Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00703 009589 7513261 na godz. na dobę w sumie
Księga ognia. Opowieści niesamowite - ebook/pdf
Księga ognia. Opowieści niesamowite - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 281
Wydawca: Armoryka Język publikacji: polski
ISBN: 978-8-3806-4187-7 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> thriller, horror
Porównaj ceny (książka, ebook (-23%), audiobook).
Zbiór opowiadań znakomitego pisarza, Stefana Grabińskiego, tworzącego przed drugą wojną światową, specjalizującego się w opowieściach niesamowitych, zwanego polskim Edgarem Allanem Poe. Tom zawiera 10 opowieści grozy, które polecamy do czytania ludziom o mocnych nerwach. I ostrzegamy, by ich nie czytać po zmroku! Kto sięgnie po ten zbiorek, na pewno się nie zawiedzie! Mistrzostwo pióra, subtelne wprowadzanie w nastrój, zaskakujące zakończenia opowiadań: Czerwona Magda, Biały Wyrak, Zemsta żywiołaków, Pożarowisko, Pirotechnik, Gebrowie, Muzeum Dusz Czyśćcowych, Płomienne Gody, Zielone Świątki, Salamandra
Znajdź podobne książki

Darmowy fragment publikacji:

Stefan Grabiński Stefan Grabiński Stefan Grabiński Stefan Grabiński KSIĘGA OGNIA KSIĘGA OGNIA KSIĘGA OGNIA KSIĘGA OGNIA opowieści niesamowite opowieści niesamowite opowieści niesamowite opowieści niesamowite Księga ognia Stefan Grabiński Księga ognia opowieści niesamowite Armoryka Redaktor tomu: Marta Sarwa Projekt okładki: Juliusz Susak © Wydawnictwo ARMORYKA 2016 Wydawnictwo ARMORYKA ul. Krucza 16 27­600 Sandomierz http://www.armoryka.pl/ ISBN 978­83­8064­187­7 CZERWONA MAGDA W strażnicy pogotowia pożarniczego panowała cisza północy. Światło latarni-czujki naciągniętej wysoko na haku pod stropem roztaczało przyćmiony wachlarz promie- ni na izbę kwadratową, z dwoma tapczanami pod ścianą i szafą na akta i hełmy zapasowe. Pod oknem przy stole siedziało dwóch strażaków nad partią warcab, puszczając od czasu do czasu kłęby żółtego dymu z długich wiśnio- wych lulek. Grali znać bez przejęcia, tak sobie, dla zabicia czasu, bo ruchy rąk były leniwe, jakby od niechcenia, gdy z twarzy znużonych czuwaniem wiała nuda i senność. Cza- sem któryś ziewnął szeroko i rozprostował przygarbione ślęczeniem plecy, czasem bąknął półgębkiem jakąś uwagę. I znów zapadała cisza spowita dymem fajek. Na tapczanach leżało dwóch dyżurnych; jeden pod lewą ścianą chrapał smacznie w oktawę tonów, gdy jego partner ze strony przeciwnej ćmił w milczeniu papierosa ze wzro- kiem wbitym nieruchomo w pułap. W jakiejś chwili ode- rwał oczy od sufitu, przydusił dogasający ogarek i rzucił w kąt izby. Jeden z grających odwrócił się: – Nie śpicie, panie sierżancie? – Jakoś mi się nie klei. Grajcie dalej. Wolę dumać. Wy- ciągnął się z powrotem na łóżku, splótł ręce pod głową i zapatrzył się w zamyśleniu w duży wiszący obraz św. Flo- riana. Niewesoła znać była zaduma, gdyż twarz mu się 5 chmurzyła raz po raz i co chwila ściągał boleśnie długie czarne łuki brwi. Jakoż miał się czym kłopotać sierżant pożarny, Piotr Szponar. Od trzech tygodni powróciła do miasta na służbę jego jedynaczka, Magda, a wraz z nią te same troski i oba- wy, które przed dwoma laty zmusiły do wydalenia jej w strony odległe, gdzie jeszcze o niej nikt nic nie słyszał. Bo dziwnym też stworzeniem była córka strażaka. Wy- soka, wątła i blada, zwracała uwagę dużymi czarnymi, wiecznie w przestrzeń zapatrzonymi oczyma i ruchami rąk, których nigdy opanować nie umiała. Ręce te, równie blade jak twarz, przebiegały ustawicznie jakieś nerwowe dresz- cze czy skurcze, wywołując niespokojny, spazmatyczny ruch palców – długich, wąskich, wiecznie zimnych. Włosy miała bujne, czarne, które w lśniących kruczo wężach wy- mykały się spod jedwabnej, ognistopomarańczowej chusty, jedynej ozdoby, na jaką stać było biedną dziewczynę. Bo biedną była, bardzo biedną córka pożarnika. Matka Marta, podobno wielkiej piękności Cyganka, odumarła ją wcześnie, pozostawiając w spadku naturę chorą jakąś, nie- samowitą, i tęsknotę do wielkich, bezkresnych stepów. Oj- ciec kochał Magdę uczuciem tkliwym i serdecznym, lecz jakby z odcieniem lęku przed własnym dzieckiem. Piotr Szponar bał się swej córki. Bał się jej białej jak marmur twarzy, jej wąskich, zaciętych uporczywie ust, jej długich a częstych zamyśleń. Lecz były i inne, głębsze przyczyny ojcowskiego lęku. Oto żonie jego jeszcze, gdy wiodła pośród swoich życie nomadów, przepowiedzieć miała stara Cyganka, że uwie- dzie ją człowiek biały, osiadły i że spłodzi z nim dziecię – dziewczynę, córkę płomieni, którą ojciec będzie zwalczał przez całe życie. 6 Wróżba zdawała się dziwnie spełniać. Marta dożyła tyl- ko pierwszej jej połowy, porzucając dziecko na zawsze już w piątym roku życia. Z trwogą czekał Piotr na ziszczenie się niejasnej dlań zrazu części drugiej. Aż przyszedł czas, w którym tajemnicze słowa wiedźmy zaczęły nabierać wła- ściwego znaczenia. Magda Szponar miała wtedy lat 15 i służyła w mieście w fabryce tutek, gdy wybuchł pierwszy pożar: zapaliły się, nie wiadomo jakim sposobem, skrzynie z bibułkami i pożoga rozszerzyła się na cały zakład w prze- ciągu kilku minut. Strata była olbrzymia; szła w krocie. Sprawcy nie wykryto nigdy. Natomiast po ugaszeniu poża- ru znaleziono robotnicę Magdę Szponar, w małej salce środkowej cudem ocalałej z morza płomieni, rozpostartą na podłodze w głębokim uśpieniu. Dziewczyna prawdopodob- nie przetrwała w tym stanie cały pożar i dopiero po dwugo- dzinnym cuceniu otworzyła ociężałe ze snu powieki. Jak zdołała wytrzymać przez godzinę bez uduszenia się w za- mkniętym pokoju otoczonym zewsząd falami ognia i w jaki sposób w ogóle ocalał pokój, położony w samym środku płonącego budynku – pozostało na zawsze nieroz- wiązaną zagadką. Po tym wypadku zmieniała Magda parokrotnie chlebo- dawców, służąc przeważnie jako pokojówka przy zamoż- niejszych rodzinach, jako garderobiana w kawiarniach lub panna sklepowa. I zawsze jakimś fatalnym trafem wkrótce po jej wstąpieniu do służby wybuchały pożary w domach i instytucjach, w których była wtedy zajętą. Przyczyna tych klęsk żywiołowych pozostawała za każdym razem niewy- jaśnioną; ludzie stawali zawsze już wobec faktu dokonane- go. Zrazu nikomu ani śniło się szukać jakiegoś związku między pożarami w mieście a Magdaleną Szponarówną, której zachowanie się poprawne i bez zarzutu nie zwracało 7 na siebie niczyjej uwagi. W końcu jednak zaczęły wśród warstw miejskiego proletariatu krążyć jakieś dziwne pogło- ski na temat częstych wypadków ognia w czasach ostat- nich. Doszło bowiem do tego, że nieraz gorzało w mieście po dwa i trzy razy na tydzień, i to – rzecz dziwna – ciągle w tym samym miejscu; ogień jakby upodobał sobie pewne dzielnice – co więcej, pewne domy, rodziny, nawiedzając je w sposób szczególnie natrętny. Wreszcie ni stąd, ni zowąd, po okrutnym pożarze na Lewandówce, który spalił niemal doszczętnie świeżo wystawioną kamienicę miejskiego syn- dyka, gruchnęła nagle pogłoska, że sprawczynią tylu klęsk nie jest nikt inny tylko Magda Szponarówna, służąca w domu Doleżanów. Wzburzony tłum pospólstwa napadł na nią na środku rynku i byłby przeprowadził nad nie szczęśliwą doraźną egzekucję, gdyby nie interwencja ojca, powszechnie lubianego i cenionego obrońcy dobra publicz- nego, i policji, która uprowadziła dziewczynę przed zemstą rozwścieczonego motłochu. Przeprowadzone śledztwo nader surowo i ściśle nie wy- kazało winy podsądnej; sędzia śledczy stwierdził tylko ku powszechnemu zdumieniu na podstawie zeznań świadków i oskarżonej, że w przeciągu roku niespełna jej służby za- szło w mieście przeszło 100 pożarów, i to przeważnie tylko w domach jej chlebodawców w danej chwili. Nadto ustalo- no charakterystyczny fakt dotyczący zachowania się Szpo- narówny w czasie podejrzanych pożarów: oto w 50 wypad- kach na 100 znachodzono ją po ugaszeniu ognia w stanie nieprzytomnym, prawie kataleptycznym, zwykle wewnątrz domu, który uległ klęsce. Oto wszystko. Dowodów winy bezpośredniej nie zdołali oskarżyciele przytoczyć ani w jednym wypadku; ani razu nikt jej nie przyłapał na gorą- cym uczynku. Owszem, o podpaleniu jakimkolwiek, zdaje się, nie mogło być mowy, gdyż jak wynikało z zeznań 8 świadków naocznych i poszkodowanych, dziewczyna od chwil; wybuchu pożaru aż do ugaszenia pozostawała jakby w transie i nie ruszała się z miejsca; ponadto ogień wybu- chał nie w bezpośredniej jej bliskości, lecz zwykle w pew- nym oddaleniu, np. w drugim lub trzecim pokoju. Kilku lekarzy ekspertów, którzy okazali żywe zaintere- sowanie się tą sprawą, po dokładnym zbadaniu Magdy uznało ja za istotę anormalną, z przewagą sił podświado- mych, skłonną do katalepsji, a nawet somnambulizmu. Ostatecznie zapadł wyrok uwalniający; lecz po cichu poradził sąd sierżantowi pożarników, by córki do służby więcej nie posyłał, a to ze względu na podniecenie opinii publicznej, która była stanowczo przeciw Magdzie. Jakoż mimo wyroku ułaskawiającego odtąd Szponarówna, prze- zwana Czerwoną Magdą, uchodziła za podpalaczkę i cza- rownicę, której wszyscy schodzili z drogi, bojąc się przy- puścić ją na próg swego domu. Znękany ojciec wysłał ją w strony odległe do krewnych na wieś w nadziei, że po jakimś czasie będzie mogła po- wrócić, gdy zatrze się pamięć katastrof, a ludność uspokoi się i zapomni o Czerwonej Magdzie. Jakoż spędziła na wsi dwa lata, nie dając o sobie znaku życia. Wtem przed trzema tygodniami powróciła nagle do miasta bledsza niż zwykle, z zapadłymi policzkami i ślada- mi łez w zaczerwienionych oczach. Na pytania odpowiada- ła niechętnie, z widocznym przymusem i tylko rwała się do służby, nie chcąc być ojcu ciężarem w domu. W końcu ustąpił na usilne błagania i choć z ciężkim sercem, wyrobił jej miejsce w domu bogatego kupca Duchnica przy ul. Młynarskiej. Dziewczyna objęła tam miejsce służącej i od tygodnia spełniała już gorliwie obowiązki. W mieście zjawienie się Czerwonej Magdy przeszło ja- koś bez wrażenia i zdawało się, że nikt na to nie zwrócił 9 uwagi. Lecz Piotr Szponar gryzł się tym powrotem ogrom- nie i z dnia na dzień wyczekiwał złych „nowin”. Bo mimo wyroku władz, mimo wyraźnych zaprzeczeń z ust samej Magdy pożarnik nie wierzył w jej niewinność; gdzieś głę- boko, na samym dnie duszy, drzemało przekonanie, że wszystko, co ludzie o niej mówią, jest okropną i smutną prawdą. On, ojciec i sierżant straży pożarnej w jednej oso- bie, mógł coś o tym powiedzieć – on, który gasił własną ręką wszystkie po kolei pożary, jakie opinia ludzka wiązała w tajemniczy sposób z jego Magdą. Miał czas już poznać dokładnie wszystkie towarzyszące im symptomy i zbadać je do gruntu; odróżniał je jakimś osobnym, swoistym zmy- słem od innych „zwykłych”, którym też napatrzył się do woli. Nie na darmo dosłużył się stopnia sierżanta i uchodził za pierwszorzędną siłę pożarniczą. Gdyby go spytano na spowiedzi: – Sierżancie pożarny, Piotrze Szponar – czy córka twoja jest winną? – odpowiedziałby, że nie, o ile cho- dzi o jej własne sumienie i pełną ludzką świadomość. Lecz gdyby go ktoś zapytał, czy wierzy w bezwzględną niewin- ność Magdy, zaprzeczyłby równie stanowczo. Najwięcej go jednak bolało, że to właśnie jego córka, jego krew. Tkwiła w tym jakaś bolesna ironia, że jego ro- dzone dziecko zdawało się stwarzać dookoła siebie ową niszczącą siłę, którą on tępił zajadle od tylu lat. Czasami przychodziła dziwna myśl, że może właśnie dlatego, może właśnie za tę zaciętość, z jaką zwalczał ogień, przyszedł nań dopust; może okrutny żywioł mścił się na nim w ten sposób? Nie wiadomo. Szponar błądził i cierpiał ogromnie. Oto i teraz, w tej śródnocnej godzinie, trwożne myśli nie dawały spokoju, wałęsając się, jak upiór, pod czaszką. Dźwignął się ciężko z tapczanu i aby czymś odpędzić męczącą zmorę, zaczął przeglądać regulamin pogotowia wycięty na ścianie. Lecz i to znać mu się wkrótce uprzy- 10 krzyło, bo odwrócił się znudzony do tablicy na rozkazy i kredą jął kreślić jakąś karykaturę. Wtem targnął ciszą głos dzwonka: trzy ostre, dojmujące ukłucia. Automaty pożarowe grały. W strażnicy wszczął się nagły ruch, przemykały pod oknami w nerwowym pośpiechu jakieś postacie. Szponar z bijącym sercem studiował wskazówki automatu. Każda chwila przynosiła mu nowe szczegóły, sprecyzowane na minutę, sekundę. Strażak wlepił oczy w lśniącą platynową tarczę, ale je wnet zamknął z powrotem. Jak gracz niepew- ny karty trzyma ją długo pod ręką, zanim odwróci i chwilę zgaduje – tak pożarnik nakrył trwożnie powiekami oczy i bał się spojrzeć w twarz prawdzie. Wreszcie podniósł je, wpijając głodne spojrzenie w aparat. Tu już była odpo- wiedź gotowa: zwięzła, wyraźna, nieubłagana. – Gore! Dzielnica IX. Garbarze. Młynarska. Szponar zachwiał się i zbladł. Przeczucie nie omyliło go. Tak – to było tam – na pewno! Gdzież by indziej? Nie- wątpliwie paliło się u Duchniców! Ogniowa kalwaria roz- poczynała się od nowa. Już w trzecim tygodniu służby! Za- wierucha bólu i buntu przegięła go na chwilę ku ziemi, lecz się przemógł. Nie było czasu do namysłu; należało działać, wydać rozkazy, objąć dowództwo. Już grała na alarm trąbka, zwołując pogotowie, już drzemiący jeszcze przed chwilą pompierzy przypasywali pospiesznie gurty, nakładali szłomy1, przerzucali przez ple- cy zwoje sznurów i linewek ratunkowych. Sierżant wybiegł ze strażnicy na dziedziniec. Tu pod wspinalnią i w magazynie wrzały już gorączkowe przygo- towania do wymarszu. Przez szeroko rozwarte wierzeje wyprowadzano ze składu parę sikawek, wyjechał samo- chód rekwizytowy i dwie kominiarki do wyłącznej dyspo- 1 Szłom – hełm. 11 zycji załogi. W blasku reflektorów połyskiwały na głowach metalowe kaski, zapalały się zimne światła w obuszkach toporów. Szponar, spokojny już i zrównoważony, wydawał zlece- nia. Donośnie brzmiał na dziedzińcu głos jego równy, pew- ny, męski. – Wentyle w porządku? – rzucił w pewnej chwili pyta- nie. Parę posłusznych ramion pochyliło się w lot ku tłokom sikawek i przeprowadziło próbę. – Panie sierżancie, melduję, że wentyle grają – zgłosił rezultat jeden z pompierów. – Dobrze. Hej, chłopcy! – krzyknął, zajmując stanowi- sko na jednym z wozów – komu w drogę, temu czas! Z Bo- giem, ruszajmy! Zadrgała w powietrzu rześka pobudka trąbki As, roz- skoczyły się na obie strony skrzydła bramy wyjazdowej i wśród zgiełku hubek, w krwawym świetle zapalonych po- chodni runęły w ciszę ulic wozy pożarników: na czele pę- dził w szalonym tempie samochód z rekwizytami, za nim drugi zjeżony żebrami drabin, widłami, dżaganami i tium- nicami, z potężnym zbiornikiem wody w pośrodku, za nim dwie sikawki typu „Matador” z czeladzią do obsługi, na końcu auto osobowe z załogą pod dowództwem sierżanta... Była trzecia nad ranem, głucha, listopadowa noc. Gwał- towny wiatr wypadał z parowów ulic i zaułków i miotał w oczy całe przygarście prochu, pyłu i brukowego kurzu. Skądś, z ogrodów, leciały zżółkłe tuleje jesiennych liści i z suchym szelestem toczyły się po płytach chodników... Minęli Aleje, skręcili na Świętojańską. Z dala, ponad wieżami farnego kościoła, gorzała łuna pożarów. W oknach ukazywały się wylęknione głowy, w bramach zaspani do- zorcy; na placach zaczęły skupiać się gromadki ludzi. 12 A w puste, wydłużone pierzejami latarń ulice wpadały zwoje dźwięków ostrych, krzykliwych, odezwy pożarni- czych hubek, głos trąbki metaliczny. – Gore! Gore! Docierali do placu św. Ducha. Sponad zrębów kamienic strzeliły w niebo krwawe siklawy ognia, wił się dym w czarnych, żałobnych przegubach. W powietrzu czuć było już swąd spalenizny, słychać wzrastający wciąż zgiełk lu- dzi... Minęli plac, lotem strzały okrążyli budynek poczty i z wściekłą furią runęli w ujście Młynarskiej. Tu w głębi po lewej uderzyła w oczy groźna krasa pożaru. Palił się trzypiętrowy dom kupca Duchnica. Ogień, wybuchły na wysokości pierwszego piętra, podsycany bez przerwy po- dmuchami jesiennego wiatru, ogarnął w przeciągu kwa- dransa wyższe piętra i sięgał już purpurową wstęgą po par- ter. Mimo nocnej pory wkoło jasno było jak w dzień. Wśród krzyku ludzi i trzasku płomieni wpadło pogotowie na duży, w tej chwili tysiącem iskier zasypany skwer przed kamienicą. Przyjął ich piekielny zgiełk i jęki. Na ulicy wkoło domu leżały stosy wyrzuconych z pomieszkań sprzętów, całe hałdy kufrów, szaf, kobierców w dzikim chaosie nieładu. Pożar wybuchł tak nagle i rozszerzył się tak szybko, że wiele osób zdołało zaledwie umknąć w samej bieliźnie. In- nym drogę odcięły buchające z dolnych pięter płomienie, ci pozostali w płonącym domu, czekając pomocy strażaków. Co chwila ukazywały się w oknach wybladłe twarze nie- szczęśliwych, daremnie żebrząc o ratunek, który nie nad- chodził. Jakaś kobieta, przywiedziona czekaniem do rozpa- czy, rzuciła się z drugiego piętra na bruk i skonała na miej- scu. Na ten krytyczny moment nadjechali pożarnicy. W mgnieniu oka usunięto z ulicy gawiedź i ułożono linię 13 wężową od domu do brzegu sąsiedniej rzeki. Zanim gumo- we ssawki nabrały dostateczną ilość wody do zbiornika, rozpoczęły swą działalność potężne ekstinktory. Dzielny „Rese” i „Matador”, zasilane gorliwie przez podręczne hy- drofory, natarły strumieniami wody na ognisko pożaru: pierwsze piętro i parter. Równocześnie przystawiono do muru pięć drabin wysuwalnych i dwa gęsiorki. Unosząc prawą ręką wysoko w górę prądnicę węża, wspiął się pierwszy na szczeble sierżant Szponar. – Za mną, chłopcy! – zachęcił gromkim głosem towa- rzyszy. Sześciu pożarników, zagrzanych jego przykładem, za- częło wstępować po drabinach ku zagrożonym piętrom; za nimi w ślad pełzały ku górze węże wylotowe, przymoco- wywane po drodze podwiązkami do łat i szczebli. Dosiągł- szy poziomu pierwszego piętra, puścił Szponar mocny, ze- środkowany prąd wody do mieszkania naprzeciw, w któ- rym kłębiły się gęste runa ognia i dymu. Czerwona topiel na chwilę wklęsła gdzieś w głąb, odsłaniając wnętrze poko- ju na pół ogołoconego ze sprzętów. – Stąd chyba już uciekli – wyciągnął szybki wniosek. I pozostawił opiekę nad pierwszym piętrem dwom towa- rzyszom, którzy dogonili go tymczasem. Ponieważ drabina nie wysuwała się wyżej, przeto za- czepił się karabińczykiem o przedostatni jej szczebel na po- ziomie pasa, chwycił podaną mu z dołu przez kolegę dra- binkę hakową w obie ręce i podniósłszy wysoko w górę ponad głową, zahaczył ją w mig krukami o okno drugiego piętra. Po dokonaniu manewru z bajeczną wprawą i chyżo- ścią zaczął wspinać się po szczeblach z dobytym toporkiem w prawej. Już płomień, przeżarłszy opustoszałe dwa dolne pozio- my, sięgnął krwawą grzywą po trzeci; już długie, gorące ję- 14 zyki podlizywały balkony i ganki drugiego piętra, Już wci- skały się czerwone żądła przez drzwi i okna. Rozległ się brzęk pękających szyb zmieszany z krzykiem ludzkim. Na jednym z balkonów zbiło się w gromadkę kilkunastu mieszkańców, zasłaniając się rękoma przed dojmującym już z bliska żarem. W tej chwili sierżant dotarł do platformy drugiego pię- tra. Ruchem szybkim jak myśl wyciągnął ramię po najbli- żej stojącą kobietę z rozwianym od wiatru włosem, uniósł ją lekko ponad balustradę balkonu i podał stojącemu niżej towarzyszowi, który omdlewającą mu na rękach sprowa- dził na dół. – Płachta ratunkowa! – zakomenderował Szponar, wi- dząc, że gromadka na balkonie powiększa się i pożar wtar- gnął już do wnętrza. Uratowawszy w ten sposób jeszcze parę osób, poruczył resztę kolegom, sobie pozostawiając najtrudniejsze zadanie w głębi płonącego domu. Poprawił na głowie kaptur dymo- wy, odpiął karabińczyk i okraczywszy ostatni szczebel dra- biny, wskoczył przez okno do środka. Za nim wśliznął się zdradziecki płomień. Rozpoczęło się bohaterskie dzieło pożarnika. Jak nurek na dnie morza rzucał się Szponar na wsze strony w gorącz- kowym szukaniu, przebiegał pokoje, przepatrywal zacisz- ne, z przepychem urządzone buduary, przemierzał nerwo- wym biegiem opuszczone świeżo sypialnie. W pewnej chwili natknął się na jakieś ciało, leżące na posadzce. Schy- lił się, dźwignął i wśród kłębów duszącego dymu zawrócił ku oknu. Tu na szczęście trafił na jednego z pompierów i oddał mu swój ciężar: śliczną, dziesięcioletnią może dziewczynkę. 15 – Przyczepić do dwóch ostatnich pięter wory ratunko- we! – krzyknął na pożegnanie rozkaz, zawracając sam na boczne skrzydło w głąb. W tej chwili zwycięski pożar opanował lewą połać dru- giego piętra i wciskał się palącą lawą w sam środek. Sier- żant obrócił się na moment, by ujrzeć wysuwającą się z ja- kiejś alkowy wąską, purpurową szyję płomienia. Wciągnął w nozdrza powietrze i wtedy uczuł znany sobie tak dobrze zapach jej włosów. Nie po raz pierwszy spotykał się z tą wonią w czasie po- żarów: płomienie pachniały macierzanką i liśćmi orzecha – wonią tych samych odwarów, którymi Magda tak chętnie zmywała swe długie, czarne włosy. Nie ulegało wątpliwości: to był jej pożar. Jak pędzony przez furię, rzucił się w wąski korytarz na prawo, skąd dochodziły go jęki. Lecz tu u wylotu zastąpiło mu drogę czerwone widmo dziewki. Była wysoka nad mia- rę ludzką, wyolbrzymiała jakaś, potworna i potrząsała w ręce trzymanym ognistym strąkiem. Zasłonił się przed nią wyciągniętym ramieniem i dygo- cąc na całym ciele, zapytał chrapliwie: – Czego chcesz ode mnie? W odpowiedzi zagrał jej na ustach okrutny uśmiech i spłynął strugą ognia po płomiennych jagodach. Podniosła ognisty swój strąk i zagrodziła nim przejście. – Z drogi! – krzyknął, obłąkany ze strachu i gniewu. – Z drogi, Magda! I przeszedł przez nią jak przez purpurową mgłę. Zapie- kło go coś tylko okropnie na rękach i szyi, że syknął z bólu. Lecz przedarł się. W następnej chwili już wynosił na rękach jakąś starusz- kę i siadłszy okrakiem na oknie, podawał ocaloną jednemu ze strażaków na drabinie. 16 Tymczasem inni spuszczali mieszkańców w dół na płachtach lub co silniejszych, zwłaszcza mężczyzn, w krze- słach ratunkowych, związanych naprędce ze sznurów i li- newek; kilku odważniejszych skoczyło wprost na rozpo- starte w dole koce. Pozostało jeszcze ostatnie piętro. Mimo wysiłków strażaków pożar podniecany piekielnym wi- chrem opanował już cały dom i sięgał tryumfalnie ponad dach. Szponar dwoił się i troił. Był wszędzie. Jak demon zba- wienia miotał się w największy ogień, z pogardą życia bez granic zawisał nad przepaścią, jak linoskok wahał się co chwila między niebem a ziemią. Własnoręcznie wyniósł z płomieni 20 osób, ocalił z niebezpieczeństwa życia dwóch kolegów, zabezpieczył odwrót kilku innym. Lecz ciągle, bez przerwy prześladowało go widmo czerwonej dziewki, drażniła won ognistych jej włosów. Tu wynurzała się jej twarz z mgławicy dymów, tam przesuwała się jej krwawa postać na tle walącego się w dół ganku, ówdzie powiewały mietlicą iskier jej piekielne warkocze. Nie zważał na nic i opancerzony w stal żelaznej woli spełniał po bohatersku swój obowiązek. Aż nadeszła chwila najstraszniejszej próby. O ocaleniu domu nie mogło już być mowy; poprzepala- ne belki wyższych pięter waliły się z łoskotem w dół, po- dziurawione jak rzeszota sufity zapadały się z głuchym ru- morem. Mała garstka mieszkańców z trzeciego piętra sku- piła się w jednym z okien na prawym skrzydle na poły ob- jętym przez pożogę: dwóch starców, jakiś chory kaleka i młoda matka z niemowlęciem przy piersi. Strażacy pod przewodnictwem sierżanta przypinali po- śpiesznie wór ratunkowy, którym miano spuszczać tych najniedołężniejszych na ziemię. 17 Wtem rozległ się spazmatyczny krzyk kobiety z okna. Nieszczęśliwa przytrzymując lewym ramieniem płaczące dziecko, wskazywała drugą ręką poza siebie na zbliżające się z przerażającą chyżością kotłowisko płomieni z głębi pokoju. Gryzący dym w żółtych skędzierzawionych kła- kach przykrył na moment tragiczną grupę. Gdy w chwilę potem wiatr odgarnął tę duszną zasłonę, ujrzał Szponar ścinający krew w żyłach obraz. Przez okno przegięła się wężowym przegubem Czerwo- na Magda i ognistym swym żegadłem usiłowała podpalić rozpięty już wór ratunkowy. Szatański uśmiech igrał na wargach dziewki, piekielna radość rozświecała twarz w okolu żarem zionących włosów. Zjadliwe żądło już, już dosięgało płótna... – Jezusie, Mario! – jęknął Szponar. – Giń, maro! I zakreśliwszy w powietrzu znak krzyża, rzucił w nią to- Sierżant powiódł ręką po czole i spojrzał wkoło błędny- mi oczyma. Coś się w nim nagle załamało; nie miał już sil do dal- szej akcji. Wyręczyli go towarzysze. Pożar nagle jakby przygasł, skurczył się, ustępował; si- kawki wzięły nareszcie górę. Wśród deszczu rozpylonej ich paszczami wody spokojnie już spuszczono worem na dół ostatnich mieszkańców. Szarzało na niebie, gdy umęczeni śmiertelnie, czarni od dymu i kopciu pożarnicy zeszli po drabinach na ulicę. Chwiejnym krokiem zamykał ich pochód sierżant, Piotr Szponar... 18 porkiem. przeciągle wycie. i wsiąkło bez śladu. Cios trafił w czoło. Rozległ się okropny skowyt i długie. Czerwone widmo cofnęło się skwapliwie w głąb domu Nagle doszły go jakieś okrzyki. Z tłumu zgromadzone- go pod spalonym domem padło niespodzianie okropne przezwisko: – Czerwona Magda! Czerwona Magda! Machinalnie rzucił się pomiędzy ludzi. – Rozstąpić się! Rozstąpić się! To jej ojciec! I utworzył się długi męczący szpaler aż do zwęglonej bramy wchodo- wej kamienicy. Strażak przeszedł jak pijany ten szpaler, siepany bicza- mi spojrzeń, i skręcił bezwiednie na lewo, do jakiejś małej stancyjki cudem ocalałej z pożaru. Tu w kącie na lichym barłogu ujrzał w kałuży krwi zwłoki swej córki; z okrutnie rozwalonej czaszki sączyła się czarna, na pół już zakrzepła posoka. – Magduś! Magduś moja! – zakrakał jakimś nieludzkim głosem. I zatoczył się nieprzytomny pod ścianę. 19 BIAŁY WYRAK Józefowi Jedliczowi poświęcam Byłem wtedy jeszcze młodym czeladnikiem, jak wy, kochane chłopaki, i robota paliła mi się w rękach. Majster Kalina – świeć Panie nad jego zacną duszą – nieraz ma- wiał, że pierwszy po nim obejmę mistrzostwo, i przed in- nymi nazywał mię chlubą cechu. Jakoż nogi miałem silne i zapierałem się łokciami w kominie jak mało kto. W trzecim roku służby dostałem do pomocy dwóch ko- miniarczyków i zostałem instruktorem młodszych kolegów. A było nas razem z majstrem siedmiu; prócz mnie trzymał Kalina dwóch innych czeladników i trzech chłopców do podręcznej posługi. Dobrze nam było z sobą. Bywało, w święta i niedziele zeszła się brać u majstra na pogawędkę przy piwie lub zimą przy ciepłej herbacie pod kominem, naśpiewała, naplotła nowin do syta, że wieczór zlatywał niby ta kula spuszczona ze szczotką w gardziel spadów piecowych. Kalina – człek był piśmienny, rozumny, dużo świata zwiedził, nie z jednego, jak to mówią, komina wygartywał. Filozof był trochę, książki lubiał okrutnie, nawet gazetkę podobno kominiarską chciał wydawać. Lecz w rzeczach wiary nie mędrkował – owszem, szczególne miał nabożeń- stwo do św. Floriana, naszego patrona. 20 Po majstrze najwięcej przylgnąłem do młodszego cze- ladnika, Józka Biedronia, chłopaka szczerego jak złoto, którego polubiłem za serce dobre i proste jak u dziecka. Niedługo miałem się cieszyć jego przyjaźnią! Drugi z kolei towarzysz, Osmółka, trochę melancholik, trzymał się zwykle na uboczu i unikał zabawy; lecz pra- cownik był z niego zawołany, w robocie sumienny i dziw- nie zaciekły. Kalina cenił go sobie wielce i ciągnął do ludzi, lubo bez widocznego skutku. Za to chętnie przesiadywał Osmółka na wieczorach u majstra i z ciemnego kąta z zajęciem przysłuchiwał się opowieściom majstra, którym dawał wiarę zupełną. A nikt tak nie umiał opowiadać, jak nasz „stary”. Jak z worka sypał gawędami, jedną ciekawszą od drugiej, koń- czył tę, zaczynał nową, wplatał trzecią i dalsze bez końca. A w każdej dopatrzyć się można było jakiejś myśli głęboko pod spodem przytajonej, z wierzchu dla niepoznaki gęstwą słów przykrytej. Lecz człek był wtedy jeszcze młody i głu- pi i brał z opowieści owych tylko to, co bawiło, dla oka błyskotką. Jeden może Osmółka patrzył bystrzej i wnikał w sedno „bajek” majstrowych. Bo „bajdami” nazywaliśmy między sobą po cichu opowiadania Kaliny. Zajmujące były, czasem straszne, aż mrowie przechodziło i włosy dębem stawały na głowie, lecz mimo wszystko baśnie tylko i baj- dy. Alić życie pouczyło nas wkrótce o nich trochę inaczej... Pewnego razu, gdzieś w środku lata, zabrakło nam pod- czas wieczornej pogawędy jednego towarzysza: Osmółka nie zjawił się w swym ciemnym kącie za kredensem. – Pewnie gdzieś się zawieruszył między dziewczętami – żartował Biedroń, choć wiedział, że kolega do niewiast niespory i mało przedsiębiorczy. 21 – Et, pleciesz – odpowiedział mu Kalina. – Powiedz ra- czej, że go melancholia dławi i w domu jak niedźwiedź w ostępie siedzi i łapę ssie. Wieczór przeszedł smutno jakoś i ospale, bo bez najgor- liwszego ze słuchaczy. Nazajutrz rano zaniepokoiliśmy się nie na żarty, gdy Osmółka nie zgłosił się do służby koło godziny dziesiątej. W przekonaniu, że czeladnik zachorował, poszedł majster odwiedzić go. Lecz w domu zastał tylko jego matkę, sta- ruszkę stroskaną bardzo nieobecnością syna; Osmółka, jak wyszedł na miasto dnia poprzedniego nad ranem – tak do- tąd do domu nie wrócił. Kalina postanowił przedsięwziąć poszukiwania na wła- sną rękę. – Osmółka – ponura pałka – Bóg raczy wiedzieć, co na- broił. Może teraz gdzie się ukrywa? Lecz szukał nadaremno do południa. Wreszcie przypo- mniawszy sobie, że czeladnik miał dnia poprzedniego oczyścić komin w starym browarze za miastem, zwrócił się tam po objaśnienia. Jakoż odpowiedziano mu, że istotnie wczoraj rano był jakiś czeladnik w browarze i czyścił komin, lecz po zapłatę nie zgłosił się. – O której godzinie skończył robotę? – zapytał Kalina jakiegoś siwego jak gołąb starca, którego spotkał na progu jednej z browarowych przybudówek. – Nie wiem, panie majstrze. Odszedł tak niepostrzeże- nie, żeśmy nawet nie wiedzieli, kiedy wracał, musiało mu się znać bardzo spieszyć, bo nawet nie zaglądnął do nas po wynagrodzenie. Jak to mówią, sczezł jak kamfora. – Hm... – mruknął w zamyśleniu Kalina. – Dziwak jak zwykle. A czy aby dobrze wyczyścił? Jak tam teraz Z ko- minem? Czy dobrze ciągnie? 22 – Podobno nie bardzo. Synowa skarżyła się znowu dziś rano, że okropnie dymi. Jeśli do jutra nie zmieni się na lep- sze, poprosimy o wyczyszczenie powtórne. – Zrobi się – odciął krótko majster, zły, że tu niezado- woleni z jego czeladnika, i zmartwiony okrutnie brakiem dokładniejszych o nim wiadomości. Tegoż wieczora zasiedliśmy smutni do wspólnej wie- czerzy i rozeszliśmy się wcześnie do domów. Nazajutrz to samo: o Osmółce ani słychu, ani dychu – przepadł jak ka- mień w wodzie. Po południu przysłali jakiegoś chłopca z browaru z prośbą, by komin wyczyścić, bo „glancuje” jak diabeł. Poszedł Biedroń koło czwartej i więcej nie wrócił. Nie było mnie przy tym, jak go Kalina wysyłał, i o niczym nie wiedziałem. Toteż zląkłem się, ujrzawszy pod wieczór po- ważne miny kominiarczyków i majstra podobnego chmu- rze gradowej. Tknęło mię złe przeczucie. – Gdzie Józek? – zapytałem, na próżno szukając go po izbie. przy sobie: – Nie wrócił z browaru – odpowiedział ponuro majster. Zerwałem się z miejsca. Lecz Kalina siłą wstrzymał mię – Samego nie puszczę. Dość mi już tego. Jutro rano pój- dziemy obaj. Jakieś licho – nie browar! Wyczyszczę ja im komin! Tej nocy nie zmrużyłem oka na chwilę. Równo ze świ- tem wdziałem skórzany kabat, spiąłem się wpół mocno pa- sem na sprzączkę, wdziałem na głowę kominiarkę z przy- stułkami i przerzuciwszy przez ramię szczotki z kulami, za- pukałem do izby majstra. Kalina był już gotów. 23 – Weź ten obuszek – rzekł mi na powitanie, podając ręczną, świeżo znać obciągniętą na brusie siekierę. – Może ci się przydać prędzej niż miotła lub drapaczki. Wziąłem narzędzie w milczeniu i poszliśmy szybkim krokiem w stronę browaru. Poranek był piękny, sierpniowy i cisza ogromna w po- wietrzu. Miasto jeszcze spało. Milcząc, przeszliśmy rynek, most na rzece i skręciliśmy w lewo przez bulwary na gości- niec, wijący się w dal pomiędzy topolami. Do browaru był kawałek drogi. Po kwadransie wytężo- nego chodu zeszliśmy z traktu w bok pod przedmiejskie przylaski, rzucając się na przełaj przez sianożęcia. W oddali ponad olszynką zarysowały się miedzianymi płatami dachy budynków browarowych. Kalina ściągnął kapę z głowy, przeżegnał się i zaczai bezgłośnie poruszać wargami. Szedłem obok w milczeniu, nie przerywając modlitwy. Po chwili majster nakrył z po- wrotem głowę, ścisnął mocniej siekierę i zagadał cicho: – Licho – nie browar. Piwa tam i tak już, od jakich lat dziesięciu nie warzą. Stara rudera i tyle. Ostatni piwowar, niejaki Rozbań, podobno zbankrutował i powiesił się z roz- paczy. Rodzina, sprzedawszy za bezcen miastu budynki i cały inwentarz, gdzieś wyniosła się w inne strony. Następ- ca dotąd żaden nie zgłosił się. Kotły i maszyny mają być li- che i starego systemu, a na nowe nie każdego stać; nikt nie chce ryzykować. – Więc kto właściwie kazał oczyścić komin? – zapyta- łem, rad z tego, że zawiązana rozmowa przerwała przykre milczenie. – Jakiś podmiejski ogrodnik, który przed miesiącem za półdarmo sprowadził się do pustego browaru z żoną i sta- rym ojcem. Ubikacyj mają sporo i miejsca dość, choćby dla kilku rodzin. Sprowadzili się pewnie do izb środkowych, 24 SPIS TREŚCI CZERWONA MAGDA 5 BIAŁY WYRAK 20 ZEMSTA ŻYWIOŁAKÓW 32 POŻAROWISKO 49 PIROTECHNIK 70 GEBROWIE 80 MUZEUM DUSZ CZYŚĆCOWYCH 98 PŁOMIENNE GODY 121 ZIELONE ŚWIĄTKI 135 SALAMANDRA (POWIEŚĆ FANTASTYCZNA) 142 Ludzie z Mostu św. Floriana 142 Wierusz 146 Maskarada 154 Vivartha 163 Sabat 189 Pod poziomem Druczy 203 Przygotowania 219 Zaklęcie czterech 231 W „Gospodzie pod Miętusem” 239 Kukła 256 Epilog 275 280
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Księga ognia. Opowieści niesamowite
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: