Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00420 004857 14473162 na godz. na dobę w sumie
Lemon - ebook/pdf
Lemon - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 205
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-4025-5 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> powieść
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Kontrowersyjna powieść-reportaż czy tylko fikcja literacka?...

 

Młody wychowawca na obozie młodzieżowym w Lloret de Mar opisuje swoje przeżycia i uczucie pustki, jakie dosięga go po powrocie do kraju z tęsknoty za Lemonem − wrażliwym młodzieńcem, który na obozie był jego podopiecznym. Bohater, kreując się na autoironicznego, sarkastycznego mizogina, obnaża przy okazji całą prawdę o Lloret: o relacjach między podopiecznymi a ich wychowawcami, o współpracy kadry pedagogicznej, o jej postawie, jej grzesznych występkach, niedoskonałościach i tęsknocie za młodością.

Autor, w sposób niebywale dynamiczny i obrazowy, maluje także portret dzisiejszych nastolatków, oddających się niezliczonym uciechom i marzących o zaspokojeniu najskrytszych potrzeb. Malowniczo opisuje fragment słonecznej i nostalgicznej Hiszpanii, gdzie zazdrość, chęć rządzenia innymi, hipokryzja i egoizm mieszają się z tęsknotą, namiętnością oraz potrzebą bliskości drugiego człowieka.

 

Prawda może jednak budzić skrajne kontrowersje. Ale staje się również postulatem sprawiedliwości i manifestem najgłębszych ludzkich uczuć.

 

Dynamizm, humor, sarkazm, metafizyka, wielki społeczny problem natury etycznej… i odwieczny problem jednostki − miłość… Symbolem tego wszystkiego jest − Lloret de Mar.

(fragment z okładki)

 

 

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

1 Tytuł: Co się wydarzyło w Lloret de Mar / Lemon Autor: Alexander Haus Redakcja: Alexander Haus, Iwona Kmiecik Autokorekta interpunkcyjna: Alexander Haus Korekta ortograficzna, leksykalna i frazeologiczna: Iwona Kmiecik Skład e-booka: Alexander Haus Projekt okładki: Alexander Haus Utwór chroniony jest prawami autorskimi oraz zabezpieczony znakiem Watermark. Kopiowanie fragmentów lub całości utworu w celu jego rozpowszechniania – zabronione. ISBN: 978-83-272-4025-5 Nota redakcyjna: Wydarzenia przedstawione w powieści są kreacją literacką jej twórcy. Wszelkie jej podobieństwa do jakichkolwiek osób, instytucji bądź zdarzeń są przypadkowe i nie mogą stanowić podstawy do żadnych roszczeń z tytułu wątpliwych asocjacji. Strona autora: www.alexanderhaus.manifo.com Copyright © by Alexander Haus, 2013 2 Jeśli kiedyś znajdziesz się w beznadziejnie ciemnym tunelu, zamknij oczy, a zobaczysz światło. Ono będzie moją wiarą w Ciebie. Lemonowi 3 Lemon (modlitewny pastisz) Drzewo cytrynowe na hiszpańskim Lloret de Mar wydaje plony w postaci pereł w kolorze fali słońca lecz rodzi je nocą, na ołtarzu, tam gdzie Anioł i Demon. Drzewo cytrynowe na hiszpańskim Lloret de Mar ma jeden szczególny ornament − Lemon, co fakturą przypomina ludzką skórę. Ciiisza! Złożone dłonie, serca w górę!: Oto jest bowiem drzewo cytrynowe na hiszpańskim Lloret de Mar, a to jest owoc jego szczególny, który przez nas i jeszcze przez wielu będzie skosztowany na odpuszczenie grzechów. To czynię na własną pamiątkę: kosztuję go. *** Drzewo cytrynowe na hiszpańskim Lloret de Mar ma twarz młodego chłopca o imieniu Lemon. 4 1 Panie, dłonie składam do modlitwy, by wyznać ci moje grze- chy i pragnienia. Jest późna sierpniowa noc, jedna z tych, które swym smakiem i za- pachem powoli zwiastują nadejście złotej jesieni. Zapach wilgot- nej ziemi dobywa mojego powonienia, a ja składam się do snu. Pobłogosław moje myśli, żeby tak bardzo nie bolały... Jestem sam w pustym pokoju z twarzą przyklejoną do zimnej tafli szkła. Szybę, przez którą patrzą moje oczy, powlekło światło ulicznej latarni i obnażyło w nich łzy. Panie, nie pozwól łzom tym upaść na szkło, by się nie rozbiły. Zapytam cię jeszcze raz: dlaczego nie dasz mi odejść? Dlaczego pragniesz, bym stanowił kontinuum twojego boskiego planu? Przybądź i ułóż mnie do snu, jak matka swoje dziecię. Przeże- gnaj mnie wszechmogącą dłonią, uczyń nią łaskawy znak krzyża na moim czole i pozbaw mnie tych pięknych myśli... Zapytam cię jeszcze raz: Dlaczego nauczyłeś mnie tak mocno kochać?... 5 2 Szczerze powiedziawszy, dokładnie nie pamiętam, ale był chy- ba jakiś kwietniowy dzień, kiedy gdzieś przed godziną piętnastą na moim biurku zadzwoniła komórka. Fakt ten w żadnym razie nie stanowiłby sensacji, jeśli pominęłoby się to wszystko, czego komórka ta stała się zwiastunem, jednak właśnie dlatego zamie- rzam rozpocząć swoją opowieść od znienawidzonego przeze mnie dźwięku Bóg wie jak idiotycznego dzwonka. O ile pamięć mnie nie myli, byłem w trakcie przygotowań do zajęć w szkole językowej i bodajże za kilka minut miałem wyjść z domu. Odebrałem telefon: − Dzień dobry, z tej strony... − usłyszałem jakieś wyartykuło- wane dźwięki sygnujące czyjeś imię i nazwisko, które w chwi- lach zaskoczenia umykają niezrozumiałe, jakby wypowiadano je co najmniej w egzotycznym narzeczu − ...pański numer od Przemka Budzińskiego i dlatego chciałem zapytać, czy pan też je- dzie w tym roku do Lloret?... Zdębiałem. Przyznam również, że kiedy podniosłem słuchaw- kę, głos miałem, jakbym był obrażony na cały świat, jakbym zro- bił komuś łaskę, że odebrałem telefon. Brakowało tylko, żebym dorzucił: Mimo iż śmiałeś przeszkodzić mi w pracy, łaskawie ra- 6 czę cię wysłuchać, kimkolwiek jesteś, ale nie mam już niestety czasu na kolejne korepetycje, poza tym biorę strasznie drogo za godzinę i w ogóle nie mam ochoty użerać się z kolejnym napalo- nym pseudouczniem, który po paru miesiącach stwierdzi, że hiszpański jest jednak dla niego za trudny... Kiedy tak płonąłem wewnątrz samego siebie, zapewne z fru- stracji braku faceta, głos młodego chłopaka sukcesywnie gasił we mnie ogień i coraz wyraźniej dochodziło do mnie każde jego sło- wo. Co tu dużo mówić, był całkiem chłopięco rzeczowy, jeśli ktokolwiek wie, co mam na myśli. Lloret de Mar, pomyślałem. A więc z polecenia. Jakiś obozo- wicz. Jakiś młodzieniec. Od Przemka Budzińskiego?... Wybiła trzecia. Słońce marne − jeszcze niedojrzałe po zimie. Wsłuchałem się cierpliwiej w głos nieznajomego. − Przemek mówił, że z panem jest tak super na obozie... Teraz, kiedy słucham w pamięci tych słów, jestem jakby nie z tego świata, jakbym był w komnatach Afrodyty. Czuję, jak zaw- sze w takich chwilach, smak i zapach piżma. − Cieszę się − odparłem. Zdążyłem wcześniej poprosić go, by jeszcze raz wyjaśnił mi, w jakiej właściwie sprawie do mnie dzwo- ni, i dopiero pod koniec quasi-monologu miałem jasny obraz sy- tuacji. Notabene, zaskoczyła mnie ona i wprowadziła w niemałą konsternację. Przemek Budziński, o którym mówił mój rozmówca, istotnie był moim podopiecznym z obozu w Lloret w zeszłym roku. Po- nieważ listy uczestników zawsze przechowuję w domowym ar- chiwum, a w zasadzie trzymam je z jakichś powodów prawie pod ręką, w krótkim czasie mogłem potwierdzić personalia polecają- cej mnie osoby. Kilka minut później znałem też personalia osoby, która do mnie zadzwoniła, zapodane mi raz jeszcze poprzez zmyślne urządzenie końca dwudziestego wieku o lapidarnym akro- nimie GG. Tak, wymieniliśmy się numerami i zaczęliśmy ze sobą pisać. Jego imię brzmiało Avid, a aura, jaką roztaczał, była nieomal tak sakralna jak posąg Michała Anioła. W greckim paradygmacie różnica między nim a antyczną rzeźbą sprowadzałaby się jedynie do tego, iż nie stworzyło go dłuto utalentowanego mistrza, lecz 7 dłoń boga o imieniu Eros. Stąd zapewne moje mityczne poczucie bytności w komnatach samej Afrodyty, poczucie, które zagościło we mnie w dniu, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem tę postać na własne oczy. Nie potrafię jej jeszcze opisać. Jeszcze nie teraz. Choć tak wyraźnie widzę jego uśmiech, choć tak syntetycznie przenika mnie lazur jego krystalicznej tęczówki, analizy takiej twa- rzy przeprowadzić na ten czas nie umiem. Jestem jak mędrca szkieł- ko i oko, tyle że bez mędrca. Jestem nim − zaczarowany. 8 3 Siedzę sam w pustym pokoju z twarzą przyklejoną do zimnej tafli szkła. Głowa pęka mi od myślenia. Wzrokiem nie potrafię objąć pastwisk wierszy, które rozpościerają się nieomal za hory- zont moich nieerotycznych myśli. Słońce jest w nich obecne; za- pach skoszonej sierpniowej trawy, bukietu polnych kwiatów... Czuję na sobie twoje spojrzenie i oddycham głęboko. Nie wiem jeszcze, czy ze smutku, czy ze szczęścia. Słyszę w sobie głos i dło- nie składam do modlitwy, by wyznać ci moje grzechy i pragnie- nia. Oto moje przyrzeczenia, Boże: Totus Tuus (modlitwa) W imię ojca i syna i ducha świętego. Amen. Panie: Choć w życiu tyle razy już kochałem i choć szedłem tak grzesznie przez życie, 9 oczu takich dotąd nie spotkałem. Jestem cały Twój, Avidzie. W moim sercu łzom nie widać końca, bo łez morze w oczach Twych spotkałem na Lloret de Mar − łzy jak krople słońca. Nie poznałeś, lecz ja też szlochałem. Być może ze szczęścia. Boże: Niech te oczy ze smutku nie płaczą, niech z radości jeno łzy z nich płyną, a ja dla nich będę podporą i miłości siłą! Bo, zaprawdę powiadam: Choć w życiu tyle razy już kochałem i choć szedłem tak grzesznie przez życie, oczu takich dotąd nie spotkałem. Jestem cały Twój, Avidzie. W imię ojca i syna i ducha świętego. Amen. Wyznanie przybrało postać wiersza. Wiersz jest modlitwą. Wy- syłam ci ten wiersz mailem. Zamykam komputer. Okrywam się kołdrą. Zasypiam bez ciebie. 10 4 Na dzień przed wyjazdem jak zwykle dopadły mnie dolegliwo- ści natury gastrycznej, choć nie biegałem co chwilę do toalety, ani nie towarzyszyły temu żadne perturbacje, na dźwięk których człowiek robi się czerwony. Po prostu delikatnie bolał mnie brzuch i po prostu niespecjalnie miałem ochotę jechać do Lloret. Jako wychowawca i kierownik obozu młodzieżowego wcze- śniej byłem w Lloret tylko raz, w ubiegłym roku. Uwielbiałem jeździć z młodzieżą, chociaż to kipiące z pożądania miasto potra- fiło nieźle zaleźć człowiekowi za skórę i sprawić, że włosy sta- wały dęba. Czasem myślę sobie, że gdyby co niektórzy rodzice zdawali sobie sprawę z tego, w jakie pielesze kładą swoją dorodną nastoletnią pociechę, wysyłając ją na obóz do Lloret de Mar, za- mknęliby ją w domu na wszystkie spusty i nigdy z niego nie wy- puścili. Lloret de Mar było miastem kipiącej wręcz jak lawa Wezuwiu- sza nastoletniej chuci. Stolicą hiszpańskich dyskotek, zagrodą eg- zotycznych imigrantów z Maroka, Kuby i Dominikany, którzy całymi stadami zjeżdżali tam w poszukiwaniu hotelowej pracy, z nieśmiałych sprzątaczek przeobrażając się w ośmielone specja- listki od plądrowania portfeli nastoletnich turystów, i synonimem 11 młodości, którą dojrzeć można było na każdym kroku. Lloret sta- nowiło również swoistą stajnię świńskiej grypy i zatokę wszelkiej maści chorób, od opryszczki płciowej po AIDS. Śmiać mi się chce, kiedy pomyślę, jaką sensację rozdmuchały w tym roku ma- smedia, w związku z pandemią świńskiej grypy w tym zagajniku samego Lucyfera. O, tak, Lloret można by swobodnie określić ta- kim właśnie mianem, jeśli ma się nieco kąśliwy umysł i zazdrości młodym ludziom tej od groma obecnej przyjemności, jaką potrafi dostarczyć to niewątpliwie urokliwe miasteczko. Moherowe bere- ty żegnałyby się na rogu każdej ulicy, albo zaślepione pięknem katalońskiej Costa Brava, udawałyby, że niczego nie widzą. Otóż na Lloret de Mar egzotyczni murzyni sprzedawali nie mniej egzo- tyczne zakazane używki, egzotyczne Marokanki proponowały nie mniej egzotyczne marokańskie usługi (w tym HIV gratis, a scene- rią mogła być zawsze kamienista plaża nocą), zaś błyskająca neo- nami kolekcja bodaj pięćdziesięciu dyskotek oferowała darmowe macanie po dupie, a w wersji soft − mizianie gejowskimi rękoma po heteryckich włosach. Jednym słowem − młodości, dodaj mi skrzydeł, niech odlecę! A odlecieć na Lloret de Mar też można było bardzo łatwo. Wystarczyło kupić sobie flaszkę wódki w mię- dzyhotelowej arkadzie sklepów spożywczo-monopolowych, gdzie przemiłe panie Hola i Adios tak samo przemiło sprzedawały wszel- kiej maści trunki niespełna siedemnastoletnim turystom i gdzie przemiła pani mosso d Esquadra (czytaj: katalońska policjantka) udawała ślepą. Wszyscy byli zatem przemili, bo jedni chcieli so- bie poużywać, a drudzy chcieli zarobić. W tej cudownej mekce kipiących od pożądania dziewic, płaczliwie przyglądających się każdemu nastoletniemu chłopcu gejów, cyganek okradających bogu ducha winnych nastoletnich turystów, którzy nie zdążyli jeszcze dobrze wysiąść z autokaru i wyjąć z niego bagażu (moją podopieczną okradła w ten sposób jakaś stara złodziejka), było też wiele hiszpańskiego uroku, było w niej słoneczne lato i nie- kończące się morze z Dzikim Wybrzeżem ze ścianą mokrych od fali skał. Lloret de Mar − to tam pokochałem oczy tego chłopca i to tam miast stracić swoje dziewictwo, odzyskałem je na nowo. − Marku, mam do ciebie gorącą prośbę − Baśka z Biura, koor- dynatorka młodzieżowych uciech, zadzwoniła do mnie w przeded- 12 niu wyjazdu i postawiła mnie przed faktem dokonanym. Byłem akurat na poczcie. − Trzeba by zrobić antenkę z Warszawy przez Kielce do Katowic. Nie pojechałbyś? Żadnych antenek. Sama droga z Katowic na Costa Brava miała przecież trwać trzydzieści godzin. Trzydzieści godzin ze zgiętymi kończynami w diabelsko klimatyzowanym autokarze i tak prze- kraczało granice mojej tolerancji lokomocyjnej, a tutaj taki zonk! Miałbym jeszcze jechać wcześniej z Katowic do Warszawy i z powrotem? − Wiesz. Ja mam znajomą, która mogłaby nam pomóc, ma uprawnienia wychowawcy. Zadzwonię do niej. Daj mi chwilę. − Bardzo bym ci była wdzięczna. Po prostu nie mamy już tam kogo posłać, a szef mówi, że nie obejdzie się bez opiekuna na tra- sie. Woń wanilii w oparach dusznego lata topiła się na kartonowej choince wiszącej w moim samochodzie, jak karmelowy cukierek. Przypomniała o sobie, gdy − przejęty podnoszącą mi ciśnienie in- formacją − włączyłem klimatyzację. Wanilia działa w sposób błogosławiony na moje mięśnie i zawsze mnie odstresowuje. Zadzwoniłem do Danusi. Powierniczka moich najskrytszych se- kretów i chyba jedyna osoba, która natychmiastowo i bezintere- sownie spełnia wszystkie moje prośby, jak zawsze okazała się niezawodna. Nigdy nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego jest moim aniołem stróżem i wybawia mnie z każdej niemalże opresji. − Kiedy i gdzie mam być? − to jedyne, o co zapytała. Anioło- wie o nic więcej nie pytają. − Przyjedź do mnie na dziewiętnastą − ciągnąłem. − Podrzucę cię od siebie do Katowic. − Będę o dziewiętnastej. − Aniołowie nigdy się nie spóźniają. Doznałem ulgi. Oddzwoniłem do Baśki, koordynatorki mło- dzieżowych uciech, przekazałem jej cudowną nowinę i odjecha- łem szczęśliwie do domu. Gdyby on wiedział, że to ja miałem go odebrać z samych Kielc, dziś zapewne nie byłby zadowolony. Gdybym ja wiedział, że to on stanie się Morfeuszem moich snów, odebrałbym go z tych Kielc, nawet gdyby były na drugim końcu świata, albo... nigdy nie wyjechał do Lloret. A Lloret, och, Lloret było jak Olimp, na którym bogowie oddawali się niekończącym 13 się uciechom, na którym eliksir młodości lał się strumieniami i odu- rzał swoim bukietem, a w powietrzu unosiły się głównie męskie feromony i pachnidła o erotycznej nucie. Rozmarzony, stoję teraz w wyobraźni nad cedrowym naczyniem i komponuję zapach Llo- ret, a w zasadzie to staram się go odgadnąć. Jest jak Mania, jak Black Code albo Emporio − Armaniego. Od strony Santa Clotil- de, gdzie rozpościera się semigejowska plaża nudystów, wieje nutą słodkawej ambry i ostrego piżma. Wieje też fetor męskich spoconych ciał. Nad Platja de Lloret1, w samym sercu miejscowego wybrzeża, gdzie młodzi ludzie masowo opalają się za dnia, by w księ- życową morską noc opaleniznę ostudzić na tejże plaży już w nieco inny sposób, unosi się cała orkiestra zapachów. Drzewo cedrowe gra pierwsze skrzypce, w tle słychać mandarynkę, anyż i cichą nutę szafranu. Kiedy podejść bliżej morskich fal, odzywa się ozon i jod, w promieniach metalicznie lśniącego słońca. Ale kiedy Platja de Lloret robi się nocą wilgotna i granatowa, duet ten gaśnie i wtedy piżmo z ambrą grają na mokrych kamieniach, a ja uświadamiam sobie, że... nie gram. W nic nie gram. Po raz pierwszy od wielu lat nie udaję przed samym sobą i nie prowadzę żadnej gry. Nuta pieprzu zawieruszyła się gdzieś wśród nocnych woni i dotarła do hotelu Don Juan, gdzie mieszkaliśmy. Faktycznie, pomyślałem, pieprzy się całe Lloret. Na Lloret de Mar odbywa się nocna uczta, a ja jestem sam, niezdolny tak ucztować, a przed oczami mam je- go oczy, i w oczach swoich łzy. Gdzie teraz jesteś, Avidzie? Czy uczestniczysz w tej namaszczonej zapachami uczcie i nie jesteś wart mojego zaangażowania? Myślę tak sobie, że może wtedy, tej drugiej nocy, gdy zgubiłeś na plaży spodnie z paszportem, może tej drugiej nocy ucztowałeś? Kim tak naprawdę jesteś? Jak bar- dzo twoje oczy potrafią kłamać? I czy najwyższe piękno jest dziełem szatana? Jest późny sobotni wieczór, w przededniu wyjazdu. Odzywasz się do mnie na GG i prosisz o potwierdzenie adresu miejsca, z któ- rego Danusia zabierze was do Katowic. Podaję ci adres. Nie wiem jeszcze, że się w tobie zakocham. Nie wiesz jeszcze, że 1 (catal.) dosł. Plaża w Lloret − funkcjonuje jako nazwa własna. Najbardziej uczęszczane miejsce plażowe w Lloret de Mar. 14 staniesz się obiektem moich westchnień. Dziękujesz mi, tak nie- winnie, jak potrafisz dziękować, patrząc ludziom prosto w oczy. Nie wiem jeszcze, jak niewinnie potrafisz dziękować. Spakowany składam się do snu przed wyprawą. Jutro zobaczę cię po raz pierwszy na własne oczy. Jutro uśmiechniesz się do mnie i od tej pory będę pobłażał wszystkim twoim nastoletnim wybrykom. Jutro twoje oczka kota w butach ze Shreka poczęstują mnie miękkim, kolorowym, soczystym misiem a la haribo o smaku cy- trusowym i ukradną moje serce. Przy tobie dziecinnieję... Dobranoc, Lemonku. Do jutra. (Dolegliwości natury gastrycznej opuszczają mnie i zasypiam wyciszony.) 15 5 Na parking przy ulicy Niepowiemiaka w Katowicach zajeżdża- ją, jeden za drugim, dwa luksusowe autokary firmy Jordik s Fak- T-our, mgr inż. Isak Jordik i Wanna Ssak-Jordik, spółka z o.o. Flota organizująca młodzieżowe uciechy wkracza niemal dostoj- nie, jest jeszcze nowa, w kolorze wyróżniającego się na tle in- nych autokarów granatu. Szwagier z siostrą właśnie przywieźli mnie do punktu wyjścia. W oddali widzę koczujących już rodzi- ców ze swoimi pociechami. W Katowicach wsiada najwięcej osób, bo aż trzydzieści jeden z pięćdziesięciu czterech uczestni- ków, których pomieści jeden z autokarów nowoczesnej floty. Nikt zapewne nie domyśla się, że ten chłopięco wyglądający ele- gancik w białych adidasach sprawował będzie arcypieczę nad ich pociechami. Że pozwoli im na uciechy, o jakich sami nie śmieli marzyć, kiedy byli w ich wieku. Deseń wypłowiałych żonkili le- dwo przebija się zza chmur. Znika. Żegnam się z siostrą i szwagrem i podążam w kierunku statku, który odpłynie prosto na wybrzeże Lloret. Maszt sterczy nad smutnym niebem, gotowy, aż popchnie go wiatr. Wewnętrzny kompas każe mi włożyć swoje bagaże do lewego skrzydła luku bagażowego. Antenka z Warszawy przez Kielce jeszcze nie dotarła. Idę się przedstawić... 16 6 Leokadię i Halinę − dwie opiekunki, z których jedna była do- datkowo ratownikiem, a druga pilotką − poznałem dopiero przed autokarem w dniu wyjazdu. Organizator młodzieżowych uciech obarczał zawsze opiekunów podwójną funkcją; obarczył również podwójną rolą te dwie debiutujące niewiasty, które, jak się póź- niej okazało, dość mocno wzięły je sobie do serca. Minąłbym się z prawdą, gdybym na didaskaliach niniejszego aktu mowy nie zanotował krótkiego sprostowania: obie świeżo upieczone panie przedszkolanki (tak bowiem pozwolę sobie je od teraz nazywać) miały to niesamowite poczucie władzy pod tytułem przejęłam ja ci rzemień od losu, co mi dupę lał, i teraz ja ci tym rzemieniem w odwecie w dupsko dam . Nie pytajcie, proszę, co przez to rozu- miem, zrozumcie jedynie, że dwudziestoczteroletnim debiutant- kom nie wypada pozować na pana i władcę − a ściślej rzecz bio- rąc: na panią i władczynię − przed prawie pełnoletnimi dziewczę- tami, szczególnie że dystans wizualny między obiema paniami przedszkolankami a ich trzydzieściorgiem podopiecznych wynosił może... bo ja wiem... jakiś jeden centymetr... Gdyby się uprzeć, panie przedszkolanki można by wziąć za przedszkolaków; a mi- mo to obie czuły się nader pewne siebie. Już w pierwszych 17 dniach obcowania z młodzieżą rozbrykały mi się jak nieokiełzna- ne agresywne klacze! Ich galop osobiście musiałem przystopo- wać, kiedy przyszło mi dzwonić do rodziców jednej z podopiecz- nych i dyplomatycznie przepraszać za to, iż jedna z pań raczyła wytknąć córeczce tatusia, że tą swędzi cipka . Tatuśkowie nie lubią, kiedy mówi się, że cokolwiek swędzi ich córeczkę. Oj, na- wet nie wyobrażacie sobie, jak bardzo tego nie lubią. Halina i Le- okadia do dziś żyją w błogiej niewiedzy, w przekonaniu, że spra- wa ta tak po prostu sama ucichła i że ich przeprosiny cokolwiek problem rozwiązały. Dorzucę jeszcze, że tatuśkowie reagują też bardzo alergicznie, gdy ktoś stara się im wmówić, że ich ukocha- na córeczka przelizała się z połową Lloret , oj, nie chcielibyście wiedzieć, jak alergicznie reagują wówczas tatusiowie. Pozosta- wiam to jedynie waszej wyobraźni i przechodzę do meritum. Halina była dosyć powściągliwą w relacjach z innymi ludźmi, rzetelnie wykonującą swoją pracę absolwentką historii, Leokadia zaś skrajnie ekstrawertyczną optymistką. Jej optymizm epatował w migotliwych oczętach i perlistym uśmiechu, którym od pierw- szej chwili próbowała mnie oczarować. Tak bardzo osaczyła mnie przy autokarze swoją czarującą osobowością, że przez tych kilkadziesiąt minut, gdy staliśmy na parkingu w Katowicach, nie widziałem w zasadzie niczego poza jej penetrującym spojrzeniem i śnieżnobiałymi zębami, które mówiły do mnie i mówiły, jak kata- rynka, a przy tym wykazały się piorunującą znajomością mojej osoby, co już na wstępie naszej relacji dało mi do myślenia. Le- okadia bowiem wyszperała w Internecie wszelkie możliwe na mój temat informacje i nie omieszkała podzielić się ze mną tą wiedzą. Mogło mi to imponować, bowiem wyzwalało we mnie pewną próżność, ale mogło też obudzić we mnie czujność, po- nieważ przed delikwentami, którzy, zanim cię jeszcze poznają, prześwietlają na wylot twoją osobę w prywatnym procesie lustra- cyjnym, należy mieć się na baczności. Miałem się więc na bacz- ności już od pierwszej chwili, nie będę jednak ukrywał, że czuj- ność swą zatraciłem na jakiś czas, kiedy w trakcie podróży auto- karem (notabene ramię w ramię z Leokadią), utwierdziłem się w przekonaniu, że po prostu jest ona mną zainteresowana. Chociaż trochę krępowało mnie to, że tak bardzo się do mnie przykleiła − 18 w głębi duszy cieszyłem się, że znalazłem świetnego kompana i że tak dobrze się rozumiemy − takie bowiem miałem wrażenie, nim jeszcze załoga nowoczesnej floty Isaka i Wanny Jordików zdążyła wypłynąć na wybrzeże Lloret. − Ta antenka z Warszawy jeszcze nie dojechała? − w którymś momencie udało mi się wtrącić w rozmowę z Leokadią wyrażają- ce moją rosnącą niecierpliwość pytanie. Uwolniłem przy okazji na chwilę swój wzrok i ogarnąłem nim pieczołowicie pracującą Halinę, która, jak przystało na panią pilot, z listą w ręku wpusz- czała zjeżdżającą się młodzież do autokaru. Nie liczyłem na od- powiedź. Pytanie było retoryczne i miało jedynie na celu oderwać się na moment od Leokadii i mimowolnie zasygnalizować jej, że są ważniejsze w tej chwili sprawy od mojej skromnej osoby. − Racja − uśmiechnęła się do mnie entuzjastycznie. − Są waż- niejsze w tej chwili sprawy od twojej skromnej osoby. − I przy- znałem w duchu, że była bardzo spostrzegawcza i bardzo inteli- gentna, a już sekundę później widziałem ją pełną wigoru, jak przymilała się do rodziców jakiegoś chłopca, pozując na jeszcze bardziej błyskotliwą niż była. Rozglądałem się po nowoprzybyłych. Liczyłem chłopaków. Oceniałem, czy którykolwiek z nich będzie mógł mi posłużyć za natchnienie, ale poza jednym wysokim młodzieńcem w okularach (a w zasadzie pełnoletnim już mężczyzną) nikogo nie usadziłem na ławce rezerwowych kochanków. Nawet gdyby się taki znalazł, to mógłby jedynie zagrać na boisku mojej erogennej wyobraźni − prostuję, by nikt nie insynuował mi, jakoby mój udział w tej im- prezie był szemranie... intencjonalny. Można mi zarzucić słabość, ale posądzenie mnie o zamiar uwiedzenia jakiegoś nastolatka by- łoby tendencyjne. Do czego zresztą w świetle prawa miałbym pra- wo, bo − uwaga − intymne relacje pomiędzy dorosłymi a osoba- mi, które skończyły już piętnaście lat, w Polsce były i są dozwo- lone. Nadmieniam, ponieważ zdecydowana większość społeczeń- stwa nie jest tego świadoma i chętnie szuka sensacji tam, gdzie jej w żadnym razie być nie powinno. A moi podopieczni dawno mieli ukończone piętnaście lat. Moi podopieczni byli niemalże dorośli... Wiem... to i tak nie usprawiedliwia strony etycznej. Wiem, 19 i niczego nie mogę sobie zarzucić. Może nawet żałuję własnej poprawności. Matowe żonkile znów wyszły na moment zza chmur − chcia- łem w pewnej chwili zauważyć, ale słońce wnet się schowało. Masztowiec błysnął na krótko w refleksach światła, gotowy do rejsu ku wybrzeżom Costa Brava, a ja i Leokadia znów mówili- śmy do siebie uśmiechami, dopóki Danusia nie zadzwoniła do mnie z informacją, że właśnie wjeżdżają na parking... Antenka z Warszawy. Przez Kielce. Z nim. 20
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Lemon
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: