Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00458 009793 7517050 na godz. na dobę w sumie
Łap, co się nawinie - ebook/pdf
Łap, co się nawinie - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 312
Wydawca: Goneta Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-65227-16-4 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Zbiór opowiadań obyczajowych, w których bohaterowie próbują złapać jakąś swoją ostatnią szansę w życiu na osiągnięcie dla siebie zmiany na lepsze. Akcja wydarzeń toczy się w różnych urokliwych miejscach, które kontrastują się z ludzkim losem, a ich piękno z klęskami, dotykającymi bohaterów.

Znajdź podobne książki

Darmowy fragment publikacji:

I nic. Miał wrażenie jakby wciąż pozostawał w tym samym miejscu, nie zbliżał się do celu, nie potrafił się uwolnić od intruzów nad nim, wokół niego, w wozie. Do lepkości w oczach dołączyły się łzy bezsilności wobec czegoś, czego wciąż nie potrafił zrozumieć. On —zawodnik niepokonany w tylu pojedynkach, on uparty mędrzec i szczęściarz dotąd zawsze dający sobie radę z wieloma przeciwnościami losu! Poddał się woli niechcianemu. Oddał kierownicę. Przez zaciśnięte powieki zobaczył coraz bardziej rozjaśniający się tunel. Kiedy na ułamek sekundy otworzył oczy — ujrzał konar z miękkimi, lepkimi liśćmi, jaki go przytulał do siebie. W mroku fosforyzował leżący pod skałą pień, wysiadł z wozu, siadł na nim, rozdygotanymi palcami znów sięgnął po papierosy, zapalniczkę. Seledynowy płomyk działał kojąco. Bez większego zainteresowania spojrzał na przednie lewe koło auta. Tak, stracił fabrycznie oryginalny kołpak. Ale czy w jego sytuacji ma to jakieś znacznie. Jego brak będzie zmartwieniem jakiegoś nieznanego przyszłego właściciela, a on nawet nie powie już słowa na swe usprawiedliwienie, że jeździł bez osłony felgi. Dopalił papierosa, przyzwyczajenia butem wgniótł w ziemię niedopałek i wsiadł do wozu. Wróciła myśl o śmierci. Nie, to nie on się jej obawiał, a jego natura, ta cząsteczka żywego świata, cząsteczka w drodze dokądkolwiek, z zakodowanymi w genach biologicznymi zadaniami. On od niej się odcina. Jest ponad nią, pogardza zniewolonym stworkiem. Oswojony z tą myślą jak z utratą dekla, najpierw dostrzegł chmury. Może dlatego, że tak wyraźnie rysowały się nad szczytami gór. Potem zauważył wąską dolinę schodzącą do zatoki. Obłoki pękały jak stara powłoczka na poduszkę w podrzędnym prowincjonalnym hoteliku, przerzedzały się, odsłaniając fluoryzujące grzbiety gór. Dolinę pokrywała spalona słońcem zieleń. Morska zatoka była wielką miską wypełnioną srebrzystością. Oczy mężczyzny wznosiły się ku niebu, to opadały na morze. Dolina ze swą szarzyzną, budzącymi się cykadami odstręczała. Choć niebo i morze zdawały się być puste, to jednak prędzej tam szukałby jakichś oznak życia niż na ugorze. Wzrok coraz bardziej się wyostrzał. Na niebie uchwycił biel ptaka, niedaleko brzegu dostrzegł stado delfinów, a w dolinie odkrył wstęgę drogi. Prawdopodobnie prowadzi nad brzeg morza, lecz nie mógł tego stwierdzić,   1  bo w którymś momencie ginęła wśród dopiero co odkrytych nierówności kotliny, za wybujałymi krzakami. Kusiła go woda. Nęciła obietnicą oczyszczającej kąpieli. Pragnął zmyć z siebie zmęczenie całonocną podróżą. A może jeszcze coś więcej? Widział już teraz tak dobrze, że mógł podjąć się dalszej jazdy. Wsiadł do samochodu i powoli opuszczał się tłuczniową drogą w stronę morza. zamysł się droga, prawdopodobnie niedokończony Zatrzymał się na skraju niecki, tu z bujniej rosnącą trawą, w cieniu białych skał. jakiegoś Urywała przedsiębiorcy, a może fanatycznego wojskowego, który w każdym miejscu zamierzał mieć dostęp do morza. Golarką z trzema głowicami i super systemem reflex action oczyścił z twarzy zarost, wysiadł z wozu. Na wzgórzu brzęczały cykady. Zrzucił z siebie ubranie. Woda wydała się mu jak świeża pościel w łóżku, o której dopiero po jakimś czasie można powiedzieć, że jest przytulna. Dość długo płynął przybrzeżną płycizną, nim poczuł pod sobą głębię. Zmienił pozycję, położył się na plecach. Nie było fali, nie czuł nawet najsłabszego prądu, ale wątpił, by morze pozostawiło go w spokoju. Pozwolił się mu nieść dokądkolwiek. Zamyślił się. I tak zaczął się kolejny dzień dojrzałego mężczyzny, który doświadczył prawie wszystkiego, lecz najwięcej upokorzenia — pokpiwał sam z siebie. Niewiele pragnął, niechętnie walczył o cokolwiek. Zadowalał się tym, co otrzymywał. Biernie poddawał się nurtowi życia teraz wodzie. Nie oszczędzało go ono, nieoczekiwanie rzucało na rafy, znajdowało dla niego niebezpieczne prądy, wiry. Kto wie, czy właśnie tylko dlatego dożył aż do tego dnia, bo nigdy nie zużywał energii na rozpaczliwe wysiłki tonącego? Poddawał się i dryfował. jak Nigdy? Nie, był taki czas. Poznał wówczas Esterę, dziewczynę o eterycznej urodzie, sylwetce osy. Nie miał szczęścia w miłości. Kochał się często, nieraz nawet wyznawał swe uczucia. Kobiety przyjmowały je jako żarty, bawiły się słowami, niektóre aluzje wywoływały u nich zakłopotanie — i to wszystko. Gdyby nie filmy pornograficzne — to przed Esterą nigdy nie poznałby kobiecego ciała. Do burdeli krępował się wchodzić, a zaczepiane na ulicach dziewczęta opędzały się przed nim. Przyczyn niepowodzenia upatrywał w nieznajomości odpowiednich słów. Nieraz bywał świadkiem, jak mężczyzna tylko coś szepnął dziewczynie do ucha, a ta natychmiast stawała się mu powolna. Albo na uczelni. Chłopak niczym nie   2  wyróżniający się podchodzi do ślicznej jak wiosenny poranek, coś mówi i ta nie opuszcza go, pozwala się obejmować, dotykać, całować. Z nim było inaczej. Dziewczyny stroniły od niego. Wyjątek uczyniła Estera, dostrzegła go, zainteresowała się nim, więc zalewał ją czułością jak słodkim wiśniowym kisielem, uczepił się jej jak wodorost kadłuba statku i temu, co może (mógł tak obecnie podejrzewać) miało być dla niej krótkotrwałą przygodą, nadał wartości wyższe, trwalsze. Nie była pruderyjna. Nie tylko prywatnie, w filmie śmiało mogłaby konkurować z Pamelą Anderson. Gdyby pozwolono jej partnerować brytyjskiemu super agentowi 007, to zgodziłaby się nie ukrywać niczego przed widzami, absolutnie niczego ze swej nagości i to w tylu scenach, ile zamierzał nakręcić reżyser. Byłaby odważniejsza od innych partnerek Jamesa Bonda. I jednym tchem z wyrazem wyższości wyrzucała z siebie: Ewa Green, Halle Berry, Izabela Skorupko, Maud Adams, Barbara Bach, Jane Seymour Solitaire. Ubolewała, że w tabloidach nie poświęca się jej tyle uwagi, na ile zasługuje. Że nie ścigają jej paparazzi. A z magazynu „Playboy” żadnej propozycji, choć byłaby gotowa spełnić wszystkie oczekiwania redakcji. Trzeba było upływu wielu lat, by Dominik zrozumiał swój błąd i znów mógł z przerażeniem stwierdzić, że jest sam i nie ma głębszych powodów do życia. Zamknął oczy. I tak mógłby pozostać na zawsze. Nazywają to odejściem, zgonem, śmiercią. Uwolnieniem. Morze mogłoby zdjąć z jego ramion ciężar istnienia. Tylko tyle. A jednak Estera wciąż żyła, mimo jego stanowczego, nieodwołalnego postanowienia istniała, a jego nie przestawały dręczyć myśli o niej. Słyszał ją w tylu niespodziewanych dźwiękach na ulicy, w windzie, w restauracji! Na każdym kroku widział ją w czyichś gestach, ruchach. Estera gdy mówiła, to między słowami krótkie przerwy wypełniała mimiką twarzy (jedna brew w górę, druga w górę, zmarszczenie czoła, noska, skrzywienie ust), ruchem ramion, podawaniem piersi do przodu, do tyłu. Ruchliwa jak kolorowy koliberek. Jej ciało albo podkreślało słowo, albo wyrażało to, wobec czego język był bezradny. Co za ciężar bytu!   3  Od jej odejścia minęły trzy miesiące, a on nie potrafi oswoić się z myślą rozstania z nią. On, pięćdziesięcioletni pisarz, cyniczny, swego czasu zepsuty popularnością, sławą i niedosytem sławy, przez trzy miesiące czynił sobie wyrzuty, że nie jest poetą, nie potrafi napisać o żonie w tonie elegijnym kilku wierszy, które mogłyby mu przynieść ulgę. Zawsze była słabą, kruchą istotą, lekarze radzili jej unikania jakichkolwiek emocji. Nigdy nie przejmowała się tymi ostrzeżeniami, pracowała więcej niż inne aktorki, nie odrzucała żadnej propozycji producenta filmowego, dyrektora teatru, chciała grać, jak najwięcej być na scenie, na planie filmowym. Usprawiedliwiała się jak dziecko: Czy mogę odmówić, gdy prosi sam Alejandro González Iñárritu, Michel Hazanavicius, Tom Hooper? Albo Sage Moonblood Stallone, syn Sylwestra Stallone? Lub William Higgins potrzebuje mnie. I jeszcze inaczej — Joe Dante — to moja szansa! Steven Spielberg, Roman Polański nie darowaliby mi, gdybym nie chciała grać w ich filmach. Ach, dlaczego, dlaczego nie żyłam w czasach świetności takich reżyserów, jak Ingmar Bergman, Michelangelo Antonioni? Dlaczego? Ach, dlaczego? A on, niedawno tak bliski odznaczenia złotym medalem przyznanym przez American of Art and Letters, zbyt był zajęty swoimi sprawami, marzeniem o nazwaniu go laureatem Nagrody Erazma z Rotterdamu, dążeniem do otrzymania Nagrody Nobla, aby miał czas na przekonanie żony, że musi się oszczędzać. Staram się dorównać twojej sławie, odpowiadała ustami pokrytymi liplinerami, z uśmiechem małej czarodziejki, która chce tak niewiele, tylko jego dobrego humoru. Może kiedyś pochwalisz się, że masz żonę grającą z Arnoldem Schwarzeneggerem, Sylwestrem Stallone? Skąd mógł przypuszczać, że od początku do końca prowadziła z nim perfidną grę? Że bawiła się jego uczuciami? Na każdy kilogram jej ciałka przypadała tona kłamstw, bajeczek, półprawd, bredni. Gry. Powinien na te kobiece manewry odpowiedzieć z samczym zacietrzewieniem. Nie potrafił. Był za delikatny, żył wciąż z nadzieją, że złe dni przeminą, nadejdą lepsze. Cóż, związana ze sceną, z planem filmowym, przyswajała sobie sztukę udawania. Ona, drobniutka jak koliberek, była gotowa wystąpić z przesadnym makijażem drag queen! Nawet po opuszczeniu miejsca pracy, też nie była sobą, wciąż grała jakieś role, różne — nieraz z sielankowym ciepłem, kiedy indziej   4  karykaturalnie mroczne. Mąż był jej mniej potrzebny od ludzi z artystycznego światka, od fotoreporterów, dziennikarzy. Mawiała: — Bez lansu nie ma awansu. Obca była jej asertywność, jeżeli wyrażała jakąś opinie, to nie była jej własna, a pochodziła ze scenariuszy, z rozmów z reżyserami, aktorami. Bez tych cudzych cytatów zasługiwałaby na nazwanie jej intelektualną melepetą. Ale nigdy nie miał odwagi tak jej określić, cechę tę pozostawiając jednej ze swych bohaterek opowiadania. Po jej odejściu pisał więcej niż zwykle, chcąc siebie i innych przekornie przekonać, że autor esejów o Francisie Scotcie Fitzgeraldzie nie ma nic ze słabości proroka epoki jazzu, przeciwnie — jest silny, tragiczne przeżycia nie odebrały mu jasności myśli, zdolności budowania światów z wyraźnymi podziałami na dobro i zło. Tworzył dużo, pił skrycie, jednak coraz częściej uświadamiał sobie, że bez względu na ilość postawionych liter, znaków interpunkcyjnych on sam jako autor do końca nie wie, co jest dobrem a co złem, za czym się bezwzględnie opowiada, a co potępia. Ta względność wszystkiego dręczyła go, nie dawała zasnąć. Patrzył na życie z cyniczną obojętnością, pisał z rosnącym dystansem do świata. Po drugiej, trzeciej szklance whisky marzył, by uciec od obowiązków, schronić się gdzieś przed przyjaciółmi i wrogami, spojrzeć w siebie, odszukać w sobie to, co jest jeszcze do uratowania z człowieczeństwa i pożyć tym, wyłącznie tym. Nie miał jednak dość odwagi, aby owym marzeniom dopomóc. Bał się o to, co po odejściu powiedzą okrutni sędziowie jego życia i twórczości, by ktoś nie napisał złośliwie: do końca był tylko cieniem Fr. S. Fitzgeralda. Współczesnych mieszkańców termitiery, jaką jest obecnie planeta, otacza za wiele bibliotek z księgozbiorami proroków, mistrzów słowa, kompozycji, analityków ludzkich dusz. Licytowanie się z nimi rodzi bolesne uczucie bezradności. Komu uda się stworzyć większych egotystów od Marcela Prousta czy André’a Gide’a? Albo rywalizować z twórczym rozmachem Honoré de Balzaca, Lwa Tołstoja, Fiodora Dostojewskiego? Przyszło mu do głowy takie stwierdzenie o Esterze: mimo wszystko pozostała dla niego wiecznie żywym źródłem. Ale już po chwili zwątpił w oryginalność tej myśli i przestał żałować, że nie ma jej czym i gdzie zapisać. „Czy w tym, co stworzyłem, jest choć jedna nowa, ważna myśl? — zastanawiał się. — Cóż powiedziałem takiego, czego inni nie zrobili przede mną?”.   5  I zaraz się skarcił. Kiedy nie myślał o Esterze (tych dni nie było wiele), kiedy nie starał się zgłębić jej stosunku do niego, był bliżej życia innych. Na każdym kroku znajdował materiały do książek, scenariuszy, dramatów. W takiej chwili wolnej od Estery, zaglądając do zbioru reportaży „Jaskółki zapowiadające pieriestrojkę”1, trafił na dziennikarską notatkę o Gerze Kiryłowie, obywatelu ZSRR sprzed okresu pieriestrojki. Miała charakter ewangelicznej przypowieści i stanowiła świetny materiał na literaturę. Postanowił napisać opowiadanie. Jaki był dumny z kilkunastu zapisanych zdań! Zapowiadały nowy okres w jego twórczości. Jego bohatera nie dręczyła samotność, nie użalał się na gderliwą żonę, na dzieci, którym brakowało czasu, by go odwiedzić. Był taki inny od wszystkich, których już znała literatura. Miał za sobą długi życiorys żołnierza posyłanego na różne fronty wojen starego i nowego stulecia, ale to, co musiał zrobić w ciągu kilkunastu minut, było trudniejsze od wszystkich ciężarów i utrapień w siedemdziesięciopięcioletnim życiu. „W samo południe — pisał — z podnoszonych nadwołżańskiej łąki pod chabrowe niebo, wyszła pięcioosobowa komisja i od razu kazała się prowadzić do szklarni za chatą. Kiryłow wiedział już, po co przypomniano sobie o jego skromnej osobie. Wcześniej byli u Lidii Moisiejewej — zamierzał napisać w rozbudowanym opowiadaniu — u Borysa Szaraszkina. Oni też założyli szklarnie i hodowali pomidory, by dzieciom dopomóc. Nie wzruszyli tym członków komisji. Jesteście emerytami, no to odpoczywajcie przy samowarze, korzystajcie z dóbr kultury, a nie myślcie o dorabianiu rubli kosztem zdrowia i wolnego czasu, nie płacąc podatków, jak tuniejadcy2. Kiryłow bez słowa zaprowadził ich pod szklarnię i czekał na ostry dźwięk szkła bitych szyb — taki opis powinien znaleźć się w punkcie kulminacyjnym. Zapalił papierosa i patrząc na wznoszące się słońce zastanawiał się, czy jeszcze tego lata zdąży odbudować szklarnię, posadzić nowe sadzonki pomidorów. Innego celu w życiu nie miał. Nawet nie potrafił się buntować, zmierzać do zmiany czegokolwiek, dla niego najważniejsze były pomidory”. Taaak, to mogło być coś nowego w literaturze o odchodzącej generacji, epoce — gdyby napisał. Ale nim szkic zaczął rozwijać się w opowiadanie, znów zjawiła się                                                              1 Potoczna nazwa przekształceń ustroju socjalistycznego w ZSSR w latach 1985-1991. Hasła głasnost (jawność) oraz uskorienie (przyspieszenie) były zapowiedzią zmian Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, którą kierował Michaił Gorbaczow (przyp. redakcja).  2 Tuniejadcy (ros.) — darmozjady, obiboki nie płacący podatków (przyp. redakcja).    6  Estera — roślinka delikatniejsza od sadzonek pomidorów, reprezentantka innego pokolenia. A potem nagle, bez jego pomocy, bez wsparcia sztuką, literaturą skruszały fundamenty despotycznego ustroju na Wschodzie i nie było już potrzeby litowania się nad losem Kiryłowa, żołnierza z wielu frontów na obcej ziemi, bezradnego na własnej. Raz po raz wybuchały nowe wojny w Azji, Europie, Afryce, Europa nie potrafiła uporać się z problemem uchodźców z Afganistanu, Sudanu, Somalii, Erytrei, Syrii, na Morzu Śródziemnym codziennie rozgrywały się dramaty na pontonach przewożących imigrantów z Północnej Afryki do brzegów Europy. Na pewno były to ważniejsze problemy od pomidorów Kiryłowa, zamartwiającego się swym problemem w czasie, gdy w Somalii z głodu umierało ćwierć miliona dzieci, kobiet, starców. Nie potrafił do tych tematów podejść, ugryźć ich. Nawet nie próbował. Przerażały i przerastały go, pozostając tworzywem dla innych, dla młodych, ze świeższą wrażliwością, z patrzeniem na wydarzenia poprzez wizję świata urządzanego przez generację dopiero wchodzącą na scenę polityczną, artystyczną. Właśnie zastanawiał się nad tym, czy pisarz nie jest skazany na wieczne plagiatowanie wciąż tych samych motywów albo na szukanie nowych w apokaliptycznych wizjach, w historyjkach dystopijnych, gdy do jego uszu dobiegło czyjeś nawoływanie. Otworzył oczy. Poraziło je słońce. Nie miał powodów przypuszczać, by ktoś go wzywał, więc zamknął je ponownie. Lecz przywoływanie było tak natarczywe, że znów je otworzył. Uniósł nieco głowę, rozejrzał się. Na brzegu stała dziewczyna. Właściwie to nie stała, była w ciągłym ruchu: podskakiwała, biegała po plaży i emocjonalne zaangażowanie jej zniekształciły informację, jaką starała się z brzegu przekazać. Dopiero po chwili zrozumiał. i krzyczała. Odległość R E K I N! Do świadomości pływaka dotarło ostrzeżenie tak często padające nad tutejszymi wodami. Nie tracił czasu na rozglądanie się. Zawrócił gwałtownie i rozpaczliwie bił rękoma w wodę. Słaniając się ze zmęczenia, przebiegł ostatnie metry, po czym wyczerpany padł na szarożółty piasek. Dyszał ciężko, tłukące się przerażeniem serce rozsadzało pierś.   7  Nie, na taką śmierć nie pisałby się! Powolną, okrutną w ostrych zębach morskiego wilka. Myśl o długim bólu wstrząsnęła nim, wywołała dreszcze przerażenia. Na szczęście, morze nie stało się jego grobem. Po chwili podniósł oczy i spojrzał na tę, która uratowała go przed cierpieniem. Stała plecami do słońca, więc nie widział wyraźnie twarzy, a tylko prześwietlone rannymi promieniami jasne włosy, drobną dziewczęcą sylwetkę, w ciężkim, luźnym wełnianym swetrze z geometrycznymi wzorami i w białym dresie ze zwisającymi długimi troczkami zakończonymi drewnianymi kuleczkami. — Muchas gracias — zawahał się, po chwili dodał: — señorita3. Jej jasne włosy przesunęły się na prawe ramię, więc słońce kłuło odsłonięte lewe bursztynowe ucho z dość tandetnie wyglądającym wisiorkiem w kształcie owada z rozpiętymi żółto-czarnymi i niebieskimi skrzydełkami. — Irena. Patrzyła na niego z przechyloną głową i czekała, by się przedstawił. Mężczyzna wstał, wyciągnął w jej stronę rękę. — Dominik. Dopiero teraz mógł się jej lepiej przyjrzeć. Podczas fallas4, festynu, walki byków nie zwróciłby na nią uwagi. Przecież to dziecko! Zaraz ze stojącego za nią namiotu wyjdzie ojciec czy matka i zakończą te przedłużające się grzeczności mężczyzny wobec dziewczynki. — Jestem twoim dłużnikiem — mówił, wciąż nie wypuszczając z dłoni drobnych palców. — Jak mam ci się odwdzięczyć? Uczyniła pół obrotu ciałem. Słońce padło na lewą część jej twarzy, twarzy dziewczyny, która mogła od mężczyzny wymagać więcej szacunku. — Perdone5 — wymamrotał. — Jest pani w tym wieku, że łatwo popełnić pomyłkę… Cierpliwie czekała na wyjaśnienie przyczyn jego zakłopotania. — Incydent… to wydarzenie… rekin… nieco oszołomiły mnie… — bąkał, patrząc na twarz, która miała w sobie urok dziewczęcej niewinności.                                                              3 Muchas gracias, señorita (hiszp.) — bardzo pani dziękuję (przyp. redakcja).  4 Fallas (hiszp.) — zabawy ludowe w Walencji (przyp. redakcja)  5 Perdone (hiszp.) — przepraszam (przyp. redakcja).    8  — Jak pan puści moją rękę, to zrobię kawę… Właśnie miałam zamiar przygotować sobie śniadanie, popatrzyłam na morze… gdy… Potrzebna panu i mnie kawa. Uwolnił jej dłoń. Obróciła się. Znów była dziewczynką z oczyma wpatrującymi się w morskiego drapieżnika. Podniosła prawą dłoń, aby zakryć usta, które niedawno wykrzyczały przerażenie. Przymknęła oczy, jakby jeszcze raz zakrywała je przed mającą rozegrać się tragedią. — Nie dopuściłabym do tego, by cię czymkolwiek przerazić czy zasmucić — zażartował. Spojrzała na niego ze zdumieniem, jakiego nie powstydziłaby się Ali Mac Graw, a za które pochwaliłby Arthur Miller. — Naprawdę zależy panu na tym? — Wciąż utrzymywała się w nastroju „Love Story”, jej niedowierzanie w szczerość męskiej intencji było tak dramatyczne, że Dominik powinien paść na kolana i przysięgać na wszystkie świętości: ach, Ireno, dla ciebie płatkami kwiatów usłałbym drogę lub coś w tym stylu, jeżeli nie miałaby go podejrzewać o jakieś niecne wobec niej zamiary. Tymczasem stał przed nią jak prostak i nie wiedział, co ma na pytanie dziewczyny odpowiedzieć. Jego kłopot zaczął się w momencie, gdy jej pytanie wziął za początek złej gry, kokieterię. Nigdy w życiu żadna kobieta tak na niego nie patrzyła. Boże, czy zależy mu na tym, by czuła się przy nim dobrze? Cóż za naiwne pytanie! Niczego bardziej nie pragnie i ona powinna to usłyszeć, ale jak to wyznać, by nie okazać się śmiesznym? — Wiesz… — wyjąkał i zaraz urwał. — O czym? — dalej grała swą rolę. — Że nie pozwoliłbym cię skrzywdzić — zapewnił. — Tak bezinteresownie? — udała zdziwienie. — Przecież zawdzięczam ci życie! Popatrzyła na niego życzliwiej, mniej nieufnie, jednak nie do końca zapominając o ostrożności. Potem odrzuciła głowę, wstrząsnęła włosami. Podeszła do wody, zamoczyła ręce i odwróciła się do mężczyzny. Widział teraz jej niebieskie oczy, śniadą i delikatną cerę twarzy. — Mam dobrą kawę. I do zjedzenia też jeszcze coś zostało.   9  Uniosła mokre dłonie na wysokość piersi i trzymała je jak ksiądz modlący się przy ołtarzu. Przesadnie pochylając się do przodu przy każdej próbie pokonywania sypkiego piasku, drobnymi kroczkami ruszyła w stronę namiotu. Poszedł za nią. Przykucnęła przy kuchence. Z bocznej kieszeni swetra wyciągnęła zapalniczkę w kształcie miniaturowego browninga, nie pasującą do kruchej dziewczyny, była pretensjonalna i banalna jak owady w wisiorkach przy uszach. Podpaliła gaz. — Przebiorę się — powiedziała już z dwuosobowego namiotu, lecz Dominik nie sądził, by w środku był ktoś jeszcze oprócz dziewczyny. Nie mógł się jednak pogodzić z myślą, aby przywędrowała tu sama. Ktoś przybył z nią i odszedł… Jego wzrok spoczął na leżącej Biblii. To jej książka na wakacje? Zagwizdał czajnik z gotowaną wodą. Irena wyszła w sukience z kretonu, rozpinanej od góry do dołu, luźnej. Wyglądała teraz na pełnoletnią dziewczynę. Nic nie mówiąc, wyciągnęła z turystycznej lodówki chleb z pieca drzewnego, masło, rzodkiewki Nelson, zielone oliwki, czerwoną cebulę, konserwę z szynką. W głębokim milczeniu, skupiając uwagę na tym, co robiła, przygotowywała śniadanie. — Muy sabrosos6 — powiedział Dominik po kilku kęsach sandwicza. — Bardzo smaczne. Estera uśmiechnęłaby się w tym momencie kącikami ust, co mogłoby bardziej oznaczać lekceważenie takiej formy uznania niż wdzięczność, a tymczasem Irena w ogóle nie zareagowała na ten komplement. Kawa była mdła. Nie lubił słodyczy, unikał jej. Dziewczyna nie spytała go o zdanie na ten temat, prawdopodobnie wówczas, gdy rozkładał na piasku koc, osłodziła swoją i jego. Nie miał o to do niej pretensji. Widocznie uważała, że skoro ona lubi słodką, to i on też powinien.                                                              6 Muy sabrosos (hiszp.) — bardzo smaczne (przyp. redakcja).    10 
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Łap, co się nawinie
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: