Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00355 005692 13430872 na godz. na dobę w sumie
Lato z Dariuszem i Balladą - ebook/pdf
Lato z Dariuszem i Balladą - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 235
Wydawca: Goneta Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-63783-55-6 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dla dzieci i młodzieży >> młodzieżowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

„Lato z Dariuszem i Balladą” to powieść adresowana do nastolatków oraz ich rodziców, której akcja rozgrywa się w Szczecinie, nad Jeziorem Powidzkim w Wielkopolsce, znad którego organizowane są wypady do miejsc historycznych, na przykład do Gniezna, Ostrowa Lednickiego, Strzelna, a także do świątyni w Licheniu. Motywem przewodnim jest rodzące się uczucie Lidii do Dariusza, uczniów tej samej klasy. Chłopiec podczas lekcji wystąpił w obronie oryginalnego, nieakceptowanego przez polonistkę wypracowania Lidii. Dziewczyna nie potrafi o nim zapomnieć w czasie wakacji, choć obecność rówieśników mogłaby osłabić wcześniejszą fascynację nieobecnym kolegą oryginalnie wyrażającym podziw dla jej „pisarskiego” talentu i urzekający fizyczną sprawnością na szkolnym boisku. Nauka konnej jazdy nad jeziorem obudziła w niej sympatię do zwierzęcia. Niestety, koń zostaje uprowadzony. Tak więc w krótkim czasie  pozbawiona jest dwóch obiektów uczuć — kontaktu z chłopakiem ze szkoły i z dopiero co oswajającym się koniem.

Tytuł utworu przekorny, bo lato dziewczyny upłynie zarówno bez jej chłopca, jak i bez ulubionego konia, tylko z marzeniami o nich.

 

Wątki powieści, utrzymanej w kilku konwencjach stylistycznych — między innymi pastiszu i karykatury — nawiązują do czytelniczych upodobań nastolatek, sięgających po książki z wilkołakami, zagadkami kryminalnymi, niechętnie poznającymi otaczającą rzeczywistość z ludźmi starszego pokolenia, historyczną przeszłość miejsc, w których się znalazły.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

— Dokąd? — garażowy sąsiad, Ryszard Szpilarski, patrzył na wkładane do bagażnika samochodu Wójcików torby, walizki. Daniel odpowiedział wymijająco: — Na południe, bliżej słońca. Lidia wiedziała, że ojciec nie darzy go sympatią. Znali się jeszcze ze studiów. Do bliższego kontaktu doszło w stołówce, gdy tamten wylał ojcu Lidii na nowiuteńką marynarkę talerz z rosołem. Nie doszli do porozumienia w sprawie odszkodowania. Potem przez lata nie odezwali się do siebie słowem. A gdy obaj inżynierowie podjęli w tym samym czasie i miejscu pracę, dostali mieszkania w bloku stoczniowców. No i, chcąc, nie chcąc musieli zacząć do siebie mówić. Nieszczęśnik, przed wielu laty niezdarnie niosący w studenckiej stołówce talerz z rosołem, zmarszczył brwi. — Benzyna znów w górę. Pamiętający o marynarce oblanej rosołem ojciec Lidii objawiał pozorną beztroskę. — Jak zwykle na czas wakacyjnych urlopów. — A ja nie dam i m zarobić! Wolę na piwo pójść! — Wolnoć Tomku w swoim domku. — ojciec Lidii bardzo ostentacyjnie okazywał swą radość, jakby miał nadzwyczajne powody ku temu. — Szerokiej drogi. — Życzenie sąsiada nie wyglądało na szczere. — I zaraz z sarkazmem dorzucił: — Szerokie może i będą, ale czy bez dziur? — Jestem optymistą — zapewnił kierowca przygotowany do jazdy na południe. — Poradzę sobie. I ruszył. Za kółkiem wieloletniego Fiata 125p czy to na fragmentach autostrady w remoncie, czy na szosie krajowej, zapominał, że nie miał dwudziestu lat, nie był zawodowym kierowcą, opuścił szybę w oknie i wysunął na zewnątrz łokieć. Jak wielu młodych. Pęd powietrza targał siwiejącymi włoskami na przedramieniu, wpuszczał do środka śledziowy fetorek z kłosów pszenicy porażonej śniecią, duszący zapach rzepaku spóźnionego w tym roku z kwitnieniem, więc smrodliwe łany o barwie cytrynowożółtej ciągnęły się jeszcze nieskoszone od poboczy traktu aż po horyzont. — Zamknij okno, kochanie — prosiła żona. — Podusimy się — ostrzegała i zanosiła się kaszlem chorej oddającej ostatnie tchnienie. — Oddychajcie ziemią n a s z ą, wonią pól n a s z y c h. — Radził patetycznie antykwariusz głuchy na prośby, wniebowzięty, rozkoszujący się krajobrazem, głęboko, pełną piersią pochłaniający woń natury, zauroczony nią nie mniej od pszczół przylatujących nad luźne grona ciemnożółtych płatków, nad pręciki. Z uwagi na gęsto rozstawione słupki radarów, na czających się to tu, to tam policjantów z drogówki, starał się nie przekraczać prędkości. Dotarł do wozu prowadzonego przez kierowcę z podobnym postanowieniem zaoszczędzenia na mandatach. Przewoził świnie. Kwiczące zwierzaki nie zdążyły się załatwić przed długą drogą, robiły to teraz. Smród ich przebijał inne. — Zamknij okno, do cholery! — już nie prosiła, a surowo rozkazywała żona. — Za jaką karę mamy oddychać fetorem? Dodaj gazu, wyprzedź wychodek na kółkach! Mężczyzna nie miał zamiaru spełniać polecenia. — To wieś n a s z a. Kto wie jak długo jeszcze będziemy mieli przyjemność na bezpośredni kontakt z nią. Wszystko się zmienia, wieś n a s z a też. Kto wie, czym będą n a s z e świnki pachnieć za kilka lat, nie dałbym głowy idąc w zakład, czy Chińczycy nie pracują już nad uwonnieniem świńskich odchodów. Znając ich sukcesy w różnych dziedzinach nauki, pozbycie się naturalnego smrodu chlewni to dla nich żaden problem, absolutnie żaden. Poradzą sobie z nim. Nad wszystkimi innymi mają tę przewagę, że ich przestały interesować doktryny polityczne — socjalizm czy kapitalizm, oni pragną tylko na wszystkim skorzystać, a na czym mogą? — I po chwili odpowiedział sam sobie: — Na gospodarce! Kto więc zgadnie, jakich zmian w świecie dokonają, kto wie… Poboczem powoli przesuwała się kosiarka bijakowa na wysięgniku, Daniel wyprzedził ją. — Brawo! — drwiła żona. — Jednak nie siedzimy w najpowolniejszym pojeździe. Myśli Lidii krążyły tylko wokół tego, że prawdopodobnie to ostatnie wspólne wakacje z rodzicami. Czerpała z tej nadziei siłę do przetrwania. Kierowca samochodu z trzodą zdecydował się na wyprzedzanie, zostawiając też wlokący się wóz cygańskiego taboru. Daniel uczynił to samo. — Cyganie? — Lidia nie kryła zdumienia. — Kochanie, to Romowie, R o m o w i e — autorytatywnie poprawiła matka. — Są w drodze. W ich naturze jest wędrowanie. Pamiętasz wczasy w Zakopanem? Wieś Czarną Górę z chałupami Romów? Nie byłaś zachwycona. Bo oni powinni wciąż być w drodze. Zmierzać dokądś, szukać czegoś, a nie osiedlać się. To sprzeczne z romską tradycją. — Ich występy na estradzie i w telewizji też pamiętam. — zapewniła córka dla świętego spokoju mamę. I nie śpiewała, a ze złością przebijała się przez smrodzik świń, wykrzykując: Ore ore szabadabada amore, Hej amore szabadabada O muriaty, o szogriaty Hajda trojka na mienia. — Mam mówić tabor z Romami? — podchwycił temat mąż. — Nie cyganisz? — zażartował, bo wciąż go nie opuszczał dobry humor. — Dlaczego nie masz? — Brzmi głupio. Tak jakbym zaniechał używania słów: cyganić, wycyganić. — To nasze przyzwyczajenia są głupie. Stereotypy są głupie. Wiele rzeczy jest głupich, od których trzeba odejść, uwolnić się. — Beata nastroszyła redaktorskie piórka. — To spór o cień osła — zamruczał antykwariusz. — Nie rozumiem. — włączyła się do rozmowy Lidia, podejrzewając ojca, że szukał sposobu na odwrócenie uwagi od wdzierającego się do samochodu fetoru. — To spór o głupstwa. — wyjaśnił kierowca. Nie spiesząc się, przytoczył anegdotę o właścicielu osła, który wypędzał z jego cienia wędrowca wynajmującego od niego zwierzę, bo nie cień wynajął, a tylko osła bez cienia! — Jego potomkowie siedzą teraz za unijnymi biurkami w Brukseli i wymyślają wciąż nowe przepisy, na przykład o dopuszczalnej krzywiźnie banana, długości ogórka. — Bardzo zabawne! — stwierdziła ironicznie Lidia. Pół godziny później uwolnili się od towarzystwa świń, odbili od głównego traktu. Było jeszcze gorzej. Ojciec nie zawiódł Lidii — po tych wakacjach nie będzie musiała zastanawiać się czy dać rodzicom jeszcze jedną szansę i pojechać z nimi po ukończeniu trzeciej klasy gimnazjum? Nie, wykluczone! Koniec pielgrzymowania z nimi! Samochód najpierw tłukł się po dziurach w asfalcie tak długo, że po opadach deszczu można by w nich hodować ryby, a teraz droga wąska, raz po raz o boki auta ocierają się łodygi zielska, gałęzie krzaków! Biegnie leśnym duktem, nad dachem „gabloty” w gęsty łuk spina się zieleń konarów drzew, w perspektywie oglądanej przez przednią szybę widać tylko jasną plamę jak w tunelu prowadzącym dusze zmarłych ku wieczności. Kobiety milczały. Bały się odezwać, by nie rozproszyć uwagi kierowcy. Jeden nieostrożny ruch, zagapienie, irytacja i lądują na drzewie. Były tak blisko! Wkraczały z korzeniami podsuwającymi się pod koła, uparcie przedzierały się z jednej strony drogi na drugą. Niewielki kierunkowskaz nakazywał skręcić w lewo. Ledwo go dostrzegli, tym bardziej mogli nie zauważyć, bo ich wzrok przede wszystkim przyciągnął przymocowany do stojącego obok rosochatego dębu afisz z końskim łbem i uderzający czerwienią liter; organizatorzy zapraszali na w i e l k ą imprezę. Reszty treści ani Lidia, ani jej ojciec nie zdążyli przeczytać. Musiało im wystarczyć, że odbędzie się w i e l k a impreza z koniem w tle. — Na zadupiu są tylko w i e l k i e imprezy — mruknęła Lidia. Ojciec zlekceważył jej sarkastyczny ton. — Czeka nas lokalna zabawa — przekonywał zadowolony. — Atrakcji nie zabraknie. Lubisz konie? — zwrócił się z tym pytaniem do córki z przekonaniem, że impreza będzie związana z końmi. — Dlaczego miałabym lubić? — głos zdradzał zmęczenie. — Ze zwierząt poznałam tylko chomiki. — Będzie okazja zbliżenia się do koni i wówczas stwierdzisz, że są sympatyczne, mądre. I piękniejsze od chomików. Spodziewałem się, że dojdzie do kontaktu z nimi, więc zabrałem z antykwariatu kilka książek z dziedziny hipologii. A ona nie miała sił pytać, co to słowo znaczy. Wzruszyła tylko ramionami. Oto co za wczasy ją czekają: wieczorem czytanie książek przy świecy lub jakimś ogarku, a w dzień, oczywiście, zaczynającym się ze wschodem słońca, gdy tylko zapieje kur, podglądanie czterokopytnych, śliczniejszych od chomików! Kolejny kierunkowskaz wprowadził Daniela na drogę jakby usypaną przez dzieci powracające z nadmorskiej plaży. Tylko tu i ówdzie w piaszczystą złocistość wdzierały się krzewinki wrzosów. Tam, dokąd jadą, pasuje tylko jedna nazwa: Tu Diabeł Mówi Dobranoc! Lidia wątpiła, czy po tych wertepach można dotrzeć do ludzi, do cywilizacji. Ojciec, planując podróż, miał taką nadzieję, bo oprócz kilku butelek wody niegazowanej, dawno zjedzonych sandwiczy, niczego więcej do konsumpcji nie zabrał. Jak myśli przetrwać? Droga przez las zdawała się nie mieć końca. Mijała minuta za minutą, a jej spod kół nie ubywało. Ten fakt wywoływał w dziewczynie coraz większe zdumienie i niepokój. Podobnie jak obecność poruszającego się pojazdu wśród leśnych żyjątek — kleiły się z tym zaciekawieniem owadzich ślepek do szyby i zastygały w agonalnym bezruchu. Kierowca włączył spryskiwacz, zapachniało spirytusem. Ruszyły wycieraczki. Ciach! Ciach! Ciach! Jak niewiele pozostaje z owadów! Krótkie życie tragicznie skończone plamką, rozmazaną plameczką, intensywnie ściąganą piórami czyszczącego mechanizmu. Lidia, przedzierając się spojrzeniem przez rozmazaną szybę, ze zdumieniem odkryła ślady kół jakiegoś samochodu na drodze. A zatem oprócz nich ktoś jeszcze uczęszcza tą drogą. Inni męczennicy! — Daleko do tego zadupia? — Beata również nie ukrywała zniecierpliwienia, podejrzewając męża, że zabłądził. — Już, już! — padło mało przekonywujące zapewnienie. — Nic nie zapowiada, byśmy byli blisko celu podróży. — A czego oczekujesz? Witacza? Lidia zapytała o znaczenie słowa. Ojcu zabrakło cierpliwości. — Niech ci pani redaktorka wyjaśni. Co ma innego do roboty? Siedzi i marudzi! Ta przyjęła wezwanie. — Gospodarze gmin i miast stawiają je przy drogach wlotowych. Witają przybywających gości. Nieraz nawiązują do bram, innym razem do jakiejś miejscowej legendy, przeszłości, stąd koła, miecze, hełmy, tarcze. Zapamiętasz? Może to ci się przyda w jakimś szkolnym teście. Dziewczyna nie sądziła, by ta wiedza o witaczach do czegoś była jej przydatna, zastanawiała się jednak, co powinno stanąć przy drodze, którą jadą i jadą. Niełatwo o odpowiedź, nic dziwnego, że dotąd niczego nie zobaczyła. W końcu samochód dowlókł się na polanę tak nieoczekiwanie, a oczy nagle poraziło odbicie od lustra wody, iż zaskoczony kierowca zatrzymał go wcześniej niż powinien. Stając, rozglądał się niepewnie. Wyłączył silnik. — Przejdę się — oznajmił półgłosem. — Pójdziemy wszyscy — powiedziała Beata. — Nie, sam idę — upierał się. Lidia podejrzewała, że zwątpił w to, czy wystarczająco dobrze przestudiował mapy. Chciała być świadkiem jego porażki, uśmiechnąć się drwiąco, gdy usłyszy, że zupełnie w inną stronę powinni jechać, a trudy pokonanej dotąd drogi były niepotrzebne. Zaśpiewała fałszywie: — Pójdę z tobą, tatko. Nie czekała na reakcję, opuściła samochód i obok ojca ruszyła w stronę ogrodzenia z żerdek, otwartej na oścież bramy, zabudowań pokrytych trzcinowymi strzechami. Minęli tablicę z informacją: „Noclegi. Całodzienne wyżywienie. Wypożyczanie sprzętu wodnego. Nauka jazdy konnej”. — Ojej! Tutaj?! — głośny jęk zawodu Lidii. — To niemożliwe!
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Lato z Dariuszem i Balladą
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: