Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
01166 007413 13614860 na godz. na dobę w sumie
Lekarz z Manhattanu - ebook/pdf
Lekarz z Manhattanu - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 153
Wydawca: Harlequin Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-238-8342-5 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Tori Nicholls, lekarz weterynarii w małym australijskim miasteczku, nie może się otrząsnąć po kataklizmie, który spustoszył cały region, obracając w perzynę wszystko, co było najbliższe jej sercu. Na drodze Tori staje Jake Hunter, anestezjolog z Nowego Jorku, który przyjechał tu załatwić rodzinne sprawy. Jake jest ciepły, przystojny, zamożny. Przyjaciółka namawia Tori, by umówiła się z nim na randkę. Niezobowiązujący romans z lekarzem z wielkiego świata mógłby tchnąć w nią odrobinę optymizmu...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Marion Lennox Lekarz z Manhattanu Tłumaczyła Iza Kwiatkowska Tytuł oryginału: Dating the Millionaire Doctor Pierwsze wydanie: Harlequin Mills Boon Limited, 2010 Redaktor serii: Ewa Godycka Opracowanie redakcyjne: Ewa Godycka Korekta: Urszula Gołębiewska ã 2010 by Marion Lennox ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2011 Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak firmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Medical są zastrzez˙one. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa ISBN 978-83-238-8342-5 MEDICAL – 496 ROZDZIAŁ PIERWSZY Pięciominutowe randki to kiepska impreza, pomyślał Jake. Tego wieczoru poznał dziewięć kobiet, a ta ostatnia zapowiadała się wręcz beznadziejnie. Spojrzał na wydruk ze zwięzłą charakterystyką kan- dydatek. ,,Victoria, dwadzieścia dziewięć lat, wolna’’. Mało obiecujące. – Miło mi cię, Victorio, poznać. – Gratulacje, pomyś- lał. Fantastyczne zagajenie. – Kolez˙anki nazywają mnie Tori – odparła, odrywa- jąc wzrok od podłogi. Ucieknie? – To twoje pierwsze podejście do randek w pięć minut? – Tak. Twoje tez˙? – Owszem. Niezbyt błyskotliwa wymiana zdań, przyznał w du- chu. Co by tu jeszcze powiedzieć? Wcześniej poznane dziewczyny tryskały energią i bły- szczały dowcipem. Nie musiał się wysilać. Ale teraz, kie- dy wypadałoby się postarać, wątpił, czy warto. Czy ta Tori w ogóle się stara? Victoria, albo raczej Tori, sprawiała wraz˙enie stupro- centowej prowincjuszki. Miała na sobie czarną spódnicę do kolan, podniszczone czarne szpilki i białą bluzkę z z˙abotem, a kasztanowe kręcone włosy po prostu zwią- zała białą wstąz˙eczką. Była nieumalowana i nie miała z˙adnej biz˙uterii. Po co się zgłaszała, jeśli nie zalez˙y jej na 6 MARION LENNOX wyglądzie? Zmarszczki wokół oczu zdecydowanie ją po- starzały, ale ona najwyraźniej tym się nie przejmowała. Zaczął podejrzewać, z˙e podobnie jak on wcale nie miała ochoty na taką randkę. Zarządca australijskich nieruchomości doktora Jake’a Huntera obiecywał dobrą zabawę, ale chyba przesadził. Skoro jednak juz˙ tu się znalazł, musi coś powiedzieć. – Czym się zajmujesz? – Ratuję dzikie zwierzęta. To do niej pasuje. Uszczęśliwianie innych na siłę. Nie, nie, nie miał nic przeciwko uszczęśliwianiu innych. – Te, które ucierpiały w poz˙arach buszu? – Tak. Rozmowa się nie kleiła. Pół roku wcześniej wielki poz˙ar spustoszył niemal cały dystrykt, ale Jake jako przy- jezdny nie bardzo wiedział, jak o tym rozmawiać. Moz˙e powinien zapytać, czy jej dom spłonął albo czy ucierpieli jej bliscy? Ale fakt, z˙e zgłosiła się na pięciominutową randkę, świadczył o tym, z˙e nie bardzo ją to dotknęło. Mimo wszystko nalez˙y tego tematu unikać. Zapadło milczenie. – A... a ty? – wykrztusiła. Jeszcze trzy i pół minuty. – Mieszkam w Stanach, ale mam tu nieruchomości, w dolinie i wyz˙ej. Przyjechałem się rozejrzeć. Moz˙e wy- stawię je na sprzedaz˙. – Poz˙ar ich nie zniszczył? – Nie bardzo. Dogląda ich mój zarządca. To on mnie namówił na tę dzisiejszą imprezę. – Nie jesteś amatorem szybkich randek? – Nie – przyznał zgodnie z prawdą. Tori wygląda na osobę, która nazywa rzeczy po imieniu. – Rob wciągnął LEKARZ Z MANHATTANU 7 mnie w to w ostatniej chwili. Powiedział, z˙e brakuje jednego faceta. – Wolałbyś być gdzie indziej? – Owszem. – To znaczy, z˙e marnuję twój czas. – Nagle szara myszka przeistoczyła się w coś zupełnie innego. Wyraź- nie kamień spadł jej z serca. Wstała, po czym uścisnęła mu dłoń o wiele mocniej, niz˙ się spodziewał. – To ostania runda, więc moz˙emy juz˙ ją zakończyć. Dobranoc. Ku jego zdumieniu uśmiechnęła się szeroko i pro- miennie. Tak, z˙e jej nijaka twarz nagle stała się zachwy- cająco piękna. Ale nie było mu dane długo cieszyć się tym widokiem, bo Tori puściła jego rękę, odwróciła się i ruszyła w stronę drzwi. Siedział osłupiały, bo ledwie wstała od stolika, wydała mu się... śliczna? Tak, śliczna, pomyślał. Zorientował się, z˙e patrzy za nią nie on jeden, lecz wszyscy zebrani w sali głównej ratusza Combadeen. Równie zdumieni jak on. Zerwała jego randkę. Pozbawiła go zniewalającego uśmiechu. Pójść za nią? Nie. Dobrze zrobiła, bo i jego takie randki nie kręcą. Z˙adne randki go nie kręcą. Znalazł się w Combadeen tylko po to, by sprawdzić stan nieruchomości ojca, pod- pisać dokumenty umoz˙liwiające ich sprzedaz˙ oraz podjąć decyzję w sprawie ośrodka wypoczynkowego. Załatwi to i wyjedzie. W Stanach czeka na niego praca. Tam jest jego miejsce. Więc dlaczego taki zdziwiony patrzy na tę prowincjo- nalną myszkę, która właśnie znika? Po co w ogóle tam poszła? Namówiła ją na to Barb, 8 MARION LENNOX przyjaciółka od serca. Oszukała ją, mówiąc, z˙e brakuje im jednej kobiety, bo ten Jake jasno dał jej do zrozumie- nia, z˙e znalazł się tu, aby było do pary, z˙e wyświadcza przysługę organizatorom. Bezczelny typ. Odetchnęła głęboko czystym chłodnym powietrzem, jakby sala w Combadeen Hall była pełna dymu. No cóz˙, zapewne nigdy się nie uwolni od swądu spalenizny. Ogień, który strawił te góry, odmienił jej z˙ycie, a ona jeszcze nie dojrzała, by zacząć nowy etap. – Proszę, przyjdź – błagała ją Barb. – Brakuje nam dziewczyny do pary. Będzie fajnie. Tori, z˙ycie moz˙e znowu być piękne. Spróbuj. Więc spróbowała. Ale bez większego przekonania, pomyślała, spoglądając z niezadowoleniem na swoją spód- nicę. Trochę juz˙ za długo ubiera się w uz˙ywane ciuchy. Tori, a oficjalnie doktor Victoria Nicholls, lekarz we- terynarii, nie musiała korzystać z pomocy organizacji dobroczynnych, ale odzew całego społeczeństwa był po- tęz˙ny, totez˙ sale ratusza pękały w szwach od darów, a jej szkoda było czasu na zakupy. Niczego sobie nie kupiła od momentu... Nie, nie myśl o tym. Moz˙e jednak nie powinna odcinać się od tych wspo- mnień, moz˙e to pomaga goić rany. Tak, od momentu poz˙aru nie była na zakupach. Od poz˙aru nie spotyka się z z˙adnym męz˙czyzną, nawet wcześniej... ale wtedy miała Toby’ego. A raczej myślała, z˙e ma Toby’ego. Kanalia. Na samą myśl o nim robiło się jej niedobrze. Jak mogła myśleć, z˙e go kocha? Wykazała się przeraz˙ającą głupotą. Popełniła fatalny błąd, przez który straciła wszystko, więc dlaczego znowu naraz˙a się na podobne ryzyko? LEKARZ Z MANHATTANU 9 Cholera, musi się pozbierać. Są na świecie dobrzy ludzie. I porządni faceci. Musi się nauczyć ufać ludziom. Ten Jake sprawiał wraz˙enie... Znudzonego. Przymuszonego. Interesującego? Moz˙e Barb ma rację, twierdząc, z˙e powinna częściej wychodzić, bo Jake poruszył w niej struny, o których zdąz˙yła juz˙ zapomnieć. Przystojny, ale nieogolony, to minus, bo się nie po- starał. Ona sporo się naszukała, zanim znalazła tę idioty- czną bluzkę, a on przyszedł na randkę zarośnięty. Ale to mu dodawało seksapilu, do tego ciemne włosy i piwne oczy z siateczką zmarszczek świadczących o tym, z˙e normalnie nie jest znudzony, z˙e często się uśmiecha. Głupoty! Spotkała tego wieczoru dziesięciu męz˙czyzn i wszyscy zrobili na niej wraz˙enie niezainteresowanych oraz nieciekawych i mimo z˙e ten Jake wydawał się... ciekawy, okazał się największym gburem. Raz juz˙ postąpiła jak idiotka, więc zawierając w przy- szłości bliz˙szą znajomość z facetem, musi kierować się zdrowym rozsądkiem, a nie hormonami, a przy Jake’u grały w niej tylko one. I to jak! Z uczuciem niesmaku wsiadła do swojego grata, po czym wyjechała z parkingu, skręcając w drogę prowadzą- cą w góry. Najwyz˙sza pora wracać. Niech Barb mówi, co chce, ale ona nie jest jeszcze gotowa zaczynać nowego z˙ycia. To, które teraz prowa- dzi, pochłania ją bez reszty. Czy rzeczywiście? Barb ma rację, przyznała w końcu. Ten okres w jej z˙yciu dobiega końca. Więc co dalej? Cokolwiek, pod warunkiem, z˙e jej decyzje będą roz- sądne, a nie wymuszone hormonami. Z tym postanowie- niem nacisnęła pedał gazu. 10 MARION LENNOX – Któraś ci się spodobała? Rob, zarządca działek Jake’a oraz jego przyjaciel z czasów studiów, patrzył na elegancką blondynkę, któ- ra kołysząc biodrami, szła do swojego sportowego auta. To była jego faworytka. Niewykluczone, z˙e coś z tego wyniknie. Inaczej Jake. On nie miał zamiaru się angaz˙ować. Chyba był szalony, zgadzając się wziąć udział w tym maratonie. Przyjechał tu na krócej niz˙ tydzień, a wszyst- kie kobiety, które poznał, nie ukrywały, z˙e liczą na ,,coś więcej’’. Jego to nie interesuje, bo miłość wybito mu z głowy juz˙ w dzieciństwie. Wychowywała go matka, która do śmierci wieszała psy na Australijczyku, który go spłodził. Utrzymywała, z˙e jego ojciec był najpodlejszą formą z˙y- cia na Ziemi. Miłość kończy się płaczem, powtarzała mu, odkąd zaczął chodzić, czyli odkąd wróciła z nim do Ameryki, raz na zawsze, jak twierdziła, z˙egnając się ze złudzeniami. Moz˙e jej zawiedzione marzenia odcisnęły i na nim swoje piętno? Zapewne psychoanalityk odpowiedziałby mu na to pytanie, ale na pewno by go nie zmienił. Nie interesują go trwałe związki i juz˙. Moz˙e się przyjaźnić z kobietami, lubi ich towarzystwo i nie ma nic przeciwko romansom, ale po co naraz˙ać się na udręki wynikające z powaz˙nego związku? Rob za to wspomina ten wieczór, jakby ktoś mu przy- chylił nieba, jakby tylko czekał na miłość. Z˙ałosne. – Co ty widzisz w tych szybkich randkach? – dziwił się Jake, na co Rob uśmiechnął się ironicznie. – Gdzieś jest ta przeznaczona mi kobieta. Muszę ją znaleźć. Z˙adna cię nie poraziła? LEKARZ Z MANHATTANU 11 – Twoja pani jest super – przyznał Jake wspaniało- myślnie. – Ale mnie z˙adna nie ruszyła. – Co powiedziałeś doktor Nicholls, z˙e wyszła przed końcem? – Jaka doktor Nicholls?! – Tori. Wiem od Barb, z˙e jest weterynarzem, gdzieś tam w górach. Nalez˙y do tej grupy, której wynająłeś swój dom. Wydaje mi się, z˙e juz˙ ją gdzieś widziałem, ale od czasu poz˙aru panuje tu kompletny chaos. W negocjacjach zawsze pośredniczyła Barb. Dzisiaj... nie udało mi się nawiązać z nią normalnej rozmowy, ale przynajmniej wytrwała ze mną całe pięć minut, a z tobą nie wytrzyma- ła. Powiedziałeś jej coś przykrego? Barb mi łeb ukręci, jak ją obraziłeś. – Czym mogłem ją obrazić? – Ty walisz prosto z mostu, a to nie zawsze się spraw- dza. – Po prostu nie lubię kłamać. – Więc co jej powiedziałeś? – naciskał Rob. – Z˙e znalazłem się tam, z˙eby było do pary. – Oczywiście – mruknął Rob. – Bardzo zachęcające. Ja biorę udział w takich imprezach, bo jestem łaskawy. – Stary, to i tak bez znaczenia. – Jake wsunął ręce do kieszeni i zapatrzył się w niebo. Tęsknił za Manhattanem, gdzie gwiazdy znajdowały się w witrynach sklepowych, a nie wysoko na niebie. – Sprzedam dom i wyjadę, cho- ciaz˙ nie rozumiem, dlaczego nie moz˙esz mnie w tym wyręczyć. – Śmiem ci przypomnieć, z˙e ci to proponowałem, ale ty po raz pierwszy wyraziłeś zainteresowanie i oświad- czyłeś, z˙e przyjedziesz i zrobisz to sam. – Bo ta cena wydała mi się absurdalnie niska. 12 MARION LENNOX – Człowieku, zastanów się, kto będzie chciał kupić dom w regionie, w którym często szaleją poz˙ary. – Ale mimo to znalazłeś chętnych do dzierz˙awy. – Tylko dlatego, z˙e dokoła uratowały się pastwiska. I zdecydowałeś się nie pobierać opłaty. Teraz, pół roku później, wszędzie są zielone pastwiska, ale przesiąknię- te dymem. Ceny działek w górach pójdą w górę, ale dopiero kiedy ludzie trochę zapomną o poz˙arze. Tutaj kaz˙dy kogoś stracił. Masz szczęście, z˙e cię tu wtedy nie było. Ha, szczęście ma róz˙ne twarze, pomyślał Jake, gdy jechali do drugiej posiadłości: drewnianego domu z przy- ległą winnicą. Matka na pewno by uznała, z˙e ma szczęś- cie, bo nie musi tu mieszkać. I na pewno byłaby niepocie- szona, z˙e on teraz tu się znalazł. Nie mógł tu nie przyjechać. Był bogaty jeszcze za z˙ycia ojca, ale po jego śmierci majątek Jake’a znacznie się powiększył. Nieruchomości w Australii, liczone na- wet po cenach po poz˙arze, warte były fortunę. Poza wsparciem finansowym, zdaniem matki udziela- nym niechętnie, ojciec w innej formie w jego z˙yciu nie zaistniał. W dzieciństwie z nim się nie kontaktował. Ode- zwał się nagle dwanaście lat temu, gdy Jake obronił dyplom. Napisał do niego list z gratulacjami i z˙yczył sukcesów w przyszłości. Zaintrygowany Jake odpisał. Dowiedział się wtedy, z˙e ojciec jest lekarzem i pracuje w górach nieopodal Melbourne. Uznał wówczas, z˙e mógłby poznać człowieka, który na niego łoz˙ył. Zaproponował, z˙e go odwiedzi. – Słyszałem, z˙e twoja matka jest chora i na pewno nie byłaby z tego zadowolona – powiedział ojciec. – Mam drugą z˙onę. Kaz˙de z nas poszło swoją drogą. Czy jest LEKARZ Z MANHATTANU 13 sens? Po tylu latach? Cieszę się, z˙e zrobiłeś dyplom i jestem z ciebie dumny. Z˙ałuję, z˙e nie mogłem się z tobą wcześniej skontaktować, ale teraz... niech juz˙ tak zo- stanie. Więc tak zostało. Jake rzucił się w wir pracy, obiecu- jąc sobie, z˙e kiedyś wybierze się do Australii, ale pięć lat temu ojciec niespodziewanie zmarł na rozległy zawał. W końcu jednak Jake wylądował w Australii. Przyle- ciał na pogrzeb. Siedział w kościele w tylnych ławkach, wstrząśnięty smutkiem miejscowej społeczności. Obser- wował, jak obcy ludzie płaczą z powodu śmierci jego ojca, człowieka, którego on nigdy nie poznał. Ojca, który nawet nie zaprotestował, gdy matka zmieniła nazwisko ich syna na swoje. Z którym nic go nie łączyło. Ale gdy nieśmiało wyjawił starszej pani obok, kim jest, zdziwił się niepomiernie, gdy się okazało, z˙e ona wie o nim całkiem sporo. – Byłam pacjentką Starego Doktora... Zatem pan to Jake. – Uśmiechnęła się przez łzy. – Jego syn z Ameryki. Pana zdjęcie wisiało na ścianie w jego gabinecie. Nieraz dawałam mu do zrozumienia, z˙e to nie w porządku, z˙e matka pana stąd zabrała, a on odpowiadał: ,,To, z˙e on jest w Stanach, nie znaczy, z˙e przestał być moim synem. Kocham go, gdziekolwiek mieszka’’. Kochał go? Pierwszy raz o tym usłyszał. Kobieta chciała go przedstawić sąsiadom, ale on był tak wstrząś- nięty, z˙e szybko wyszedł. Moz˙e powinien był juz˙ wtedy sprzedać te nierucho- mości, ale czuł, z˙e byłoby to nie na miejscu. Nękany sprzecznymi informacjami – ojciec naprawdę o nim myś- lał? – oraz moralnym aspektem takiego spadku wynajął Roba, by zarządzał nieruchomościami, a sam wrócił do 14 MARION LENNOX Stanów. Do pracy na stanowisku głównego anestezjologa w szpitalu Manhattan Central. Ale tu wrócił. Manwillinbah Lodge, dawniej własność macochy, wytwórnia win i pierwotnie elegancki pensjonat, przez jakiś czas po poz˙arze słuz˙ył jako przytulisko dla poszko- dowanych. Teraz, dzięki wysiłkom Roba, wrócił do po- przedniej funkcji, ale gości było niewielu. Rob od dawna pracował w branz˙y hotelarskiej. Pięć lat wcześniej, oczywiście w pogoni za kobietą, znalazł się w Australii i skorzystał z propozycji poprowadzenia pen- sjonatu, ale ponowne rozkręcenie interesu przerastało jego siły i entuzjazm. Druga nieruchomość, wyz˙ej w gó- rach, ta, gdzie mieszkała Tori i jej towarzysze, uległa powaz˙nemu zadymieniu i od pół roku była szpitalem dla zwierząt. Moz˙e powinien wszystko sprzedać? Pozbyć się wszel- kich śladów po ojcu, którego nie znał, zerwać ostatnią nić? Rob znajdzie inną pracę. On zawsze optymistycznie patrzy w przyszłość. Jechali za samochodem blondynki. Rob to przyspie- szał, to zwalniał w rajdowym tańcu godowym. Jake z nie- dowierzaniem kręcił głową. – Odczep się ode mnie – odezwał się Rob, czytając w jego myślach. – Pomyśl o swoim z˙yciu erotycznym. – Mnie to nie dotyczy. – W tym sęk. Na moje z˙ycie składa się praca, wino i kobiety. Na twoje pacjenci, pacjenci, pacjenci... i zmart- wienia. Nie martw się. Pensjonat zacznie hulać. – Moz˙liwe. – Nagle się zastanowił, czym się martwi. Wytwórnia win zarobi na pensjonat, a on nie ma prob- lemów finansowych, więc właściwie po co tutaj siedzi? LEKARZ Z MANHATTANU 15 A Dom Starego Doktora, jak nazywają go miejscowi, wyz˙ej w górach? Warto się czepiać, z˙e cena za niska? – Jutro tam pojadę, zgłoszę pośrednikowi i wyjadę. – Do pacjentów. – To moja praca. – Ty i praca – mruknął Rob. – Jak myślisz, dlaczego namówiłem cię na te randki? Z˙ebyś zaczął z˙yć. – Z˙yję. – Akurat – odparł Rob bez przekonania. – Jasne.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Lekarz z Manhattanu
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: