Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00419 006751 14093964 na godz. na dobę w sumie
Kuzyn Lavarede a. Część II. Bolid - ebook/pdf
Kuzyn Lavarede a. Część II. Bolid - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 213
Wydawca: Jamakasz Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-65753-88-5 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dla dzieci i młodzieży
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Cała grupa bohaterów zostaje przetransportowana do Australii, gdzie ma przebywać jakby na zesłaniu. W czasie tego pobytu fałszywy Radjpoor opracowuje misterny plan, którego celem jest zgładzenie Lavarède’a. W momencie ataku na byłego kasjera cała grupa bohaterów zostaje nagle porwana z ziemi i uniesiona w przestworza… Tak zakończyła się pierwsza część przygód kuzyna Lavarède’a. W drugiej części, zatytułowanej „Bolid” okazuje się, że wszyscy bohaterowie znaleźli się na latającej maszynie, aerostacie, noszącym nazwę „Orłosęp” i dowodzonym przez szalonego osobnika, który się nazywa Grzywaczem, a swoją żonę – Jaskółką. Podróżnicy najpierw udają na biegun północny, do „siedziby” szalonego dowódcy, a później „Orłosep” zostaje skierowany na południe, by dotrzeć do bieguna południowego, jednak wściekły atak cyklonu powoduje, że znajdą się nad Afryką. Tam uda się im uratować spod męczeńskiego pala Armanda, kuzyna Roberta Lavarède’a i jego żonę, Aurett. Czy bohaterom uda się odkryć knowania Radjpoora, rzekomego Hindusa? Czy uda się im opuścić „nawę powietrzną” zwariowanego Grzywacza? Tego dowiemy się, czytając do końca drugą część cyklu „Kuzyn Lavarède’a!”, noszącą tytuł 'Bolid'. Cykl ten stanowi drugą część zbioru dwudziestu powieści Paula d’Ivoi, które we Francji zyskały sobie miano „Nadzwyczajnych Podróży”, zahaczających o fantastykę, fantasy, groteskę, ale mających podłoże normalnych powieści przygodowych.

Seria wydawnicza Wydawnictwa JAMAKASZ „Biblioteka Andrzeja – Szlakiem Przygody” to seria, w której publikowane są tłumaczenia powieści należące do szeroko pojętej literatury przygodowej, głównie pisarzy francuskich z XIX i początków XX wieku, takich jak Louis-Henri Boussenard, Paul d’Ivoi, Gustave Aimard, Arnould Galopin, Aleksander Dumas ojciec czy Michel Zévaco, a także pisarzy angielskich z tego okresu, jak choćby Zane Grey czy Charles Seltzer lub niemieckich, jak Karol May. Celem serii jest popularyzacja nieznanej lub mało znanej w Polsce twórczości bardzo poczytnych w swoim czasie autorów, przeznaczonej głównie dla młodzieży. Seria ukazuje się od 2015 roku. Wszystkie egzemplarze są numerowane i opatrzone podpisem twórcy i redaktora serii.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

BIBLIOTEKA ANDRZEJA SZLAKIEM PRZYGODY Paul d’Ivoi BOLID Paul d’Ivoi to pseudonim Paula Deleutre (1856-1915), pochodzącego z rodu pisa- rzy. Jego dziadek Edouard i ojciec Charles również podpisywali niektóre swe dzieła pseudonimem Paul d’Ivoi. Studiował prawo w Paryżu, ale podążył drogą ojca i dziadka, wybierając lite- raturę. Zadebiutował jako żurnalista w dziennikach „Paris-Journal” i „Figaro”. Pod pseudonimem Paul d’Ivoi pisywał też do tygodników ilustrowanych „Journal des Voyages” i „Petit Journal”. Działalność literacką zaczął od sztuk bulwarowych: Le mari de ma femme (1887) czy La pie au nid (1887) oraz kilku powieści w odcinkach, które nie zwróciły uwagi, jak Le capitaine Jean, La femme au diadème rouge, Olympia et Cie. W latach 1894-1914 wydał 21 książek tworzących serię „Voyages excentriques” [Dziwne podróże], wykorzystującą wzór „Voyages extraordinaires” Julesa Verne’a. Podobne były nawet okładki, powtarzały się także te same motywy. Obaj autorzy podzielali to samo nastawienie do czytelnika, pragnienie zapewniania mu rozryw- ki i wiedzy (geograficznej, przyrodniczej, technicznej). Z entuzjazmem dla rozwoju nauki i wynalazków łączyły się obawy przed niewłaściwym ich wykorzystywaniem. W roku 1894 pierwszy tom tej serii, tworzący trzyczęściowy cykl Les Cinq Sous de Lavarède, napisany wspólnie z Henrim Chabrillatem, przyniósł mu sławę. Była to jego najbardziej realistyczna powieść, następne bowiem stawały się coraz bardziej naukowe i przesycone fantazją umyślnie naiwną. Seria, ukazująca się w wydawnic- twie Boivin et Cie, była przeznaczona dla młodzieży. Kolejne tomy ukazywały się z częstotliwością jednej powieści na rok. Paul d’Ivoi tworzył też, razem z pułkownikiem Royetem, opowiadania patriotycz- ne, np. Les briseurs d’épée, a także historyczne, pod pseudonimem Paul Eric, np. Les cinquante. Występują w nich typowe dla owej epoki stereotypy dotyczące poszczegól- nych narodów i ras. Patriotyzm d’Ivoi zbliża się niekiedy do nacjonalizmu. W złym świetle przedsta- wiani są głównie Niemcy, a także Anglicy zagrażający francuskim interesom. Wychwa- lane są za to zalety Francuzów i ich umysłowość (esprit parisienne, „duch paryski”, wyrażający się pomysłowością, bystrością umysłu, skłonnością do płatania figli, lekkim traktowaniem prawa i zasad, zapalczywością, a przy tym nieskazitelną prawością). Książki Paula d’Ivoi cieszyły się prawie do końca XX wieku dużą popularnością we Francji, miały wiele wydań. Wielu czytelników, zwłaszcza młodych, przedkładało je nad dzieła Verne’a, gdyż zawierały więcej przygód, a ich akcja toczyła się szybciej. Toteż na przykład Jean-Paul Sartre pisał w swej autobiografii Les Mots, że zawierały więcej nadzwyczajności. Paul d’Ivoi BOLID Druga część cyklu „Kuzyn Lavarede’a!” Przełożył i przypisami opatrzył Janusz Pultyn Sześćdziesiąta pierwsza publikacja elektroniczna wydawnictwa JAMAKASZ Dwudziesty trzeci tom serii: „Biblioteka Andrzeja – Szlakiem Przygody” Tytuł oryginału francuskiego: Le Bolide © Copyright for the Polish translation by Janusz Pultyn, 2019 © Copyright for the Polish translation by Janusz Pultyn, 2019 77 ilustracji, w tym 5 kolorowych oraz mapka trasy podróży: Lucien Métivet Ilustracje podkolorował: Dariusz Kocurek Redaktor serii: Andrzej Zydorczak Redakcja i korekta: Andrzej Zydorczak Projekt okładki: Barbara Linda Konwersja do formatów cyfrowych: Mateusz Nizianty © Wydawnictwo JAMAKASZ, Ruda Śląska 2019 Wydanie I ISBN 978-83-65753-86-1 (całość) ISBN 978-83-65753-88-5 (część 2) Rozdział I Problem naukowy Robert Lavarède wyciągnął ręce, przetarł sobie oczy i z zanie- pokojeniem rozejrzał się wokół. Nie do końca otrząśnięty z szoku, jakiego doznał, oszołomiony nadal wskutek napływu krwi do głowy, niewyraźnie, jakby przez mgłę, widział otaczające go rzeczy, zupełnie ich nie rozpoznając. Znajdował się w saloniku, umeblowanym w kanapy i niskie sie- dzenia. Na suficie znajdował się plafon1 w kształcie wieńca z liści, w którym lampy elektryczne tworzyły świetlne kwiaty. – Co to takiego? – szepnął młody człowiek. Zamknął na chwilę oczy i ponownie otworzył; widok się nie zmienił. Przyjrzawszy się lepiej Robert dostrzegł Astérasa, Lotię, Maïvę i Radjpoora. Wszyscy siedzieli tak jak on, ale mieli za- mknięte powieki, a nieruchomość rysów twarzy wskazywała, że nie są jeszcze świadomi swego położenia. Francuz nie bez wysiłku dźwignął się na nogi. Jego krew nie odzyskała jeszcze normalnego krążenia; zataczał się, stojąc. Opie- rając się jednak o meble zdołał się zbliżyć do astronoma. – Ulysse! – zawołał go. Naukowiec wszakże mu nie odpowiedział. 1 Plafon – ozdobna część sufitu lub sklepienia, rzeźbiona, malowana lub wyróżnia- na w inny sposób. ~ 10 ~ – Ach tak! To zamek śpiącej królewny1 – stwierdził Robert. – Wszyscy jakby się nawdychali chloroformu2. Nie może tak dłużej pozostawać. Z tym przekonaniem zabrał się do mocnego potrząsania przyja- ciela. Na skutki tego prymitywnego masażu nie musiał długo cze- kać. Astéras skrzywił się, odemknął lekko oczy, poruszył rękoma i z trudem wydusił: – Maïva! Lavarède nie zdołał powściągnąć uśmiechu. – Tacy już są naukowcy. Nie pyta, gdzie się znajduje, ale tylko o nią. Jest obok ciebie, marzycielu. Zajmij się jej cuceniem, a ja zrobię to samo z Lotią. Natomiast wielmożny Radjpoor sam po- wróci do przytomności. Czuł, że otrząsa się z otępienia, która go powaliło. Życie wra- cało mu falami. Astronom pochylał się już nad niemą, zaś Robert zajmował się Lotią. Nie upłynęło jeszcze pięć minut, kiedy młode Egipcjanki prze- mierzały pokój błędnym wzrokiem. – Gdzie jesteśmy? – rzuciły jednocześnie z wzruszającą jedno- myślnością. rwanie was z omdlenia. – Dowiemy się wkrótce – odparł Robert. – Pilniejsze było wy- – To prawda – przyznała Lotia niepewnym głosem, jakby stara- ła się uporządkować wspomnienia. – Straciłam przytomność. – Tak. – Przypominam sobie cień na prerii, wstrząs, który mnie prze- wrócił. – Jak i nas. – Co to było? Po tym pytaniu wszyscy popatrzyli po sobie w zakłopotaniu. 1 Śpiąca królewna – postać z baśni Charles’a Perraulta (La Belle au bois dormant), także u braci Grimm, która wskutek klątwy niezaproszonej na chrzciny wróżki wraz z całym dworem spała przez sto lat. 2 Chloroform (CHCl3) – ciężka, lotna ciecz używana jako rozpuszczalnik, od roku 1847 głównie do zadawania narkozy, obecnie zakazana w tym celu ze względu na szkodliwe skutki uboczne. ~ 11 ~ – Daję słowo – mruknął Robert po chwili milczenia – nic nie rozumiem. No właśnie! Co nas spotkało? – Tak, co nas spotkało? – powtórzył zbolały głos Radjpoora. Hindus otworzył oczy i tak samo, jak jego towarzysze, wydawał się być bardzo zdumiony wyglądem salonu, w którym wszyscy oni się znaleźli. – Najlepiej jest się tego dowiedzieć – szepnął Lavarède, a idąc ku drzwiom, dodał: – A potem, wielmożny Radjpoorze, zażądam od pana paru wy- jaśnień na temat zasadzki, z której uciekliśmy tylko cudem – na- stępnie po chwili namysłu – powiedziałem, że uciekliśmy, ale nie mam takiej pewności, gdyż niech mnie diabli, jeśli pojmuję, co się z nami stało! – Nie przeszkadza to panu oskarżać – poważnym głosem rzu- ciła Lotia. Młody mężczyzna skierował na nią zasmucone spojrzenie. Prze - paść dzieląca go od Egipcjanki nie została zasypana. Tak samo jak wcześniej, broniła przed nim Hindusa. Nie dorzucił jednak ani jednego słowa. Podszedł do drzwi i spróbował je otworzyć. Stawiły opór. Drugie wyjście istniało naprzeciw pierwszego. Robert podszedł do niego, ale raz jeszcze nadaremnie próbował nim opuścić pokój. Podróżni byli niewąt- pliwie zamknięci. – Uwięzieni, ale gdzie? – jęknął Robert. – Gdyż, do cholery, nie jesteśmy na farmie sir Parkera. Potem z większą jeszcze złością wrócił do Radjpoora. – Waszmość Radjpoor, teraz już pana znam. To pan był sprawcą wszystkich przygód, których padłem ofiarą. Dlatego też na pewno jest pan w stanie wytłumaczyć mi i tę ostatnią. – Myli się pan – odparł spokojnie Hindus, który tym razem mó- wił prawdę. Rozmówca nie pozwolił mu jednak dokończyć. – Za pozwoleniem! Znowu próbuje mnie pan oszukać, nie moż- na tego określić inaczej. To nic panu nie da. Pragnę, żądam odpo- wiedzi stanowczej, i jeśli mi jej pan odmówi… ~ 12 ~ – Jeśli panu odmówię…? – Siłą zmuszę pana do jej udzielenia. Radjpoor wzruszył ramionami, wyjął z kieszeni rewolwer, ten sam, którym o mało nie zamordował już Francuza i drwiącym to- nem powiedział: – Mogę więc działać w ramach uprawnionej samoobrony. Ironia ugrzęzła mu wszakże w gardle. Szybki – niby myśl – Robert rzucił się na niego, kantem dłoni wytrącił daleko rewolwer i owym nieodpartym skokiem przewrócił oszusta, który znalazł się teraz pod jego kolanem. Przerażona Lotia ruszyła się, aby mu przeszkodzić, ale ujrzała przed sobą Astérasa i Maïvę, którzy zagrodzili jej drogę. Lavarède zaś mówił do swego powalonego wroga: – Wiedział pan przecież dobrze, że jestem Francuzem, że byle jaki pistolet mnie nie przestraszy. Zbytnio liczył pan na moją wyrozumiałość. Od paru miesięcy strzelają do mnie, ciągną we wszystkie możliwe strony. Mam tego dość, mam aż za wiele, a pan przyznał się do swoich kłamstw. Dławiony, ledwo dyszący, o nerwach napiętych w próbach wy- dostania się z uścisku Lavarède’a, Radjpoor zsiniał, oczy podcho- dziły mu krwią. – Przecież go pan udusi – żaliła się Lotia, na próżno usiłująca odepchnąć Astérasa i Maïvę. – Też coś! – odparł Robert. – Może w bardzo prosty sposób od- zyskać oddech. Niech nie kłamie…, choć jeden raz. I pochyliwszy się nad Hindusem, zapytał: – Czy rozumie pan uroki szczerości? – Nie mam nic do powiedzenia – świszczącym głosem rzucił pokonany. – Powalony przez zdradę… – Przez zdradę, to właściwe słowo. Miał pan rewolwer, a ja byłem bezbronny… a zatem jestem zdrajcą. Nie odpowiem na to rozumowanie wyzbyte logiki. Chcę się okazać dobrym księciem. Małe wyznanie, a będzie pan wolny. Zresztą pomogę w tym panu – rzekł Robert i tonem niemożliwym do oddania, dodał: – Proszę powiedzieć, drogi Mości Radjpoor, czy zna pan Thanisa? ~ 13 ~ Nagłym podskokiem Hindus zdołał wstać, ale Lavarède był sil- niejszy. Ponownie rozciągnął go na ziemi. – Niech się pan nie unosi. Wygodnie leży pan na podłodze, w po- zycji najbardziej odpowiedniej do prowadzenia rozmowy; niech pan wypoczywa, a ja ponowię pytanie: Czy zna pan Thanisa? Przez chwilę Robert czekał na odpowiedź, która nie następowała. – Obawia się pan mówić – stwierdził. – Dlaczego… dowiem się jeszcze. Leży teraz powalony, z moim kolanem na swej piersi. – Kłamstwo! – wycharczał Hindus. – Tak, wredne kłamstwo! – rzuciła jak echo Lotia. – Skąd ta ko- media? – Skąd? – powtórzył Lavarède, ożywiając się. – Skąd? Stąd, że mam dość odgrywania roli osoby podejrzanej, zdrajcy swojego kraju, na pewno sługusa Anglii; stąd, że chcę odzyskać moje na- zwisko Lavarède i oddać Thanisowi to, co należy do Thanisa. – Zwariował! – jęknęła Lotia, załamując ręce. – Zwariował! Do licha, nie wytrzymałaby tego głowa mniej od mojej mocna. Może być jednak pani pewna, mój umysł jest całko- wicie zdrowy i to udowodnię. Radjpoor i Thanis to jedno i to samo. Ten człowiek porwał mnie z zaskoczenia, groźbą śmierci wpakował w całkowicie niepojętą przygodę. Na oczy przejrzałem dopiero dziś w nocy, dzięki Maïvie, jego niewolnicy. Niech pani wypyta to dziec- ko, a ono wskaże jej prawdziwego Thanisa. Ochrypłym głosem Radjpoor zawołał: – Intryga uknuta przez pana, żeby z serca Lotii przegnać niena- wiść, którą zaprzysięgła mordercy swej matki. – Prawda! – odparł Astéras. – Tak – wsparła go Maïva. – Wspólnicy mówią tak jak pan. Dłonie Roberta zacisnęły się na ramionach Hindusa. – Uważaj! Przypomnę ci, Radjpoor, radę jaką dałeś mi kiedyś, że prawda jest złotem, a kłamstwo stalą. – Ech! Zabij mnie. Nie chcę ci pomagać w oszukiwaniu Lotii. – Masz wolną wolę, ale ja także. Ulysse, sznury. Skrępujemy tego zucha i poszukamy sposobu przekształcenia jego charakteru. ~ 14 ~ Och! Do licha, rozumiem go, trudno jest przejść od zdrady do wierności. Astronom szperał już we wszystkich kątach, aby zdobyć jakieś więzy. Lotia z narastającą litością przyglądała się Hindusowi. Jego postawa, w sumie odważna, przegnała wątpliwości, sekundę wcze- śniej wywołane słowami Roberta. Po raz kolejny ją sobie zdobył. Tak, chciano pomieszać jej w głowie, z pomocą niewolnicy Maïvy. Po raz kolejny przebiegłość Radjpoora wzięła górę nad szczerością przeciwników. Zdecydowanie Lavarède’a przezwyciężyłoby być może wszel- ki opór. Gotów był posunąć się do każdej skrajności. Choćby miał wziąć wroga na męki, zdoła wydrzeć zeń przyznanie się do kno- wań. Godzina wyjaśnień jeszcze jednak nie wybiła, kiedy bowiem Francuz trzymał Hindusa, kiedy naukowiec nadaremnie poszu- kiwał więzów, i kiedy Lotia i Maïva, powodowane sprzecznymi uczuciami, oczami świadków przyglądały się tej scenie, rozległ się zgrzyt klucza obracanego w zamku. Wszystkich przeszedł dreszcz, zwrócili wzrok na drzwi z prawej strony, które powoli obróciły się w zawiasach, otwierając przejście dwóm nieznanym osobom, mężczyźnie i kobiecie. Mężczyzna powitał ich gestem ręki i spokojnym głosem po- wiedział: – Proszę powstać, panowie. Na „Gypaète”1 ludzkie gniewy nie powinny podnosić głowy. Zdominowany tonem przybysza Lavarède puścił Radjpoora, który chwiejnie wstał. Wszyscy z nieskrywanym zdumieniem przyglądali się nowym osobom. Były średniego wzrostu, uśmiechnięte, wyposażone oboje w dłu- gie szyje, podtrzymujące wydłużone głowy o ptasim profilu. Mary- narka mężczyzny i bluzka kobiety miały lamówki z wielobarwnych piór. I rzecz dziwna, owe osobliwe osoby nieustannie przekrzywiały 1 Orłosęp (fr.) – orłosęp (Gypaetus barbatus), duży (około 2,5 m rozpiętości skrzy- deł) ptak padlinożerny z rodziny jastrzębiowatych, ma ciemnobrązowy grzbiet, skrzydła i ogon, reszta ciała jasnoruda, występuje w południowej Europie, więk- szości Azji i Afryki, głównie w górach; w dalszej części tekstu będzie stosowana nazwa polska. ~ 15 ~ swe głowy na lewo i prawo, naprzemiennie kładąc policzki na każ- dym ramieniu, sprawiając jednym słowem wrażenie, że oddają się wykonywaniu ćwiczeniom rozluźniającym, przez nauczycieli gim- nastyki nazywanymi „rozgrzewkowymi”. – Z kim mam zaszczyt rozmawiać? – zapytał wreszcie mężczyzna. Posługiwał się bardzo poprawnym językiem francuskim, ale z gardłowymi naleciałościami wskazującymi, że Francja nie była jego ojczyzną. – Robert Lavarède, Francuz – pospieszył z odpowiedzią mał- żonek Lotii. Przerwał mu Radjpoor: – O przepraszam! Thanis, Egipcjanin. Młody człowiek wydał okrzyk złości. – Do tysiąca diabłów? Jestem Francuzem i… Świeżo przybyły powściągnął go gestem. – Niech się pan uspokoi. Narodowość nie ma tutaj żadnego zna- czenia. Podziały powierzchni globu nie odbijają się echem pośród wolnych obywateli atmosfery. A ponieważ słuchacze wpatrywali się weń w oszołomieniu, nie pojmując niczego z jego dziwnych słów, ciągnął spokojnie: – Jeśli natomiast chodzi o wasze nazwiska, to gdzie miałem głowę prosząc o ich podanie, skoro jestem zmuszony prosić o ich zapomnienie. – Zapomnienie? – powtórzyli wszyscy w osłupieniu. – No oczywiście! Ziemskie miana nie mają sensu dla miesz- kańców nieba. Dlatego też weźmy najpierw pana – dziwny czło- wiek wskazał Lavarède’a. – Ma pan szerokie czoło, szczere, śmiałe spojrzenie i od tej pory pan będzie Panem Orłem. – Hę? Pozwoli pan? – Kiedy tylko skończę, proszę. Pański sąsiad – chodziło mu o Astérasa – ze swą kulistą sylwetką, oczami cierpiącego na ślepo- tę dzienną, stanie się Puchaczem1. 1 Puchacz (Bubo bubo) – duży (do 1,8 m rozpiętości skrzydeł) nocny ptak dra- pieżny z rodziny puszczykowatych, występuje w prawie całej Eurazji, głównie w lasach, osiadły, poluje nocami. ~ 16 ~ Następnie przyjrzał się kolejno Radjpoorowi, Lotii i Maïvie, dokończył: – Ten będzie Kaniukiem1, ptakiem drapieżnym nie mającym odwagi, a te ładne panie zostaną Sikorą i Piegżą2. Skoro to powie- działem, pozostaje mi jedynie przedstawić państwa gospodarzy. Ja jestem Pan Grzywacz3, a oto moja żona i wierna towarzyszka, która odpowiada na słodkie imię Pani Jaskółki. Nie sposób odmalować zdumienia podróżnych. Słuchali nie- znajomego z niejasną obawą, którą wyraził w końcu Robert, szep- cząc do ucha Ulysse’a: – Ten typ jest wariatem. Nagle podjął decyzję i zapytał: – Gdzie jesteśmy? – Na pokładzie „Orłosępa”, szanowny panie. – „Orłosępa”… statku…? – Powietrznego. Poradziłem sobie z wielką trudnością awia- cji4, żeglugi przez atmosferę w pojeździe cięższym od powietrza. Odkrycie pomyślne dla państwa, mogę rzec bez schlebiania sobie, gdyż inaczej nie zdołalibyście uciec wrogom ścigającym was na pustyni Victoria. Ponieważ słuchający go patrzyli po sobie mając wrażenie, że śnią, tajemniczy osobnik mówił dalej stanowczym głosem: – Każda rzecz stworzona porusza się, zakreślając krzywą za- mkniętą. Planeta, powstała ze słońca, podąża po elipsie. Ludzkość, zrodzona na ziemi, podczas swej ewolucji przemierza orbitę, którą 1 Kaniuk (Elanus caeruleus) – nieduży (wielkości kawki) ptak drapieżny z rodzi- ny jastrzębiowatych, występuje w Afryce, na Półwyspie Arabskim i Pirenejskim, o jasnym ciele, czarnych skrzydłach, poluje na gryzonie i owady (w oryginale Milan, po francusku kania, gatunek pokrewny, ale ponieważ chodzi o mężczyznę, lepszy jest kaniuk). 2 Piegża (Curruca curruca) – mały (wielkości sikorki) ptak z rodziny pokrzewko- watych, występuje w Europie i większości Azji, podobny do wróbla, ale jaśniej- szy, owadożerny, wędrowny. 3 Grzywacz (Columba palumbus) – gatunek dużego gołębia z rodziny pokrzewko- watych, występuje w całej Europie i sąsiednich częściach Azji, wędrowny, ro- ślinożerny, dawniej leśny, od XIX wieku coraz częściej miejski. 4 Awiacja – dawniej lotnictwo, żegluga powietrzna. Ja jestem Pan Grzywacz, a oto moja żona i wierna towarzyszka, która odpowiada na słodkie imię Pani Jaskółki. ~ 17 ~ graficznie można przedstawić jako okrąg, będący właściwie ni- czym innym, jak elipsą, której oba ogniska nałożyły się na siebie. Nie zauważając, że Robert, ogłuszony tymi naukowymi okre- śleniami, gapi się zdumionymi oczyma, pan Grzywacz ciągnął: – Dlatego też ludzkość jest zmuszona do powtarzania tych sa- mych faz, a jeśli zdoła się ustalić różne etapy jej początków, będzie można przewidzieć cały cykl czynionych przez nią wynalazków. – Wierzy pan w to? – wymamrotał oszołomiony Lavarède. Pan „Orłosępa” zdawał się go nie słyszeć. – I tak odkryłem niewątpliwego przodka człowieka. – Małpę – przerwał mu Astéras – jak twierdzą niektórzy. – Mylą się – oświadczył mały mężczyzna, tupiąc niecierpli- wie. – Małpa to gatunek sąsiedni, dołączony, że ośmielę się tak wyrazić, ale nie on stanowił punkt wyjścia. Od szympansa do saj- miri1, pomiędzy którymi jest gibon2, rodzaj małpi stanowi część ludzkości, ale nie jest jej źródłem. Na owe dziwaczne stwierdzenie wszyscy zamilkli. – Przodka człowieka – podjął z entuzjazmem pan Grzywacz – należy szukać pośród ptaków, pośród wielkich gatunków latają- cych z minionych wieków. Człowiek miał początkowo skrzydła; przetrwał w nim podziw do gwiazd i pragnienie spoglądania z wy- soka. Jesteśmy synami gigantycznych pterodaktyli3. – Przedpotopowych nietoperzy4? – szepnął Robert. – Tak, nietoperzy, które ponad ciepłymi mokradłami tworzącej się skorupy ziemskiej przemierzały powietrze, na swych błoniastych 1 Sajmiri (Saimiri) – rodzaj małp z rodziny płaksowatych, obejmuje siedem ga- tunków występujących w Ameryce Południowej i Środkowej, małe (22-42 cm długości bez ogona), nadrzewne, roślinożerne. 2 Gibon (Hylobatidae) – rodzaj małp człekokształtnych, z rodziny płaksowatych, obejmuje 18 gatunków występujących w Azji Południowo-Wschodniej, średniej wielkości (do 1 m wysokości), o długich kończynach; nadrzewne, roślinożerne. 3 Pterodaktyle – rodzina późnojurajskich i kredowych pterozaurów o silnie zredu- kowanym ogonie i szerokich skrzydłach, cechująca się znacznym zróżnicowa- niem wielkości: rozpiętość skrzydeł wynosiła od 30 cm (pterodaktyl) poprzez 130 cm (germanodaktyl), 4 m (ceradaktyl) do 14 m (kecalkoatl). 4 Nietoperze – jako ssaki nietoperze są bardzo daleko spokrewnione z gadzimi pte- rodaktylami, cały ten wywód nie ma nic wspólnego z nauką i rzeczywistością. ~ 18 ~ skrzydłach podlatując na wierzchołki drzew iglastych, grzybów wyższych od naszych współczesnych dębów, paproci, pod którymi mogłyby się schować dzisiejsze baobaby. Wychodząc zatem od za- sady krzywej zamkniętej, którą dopiero co wyłożyłem, dotarłem do następującego aksjomatu: Człowiek fruwał w przestworach, a więc musi fruwać ponownie. Doprowadziło to mnie do zajęcia się kwe- stią awiacji, uporania się z trudnością uznawaną za nieprzezwycię- żoną: „Uzyskawszy urządzenie cięższe od powietrza, sprawić, aby się wznosiło i latało w atmosferze”. Lavarède, Astéras, Maïva, Lotia i Radjpoor patrzyli po sobie. Jedna i ta sama myśl narodziła się w ich głowach. Przemawiał do nich szaleniec. Jak inaczej można wytłumaczyć, że ktoś ma od- wagę jako ojca chrzestnego człowieka wskazywać pterodaktyla, podawać się za wynalazcę statku powietrznego? Wskutek dojścia do tego wniosku Robert bardzo cicho mruknął: – Nie należy sprzeciwiać się wariatom. A głośno dodał: – Czyli jesteśmy w nawie powietrznej? – Nazwanej „Le Gypaète” – odparł, kłaniając się, pan Grzywacz. – I unosimy się w powietrzu? Mężczyzna sprawdził manometr1 przytwierdzony do ściany: – Dokładnie dziewięćset pięćdziesiąt trzy metry nad powierzch- nią globu. Unoszenie się nie jest właściwym słowem, gdyż obecnie przesuwamy się na północ z szybkością sześćdziesięciu sześciu mil na godzinę. – Około stu dwudziestu kilometrów2? – Prawie. Na chwilę dawny kasjer poczuł się niepewnie. Odpowiedzi wa- riata były tak precyzyjne, że zaczął się zastanawiać, czy nie speł- niło się niemożliwe, czy naprawdę wraz ze swoimi towarzyszami nie został pasażerem nawy powietrznej; bardzo wszakże szybko odegnał równie dziwaczną myśl. Odkrycie urządzenia latającego 1 Manometr – przyrząd do pomiaru ciśnienia, zwłaszcza atmosferycznego, bardzo czułe barometry służą także do określania wysokości (wraz ze wzrostem wysoko- ści ciśnienie spada w stałym stosunku). 2 120 kilometrów – chodzi o mile morskie, 66 mil to dokładnie 122,23 km. ~ 19 ~ w przestworach wywołałoby w świecie wielki rozgłos. Gazety, czasopisma, rozwodziłyby się o tej sprawie. Pojawiłaby się istna lawina artykułów, doniesień, polemik, zaprzeczeń. Echo takiej wrzawy dotarłoby do Massaui, a nawet na Górę Youle. Ponieważ zaś nic takiego nie nastąpiło, pierwsze przypuszczenie zachowy- wało swą moc. Pan Grzywacz był zwykłym maniakiem, przed któ- rym należało jak najszybciej uciec. Najlepszą drogą do tego wydawało się wychwalanie jego „bzi- ka”. Dlatego też młody człowiek powiedział najbardziej przypo- chlebiającym się tonem: – Jestem przekonany, że widok ziemi przemykającej pod noga- mi musi być piękny. – Podniosły – poprawił go szaleniec. – Chciałbym rozkoszować się nim na własne oczy. – Nic prostszego. – Czyżby? A zatem uważa to pan za proste? – mamrotał Robert wstrząśnięty spokojem rozmówcy. – Za bardzo proste. Proszę udać się za mną. Pójdziemy na mo- stek i bez trudu ujrzy pan wszystko. – Na mostek? – No oczywiście. Moje urzą- dzenie ma oczywiście kształt stat- ku, a jego górna część, otoczona lek ką balustradą, tworzy mostek. I zwracając się do towarzysz- ki, milczącej i uśmiechniętej: – Droga Jaskółko, pójdź pierw- sza, wskażesz nam drogę. Rozdział II Dzieło szalonego geniusza Naprawdę wielce poruszeni podróżni poszli za swymi gospoda- rzami. Opuścili salon i naleźli się wszyscy w wąskim koryta- rzu, oświetlonym rozmieszczonymi w dużych odstępach lampkami elektrycznymi. Idąc nim Lavarède macał ściany. Stwierdził ze zdumieniem, że tworzą je metalowe płytki. – Do licha – szepnął – czyżby ten pan Grzywacz powiedział prawdę? Pokręcił jednak głową. Nie, nawa powietrzna może być tylko mrzonką; awiacja, ten trudny problem, który kosztował życie tylu badaczy, nie został jeszcze rozwiązany! Mimo to młody człowiek przypominał sobie niewyraźnie, w jaki sposób zdołał z przyjaciół- mi umknąć przed pościgiem zabójców prowadzonych przez sir Parkera. Nie mógł temu zaprzeczyć, bowiem odnieśli oni wrażenie, że zostali uniesieni w powietrze. Jaki więc można było wyciągnąć inny wniosek, aniżeli ten, że porwało ich urządzenie powietrzne? Nie jakiś zwykły aerostat1, balon, gdyż do wzniesienia się gondoli 1 Aerostat – statek powietrzny, unoszący się w powietrzu dzięki sile wyporu opisa- nej przez prawo Archimedesa; do aerostatów zalicza się balony i sterowce. ~ 21 ~ o rozmiarach tej, w jakiej się znajdowali, potrzebna byłaby wypeł- niona wodorem powłoka z tafty1, której powierzchnia wynosiłaby połowę Paryża2. Przerwał nagle ten monolog wewnętrzny. Wszyscy dotarli do małego, okrągłego pomieszczenia. Od jego podłogi do sufitu wiodła żelazna drabinka. Pan Grzywacz wszedł po niej z nadzwyczajną zręcznością, bezsze- lestnie odsunął rygiel i nacisnąwszy ręką na sufit, obracał nim powoli, aż odsłonił kwadratowy otwór, przez który wpadło świeże powietrze. Oszołomieni, niezdolni do wypowiedzenia jednego słowa, podróż- ni patrzyli na rozgwieżdżone niebo, widoczne przez otwarty luk3. – Wejdźcie! – nakazał ich przewodnik. – Wejdźcie – śpiewnym głosem powtórzyła pani Jaskółka. – O rany, żeby tak mocno wbić coś sobie w głowę – mruknął Lavarède stawiając stopy na metalowych szczeblach. Po chwili stanął obok wariata na platformie mającej pięćdziesiąt stóp długości i dziesięć szerokości, wokół której biegła lekka balu- strada ze stali; dołączyła reszta jego towarzyszy i wszyscy tkwili przytłoczeni widokiem dużo dziwniejszym od wszelkiego, jaki moż- na by było sobie wymarzyć. Nad głową mieli sklepienie niebios, na którym konstelacje kre- śliły kręte linie, jakby tworząc świtę księżyca, swymi srebrzystymi promieniami zalewającego mostek; pod stopami platformę, a poza nią, z każdej strony relingu4, metalową, błyszczącą powierzchnię, 1 Tafta – gęsta, sztywna tkanina jedwabna, szeleszcząca i połyskliwa, o splocie płócien- nym; osnowa i wątek tafty mogą być różnej barwy, mieni się wówczas obu kolorami. 2 Połowa Paryża – wielka przesada, największy sterowiec, „Hindenburg” z roku 1936, także wypełniony wodorem, o równie wielkiej kabinie co „Orłosęp”, miał długość 245 metrów i powierzchnię powłoki około 17000 m2, a więc znacznie mniej, niż połowa Paryża. 3 Luk – zamykany otwór w pokładzie statku lub jego nadbudówki, służący do łado- wania i wyładowywania towarów, schodzenia w głąb kadłuba statku, oświetlania i wietrzenia pomieszczeń pod pokładem. 4 Reling – pionowa bariera zabezpieczająca znajdujących się na pokładzie ludzi przed wypadnięciem za burtę lub upadkiem na znajdujący się niżej pokład; zbu- dowana z metalowych lub drewnianych słupków, połączonych metalowymi rur- kami, prętami, drewnianymi poręczami, linami. ~ 22 ~ wdzięczną krzywizną wyginającą ku miejscu, w którym powinna znajdować się ziemia. – Proszę podejść do balustrady – poradził pan Grzywacz – i spojrzeć w dół. Nie należy obawiać się zawrotów głowy, gdyż burty mojej nawy powietrznej są przedłużeniem mostka i nie po- zwolą państwu spoglądać pionowo. Powoli, opanowani niejasną obawą, że nieprawdopodobne sta- je się prawdą, że rzecz uważana za niemożliwą przekształca się w rzeczywistość, pasażerowie go posłuchali. Ten sam okrzyk zdumienia wyrwał się z wszystkich ust. Daleko poniżej nich kolebała się ruchoma powierzchnia, niby cekinami usiana odbiciami promieni księżycowych. – Morze – ze spokojem wyjaśnił szaleniec. – W tym momencie szybujemy nad Oceanem Spokojnym. Patrzcie – dodał po chwi- li – te przesuwające się powoli światełka to latarnie statku. Miotają nim fale, kolebie się, kołysze, my zaś płyniemy w powietrzu bez wstrząsów i bez hałasów. Następnie podniósłszy głos, rzekł: – Trzymajcie się dobrze, wydam polecenie zwiększenia pręd- kości. Przed godziną rozkazałem ją zmniejszyć, aby państwo nie oszołomiła gonitwa w powietrzu. Pochylił się nad tubą głosową analogiczną do używanej przez pełniących wachtę oficerów marynarki wojennej, aby zawołać: – Do sześciuset obrotów koła! – A zatem ma pan załogę? – szepnął Lavarède. – Tak… złapcie się czegoś. Niemal natychmiast z dziobu nawy powietrznej dobiegło bu- czenie. Ramiona o dziwacznej postaci biły powietrze i jak koń, któ - remu popuści się cugle, „Orłosęp” pomknął w przestworzach. Wszyscy pojęli teraz przydatność rady wariata. Ogłuszeni szu- mem silnika napędowego, smagani mocnym prądem powietrza, uświadomili sobie szybkość przemieszczania się urządzenia. Po kilku minutach steamer, którego ognie widzieli, pozostał w tyle i zniknął w ciemnościach. Przesuwający się z trudem wzdłuż balustrady Robert dotarł do pana Grzywacza. ~ 23 ~ – Co to za dziwaczne narządy poruszające się na dziobie? – To skrzydła mojego „Orłosępa” – odparł i z odcieniem dumy dodał: – Wydaje się to pana interesować. Zejdźmy. Z ogromną przyjem- nością pokażę panu moją maszynę. Nie opowiadam o niej ludziom na ziemi, ale ponieważ przypadek skierował pana na mój pokład, nie widzę powodu, abym miał skrywać przed panem swoje tajemnice. Nie zostawiwszy Robertowi czasu na zdumienie się owym na- głym zaufaniem, pan Grzywacz przez tubę głosową wydał nowy rozkaz. Buczenie silnika ucichło, wiatr stracił na gwałtowności i wszyscy, na zaproszenie owego osobliwego osobnika, wrócili do wnętrza nawy powietrznej, której luk starannie zamknięto. Kiedy uśmiechnięta i pełna zapału pani Jaskółka zabrała Lotię, Maïvę i Radjpoora do salonu, w którym wszyscy przedtem byli, szaleniec poprowadził za sobą Roberta wraz z jego przyjacielem Astérasem. Na korytarzu otworzył jakieś drzwi. – Proszę wejść, panowie – rzekł. – Zanim odwiedzą panowie urządzenia, konieczne jest kilka słów wyjaśnienia. Ta sala jest moim biurem, nadaje się doskonale do rozmów. Francuzi rozejrzeli się z ciekawością. Trzy boki obszernego pomieszczenia, do którego weszli, miały ściany przesłonięte pół- kami, na których w malowniczym nieładzie przeplatały się książki, przyrządy chemiczne, mechaniczne, fizyczne. Cały czwarty bok zajmowała czarna tablica, pokryta równaniami algebraicznymi, których zwarte szeregi wywołały grymas dawnego kasjera. Jako meble służyły szerokie deski kreślarskie na podpórkach, palenisko zastawione pękatymi kolbami, próbówkami i butlami oraz siedze- nia wyściełane słomą. Pewnym ruchem ręki profesora przeprowadzającego dowód pan Grzywacz kreślił na tablicy różne rysunki. – Panowie – powiedział, kiedy zakończył – proszę mi wyba- czyć, jeśli mojego „Orłosępa” przedstawię na sposób nauczyciel- ski. Spotkania z ludźmi inteligentnymi zdarzają się jednak rzadko, kiedy ktoś zamieszkuje krainę w chmurach, a zamierzam w pełni zapoznać panów z moim urządzeniem, abyście pokochali go tak samo jak ja. ~ 24 ~ I wskazując rysunek nr 1, zaczął wyjaśniać: Rys. 1. Rzut pionowy A – Przód czyli dziób B – Śruba na rufie C – Ster DD – Skrzydła napędowe E – Skrzydła bezpieczeństwa F – Latarnia GG – Iluminatory HH – Mostek Rys. 2. Przekrój pionowy AA’ – Maszynownie BB’B’’ – Kabiny mieszkalne C – Zbiornik powietrza DD’ – Pompa i przewód EE’ – Ładownie F – Śruba na rufie ciśnieniowy G – Ster H – Latarnia KL – Mostek M – Reling N – Sala spadochronu O – Luk spadochronu Rys. 3. Przekrój poziomy AA’ – Maszynownie BB’ – Skrzydła napędowe CC’ – Skrzydła DD’ – Kabiny mieszkalne bezpieczeństwa F – Sionka z lukiem na mostek EE’ – Korytarz centralny G – Śruba na rufie H – Ster z jego zaczepem Rzut pionowy i przekroje „Orłosępa” ~ 25 ~ – Oto plan mojego statku powietrznego. Daje on pojęcie o jego kształcie ogólnym. Widać tu mostek, na którym byliśmy przed chwilą, umieszczone z przodu skrzydła napędowe, śrubę rozrucho- wą na rufie, jak też ster poruszający się w płaszczyźnie pionowej wokół osi poziomej. – Ale przecież – zaprotestował słuchający z nieskrywaną cie- kawością Astéras – odnoszę wrażenie, że zaznaczył pan nie dwoje skrzydeł, lecz czworo. Czy zatem pańska maszyna lata na sposób ptaków czy na sposób chrabąszczy1? – Chrabąszcze to ten zacny jegomość ma pod sufitem – wes- tchnął Robert tak cicho, że jego towarzysze nie zdołali posłyszeć tej nieuprzejmej uwagi. Pan Grzywacz zresztą już odpowiadał na spostrzeżenie Astérasa: – Nie, nie, myli się pan, „Orłosęp” jest napędzany tylko jedną parą skrzydeł naraz. Druga, umieszczona na ścianie zewnętrznej, pozostaje nieruchoma. Są to skrzydła bezpieczeństwa. – Bezpieczeństwa? – Oczywiście. Przypuśćmy, że jedno z moich skrzydeł uległoby – Urządzenie nie byłoby wtedy podtrzymywane i zacząłby się awarii podczas ruchu. straszliwy upadek… – Zacząłby się, gdyby w tej samej chwili nie zostały zwolnio- ne automatycznie skrzydła bezpieczeństwa, działające zamiast i w miejsce zepsutych. – Rozumiem, rozumiem! – wołał zachwycony astronom. – Upadek jest niemal niemożliwy. – Niemal – mruknął znowu Lavarède – i takie niemal mu wy- starcza! – Jednakże – mówił dalej naukowiec nie zwracając uwagi na to wtrącenie się – proszę mi pozwolić na jeszcze jedno zastrzeżenie. – Słucham pana – oświadczył z ukłonem pan Grzywacz. 1 Chrabąszcze (Melolonthinae) – podrodziny chrząszczy, latają jak ptaki, posługu- jąc się jedną tylko (drugą) parą skrzydeł, pierwsza para przekształciła się w grube pokrywy osłaniające drugą parę, dwoma parami skrzydeł podczas lotu posługuje się wiele innych owadów, np. muchy czy ważki. ~ 26 ~ – Wydaje mi się, że ze względu na masę nawy powietrznej pań- skie skrzydła nie mają dostatecznych rozmiarów… czyli jednym słowem siła nośna pańskiego urządzenia latającego jest bardzo słaba. Uśmiech zadowolenia rozjaśnił oblicze szaleńca. – Z tego właśnie jestem dumny – oznajmił powoli. – Wska- zał pan trafnie na prawdziwą trudność tego zagadnienia. Istotnie, uzyskanie trzech różnych ruchów skrzydła ptaka, z dołu do góry, z tyłu do przodu oraz ukośnie z przodu do tyłu, tak iż przemiesz- cza się ono wzdłuż boków trójkąta – jednocześnie szkicował na tablicy poniższy rysunek – to dziecinna igraszka; wystarczy tu system dźwigni połączonych stawami, czyli przegubami Goubeta1. Wyprodukowanie skrzydeł złożonych z listewek, które tak samo jak pióra żywych istot latających przeciskają się przez powietrze w ruchu wznoszącym, ale stają się nieprzeniknioną płaszczyzną podczas ich opuszczania, jedynych przydatnych jako napędowych, jest również łatwe. Sednem zagadnienia są rozmiary skrzydeł, gdyż moc i waga niezbędnego silnika są proporcjonalne do ich powierzchni. Przy zwykłych skrzydłach cały mój pojazd służyłby wyłącznie do unoszenia silników. Byłoby to wykluczone. 1 Przegub Goubeta – rodzaj ruchomego połączenia elementów projektu Clau- de’a Goubeta (1837-1903), francuskiego inżyniera i wynalazcy, konstruktora ma- szyn drukarskich i tkackich, projektanta jednej z pierwszych łodzi podwodnych świata. ~ 27 ~ – Zgadzam się – potwierdził astronom – ale nie wiem, jak pan uporał się z tą trudnością. Przyznaję, że wydaje mi się ona niemoż- liwa do przezwyciężenia. Oświadczenie to ponownie przywołało uśmiech na usta pana Grzywacza. – Proszę słuchać mnie uważnie – powiedział z pełną pychy wyższością. – Wie pan, że u ptaków podobnych do siebie geome- trycznie, wymiary liniowe są wobec siebie w pewnym stosunku, zaś w zależności do owego stosunku powierzchnie rosną w potę- dze drugiej, a ciężary w potędze trzeciej. – To oczywiste – potwierdził Astéras. Lavarède wzruszył ramionami. – Oczywiste! Czyżbyś to rozumiał? – Oczywiście! – Jak to, stosunki rosnące na potęgę? – To jasne jak słońce. – Słońce w nocy1, chciałeś powiedzieć? Niecierpliwym gestem pan Grzywacz nie pozwolił im ciągnąć tej rozmowy. – Nie ma o tym mowy – oschłym tonem powiedział niski męż- czyzna. – Pompéïen-Piraud2, mój poprzednik w awiacji, a przed nim cała plejada3 wybitnych umysłów: Edison4, Dandrieux5, Ta- 1 Słońce w nocy – w oryginale gra słów, po francusku mówi się clair comme de l’eau de roche (jasne jak woda ze skały, źródlana), na co Lavarède odpowiedział, jak woda w Sekwanie, rzece w końcu XIX wieku mocno zanieczyszczonej i o wo- dzie dalekiej od przejrzystości. 2 Jean-Claude Pompeïen-Piraud (1846-1907) – u P. d’Ivoi: Pompéïen-Picaud, wynalazca francuski, badacz lotu ptaków, w roku 1877 zbudował urządzenie ze sztucznymi skrzydłami ptasimi, które wzbiło się na 3 metry, w 1883 owalny balon „L’Esperánce”, który przeleciał 150 km. 3 Plejada – grupa ludzi wyróżniających się w jakiejś dziedzinie sztuki czy nauki, pierwotnie w liczbie siedmiu (jak widocznych gwiazd w konstelacji Plejady), po- tem dowolnej. 4 Thomas Alva Edison (1847-1931) – wielki wynalazca i przedsiębiorca amerykań- ski, twórca m.in. fonografu, żarówki elektrycznej, pierwszej elektrowni, w roku 1885 próbował zbudować helikopter. 5 Dandrieux – francuski wynalazca, w roku 1878 zbudował helikopter z silnikiem parowym, który wzbił się na 12 metrów i leciał przez 20 sekund, twórca latających zabawek, np. motyli. ~ 28 ~ tin1, Kaufmann2, de Groof3, Le Bris4, Michel Loup5, Degen6, Gu- ard7, markiz de Bacqueville8, Besnier9, Giovanni Battista Danti10, Paolo Guidotti11 a nawet Leonardo da Vinci12, wielki artysta rene- sansu, wykazali eksperymentalnie, że im większy jest ptak, tym proporcjonalnie zmniejsza się13 rozpiętość jego skrzydeł. – To już za dużo. Czyli ptak, który byłby sto, tysiąc razy cięższy od istniejących gatunków, nie miałby skrzydeł w ogóle? 1 Victor Tatin (1843-1913) – francuski inżynier, w roku 1879 zbudował mały latają- cy jednopłat z silnikiem pneumatycznym. 2 Joseph Meyers Kaufmann – szkocki inżynier, w roku 1867 opatentował ornitopter napędzany silnikiem parowym, pokazany na Wystawie Aeronautycznej w Londy- nie w roku 1868. 3 Vincent de Groof (1831-1874) – belgijski szewc, zginął pilotując wymyślony przez siebie ornitopter, spuszczony z balonu. 4 Jean-Marie Le Bris (1817-1872) – u P. d’Ivoi: de Bris, francuski oficer marynarki wojennej, w roku 1856 w ciągniętym przez konia własnej konstrukcji szybowcu o kształcie albatrosa przeleciał około 200 metrów, w 1868 na większym dokonał kilku prób, zanim się rozbił. 5 Michel Loup – francuski wynalazca, w roku 1853 zaprojektował jednopłat w kształ- cie ptaka, autor książki „Solution du Problème de la Locomotion Aérienne”. 6 Jakob Degen (1760-1848) – szwajcarski zegarmistrz i mechanik, projektant ma- szyn do szycia i drukarskich, prowadził w Wiedniu badania nad różnymi urządze- niami latającymi. 7 Guard – postać nieznana, być może Jules-Henri Giffard (1825-1882), francuski inżynier, w roku 1852 na szybowcu swojej konstrukcji przeleciał około 15 mil. 8 Jean François Boyvin de Bonnelot, markiz de Bacqueville (1688-1760) – u P. d’Ivoi: błędnie de Bocqueville, francuski arystokrata, w roku 1742 dokonał nieudanej pró- by lotu ze skrzydłami przymocowanymi do rąk i nóg, w Paryżu poszybował nad Sekwaną około 300 metrów. 9 Jacob Besnier – francuski ślusarz, w roku 1678 dokonał kilku lotów szybowych z użyciem przymocowanych do ramion i nóg skrzydeł. 10 Giovanni Battista Danti (ok. 1477-1517) – u P. d’Ivoi: Dante, włoski matematyk i inżynier, w roku 1498 lub 1503 dokonał rzekomo udanego lotu na skrzydłach własnej konstrukcji. 11 Paolo Guidotti (1569-1626) – włoski malarz i architekt, miał dokonać udanego skoku na wymyślonym przez siebie spadochronie. 12 Leonardo da Vinci (1452-1519) – wielki włoski artysta, malarz, rzeźbiarz, archi- tekt, inżynier, zaprojektował m.in. śmigłowiec, ornitopter i inne machiny latające. 13 Zmniejsza się – zależność jest odwrotna, wraz z masą ptaka rośnie wykładniczo konieczna do utrzymania go w locie siła nośna i związana z tym powierzchnia (a nie rozpiętość skrzydeł), dlatego najcięższym ptakiem latającym jest ważący do 18 (podobno 23) kg drop olbrzymi. ~ 29 ~ Młody człowiek sądził, że wywoła zmieszanie swego rozmów- cy, ale szaleniec odpowiedział spokojnie: – Pańskie rozumowanie jest tym, które nosi nazwę rozumowa- nia w nieskończoność1. – Tak pan uważa? – To tylko wykręt teoretyczny. W praktyce dla otrzymania po- wierzchni potrzebne są linki. – Do diabła! – zawołał Robert. – znałem doświadczonego węd- karza. Nigdy nie mówił on o powierzchniach. Na swoje linki łapał tylko ryby. Na ten kalambur2 pan „Orłosępa” nie mrugnął nawet okiem. Zwracając się do Astérasa, flegmatycznie mówił nadal: – Starałem się zmniejszyć powierzchnię skrzydeł, po pierw- sze ze względu na silnik, a po drugie w celu zmniejszenia szans na awarie, i tego dokonałem. Wystarczyło powierzchnię zastąpić prędkością. Skrzydła mojej nawy powietrznej biją aż tysiąc razy na minutę. – Tysiąc…? To cudowne, ale jaka jest pańska siła napędowa? – Jest nieznaczna, gdyż wysiłek powtarzany tak często może być niemal żaden. Przy jednym bowiem uderzeniu skrzydeł na minutę, musiałyby one wykonywać tę samą ilość pracy użytecz- nej, co przy tysiącu; byłaby ona ogromna. Natomiast przy mojej prędkości drgnięć wystarcza, że każde da jedną tysięczną tej ilości. – Wszystko się zgadza, pozostaje sprawa silnika. Na te słowa pan Grzywacz przybrał postawę pyszałka i chwy- ciwszy pałeczkę kredy rysował szybko na czarnej tablicy. – Oto schemat urządzenia, które sam wymyśliłem – powiedział wreszcie triumfalnym głosem. – W górnej części znajduje się zbior- nik węglika3. 1 Rozumowanie w nieskończoność – właściwie regressus ad infinitum (cofanie się w nieskończoność), w filozofii nieskończony ciąg kroków myślowych wiodących wstecz, uważany za błąd podczas argumentowania czy definiowania. 2 Kalambur – w języku francuskim użyte tu słowo ligne oznacza zarówno linię geometryczną, linę, jak też linkę (żyłkę) wędki. 3 Węglik – nieorganiczny związek chemiczny zawierający węgiel oraz metal lub półmetal, jak np. karbid (CaC2, węglik wapnia). ~ 30 ~ Silnik spalający węglik Z Rysunek mający dać pojęcie o zasadzie urządzenia B – korbowód C – drążek tłoka AA – wał napędowy D – tłok RR’ – komory spalania PP’ – rury dostarczające węglik M – zbiornik węglika E – cylinder NN’ – rury ssące parę wodną OO’ – przewody odprowadzające XX’ – mimośrody kierujące otwieraniem zaworów YY’ ZZ’ Z’’Z’’’ przez drążki S i S’ TT’ – zawory bezpieczeństwa ~ 31 ~ – Och! – zawołał astronom – maszyna na acetylen1. Szaleniec skrzywił się z pogardą. – Ależ nie. To nowy węglik, odkryty i skroplony przeze mnie, którego moc w stosunku do acetylenu wynosi jak 1 do 10. Jedna kropelka płynu spada naprzemiennie do czarek umieszczonych z każdej strony korpusu pompy. Kropla ta przestając być ściska- na przechodzi w gaz i napiera na tłok tak samo, jak para w loko- motywach. Drążek tłoka naciska na wał napędowy, który porusza skrzydłami. Wał ma dwa mimośrody2, poprzez drążki kierujące otwieraniem zaworów umożliwiających dostarczanie płynnego węglika i usuwanie go w postaci gazowej. A ponieważ Astéras zaklaskał, szaleniec zakończył: – Na pokładzie mam dziesięć maszyn tego rodzaju. Po dwie na każde skrzydło i dwie dla śruby na rufie i steru, a każda waży trzy- dzieści kilogramów. – Wspaniale! – Do oświetlania mam elektryczność. System metalowych grzebieni zwieszających się z drutów przewodzących prąd, pod- czas lotu ściąga zawartą w atmosferze elektryczność i gromadzi ją w specjalnych akumulatorach. – Zdumiewające! – Teraz pozna pan „Orłosępa” pod względem mechanicznym. Jego funkcji mieszkalnej nie można niczego zarzucić. Służy jej korytarz centralny, na prawo i lewo od którego znajdują się kabi- ny, salon, jadalnia; na dziobie i rufie są maszynownie, obsadzone przez czterech ludzi z mojej załogi. Lavarède wydał okrzyk: – Ma pan załogę? To nie jest żegluga samotna? – No, oczywiście. 1 Acetylen – etyn, organiczny związek chemiczny, najprostszy węglowodór nasy- cony (C2H2), gaz palny, bardzo wybuchowy, stosowany do spawania, oświetla- nia, zadawania narkozy, w przemyśle chemicznym (np. przy wyrobie nawozów sztucznych), nie jest węglikiem. 2 Mimośród – element maszyny w postaci tarczy umocowanej na wale w taki spo- sób, że jej środek nie pokrywa się z osią obrotu wału. ~ 32 ~ – Znalazł pan ludzi, którzy zgodzili się żyć pomiędzy niebem i ziemią? – Tak – mruknął Grzywacz z rozgoryczeniem. – Ludzi, których brutalne istoty, depczące powierzchnię ziemi, nazywają szalony- mi… jak i mnie. – Och! Uznano pana…? – Za wariata. Zamknięty w zakładzie dla obłąkanych Sainte- -Anne1, to pośród innych trzymanych tam napotkałem mądrość. Uciekliśmy. Moja pozostała na wolności żona sprzedała cały nasz majątek. Opuściliśmy nasz kraj, w różnych warsztatach kazaliśmy robić poszczególne części „Orłosępa”, złożyliśmy je sami na lo- dowych pustyniach na północy Ameryki. Potem wznieśliśmy się w powietrze, pożegnawszy się na zawsze z krainami zamieszkały- mi przez ludzi niesprawiedliwych i głupich. Mały mężczyzna się ożywił. Oczy lśniły mu dziwnie, a oblicze przybrało wyraz wściekłości. Astéras i Robert wymienili spojrzenia pełne niepokoju. – Czyli nigdy pan nie ląduje? – odważył się nieśmiało zapytać ten drugi. – W jakim celu? – No choćby ażeby wysadzać na ziemi takich podróżnych jak my. Rysy szaleńca się ściągnęły i odpowiedział ze złością: – Nigdy mnie nie opuścicie. – Przecież…? – zawołał Lavarède, który zaczął wpadać w gniew. – Nigdy, nigdy! – powtarzał wariat. – Będziecie jak ja wiedli swobodne życie pterodaktyla z pierwszych dni świata, i jeśli cie- szycie się zdrowym rozsądkiem, ludzkość będziecie wspominać tylko po to, żeby ją przeklinać. Astéras podszedł szybko do przyjaciela i rzekł: – Nie złość się. Kto wie, do czego może się posunąć w swoim szaleństwie. Nie zapominaj, że jesteśmy wiele setek metrów nad ziemią. 1 Sainte-Anne – szpital w Paryżu, utworzony w roku 1651, jeden z czterech głów- nych w stolicy Francji, w roku 1863 przekształcony w psychiatryczny, bardzo wówczas nowoczesny, istnieje nadal. ~ 33 ~ Myśl ta z miejsca ukoiła zapalczywość dawnego kasjera. Na- głym wysiłkiem zapanował nad sobą i pojednawczym tonem spró- bował wykorzystać próżność swego gospodarza. – Och! – powiedział. – Osobiście nie zależy mi wcale na po- – W samą porę – przyznał Grzywacz, uspokojony tym oświad- wrocie między ludzi. czeniem. – Mój smutek budzi jedynie to, że taki genialny umysł jak pana pozostaje nieznany; jeśli mówiłem o zejściu na ziemię, to aby roz- głosić pańskie cudowne odkrycie, aby miasta zapełniły się pomni- kami pana… Mógłby długo ciągnąć w tym tonie, ale szaleniec pokręcił głową: – Nie chcę niczego od ludzi. Niechaj nigdy się o mnie nie do- wiedzą; zamknęliby mnie w domu wariatów, boję się ich. – Nie poznali się na panu, ale dzisiaj, kiedy „Orłosęp” istnieje, kiedy majestatycznie przemierza przestworza… – Ech! – zawołał gwałtownie mały mężczyzna. – Nie chcę, żeby podejrzewali jego istnienie. – Za późno – zażartował Robert. – Co chce pan przez to powiedzieć? – To, że podczas ciemnych nocy latarnia „Orłosępa” zwraca na niego uwagę i że astronomowie go poszukują – popatrzył drwiąco na Astérasa i mówił dalej. – Myślą, że mają do czynienia z boli- dem, ale wkrótce jakiś obserwator odkryje charakter tego światła błąkającego się w przestworzach. Grzywacz słuchał, kiwając głową. Robert sądził przez chwilę, że się waha. Chciał zadać ostatni cios swemu rozmówcy, ale ten nie zostawił mu na to czasu. – Ach! – rzucił z dziwnym akcentem. – Obserwatoria zajmują się mną? – Bardzo. Lunety nieustannie wpatrują się w niebo… od dnia, w którym pułkownik Mooger, dyrektor wolnego obserwatorium Barget1 na Kamczatce, zatelegrafował, że zauważył na niebie świe- cący obiekt przemieszczający się z wielką prędkością. 1 Obserwatorium Barget – nieistniejące, wymyślone przez autora. ~ 34 ~ nął, podczas gdy wyraźnie roz- złoszczony Robert narzekał: – A teraz Syberia! Ta wymu- szona podróż nigdy więc się nie zakończy. Mam jej już dość, to za wiele. Jestem domatorem, lubię żyć w spokoju, nie chcę być dłużej zaciągany na wędrówkę. Astéras nadaremnie starał się go uspokajać, kiedy drzwi się znowu otworzyły. Wszedł po- tężny młodzik odziany w bluzę i spodnie, na których ptasie pióra tworzyły dziwaczne arabeski1. – Panowie – powiedział – pro- szę pójść za mną do przeznaczonej dla panów kabiny. Można w niej bez najmniejszych obaw odpoczy- wać. W powietrzu nie ma złych lu- dzi, jacy są na ziemi. Nikt panów nie zamknie w Sainte-Anne. Nazwa przytułku dla obłąkanych po raz drugi zabrzmiała w uszach La- varède’a, przekształcając jego gniew – Ach! Ach! – szepnął szaleniec. – To pułkownik Mooger, ze stacji Barget…? – Właśnie on. – No dobrze, pójdźmy złożyć mu wizytę. Lavarède podskoczył: – Zamierza pan zabrać nas na Kamczatkę? – Udam się tam sam; nie pożałuje pan tej podróży, zobaczy pan… Ach! Ten zacny pułkownik Mooger! Zobaczy pan. Jednym skokiem Grzywacz dotarł do drzwi, otworzył je i znik- Wszedł potężny młodzik odziany w bluzę i spodnie, na których ptasie pióra tworzyły dziwaczne arabeski 1 Arabeski – symetryczne ornamenty liniowe stylizowane na roślinne, wzorowane na sztuce arabskiej bądź antycznej. ~ 35 ~ w przerażenie. Mówiący to był członkiem załogi „Orłosępa” i ko- lejnym szaleńcem. Francuz pomyślał o Lotii, tak jak on porwanej w tajemniczy rejs nawy powietrznej, którą kierowali wariaci. Sytuacja była straszna, okropna, ale wykluczająca wszelki opór. Trzeba było ustępować, wyczekiwać na sprzyjającą okazję, aby przechytrzyć obłęd strażników. Skinął głową i w towarzystwie Astérasa poszedł za majtkiem powietrznym. Ten otworzył jedno z drzwi wiodących na korytarz centralny, cofnął się, aby przepuścić Francuzów i oddalił po złoże- niu gardłowym głosem życzenia „dobrej nocy”. Dwaj przyjaciele zostali sami w dość przestronnej kabinie, zawierającej dwie koje, stół z dobrze wyposażoną toaletką i kilka krzeseł. Każdy z nich opadł na siedzenie i tkwił tam, nic nie mówiąc, nic nie myśląc, osłupiały od owego zbijającego z tropu zbiegu okolicz- ności, wskutek którego z Paryża trafił na pokład statku powietrzne- go mającego za załogę obłąkanych. Chcesz przeczytać dalszą część? Zapraszamy do księgarni!

Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Czytaj dalej...
Pobierz darmowy fragment (epub)

Gdzie kupić całą publikację:

Kuzyn Lavarede a. Część II. Bolid
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: