Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00043 005071 13075900 na godz. na dobę w sumie
Księżycowy Pocałunek - ebook/pdf
Księżycowy Pocałunek - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 466
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 9788323876731 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> sensacja
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Penelopa odkrywa w lesie szczątki małego samolotu. Czyżby znalazła rozwiązanie zagadki losu zaginionych przed laty kochanków - Colta i Frannie? Do miasteczka przyjeżdża powiadomiony o znalezisku Wyatt - potomek zaginionego Colta. Między nim a Penelopą wybucha namiętne uczucie...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

BEST SELLERS Tytuł oryginału: Kiss the Moon Pierwsze wydanie: MIRA Books, 1999 Redaktor prowadzący: Mira Weber Korekta: Ewa Godycka ã 1999 by Carla Neggers ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. Warszawa 2000, 2003, 2006 Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podo- bieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak SMR jest zastrzez˙ony. Arlekin Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa Druk: ISBN 83-238-1735-9 SMR PROLOG Frannie Beaudine odznaczała się inteligencją Katherine Hepburn i zmysłowością Marilyn Mon- roe, nic zatem dziwnego, z˙e Colt Sinclair nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. To, z˙e tak wspaniała kobieta mogła zakochać się w nim, chudym dwu- dziestojednoletnim młodzieńcu, napawało go dumą i radością, jakiej nigdy dotąd nie zaznał. Znajdowali się w nalez˙ącym do Sinclairów apar- tamencie przy Parku Centralnym. Frannie chodziła tam i z powrotem po salonie, wzdłuz˙ okien bal- konowych, za którymi migotały światła Manhat- tanu. Długie, czarne włosy, upięte w elegancki kok, odsłaniały jej uszy, w których połyskiwały małe brylantowe kolczyki. Oczywiście nie były to praw- dziwe brylanty; na takie nie było jej stać. Na wytworną suknię tez˙ nie; tę, którą miała na sobie, z czarnego aksamitu z głębokim dekoltem, poz˙y- czyła. Jedyny kolorowy akcent stanowiły jej usta i paznokcie – jaskrawoczerwone, seksowne. Colt obserwował ją w milczeniu. Wiedział, z˙e 5 komplementy tylko ją zirytują. Frannie nienawidzi- ła być podziwiana za wygląd. Twierdziła, z˙e uroda odciąga uwagę od innych jej atrybutów: była dosko- nałą pilotką, świetnym historykiem sztuki, kobietą odwaz˙ną, niezalez˙ną, uwielbiającą przygodę i wy- zwania. Pragnęła osiągnąć w z˙yciu wszystko – tak powiedziała Coltowi latem w New Hampshire. Wtedy jeszcze nic ich nie łączyło; on był świez˙o upieczonym absolwentem Dartmouth, nieśmiałym młodzieńcem z bogatej rodziny, ona zaś ubogą dziewczyną z nieduz˙ego miasteczka, która dzięki uporowi i pracowitości zdobyła sławę jako pilotka, jednocześnie studiując historię sztuki, nie na uni- wersytecie, nie na kursach, nie u prywatnego nau- czyciela, ale samodzielnie, w bibliotece publicznej. Colt, który urodził się z tym ,,wszystkim’’, o czym Frannie marzyła, wiedział, z˙e prędzej czy później jej marzenia się spełnią. Wiedział równiez˙, z˙e uroda na pewno nie stanie jej na przeszkodzie, przeciwnie – okaz˙e się przydatna. I miał rację. Frannie Beaudine... ta piękna, czarująca istota poprosiła go, z˙eby z nią wyjechał. A jeszcze dwa, trzy miesiące temu wydawała się taka chłodna, odległa, nieosiągalna. Skąd ta nagła zmiana? Colt wolał się nad tym nie zastanawiać. Tym bardziej iz˙ czuł, z˙e nie dorasta do pięt innym Sinclairom. Ojciec wytknął mu to zaledwie godzinę temu. Ale teraz był z Frannie i tylko to miało dla niego znaczenie. Jej niebieskie oczy lśniły z podniecenia, kiedy przystanęła na moment i popatrzyła na niego przeni- kliwie. 6 – Jesteś pewien, z˙e samolot wystartuje bez prob- lemu? – spytała. – Absolutnie – odparł. – Wszystko jest zapięte na ostatni guzik. Jeśli nie zmienisz zdania, przed północą będziemy juz˙ w drodze. Skinęła głową. Wszystko zaplanowali co do minuty. Najpierw zamierzali wstąpić na bankiet wydany z okazji przekazania przez rodzinę tak zwanej Kolekcji Sinclairów nowojorskiemu Met- ropolitan Museum of Art. Zeszłej jesieni ojciec Colta zaproponował Frannie pracę w charakterze kuratora wystawy, a ona chętnie skorzystała z oka- zji, aby przenieść się do Nowego Jorku. Colt prawie jej nie widywał. Całą zimę pracowała niezwykle cięz˙ko, rzadko gdziekolwiek się pokazując; katalo- gowała dzieła sztuki, badała je, dokładnie spraw- dzała pochodzenie i autentyczność wszystkich obra- zów, rysunków i rzeźb, jakie Sinclairowie nabyli w ciągu ostatniego stulecia i składowali w wynaję- tym pomieszczeniu na dolnym Manhattanie. Ame- ryka Południowa i Środkowa, Afryka, Azja, Rosja, Australia – Sinclairowie wszędzie docierali i ze- wsząd przywozili cenne pamiątki. Frannie praco- wała bez wytchnienia. Colt podziwiał jej poświęce- nie, a zarazem martwił się o jej zdrowie. Wciąz˙ była potwornie blada i zmęczona, mimo z˙e od chwili, gdy ujrzał ją w muzeum i gdy wywróciła jego z˙ycie do góry nogami, minęło juz˙ sześć tygodni. Czyli najpierw bankiet. Frannie koniecznie chciała usłyszeć słowa pochwały za przygotowanie tak wspaniałej wystawy. Colt świetnie ją rozumiał. Lubiła być doceniana, łaknęła sympatii i uznania. 7 Bankiet zamierzali opuścić wcześnie, osobno, w odstępie kilku minut. W hangarze na północy miasta czekały na nich walizki z ciepłym ubraniem oraz gotowa do lotu awionetka Colta, Piper Cub J3. Tam mieli rozpocząć swoją wielką, wspaniałą wy- prawę. Nie było to polowanie na lwy w Afryce ani próba dotarcia na Everest, ale tak czy inaczej była to przygoda. W dodatku taka, o jakiej Colt marzył. Kochał Frannie całym sercem i duszą. Pragnęła z nim uciec, teraz, dzisiaj. Tylko to się liczyło. Nie musiał niczego latami planować, radzić się, za- stanawiać. Musiał jedynie zaufać jej i podjąć szybko decyzję. – A zatem ruszajmy w drogę – powiedziała Frannie. – Twoi rodzice na pewno są juz˙ na miejs- cu... – Jeszcze chwila, dobrze? – poprosił Colt. – Chciałbym się poz˙egnać z Brandonem. Zauwaz˙ył w jej oczach ślady zdenerwowania. Bała się, z˙e jez˙eli on, Colt, nagle się wycofa, to właśnie z powodu swojego młodszego braciszka. – Śpi u siebie w pokoju. – Pośpiesz się. Szedł niemal bezgłośnie po miękkim, grubym dywanie; ręce miał spocone, a serce waliło mu jak młotem. Mijał wiszące na ścianach portrety i zdjęcia kuzynów, wujów i dziadków, wykonane podczas ich wypraw do róz˙nych zakątków świata. Jego przygoda miała pozostać nie uwieczniona na kliszy. Nie szukał sławy ani rozgłosu. Pragnął jedynie miłości Frannie Beaudine. Zbliz˙ywszy się do uchylonych drzwi, zwolnił 8 kroku. Po chwili otworzył drzwi na ościez˙. Na widok wyciągniętego na łóz˙ku, śpiącego chłopca wzruszenie ścisnęło go za gardło. W blasku palą- cych się za oknem latarni wyraźnie widział jego chude ciałko w piz˙amie, którą zdobiły motywy wzornicze, przedstawiające samochody i cięz˙aró- wki. Ku własnemu zdumieniu poczuł, jak łzy pieką go w oczy. Podejrzewał, z˙e nie zobaczy brata przez wiele miesięcy, moz˙e nawet przez rok. Do tego czasu Brandon przypuszczalnie rozstanie się z uko- chanym misiem, a takz˙e straci tę cudowną zdolność do fantazjowania. Colt z rozrzewnieniem wracał myślami do swojego dzieciństwa: jako mały chło- piec najbardziej w świecie lubił wędrować po Mu- zeum Historii Naturalnej. Ojciec oczywiście uwa- z˙ał, z˙e syn – podobnie jak wszyscy męz˙czyźni z rodu Sinclairów – marzy o dalekich podróz˙ach. Colt natomiast, oglądając wspaniałe eksponaty, nie marzył o wyprawach do egzotycznych krajów, lecz próbował zanotować w pamięci kształty i kolory ptaków, zwierząt, narzędzi. Potem, w jakimś ciem- nym kącie, gdzie nikt mu nie przeszkadzał i nikt go nie widział, wyciągał kartkę papieru, kawałek węg- la i starał się odtworzyć to, co wcześniej zapamiętał. Męz˙czyźni z rodu Sinclairów nie zostawali artys- tami. Gdyby Frannie się w nim nie zakochała, prawdo- podobnie popełniłby samobójstwo, skacząc z Empi- re State Building. A wtedy juz˙ nigdy więcej nie ujrzałby Brandona. Teraz wyjez˙dz˙ał, ale przynaj- mniej istniała szansa, z˙e kiedyś znów się spotkają. 9 Uśmiechając się czule, przyłoz˙ył dwa palce do czoła i zasalutował śpiącemu chłopcu, po czym wyszedł z pokoju i ruszył holem do salonu, w któ- rym czekała na niego Frannie. Frannie nie miała braci ani sióstr; nie wiedziała, ile bólu moz˙e sprawić rozstanie z rodzeństwem. Dziesięć minut później byli juz˙ w muzeum. Rozmawiali z innymi gośćmi, pili szampana i uda- wali, z˙e nie są w sobie zakochani. Zdaniem Colta, Frannie była najpiękniejszą, najbardziej pociągają- cą kobietą na przyjęciu. Do kaz˙dego potrafiła się uśmiechnąć, z kaz˙dym zamienić słowo, bez wzglę- du na to, czy był to naukowiec, bogaty sponsor, dziennikarz czy klepiący biedę student akademii sztuk pięknych. Wszystkich traktowała jednakowo i z pasją w głosie opowiadała o wystawie, którą pomogła przygotować. Naprawdę była wspaniałą, wyjątkową kobietą i Colt wprost nie posiadał się z radości na myśl, z˙e pokochała właśnie jego. Świadomie unikał swojego ojca, Willarda Sinc- laira; podejrzewał, z˙e ojcu wystarczy jeden rzut oka, aby przejrzeć go na wylot i odgadnąć jego plany. A on chciał wymknąć się z bankietu nie zauwaz˙ony, bez poz˙egnania. Z matką tez˙ nie zamierzał się z˙egnać. Zresztą trudno byłoby ją odciągnąć od przyjaciół i bufetu. Na drugim końcu sali ujrzał Frannie, która, wyraźnie czymś zdenerwowana, zaczęła się oddalać ciemnym korytarzem, nie zwaz˙ając na spojrzenia zdumionych straz˙ników. Colt, czując, jak powoli ogarnia go panika, ruszył za nią. Na miłość boską, dokąd ta dziewczyna tak gna? Przeciez˙ za kilka 10 minut opuszczają przyjęcie! Kątem oka zerknął na ojca, który stał na środku sali, zabawiając grupkę słuchaczy opowieściami o niedawnej wyprawie w górę Amazonki. Gdyby tylko staruszek potrafił poświęcić tyle troski i uwagi swoim dwóm synom, pomyślał z goryczą Colt. Zrobiło mu się z˙al brata. Biedny Brandon miał dopiero jedenaście lat. Od jutra zostanie sam. On, Colt, który słuz˙ył za pew- nego rodzaju bufor pomiędzy coraz bardziej apody- ktycznym starcem a pełnym energii jedenastolat- kiem, wyjez˙dz˙a na dłuz˙szy czas. Po chwili otrząsnął się z melancholii i przy- śpieszywszy kroku, podąz˙ył za Frannie. Wkrótce zobaczył, jak wyjmuje ona klucz i otwiera drzwi do malutkiego gabinetu, który przydzielono jej na biu- ro. Oddech miała urywany, ruchy nerwowe. Weszła do środka, drzwi zostawiła uchylone. Colt czekał na zewnątrz, ukryty w cieniu, próbując zignorować złe przeczucie. Po paru sekundach wyszła z gabinetu, śmiejąc się sama do siebie. W ręku trzymała czarną kasetkę wielkości nieduz˙ej walizki, w jakiej artyści zwykle przechowują pędzle i farby. Colt postąpił krok do przodu. Frannie zamarła; krew odpłynęła jej z twarzy. – Boz˙e, Colt! Ale mnie wystraszyłeś! – Co jest w tej kasetce? Chwyciwszy go za łokieć, ruszyła holem. – Nie mamy czasu na pytania – szepnęła ner- wowo. – Musimy się zbierać do wyjścia. Juz˙ naj- wyz˙sza pora! – Frannie... 11 – No, chodź! Przystanął. Nic nie mówił. Kilka niesfornych kosmyków opadało jej na twarz, niebieskie oczy lśniły w ciemnościach, piersi falowały gwałtownie. Oddychała cięz˙ko – nie ze strachu, ale z braku tchu. I z podniecenia. Energiczna, pewna siebie, przekonana o słuszno- ści tego, co robi. Po prostu Frannie! Colt nigdy nie pytał, ilu męz˙czyzn w z˙yciu kochała. Takich pytań nie zadawało się Frannie Beaudine. Miała dwadzieścia sześć lat i była piękna, inteligentna, z˙ywiołowa. – Colt... sama sobie nie poradzę... Nie wykonał najmniejszego ruchu. – Co jest w tej kasetce, Frannie? Dolna warga jej zadrz˙ała, w oczach pojawił się niepokój. – Coś z Kolekcji Sinclairów, prawda? – spytał. – Oczywiście, z˙e coś z Kolekcji Sinclairów. Brylanty, Colt. Cudowne, drogocenne brylanty nie- wiadomego pochodzenia. Nikt poza mną nie wie o ich istnieniu. Lez˙ały w tym zakurzonym magazy- nie od niepamiętnych czasów. – Frannie... Nie mogę... Nie moz˙emy... – Musimy, Colt – oznajmiła z irytacją. – Tylko dzięki temu będziemy mogli być razem. Wiesz o tym równie dobrze jak ja. Proszę cię, chodźmy stąd. Jez˙eli teraz znajdą nas tu straz˙nicy, to rano nie ujrzymy wschodu słońca w Kanadzie. Będziemy siedzieli za kratkami. Poddał się. Nie miał innego wyboru. Przed muze- um zatrzymali taksówkę i podali adres lotniska, na 12 którym czekała gotowa do lotu awionetka. Przed sześcioma tygodniami Frannie poprosiła go, z˙eby z nią wyjechał. Nie posiadał się ze szczęścia. Teraz zdał sobie sprawę, z˙e ojciec miał rację, nazywając go romantycznym głupcem. W taksówce Frannie zacisnęła rękę na jego dłoni. – Kocham cię, Colcie Sinclairze. Moz˙e go rzeczywiście kochała. Spoglądał przez okno, gdy przejez˙dz˙ali mostem na drugą stronę rzeki. Noc była chłodna, lecz pogodna, a na niebie świecił księz˙yc w pełni. Colt wyobraził sobie, z˙e jest w górze, na tej srebrnej planecie, i patrzy w dół na lśniącą, z˙ółtą taksówkę, na piękną pilotkę, bogatego młodzieńca i skradzione przez nich brylanty. Wcze- śniej sądził, z˙e zamieszkają gdzieś w Kanadzie i będą tam z˙yć, dopóki jego rodzina nie pogodzi się z ich miłością. Ale Frannie była niecierpliwa; chcia- ła mieć wszystko, i to od razu. Przez sześć tygodni Colt oszukiwał sam siebie, myśląc, z˙e on jej wystarczy. Przypomniał sobie, jak ubiegłego lata, w taką samą pogodną księz˙ycową noc, czytał bratu ,,Wy- spę skarbów’’ Stevensona. Ogarnęła go tęsknota; chciał być teraz z Brandonem, bawić się z nim, przygotowywać mu w kuchni ciepłe kakao. A ojciec... Alez˙ się zdziwi! Tak, zdziwi się, z˙e w z˙yłach syna płynie jednak krew Sinclairów. Jak prawdziwy Sinclair, Colt porzucił dom i brata, ponad spokój i stabilizację przedkładając egzotykę, tajemnicę, niepewność, przygodę. ROZDZIAŁ PIERWSZY Pięć godzin po tym, gdy weszła na teren Sinc- lairów w poszukiwaniu klonów, które moz˙na by ponacinać, Penelopa Chestnut usiadła zmęczona na granitowym głazie. Zgubiła drogę. Słońce chyliło się ku zachodowi, robiło się coraz chłodniej, ona zaś nie miała najmniejszego pojęcia, gdzie się znajduje. Na pewno była w New Hampshire, na pewno w lasach nad jeziorem Winnipesaukee, przypusz- czalnie nadal na ziemi Sinclairów. Ale gdzie do- kładnie – tego nie wiedziała. Rodzice oczekiwali jej na kolacji o szóstej. Jez˙eli się nie pojawi, zaczną się denerwować. Będą się denerwować całe dziesięć minut, po czym zmobili- zują ekipę ratowniczą. Wyobraziła to sobie: psy, skutery śniez˙ne, helikoptery, faceci wyposaz˙eni w buty z rakietami i latarki. Sami znajomi. W dodat- ku wszyscy źli, z˙e zamiast spędzić ten marcowy wieczór w domu z rodziną, muszą łazić po lesie, dygocząc z zimna i grzęznąc po kolana w śniegu. Miała ochotę zapaść się pod ziemię ze wstydu. 14 Nie lubiła być od kogokolwiek uzalez˙niona. Juz˙ znacznie bardziej wolałaby przenocować w lesie. Mogłaby rozpalić ognisko, zagotować w menaz˙ce trochę wody uzyskanej ze śniegu i spokojnie po- czekać do rana. Poniewaz˙ niebo się przejaśniło, liczyła się ze sporym ochłodzeniem, ale to jej w niczym nie przeszkadzało. Marcowa pogoda – mroźne noce i kilka stopni ciepła za dnia – spra- wiała, z˙e drzewa nabrzmiewały sokami. Pomijając wszystko inne, Penelopa była do- świadczonym piechurem, zaprawionym we wspina- czce górskiej. Na pewno by nie zamarzła. Na teren Sinclairów zawędrowała z powodu syropu klonowego. Wąski skrawek ich olbrzymiej posiadłości ciągnącej się przez środkową część stanu New Hampshire graniczył z dziesięcioma akrami ziemi, które Penelopa odziedziczyła po dziadku Samie. Na swoim terenie ponacinała juz˙ wszystkie klony i coś ją podkusiło, aby rozejrzeć się po terenie sąsiadów. Ubrana w ciepłą puchową kurtkę i grube rękawice, zaopatrzona w menaz˙kę z wodą, jabłko i dwa poz˙ywne batony, wyruszyła na godzinny spacer. Wędrowała przed siebie – tu polana, tam wzgórze, jedno, drugie, potem kamien- ny mur, rzeczka... i kiedy się w końcu spostrzegła, siedziała na głazie, nie mając pojęcia, gdzie się znajduje. Po prostu nie szukała znaków rozpoznawczych. Jej uwagę zaprzątały inne rzeczy – to dzięcioł pukający w pień świerka, to gniazdo rybołowa zbudowane wysoko na uschniętej sośnie, to nieduz˙y wodospad z cichutko szemrzącą wodą, to znów 15 myśl o pachnących słodkich bułeczkach, na które jutro zaprosiła ją Harriet. Obiecała kuzynce, z˙e wpadnie do niej z wizytą po odwiezieniu dwóch biznesmenów do Portland w Maine. Oby tylko ojciec pozwolił jej zabrać pasaz˙erów. Ostatnio miał spore zastrzez˙enia do tego, jak lata. Brak koncent- racji był groźny podczas pieszych wędrówek po lasach północnej Nowej Anglii, podczas lotów zaś mógł doprowadzić do tragedii. Ale co tu myśleć o lotach. Była na ziemi, w lesie, zgubiła drogę i powoli zapadał mrok. Miała nadzieję, z˙e kiedy dotrze na szczyt wzgó- rza, dojrzy jakiś znajomy punkt, jezioro, strumyk, kamienny mur lub dym unoszący się z komina. A tu nic! Po prostu kolejne strome zbocze i kolejny głęboki wąwóz. Z˙adnych drogowskazów, z˙adnych punktów orientacyjnych. Co było robić? Zeszła na dół, po czym – zaciskając kciuki – zaczęła się wdrapywać na następne wzgórze. – Muszę zjeść batonik – powiedziała sama do jej ciszę, która dudniła siebie, przerywając w uszach. Ale ostatni zjadła kilka wzgórz i dolin temu. Od wpatrywania się godzinami w iskrzący się śnieg rozbolała ją głowa. Zamrugała oczami, usiłu- jąc pozbyć się napięcia, ale niewiele to dało. Nie tylko nie wzięła z domu okularów przeciwsłonecz- nych, które bardzo by się przydały, ale nie zabrała tez˙ kompasu. Ani podręcznej apteczki. Wiedziała, z˙e jez˙eli potknie się i złamie nogę, będzie musiała czekać wieki, az˙ nadejdzie pomoc. Próbowała za- wrócić i iść po własnych śladach, były jednak mało 16 wyraźne, a poza tym krąz˙yła po lesie juz˙ od ponad pięciu godzin. Przeciez˙ musiała istnieć jakaś krótsza i prostsza droga do domu. Do zapadnięcia zmroku zostało najwyz˙ej pół- torej godziny. Psiakość! Jeszcze pięć godzin temu pomysł wybrania się do lasu wydawał się jej znako- mity. Promienie słońca przedzierały się niemrawo przez szare chmury, które od trzech dni zasnuwały niebo i wszystkim psuły humor. Na szczęście dziś w nocy miało się wreszcie rozpogodzić. Stanęła nad wąwozem i spojrzała w dół na strome, kamieniste zbocze, porośnięte drzewami, pokryte śniegiem i lodem. Słońce tam ledwo docie- rało. Mimo z˙e temperatura wynosiła zaledwie kilka stopni powyz˙ej zera, Penelopa czuła, jak pot spływa jej po plecach. Nie była odpowiednio ubrana do pieszej wędrówki po górach. Miała na sobie dz˙insy, czerwoną flanelową koszulę, w której zawsze cho- dziła po sok z klonów, na to włoz˙yła grubą puchową kurtkę. – No dobra, ruszaj w drogę! – mruknęła, nie mogąc dłuz˙ej znieść przeraźliwej ciszy. Wstała z głazu i ostroz˙nie zaczęła schodzić w dół, gdy nagle poślizgnęła się na mokrych, brązowych liściach. Na szczęście zdołała utrzymać równowagę i nie przewrócić się, ale ze strachu serce podeszło jej do gardła. Złamana noga i hipotermia – tylko tego było jej trzeba. Zgarnęła z ziemi trochę śniegu i wrzuciła sobie za koszulę. Plecy miała tak rozgrzane, z˙e śnieg natychmiast się stopił, ale przez chwilę czuła przyjemny chłód, który w dodatku 17 podziałał na nią kojąco. Akcja ratownicza? I co z tego? Bywają gorsze rzeczy na tym świecie. Musi się skupić i tak postępować, aby poszukującej ją ekipie maksymalnie ułatwić zadanie. Z˙ałowała, z˙e nie ma przy sobie telefonu komór- kowego. Albo racy. Czy chociaz˙ pudełka zapałek. Wtem kątem oka dostrzegła dziwny błysk, jakby słońce odbiło się od metalowej powierzchni. Cóz˙ to moz˙e być? Zeszła parę kroków niz˙ej, z˙eby mieć lepszy widok. Zmruz˙yła oczy, spoglądając pomię- dzy świerkiem, sosną, bezlistną brzozą i dębem. W pierwszej chwili pomyślała, z˙e promień słońca padł na głaz, w którym znajduje się sporo miki. Ale nie, nie chodziło o mikę. Skręciła nieco w bok. Zbocze było strome, śnieg śliski. Przytrzymując się cienkiego pnia brzozy, z˙eby nie ześlizgnąć się w dół, wychyliła się i wytęz˙yła wzrok. Wśród kępy sosen, pomiędzy wystającymi ze śniegu głazami, zobaczyła stertę metalu. Latem przypuszczalnie nic by nie dojrzała, wszystko za- kryłyby paprocie i bujne leśne runo. Ale nawet zimą, gdy krzewy i drzewa nie miały liści, łatwo było przeoczyć ten osobliwy stos. Gdyby nie to, z˙e słońce padło na metalową powierzchnię akurat pod takim, a nie innym kątem, zapewne niczego by nie zauwaz˙yła. Promień słońca odbił się od metalu. Metodą dedukcji Penelopa wywnioskowała, z˙e powierzch- nia nie moz˙e być zardzewiała, czyli z˙e przedmiot lez˙ący na stoku wykonany jest z aluminium. Wstrzymała oddech. Czy... czy to moz˙liwe? 18 Awionetka Piper Cub J3, którą lecieli Frannie Beaudine i Colt Sinclair, była lekkim samolotem o krytych płótnem aluminiowych skrzydłach i kad- łubie. Czterdzieści pięć lat po tym, gdy w chłodną noc samolot rozbił się gdzieś nad Cold Spring w New Hampshire, po płótnie nie byłoby śladu. Ale zostałyby resztki wraku: pogięte pręty, rozpórki, fragmenty szkieletu, skrzydeł i ogona, kawałki po- rdzewiałego silnika. Penelopa nie bardzo jednak wierzyła, z˙e wrak znajduje się w tych stronach. Od dawna miała własną teorię na temat lotu, który odbyli młodzi kochankowie; podejrzewała, z˙e wcale nie rozbili się w New Hampshire, tylko dolecieli do Kanady, a tam z˙yli długo i szczęśliwie. Niestety, ta teoria nie zyskała potwierdzenia. Połyskująca w słońcu, ukryta wśród drzew na trud- no dostępnym zboczu sterta metalu musiała być awionetką Frannie i Colta, po której ślad zaginął przed niemal półwieczem. Bo czymz˙e innym mogła być? Penelopa poczuła, jak dreszcz przebiega jej po krzyz˙u. Od dziecka była zafascynowana historią kochan- ków, których spotkał tak tragiczny los. Juz˙ jako mała dziewczynka, ilekroć szła przez las, wypat- rywała szczątków samolotu. Później zaczęła zbierać informacje o Colcie i Frannie: relacje prasowe opisujące wielotygodniowe poszukiwania, jakie prowadził ojciec Colta, Willard Sinclair, a takz˙e artykuły na temat słynnej Kolekcji Sinclairów, przygotowanej przez Frannie, która przejrzała 19 i uporządkowała tysiące ,,pamiątek’’, jakie Sinc- lairowie przywieźli z licznych wojaz˙y po świecie. W ciągu ostatniego roku Penelopa przeprowadziła mnóstwo rozmów z mieszkającymi w pobliz˙u lu- dźmi, którzy znali Frannie Beaudine zarówno wte- dy, gdy była dzieckiem, jak i młodą kobietą, oraz z tymi, którzy znali Sinclairów. Męz˙czyźni z rodu Sinclairów często przyjez˙dz˙ali do swojej posiadło- ści nad jeziorem Winnipesaukee, wspinali się po górach, łowili ryby, chodzili na polowania, z˙eg- lowali. Wszyscy byli absolwentami uniwersytetu w Dartmouth. Colt dopiero co skończył studia, kiedy ślad po nim zaginął. Niezwykle dokładne i długotrwałe poszukiwania samolotu nie przyniosły z˙adnych rezultatów. Wil- lard Sinclair dowiedział się jedynie tyle, z˙e tego wieczoru kilka osób widziało przelatującą nad Cold Spring awionetkę. Oczywiście nikt nie mógł na sto procent stwierdzić, z˙e była to nalez˙ąca do Colta maszyna Piper Cub J3, ale raczej wszystko na to wskazywało. W kaz˙dym razie, kiedy nadeszła z No- wego Jorku wiadomość, z˙e samolot z Coltem i Fran- nie zaginął, poszukiwania zaginionych skupiły się głównie w tym rejonie. Po pewnym czasie zaprzestano wysiłków. Więk- szość ludzi uwaz˙ała, z˙e jeśli samolot faktycznie rozbił się w New Hampshire, prawdopodobnie spo- czywa w jednym z licznych w tej okolicy jezior lodowcowych. Na przykład Winnipesaukee miało w wielu miejscach głębokość trzydziestu metrów; nie sposób było zbadać całego dna. Tak czy inaczej uznano, z˙e dalsze poszukiwania nie mają sensu; 20 jez˙eli ktoś kiedyś odnajdzie wrak w wodzie czy na lądzie, stanie się to przez przypadek. Od czterdziestu pięciu lat, czyli od śmierci Colta i Frannie, nikt z rodziny Sinclairów ani razu nie pokazał się w Cold Spring. Oczywiście, pomijając Harriet. Harriet była... no cóz˙, dziwna. Nieprzewidywal- na. Penelopa wzięła się w garść. Nie mogła jedno- cześnie myśleć o odnalezionym wraku, o czekającej ją nocy pod gołym niebem i o tym, jak jej kuzynka zareaguje na wiadomość o znalezisku. Ponownie wbiła wzrok w stertę metalu. Nie miała wątpliwości, z˙e jest to samolot. Wiedziała tez˙, z˙e wszyscy w New Hampshire dojdą do tego same- go wniosku co i ona, a mianowicie, z˙e tu, na tym zboczu, rozbiła się awionetka, którą podróz˙owali Colt Sinclair i Frannie Beaudine. Z tak duz˙ej odległości nie potrafiła odgadnąć, dlaczego samolot uderzył w strome zbocze. Tamtej pechowej nocy musiał lecieć nisko nad ziemią, moz˙e ocierając się o korony drzew. Przypuszczalnie nastąpiła awaria silnika. Frannie i Colt, domyślając się, co ich czeka, pewnie z˙egnali się nerwowo. Penelopa nie była z natury romantyczką, ale kiedy wyobraziła sobie parę młodych, zakochanych ludzi, którzy za moment mają zginąć, łzy wypełniły jej oczy. Stała bez ruchu, czując, jak jej serce bije mocno. Z˙eby dotrzeć do wraku, musiałaby pokonać kawał drogi po śliskim, miejscami niemal pionowo wznoszącym się zboczu, obejść kilka oblodzonych głazów, przejść po paru zwalonych drzewach. 21 Wymagałoby to mnóstwa czasu, którego nie miała, i pociągało za sobą niepotrzebne ryzyko. Prze- mknęło jej przez myśl, z˙e skoro samolot Frannie i Colta lez˙y tu od czterdziestu pięciu lat i jeszcze nikt go nie znalazł, to co by było, gdyby ona zwichnęła nogę i musiała czekać na pomoc? Nie zamierzała ryzykować. Miała jednak świadomość, z˙e nikt w Cold Spring nie doceni jej rozsądku i powściągliwości. Wystar- czyło, z˙e się zgubiła w lesie. Wszyscy znów będą gadać, z˙e zachciało jej się przygody, z˙e zachowała się nieodpowiedzialnie i powzięła ryzyko, nie prze- jmując się innymi, nie troszcząc o to, z˙e ktoś będzie musiał się ciepło ubrać i wyjść na mróz, z˙eby ją odnaleźć. Skrzywiła się na myśl o swoich dawnych wy- czynach. Ale, na miłość boską, nie miała dwunastu lat. Była trzydziestoletnią kobietą. Dawno jej się nie zdarzyło zgubić drogi powrotnej do domu. Łyse, pozbawione liści czarne drzewa rysowały się na tle szarego nieba. O tej porze roku świat, jak zwykle, wyglądał dość ponuro. Penelopa otrząsnęła się. Wkrótce słońce zajdzie, zrobi się ciemno, tem- peratura spadnie poniz˙ej zera. Skup się, rozkazała samej sobie. Wiedziała, z˙e musi wziąć się w garść, zastanowić, w którą stronę iść, z˙eby dotrzeć do miasteczka. Odrywając wzrok od rozbitego samolotu, ruszyła wolno po mokrym śniegu; ostroz˙nie wyminęła jeden głaz, drugi, obe- szła kępę młodych drzew i krzaków, potem, śliz- gając się po oblodzonym gruncie, dotarła na dno wąwozu. Nie było z˙adnego strumyka, z˙adnych ście- 22 z˙ek, z˙adnego muru, z˙adnych ambon na drzewach. Nic nie wskazywało na to, z˙e ktokolwiek tędy chodził. Nic dziwnego, z˙e wrak lez˙ał nie odkryty przez ponad czterdzieści lat. Wrak samolotu, a w nim ciała Colta i Frannie. Nagle Penelopa zamarła. Przed oczami stanęła jej para młodych roześmianych ludzi wsiadających do awionetki, a po chwili dwa szkielety we wraku na stromym wzgórzu. Zgubiwszy się w lesie, znalazła rozwiązanie zagadki sprzed niemal pół wieku, a jed- nocześnie ślady tragedii, jaka się tu wydarzyła. Dwoje ludzi straciło z˙ycie. Starając się o tym nie myśleć, zaczęła się wspi- nać na kolejne wzgórze. Nogi ją bolały, burczało w brzuchu, który domagał się jedzenia. Marzyła o tym, z˙eby być w domu, coś zjeść, napić się, odpocząć. Wtedy mogłaby spokojnie się zastano- wić, co ma zrobić ze swoim odkryciem, kogo zawiadomić o lez˙ącej na stoku awionetce... Rozległ się trzask, jakby ktoś nadepnął na gałąź. Penelopa zatrzymała się. Wytęz˙yła słuch. Cisza. Moz˙e to była wiewiórka, pomyślała. Albo ptaki na sąsiednim drzewie. Nie była pewna. – Jesteś zmęczona – powiedziała do siebie. A moz˙e sarna albo łoś. To niewykluczone. Lub niedźwiedź, który zbudził się z zimowego snu. No dobrze! Pora wracać do domu. Miała przemoczone buty. Na szczęście jeszcze się jej nie porobiły bąble na stopach. Gdyby wie- działa, z˙e tyle czasu będzie chodziła po lesie, włoz˙yłaby porządne, nieprzemakalne śniegowce. Ale któz˙ mógł przewidzieć, z˙e się zgubi? 23 Raptem, ku swojemu zdumieniu, ujrzała odciś- nięte w śniegu ślady stóp. Nie łosia, sarny czy niedźwiedzia, ale ludzkich stóp. W dodatku nie własnych. Były duz˙e. Prawdopodobnie zostawił je męz˙czyzna. Odwróciła się i spojrzała na wzniesie- nie, z którego przed chwilą zeszła. Widziała śnieg, szare głazy, szare drzewa, szare niebo. Wraku nie było widać. Metalowa sterta zniknęła, jakby była fatamorganą na pustyni. Ślady prowadziły w dół zbocza, między drzewa- mi, nieco na lewo od jej śladów. Były stosunkowo świez˙e. Słońce jeszcze ich nie roztopiło, a śnieg nie zasypał – ostatni raz padało dwa dni temu, ku radości narciarzy, którzy marzyli o tym, aby zima trwała jak najdłuz˙ej. Ale kto mógł dotrzeć az˙ tu, do serca lasu, tak daleko od miasteczka? Dotrzeć tu, dojrzeć wrak i nikomu o tym nie wspomnieć? – Bubba Johns – odpowiedziała na własne pyta- nie. No jasne! Tylko na nim wrak nie zrobiłby wraz˙e- nia. Penelopa odetchnęła z ulgą i poczuła, jak opusz- cza ją napięcie. Nie bała się Bubby. Był to miejs- cowy pustelnik, samotnik, który pojawił się w tych stronach dwadzieścia lat temu i zamieszkał w pry- mitywnej chacie na ziemi Sinclairów. Nikomu to nie przeszkadzało, ani mieszkańcom Cold Spring, ani tym bardziej Sinclairom, którzy zapewne nawet nie wiedzieli o jego istnieniu. – Bubba! – zawołała. – Bubba, to ja, Penelopa Chestnut! Bubba! 24 Wydawało jej się, z˙e czuje na sobie jego wzrok. Oczy miał szare, niemal identycznej barwy jak broda, która była długa i skłębiona, i podobnego koloru jak włosy, które tez˙ chyba nie znały grzebie- nia. Bez względu na to, do kogo prawnie nalez˙ała ta ziemia, Penelopa zawsze wiedziała, z˙e porośnięte lasem wzgórza nad jeziorem Winnipesaukee to królestwo Bubby Johnsa. Kiedy była mała, rodzice ostrzegali ją, z˙eby nie wchodziła na teren Sinc- lairów – nie dlatego, z˙e nie wypada, bo to własność prywatna, ale dlatego, z˙e moz˙e się tam natknąć na Bubbę. Któregoś dnia, moz˙e miała wtedy z dziesięć lat, wybrała się sama do lasu, spacerowała, oglądała drzewa, rośliny, snuła marzenia. Dopiero gdy za- padł mrok, uświadomiła sobie, z˙e nie zna drogi powrotnej. Bubba wyrósł jak spod ziemi i bez słowa odprowadził ją do domu. Była przeraz˙ona; natych- miast przypomniała sobie bajkę o Czerwonym Kap- turku i niedobrym, podstępnym wilku. Chyba spo- dziewała się, z˙e Bubba zrzuci ją ze skały albo upiecze na ogniu, lecz mimo to posłusznie za nim dreptała. Nie tylko dreptała, ale i cały czas do niego mówiła. Po prostu buzia jej się nie zamykała. Bubba nie odezwał się słowem. Zostawił ją na podjeździe przed domem jej rodziców, po czym odwrócił się i znikł. Nie oczekiwał podziękowań ani zaproszenia na podwieczorek. Rodzice nie byli pewni, czy wierzyć córce. Czy dziewczynka nie wyssała sobie z palca historyjki o tym, jak się zgubiła i jak chudy, obdarty pustelnik odprowadził ją niemal pod same drzwi ich domu. Bubba Johns był częścią tej ziemi, miał takie 25 same prawa do tych wzgórz jak łosie, sarny, jast- rzębie czy wiewiórki. Penelopa, podobnie jak reszta mieszkańców Cold Spring, nie wtrącała się do jego z˙ycia. Skoro przedkładał ciszę i samotność nad towarzystwo ludzi, postanowiła mu się nie narzu- cać. Ruszyła w dalszą drogę. Słońce kryło się za horyzont, a niebo na zachodzie przybierało coraz bardziej intensywne odcienie róz˙u i czerwieni. Wi- dok był niesamowity. Korciło ją, aby wyciągnąć się na śniegu i po prostu nacieszyć wzrok tym nie- spotykanym pięknem. Ale wiedziała, z˙e nie moz˙e sobie na to pozwolić. Brnęła dalej, nogi miała cięz˙kie jak z ołowiu, w głowie jej się kręciło. Rozmyślała o Colcie Sinclairze i Frannie Beaudine, lez˙ących w pogiętej metalowej trumnie, a takz˙e o Bubbie Johnsie, który krąz˙ył nieopodal, zastana- wiając się, czy ona, Penelopa, trafi sama do domu, czy moz˙e trzeba jej będzie pomóc. Wyatt Sinclair wiercił się przez całą noc i wresz- cie tuz˙ przed świtem poddał się; zrzucił z siebie koc i wstał z łóz˙ka. Nie wiedział, która dokładnie jest godzina, gdyz˙ Madge, jego była dziewczyna, kazała mu usunąć budzik ze stolika nocnego. Złe chi, oznajmiła. On sam tez˙ miał złe chi. Okropnie złe chi. Jakby tego było mało, za pomocą specjalnego programu sporządziła kilka wykresów astrologicz- nych. Wpisała do komputera dzień, godzinę i miejs- ce urodzin Wyatta, w zamian zaś otrzymała infor- mację, która ją wystraszyła. Nie zwaz˙ając na nic, natychmiast zaczęła się pakować. 26 – Muszę się wyprowadzić – rzekła, wrzucając ubrania do walizki. – Masz wokół siebie zbyt wiele niedobrej energii. Jesteś... prawdę mówiąc, Wyatt, po prostu jesteś niebezpiecznym sukinsynem. Wyatt uśmiechnął się szeroko, pokazując zęby. – Bez komputera tego nie wiedziałaś? Ale Madge wcale nie z˙artowała. Dziesięć minut później zatrzasnęła drzwi. Zostawiła kota. Była uczulona na jego sierść, przynajmniej tak twier- dziła. Wyatt wyszedł z sypialni do salonu, potykając się po drodze o zwiniętego w kłębek kocura. Zwierzę wstało, zaczęło się leniwie przeciągać. Było to zwykłe kocisko, chude, o krótkiej, szarej sierści, z˙ółtych oczach i paskudnym charakterze. Madge nazwała go Sarsaparillą, Wyatt jednak uwaz˙ał, z˙e imię to jest zbyt pretensjonalne i wołał na kota: Sapek. Mieszkanie w Nowym Jorku, plus kot, minus Madge. Nic dziwnego, z˙e nocami wiercił się z boku na bok, nie mogąc zasnąć. Zapalił światło, włączył ekspres do kawy, nalał do szklanki soku pomarańczowego i sięgnął po pilota. Na ekranie telewizora pojawił się napis ,,Headline News’’. Wyciągnąwszy się na kanapie, Wyatt zauwaz˙ył widoczny w rogu ekranu zegar: było osiemnaście minut po czwartej. Wcześnie, zwłaszcza jak na Nowy Jork. O tej porze w mieście panowała cisza, a przynajmniej on w swoim miesz- kaniu na czwartym piętrze nowojorskiej East Side nie słyszał z˙adnych dobiegających z dołu odgłosów. Dziwne to było miasto i róz˙ne wzbudzało w nim 27 emocje, ale na ogół je lubił. Tu się urodził i dzięki matce, pierwszej z trzech z˙on Brandona Sinclaira, tu chodził do szkoły podstawowej, od pierwszej klasy az˙ do ósmej. Potem do głosu doszli Sinclairowie; postanowili, z˙e mały Wyatt powinien się kształcić w porządnej szkole z internatem. Tak tez˙ się stało; najpierw studiował w Dartmouth, później w Whar- ton. Po studiach sporo podróz˙ował, mieszkał to tu, to tam, a półtora roku temu wrócił do Nowego Jorku, miasta swojego dzieciństwa. Kto by pomyś- lał? Gdyby nie śmierć Hala, kto wie, moz˙e nadal prowadziłby obserwację ptaków i roślin w odleg- łych rejonach Australii oraz Ameryki Południowej. Ale Hal umarł i, chcąc nie chcąc, Wyatt musiał wrócić do domu. Przez chwilę obserwował reportera na ekranie telewizora, po czym ziewnął szeroko – nie dlatego, z˙e był zmęczony, lecz z nudów. Moz˙e inni z˙yli w ciągłym stresie, ale nie on. Wiódł komfortowe z˙ycie. Miał pieniądze, jedzenie, mieszkanie, dobrą pracę. Pracę... no właśnie, za pięć godzin zasiądzie przy biurku w swoim gabinecie na Wall Street. Okna gabinetu wychodziły na port. Widok z tych okien zapierał dech w piersi. Obejrzał reklamę środków przeciw zatwardze- niu, a po niej krótką relację na temat najnowszego skandalu w Waszyngtonie. Juz˙ miał zmienić pro- gram, kiedy dziennikarka prowadząca blok infor- macyjny zapowiedziała kolejny temat. – Moz˙e wkrótce poznamy rozwiązanie jednej z najbardziej tajemniczych zagadek ostatniego pół- 28 wiecza. Mieszkanka stanu New Hampshire twier- dzi, z˙e znalazła awionetkę, którą lecieli Frannie Beaudine i Colt Sinclair, kiedy słuch po nich zagi- nął. Wyatt poderwał się z kanapy i wzmocnił dźwięk. Kobieta nazywała się Penelopa Chestnut i miesz- kała w Cold Spring. Na rozbity samolot natknęła się w niedzielę, kiedy wybrała się na spacer po okolicz- nym lesie. Dzisiaj, we wtorek, zaprowadzi na miejs- ce wypadku przedstawicieli lokalnych władz, któ- rzy dokonają oficjalnych oględzin maszyny. Brandon Sinclair, kontynuowała dziennikarka, z którym telewizja połączyła się w jego letnim domu na wyspie St. Croix, odmówił komentarza. Wcale to Wyatta nie zdziwiło. W rodzinie Sinc- lairów wiele było tajemnic i skandali, ale zniknięcie Colta wywołało najwięcej szumu. Od tamtej pory parokrotnie pisano o Sinclairach, ostatni raz przy okazji wypadku na Tasmanii, w którym zginął Hal, a Wyatt o mało nie rozstał się z z˙yciem. Ojciec Wyatta, Brandon, rozpaczał, iz˙ jego jedyny syn odziedziczył niespokojny charakter po swoich przo- dkach, śmiałkach, awanturnikach i amatorach przy- gód. Najbardziej znanym z nich był Roger Sinclair, który jako korsarz walczył z Anglikami w czasie rewolucji amerykańskiej. Oczywiście zbił majątek, oczywiście naraził się zarówno przyjaciołom, jak i wrogom, i oczywiście zginął, nim jeszcze osiągnął wiek średni. Na ekranie telewizora pojawiło się słynne zdjęcie Frannie i Colta, wykonane tuz˙ przed ich pechowym lotem. Ilekroć Wyatt na nie patrzył, nie mógł wyjść 29 ze zdumienia, jacy byli wtedy młodzi. Frannie, podobnie jak Penelopa Chestnut, pochodziła z Cold Spring; była historykiem sztuki, choć nie ukończyła z˙adnych studiów, i odwaz˙ną pilotką, której inteli- gencją i urodą zachwycił się Colt Sinclair. Razem wymknęli się z bankietu, który odbywał się na terenie Metropolitan Museum of Art, wsiedli do nalez˙ącej do Colta awionetki Piper Cub – i ślad po nich zaginął. Nie odnaleziono ani ich ciał, ani szczątków samolotu. Az˙ do teraz, pomyślał Wyatt. Zamiast zdjęcia swojego stryja i jego kochanki wolałby zobaczyć zdjęcie Penelopy Chestnut. Był doskonałym znawcą ludzkich charakterów; wierzył, z˙e na podstawie zdjęcia potrafiłby ocenić, czy kobieta, która – jak twierdzi – znalazła wrak samo- lotu, mówi prawdę czy fantazjuje. Telewizja jednak nie tylko nie pokazała jej zdjęcia, ale nawet zdjęcia miasteczka Cold Spring w stanie New Hampshire. Przez moment Wyatt wahał się, czy nie za- dzwonić do ojca. Mimo upływu tylu lat, tajemnicze zniknięcie Colta było jak świez˙a rana w duszy Brandona Sinclaira; oddziaływało na jego zachowa- nie, na stosunek do syna. Brandon Sinclair rzadko mówił o bracie, zazwyczaj zbywał pytania na jego temat. Wyatt nie był pewien, z czego to wynika: z bólu i z˙alu czy z poczucia wstydu i zaz˙enowania. Bo Brandon był człowiekiem niesłychanie skrytym, a nazwisko Colta nawet po czterdziestu pięciu latach potrafiło wzbudzić zainteresowanie mediów. Przez całe swoje z˙ycie Brandon starał się zmienić sposób, w jaki Ameryka postrzegała ród Sinclairów. 30 Chciał, by pamiętano o ich osiągnięciach i zamiło- waniu do wiedzy, a nie o skandalach i przedwczes- nych zgonach. Nie zamierzał pozwolić, aby przy- kład jego brata zawaz˙ył na losach następnego poko- lenia. Powziął niezłomne postanowienie, z˙e Colt będzie ostatnim Sinclairem, który – powodowany beztroską, lekkomyślnością, z˙ądzą przygód – pozo- stawi po sobie pogrąz˙onych w rozpaczy rodziców, z˙onę, dzieci, młodszych braci. To nie znaczy, z˙e Brandon kiedykolwiek mówił o swoich uczuciach do starszego brata: o miłości i tęsknocie, o z˙alu i pretensjach o to, z˙e Colt go porzucił, skazał na ból i samotność. Ale Wyatt dobrze wiedział, z˙e Sinclairom miłość nie wystar- cza do szczęścia. To było ich przekleństwo. Prze- kleństwo, od którego nie umieli się wyzwolić. Przepaść, której nie potrafili zasypać. Nie pomagały nowe wyzwania, nie pomagały pieniądze. Bez względu na to, ile lwów ustrzelili, ile szczytów zdobyli, ilu odkryć dokonali, wciąz˙ coś ich gnało naprzód. Ciekaw był, kiedy ojciec zdał sobie sprawę, z˙e pod tym względem on, Wyatt, nie róz˙ni się od swoich przodków. Z˙e jest kolejnym Sinclairem, podąz˙ającym drogą pełną niebezpieczeństw i przy- gód. Chociaz˙ nie, ta droga nalez˙ała juz˙ do przeszłości. Po tragedii na Tasmanii Wyatt postanowił się zmie- nić. Wybrał biurko, garnitur, pracę, w której mógłby wykorzystać zdobytą na studiach wiedzę. Z pienię- dzy zgromadzonych w funduszu powierniczym zre- zygnował dawno temu, podczas jakiejś awantury 31 z ojcem. Ale nie klepał biedy. Nawet wydziedziczo- ny, Sinclair potrafił znów szybko zdobyć fortunę. Kocisko wskoczyło mu na kolana i zaczęło przebierać łapami, moszcząc sobie wygodne lego- wisko. Wyatt wyłączył telewizor; przez kilka minut siedział bez ruchu, słuchając, jak w ponury mar- cowy poranek miasto powoli budzi się do z˙ycia. Ciszę przerywał warkot śmieciarek i taksówek, szczekanie wyprowadzanych na spacer piesków, wycie pędzącej na sygnale karetki. Chociaz˙ Wyatt nie przepadał za kotami, pogłaskał za uszami Sapka. Po długim namyśle doszedł tez˙ do wniosku, z˙e Penelopa Chestnut i odkrycie, jakiego dokonała w lesie nad jeziorem Winnipesaukee, wcale go nie obchodzą. Jego sprawą było wskrzeszenie w sobie dość energii i zapału, aby na dziewiątą dotrzeć do pracy. O dziewiątej piętnaście siedział przy biurku, a obok, przy oknie z widokiem na port, stał Jack Dunning. Był to wysoki, szczupły męz˙czyzna o jas- nych, spłowiałych od słońca włosach, ubrany w dz˙insy i kowbojskie buty. Urodzony w Brook- lynie nowojorczyk, który przeniósł się do Teksasu. Wyatt przyglądał mu się bez słowa. Przez wiele lat Jack Dunning pracował w Dallas jako prywatny detektyw, ale najwyraźniej klimat teksański mu się znudził, bo jakiś czas temu postanowił wrócić na stare śmieci. Jego głównym klientem był Brandon Sinclair, człowiek nie tylko bardzo bogaty, ale równiez˙ bardzo podejrzliwy, pragnący chronić sie- bie, swoją z˙onę, dwie byłe z˙ony, syna oraz dwie 32 córki przed wszelkimi łotrami, porywaczami, oszustami, wariatami. Jack chętnie dbał o bez- pieczeństwo swojego szefa i jego rodziny. Ciągle powtarzał, z˙e kiedy zarobi dość pieniędzy, kupi ranczo w zachodnim Teksasie i przejdzie na za- słuz˙oną emeryturę. Nowy Jork działał mu na ner- wy: wszyscy zawsze dokądś pędzili, a kobiety nosiły się na czarno, jakby nie znały z˙adnych innych kolorów. – Ładny widok – powiedział, spoglądając na Wyatta. Wyatt uśmiechnął się. – Statua Wolności kojarzy mi się z tolerancją. – A mnie z frajerstwem. Wyatt nie był pewien, czy detektyw mówi serio, czy z˙artuje. Odkąd półtora roku temu wrócił do Nowego Jorku, przekonał się, z˙e Jack Dunning wcale nie jest tak prostym, nieskomplikowanym człowiekiem, za jakiego próbuje uchodzić. Kan- ciaste rysy twarzy i szare oczy o chłodnym, nie- przeniknionym, spojrzeniu sprawiały, z˙e trudno było go rozgryźć. Mógł mieć zarówno pięćdziesiąt lat, jak i sześćdziesiąt. Nie chodzi o to, z˙eby Wyatt jakoś szczególnie się tym człowiekiem interesował. Jack pracował dla jego ojca. Skoro tu przyszedł, uczynił to na polecenie Brandona Sinclaira. – Słyszałeś o awionetce twojego stryja? – spytał detektyw. – Tak, mówili o tym w porannych wiadomoś- ciach. Nie przyznał się, z˙e słuchał wiadomości o czwar- tej nad ranem. Nie chciał dostarczać Dunningowi 33 z˙adnych informacji o sobie, nawet takich, z˙e cierpi na bezsenność. – W porannych, powiadasz? W takim razie nie jesteś na biez˙ąco. Otóz˙ ta kobieta, Penelopa Chest- nut, która znalazła samolot... wyobraź sobie, z˙e nagle zmieniła zdanie. Twierdzi, z˙e się pomyliła. Z˙e to nie był samolot. Podobno była bardzo zmęczona, na granicy hipoglikemii, wystraszona i zdezorien- towana... – Zdezorientowana? – Tak. Łaziła po lesie, łaziła, az˙ w końcu się zgubiła. Dopiero wieczorem, kiedy rodzina zor- ganizowała juz˙ akcję poszukiwawczą, udało jej się odnaleźć drogę do domu. Wczoraj, czyli w ponie- działek, wróciła na miejsce ,,katastrofy’’ i przeko- nała się, z˙e to, co widziała w niedzielę, to nie był z˙aden samolot, tylko jakieś stare złomowisko, pew- nie z przełomu wieków. Wyatt przez chwilę dumał nad tym, czego się dowiedział. Pomyłka? Hm! To dziwne. Nie spo- dziewał się tego po Penelopie Chestnut, a z drugiej strony nie znał jej i nie miał powodu czegokolwiek się po niej spodziewać. – Czyli zniknięcie Colta i Frannie wciąz˙ pozo- staje zagadką? – Jeśli wierzyć tej Chestnut. Rzecz w tym... – Jack odwrócił się od okna. Nic nie wskazywało na to, z˙e czuje się nieswojo w elegancko umeblowa- nym gabinecie na Wall Street. – Rzecz w tym, z˙e teraz nie potrafi nawet odnaleźć złomowiska. – Jak to? – zainteresował się Wyatt. – Ano tak. Podobno wczoraj szła po śladach, 34 jakie zostawiła w niedzielę, co i tak nie było łatwe, bo w ciągu dnia śnieg trochę się stopił. Dziś zamie- rzała zaprowadzić tam kilku przedstawicieli władz miejskich, ale w nocy padało i ślady znikły. Wstała o świcie, krąz˙yła po lesie, ale nie umiała trafić na zbocze, na którym lez˙ała sterta złomu. Moz˙e wiosną zdoła je odnaleźć. Wyatt odchylił do tyłu obity lśniącą skórą fotel i zmarszczył czoło. Wersja ze złomowiskiem nie brzmiała, jego zdaniem, zbyt przekonująco. – Co o tym myślisz? – spytał Dunninga. – Z˙e baba łz˙e. Mieszka tam od urodzenia. Zna te lasy jak własną kieszeń, pamięta kaz˙dy kamień, kaz˙de drzewo. Zarówno latem, jak i zimą. Nikt mi nie wmówi, z˙e jest inaczej. – A co sądzi mój ojciec? Jack Dunning wykrzywił usta w uśmiechu. Choć nie był przystojnym męz˙czyzną, zwracał na siebie uwagę. Wyatt wyczuł, z˙e detektyw darzy autentycz- ną sympatią swojego pracodawcę, mimo iz˙ ich charaktery były zupełnie odmienne. – Twój staruszek to rasowy dyplomata. Poprosił, abym pojechał do Cold Spring i zbadał sprawę. New Hampshire w marcu! O niczym bardziej nie marzę! Ale tam pojadę. – Dobrze. Ale dlaczego o wszystkim mnie infor- mujesz? Uśmiech na twarzy detektywa zgasł. – Wypełniam polecenia. No tak, pomyślał Wyatt, mogłem tego oczeki- wać. – W porządku. Dzięki za najświez˙sze wiadomo- 35 ści. Daj znać, gdybyś potrzebował pomocy. Masz mój numer, prawda? – Mam wszystkie twoje numery. No, czas na mnie! Do zobaczenia, Wyatt. Pół godziny po wyjściu detektywa Wyatt Sinclair wciąz˙ siedział przy biurku, wpatrując się tępo w wy- druk komputerowy. Zgodnie z poleceniem szefa, sekretarka nie łączyła z˙adnych rozmów. Wreszcie Wyatt wstał i podszedł do okna. Statuę Wolności okrywała mgła. Jack Dunning miał rację. Opowieść Penelopy Chestnut nie trzymała się kupy. Zadzwonił do ojca. Nakręcając numer, wiedział, z˙e to nic nie da. Ojciec nie udzieli mu z˙adnych wyjaśnień, przypuszczalnie więcej szczegółów był- by skłonny zdradzić detektywowi niz˙ rodzonemu synowi. Jack to zawodowiec. Ktoś, kogo się wyna- jmuje, komu się płaci. Kogo moz˙na kontrolować. – Wyatt! Jak to miło, z˙e dzwonisz – rozległ się w słuchawce głos Brandona Sinclaira. – Jak tam pogoda w Nowym Jorku? – Mglisto. Słuchaj, tato! Przed chwilą odwiedził mnie Jack Dunning. Powiedział, z˙e wysyłasz go do New Hampshire, z˙eby sprawdził, która z dwóch wersji jest prawdziwa... – Tak. Jez˙eli ta kobieta naprawdę się pomyliła, jez˙eli coś się jej przywidziało i teraz próbuje rato- wać swój honor, to wszystko jest w porządku. Niech sobie mówi, co chce. Ale jez˙eli widziała wrak i z jakiegoś powodu stara się zachować tę informa- cję dla siebie, to chcę wiedzieć, dlaczego to robi. I oczywiście chcę odnaleźć samolot Colta. – Bran- don Sinclair był opanowany, głos mu nie drz˙ał, 36 zupełnie jakby dalej rozmawiali o pogodzie. – Nie miałbym nic przeciwko temu, aby po tylu latach dowiedzieć się wreszcie, co się wydarzyło tamtej pechowej nocy. – Ufasz Dunningowi? – Płacę mu dostatecznie duz˙o, aby nie musiał mnie oszukiwać. Wyatt nie skomentował tego. Jego zdaniem pie- niądze i zaufanie niekoniecznie chodzą ze sobą w parze. – No, dobra. To nie moja sprawa... Czy to wszystko, ojcze? W słuchawce zaległa cisza. – Nie rozumiem – odparł po chwili Brandon Sinclair. – A co jeszcze chciałbyś usłyszeć? – Sam nie wiem. Zawsze mi się wydawało, z˙e za zniknięciem Frannie i Colta kryje się coś więcej. Coś, o czym nie mówisz... – Nonsens, chłopcze. Słuchaj, moz˙e byś wpadł do nas w najbliz˙szy weekend, co? Ann i ja dawno cię nie widzieliśmy, a dziewczynki... Wiesz, jaką frajdę byś im sprawił. Ann była trzecią z˙oną Brandona; mieli dwie córki – dziewięcioletnią Ellen i jedenastoletnią Beatrix. – Marzec w Nowym Jorku bywa paskudny... – dokończył starszy pan. – Dzięki za zaproszenie, tato. Ale nie wiem, czy uda mi się wyrwać. Tak czy inaczej, dam ci znać. – W porządku, Wyatt... A wysłanie Jacka do Cold Spring to dobry pomysł, wierz mi. Miejscowi obwiniają o wypadek Colta, bo Frannie Beaudine pochodziła z tamtych stron. 37 – Rozumiem. Kiedy się rozłączyli, Wyatt ani chwili się nie wahał. Powiedział sekretarce, z˙e musi na kilka dni wyjechać z Nowego Jorku i prosił, aby przez ten czas miała wszystko na oku. Następnie zjechał windą na dół do holu i wybiegł przed budynek, gdzie złapał taksówkę. Kazał się zawieźć do domu. Nakarmił kota i zatelefonował do Madge. – Wyjez˙dz˙am na kilka dni. Mogłabyś się zająć Sapkiem? – Przeciez˙ wiesz, z˙e jestem uczulona na kocią sierść. – Kup rękawiczki i maskę. – Ale z ciebie bezduszny drań, Wyatt. Tylko dlatego, z˙e potrafisz wspinać się po skałach, nie masz prawa uwaz˙ać, z˙e wszyscy inni to słabeusze. Tak się składa, z˙e naprawdę mam alergię. – Jez˙eli nie moz˙esz zająć się kotem, to po prostu mi o tym powiedz. Zadzwonię do kogoś innego. – A mogę u ciebie zamieszkać? Mieszkanie Wyatta było sporo większe od tego, które Madge wynajmowała, i znajdowało się w zna- cznie lepszej dzielnicy miasta. – Jasne. – Świetnie. Tylko spakuję leki przeciwalergicz- ne... Niecałą godzinę później Wyatt pruł po Major Deegan Expressway, kierując się w stronę Nowej Anglii. Odkąd Frannie z Coltem znikli, z˙aden Sinclair nie odwaz˙ył się postawić nogi w Cold Spring w stanie New Hampshire. Chyba z˙e w tej sprawie 38 Brandon Sinclair tez˙ kłamał. Zdaniem Wyatta, w re- lacji ojca na temat tragicznego wydarzenia sprzed czterdziestu pięciu lat było wiele niejasności i nie- domówień. Wcześniej Wyatt nigdy nie nalegał na odpowiedzi, nie próbował poskładać do kupy części łamigłówki. Nie chciał rozdrapywać bolesnych ran, poza tym uwaz˙ał, z˙e syn nie ma prawa wtrącać się do z˙ycia swojego ojca. Ale teraz, w drodze na północ, zastanawiał się, czy on i ojciec kiedykolwiek zaznają spokoju, jez˙eli cała prawda o Colcie Sinclairze i Frannie Beaudine nie wyjdzie na jaw, jez˙eli to, co się stało tamtej nocy przed czterdziestu pięciu laty, nadal będzie owiane mgłą tajemnicy. ROZDZIAŁ DRUGI Starała się zignorować trzaski aparatu fotogra- ficznego, jakie rozlegały się trzy metry za jej plecami. Kolejny dziennikarz! Większość repor- terów reprezentujących prasę codzienną, plotkars- ką, telewizję i radio wyjechała z Cold Spring, kiedy okazało się, z˙e ona, Penelopa Chestnut, pomyliła się; z˙e wcale nie odkryła szczątków awionetki Colta Sinclaira i Frannie Beaudine. Jed- nakz˙e paru wyjątkowo wścibskich dziennikarzy ociągało się z wyjazdem; widocznie postanowili zdobyć jak najwięcej nikomu niepotrzebnych in- formacji. Ale czemu fotografowali ją, gdy szykowała się do lotu beechcraftem, tego nie była w stanie pojąć. Był chłodny, wietrzny poranek. Nie mogła się doczekać, aby wzbić się w powietrze. Przed wy- jściem z domu zaplotła włosy w warkocz, włoz˙yła wygodny kombinezon, wrzuciła do torby kilka ka- wałków cheddara, jabłko oraz odrobinę świez˙ego syropu klonowego. Pełna dekadencja! Za dwadzieś- 40 cia minut będzie w górze, bezpieczna, z dala od ludzi, ich natrętnych pytań i pełnych niedowierzania spojrzeń. – Słuchaj, Penelopo! – zawołał dziennikarz, zwracając się do niej po imieniu jak do kolez˙anki z pracy. – Przyjechałem z Nowego Jorku. Kawał drogi! Tylko po to, z˙eby opisać całą tę historię. Na Manhattanie wszyscy fascynują się Frannie i Col- tem. Nic dziwnego. Byli bogaci, inteligentni, atrak- cyjni, z˙ądni przygód, przeklęci. Długo by szukać drugiej takiej pary. I co mam, do licha, teraz zrobić? Opisać jakąś stertę złomu? Nie odpowiadała na pytania, nie wdawała się w rozmowy. Złomowisko z początku wieku. Nic lepszego nie potrafiła wymyślić. Moz˙e nie brzmiało to zbyt przekonująco, ale przynajmniej tłumaczyło obecność metalu. Gdyby powiedziała, z˙e miała zwidy, z˙e przed oczami ukazała się jej fatamorgana, tym bardziej nikt by nie dał jej wiary. Dziennikarz nie zamierzał się poddać. Był chu- dy, brodaty i napastliwy. – Trzeba być pewnym faktów, paniusiu, zanim się ściągnie prasę. Penelopa odwróciła się na pięcie. – Nikogo nie ściągałam. Sami się zlecieliście. Przykro mi, z˙e niepotrzebnie straciłeś czas. Ale skoro juz˙ tu jesteś, wpadnij do baru ,,U Jeannie’’ przy Main Street na pyszny owocowy placek. Naprawdę warto go skosztować. Lub jeśli masz czas, poczekaj do trzeciej i wstąp do ,,Słoneczka’’ na podwieczorek. Moja mama i kuzynka Harriet pieką najlepsze babeczki w całym New Hampshire. 41 Trzeba skręcić w lewo z Main. ,,Słoneczko’’ mieści się nad samym jeziorem... – Cholera jasna, nie przyjechałem do pieprzone- go New Hampshire na jakiś placek czy babeczki. Zimno tu jak w psiarni! Wiesz, z˙e w Nowym Jorku kwitną juz˙ z˙onkile? – Przyślij mi choć kilka po powrocie. Dziennikarz opuścił ręce. Aparat wisiał mu na szyi, mały, tandetny, na cienkim czarnym pasku. Facet pewnie był wolnym strzelcem. W kaz˙dym razie nie wyglądał na przedstawiciela ,,Newsday’’ czy ,,Timesa’’. – Dziwne. Spodziewałbym się choć krztyny skruchy, a ty... – O co ci chodzi? Pomyliłam się! Nie ja pierw- sza i nie ostatnia. A wy zlecieliście się jak sępy, zanim ktokolwiek z miejscowych władz zdołał cokolwiek sprawdzić i wydać jakieś sensowne oświadczenie. Czy to moja wina, z˙e jesteście w go- rącej wodzie kąpani? Męz˙czyzna zrobił się czerwony jak burak. Pene- lopa zlękła się, czy ze złości nie rzuci w nią aparatem, ale po chwili ujrzała swojego ojca, który energicznym krokiem maszerował w ich stronę. W wymiętych roboczych spodniach i grubej, flane- lowej koszuli nie wyglądał na człowieka, który zna się na samolotach i pilotaz˙u. Ludzie nie doceniali wiedzy i doświadczenia Lymana Chestnuta. Był to trzeźwo myślący sześćdziesięcioletni jankes o si- wych włosach i pokrytej bruzdami twarzy, który zawiadywał małym miejscowym lotniskiem. Skła- dało się ono z trzech hangarów i jednego pasa 42 startowego. Jego personel stanowiły trzy osoby: Lyman, jego siostra Mary oraz córka Penelopa. Jez˙eli sami z czymś nie mogli sobie poradzić, wynajmowali ludzi do pomocy albo zlecali pracę specjalistycznym firmom. Zimą i wczesną wiosną zazwyczaj panował w Cold Spring spokój. Ale latem i jesienią zjez˙dz˙ało się sporo turystów. Lyman wskazał kciukiem za siebie, w kierunku parkingu. – Proszę stąd natychmiast wyjść. – Ja tylko... – zaczął dziennikarz. – Osobom nie upowaz˙nionym nie wolno tu prze- bywać. Dziennikarz otworzył usta, jakby chciał coś po- wiedzieć, po czym poddał się i posłusznie oddalił w stronę parkingu. Penelopa uśmiechnęła się do ojca. – Dlaczego ja na to nie wpadłam? – Bo w tym tygodniu juz˙ wyczerpałaś zapas pomysłów. – Co to ma znaczyć? – Nic. Dokończ sprawdzania sprzętu – powie- dział Lyman, po czym skierował się do biura, mieszczącego się w rogu jednego z trzech han- garów. Wzdychając z rezygnacją, Penelopa wolnym krokiem obeszła maszynę. Doskonale wiedziała, co ojciec ma na myśli. Nie wierzył w bajeczkę o starym złomowisku. Nikt w nią nie wierzył. Tego ranka, kiedy Penelopa obudziła się przed świtem, uzmysłowiła sobie, z˙e nie ma wyboru. Musi odszczekać to, co powiedziała. Brandon Sinclair, do 43 którego dodzwoniono się na St. Croix, oznajmił, z˙e wyśle do New Hampshire prywatnego detektywa, aby reprezentował interesy rodziny. Awionetka, którą lecieli młodzi kochankowie, nalez˙ała do Sinc- lairów, rozbiła się na ich ziemi, w dodatku Sinclair siedział za sterami. – W porządku – powiedziała wczoraj po połu- dniu Penelopa, rozmawiając z Andym McNallym, miejscowym komendantem policji. – A kto będzie reprezentował interesy Frannie? Przeciez˙ nie wie- my, co się wtedy stało. Moz˙e Colt zabił Frannie, zanim samolot się roztrzaskał? Zdajesz sobie spra- wę, z˙e morderstwo nie ulega przedawnieniu? Andy spokojnie odparł, z˙e owszem, zdaje sobie z tego sprawę, po czym poprosił ją, aby nie wtrącała się do czegoś, co jej nie dotyczy. Środki masowego przekazu zostały juz˙ powiadomione, dziennikarze są w drodze. W tym momencie Penelopa zorien- towała się, z˙e ona, osoba, która dokonała odkrycia, nie ma nad niczym z˙adnej kontroli. Z˙e odstawiono ją na boczny tor, a ktoś inny prowadzi rozpędzony pociąg. Tyle z˙e w całym tym zamieszaniu spowodowa- nym jej niezwykłym odkryciem zapomniano o jed- nym drobnym szczególe. Z˙e to ona wie, gdzie się znajduje rozbity samolot. Ona i Bubba Johns, który przypuszczalnie nie zamierzał nikomu niczego wy- jawiać. Wczoraj wieczorem zauwaz˙yła czających się koło swojego domu dziennikarzy; nie spodobało jej się to, ale kiedy usłyszała, jak rozmawiają o tym, aby sfotografować ponacinane pnie, z których wy- 44 pływa sok, i ,,dopaść tego pustelnika’’, zrozumiała, czym to wszystko moz˙e grozić. Zrozumiała tez˙, z˙e jez˙eli temu nie zapobiegnie, tłumy dziennikarzy, fotoreporterów, policjantów oraz detektyw przy- słany przez Brandona Sinclaira osaczą biednego Bubbę. Nawet gdyby jakimś cudem okazało się, z˙e staruszek nic nie wie o rozbitym samolocie, to i tak dziennikarze by mu nie darowali. Zdjęcia długo- włosego, rozczochranego pustelnika, mieszkające- go w prymitywnej chacie na terenie nalez˙ącym do rodziny Sinclairów uatrakcyjniłyby kaz˙dą relację, kaz˙dy artykuł. Z jednej strony dziwny odludek w łachmanach, z drugiej zaginiony dziedzic, od- waz˙ny i przystojny, oraz jego kochanka, kobieta piękna, inteligentna, nie ustępująca mu odwagą. Penelopa uświadomiła sobie, z˙e nie tylko Bubba moz˙e stać się obiektem zainteresowania dziennika- rzy, ale równiez˙ Harriet. Biedaczka byłaby naraz˙o- na na upokorzenie i wstyd. Właśnie wtedy Penelopa powzięła decyzję. Po- myliła się. To, co wzięła za szczątki samolotu, było starym złomowiskiem, pewnie z początku wieku. Wczoraj późnym popołudniem wróciła do lasu i przekonała się, z˙e popełniła błąd. Dziś z samego rana zamierzała zaprowadzić tam przedstawicieli władz miasta, ale nie udało jej się odnaleźć drogi – w nocy spadł śnieg i zasypał ślady. Nocne opady przynajmniej trochę uwiarygodniły jej wersję, ale Lyman Chestnut pozostał nie przekonany. – Trudno – powiedziała sama do siebie. – Przy- najmniej nikt nie będzie niepokoił Bubby. Wsiadła do samolotu i biorąc głęboki oddech, 45
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Księżycowy Pocałunek
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: