywa – Cudowne uratowanie dziewczyny – Widmo czarownicy ieczorem dwunastego marca roku pańskiego 1839 nadpęknięty W dzwon starego kościoła Świętego Mikołaja wzywał wier- nych na wielkopostne rekolekcje. A nie działo się to w owych świę- tej pamięci czasach, gdy Karol Wielki1 pisał: Si quis sacrum quadragesimale jejunium, pro despectu Christia- nitatis, contempserit et carnem comederit, morte moriatur, sed tamen consideretur à sacerdote ne fortè causâ necessitatis hoc cuilibet prove- niat et carnem comedat.2 Wierni przybywali bardzo licznie, sława kaznodziei bowiem i nastrój zapadającego zmierzchu dodatkowo u jednych wzmagały pobożność, a u innych skrywały obłudę poszanowania bliźniego. Rekolekcje były zarówno dla kobiet, jak i dla mężczyzn. Cała parafia, powiększona o tłum przybyły z parafii sąsiedzkich, wtłaczała się wymieszanymi pobożnymi falami pod ciemny portyk3 kościoła Świętego Mikołaja. 1 Karol Wielki (742 lub 747-814) – król Franków od 768 roku, święty cesarz rzymski od 800 roku; twórca rozległego imperium na zachodzie Europy; przywrócił tytuł cesarski po upadku cesarstwa zachodniorzymskiego. 2 Siquis sacrum… (łac.) – Jeśli ktokolwiek znieważy Wielki Post i wzgardzi chrześcijań- skimi prawami poprzez jedzenie mięsa, zasługuje na śmierć, jednakże niech kapłan sprawdzi, czy nie nastąpiło to z powodu wyższej konieczności – cytat z ogłoszonego w roku 789 przez władcę państwa Franków, króla (późniejszego cesarza) Karola Wiel- kiego zbioru praw (kapitularza) dotyczącego życia religijnego [przyp. J. Verne’a]. 3 Portyk – zewnętrzna część budowli wysunięta ku przodowi albo wgłębiona, otwarta przynajmniej z jednej strony rzędem kolumn lub filarów, osłaniająca zwykle główne wejście. ~ 8 ~ Była to bardzo stara budowla. Z pewnością pieczęć z epoki, w któ- rej ją wzniesiono, nie pozostawiła śladu na jej wielowiekowych, nisz- czejących i zmęczonych murach. Panowała tam i rzucała się w oczy nieregularność. Niskie i ciężkie sklepienie przygniatało szeroki i gru- by filar, rozpłaszczony jak słoniowa noga, niedający się przypisać do żadnego porządku architektonicznego. Drugi filar, chudy i kościsty, prawdziwa kamienna trzcina, wraz z innym podobnym mu – przy- najmniej co do wysokości – filarem wspierał rodzaj architrawu1, bę- dącego przeciwległą pierwszemu filarowi podstawą wspomnianego sklepienia. Pozostałe narożniki stropu podtrzymywały niemniej zde- formowane kamienne konstrukcje. *** Przedłużeniem sklepienia z litego kamienia było sklepienie drewniane, wspierające się na konstrukcji z belek przyozdobionych inkrustacjami, przycięciami, wycięciami i rzeźbami tysięcy figurek pozbawionych jakiejkolwiek regularności. Widziało się głowę po- twora z rozpłaszczonym nosem, ohydnie otwartą gębą wypełnioną nieludzkimi kłami, z najeżonymi włosami, pokręconymi i wznie- sionymi, a zarazem wygładzonymi i przyklepanymi, słowem: hy- brydową fryzurę, której stylu nie byłby w stanie określić nawet najbieglejszy w swej sztuce nowoczesny perukarz. Tuż obok ukazywa- ła głowa cherubina przerażonego okropną twarzą potwora i płaczą- cego ze strachu (talent rzeźbiarza potrafił bowiem wydobyć z drewna łzy). Splątane z sobą elementy konstrukcji wyglądały niczym las po- krzywionych drzew, wzajemnie powiązanych, splecionych, połączo- nych i zespolonych. Oko widziało tam jedynie nieład, mieszaninę i cha- os. W jednym miejscu spostrzegało głowę maszkarona2 a w innym – łeb morskiej ryby wyrzeźbiony na jednej ze wspierających belek. W ową niewiarygodną strukturę wpisywała się cała historia ar- chitektury. Widziało się tam prymitywną konstrukcję szkieletową 1 Architraw – główna belka budowli, w architekturze antycznej spoczywająca na ko- lumnach; podtrzymuje fryz lub dach. 2 Maszkaron – stosowany w rzeźbie architektonicznej dekoracyjny element w kształ- cie zdeformowanej głowy; w oryginale francuskim autor pisze o gargulcu lecz te zwieńczały wyloty rynien i znajdowały się na zewnątrz budowli. Wierni przybywali bardzo licznie. ~ 9 ~ z ledwo ociosanymi belami, w jednych miejscach wydrążonymi, w innych – nierównymi i sękatymi. Gdzieś tam jakaś przypora nie- zręcznie i niezgrabnie wspierała olbrzymi kloc, który z powodu swej grubości i nacisku miast czynić budowlę stabilniejszą, bardziej zwartą i solidniejszą, groził jej zawaleniem z powodu swej wagi. Kiedy ten ogromny montaż zaczął opadać, wzmacniano go, podno- szono, podtrzymywano i mocowano nowymi szkieletowymi konstruk- cjami nakładającymi się jedne na drugie. Mury starego i chylącego się ku upadkowi budynku gniecione ową gigantyczną bezkształtną masą zdawały się słabnąć i ustępować pod ich olbrzymim, przytłaczającym ciężarem. Szkieletowa konstrukcja, podtrzymując kilka zadaszeń, które zastę- powały sklepienia, zmierzała dalej w ciemną głębię starej dzwonnicy. W jej wysokich, spękanych i zbutwiałych wnękach zatracały się nie- zliczone szczegóły drewnianej struktury, owa mnogość przedziałów i zazębień. Postawiona w pierwszym z brzegu miejscu dzwonnica smutnie wznosiła w zadymionym powietrzu, które czerniło ją każ- dego dnia, swe pokrycie z łupku dachowego1. Sanktuarium zdawało się kompletnie opuszczone. W tym świę- tym domostwie zamieszkiwał tylko jeden dzwon, który przez długi czas królował okolicznym dzwonnicom, długi czas obdarzał uczu- ciem, pocieszał i urzekał jakiegoś starego zakrystiana, kołyszącego się przy jego niedzielnych dźwiękach. Na wszystko jednak przychodzi kres i podupadła parafia zmuszona została nakazać ciszę staremu przy- jacielowi. Rzeźbione głowy, które wsuwały się do wnętrza dzwonnicy, ze smutkiem i apatią patrzyły na zestarzałego mieszkańca dźwięko- wej wieży. Tymczasem on, cichy, niemy, nieszczęśliwy, pojękiwał już tylko od czasu do czasu i swym złamanym, drżącym, wzdychającym głosem wzywał na jakąś mszę czytaną lub ubogi pogrzeb. Jeśli ode- zwał się w niedzielę, to jakże nieśmiało jego zniszczony, słaby, wą- tły i cierpki dźwięk wznosił się podczas ogłuszającego, grzmiącego i rezonującego koncertu, jaki urządzały pełne wdzięku i życia, wypie- lęgnowane dzwony pobliskich parafii. 1 Łupek dachowy – kamienne naturalne płytki używane do pokrycia dachu. ~ 10 ~ Ach! To były piękne czasy, gdy stara konstrukcja, na której wi- siał nasz biedny dzwon, trzeszczała i prężyła muskuły w trakcie bujania się ich przyjaciela! Czasami delikatnie kołysany wzdychał, skarżąc się poważnie i melancholijnie, a poczciwi mieszczanie z tam- tych czasów zatrzymywali się nieraz na niewielkim placu przed ko- ściołem i upajali jego magicznym brzmieniem. Innym razem mocno rozhuśtany posyłał daleko oszałamiający strumień swych pospiesz- nych, dyszących i wyczerpanych dźwięków przenikliwego hałasu, który wprawiał w drżenie starą dzwonnicę kościoła. Zatem dzień, w którym zniszczony, opuszczony niczym stary in- walida dzwon odzyskał swoje dawne brzmienie, musiał być dniem wyjątkowym. Co takiego sprawiło, że zwarty, ciekawy i niemal za- dumany tłum otaczał stary kościół, wkraczał doń i nań napierał? W czasach, gdy regularność układu miasta nie stała się jeszcze jedną z życiowych potrzeb, ozdobę starego kościoła stanowił plac, o którym wspomniałem. Dziś nie pozostał po nim nawet ślad. Wtedy gdy plac istniał, iluż naszych przodków zatrzymywało się na nim przed wiekową budowlą, przyglądając się jej, analizując ją, obmacując wzrokiem, szperając w niej, badając, rozkładając ją i skła- dając z powrotem. Zastanawiali się, męczyli i drapali po głowie, by od- kryć: jedni – jaki był kształt tego budynku i do czego był podobny, drudzy – dlaczego cała jego konstrukcja jest tak niejednolita, inni – dlaczego dzwonnica znajduje się na boku kościoła, jeszcze inni – dla- czego dachy zarówno wysokie, jak i zaokrąglone oraz rozpłaszczone, ale też mansardowe i ostrołukowe przyozdabiają tę budowlę swym tysiącem różnorodnych, niespójnych i nieprzystających struktur? Nie rozumiano, że bez żadnego powodu można wznieść budynek, stosu- jąc tysiąc różnych rozwiązań konstrukcyjnych niczym z płaszcza arlekina! Te wszystkie odmienne elementy powiązane były z sobą żelazną armaturą poprzez wymuszane sposoby połączeń, których nie dało się ukryć. Nie było żadnych bezpośrednich linii, poziomych płaszczyzn, warstw budowanych według poziomnicy. W celu spoje- nia wszystkiego w całość należało lawirować, przycinać i ujmować, by włączyć taką lub inną krawędź, linię bądź płaszczyznę. ~ 11 ~ Zatem przodkowie nasi zatrzymywali się i zastanawiali, czemu to wszystko zostało tak spiętrzone, stłoczone i ułożone jedno na drugim. My nie będziemy się tym zajmować, nas interesuje coś innego. Zresztą, żeby obejrzeć starą budowlę, wystarczy do niej wejść, a z ze- wnątrz – popatrzeć na nią z sąsiednich dachów. Plac przestał istnieć, zapełniły go domy przylegające do siebie i opie- rające się o kościół. Domy, równie brzydkie jak on, naśladowały jego kontury i kształty, jego elementy obniżone, wstawione i wysunięte. Wzorowały się i kształtowały podług struktury starej sterty kamieni. Sprawiały wrażenie, że pragną schować to, co okropne. Toteż owe nieco nowsze budynki uformowane na podobieństwo starej struktu- ry mogły zaoferować jedynie ohydne kryjówki, jamy, ponure nory, w których nieszczęśnik chował swą nędzę, złodziej rezultaty swego kunsztu, bandzior mordował zwabione tam ofiary, a upadła dziew- czyna taiła prostytucję. Jakie siedziby, tacy mieszkańcy. Tłum przybywał i mrowił się w ciasnych przejściach i mrocz- nych korytarzach, niepewnie rozjaśnianych oknami o zaplamionych, kolorowo pstrokatych szybach przypominających zaropiałe oczy. Zwarta, ścieśniona ludzka masa, na ogół milcząc, tłoczyła się, potrącała, potykała, popychała i przewracała. Z łokciami do przodu i wzniesionymi głowami ludzie zapierali się na rozstawionych nogach, przypierali wzajemnie do muru, stąpali po stromych i zniszczonych stopniach zrujnowanych schodów. Dusząc się i cisnąc, raniąc dłonie o ostre ściany, postępowano powoli, raz wstępując, raz zstępując, krok w górę, krok w dół, a to dając się ponieść, a to będąc odepchniętym. Jedyna istniejąca brama, niska i rozdzielona na dwa wejścia ka- miennym filarem zwieńczonym oszpeconym posągiem błogosła- wionego świętego Mikołaja1, czyniła wstęp do wnętrza nad wyraz trudnym. 1 Święty Mikołaj (Mikołaj z Miry, znany również jako Mikołaj z Bari) – święty w Kościele katolickim i prawosławnym; najstarsze przekazy o nim pochodzą z VI wieku; we- dług średniowiecznej hagiografii żył na przełomie III i IV wieku, był biskupem Miry w Licji, wsławił się cudami oraz pomocą potrzebującym; przez wieki jeden z najbardziej czczonych świętych; największe jego sanktuarium znajduje się we włoskim Bari. ~ 12 ~ Prowadziły do niej dwie ciemne aleje. Pierwszą z nich, zatłoczoną i wypełnioną po brzegi, właśnie zaprezentowaliśmy. Druga wygląda- ła podobnie. Płynęły nimi dwa strumienie mężczyzn, kobiet i dzieci, złoczyńców, którzy lokują się w tłumie, złodziei, którzy najchętniej ope- rują w ścisku, i prostytutek, które tam zawsze mogą zarobić. Brzydka oliwna lampa o niepewnym płomieniu z bladym, pozbawionym od- blasku, źle ustawionym lusterkiem ledwie oświetlała mroczny tłum, rzucając nań zamiast światła długi, brudny cień, i jeszcze bardziej czer- niła te stłoczone masy. Tak oto kościół zapełniał się coraz bardziej. Krzesła, na wpół zespo- lone z sobą przez lepką i zimną wilgoć, były zniszczone, porozsuwane i przemieszczone. Wzmagał się głuchy szmer i panowało zamieszanie. Ciągle narastające ożywienie rozprzestrzeniało się, wciskało w stare szczeliny i szpary w murach, brzęczało wokół spłaszczonych filarów, niosło podmuch życia i uczucie niecodziennej witalności. Dawne echa zbudzone w ciemnych siedzibach powtarzały i przedłużały ten mil- czący hałas niczym rzężenie umierającego. Zaiste milczący, każda bo- wiem osoba zajmowała miejsce i lokowała się bez słowa, a jednak hałas błąkał się i skradał ze wszech stron, przebiegał pod mroczny- mi arkadami obniżonych sklepień, czasem wprawiał w rezonans drżące witraże wiekowej świątyni. Kościół ciągle się wypełniał, a tymczasem przylegające uliczki nadal nie pustoszały. Dzwon nie przestawał bić i co chwilę wydawał suchy i wysoki dźwięk, ledwie słyszalny we wnętrzu kościoła. Natomiast na ze- wnątrz brzmiał najdźwięczniejszymi, przeciągłymi uderzeniami, jakby powrócił do czasów swej świetności i szczęścia. W kościele dwóch mężczyzn uwieszonych u świszczącego ela- stycznego sznura rytmicznie się prostowało, pochylało, podnosiło i unosiło ku wielkiemu zdumieniu małych dzieci, które pragnęłyby też zakosztować radości tej chwalebnej gimnastyki. Jakże cudowny był to dzień. Nieznany kaznodzieja, pielgrzym wra- cający z Ziemi Świętej, napotkawszy na swej drodze miasto Nantes, przybywał tu, by uważnym i ciekawym mieszkańcom opowiedzieć ~ 13 ~ o cudach miejsc świętych, o wspomnieniach z gór cierpienia i o wraże- niach doznanych w antycznej Judei1. Zatem słusznie z prawego i ujmującego powodu lud Nantes tak licznie się gromadził. Ponadto w mieście nie znano tego księdza, przypuszczano zatem, że musiał być świętym. To podnosiło atrakcyjność wydarzenia, po- dwajało jego urok, a wszelkie widowisko prezentowane za darmo zawsze jest mile widziane przez ciekawską gawiedź. Osoby, które jako pierwsze dostąpiły szczęścia zajęcia miejsc sie- dzących, oczekując na rozpoczęcie rekolekcji, oddały się rozmowom stopniowo przechodzącym od pobożnych i bogobojnych tematów do spraw nader świeckich. – To musi być coś pięknego – mówił Michel Randeau do swego przyjaciela Gustave’a Desperriera – taka podróż do Palestyny, do świą- tyń Pana. Jakże to uciążliwe być skazanym na ciągłe przebywanie w tym samym miejscu. – Podobnie jak ty, zawsze chciałem tam pojechać – odparł Gusta- ve – i nie uznam życia za spełnione, dopóki tego nie dokonam, noszę się już nawet z pewnym zamiarem. – A wiesz, ten święty kaznodzieja, który zechciał się tu zatrzymać, wędrując przez nasze miasto, jest godzien najwyższego uznania. Bar- dzo chciałbym go zobaczyć. Niestety, trzeba będzie jeszcze sporo po- czekać, by zaspokoić naszą ciekawość. – Faktycznie – podjął Gustave – jednak aby zająć dobre miejsce, lepiej było przyjść tutaj dużo wcześniej niż teraz! Nie wiem, jak po- radziłbym sobie w tym tłumie. Jestem tu już od bardzo dawna. Ale wracając do kaznodziei, dlaczego właśnie tutaj będzie nauczał? – Nie wiem, lecz trochę się niepokoję, bo umówiłem się z Ju- les’em Deguayem, a on się zawsze spóźnia i nie jestem pewny, czy uda mi się utrzymać dla niego siedzące miejsce. – No tak, a to dlatego, że on za rzadko przychodzi do kościoła i nie wie, jak to się tutaj odbywa. On bodaj prowadzi wesolutki żywot? 1 Judea – rzymska prowincja powstała w 6 r. n.e. po aneksji państwa Archelaosa, stop- niowo objęła całość dawnego królestwa Heroda I Wielkiego. ~ 14 ~ Ileż ludzi! Ciągle się obawiam, że ten ciężar gruchnie nam na gło- wy. Ludzki tłum szybko staje się Samsonem. – Ach, widzę Jules’a! Na honor, rozdaje kuksańce i razy na pra- wo i lewo. Wszystkich sobie lekceważy. Ach, byłby przewrócił z tu- zin osób! – Spostrzegł nas. W rzeczy samej nic sobie z ludzi nie robi. O, zo- bacz, kościelny daje mu znaki, żeby się uspokoił. – Tak, patrz z jakim szacunkiem i jak charakterystycznie to czyni. Wreszcie po niezliczonych ciosach zadanych łokciem, stopą, pię- ścią, barkiem, a nawet plecami zmęczony, wygnieciony, najeżony Jules Deguay przekraczając, przeskakując, wspinając się i przekli- nając, dotarł na miejsce dzielnie bronione przez jego przyjaciół. – Co za suczy burdel! – brzmiały jego pierwsze słowa ku nie- zmiernemu zgorszeniu otaczających go osób, które odwróciły się od niego i przeżegnały. – Niech mnie powieszą na sznurze najwyżej umieszczonego dzwonu w dzielnicy, jeśli ponownie dam się namówić na takie męki dla posłuchania podobnych bredni. Czy trzeba będzie długo jeszcze czekać na waszego kaznodzieję? – Nie, nie, słychać już powtórne bicie dzwonu. – Dziękuję! Uff! Wreszcie zaczynam oddychać. Co za grobowiec! Mówią, że nocą diabeł przechadza się tymi nawami. Nie chciałbym tutaj modlić się samotnie! – A wiesz ty może, jako ostatni przybyły – spytał Michel – dla- czego ów kaznodzieja wybrał właśnie tę starą ruinę? – A cóż mnie to obchodzi? Mam inne sprawy na głowie. Rozmyślam o diable. Mówią, że od kilku dni słychać nocą w dzwonnicy odgłosy młotków i pił, wbijanych kołków i wyciąganych gwoździ, jakby roz- poczęto jakieś stolarskie roboty. Duchy przychodzą naprawiać starą obudowę waszego dzwonu, żeby sprawdzić, czy ich robota z piekła rodem jest warta więcej niż dzieło żyjących. W rezultacie stary czło- wiek, który włada na górze dzwonnicy, nie może tego dłużej znieść! – Ano właśnie, nie widziałem, by się tam udawał – odparł Gustave. – Boi się, za dużo tu ludzi. Krótko mówiąc, uważam, że ten kościół jest skazany i przeklęty. Chętnie ofiaruję dziesięć tysięcy świec, jeśli nic złego się nie przydarzy. ~ 15 ~ Wielu innych obecnych również rozmawiało o kaznodziei, o wa- runku, jaki postawił, by nauczać w tym starym kościele, warunku sine qua non1. Przy drzwiach kościoła rozgrywała się innego rodzaju scena. Stara kobieta częściowo upośledzona na ciele od lat, niemal od nie- pamiętnych czasów prosiła przy wejściu o jałmużnę. Okryta czarną chustą głowa opadała jej na piersi. Długą, suchą, kościstą i pokrzy- wioną dłonią podsuwała wiernym blaszaną skarbonkę, licząc na ich dobroczynność. Jednak bardzo rzadko z pudełka dobywał się meta- liczny dźwięk, rzadko, kościół bowiem niemal zawsze świecił pustką. Tym niemniej ta kobieta ciągle żyła i trwała w tym samym miej- scu na swym zużytym siedzeniu, opierając nieruchome stopy o drew- niany podnóżek i wyciągając równie nieruchomą dłoń. Gdyby nie przyspieszony oddech, który poruszał jej ciałem, można by ją wziąć za trupa, za automat bądź za kamienny posąg dzierżący skarbonkę na datki. Nawet w zimie, wystawiona na lodowatość północnych wiatrów, pozostawała bez ruchu z wysuniętą ręką. Od czasu do czasu z jej ciała wydobywał się rodzaj grobowego głosu i dało się słyszeć słowa: „Mi- łosierdzia, proszę, miłosierdzia”. Gdy do niej mówiono, nie odpowiadała. Zdawała się unikać ludz- kich spojrzeń. Ani proboszcz, ani kościelny, ani nikt z parafialnej wspólnoty nie był w stanie powiedzieć, kim była, gdzie się urodziła, od kiedy zajmowała miejsce przed kościołem. Brak było jakichkol- wiek informacji na temat jej osoby. Wieczorem przewidywała nadejście nocy, bo przecież nie mogła tego widzieć z ciemnego miejsca zamkniętego, przytłoczonego, przy- ciśniętego skupiskiem ohydnych domów, o których wspomniałem. Przywierając niemal do niej, owe budynki pozwalały przeniknąć z zewnątrz jedynie zimowemu wiatrowi z północy, który wpadając w ciasne, wiodące do kościoła uliczki, wytryskiwał niczym powietrze z organowej piszczały, niosąc pod mrocznymi arkadami swe ostre, diaboliczne świsty. Wówczas staruszka dyskretnie i prawie niezau- 1 Sine qua non (łac.) – warunek konieczny, warunek, który musi być spełniony. ~ 16 ~ ważalnie opuszczała swe miejsce i znikała wśród obrzydliwych do- mostw otaczających kościół. Wprawdzie nikt nie zarzucał jej czarów ani magii – w owych czasach te błędne mniemania już nie istniały – ale milczące, niepod- legające żadnym zmianom życie tej strasznej kobiety działało na wyobraźnię i ludzie mieli podstawy, by uważać ją za osobę bardzo szczególnych obyczajów, posiadającą nadzwyczajne nawyki. Można było przypuszczać, że w jej życiu ten dzień stanie się epo- kowy. Powinna zebrać mnóstwo sutych datków. Bez obawy, że mówi w pustkę, mogła kierować do przechodzących swe słowa i prośby. Ale istniała też obawa, że jak to często się zdarza w takim tłumie, gdzie każdy myśli tylko o sobie, gdzie najważniejszą sprawą jest dotarcie do celu, nikt nie będzie zaprzątał sobie głowy ofiarowaniem jałmużny nieszczęśnikom, kalekom, bezrękim, owrzodzonym bądź oszpeconym, którzy wyczekują na schodach kościoła. Tymczasem stara Saraba, bo takim imieniem obdarzyła ją pogar- dliwa gawiedź, nie myślała o datkach, o jałmużnie ani o proszeniu. Po raz pierwszy jak ludzka pamięć sięga, jej ramię nie wysuwało się w horyzontalnej pozycji, po raz pierwszy jej skarbonka nie prezen- towała przechodzącym swego otworu. Starucha uniosła głowę, ale nie opuściła chusty. Niemal z nad- ludzką siła odsuwała, odpychała, odrzucała daleko od siebie tłum, któ- ry zagrażał jej zgnieceniem i rozdeptaniem. Dwoje czarnych oczu paskudnie przysłoniętych dwojgiem grubych brwi znaczyło ją z przodu niczym ognista bruzda. To było wszystko, co widziało się z jej twarzy. Wyciągniętymi i splecionymi w łuk ramio- nami powstrzymywała tłum i zdawała się pożądliwie, niecierpliwie i z niepokojem kogoś wypatrywać. Jej rozbiegane jak w szaleństwie oczy ciskały błyskawice. Schowana w cieniu, w jakim pozostawiało ją mdłe światło samotnej oliwnej lampy, przypominała jedną z cza- rownic z Makbeta, odpowiednio ubraną i gotową, by na swej miotle polecieć na sabat. W rzeczywistości tej scenie, jakże długiej do opisania, przecho- dzący poświęcali jedno banalne spojrzenie. Nikt nie wiedział, kim była ~ 17 ~ Saraba, choć całe miasto ją znało. Ale gdyby tłum znalazł czas, by się nią zainteresować, zostałby zaskoczony zasadniczą zmianą zacho- wania i zwyczajów staruszki, jej powrotem do rzeczywistości, odro- dzeniem ruchów. Tutaj trzeba zwrócić uwagę na pewnego mężczyznę w tłumie. Był wysoki, chudy i kościsty, zasuszony, wydrążony i naznaczony nie- wątpliwie przez zbrodnię i rozwiązłość. Ale zarazem był on zwinny, energiczny, silnie zbudowany i o członkach jak u Herkulesa. Z unie- sioną głową wśród gniotącej go ciżby oddychał z wysiłkiem, jego nozdrza z hałasem wydalały powietrze. Twarz ściągała mu się chwi- lami ze zniecierpliwienia. Szybkie zgrzytnięcia zębów, przejściowe skurcze mięśni deformowały jego oblicze. Okrywał go płaszcz rów- nie wstrętny jak on sam. Na twarzach spieszących się ludzi, którzy wpadali na tego osob- nika, pojawiał się wyraz odrazy. – Do wszystkich diabłów, przecież nie da się poruszać w tym piekielnym miejscu. Toż to jest gorsze niż uliczny bazar w niedziel- ny wieczór. Na trąby archaniołów, wolałbym biesiadować dwadzie- ścia lat bez przerwy, niż tutaj przychodzić! Ku wielkiemu zgorszeniu starych dewotek, które akurat przecho- dziły, człowiek ów mówił to bardzo głośno. Wreszcie znalazł się obok staruszki, która uśmiechnęła się na je- go widok, ale zaraz gniew zabarwił jej lico. – Jest tutaj? Nie. Zatem wszystko stracone. Nie, poczekaj, otwie- rają się drzwi jego izdebki. Ale wszystko już pęka, a my obliczyliśmy to z grubsza tylko na pewien czas. Wiem. Lecz godzina jest bliska. Oto on. Cokolwiek nastąpi, pozostaniesz tutaj. Mężczyzna na nowo zatracił się w tłumie. Starucha ponownie usia- dła, poprawiła swą chustę, która nieco się zsunęła, opuściła głowę na piersi, a jej ramię dzierżące skarbonkę przyjęło zwykłą poziomą po- zycję, nieruchomą i pozbawioną życia. Tymczasem stary dzwon brzmiał nadal. Zaczynał powracać do ży- cia, potrząsał swymi od dawna uśpionymi członkami jak człowiek, który się budzi z głębokiego letargu, wierci się i porusza, by rozerwać ~ 18 ~ więzy odrętwienia. Dzwon ożywiał się coraz bardziej, wydawał piękne dźwięki i napełniał swoje ciasne lokum radością, hałasem i szczęściem. Stary kościelny dzwonnik od dawna porzucił samotną dzwonni- cę i przestał do niej wchodzić. Opuścił swego starego przyjaciela, równie jak on zużytego i zaniedbanego. Pomiędzy starym Josephem a kościelnym dzwonem istniały lub raczej kiedyś istniały przyjazne stosunki i pewna intymność uczuć. Żyli obok siebie i wyobrażali sobie, że pewnego dnia odejdą razem jak owi dwaj słynni bracia1, tak bardzo do siebie podobni zarówno z wyglądu, jak i z charakteru. Obydwaj doświadczali tych samych wzruszeń i jednocześnie wysychali i pokrywali się patyną starości. Dzwonnik sądził, że zemrą razem, a ostatnie uderzenie dzwonu jak pianie koguta obwieści obojętnym echom jego koniec i koniec jego przyjaciela. Oczekiwał, że ostatni dźwięk dzwonu zabrzmi podczas jego pogrzebu. Cóż za wzruszający związek dwóch różnych istnień. Toteż gdy dzwonnik posłyszał wibracje starego brązu, wyszedł ze swej izdebki i schodami, które prowadziły wprost z przykościelnego placu, zaczął się wspinać na piętro dzwonnicy. Starzec z trudem opierał swą zrogowaciałą i pomarszczoną dłoń o spróchniałą poręcz, jakże słabe oparcie dla jego podeszłego wieku. Wspinał się, a jego ciężki chód wprawiał w drżenie zniszczony strop, wilgotny i zimny. Z opuszczoną głową wydawał się liczyć tylekroć przemierzane stopnie. Chwilami zatrzymywał się dla uspokojenia oddechu, choć wcale nie było wysoko. Dotarł do małych drzwiczek i popchnął je. Otwarły się, wydając chrapliwy, zużyty dźwięk, i uczyniły przeciąg, który podniósł i zjeżył rzadkie włosy na głowie staruszka. Kulejąc, doszedł do dzwonu i patrzył na kołysanie się przyjaciela. Widział jego wysiłek, trud i wytężoną pracę. Całe życie dzwonu przy- szło mu na pamięć. – No tak! Stary przyjacielu, pamiętasz ten dzień, kiedy miał miej- sce ów piękny chrzest, gdy dzwoniłeś tak cudnie, że myślałem, iż cały 1 Być może autor miał na myśli świętych Kosmę i Damiana, lekarzy rzymskich, braci, którzy zginęli razem męczeńską śmiercią w Syrii około 303 roku. ~ 19 ~ kościół się rozsypie. Jakże wspaniale wydawałeś swoje ding-dong, czyż nie? Ach, cóż to był za chrzest, a jaki ładny i wesoły był kościół! A ten pogrzeb, gdy wszystko było na czarno! Tego dnia przyodzia- łem cię w szatę z czarnego płótna, by twój dźwięk uczynić żałobnym, a jego echa pogrzebowymi. Jak piękny to był dzień! Jakże zawa- diacko byłeś wtedy ubrany. Twoje brzmienie było tak żałosne, a ton tak jękliwy. Myślałem, że sam umrę! Ach, jakże twój przyjaciel był szczęśliwy i tryumfujący! A Zesłania Ducha Świętego, gdy nieomal rzucałeś ogniste języki! Te Wielkanoce, kiedy obwieszczałeś zmar- twychwstanie twego wielkiego Pana! Owe Boże Narodzenia, piękne i przyozdobione, radosne i dźwięczne, które zwiastowałeś zachwy- conemu ludowi. Ach, cóż to były za czasy! Ale jakże się zmieniły… Poczciwiec wspomniał narastające osamotnienie, które zawład- nęło kościołem i wdarło się do dzwonnicy jak zimny podmuch wil- gotnej mgły wznoszącej się znad uśpionych fal aż po lazurowy nie- boskłon. Wtedy poczciwiec zapłakał i zajęczał. – Dziękuję ci, mój dobry dzwonie. Sprawiłeś mi dzisiaj przyjem- ność. Odzyskałeś swą sprawność, swe kołysanie, swe rozhuśtanie. Posłuchaj, jak wszystko burczy, jak wszystko trzeszczy. O mój Boże, jak wszystko trzeszczy! Starzec przerwał swe wspomnienia i po stromej drabinie wspiął się do belki położonej dwie stopy powyżej i poza zasięgiem bijącego dzwonu. Wtedy z przerażeniem spostrzegł, że elementy konstrukcji były porozsuwane, rozłączone i w złym stanie. Wydawało się, jakby niedawno tu i ówdzie powyrywano kołki. W rezultacie całe rusztowa- nie poruszało się i kiwało razem z dzwonem. Te różne sceny miały miejsce i rozgrywały się równocześnie. Tymczasem czas zdawał się płynąć powoli. Ze wszystkich stron dobiegały szepty, rozmawiano ze szczególną swobodą. No cóż, w po- dobnym kościele majestat świętego miejsca nie mógł krępować niedy- skretnych rozmów. Nic, absolutnie nic nie wzbudzało bogobojności, nie nakazywało szacunku. Tak oto mijały minuty, a ów moment tak niecierpliwie oczekiwany zdawał się wyłamywać spod zwykłego podporządkowania czasowi. ~ 20 ~ Z całą pewnością jakaś nieznana tłumowi przyczyna powodowała to opóźnienie. Tymczasem od strony zakrystii dobiegł jakiś hałas, nastąpiło ja- kieś poruszenie jak wtedy, gdy komuś trzeba uczynić przejście. Gło- wy się uniosły, szyje się wydłużyły, krzesła zaszurały, a spojrzenia z zapałem skierowały się w głąb kościoła. Przeszkadzano sobie, od- wracano się, wycierano nosy, mężczyźni owijali się płaszczami, a ko- biety poprawiały spódnice. Wszyscy się przygotowywali. Dzwon ciągle dzwonił, a nawet podwajał swe wysiłki. Chciał god- nie zakończyć te szczęśliwe chwile, które właśnie przeżywał, nim ponownie zanurzy się w długiej, być może wiecznej już ciszy. Zataczając coraz spieszniej hałaśliwy półokrąg, coraz szybciej prze- biegany, dzwon wytaczał bardzo obficie swe dźwiękowe fale. Jego rozgrzane serce, pocąc się, błyszcząc i gorejąc jak ognista, promie- niejąca kula, miotało nieustającą błyskawicę w swym nieokiełzna- nym ruchu. To było piękne. Przykucnięty na podłodze stary Joseph pełną piersią chłonął dźwięczne powietrze. Dwaj mężczyźni ciągnący za sznur dzwonu, wyczerpani i przemę- czeni, zdwajali swe wysiłki. Ze sztywniejącymi rękami, napiętymi mię- śniami, spoconymi twarzami i bólem w plecach, raz unoszeni zamachem dzwonu, raz opuszczani na ziemię zdawali się błagać o litość. Jakiś człowiek z tłumu pospieszył im z pomocą. Znalazł się tam przypadkiem. Przyskoczył do sznura. W tej samej chwili z kieszeni wypadł mu zielonkawy portfel. Spostrzegł to na szczęście. Mówię: „na szczęście”, bo z widocznym przestrachem czym prędzej schował portfel z powrotem, chwycił za sznur i dał się porwać w górę. – Och! Och! To on – rozległ się rozdzierający głos pełen przera- żenia, trwogi i lęku. Te słowa wydobyły się z ust jakiejś kobiety. Wszyscy się odwró- cili, unieśli ze swych miejsc i spojrzeli w jej kierunku. Przestrzeń wypełniała się atmosferą paraliżującego strachu. Wszystko nabiera- ło satanistycznego wyglądu. – Co się dzieje, o co chodzi? Tymczasem dzwon, którym poruszyła świeża siła, grzmiał i wstrzą- sał powietrzem. Mężczyźni, kobiety, dzieci i starcy, wszyscy rzucili się do ucieczki. ~ 22 ~ Z dzwonnicy dobiegły przerażające, straszne okrzyki śmiertelne- go strachu, wrzaski trwogi: – Przestańcie, och, przestańcie! W tej samej chwili dzwon odczepił się od spróchniałej, rozkleko- tanej konstrukcji i runął na dół dzwonnicy. Stary kościół, wstrzą- śnięty aż do fundamentów, poruszony aż do najgłębszych podstaw, zadygotał. Serce dzwonu z impetem armatniej kuli przebiło łupkową ściankę i roztrzaskało kostkę ulicznego bruku. Kamienne odłamki rozprysły się zdumiewająco daleko. We wnętrzu świątyni wstrząs był przerażający. Wszystko podsko- czyło i opadło. Mężczyźni, kobiety, dzieci i starcy, wszyscy rzucili się do ucieczki. Jedni tłoczyli się do drzwi, inni schwycili znajdujące się tam drabiny, by dostać się do okien. Tłoczono się bez opamiętania. Zapanowało zamieszanie, bałagan i chaos. Słychać było tupot nóg i krzyki umierających. Miażdżono się i bito, jedni wpychali się na dru- gich. Tutaj czyjeś ramię znalazło się w imadle ludzkich ciał, które skręcały je i odkręcały w niezliczonych kierunkach. Tam komuś nogę złamano jak trzcinę i oderwano od tułowia. Gdzie indziej ktoś upadł i już się nie podniósł. Zduszony, zanim dosięgnął podłogi, wkrótce stał się strzępem bezkształtnego mięsa o pokruszonych kościach i roz- trzaskanej głowie. Małych dusili duzi, dużych łamała ciżba silniej- sza niż oni. Gwałtowny napór uciekającego tłumu wyrwał filar dzielący wejście na pół. Masywne granitowe bloki spadały i zabijały, ale trupy pozosta- wały w pozycji stojącej. Z powodu ciżby nie upadły i zamiast zwolnić nieco miejsca, przysparzały wysiłków i trudu żywym, dodatkowo wy- czerpując tych, którzy je popychali. Tuż przed katastrofą jeden z naszych znajomych – Jules Deguay, niesiony ciekawością i rycerskością, pospieszył z pomocą kobiecie, która krzyknęła. Zastał leżącą na podłodze nieprzytomną, na wpół ży- wą, ładną dziewczynę. Rozepchnął otaczających gapiów i znalazł się przy niej w momencie upadku dzwonu. Zrozumiał niebezpieczeństwo, jakim był uciekający tłum, a że był niezłym chwatem, więc bez jakichkolwiek skrytych zamysłów przy- rzekł sobie, że uratuje piękną dziewczynę. ~ 23 ~ Jakże ciężki był jego wysiłek, zadany sobie trud i ileż wylał po- tu! W ramionach trzymał nieprzytomną osobę. Trzeba było ją pod- nieść z podłogi, by nie została zadeptana. Musiał podtrzymywać jej piękną głowę, która opadała jak pąk na wpół ściętego z łodygi kwiatu. Ponadto jej giętka kibić w każdej chwil mogła zostać przez ciżbę połamana! Jules Deguay, podwajając wysiłki, zwielokrotniając swe siły, robił, co w jego mocy. Polegając na swej odwadze wspartej zimną krwią i logicznym myśleniem, mógł żywić nadzieję, że ją ocali. Z uniesioną wysoko głową chwytał rozrzedzone powietrze. Prężył nogi, napinał barki, odchylając je wstecz, i raz był niesiony, a raz niósł swych sąsia- dów, ledwie przy tym dotykając podłoża. Skrajnie wyczerpany dotarł do wejścia w chwilę po zburzeniu filara. Jeszcze tylko jeden krok do wykonania, bo otwierający się korytarz był mniej zatłoczony. Ale najtrudniejsze było przed nim. Zebrał resztę wyczerpanych sił, zacisnął zęby, skurczył pierś, podniósł wyżej dziew- czynę, która zaczęła się osuwać, i przygotował się do nowej walki. Gdy dotarł do wyjścia, potknął się niestety o jeden z ogromnych kamieni po zniszczonym filarze. Sądził, że już po nim, a jednak nie wypuścił cennego bagażu, dla którego ryzykował życiem. Zamknął oczy, usztywnił ramiona i jeszcze mocniej objął dziewczynę, która w jego uścisku zwisała już jak nieżywa. Ciżba poniosła go z sobą i drzwi zostały pokonane. Matce Bożej winien był okazałą świecę. Podążał z ludzkim potokiem ciemnymi uliczkami, aż padł nieprzytomny ze swym brzemieniem przy naroż- nym słupku. Tłum wylewał się strumieniem, który rozgałęział się na skrzyżowa- niu dwóch korytarzy. Płynął z krzykami, z wrzaskami, wlokąc z sobą a to rękę, a to nogę, a nawet zwłoki, które opadały wraz z rozluźnia- niem się ludzkiej ciżby w przestronniejszych miejscach. Zwłoki pozbierano w nocy. Rano naliczono ich osiemdziesiąt osiem. Ranni byli mniej liczni. Miejska administracja zajęła się pogrzebami, usunięciem śladów krwi, zamknięciem kościoła i naprawą bruku uszkodzonego sercem ~ 24 ~ dzwonu. Postanowiono, że ślady krwi nie powinny zbyt długo po- zostawać widoczne, by lud się do tego nie przyzwyczaił. Kilku ro- botnikom zajęło to parę godzin pracy. Administracja zapłaciła im z przeznaczonego na taki cel funduszu i więcej się tym nie zajmowa- ła. Sprawę zamknięto. Pozostało już tylko około setki płaczących rodzin. Po oddaleniu się tłumu człowiek, który pomagał przy dzwonieniu, podszedł do miejsca, gdzie siadywała stara Saraba. Znalazł ją leżącą w omdleniu. Przywrócił staruchę do przytomności. – No i co? – odezwał się. – Nic z tego! Pudło! – Bądź przeklęty z twymi zamierzeniami z piekła rodem! – odparła z wściekłością w głosie. – Kobieto, stara Abraxo, zamilcz i wracaj. Starej Saraby nie znaleziono wśród trupów, a przecież zniknęła. Wpi- sano ją do rejestru zgonów razem z innymi ofiarami katastrofy. Gawiedź twierdziła, że rozsypała się w proch. Stary kościół zamknięto definitywnie. On opustoszał, a Sara- ba zmarła. Rozdział II Rozmowa na plebanii na temat tajemniczej nieobecności kaznodziei w wieczór dramatu racie, to, co wydarzyło się wczoraj, jest niezwykle smutne. B – Niestety tak, bracie – odpowiedział nieśmiało młody ksiądz swemu dostojnemu zwierzchnikowi, proboszczowi ze Świętego Mi- chała, jednej z obfitszych i zasobniejszych parafii w Nantes – to bardzo smutne wydarzenie. – Czy wiesz, ilu ludzi tam zginęło, czy zainteresowałeś się bliżej tą przerażającą katastrofą? – Nic a nic, bracie – odparł skromnie początkujący duchowny. – Nic nie jesz, mój drogi wikary – podjął proboszcz, zwracając się do jednej z tych zaokrąglonych twarzy, jednego z tych pękatych brzu- chów, których sam widok zachęca do odchudzania podczas wielkie- go postu. – Ależ tak, bracie, ależ tak, jadam z apetytem. Bez problemu nad- rabiam zaległości po porannym poszczeniu. Niektórzy uważają, że większą, dobitniej odczuwaną przyjemność sprawia zasiadanie do je- dzenia tylko wtedy, kiedy jest się porządnie wygłodzonym. – Och, bracie, poniekąd się z tym zgadzam, a postne jedzenie umiejętnie przygotowane, smakowicie dobrane, subtelnie przypra- wione naprawdę stanowi posiłek, którym wielu ludzi w pełni by się zadowoliło. – Ty też nic nie jesz, młody bracie – powtórzył proboszcz, tym ra- zem patrząc na początkującego duchownego, rumieniącego się ze wstydu, że przełożony zwraca się doń tak serdecznie i wciąga do tak istotnej i pobożnej rozmowy, w której dotychczas nie zabierał głosu. – Wybaczcie, drodzy bracia, ale już się posiliłem. Jestem wystarcza- jąco najedzony. – Słaby jest ten wikary, słaby jest w tych sprawach. ~ 26 ~ Te słowa wypowiedziane zostały apartem1. – Jean, Jean, sprzątnij ze stołu i przynieś nam kolejne dania, go- rące i apetyczne. – Nasz poprzedni wikary, ten to dopiero był smakosz! Potrafił do- brze zjeść, sądzę, że bez trudu dotrzymywał mi kroku. Och, jakże on był potężnie zbudowany. I miał niezły spust. – Solidne chłopisko, ale żal mi naszych pozostałych wikarych – potwierdził proboszcz. – Mają dziś tyle zajęć. Uczestniczą w uprzą- taniu zwłok, by nieść duchową pociechę nielicznym żyjącym, których wydobyto spod stosów trupów. – To bardzo smutne. Ale à propos, drogi proboszczu, ów kaznodzie- ja, który poruszył całe miasto, podobno wcale nie przybył na kazanie? – Czyżby go w mieście nie było? – No właśnie, drogi proboszczu. Widzę, że nie wiesz tego, co jest najbardziej niezwykle. A ty, mój młody bracie? – Słyszałem pogłoski – odpowiedział nieśmiało młody ksiądz – że bezskutecznie szukano go przed rozpoczęciem rekolekcji. – Ja wam dokładnie to wszystko opowiem. – Jean, Jean, pośpiesz się nieco. – Gwałtownie szarpany dzwonek przyzywał spóźnialskiego, a jeśli po jego dźwięku osądzać głód wi- karego, to musiał on być niezmierny. – Nie popędzajmy go dziś nadto, wikary. Wiesz, że jest ciągle przy- bity straszną wiadomością o zniknięciu brata. To bardzo nim wstrzą- snęło. Jego brat był młodym proboszczem w parafii Brains. – Tak, faktycznie, słyszałem o tym. Tymczasem wszedł Jean. Jego pojawienie się przerwało rozmowę. Smutne oczy, posępna i przygnębiona twarz były wymownym świa- dectwem bólu. Cierpienie piętnuje, a serce potrafi rysować swe wzru- szenia na ludzkim obliczu. Jean przyniósł kilka dań, podał je i pospiesznie się oddalił. Łzy za- czynały go dławić. Cierpienie lubi się skrywać w obecności innych lu- 1 Apart (monolog na stronie) – wypowiedź postaci scenicznej relacjonująca jej myśli, przy umownym założeniu, że jest ona słyszalna dla widzów, ale nie dla innych po- staci; tutaj – cicho, do siebie. Jean przyniósł kilka dań, podał je i pospiesznie się oddalił. ~ 29 ~ Początkujący duchowny gwałtownie zamilkł, opuścił wzrok w po- stawie skupienia i od tej chwili czuwał, by nie dać się ponieść senty- mentom. – No więc, wikary – podjął proboszcz, robiąc głęboki oddech jak osoba, która się dusi – zacząłeś nam mówić, że wiesz, co stało się wczoraj. – Tak, drogi proboszczu. Oto fakty. Jak wiecie, owego pielgrzy- ma, tego pobożnego wędrowca, kaznodzieję z dalekich stron, który ostatnio przebywał w […], nadaremnie proszono, by zatrzymał się w naszym mieście i wygłosił kazanie. Uważaliśmy, że opowiedze- nie o cierpieniach Jezusa Chrystusa – w tym momencie trzej du- chowni uchylili nakryć głowy, proboszcz i wikary niefrasobliwie, tak przywykli do tej czynności, a młody ksiądz pobożnie i z respektem – ustami człowieka, który na własne oczy widział scenerię jego męki, będzie bardzo pożyteczne podczas czterdziestodniowego świętego wiel- kiego postu. Przyciągnąłby mnóstwo ludzi, którzy na co dzień nie cho- dzą do kościoła. Rzecz jasna, że przyciągnęłaby ich ciekawość, ale może to by ich utwierdziło! – Zgadzam się, wikary, zgadzam. Jestem dokładnie tego samego zdania. Ach! – zakończył kolejnym westchnieniem proboszcz. – No więc prośby zdały się na nic. Przestano nalegać. Za kilka dni kaznodzieja miał być w Bordeaux, nie mógł się u nas zatrzymać. Było to niemożliwe. Wyraził swój żal, pożegnał się i powędrował dalej. Przestano się nim zajmować. – Ale w takim razie – zdziwił się młody ksiądz – po co wezwano na kazanie, dlaczego stary kościół miał być jego miejscem? – Cierpliwości, młody bracie, cierpliwości, bo ta cnota jest matką pozostałych. Wstrzemięźliwe oczekiwanie na naturalny bieg rzeczy zawsze wiedzie do szczęścia i do spokoju duszy. Zapamiętaj to i stosuj. Początkujący duchowny zarumienił się, skrzyżował pobożnie ramiona i ponownie zagłębił się w rozmyślaniach. – Po kilku dniach – kontynuował wikary, najpierw nieco się na- piwszy – bodajże po dwóch, biskupstwo otrzymało list adresowany z La Rochelle i tamże datowany. List oznajmiał, że z powodu opóź- ~ 30 ~ nienia w podróży do Bordeaux odwołano konferencje, które tam miały się odbyć. Zatem kaznodzieja, ojciec Bruno, tak bodaj się nazywa, dysponuje trzema lub czterema wolnymi dniami. W związku z tym oddaje się on do dyspozycji swych przełożonych w Nantes. Będąc niepocieszony, że nie mógł spełnić życzeń ludności, która tak bardzo pragnęła posłuchać jego poruszających opowieści, podziękował nie- biosom, że dały mu okazję odkupienia swej niegrzeczności, bo tak nazwał swą odmowę. Obiecał więc natychmiast ruszyć w drogę i na czas przybyć na kazanie, którego godzinę również wyznaczył. – I nie przybył, czyli coś mu przeszkodziło… – Spojrzenie wika- rego urwało wypowiedź nowicjusza. – Pisał też, że nie chcąc nikomu przeszkadzać, pragnąc nie zakłócać żadnych zwyczajów i ustaleń, proponowałby wygłoszenie kazania w starym kościele Świętego Mikołaja. Będąc w mieście, zwiedził go, widział, że ten kościół był opuszczony i nadawał się doskonale do jego nauczania. Chciał odnaleźć pewną bliskość między jego ciemny- mi arkadami i grobowymi nawami a świętymi miejscami Palestyny i Betlejem. To miejsce wydawało mu się najbardziej odpowiednie dla efektu, jaki zamierzał wywołać. Jak przypuszczasz, drogi proboszczu, chętnie przystano na jego prośby i wszystko przygotowano tak, jak tego sobie życzył. Wiesz, jaką okropną katastrofą to się skończyło. Na wiadomość o tym zapewne bardzo będzie cierpiał i płakał, bo osta- tecznie, choć nie bezpośrednio, zupełnie nie bezpośrednio, to on jest przyczyną tego nieszczęścia. – Daruj, wikary, daruj, po tysiąckroć daruj, ale w najmniejszym stopniu nie podzielam twojej opinii. Jestem jej bardzo daleki. – Och, proboszczu, w takim razie nie zrozumiałeś zastrzeżenia, ja- kim opatrzyłem moją refleksję. Rzekłem: zupełnie nie bezpośrednio. – Dobrze słyszałem i doskonale zrozumiałem. Tym niemniej wi- dzę tam rozległą przepaść. Wyczuwasz przecież, że nie można powie- dzieć, nie fałszując prawdy, a nawet zdrowego rozsądku, że to on był przyczyną. – Ależ proboszczu, pojmujesz przecież moje rozumowanie. Gdyby kaznodzieja nie istniał lub przynajmniej nie przeszedł przez nasze ~ 31 ~ miasto bądź nie zaproponował, że tu powróci, gdyby kontynuował swoją podróż zgodnie z wcześniejszym zamierzeniem, albo jeśliby nie po- stawił warunku wygłoszenia kazania w starym kościele Świętego Mi- kołaja, do nieszczęść, o których mowa, nigdy by nie doszło. – Wikariuszu, nie pamiętam już, gdzie czytałem następującą histo- ryjkę: Pewien Hindus, spacerując kiedyś z jakimś Francuzem, wyznał mu, nie wiem już w związku z czym: „Nie mogę sobie darować jednej rzeczy. – Czego? – Że spowodowałem śmierć waszego króla Henryka IV1. – Ach tak! Naprawdę? – Oto jak rzecz się miała: Przechadzałem się pewną drogą. Pamiętam, że ruszyłem z lewej nogi. Podczas mego spaceru byłem zamyślony i rozmarzony. Droga była wąska. Nagle kogoś potrąciłem, to był mężczyzna. Gdybym ruszył z prawej nogi, nie zaczepiłbym o niego, przeszlibyśmy bez problemu jeden obok drugie- go. Ale cóż, potrącony wpadł do wody i utonął. Był żonaty. Wdowa po nim powtórnie wyszła za mąż, za pewnego Francuza i miała z nim syna Ravaillaca2”. – I co z tego? – zapytał wikary, który nie zrozumiał apologu3. – A to, że ponieważ Ravaillac zabił Henryka IV, więc Hindus był tego powodem, bo gdyby tamtego dnia nie ruszył z lewej nogi, nigdy nie doszłoby do tego królobójstwa. – Szanowny proboszczu, nie zgadzam się wcale z twoim porówna- niem. Nie będę nawet dyskutował. Zresztą widzę, że nie zrozumia- łeś znaczenia mojej wypowiedzi. – Zadziwiający jesteś, wikary! – Ty jesteś nie mniej szczególny, proboszczu. Nie powiedziałem przecież, że cokolwiek zarzucam ojcu Brunonowi lub go obwiniam o to, co wydarzyło się wczoraj. – Proszę mi darować, ale to właśnie wyrażały twoje słowa. A je- śli nie, to twoja refleksja była pustosłowiem. 1 Henryk IV (1553-1610) – król Francji od 1589, pierwszy z dynastii Burbonów, wcześniej król Nawarry; edyktem nantejskim z 1598 zakończył wojny katolików z hugenota- mi; powszechnie lubiany i szanowany. 2 François Ravaillac (1578-1610) – nauczyciel; zasztyletował przejeżdżającego karocą ulicami Paryża króla Henryka IV. 3 Apolog – opowieść dydaktyczna zbliżona do bajki. ~ 32 ~ – Przepraszam, proboszczu, przepraszam. Tą ogólną sentencją chcia- łem ci pokazać, że często drobiazgi mogą powodować ogromne skutki. – Eee, ależ wikary – odparł kwaśno proboszcz – czyżbyś sądził, że ja o tym nie wiem? – Nie wydaje mi się, bym to od ciebie usłyszał, a poza tym są- dzę, że zgadzamy się z sobą, a spieramy się tylko dlatego, że się nie rozumiemy. Nie wiem, czym zakończyłaby się ta dysputa. Zresztą podobnie by- ło każdego dnia. Dla tych do syta najedzonych panów deser był tylko pretekstem, by sobie po przyjacielsku i łagodnie porozmawiać, jak właśnie to widzieliśmy. Kres sprzeczce położył służący, który przyniósł gazetę. Położył ją i odszedł, milczący i smutny. Proboszcz wziął gazetę, obrócił ją kilka razy, powąchał, otworzył, rozłożył, spojrzał, jaką powieść drukowano w odcinkach, poszukał bieżących informacji, sprawdził z grubsza, czy zawierały coś cieka- wego, po czym zażył tabaki. – O, piszą o wczorajszej katastrofie: Wydarzyło się coś przeraża- jącego, itd., serce dzwonu poleciało z taką siłą, że… Było to coś nad- zwyczajnego. Nie można zrozumieć, jak policja mogła pozwolić… Zawsze policja na pierwszym miejscu. Doliczono się dziewięćdzie- sięciu ofiar. Sądziłem, że było ich więcej. A jeśli popełniono błąd, to zawyżając liczbę. Gazety zawsze przesadzają. Niezmierna ilość rodzin pogrążona jest w… No, jak zwykle. – Och, mój Boże! Wikary, czy widzisz ten artykuł? – Wczoraj wieczorem do naszego miasta przybył ojciec Bruno. Zatrzyma się tu na bardzo krótko. Tym niemniej głosił będzie w katedrze, itd. – Zaraz, zaraz: Jak czytamy w dzienniku z Bordeaux z dziesiąte- go marca. Dziś mamy trzynastego. Przybył tam zatem dziesiątego. Stąd wyruszył ósmego wieczorem. W żadnym wypadku nie mógł na- pisać w La Rochelle listu datowanego na jedenastego marca! – No widzisz, proboszczu. Miałem dziwne przeczucia machinacji. Nie wszystko wydawało mi się naturalne. Tkwi w tym jakaś niepo- jęta tajemnica, którą za wszelką cenę trzeba wyświetlić. ~ 33 ~ W tym momencie wszedł jeden z wikarych wezwanych do po- sługi przy trupach. – Czy wiedziałeś o tym artykule? – Oczywiście – odpowiedział nowo przybyły – Ta wiadomość ro- zeszła się po całym mieście. Policja się tym zaniepokoiła i wszczyna śledztwo. – Za wszelką cenę muszę wiedzieć, czego mam się trzymać. Udam się do królewskiego prokuratora, on musi coś wiedzieć. To mówiąc, proboszcz pospiesznie nałożył kapelusz, ujął laskę i wyszedł. – Poczekajmy na jego powrót, bracia. Sądzę, że nie mamy nic lep- szego do roboty. Czy chcecie pogawędzić? – Z przyjemnością, szanowny bracie. Wkrótce słychać było tylko szepty, przez które od czasu do czasu przedzierały się echa zduszonych, pospiesznych i niezrozumiałych głosów. Owi panowie byli do tego tak przyzwyczajeni, że można im to wybaczyć. Rozdział III W jaki sposób Jules Deguay, młody ratownik, przyprowadza Annę do jej rodziców – Dziwne zachowanie dorożkarza ules’owi Deguayowi z dziewczyną w ramionach z pomocą pospie- szyły jakieś litościwe osoby. Zaniesiono ich do pobliskiego do- J mu, w którym udzielono im pierwszej pomocy. Wkrótce on odzyskał przytomność, a choć słaby i wyczerpany, mógł także pomagać w ratowaniu dziewczyny, która ciągle nawet się nie poruszyła. Jak wiemy, jej przerażenie miało zupełnie inne źródło niż ogólna panika. Był nią widok nieznajomego, który uczepił się sznura dzwonu. Nikt nie znał przyczyny jej omdlenia. Jej krzyki, wy- powiadane słowa oczywiście słyszano, ale do kogo je kierowała? Poza tym tłum w chwili katastrofy, która nastąpiła natychmiast po wybuchu lęku dziewczyny, był nadto zajęty samym sobą, by myśleć o czymś innym. Taki egoizm jest bardzo naturalny i w pełni wybaczalny. Jules Deguay był oczarowany urodą dziewczyny. Faktycznie była ona naprawdę piękna. Nie znaczy to, że tylko w powieściach konieczne jest, by dziewczyna była urodziwa. Wcale nie. Byłoby to nawet mało wytworne, bo mogłoby prowadzić do stwierdzenia, że płeć jest piękna tylko w romansach, czyli że kopia upiększa oryginał. Tym niemniej dziewczyna była piękna i choć nie jestem na tym punkcie maniakiem, jednym z tych, którzy zapalają się jak bawełna strzelnicza od prochu, to zapewniam was o jej urodzie. Sądzę także, że najlepiej bym zrobił, oznajmiając wam to tylko bez próby jej opisywania. Mimo wszyst- ko jednak spróbuję. Jej bladość szczególnie pasowała do emanującego z niej wdzięku. Matowa biel twarzy o delikatnej i aksamitnej skórze zatrzymywała i przykuwała spojrzenie niczym połysk złota. Pozbawiona świadomo- ~ 35 ~ ści i życia głowa kołysała się wdzięcznie i elastycznie. Zdawało się, że naturalny urok, który cechował ją za życia, nie opuści jej także po śmierci, ponieważ w tym bezwładnym stanie, objęta ową jednoczącą człowieka z grobem obręczą, jej ciało nadal kołysało się miękkimi ruchami. Opuszczone powieki o długich rzęsach, ten organ wyraża- jący miarę dziewczęcej skromności, na podobieństwo niemal przezro- czystych woalek przysłaniały jej czarne oczy. Czyż oczy w omdleniu nie powinny być zamknięte? Czy skromne i czyste spojrzenie nie wy- wołałoby rumieńców na widok środków, jakie koniecznie muszą być podjęte, by zemdlonej osobie przywrócić przytomność? Wkrótce zaczęły się pojawiać objawy życia, jeszcze zlodowaciałe, niewrażliwe, nieco urywane, nieregularne i niezdecydowane. Powoli stawały się bardziej aktywne, szybsze, pewniejsze i coraz gwałtowniej- sze. Stopniowo ciepło ożywiało kolejne członki, przywracając im czu- cie i oswabadzając organy. Nerwy się uspokajały, a mięśnie rozluź- niały jak zwolniona z uwięzi sprężyna. Objawy życia stawały się coraz bardziej zauważalne, gwałtowniejsze, żwawsze i przywracały czucie. Krew, pulsując, napełniała żyły, a płynąc szybciej i goręcej, niosła co- raz silniejsze, pobudzające tchnienie życia. Dziewczyna odzyskiwała przytomność w rytm serii prawie niezauważalnych spazmów, lekkich skurczów i wstrząsów, które uspokajały się, rozpływały i wreszcie zani- kły. Krążenie krwi zwolniło tempo po osiągnięciu szczytu w rozszalałym przypływie, unormowało się i stało spokojne, naturalne, rytmiczne. Dziewczyna odzyskała pełnię sił. Jej pierwsze słowa, pierwsze gesty ciągle wyrażały przestrach. Rę- ką usiłowała odepchnąć coś, co ją przerażało, coś, co ją szokowało i budziło w niej strach. Sprawiała wrażenie pogrążonej w hipnotycz- nym śnie. Bała się niemal wszystkiego, lecącego owada i poruszonej słomki. Nadal była w stanie nerwowej osoby, która potrafi słyszeć drapanie po szybie, przecinanie korka bądź głaskanie aksamitu. Tymczasem poszukiwał jej krewniak, który razem z nią wybrał się do kościoła. Jemu również udało się wyjść cało na zewnątrz. Z niepo- kojem malującym się w napiętych i skurczonych rysach twarzy rozpy- tywał o dziewczynę wszystkie napotkane osoby. ~ 36 ~ – Co robić, dokąd się udać? – rozważał w zamęcie tłoczących się myśli i nawale przypuszczeń. – Anno, Anno, gdzie cię szukać? Och, zabijasz mnie! Nie panując nad sobą, jak szalony biegał po kościele, po ulicach i uliczkach, zaczepiając wszystkich, nie oszczędzając siebie samego. – Czy widzieliście moją Annę, moją najdroższą chrześnicę? Lecz któż mógł widzieć jego chrześnicę Annę? Któż nie szukał ojca, matki, córki, brata, syna, siostry, pochylając się nad każdymi zwło- kami w obawie najgorszego? Któż myśleć mógł o dziewczynie? Był taki ktoś – człowiek, który przed katastrofą rozmawiał ze sta- rą Sarabą, człowiek w znoszonym płaszczu, który nie stracił jej z oczu podczas całego zamieszania i pierwszy zaoferował się z pomocą, by zanieść dziewczynę do przyzwoitego domu, gdzie przywrócono ją do przytomności. Jak sobie przypominamy, był to człowiek chudy, suchy i kościsty, energiczny i krzepki. Osoby, które niosły dziewczynę, nie zwróciły na niego uwagi. Zresz- tą człowiek ów nie chciał zanadto ukazywać swej twarzy i gdy tylko znaleźli się chętni do pomocy ludzie, sam zniknął w brudnych, mrocz- nych, ciasnych uliczkach, stłoczonych i krętych niczym szaniec zło- wieszczej wróżby, uliczkach, które się przenikały, splatały, krzyżowały i rozplatały bez końca w formie zawikłanego labiryntu, ze wszech stron oplatającego stary kościół. On sam w istocie z powodu swego usytuowania bardziej sprawiał wrażenie schronienia dla zbrodni niźli przybytku Boga. Po niekończących się poszukiwaniach Opatrzność przywiodła wreszcie krewniaka młodej Anny do poczciwego domostwa, które przyjęło Jules’a Deguaya. Widok odnalezionej dziewczyny szybko osuszył jego łzy. Gdy stwierdził, że jest ona pod dobrą opieką, pobiegł jak najszybciej po- wiadomić jej ojca i matkę, a oni pospiesznie udali się do swej córki. Przybyli na parę chwil przed jej oprzytomnieniem. Ojca szybko po- informowano o wszystkim, co się przydarzyło. Do matki nie docierało nic. Biegnąc do córki, ojciec był tak wstrząśnięty, że nawet nie zauwa- żył nadzwyczajnego zamieszania, które ożywiało ulice. Nie widział ~ 37 ~ ludzkich skupisk, noszy, rannych, nieżywych ani krwi, choć pośród tego wszystkiego przechodził. Dowiedział się, w jaki sposób i przez kogo jego córka została ura- towana. Jej omdlenie przypisał przerażeniu, jakie musiało nią za- władnąć w podobnych okolicznościach. Gdy wiedział już wszystko, odwrócił się do młodego człowieka i uścisnął mu dłonie. W tym do- tknięciu było coś elektryzującego. Młodzieniec zadrżał i omal się nie popłakał. – Jutro moja córka panu podziękuje – oświadczył ojciec dziew- czyny. Młody człowiek pospiesznie się oddalił, nie mogąc dłużej wy- trzymać. Pobiegł na poszukiwanie swych dwóch przyjaciół, Miche- la i Gustave’a. W następstwie udzielonej pomocy i opieki dziewczyna całkowicie przyszła do siebie. Matka bardziej niż ktokolwiek potrafi leczyć swo- je dziecię. Obecność matki jest lekiem uniwersalnym. Anna otwarła oczy, uniosła się i rzuciła w ramiona matki, po czym łzami rzewnego płaczu zrosiła matczyną pierś. – To on, ojcze, to on, znów go widziałam. Och, jakże to było bo- lesne! Boże, jakże to było bolesne! – Znów go widziałaś, kogo, jego? Och, moje biedne dziecko…! Chodź, chodź. Przywołano jedną z dorożek, które krążyły w pobliżu niczym ka- rawany wokół sceny rozpaczy. Zapłakana rodzina wsi
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Ksiądz w roku 1839
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: