Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00386 008755 10734344 na godz. na dobę w sumie
Kwiat sukcesu - ebook/pdf
Kwiat sukcesu - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 179
Wydawca: Wydawnictwo Psychoskok Język publikacji: polski
ISBN: 978-8-3790-0390-7 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> fantastyka >> science-fiction
Porównaj ceny (książka, ebook (-31%), audiobook).

„Kwiat sukcesu” Marii Jędral to mieszanka literatury science fiction i horroru.

Elizabeth jest naukowcem. Prowadzi badania nad rośliną, która może stać się budulcem lekarstwa wyzwalającego ludzi od cierpienia wywołanego pęcherzycą. Roślina okazuje się inteligentną formą życia przywiezioną na Ziemię z kosmosu przez astronautów. Niestety dostała się ona w ręce ogarniętego szaleństwem naukowca, który próbuje zrobić z niej broń, a z ludzi i zwierząt potwory służące do szerzenia śmierci.

Zapewne w wielu miejscach naszego globu, w okrytych ciszą tajemnicy laboratoriach prowadzone są różnego rodzaju eksperymenty, w tym na żywych organizmach i być może przekraczane są kolejne granice, których dotychczas przekraczać nie było można. To, o czym jeszcze niedawno czytaliśmy w literaturze z gatunku fantastyki naukowej staje się faktem.

Autorka w swojej książce porusza problem etyki w nauce i w tym kontekście zastanawia się, kiedy można mówić o sukcesie naukowym. Mimo że jest to literatura fantastyczna, ma jeszcze drugie - filozoficzne dno.
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Maria Jędral „Kwiat sukcesu” Copyright © by Maria Jędral, 2015 Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok sp. z o.o., 2015 Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy. Skład: Jacek Antoniewski Projekt okładki: Robert Rumak Korekta: Paweł Markowski Ilustracje na okładce: @ hanabunta; spline_x; E – Fotolia.com ISBN: 978‒83‒7900‒390‒7 Wydawnictwo Psychoskok sp. z o.o. ul. Chopina 9, pok. 23, 62‑510 Konin tel. (63) 242 02 02, kom. 665 955 131 http://wydawnictwo.psychoskok.pl e‑mail: wydawnictwo@psychoskok.pl To miał być jej największy i główny cel życiowy… Spis rozdziałów Rozdział pierwszy 5 Rozdział drugi 66 Rozdział trzeci 136 4 Rozdział pierwszy Trzasnęła drzwiami i szybkim krokiem opuściła ga- binet profesora Gibsona, Dyrektora Instytutu Na- ukowego, udając się prosto do laboratorium, gdzie pracował jej zespół. – Nie dostaliśmy zgody na dalsze badania – zdenerwowa- nym i rozżalonym głosem powiedziała Elizabeth do kolegów. – Dlaczego, wyniki naszej pracy są pozytywne, oceny również – ze zdziwieniem odpowiedziała Katy. – Profesor uważa, że to, co mamy, to za mało. Instytut nie sfinansuje dalszych badań. Tyle pracy, tyle przygotowanych materiałów, zupełnie nie rozumiem, dlaczego! Musimy zdo- być więcej dowodów, musimy przekonać profesora. Bierzmy się do pracy! – stanowczo oznajmiła Elizabeth. Męcząca, długa rozmowa z profesorem Gibsonem jesz- cze bardziej wzmocniła jej motywację do osiągnięcia celu. Jakiś czas temu grupa odkrywców z Australii przesłała do Instytutu Naukowego w Anglii szczątki obumarłej, nieziden- tyfikowanej rośliny odnalezionej w dolnej, bardzo chłodnej i wilgotnej części jednej z jaskiń. Zainteresował ich przede wszystkim kolor i grubość ze- wnętrznych części. Odkrycie to trafiło w ręce Elizabeth, która razem ze swoim zespołem od razu przystąpiła do odpowiednich czynności. 5 Podczas badań okazało się, że są to szczątki łodygi nie- znanej rośliny. Były koloru złotego, a zewnętrzna część, któ- ra powinna być pokryta skórką, była twardym pancerzem. Komórki skórki zazwyczaj wytwarzają włoski, które peł- nią funkcję ochronne, a tu ochroną był ten pancerz. Pod nim znajdowała się, jak w każdej roślinie, tkanka miękiszowa, lecz ona nasączona była śluzem, wszystko wypełniał śluz. Elizabeth pobrała próbki śluzu i zaczęła go badać. Wyniki jej pracy były bardzo obiecujące. Po zrobieniu te- stów na myszach, które zakończyły się sukcesem, Elizabeth ogłosiła, że dzięki tej roślinie są w stanie opracować maść, która będzie skuteczna w leczeniu poważnych chorób skóry u człowieka. Z testów wynika, że po posmarowaniu tą maścią, błyska- wicznie powstaje proces gojenia się ran. Zaczynają zanikać pęcherze, które popękały, nadżerki czy inne rany. W dzisiejszych czasach rany na skórze w wyniku pęche- rzycy goją się od miesięcy do nawet kilku lat. Właściwie me- dycyna jest bezsilna, nie potrafi ukoić bólu, z jakim stykają się chorzy pacjenci. Straszliwie cierpią, a lekarze nic nie mogą zrobić. Nie są w stanie im pomóc, tak jak oni by tego chcieli. Muszą mieć zapewnioną specjalistyczną opiekę, a większości pacjentów nie stać jest na leczenie i rehabilitację ze względów finanso- wych. Ciało chorych to jedna wielka, nigdy niezagojona rana. Dlatego Elizabeth razem ze swoim zespołem biologów chcą wykorzystać każdą szansę, żeby pomóc takim ludziom. Poznali się jeszcze w szkole. Od zawsze fascynowała ich nauka przyrodnicza, zajmująca się badaniem życia i badaniem 6 organizmów żywych. Dzięki takim samym zainteresowaniom zbliżyli się do siebie, a później zostali przyjaciółmi. Tworzyli zgraną, nierozłączną paczkę. Niektórzy, oprócz tego, że biologia była ich pasją, mieli niezbyt bezpieczne hobby. Edward interesował się pojedynczymi związkami che- micznymi, które mają zdolność do wybuchu. Robił ekspery- menty i konstruował niewielkie ładunki wybuchowe. Chciał opracować bezpieczniejszy, który przyda się w gór- nictwie. I pewnego dnia, bardzo podekscytowany, zaprosił wszyst- kich na swój pokaz eksperymentalny na boisko szkolne nie- daleko uniwersytetu, w godzinach popołudniowych, kiedy szkoła była już zamknięta. Na krótko przystrzyżonej, zielonej trawie, rozłożył koc i postawił na nim olbrzymi słomiany kosz ze smakołykami, po czym powiedział, żeby każdy wygodnie sobie usiadł. Gdy wszyscy już usadowili się na miejscach i z niecierpli- wością czekali na tak wielkie i ważne wydarzenie w życiu ich kolegi, zauważyli, że Edward oddala się od nich jakieś kilka- naście metrów. Podszedł do bramki, która zresztą niedawno została solidnie wyremontowana. Wykopał pod nią dołek, włożył przygotowany ładunek, wcisnął guziczek, przysypał ziemią, przybiegł zadowolony do wszystkich i z radością krzyknął: – Patrzcie! Za jakiś czas ta radość ustała, mina, jaką miał wcześniej odkręciła się w drugą stronę. Był zawiedziony, bo coś mu nie wyszło. Niestety nie doszło do długo oczekiwanego wybuchu. 7 Elizabeth z Katy zaczęły go pocieszać, więc ta złość zaraz mu przeszła i buźka znów zaczęła się śmiać. Usiedli razem, rozmawiali i z radością zajadali przysmaki, jakie przygotował Edward. Tak bardzo byli zajęci sobą, że cał- kiem zapomnieli, po co w ogóle tam przyszli. Gdy zrobiło się chłodno, pozbierali wszystkie rzeczy i udali się w kierunku wyjścia do bramy głównej. A tu jak coś walnęło, huk był tak wielki, jakby budynek się walił. Błysk rozświetlił boisko i wtedy zobaczyli, jak przelatywała nad ich głowami bramka, zawisając na wysokim, rozłożystym drzewie obok siatki ogrodzeniowej. Był to większy wybuch, niż Edward planował, więc od razu zdał sobie sprawę, że taki brak kontroli mógł skończyć się nieco gorzej i od tamtej pory zaczął zbierać znaczki przy- rodnicze, a zainteresowanie wybuchami odstawił na bok. W czasie studiów pracował jako wolontariusz w pobli- skim szpitalu. Miał doskonały kontakt z pacjentami. Chętnie prosili go o pomoc, a on z przyjemnością im pomagał. Słu- chali go, gdy opowiadał różne śmieszne historie, gdy czytał książki, gdy przeglądał z nimi prasę. Pacjenci byli zadowoleni i czuli się bezpiecznie w jego obecności. Dawał im to, czego potrzebowali. Gdy byli jeszcze w szkole, Katy poznała pewnego przy- stojniaka, który właściwie nie zrobił na nikim dobrego wraże- nia. Z początku ich związek nie należał do stabilnych. Ciągle kłócili się, rozstawali i wracali do siebie i tak w kółko. To łzy, to radość, to znowu ogromny bukiet róż, spod którego było słychać tylko głos – kochanie wybacz – ponieważ był tak wielki, że jak przystojniak stał z nim przed nią, to już nic nie 8 było widać. No, ale ona coś w nim widziała i ciągle wybacza- ła mu nietaktowne zachowania. W końcu ich miłość nabrała mocy, oni odpowiedniego wieku i Katy wyszła za mąż. Teraz jest szczęśliwą blond mamą przeuroczych dziewczynek i do tego wspaniałym naukowcem. John zaś, gdy był jeszcze w szkole podstawowej, otrzymał od rodziców na swoje urodziny mikroskop. Prosił ich bardzo, aż w końcu otrzymał prezent pięknie zapakowany, w koloro- wym pudełku z olbrzymią kokardą. To był najcudowniejszy prezent w jego życiu. Rodzice jeszcze wtedy nie zdawali sobie sprawy z tego, że fascynacja biologią nigdy się nie skończy. Elizabeth miała podobne zainteresowania, podobny tok myślenia, podobne cele. W szkole osiągała znakomite wyni- ki, zdobywała nagrody i wyróżnienia. Biologia zawsze była jej pasją. Mieszkali niedaleko siebie i dosyć często spotykali się. Razem zbierali materiały do obserwacji i do badań, robili notatki potem omawiali je i oceniali. John traktował Elizabeth jak siostrę, podobnie też my- ślała ona. Po studiach John ożenił się z panną, którą poznał w bi- bliotece uniwersyteckiej, ale małżeństwo to nie trwało dłu- go. Rozwiedli się, a John oddał się całkowicie swojej pracy. Był wysokim, krótko ostrzyżonym brunetem. Przystoj- nym i eleganckim, zawsze z poczuciem humoru. Elizabeth była szefową zespołu naukowego. Pracę stawiała zawsze na pierwszym miejscu. Całkowicie ją pochłaniała. Była stanowcza, uparta i bardzo wymagająca. Wierzyła, że dzięki swojej pracy pomoże chorym ludziom. Cudownie piękna, 9 wysoka szatynka z długimi zadbanymi włosami, z poważną miną, potrafiła być czasami miła. Nigdy nie wyszła za mąż, choć każdy się dziwił, że taka osoba nie ma przy swoim boku partnera, który wspierałby ją w każdych sytuacjach. Ponieważ to była jej prywatna sprawa, nikt nie ośmielił się wypytywać jej albo pouczać. Po wielu miesiącach Elizabeth otrzymała kolejny fragment łodygi zagadkowej rośliny. Jonatan, jeden z odkrywców au- stralijskich, dołączył list, w którym opisuje, iż fragment zna- leźli w tej samej jaskini, co poprzednio. Jaskinia ta wydała im się interesująca, więc zabawili w niej nieco dłużej. Okazało się, że kilkadziesiąt metrów w głąb, idąc przez skalny, cuchnący korytarz, ukryte są jakieś jeszcze nie- zbadane pomieszczenia. „Krew w żyłach mroziła się, gdy byliśmy wewnątrz „opi- sywał, ale zaciekawienie i chęć zbadania tego niesamowitego i zarazem przerażającego miejsca przeważyła. Dziwny, nietypowy zapach i ciągnąca się ciecz po skalnych skałach, wywołały w nich alergię. Więc niemożliwe było prze- bywanie tam dłużej. Postanowili, że wrócą z odpowiednim sprzętem, żeby kontynuować odkrycia. Wszyscy w głębokim skupieniu słuchali, gdy Elizabeth czy- tała list, potem uważnie obejrzeli całą dokumentację i zdjęcia z wyprawy Jonatana i jego kolegów. Zaczęli zastanawiać się, czy ich roślina w ogóle może funkcjonować w takich warunkach. Może przystosowała się? Dlaczego tak ciężko ją odszukać? Może muszą szukać gdzie indziej? Może w ogóle tam nie rośnie? Przychodziły im tylko pytania do głowy, na które nie mieli odpowiedzi. 10 – Dobrze kochani, zabierajmy się do pracy. Proszę przy- gotować materiał do badań – zdecydowanie powiedziała Elizabeth. Cały zespół był mocno zmotywowany do pracy. Badając ten fragment, mieli również nadzieję, że otrzymają wskazówki o jej występowaniu lub pochodzeniu. Pracowali intensywnie bez przerwy, odżywiając się przy stanowiskach, nie odrywając się od pracy. Po jakimś czasie zmęczenie zaczęło im doskwierać, ale uzbroili się w cierpli- wość i wytrwałość. Bardzo zależało im na konkretnych, moc- nych dowodach, żeby przekonać profesora Gibsona. Byli pewni, że wszystko, co robią, robią dla dobra sprawy. W końcu, po długich zmaganiach z obiektem biologicz- nym badania zakończono. Cały zespół, który spisał się na me- dal, może wybrać się na już długo oczekiwany odpoczynek. Oczywiście badania zakończyły się sukcesem, ale i wiel- kim znakiem zapytania, ponieważ nie udało się biologom wyjaśnić pewnych tez. Pod mikroskopem dostrzegli, że tkanka jest unerwiona i umięśniona, komórki posiadały zdolności kurczenia się, wykryli też substancję chemiczną. Naukowcy podczas do- świadczenia obserwowali jak włókna częściami odrywały się od całości i atakowały innego osobnika, dążąc do uśmierce- nia go, po czym wracały na swoje miejsce. W tym przypadku włókna pozbawiły życia muchę. Roślina ta naprawdę żyła i co najciekawsze potrafiła się zregenerować, prawdopodobnie w całości, lecz tylko wtedy, gdy korzeń był w ziemi. Żeby to dokładnie zbadać, naukowcy potrzebowaliby cały egzemplarz albo korzeń. 11 – Niewiarygodnie zagadkowa roślina – powiedział John. – Nigdy czegoś takiego nie widziałem – dodał Edward. Wszyscy nie dowierzali w to, co widzieli i w to, co badali. Nie spodziewali się takich wyników. W tym wypadku ko- niecznością było odszukanie roślinki do dalszych badań. – Nie będę zgłaszała tego profesorowi Gibsonowi, ponieważ wtedy upadnie nadzieja na nasz wyjazd do Australii. Więc, przedstawię mu wszystkie materiały, notatki, analizy, dowody, fakty, zdjęcia i wszystko, co będzie potrzebował, że nasza ro- ślinka leczy i przekonam go, żeby sfinansował naszą wyprawę w poszukiwaniu jej – ogłosiła Elizabeth. Zespół Elizabeth był dumny ze swoich osiągnięć. Teraz mieli już szczegółowe wyniki testów przeprowadzanych na myszach. Opracowali skład maści i chyba już nic nie powinno stać im na przeszkodzie, żeby profesor w końcu się zgodził. Następnego dnia cały wydział w instytucie dowiedział się o powodzeniu w badaniach. Mimo, że profesor jeszcze nie wypowiedział się na ten temat, wszyscy wokół przychodzili do laboratorium z gratulacjami. Na całym piętrze panowała miła atmosfera. Wszyscy cieszyli się, klaskali i życzyli im po- wodzenia w osiągnięciu celu. Gdy ustały trochę emocje, Elizabeth została poproszona do sali konferencyjnej. Czekał już na nią profesor Gibson wraz z całym zarządem. Gdy tam weszła, poczuła jak strach zaci- ska jej gardło. Popatrzyła na tych osobników w garniturkach z minami jakby coś się stało i nie mogła wykrztusić z siebie ani jednego słowa. Była mocno zdenerwowana. Po chwili usłysza- ła, jak ktoś powiedział – słuchamy. To była jedyna szansa. Bar- dzo jej zależało, więc wzięła się w garść, otrząsnęła, poprawiła 12 włosy i zaczęła mówić. Członkowie zarządu zadawali mnó- stwo pytań i przeglądali całą dokumentację, którą przyniosła ze sobą Elizabeth. Kręcili głowami, rozmawiali między sobą, porównywali wyniki badań z wcześniejszymi. Kiedy dali jej znów możliwość, to mówiła bez ustanku i nikt jej nie prze- rywał, a oni, z lekkim uśmiechem na twarzy, wpatrywali się w nią i uważnie słuchali. Przekonywała, że maść, którą opra- cowali pomoże ludziom cierpiącym, że koniecznością jest odnalezienie tej cudownej rośliny, by mogła dokończyć swoją pracę. W pewnej chwili profesor Gibson poprosił Elizabeth, żeby wyszła z sali i poczekała na korytarzu, aż ją poproszą. Wyszła i usiadła na krześle. Za chwilę wstała, zaczęła cho- dzić w jedną, to w drugą stronę. Denerwowała się, serce wali- ło jej tak głośno, że aż je sama słyszała, ręce zaczęły jej drżeć. – Co tak długo? – burknęła trzęsącym się głosem. Po dwóch godzinach poproszono ją z powrotem. Weszła powolnym krokiem, rozglądając się niepewnie. Po powrocie zarząd oznajmił, że badania te powinny być kontynuowane i otrzymuje na to pozwolenie i zgodę. Do tego zostanie sfi- nansowana wyprawa do Australii w celu zidentyfikowania nieznanego gatunku rośliny. Wyjazd miał nastąpić za miesiąc i kazali już zacząć przygotowania. – Ja i mój zespół biologów pragniemy z całego serca po- dziękować państwu za docenienie naszego wysiłku. Jeszcze raz, bardzo dziękuję – powiedziała Elizabeth już rozluźniona i zadowolona, po czym opuściła salę konferencyjną. Po ogłoszeniu wspaniałej wiadomości swoim kolegom wszyscy udali się na kieliszek szampana do kawiarenki na pierwszym piętrze. Omówili sprawy związane z wyprawą. 13 Wszystko ustalili i zaczęli się dokładnie przygotowywać. Nie mogli przeoczyć nawet najmniejszego szczególiku, ponieważ zdawali sobie sprawę, że wyprawa ta może być niebezpieczna, ponieważ Australia oprócz tego, że to ciekawy, piękny kraj, jest nieprzewidywalna. I jeszcze ten list od Jonatana, który dał im dużo do myślenia. Dokładnie za miesiąc, jak to było ustalone, z samego rana cały zespół naukowców z ogromną ilością bagażu i sprzętu ulokował się w końcu w samolocie. Niestety trochę to trwa- ło zanim usiedli w wygodnych fotelach, bo razem z obsługą lotniska układali walizy w luku bagażowym. Musieli zwrócić szczególną uwagę jak są układane, bo specjalistyczny sprzęt, który mieli ze sobą był bardzo drogi i niezbędny do prowa- dzenia badań naukowych. Po chwili poczuli jak samolot unosi się w górę, co bardzo poprawiło im humor, lecz Katy siedziała z taką jakąś wy- straszoną miną. Elizabeth wzięła ją za rękę i zaraz stała się psychologiem, ponieważ Katy tak drżała, że aż podskakiwa- ła w fotelu. Niewiarygodne było to, że udało jej się na tyle uspokoić ją, że po chwili z zaciekawieniem patrzyła przez okno, podziwiając cudowny widok. Na lotnisku w Sydney czekał już na naukowców autokar wynajęty przez instytut z Anglii, żeby zawieźć ich do hote- lu, gdzie mieli wcześniej zarezerwowane miejsca. Mieszkali w apartamencie z pięknym widokiem na ocean. Po dłu- giej, meczącej podróży samolotem, postanowili odpocząć, a że była to już właściwie noc, skoczyli do dużych, wygod- nych łóżek z białą, jedwabną pościelą. Ułożyli się wygodnie i szybko zasnęli. 14 Następnego dnia wszyscy udali się na piaszczystą, zło- cistą plażę Bondi Beach nad oceanem. Chcieli trochę po- szaleć, korzystając z tego, że są w tak cudownym, malow- niczym mieście. Wskoczyli więc na skutery wodne i szaleli na falach, nie obawiając się, że zaatakuje ich jakiś ciekawski rekin. Później wzięli udział w turnieju siatkówki plażowej i poszli ponurkować z delfinami. Niewiarygodnie kolorowy, podwodny świat, stał przed nimi otworem. Oglądali kora- lowce, nadpływające ławice ryb i inne stworzenia, które zamieszkiwały to miejsce. Sydney to największe i zarazem najpiękniejsze miasto Australii, które wyróżnia się ogromem atrakcji turystycznych. Położone na wschodnim wybrzeżu pomiędzy Pacyfikiem a Górami Błękitnymi. Jest najwięk- szą, naturalną zatoką i portem świata. Popołudniu poszli do Centrum miasta kupić pamiątki dla bliskich. Zwiedzali muzea i słynną Operę House, która jest atrakcją tego miasta, a szczególnie kształt dachu tego gmachu. Budowana była przez szesnaście lat, a na jej budowę wydano sto milionów dolarów. Bardzo często na scenie opery odbywają się kon- certy sławnych gwiazd ze świata muzyki. W mieście tym jest tyle atrakcji dla odwiedzającym turystów, że żaden człowiek nie jest w stanie się nudzić. Wieczorem Elizabeth i jej ze- spół poszli na imprezę muzyczną, która trwała do samego rana. Śpiewali, tańczyli i brali udział w różnych konkursach. Spacerując wzdłuż klifowych wybrzeży Pacyfiku, obserwo- wali zachód słońca, który stał się niezapomnianym wido- kiem. Przyjemny wiaterek i towarzyszący im szum oceanu oraz bliskość natury dodawały temu wyjątkowemu miejscu szczególnej atmosfery. 15 Nazajutrz dołączył do nich przewodnik, którego zapro- sili do podróży po Australii. Był strażnikiem parku, przez który będą się przedzierać. Znał okolicę, a potrzebny był im ktoś, kto poprowadzi ich bezpiecznymi trasami. Postanowili, że pójdą do tej samej jaskini, co wskazywał im Jonatan, ponie- waż wszystko wskazywało na to, że tam rośnie roślina, której szukają. Mieli również nadzieję, że spotkają odkrywców, bo wyruszyli w to samo miejsce, lecz trochę wcześniej. Zapa- kowali najpotrzebniejsze rzeczy, duży zapas wody do jeepa i wyruszyli w nieznany świat dzikości, wiedząc, że przeżyją wspaniałą przygodę. Byli tacy podekscytowani. Australia jest najmniejszym kontynentem na Ziemi, a większą jej cześć stanowią pustynie, które otaczają rosnące na obrzeżach kolczaste krzewy akacjowe. Sawanny, w któ- rych żyją misie koala. Ledwo można je zobaczyć, ponieważ siedzą wysoko w koronach drzew eukaliptusowych i prawie ciągle śpią. Przemierzając szlak po parku, ekipa naukowców zauwa- żyła stado Danieli skubiących małe gałązki drzew. Ich mło- de, które trzymały się blisko swoich mam i samce z szero- kim, pięknym porożem, spacerujące z dumnie podniesioną głową. Jadąc dalej obserwowali pożywiające się drapieżniki. Po chwili zatrzymali samochód. Smutno patrzyli, jak bezli- tośnie wyszarpują kawał mięsa z jeszcze żywej ofiary. Słyszeli chrupanie kości i pękanie wnętrzności. Widok ten rozrywał im serce. W naturze każdy dzień to walka o przetrwanie, której nie da się niestety przerwać. Chciałoby się pomóc temu zwierzęciu, ale w ten sposób zachowana jest równo- waga w przyrodzie i naukowcy o tym wiedzieli. Dla ludzi to 16 okropny widok, jak mniejsze, bezsilne stworzenie staje się w okropny sposób pokarmem. Dotarli do miejsca, z którego samochód już nie mógł dalej jechać. Szli z ogromną ostrożnością przez gęsto zarośnięty las, uważając na zagrożenia, które czyhały na ich życie. Ciężko, obciążeni sprzętem i bagażem podręcznym, krok po kroku przesuwali się w głąb. Robiło się coraz nieprzyjemniej. Jado- wite stworzenia gotowe były w każdym momencie zaatakować ich. To nieprzewidywalna kraina. Zdawali sobie z tego sprawę, dlatego nie mogli dopuścić do takiego zdarzenia. Szpital był za daleko i nie zdążyliby dojechać, żeby otrzymać pomoc me- dyczną. Najgorsze były noce. Rozpalali ogniska, żeby chroniły ich od ataku dużych zwierząt, namioty szczelnie zamykali, ale i tak obawiali się węży czy pająków, które mogłyby przedostać się i wślizgnąć do śpiwora. Spali, na zmianę czuwając. Przed nimi była rzeka, którą musieli przepłynąć. Gdy za- stanawiali się, jak to zrobić, John zauważył przykrytą gałę- ziami łódź, więc zapakowali się do niej i zaczęli wiosłować. Po pewnym czasie spojrzeli wysoko na drzewa eukaliptu- sowe, które rosły przy samym brzegu i zobaczyli niezdarnie schodzącego koalę. Wszedł do wody, podreptał trochę, napił się i zaczął płynąć. – To niewiarygodne – powiedziała Elizabeth. – Pewnie chce przedostać się tak jak my na drugi brzeg – dodała. Zrozumieli, że Australia jest miejscem, w którym wszyst- ko może się wydarzyć. Tego dnia doświadczyli czegoś nie- zwykłego, ponieważ koalę bardzo rzadko można spotkać płynącego w wodzie. 17 – Zwierzęta potrafią zaskakiwać – powiedziała Katy. Po drugiej stronie rzeki znajdowały się tereny podmokłe, na których rosło dużo roślinności przystosowanej do takich warunków. Mnóstwo przeróżnych owadów brzęczało im nad głowami. Co jakiś czas przelatywało jaskrawo ubarwio- ne ptactwo, wydając krzykliwe, nieznośne dźwięki. Czuli się tam nieciekawie. Miejsce to zaliczało się do najbardziej ponurych, chłodnych i wilgotnych miejsc Australii. Co jakiś czas mieli wrażenie, jakby coś ich obserwowało, jakby coś za nimi szło. Nogi mieli po kolana w gęstej wodzie. Co prawda założyli długie, mocniejsze buty, żeby ochronić się przed zę- bami jadowymi węży, ale i tak dreszcze przeszywały im całe ciało. Szli coraz szybciej, obserwując oczy i nozdrza, które wystawały ponad powierzchnię wody. Krokodyle tylko cze- kały zanurzone w wodzie, aż oni popełnią jakiś błąd i tak stało się. Przewodnik wpadł w dół wypełniony gęstym bło- tem, który jak ssawka wciągał go do środka. Biolodzy szybko ruszyli mu z pomocą. Złapali za ręce i próbowali wyciągnąć. Hałas, który robili wzbudził niepokój u krokodyli, więc za- częły sunąć w ich stronę. Nagle jedno zwierzę niespodzie- wanie wychyliło się z płytkiej wody i złapało przewodnika za nogi. Wszyscy bali się, ale walczyli z tym krwiożerczym gadem. Elizabeth i Katy, wrzeszcząc straszliwie głośno, ude- rzały w jego łeb czym tylko popadło z myślą, że puści. John i Edward ciągnęli przewodnika za ręce, ale to tylko rozdrażni- ło krokodyla. Zaczął się obracać, rozszarpując go na strzępy, jakby był szmacianą lalką. Robił to z taką siłą, że żadna istota żywa nie miałaby żadnych szans na przeżycie, będąc w jego szczękach. W Australii zamieszkuje najgroźniejszy dla ludzi 18 gatunek krokodyla. To krokodyl różańcowy. Potężny, o wa- dze dochodzącej do tysiąca kilogramów i długości nawet do siedmiu metrów, potrafi zaatakować i uśmiercać nawet na lą- dzie. Jest największym żyjącym gadem. Naukowcy wiedzieli o tym, ale postawili sobie cel i za wszelką cenę gotowi byli odszukać to, po co tu przyjechali. Po chwili, nie wiadomo skąd, zostali otoczeni przez inne krokodyle. Byli w szoku, krzyczeli, płakali, ale wiedzieli, że już nie mogą nic zrobić i muszą jak najszybciej opuścić to okrop- ne miejsce. Biegli ile sił w nogach, nie zważając już nawet na niebezpieczeństwa wokół nich. Krokodyle, węże i jadowite robactwo nie były już dla nich przeszkodą. Jako biolodzy wie- dzą, że weszli na terytorium tych zwierząt, i że one tam rzą- dziły, lecz nie myśleli, że to akurat ich spotka, że tak okrutnie się skończy. Nie wzięli pod uwagę tego, że w naturze każdy dzień jeden dzień, to bezlitosna walka o przetrwanie. Wykończeni ucieczką z bagien zatrzymali się przy nie- wielkim, porośniętym zieloną roślinnością wzniesieniem, żeby chwilę odpocząć i nabrać sił. Czterdziestostopniowy upał dawał się im we znaki. Skończyła się woda do picia, a po drodze pogubili większość rzeczy, które mieli ze sobą. Zaczę- li wspinać się żeby przejść na drugą stronę z myślą, że może kogoś spotkają i ten ktoś im pomoże. Gdy weszli na szczyt, stanęli jak wryci, aż tchu im zabrakło. Widok był przepiękny. Wąwóz wyrzeźbiony przez rzekę, klify wysokie nawet do stu metrów, porośnięty paprociami. W oddali las, który wydawało się, wydobywał się z wody. Mnóstwo najpiękniej ubarwionych rajskich ptaków szybowało nad całym wąwozem, a w koro- nach drzew widać było ich gniazda, które zbudowane były 19 z patyków. Doświadczyli fantastycznego widoku, pięknego, nieznanego zakątka. W tym miejscu to przyroda była królo- wą. Odpoczęli przy pobliskim jeziorze. Umyli się, przeprali ubrania, a potem powiesili je na gałęziach, żeby wyschły. Po- silili się tym, co jeszcze im zostało i uzupełnili baniaki wodą. Siedzieli przy rozpalonym ognisku smutni i przez jakiś czas nie wypowiadali ani jednego słowa, jakby chcieli w milcze- niu uczcić śmierć przewodnika, który tak bardzo był im pomocny. Zastanawiali się, gdzie w ogóle są. Nie mieli map i nie znali Australii, a w dodatku najprawdopodobniej zeszli z trasy. Byli kompletnie sami w nieznanym i niebezpiecznym miejscu. Cała ta sytuacja bardzo ich poruszyła. Gdy Katy zaproponowała, żeby wrócili i zaprzestali poszukiwań, Eli- zabeth wpadła w jakiś dziwny szał, przekonując wszystkich do pozostania i kontynuowania poszukiwań roślinki, która przyniesie ulgę chorym ludziom. Oparła głowę na ramieniu Johna i opowiadała, że z pęcherzycą zwyczajną ma do czy- nienia na co dzień. Nikt nie wiedział, o czym ona mówi. Za- skoczyło ich to. Okazało się, że matka Elizabeth cierpi na tę chorobę, a ona bardzo kocha swoją matkę i staranie się nią opiekuje. Mówiła, jak ogromne łzy ciekną jej po policzkach, gdy pomaga jej nawet przy najdrobniejszej czynności, bo wie i widzi, że jej całe ciało jest w otwartych ranach i nic nie może na to poradzić. Serce ściska się jej nawet na samą myśl o mat- ce, dlatego postanowiła coś zrobić, by pomóc. Wydawało jej się, że właśnie otrzymała tę szansę, przedziwną roślinkę, którą teraz tylko musi znaleźć. Elizabeth oczywiście ma żal w ser- cu, tak jak inni, że zginął człowiek, ale mimo wszystko musi być silna i być podporą dla innych w tych trudnych chwilach. 20
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Kwiat sukcesu
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: