Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00489 011952 7454584 na godz. na dobę w sumie
Kultura jako źródło cierpień - ebook/pdf
Kultura jako źródło cierpień - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Wydawnictwo Aletheia Język publikacji: polski
ISBN: 9788362858361 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> inne
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
Sigmund Freud (1856–1939), jeden z filarów XX-wiecznej myśli europejskiej, bez których nie byłaby ona tym, czym była, swoją psychoanalizę odnosił też – na zasadzie analogii – do rozległych rozważań o kulturze i religii. Niniejszy tom zawiera dwa słynne i charakterystyczne eseje temu poświęcone. Są to: Dyskomfort w kulturze (1930) i Przyszłość pewnego złudzenia (1927). Freud uważa, że kultura z samej swojej istoty służy do łączenia ludzi w większe całości, do jednoczenia ich. Odbywa się to na drodze represji, tłumienia indywidualności, narzucania powszechnych reguł. Opiera się jednak na popędzie miłości walczącym z popędem śmierci, z agresją. Kultura, choć tak opresyjna, toczy na śmierć i życie walkę o człowieka. Religia jest częścią kultury, ale szczególnie dotkliwą, gdyż swoje cele przeprowadza, oferując złudzenia. Rozpatrywana psychiatrycznie, jest „nerwicą natręctw”. Choć Freud mówi rzeczy dziś dla ateisty i krytyka kultury dość oczywiste, to na krytyce (lub: diagnozie) nie poprzestaje. Nie domaga się odrzucenia kultury jak później kontrkulturowi radykałowie. Bez niej bylibyśmy zdani na brutalność natury. Złudzenia trzeba demaskować, kulturowe represje łagodzić. Freud wierzy w pracę duchową nad tym. Nie mamy wyboru, musimy być kulturalni.
Znajdź podobne książki

Darmowy fragment publikacji:

Sigmund Freud Kultura jako źródło cierpień wydawnictwo aletheia Kultura jako źródło cierpień   Sigmund Freud Kultura jako źródło cierpień Przełożył Jerzy Prokopiuk  WYDAWNICTWO ALETHEIA WARSZAWA 2013 Tytuły oryginałów: Das Unbehagen in der Kultur Die Zukunft einer Illusion Copyright © for the Polish translation by Jerzy Prokopiuk, Warszawa 2013 Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2013 Redaktor naukowy tomu: Bogdan Baran Wydawnictwo Aletheia ul. Zgierska 6/8 m. 6 04-092 Warszawa biuro@aletheia.com.pl www.aletheia.com.pl Facebook: Wydawnictwo Aletheia Projekt okładki/serii Grzegorz LaszukK+S ISBN 978-83-62858-36-1 Dyskomfort w kulturze I Nie można oprzeć się wrażeniu, że ludzie w ogóle posługują się fałszywymi miarami, dążą do władzy, sukcesu i bogactwa oraz podziwiają to wszystko u innych, nie doceniają zaś prawdziwych wartości życia. Ferując jednak taki ogólny sąd, ryzykuje się zapomnieniem o całej wielobarwnej różnorodności świata ludzi i ich życia psychicznego. Znamy prze- cież tych, wprawdzie nielicznych, mężów, którym współcześni nie odmówili czci, chociaż wielkość ich opierała się na cechach i dokonaniach z gruntu obcych celom i ideałom tłumów. Łatwo więc przy- jąć hipotezę, że ich wielkość uznaje tylko skromna mniejszość, zdecydowana większość zaś nie chce o nich słyszeć. Nie dochodzi jednak do tego bynaj- mniej w prosty sposób, a to za sprawą niezgodności ludzkiego myślenia z ludzkim działaniem i polifo- niczności pobudek życzeniowych człowieka. Jeden spośród tych wybitnych ludzi mieni się w listach mym przyjacielem. Wysłałem mu roz- prawkę traktującą o religii jako złudzeniu, on zaś odpowiedział mi na to, że w pełni zgadza się z mym sądem co do religii, atoli żałuje, że nie dość uwagi  Kultura jako źródło cierpień poświęciłem właściwemu źródłu religijności. Źród- łem tym miałoby być osobliwe uczucie, które za- zwyczaj nigdy go nie opuszcza – uczucie, z którym spotkał się u wielu innych ludzi i którego, jak wolno mu wnosić, doznają miliony. Chodzi tu o coś, co na- zwałby poczuciem „wieczności” – o poczucie jakby czegoś nieograniczonego, bezgranicznego, niejako „oceanicznego”. Uczucie to stanowi fakt czysto su- biektywny, bynajmniej nie artykuł wiary; nie wiąże się z nim żadna gwarancja pośmiertnej kontynuacji życia osobowego, jest ono jednak źródłem energii religijnej, którą różne Kościoły i systemy religijne ujmują, kanalizują i z pewnością też konsumują. Je- dynie na podstawie tego oceanicznego uczucia czło- wiek może uważać się za religijnego – nawet jeśli odrzuca każdą wiarę i wszelkie złudzenie. Ta wypowiedź mego czcigodnego przyjaciela, który ongiś złożył poetycki hołd czarowi złudzenia, wpędziła mnie w niemałe kłopoty. Osobiście ja- koś nie potrafię znaleźć w sobie tego oceanicznego uczucia. Nie jest dogodnie rozważać uczucia z na- ukowego punktu widzenia. Można podjąć próbę opi- sania ich symptomów fizjologicznych, gdy jednak nie jest to adekwatne – a obawiam się, że i uczucie oceaniczne nie da się scharakteryzować w ten spo-  [Dopisek z 1931 roku:] Liluli [1919]. Od ukazania się La vie de Ramakrishna [1929] i La vie de Vivekananda (1930) nie muszę już ukrywać, że przyjacielem, o którym wspominam w tekście, jest Romain Rolland. Dyskomfort w kulturze 9 sób – nie pozostanie przecież nic innego, jak tyl- ko trzymać się treści wyobrażeniowej, jaka dzięki skojarzeniom najczęściej dołącza do tego uczucia. O ile dobrze zrozumiałem mego przyjaciela, myśli on dokładnie to samo, co pewien oryginalny i nieco dziwaczny poeta ujął we frazie wypowiadanej przez bohatera jako pociecha przed dobrowolną śmier- cią: „Z tego świata spaść nie możemy”2. A więc jest to poczucie nierozerwalnego związku, więzi z ca- łością świata zewnętrznego. Chciałbym stwierdzić, że dla mnie ma to raczej charakter zrozumienia in- telektualnego – owszem, nie bez towarzyszącego mu zabarwienia emocjonalnego, którego jednak nie brak też przy innych aktach myślenia charakteryzu- jących się taką rozległością. Na własnej skórze nie mogę się jednak przekonać co do pierwotnej natury takiego uczucia, co bynajmniej nie upoważnia mnie do negowania tezy, że występuje ono u innych. Py- tanie tylko, czy jest właściwie interpretowane i czy należy je uznać za fons et origo wszelkich potrzeb religijnych. Nie mam do przedłożenia nic, co w sposób zasad- niczy mogłoby wpłynąć na rozwiązanie tego proble- mu. Idea, że człowiek za pomocą bezpośredniego, od początku nastawionego na to uczucia miałby otrzymywać wiedzę o swoim związku z otoczeniem, brzmi tak obco, tak nie pasuje do tkanki naszej 2 D.Ch. Grabbe [1801–1836], Hannibal: „Tak, z tego świa- ta nie spadniemy. Już w nim jesteśmy”. 10 Kultura jako źródło cierpień psychologii, że wolno nam podjąć próbę wywiedze- nia tego uczucia w sposób psychoanalityczny, czy- li genetyczny. A wtedy rysuje się nam następujący bieg myśli: zwykle nie znamy pewniejszego uczu- cia niż poczucie naszej jaźni [das Selbst], naszego ja [das Ich]. To ja wydaje nam się samodzielne, jednolite, dobrze odgraniczone od wszystkiego in- nego. Dopiero badanie psychoanalityczne nauczyło nas, że wrażenie to jest złudzeniem, że zwrócone do wewnątrz ja raczej łagodnie przechodzi w nieświa- domą istotę psychiczną określaną przez nas mianem „to” [das Es], której niejako służy za fasadę – o sto- sunku ja do „to” badanie psychoanalityczne winne jest nam jeszcze wiele informacji. Przynajmniej z zewnątrz wydaje się jednak, że ja ustanawia jasne i ostre linie graniczne. Inaczej jest tylko w pewnym stanie wprawdzie nadzwyczajnym, którego jednak nie sposób dyskredytować mianem chorobliwego. Na wyżynach zakochania granica między ja a przed- miotem grozi rozmyciem. Wbrew wszelkim świa- dectwom zmysłów człowiek zakochany twierdzi, że ja i ty stanowią jedno i gotów jest zachowywać się w taki sposób, jakby naprawdę tak było. To, co chwilowo może uchylić funkcja fizjologiczna, musi oczywiście być możliwe do uchylenia także za spra- wą procesów chorobowych. Patologia zapoznaje nas z wielką liczbą stanów, w których granice mię- dzy ja a światem zewnętrznym stają się niepewne, czy też faktycznie są niewłaściwie wytyczone; cho- Dyskomfort w kulturze  dzi tu o wypadki, gdy części naszego ciała, a nawet fragmenty naszego życia psychicznego, postrzeże- nia, myśli, uczucia stają się nam jakby obce i nie- przynależne do ja – o wypadki, w których przesuwa się na świat zewnętrzny to, co w sposób oczywisty powstało w ja i powinno zostać przez nie uznane. A więc nawet poczucie własnego ja ulega zakłóce- niom, a granice ja są niestałe. Dalszy namysł powiada: to, co ja człowieka do- rosłego czuje wobec siebie, nie mogło być od po- czątku takie samo. Uczucie to musiało przejść jakiś proces rozwoju, którego istnienia, jak łatwo pojąć, nie da się udowodnić, który jednak z niejaką dozą prawdopodobieństwa da się odtworzyć3. Niemowlę jeszcze nie odróżnia od świata zewnętrznego swego ja jako źródła płynących do niego doznań. Wysta- wione na oddziaływanie różnych bodźców, z wol- na uczy się tego ja. To, że niektóre źródła bodźców, w których później rozpozna organy własnego ciała, mogą w każdej chwili dostarczać mu doznań, a in- ne – wśród nich zaś najbardziej pożądane: pierś mat- ki – umykają mu czasowo, i może zyskać do nich 3 Zob. liczne prace o rozwoju ja i poczuciu ja, począw- szy od Sandora Ferencziego: Entwicklungsstufen des Wirklich­ keitssinnes [„Internationale Zeitschrift für ärztliche Psycho- analyse”, t. I/1913, s. 124 i nast.], na przyczynkach P. Federna skończywszy [Einige Variationen des Ichgefühls, „Interna- tionale Zeitschrift für ärztliche Psychoanalyse”, t. XII/1926, s. 263 i nast., Narzißmus im Ichgefüge, „Internationale Zeit- schrift für ärztliche Psychoanalyse”, t. XIII, 1927, s. 420 i nast., i późniejsze]. 12 Kultura jako źródło cierpień dostęp tylko za pomocą natarczywego krzyku, musi wywoływać na niemowlęciu nader silne wrażenie. W ten sposób „obiekt” przeciwstawia się ja pożąd- liwemu i ja realnemu zrazu jako coś znajdującego się „na zewnątrz” i zmuszanego do ujawnienia się dopiero za pośrednictwem specjalnego działania. Innego bodźca do oderwania się ja od masy doznań, a więc do uznania pewnego „na zewnątrz”, świata zewnętrznego, dostarczają częste, różnorodne i nie- uniknione doznania bólu i przykrości [Unlustemp­ findungen], które znosi i usuwa panująca w sposób nieograniczony zasada przyjemności [Lustprinzip]. Powstaje tendencja do odgraniczania od ja i od- rzucania na zewnątrz wszystkiego, co może stać się źródłem takiej przykrości, do kształtowania ja nastawionego na czystą przyjemność [Lust­Ich], któremu przeciwstawia się groźny świat zewnętrz- ny. Granice tego prymitywnego, nastawionego na czystą przyjemność ja nie mogą jednak uniknąć korekty ze strony doświadczenia. Niejedno, czego człowiek nie chciałby się wyrzec, gdyż stanowi to dlań źródło przyjemności, nie jest przecież ja – jest obiektem – niejedna zaś udręka, którą chciałoby się wyrugować, okazuje się jednak czymś nierozerwal- nie związanym z ja, pochodzącym z wnętrza czło- wieka. Człowiek uczy się, jak za pomocą celowego kierowania aktywnością zmysłową i odpowiedniego wyrażania za pomocą mięśni odróżniać to, co we- wnętrzne – co należy do ja – od tego, co zewnętrzne – Dyskomfort w kulturze 13 co pochodzi ze świata zewnętrznego, i w ten spo- sób robi pierwszy krok na drodze do ustanowienia zasady rzeczywistości, która ma dominować w jego dalszym rozwoju. Rozróżnienie to służy rzecz jasna praktycznemu celowi – odpieraniu przeczuwanych i grożących doznań przykrości. To, że ja gwoli od- parcia pewnych jej impulsów ze swego wnętrza nie stosuje innych metod niż te, których się ima, wal- cząc przeciwko grożącej z zewnątrz przykrości, staje się później zaczątkiem poważnych zaburzeń patologicznych. W ten zatem sposób ja odrywa się od świata zewnętrznego. Mówiąc zaś bardziej po- prawnie: pierwotnie ja zawiera wszystko, później zaś oddziela od siebie pewien świat zewnętrzny. Nasze dzisiejsze poczucie ja wobec siebie jest więc tylko skarlałą resztką daleko bardziej rozległego, a nawet wszechogarniającego poczucia, które odpo- wiadało wewnętrznej więzi ja ze środowiskiem. Je- śli założymy, że to prymarne poczucie ja zachowało się – w większym lub mniejszym stopniu – w ży- ciu psychicznym wielu ludzi, to niejako stanie ono u boku węższego i bardziej ograniczonego poczucia ja człowieka dojrzałego, korespondujące zaś z nim treści wyobrażeniowe będą właśnie wyobrażeniami nieograniczoności i więzi z wszechświatem – czy- li tymi, za pomocą których mój przyjaciel wyjaśnia „oceaniczne” uczucie. Czy jednak mamy prawo za- kładać, że pierwotne przetrwało obok późniejszego, które z niego powstało? 14 Kultura jako źródło cierpień Bez dwóch zdań; zdarzenie takie nie jest bynaj- mniej czymś dziwnym ani w dziedzinie psychicznej, ani w żadnej innej. Jeśli chodzi o królestwo zwie- rząt, to obstajemy przy założeniu, że gatunki naj- wyżej rozwinięte wyłoniły się z gatunków najniżej rozwiniętych, ale przecież i dzisiaj wśród istot ży- wych znajdziemy wszelkie proste formy życia. Ród wielkich gadów wymarł, ustępując miejsca ssakom, ale krokodyl – prawowity przedstawiciel tego rodu – żyje do dzisiaj wraz z nami. Owszem, może ta ana- logia jest zbyt odległa, może jest też ułomna, ponie- waż te niższe gatunki, które przeżyły, najczęściej nie są faktycznymi przodkami gatunków dzisiejszych, wyżej rozwiniętych. Ogniwa pośrednie z reguły wy- marły i znane są tylko dzięki rekonstrukcji. W dzie- dzinie psychicznej natomiast tak często mamy do czynienia z ostaniem się czegoś pierwotnego obok powstałego z niego, że dowodzenie tego za pomocą przykładów jest doprawdy zbędne. Fakt ten to naj- częściej rezultat dwutorowości ewolucji. Jakaś iloś- ciowa część pewnej postawy, pewnego bodźca po- pędowego zachowała się w stanie niezmienionym, inna zaś uległa dalszej ewolucji. Tym samym poruszamy bardziej ogólny problem zachowania w tym, co psychiczne – problem dotych- czas prawie nietknięty, tak jednak pociągający i do- niosły, że choć nie jest to okazja po temu, poświę- cimy mu chwilę uwagi. Odkąd przezwyciężyliśmy błąd polegający na twierdzeniu, że jakże często do- Dyskomfort w kulturze 5 tykające nas zjawisko zapominania oznacza znisz- czenie śladu w pamięci, a więc likwidację, skłaniamy się do przyjęcia przeciwnej hipotezy, podług której w życiu psychicznym nie może przepaść nic, co kie- dyś zostało uformowane, że wszystko w jakiś sposób zostaje zachowane i w pomyślnych okolicznościach – na przykład wskutek odpowiednio daleko sięga- jącej regresji – może zostać ponownie wydobyte na jaw. Odwołując się do porównania zaczerpniętego z innej dziedziny, podejmijmy próbę wyjaśnienia tego, co stanowi treść tej hipotezy. Weźmy chociaż- by przykład rozwoju Wiecznego Miasta4. Historycy pouczają nas, że najdawniejszy Rzym tworzył Roma quadrata – ogrodzone osiedle na Palatynie. Potem nastało septimontium – faza połączenia osad położo- nych na poszczególnych wzgórzach. Następnie po- wstało miasto ograniczone murem Serwiusza, jesz- cze później zaś, po wszystkich przemianach czasów republiki i wczesnego cesarstwa – miasto zamknięte w murach cesarza Aureliana. Nie zamierzamy da- lej śledzić ewolucji Rzymu, lecz tylko zadać sobie pytanie, co z jego wczesnych stadiów może zna- leźć w dzisiejszym Rzymie turysta, który – załóżmy – posiada pełną wiedzę historyczną i topograficzną. Mur Aureliana znajdzie on w stanie niezmienio- nym, może poza kilkoma zburzonymi fragmentami. 4 Zob. Cambridge Ancient History [J.B. Bury, S.A. Cook, F.E. Adcock (red.), Cambridge 1928], t. VII: The Founding of Rome, rozdział napisany przez Hugh Lasta. 16 Kultura jako źródło cierpień Dzięki pracom wykopaliskowym zobaczy też kilka fragmentów muru Serwiusza. Kto zaś wie wystar- czająco dużo – więcej niż współczesna archeologia – ten być może będzie umiał wyznaczyć w panora- mie miasta cały przebieg tych murów i zarys Roma quadrata. Nasz turysta znajdzie niewiele ocalałych budowli z tych, które ongiś zapełniały te najstarsze ramy, a jeśli nawet, to tylko nędzne ich resztki, same gmachy już bowiem nie istnieją. Nawet najlepsza znajomość Rzymu czasów republiki da mu najwyżej tyle, że będzie umiał wskazać miejsca, gdzie stał ten czy ów gmach publiczny lub świątynia. Dzisiaj na tych miejscach ostały się ruiny, choć nawet one nie są pozostałościami po samych budowlach, lecz po ich rekonstrukcjach wznoszonych w późniejszych czasach po pożarach i katastrofach. Poza tym nie ma potrzeby specjalnie przypominać, że wszystkie te pozostałości starożytnego Rzymu jawią się jako en- klawy w chaosie wielkiego miasta, które powstawa- ło tu w ciągu ostatnich wieków od epoki renesansu. Owszem, ta czy inna starożytna budowla z pewnoś- cią tkwi gdzieś w głębi ziemi lub pod nowożytnymi gmachami miejskimi. W ten sposób zachowało się minione, które wychodzi nam na spotkanie w takich historycznych miastach jak Rzym. Postawmy teraz fantastyczną hipotezę, że Rzym nie jest siedzibą ludzką, lecz istotą psychiczną o równie długiej i bogatej przeszłości, a więc isto- tą, w której nic, co już kiedyś się stało, nie uległo Dyskomfort w kulturze 17 zaprzepaszczeniu, w której na równi z ostatnią fazą rozwoju współistnieją nadal wszystkie fazy wcześ- niejsze. W przypadku Rzymu oznaczałoby to, że na Palatynie pną się ku niebu pałace cezarów i septi­ montium Septymiusza Sewera, że blanki Zamku Świętego Anioła zdobią piękne posągi stojące tam aż do oblężenia go przez Gotów itd. Więcej nawet: na miejscu Palazzo Caffarelli znów stoi świątynia Jowisza Kapitolińskiego, i to nie tylko w swej ostat- niej formie, w jakiej oglądali ją Rzymianie okresu cesarstwa, lecz także w najwcześniejszej – gdy jesz- cze zdradzała cechy architektury etruskiej i gdy zdo- biły ją gliniane antefiksy. Tam, gdzie teraz wznosi się Koloseum, podziwiamy nieistniejący już Domus aurea Nerona, a na placu Panteonu widzimy nie tyl- ko dzisiejszy Panteon w formie, w jakiej zostawił go nam Hadrian, lecz w tym samym miejscu także pierwotną budowlę Meneniusza Agryppy; na tym samym skrawku ziemi stoją również kościół Maria sopra Minerva i stara świątynia, nad którą go wznie- siono. Wystarczy, by obserwator zmienił kierunek spojrzenia lub miejsce, a przywoła ten albo inny widok. Rzecz jasna nie ma sensu snuć dalej tej fantazji, wiedzie to bowiem do rzeczy niewyobrażalnych czy zgoła do absurdu. Jeśli chcemy przedstawić wizję przestrzenną historycznego następstwa, musimy pa- miętać, że jest to możliwe jedynie w przestrzennym współwystępowaniu; tej samej przestrzeni nie da  Kultura jako źródło cierpień się wypełnić jednocześnie na dwa sposoby. Nasza próba wydaje się czczą zabawą; ma ona tylko jedno usprawiedliwienie: pokazuje nam, jak daleko nam do opanowania swoistości życia psychicznego za pomocą przedstawiania naocznego. Powinniśmy jeszcze ustosunkować się do pew- nego zarzutu, a mianowicie: dlaczego wybraliśmy akurat przeszłość jakiegoś miasta, by porównać ją z przeszłością psychiczną? Hipoteza o zachowaniu wszystkiego, co minione, dotyczy również życia psychicznego o tyle tylko, o ile spełniony jest wa- runek zachowania organu psyche w stanie niena- ruszonym, o ile tkanka tego organu nie ucierpiała wskutek traumy lub zapalenia. Tymczasem w dzie- jach każdego miasta – nawet jeśli miało ono historię mniej burzliwą niż Rzym i, jak Londyn, prawie ni- gdy nie było nawiedzane przez nieprzyjaciela – nie brak niszczących wpływów dających się porównać z tymi przyczynami chorób. Nawet przy najbardziej pokojowym rozwoju miasta zakłada się burzenie i zastępowanie jednych gmachów drugimi, dlatego miasto nie nadaje się do porównań z organizmem psychicznym. Wobec takiego zarzutu wycofujemy się z tego sugestywnego skontrastowania w stronę bądź co bądź bliżej spokrewnionego obiektu porównaw- czego, jakim jest ciało zwierzęcia lub człowieka. Także tu jednak rodzą się podobne zastrzeżenia. W ciele w żadnym sensie nie zachowały się śla- Dyskomfort w kulturze 19 dy wcześniejszych faz ewolucji, przeszły one bo- wiem w fazy późniejsze, do których zresztą same dostarczyły tworzywa. Nie sposób dowieść istnie- nia embrionu w ciele dorosłego człowieka, posia- daną przez dziecko grasicę po okresie pokwitania zastępuje tkanka łączna, sama grasica zaś zanika; wprawdzie mogę wskazać zarys kości dziecięcej w kościach długich dorosłego mężczyzny, sama jednak kość dziecięca zanikła – wydłużając się i grubiejąc, osiągnęła swą ostateczną formę. Po- zostajemy więc przy stwierdzeniu, że takie zacho- wanie wszystkich etapów wstępnych obok formy ostatecznej możliwe jest tylko w sferze psychicz- nej i że nie jesteśmy w stanie przedstawić tego fak- tu w sposób poglądowy. Być może posuwamy się w przypadku tej hipote- zy za daleko. Być może powinniśmy się zadowolić twierdzeniem, że minione można zachować w życiu psychicznym, że nie musi ulec zniweczeniu. Bądź co bądź istnieje przecież możliwość, że i w dzie- dzinie psychicznej jakieś stare elementy – na za- sadzie normy lub wyjątku – będą do tego stopnia zatarte lub strawione, że żaden proces nie pozwoli ich zrekonstruować ani ożywić, lub że zachowanie ich w ogóle będzie zależało od spełnienia pewnych sprzyjających warunków. Jest to możliwe, jednak nic o tym nie wiemy. Możemy trzymać się tylko tezy, że zachowanie przeszłości w życiu psychicz- nym to raczej reguła niż osobliwy wyjątek.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Kultura jako źródło cierpień
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: