Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00360 005698 13430845 na godz. na dobę w sumie
Księga wojny - ebook/pdf
Księga wojny - ebook/pdf
Autor: , , Liczba stron: 484
Wydawca: Runa Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7787-000-6 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> fantastyka >> fantasy
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Gdziekolwiek jesteś, wszędzie to samo błoto, krew i strach.
W zrujnowanym Berlinie, gdzie powstańcy kanałami uciekają przed polskim okupantem.
Na smaganych wiatrem Hadesu polach starożytnej Dalmacji.
Na Wale Pomorskim, gdzie Kanony Jedności Narodu i Siły Proletariatu zderzyły się z faszystowskimi czarami.
W Lublinie, tuż przy granicy przedziwnu, które krzywi rzeczywistość.
Wszędzie toczy się wojna.
Jesteś Arturem, Lancelotem, Harrym, Conanem, Gandalfem.
Musisz walczyć.
Ze Słoniosmokomaszynozwierzem.
Ze Stalinem, Czerwonym Smokiem.
Z płodzonymi przez bogów herosami, kluczami bojowych harpii, merkurionami, angelofagosami, magami, demonami i książętami piekieł.
Z samym sobą.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Jakub฀Nowak CIĘŻKI฀METAL Punisher War Journal. Noże, garoty, kastety, maczety, katany, granaty, miny, bomby, bazooki i co najmniej jedna staroświecka ar- mata. I giwery, mnóstwo giwer. Duże, wielkie i jeszcze większe, rozdęte do monstrualnych rozmiarów rozpasaną kreską kolejnych rysowników. Wielgaśne giwery, grube jak sterydowe uda główne- go bohatera. Wszystkie dzierżone przez niego bez żadnego wysiłku i faszerujące ołowiem gangsterów wyglądających jak punki (wcześ- niej) albo alfonsi (później). To już piętnaście lat. Tyle czasu minęło, odkąd pierwszy raz wziąłem do ręki polską wersję komiksu. Dziennik wojenny Punishera. Tymi słowami zaczynały się kolej- ne zeszyty. Dialogi i moralne dylematy ograniczone do minimum, ważniejsze były onomatopeje naśladujące eksplozje i trzask pęka- jących zębów, wybijanych lufą pistoletu. Wszystko takie proste. Dziennik wojenny. Jak opowiedzieć o wojnie? Nie czuję się dobrze. Serce zasuwa, nadgarstki wibrują, naspido- wane mrówki urządzają zawody w żyłach moich przedramion. Mam lodowate palce, gorące uszy i wilgotne oczy. Jądra się kurczą, szu- kają schronienia w słabym ciele. Jak opowiedzieć o szaleństwie? Nazywam się Łukasz Ozimczuk. Mam dwadzieścia pięć lat. Przez całe życie mieszkałem w Lublinie. Ostatnie lata w streie bezpośredniego kontaktu z przedziwnu (mimo wysiłków pogranicze wciąż puchnie, w nasze głowy wlewa się wykrzywica). Służyłem 97 Jakub Nowak jako stacjonarny prostownik w 2 Lubelskiej Kompanii Pogranicza, którą dowodzi kapitan Andrzej Ozimczuk. Mój ojciec. Kompania wchodzi w skład Pułku Kresowego, na czele którego stoi srogini Michalska. Srogini. Wystarczyło jedno jej spojrzenie i wszyscy – ja, tata i reszta pułku – wszyscy byliśmy gotowi skoczyć do samego pie- kła. I skakaliśmy. Zmuszają mnie, bym wszystko opowiedział. Trzy dni. Całe ży- cie. I jeszcze więcej. Lublin pachniał, a zmysły mieszały się. Bo Lublin pachniał mięk- ką szeleszczącą zielenią, pachniał przyjemnie orzeźwiającą ciepłą ciemnością. Siedziałem po turecku z piwem w ręku. Był mój, a ja byłem jego. Gdybym teraz zerwał się, rozpędził i skoczył, runął prawie czterdzieści metrów w dół, Lublin nie dałby mnie skrzyw- dzić. Pochwyciłby mnie i zaniósł z powrotem na dach. Naprawdę tak myślałem. Dlatego wolałem nie zbliżać się do krawędzi. Piłem, słuchałem szumu w dole, rozkładałem ręce, rozkładałem dłonie sze- roko, by każdym wolnym porem chwytać lipcowy wiatr. Siedziałem na dachu wieżowca, w którym mieszkam całe życie. Betonowy moloch, połamany nieregularnie na kilka przylegających do siebie segmentów. Dwanaście pięter, czternaście klatek schodo- wych i niemal tysiąc mieszkańców. Nawet teraz, podczas konlaktu. On i jego osiedlowi towarzysze z góry wyglądaliby jak monstrual- ne kanciaste węże, pławiące się w puszystej zieleni. Siedziałem na grzbiecie betonowego gada, smakowałem piwo i smakowałem bez- ruch. Spokój był blisko jak rzadko kiedy. Wyczuwałem go tuż za granicą pola widzenia, jakby czaił się za moimi plecami. 98 Ciężki metal Czekałem na ojca. Wyruszyli tydzień temu Ułanem, nowym skrzepołamaczem, skierowanym na lubelski odcinek w ramach uzu- pełnień europejskich sił World Treaty Organization. Test bojowy sprzętu wyprodukowanego w barcelońskich stoczniach: nowe or- ganiczne iltry mają umożliwić efektywne prowadzenie działań na pograniczu przez dobre osiem dni i aż do trzech tygodni w warun- kach defensywnych, przy wyłączonym rozkrzepie, w razie kłopo- tów ze znalezieniem drogi powrotnej. Pierwszym wypadem Ułana dowodził kapitan Andrzej Ozimczuk. Tata. Gdy poczułem ucisk w okolicy węzłów chłonnych, odłożyłem butelkę i powoli opadłem na plecy. Zbliżali się. Uśmiechnąłem się do nocnego letniego nieba. Jakie pory roku mają tam, w otchłani? Ucisk narastał. Przymknąłem oczy, wiedząc, co zaraz nastąpi. Kilka chwil bez dźwięku, bez ruchu, wszystko jak na pauzie. I nagle play, nagle znów pomieszanie zmysłów. Niebo pękło, rozdarło się, gwał- townie wyrzygało matowe światło, uwalniając przy okazji lśniący metalicznie, nieregularny kształt. Wiatr rozjęczał się między wie- żowcami, zawtórowały mu samochodowe alarmy. Głośno, mocno, wysoko, jak gitarowe solo. Sam miałem ochotę powrzeszczeć. Chodź do domu. To był ułamek sekundy. Krócej niż mgnienie oka, nie dłużej niż mgnienie myśli. Wystarczyło. Zanim pogranicze zniknęło, zanim rana na niebie się zasklepiła, zerknąłem ku otchłani. Wtedy ze- wnętrzności przejrzały się we mnie, polizały od środka moje cia- ło i duszę. Jęzor przedziwnu, kwaśny i włochaty, zostawiał lepkie ślady na wspomnieniach. Wyżerał twarze, roztapiał słowa. Mieszał wszystko. Wykrzywiał. Ostry ból wokół szyi, tępe łupanie w stawach. I ten okropny za- wrót głowy. Oparcie zniknęło, spadałem i wzbijałem się jednocześnie, 99 Jakub Nowak świat wokół zadrżał i zaczął wirować, wirowałem i ja, coraz szyb- ciej i szybciej, coraz krzywiej. Krzywy język uciekał z pokrzywionej gęby, pełzł gdzieś po policzku w stronę ucha, tam spierdalały pokrzy- wione oczy. Krzywe struny głosowe rzęziły w wykrzywionej krtani. Na szczęście odbiło mi się ochronną zupą ze szczawiu i wędzo- nej pasztetowej. Zacisnąłem oczy, ugryzłem się w język. Mocno. Łzy pomogły, przemyły trochę głowę. Głęboki wdech. Rozchyli- łem powieki. Pogranicza nie było. Był Ułan. Podniosłem się z trudem (członki zrobiły się jak pluszowe, a sta- wy się rozregulowały), ukradkiem przetarłem mokre oczy. Rozko- łysany skrzepołamacz powoli schodził coraz niżej. Odstawi swego kapitana niemal pod próg, zanim podryfuje do aeriny na Majdanku. Wspaniała maszyna. Przypominała skrzyżowanie wielkiego kancia- stego jeża z nosorożcem. Tony metalu obsługiwane przez trzydzie- stu ludzi: dziesiątki ostrych kilkumetrowych wypustek, upstrzony bulajami grubaśny pancerz, rozkrzep na dziobie, wciąż gorący, roz- wibrowany i upaćkany poskrzepowym lopem. Stabilizatory dyszały cuchnącym wyziewem pogranicza, żółte relektory skanowały dach i mnie. Niemal izycznie czułem na sobie spojrzenia rzucane zza iranek ciemnych pokoi w budynkach wokoło. Tak jest, ludzie, tu mieszka wasz bohater. Tu jest dom Andrzeja Ozimczuka. Duma daje tyle siły. Prostuje ciało, prostuje w głowie. Ułan zszedł nisko, tuż nade mnie, odciął pół świata. Poczułem zapach paliwa, rozgrzanej stali i otchłań. Mimo woli schyliłem gło- wę. Ze środka wyskoczył mężczyzna w czarnym mundurze. Gdy szedł po dachu w moją stronę, skrzepołamacz odleciał na kilka me- trów i powoli odwrócił się do nas dziobem. Ciemna postać, ledwo widoczna zza jednej z pancernych szyb, uniosła dłoń w geście po- żegnania. Pomachaliśmy jej. Ułan sapnął mechanicznie, jakby ze zmęczenia, po czym ruszył w noc, do jednostki. 100 Ciężki metal – To była srogini? – spytałem ojca. Pokiwał głową, wpatrzony w maszynę i trochę nieobecny, jak- by jakaś jego część odlatywała skrzepołamaczem. W końcu odwrócił się w moją stronę i uśmiechnął. Nie podo- bał mi się ten uśmiech, szczery i jednocześnie ponury. Tak krzy- wili się do mnie ludzie w obcych, podrzuconych mi przez wojnę wspomnieniach pogrzebu. – Jak jest? – spytał, kładąc mi dłoń na ramieniu. Była ciężka i przyniosła odległy płacz noworodków. Jedno z naj- okropniejszych ech po przedziwnu. – Okej – skłamałem, a on nie odpowiedział. Przypatrywał mi się, jakby sobie przypominał. Albo się mnie uczył. – Wszystko w porządku? – spytałem. – Pewnie. On też nie umiał kłamać. Jego oczy, przekrwione ze zmęczenia, głęboko wycofane w sine bruzdy, nie umiały. Usłyszeliśmy syreny, wysokie tony ułożyły się w krótki komu- nikat. Gdzieś na obrzeżach miasta chlusnęło wykrzywicą. Oby nie było oiar. – Pewnie – powtórzył ojciec. Jego dłoń była coraz cięższa. Objąłem go w pasie. Pachniał moim dzieciństwem. Szczęściem. Powoli ruszyliśmy do zejścia na klatkę. – Mama już śpi. – Nie szkodzi. Chodźmy do domu, tato. 101 Jakub Nowak (cid:286)niła mi się, kolejny raz. Byliśmy sami, a ona szła w moją stro- nę. Znowu to wrażenie: znam ją ze świata sprzed wojny, już ją kie- dyś spotkałem, zanim stała się tym, kim jest – jedyną wciąż żywą wśród pierwszych tłumaczy. Jedyną, która przeżyła samotny powrót z pogranicza. Znów to wykańczające uczucie, że ją poznałem, za- nim pokazała światu, jak walczyć, zanim stała się naszą najwięk- szą bronią. (cid:299)ywą legendą. (cid:286)niło mi się, że podeszła blisko. I zrobiła jeszcze krok. Wte- dy znajoma postać rozproszyła się na kolejne detale. Lśniąca czerń skóry munduru. Releksy na metalowych sprzączkach pasków na piersiach. Blada, napięta skóra twarzy. Usta. Krzywizna brwi, zdecydowana, ostra. Włosy niknące pod furażerką. Usta. Osten- tacyjna opaska na oku, którego nie ma. Długie rzęsy na powie- ce tego, które jest. Usta. Kości policzkowe, jeszcze ostrzejsze niż brwi. Usta. Usta. Obudziły mnie odgłosy zza ściany, na tyle głośne, że przebiły się przez zagłuszacz. Uprawiający seks rodzice skutecznie przegnali erekcję i senność. Pierwsze dwie godziny świtu były duszne i nie- wygodne, pociłem się w poszwę, rzucając się w niej na boki jak larwa w lepkim kokonie. To najbezpieczniejszy sposób spędzania nocy przy obecnej koniguracji przepływów wykrzywicy na pogra- niczu przylegającym do mojego pokoju. Spanie pod kołdrą byłoby ryzykowne, groziłoby przeciekiem. Dlatego śpię na kołdrze, w ba- wełnianym niby-śpiworze. Na jednej z grup dyskusyjnych po ciem- nej stronie sieci ktoś polecał komplety pościeli z Jyska: specyiczny skład bawełny, z której są zrobione, w połączeniu z farbami pokry- wającymi materiał daje podobno dobre wyniki. Najeździłem się za nimi (w mieście musiało być więcej grupowiczów, niż mi się wy- dawało), ale było warto. Sprawdzają się. 102
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:


Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: