Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00339 006075 14695340 na godz. na dobę w sumie
Les Enfoires - ebook/pdf
Les Enfoires - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 87
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-936801-2-2 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Czy można sięgnąć dna, otrzeć się o śmierć, pokonać nałóg i odnaleźć prawdziwą miłość?

Czy można mieć wszystko: sławę pieniądze, popularność a mimo tego nie być szczęśliwym?

Czy można kogoś mocno kochać i jednocześnie równie mocno nienawidzić?

Zapraszam do przeczytania tej książki a na pewno znajdziecie w niej odpowiedź na te pytania...

 

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Les Enfoires IZABELA MROZIŃSKA CZĘSTOCHOWA 2013 © Copyright by Izabela Mrozioska Projekt okładki Łukasz Urbaoski Zdjęcie Aleksandra Sitarek https://www.facebook.com/pages/Aleksandra-Sitarek-Fotografia/216920948339666 ISBN 978-83-936801-2-2 Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autora. Rozdział I Wyzwanie Może zadzwonid do Francisa Sardou? Miał pustkę w głowie, przecież musi się znaleźd Była zima, chod we Francji to pewnie pojęcie względne, gdyż było 150 a to bynajmniej nie jest zimowa temperatura. Jean Paul Maxime siedział w pokoju w mieszkaniu na Montmare i przeglądał dokumenty. Złapał się za głowę, jak on miał się w tym wszystkim połapad? Nagle został zalany stertą papierzysk do których nie wiedział jak ma się zabrad. Dobre sobie- pomyślał, on prezesem fundacji. A teraz na jego głowie cały koncert. Kopnął z wściekłością karton. jakieś wyjście. Postanowił działad, wykręcił numer znajomego. - Halo- odpowiedział mu głos. - Witaj Francis tu Max. Co u ciebie, jak Marie? - Dziękuję, ciążę znosi bardzo dobrze, nie to co przy Jaquesu. Trochę pobolewa ją kręgosłup, ale to normalne. - A co z Michele? - Wyjechała do Lyonu, zamierza tam studiowad a póki co nie chcemy jej naciskad. - Nie rozumiem? - Wiesz ona teraz ma trudny czas, rozstała się z Julienem i trudno jej teraz myśled o czymkolwiek innym. - Wcale jej się nie dziwię, pamiętam jak moja siostra przeżywała zawody miłosne, jeden wielki płacz w domu. - Dzwonisz, żeby pogadad, czy masz konkretną sprawę?- zapytał Francis. - Wiesz, Restorien ma kłopoty a właściwie ja. Spadła na mnie cała praca związana z prowadzeniem biura Fundacji, no i jeszcze ten koncert. - Spokojnie, zadzwoo do Jaquesa Golana, on nie pozwoli aby dzieło Patricka upadło, zbyt wiele dla niego zrobił. - Ale to nie jest prosta sprawa Francis. Ja nie wiem czy koncerty w ogóle się odbędą a bez nich i płyt nie damy rady. - Jeśli o mnie chodzi, to wiesz że będę, chodbym miał śpiewad sam. Może uda mi się coś wymyślid, póki co nie łam się. Max dasz radę, świetny z ciebie facet. - Dzięki Francis, pozdrów rodzinę, zatem widzimy się w Nantes? - Tak, do zobaczenia. - Cześd. Odłożył słuchawkę i wypuścił powietrze. Może jednak się uda pomyślał i z nowym entuzjazmem zabrał się do pracy. Musiał rozliczyd projekt unijny dotyczący wymiany młodzieży. Dzięki niemu dzieciaki z ubogich dzielnic Paryża mogły ubiegłego lata wyjechad na kolonie do Niemiec. Ale teraz musiał posegregowad papiery i przesład do urzędu do kooca lutego. Chod miał jeszcze dużo czasu nie chciał zwlekad, bo z dotacjami nie było żartów. Na każde wydane euro musiał mied pokwitowanie. Dlatego wolał osobiście sprawdzid wszystkie dokumenty. Chciał to mied z głowy, za dwa tygodnie miała się zacząd trasa enfoiresów a wtedy na nic nie będzie miał czasu. Jeśli ta oczywiście się w ogóle się odbędzie. Po śmierci Patricka Maurane’a to on miał przejąd zarządzanie Restorien. Nie spodziewał się takiej decyzji, tym bardziej, że wyboru dokonało całe Restorien. Chod był wzruszony czuł, że bierze na swoje barki ogromny ciężar i odpowiedzialnośd. Tegoroczny koncert miał byd jego pierwszym. Wcześniej bowiem to Patrick wszystkim dyrygował a on go tylko podpatrywał niczym uczeo swego mistrza. Gdy zmarł, jedyne co pomagało mu przetrwad to zaangażowanie w Restorien. Maurane był dla niego jak ojciec, gdy go zabrakło cała akcja nagle mogła upaśd. Nie chciał pozwolid, aby dzieło jego przyjaciela nie przetrwało po jego śmierci. Po godzinie znalazł wszystkie dokumenty, wpiął je do teczki i odłożył na półkę. Spojrzał na zegarek, dochodziła 19.00. Czas pójśd do domu, siedział w biurze od 7.00, wszyscy dawno już wyszli. Przetarł dłonią czoło, był naprawdę zmęczony. Poukładał stos papierów, które piętrzyły się na biurku jakby z satysfakcją mówiąc ile go jeszcze czeka pracy. Zamknął drzwi i poszedł na przystanek. O 20.00 dotarł do mieszkania. Usiadł na sofie i przez kwadrans nie mógł się zmusid, aby z niej wstad. Oczy same mu się zamykały. Włączył radio i usnął. Obudził go dzwonek telefonu. - Słucham? - Spałeś? Dobrze się czujesz? - Tak Jaques, musiałem się na chwilę zdrzemnąd, jestem wykooczony. - Jak sobie radzisz? Przepraszam, że cię nie odwiedziłem, ale naprawdę nie mogłem. - Mogłeś chociaż zadzwonid- powiedział z pretensją w głosie. - Przepraszam, ale nie cofnę już tego. Jak mogę ci teraz pomóc? - Jaques mamy mało bardzo artystów. Większośd postanowiła się wycofad po śmierci Patricka, jakby nie wierzyli, że bez niego Restorien przetrwa. - Mylisz się Max, to nie jest tak. Oni bardzo byli związani z Mauranem po prostu trudno im koncertowad, kiedy go już nie ma. - Ale właśnie dlatego powinni to zrobid! - Wiem, ale Jean ty masz dopiero 30 lat. Chod wiem, że sporo przeszedłeś, ale ludzie różnie reagują na odejście, tych których kochali. Nigdy nie brałeś udziału w Les Enfoires, nie wiesz jaka tam panuje atmosfera. My jesteśmy jak jedna wielka rodzina, gdy ktoś z niej odchodzi opłakujemy go, ale każdy na swój indywidualny sposób. Nie potępiaj ich, tylko dlatego że tobie się udało z tym uporad. Poza tym popatrz na to z ich strony, od 15 lat koncertowali a Patrick był przy nich, teraz nagle umarł, a jego miejsce zajął jakiś gówniarz. Mają prawo byd zdezorientowani. - Wybacz, masz rację. Dotąd nie patrzyłem na to w ten sposób. - Ja także musiałem na jakiś czas wyjechad i sobie to wszystko poukładad. Ból nie mija tak po prostu, potrzeba na to czasu. Postaram się z nimi porozmawiad. - To jeszcze nie wszystko, nawet jeśli zdołasz przekonad żeby koncert się odbył i jeśli policzymy pieniądze ze sprzedaży płyt możemy mied za mało. - Dlaczego, co się stało? - Darmont się wycofał a to był nasz główny sponsor. W wyjaśnieniu napisał, że nie będzie współpracował z placówką, której prezesem jest były narkoman. - A to dranie. - Ja im się nie dziwię, sam wstydzę się, tego kim byłem. A oni muszą dbad o renomę firmy. Zresztą sam nie wiem dlaczego Restorianie mnie wybrali. Wiedzieli czym to się może skooczyd a jednak na mnie głosowali. - Wybrali cię, bo wiedzą że właśnie ktoś taki jak ty da sobie radę. - Co przez to rozumiesz? - Max ty sięgnąłeś dna, upadłeś tak nisko, jak żaden z nas. Dlatego masz siłę przebicia u tych ludzi. Oni cię słuchają, bo wiedzą, że przechodziłeś przez to samo co oni teraz. Tobie się udało, dlatego jesteś dla nich wzorem. Jean nie zmarnuj tego daru, masz w sobie dosyd siły, aby podoład temu wszystkiemu. Spróbuj swoją życiową porażkę przekud w sukces. Pokaż ludziom z Darmont, że źle zrobili. Spotkaj się z nimi, porozmawiaj i wyjaśnij dlaczego zacząłeś i przestałed brad. Może nic tym nie wskórasz, ale ja uważam, że warto spróbowad. - Póki co sobie nie radzę i jestem przerażony, brakuje mi pomysłów. - Weź się w garśd, przecież powiedziałem, że ci pomogę. Zbiorę el bande i umówimy się na spotkanie. Spróbuję im wytłumaczyd, dlaczego powinni wystąpid a do ciebie będzie należało zadanie, aby ich do siebie przekonad. Widzisz oni jeśli coś już robią wspólnie wkładają w to całe serce, dlatego są tacy dobrzy. Przygotuj się zatem na ich krytycyzm i miej naprawdę świetną mowę. - Dobrze Jaques pomyślę nad tym, dobranoc. - Trzymaj się. Max odłożył słuchawkę. Poszedł do kuchni, wyjął bagietkę i posmarował ją masłem i wyszedł na balkon. Otworzył wodę mineralną i zapalił papierosa. To ostatni z paskudnych nałogów, które starał się rzucid. Zaciągnął się i spojrzał na miasto. Tysiące myśli krążyło mu po głowie. Czy da radę? Czy ma wystarczająco dużo doświadczenia? Czy ma na to wszystko siły? Czy tego naprawdę chce? - Dosyd tego- powiedział na głos. - Jeśli nie spróbujesz nigdy się tego nie dowiesz. Może Restorien upadnie, ale przynajmniej zrobisz wszystko, aby przetrwało. Chciał znaleźd następcę, bo w głębi serca czuł, że to do kooca nie jego droga. Nie nadawał się do tego, aby byd biurokratą. A praca prezesa polegała głownie na funkcji reprezentacyjnej i podpisywaniu dokumentów. Wyrzucił niedopałek i wrócił do środka. Wziął prysznic i położył się spad. Sen zmorzył go od razu. Rozdział II Przygotowania Max przetarł dłonią zaspane oczy, dochodziła 5.30 rano, kiedy budzik wyrwał go ze snu. Z ociąganiem podniósł się z łóżka i zaczął poranny rozruch. Włączył ulubioną stację radiową i przy muzyce wykonywał skomplikowane dwiczenia rozciągające mięśnie. Po chwili poczuł ciepło w całym ciele. Założył dres i poszedł pobiegad. Po godzinie skooczył i poszedł pod prysznic. Gdy spojrzał w lustro stwierdził, że jego twarz dawno nie widziała golarki. Uśmiechnął się krzywo, teraz faktycznie wyglądał jak facet z rynsztoka. Po skooczonej toalecie przekąsił talerz płatków owsianych, włożył jeansy i sweter, wziął kurtkę i poszedł na przystanek. Do pracy jeździł kolejką miejską. Miał co prawda samochód, ale w Paryżu zawsze był tłok a on nie cierpiał stad w korkach i tracid czasu. Poza tym mógł wtedy poobserwowad ludzi, pomyśled, jednym słowem odetchnąd. Przez najbliższy tydzieo Max nie myślał o niczym innym jak tylko o pracy. Zapomniał o tym co usłyszał od Jaquesa, gdy wracał do domu od razu padał na łóżko. Godzinami tonął w papierach próbując jak najwięcej dowiedzied się o tym, w jaki sposób Patrick prowadził fundację. Był na spotkaniu z merem i radą Paryża. Na szczęście obiecali pomoc a spodziewał się nawet że obetną mu fundusze i wypowiedzą najm lokalu. Jeden zero dla nas powiedział do siebie, gdy opuszczał mury urzędu. Nie lubił tego typu spotkao wiedział jednak, że są one niezbędne i będzie się musiał do nich przyzwyczaid. - Masz fajkę?- zagadnął go przechodzieo. - Nie noszę ze sobą, staram się rzucid- powiedział. - To wyskakuj z forsy albo marnie skooczysz- rzekł tamten i wyciągnął nóż. Max nie stracił zimnej krwi. Kiedyś bójki tego typu nie robiły na nim wrażenia. - Schowaj ten nóż, dobrze ci radzę. - Nie podskakuj. - Ile masz lat? Pewnie nie więcej niż 15, to twój pierwszy napad? Pewnie tak bo widzę jak ci się nogi trzęsą. Jeśli teraz się nie wycofasz, potem będzie już za późno. - Nie mądruj się tylko dawaj kasę. - Gówno ci dam, zmiataj stąd. Max zrozumiał, że żadne słowa nie przekonają chłopaka, dlatego zamierzał spokojnie odejśd. - Dokąd to? Hej zaczekaj, jeszcze nie skooczyłem. - Ale ja tak- powiedział i poszedł w stronę Place de la Bastille. Napastnik nie zamierzał jednak ustępowad i rzucił się na niego. Max zdążył się zorientowad, zaczął się szarpad z chłopakiem. Gówniarz był zwinny, Max próbował mu wykręcid rękę, nie udało mu się a gdy na jego szczęce wylądował lewy sierpowy, na sekundę stracił czujnośd. To wystarczyło i bandyta rozciął mu prawą rękę, po czym uciekł. - Cholera- zaklął pod nosem i obejrzał przedramię, rana obficie krwawiła. Za godzinę miał się spotkad z enfoiresami a teraz musiał pojechad do szpitala. Wsiadł w kolejkę i popędził do lekarza. Zadzwonił do Jaquesa i powiedział, że nieznacznie się spóźni. - Mogę ich zatrzymad jedynie przez kwadrans, potem nie będą już mieli czasu. - Dobra zrób co możesz a ja postaram się jak najszybciej do was dotrzed. Gdy zjawił się na Izbie Przyjęd wytłumaczył powagę sytuacji. Lekarz wdał się z nim w dyskusję, ale w koocu skapitulował i założył mu tylko tymczasowy opatrunek i kazał przysiąc, że jak skooczy spotkanie natychmiast zjawi się z powrotem. - Jeśli nie zszyjemy rany, pozostaną panu trwałe blizny. - Rozumiem ryzyko, obiecuję, że wrócę. Wstał z kozetki i pognał do Ruix de Pais. Nie czuł się dobrze, ręka go bolała, ale były sprawy ważniejsze niż jego ból. 20 minut po czasie zjawił się w sali. Zdążył w ostatniej minucie, gdyż zespół zbierał się do wyjścia. - Max, jesteś w koocu!- powiedział Jaques. - Przepraszam, ale nie mogłem byd wcześniej. - Darujmy sobie przeprosiny- powiedział siwy mężczyzna przy oknie. - Zaczynajmy więc- rzekł Jaques. - Claire, Zanie, Liane, Gerard, Patrick, to jest Jean Paul Maxime nowy prezes Restorien. Max poznaj przedstawicieli Enfoiresów. Zgodzili się z tobą porozmawiad w imieniu wszystkich artystów. - Miło mi paostwa poznad. - Nam również- powiedziała Claire. - Szybciej, nie mam czasu- warknął Gerard. - Daj spokój, skoro już tu jesteśmy wysłuchajmy co ma do powiedzenia- rzekła Liane. - Wiem, że wszyscy byliście przyjaciółmi Patricka, ja także nim byłem. - To dlaczego cię nie znamy?- spytał Patrick. - Ponieważ nigdy nie byłem na waszym koncercie- odparł. - Tracimy tylko czas- wypalił Gerard. - Ten dzieciak nie ma pojęcia o enfoiresach, o tym co robił Maurane. - Mylisz się- powiedział Jaques. - Nikt tego lepiej od niego nie wie. - Doprawdy? - Tak, Max opowiesz im dlaczego? Spojrzał na niego wściekły, ale wiedział że inaczej ich nie przekona. - Nie chciałem wyjeżdżad z prywatą, ale skoro nie mam wyboru niech więc tak będzie. Wychowałem się w Marseille, od dziecka rodzice mówili mi jakim to jestem dla nich ciężarem i że jestem bękartem. Praktycznie każdego dnia moje plecy czuły na sobie piekące uderzenie ojcowskiego pasa. W koocu, gdy nie mogłem już tego wytrzymad pobiłem go i trafiłem do poprawczaka, z którego po miesiącu mnie wypuścili. Wylądowałem w internacie. Skooczyłem szkołę średnią a potem przez cztery lata skutecznie udawało mi się przetrwad na ulicy. Stopniowo jednak popadałem w nałogi, zacząłem dpad. Wtedy spotkałem na swojej drodze Patricka. Dwa lata temu nawaliłem się tak bardzo, że wylądowałem na intensywnej terapii. Lekarze stwierdzili, to cud, że przeżyłem a oni dawno nie widzieli u pacjenta takiej woli życia. Patrick postanowił mi pomóc. Siedzieliśmy do późna, dpun i jego przyszły wybawca. Wyrzuciłem z siebie cały ból, jaki trawił moją duszę. Nienawidziłem siebie za to kim się stałem, byłem na najlepszej drodze, aby skooczyd jak mój stary. Patrick nie owijał w bawełnę, powiedział mi, że tego, co było nie da się już zmienid. Mogę jednak zrobid coś tu i teraz. Mogę wybrad, jak chcę dalej żyd. Posłuchałem go, poszedłem na odwyk, po roku wróciłem, byłem czysty. Zapytałem go czy mogę mu się odwdzięczyd. Powiedział, że mogę mu pomóc w Restorien. Zaprzyjaźniliśmy się, znalazłem pracę a przez resztę czasu byłem wolontariuszem w fundacji. Prowadziłem poradnię dla narkomanów. Gdy Patrick umarł, poczułem się tak, jakbym stracił ojca. Potem dowiedziałem się, że Maurane zasugerował mnie na swojego następcę. Reszta też doszła do wniosku, że poradzę sobie z kierowanie Restorien. Dlatego proszę was abyście mi zaufali i dali szansę. Przez moment panowała cisza. - Ładne przemówienie- podsumował Gerard. - Aleta ckliwa historyjka mnie nie przekonała. Pozostali także nie wyglądali na porwanych jego płomienną przemową. Zaczęli zbierad się do wyjścia. Mijali go bez słowa, w desperacji złapał za rękę ostatnią z wychodzących. Zrobił to zbyt gwałtownie, rana zabolała go a krew pojawiła się na opatrunku. Zachwiał się, kobieta zdołała go przytrzymad. - Co ci jest?- spytała z troską Zanie. - Moja ręka- zdołał tylko powiedzied i pobladł. Świat zaczął mu wirowad przed oczami. - Młody- powiedziała kobieta. Odpłynął, widział już tylko ciemne plamy. Pochłonęła go otchłao. Chciał w niej zostad, czuł się tak dobrze. Nie mógł jednak pozostad dłużej w tym stanie, gdyż poczuł na twarzy uderzenie. Powoli odzyskiwał świadomośd. Gdy się ocknął miał przed sobą wpatrzone w siebie zatroskane brązowe oczy. - No tak, dałem się pobid przez kobietę. Ależ ze mnie mężczyzna. - Widzę Młody, że humor ci dopisuje- powiedziała Zanie. - Nic innego mi nie pozostało- uśmiechnął się słabo. - Coś ty najlepszego nawyrabiał stary?- spytał Jaques. - Tak się spieszyłem, że wymusiłem na lekarzu tylko prowizoryczny opatrunek. - Młody, czy ty rozumu nie masz?- spytała Claire. - A co miałem innego zrobid, Jaques powiedział, że mam najwyżej kwadrans, aby dotrzed do Ruix de Pais inaczej was nie zastanę. - Tak, ale nie powiedziałeś dokładnie o co chodzi. - Przecież mogliśmy przełożyd spotkanie na kiedy indziej- powiedziała Liane. - Nie lubię tracid czasu- odpowiedział. - A my nie lubimy pracowad z głupcami- rzekła ostro Zanie. Jean wstał i zamierzał wyjśd. Miał ich dośd, poradzi sobie sam, nawet bez nich. - Zaczekaj, Młody- chwyciła go za rękę Zanie. - Nigdzie nie pójdziesz, nie w tym stanie. Zadzwonili po karetkę, która zabrała go do szpitala. Tam porządnie zszyli mu ranę i zabronili przez dwa dni przychodzid do pracy. Musiał przystad na ich warunki. Tym bardziej, że był z nim Jaques, który na pewno dopilnuje, aby o siebie zadbał. Golan zawiózł go do domu. Max położył się spad z przeświadczeniem, że przegrał. Rozdział III Zaskakująca wizyta Poszedł za radą medyków i dobrze wykorzystał przymusowy urlop. Nadal musiał uważad na kontuzję, ale rana goiła się bardzo szybko. Następnego dnia miał wrócid do pracy. Kompletował dokumenty, gdy usłyszał pukanie do drzwi. Otworzył je i z wrażenia, aż go zatkało. - Jaques, Zanie, co wy tu robicie? - Przyszliśmy z tobą porozmawiad, możemy wejśd?- spytała. - Oczywiście, bardzo proszę. Napijecie się czegoś? - Ja herbatę- powiedziała a ty Jaques? - Kawę poproszę. Usiedli na sofie i czekali na niego. - Jak się czujesz?- spytała Zanie. - Już całkiem dobrze, mogę wracad do pracy. Nie rozumiem jednak dlaczego tu przyszliście? - Mamy dla ciebie propozycję. - Naprawdę, jaką? - Zdołaliśmy przekonad resztę zespołu do udziału w koncercie. Twoje poświęcenie spowodowało, że zobaczyliśmy w tobie człowieka, który nie boi się postawid wszystkiego na jedną kartę. Max nie wierzył własnym uszom, oto w jego mieszkaniu stała dwójka genialnych muzyków, która chciała mu pomóc. Nie potrafił powstrzymad emocji i uścisnął oboje. Zanie lekko się zmieszała. - Młody, nie pozwoliłeś mi dokooczyd. Stawiamy jednak jeden warunek. - Jaki?- spytał nieco zaskoczony. - Wszyscy zgodzili się wystąpid, ale ty także musisz wziąd udział w koncercie. Czy jesteś w stanie dla szlachetnej sprawy zrobid z siebie głupka? Uśmiechnął się szeroko, pokazując rząd równych zębów. - Jeszcze nie wiecie do czego jestem zdolny, przyjmuję wyzwanie. - W takim razie mów mi po imieniu Aurelie de Mart, czyli po prostu Zanie. - Miło mi cię poznad, Jean Paul Maxime, czyli po prostu Max. - Dobrze Młody, zatem załatw sobie zastępstwo do tych papierów. Jutro rano zaczynamy próby do trasy koncertowej. - Skoro taki stawiacie warunek, wchodzę w to. - Przygotuj się Młody na niezłą zabawę i różne niespodzianki. Wszak tourne Les Enfoires to prawdziwy spektakl, niezapomniane przeżycie. Ja koncertuję z el bandą od 7 lat. Skoro znałeś Patricka powinieneś wiedzied, że to nie są tylko zwykłe koncerty. Podczas tourne dajemy z siebie wszystko. Nie tolerujemy tych którzy nie czują tej atmosfery. To jedna wielka biesiada. Dlatego wiedz Młody, dostaniesz podwójnie w kośd, jako organizator i żółtodziób. Na pewno zgotujemy ci chrzest, który na długo zapamiętasz- zakooczyła i uśmiechnęła się do niego. - Mówisz o tym w taki sposób, że już nie mogę się doczekad. Niczym dziecko przed Bożym Narodzeniem. - Wiesz Młody Les Enfoires jest tego warte. - Nie zawiodę- powiedział. Sposób, w jaki wymówił te słowa, albo jego spojrzenie przekonało ją, że mówił prawdę. Jean musiał przyznad, że jego rozmówczyni ma uroczy uśmiech. Ucieszył się że będą mogli lepiej się poznad. Polubił ją, kobietę o sympatycznym uśmiechu. Porozmawiali jeszcze chwilę o szczegółach koncertów a potem pożegnał swoich gości. Gdy ich odprowadzał zatrzymał na chwilę dłoo Zanie i ją ucałował. - Dziękuję ci jeszcze raz. - Do zobaczenia Młody- odrzekła i z uśmiechem na ustach opuściła jego mieszkanie. Max musiał usiąśd, był oszołomiony. Jutro jego świat miał ulec zmianie. Musiał zadzwonid do Marcela Petita, teraz on będzie musiał porządkowad papiery. Wiedział, że enfoiresi nie pójdą na to, aby był na próbach i jednocześnie zajmował się administracją. Zanie jasno to określiła. Musiał przyznad, że przynajmniej stawiali sprawę jasno. Nagle nabrał do nich wielkiego szacunku, zrozumiał dlaczego poddają go próbie. Dla nich Les Enfoires było bardzo ważne, nie mogli zejśd poniżej pewnego poziomu i słusznie się obawiali, że on może nie podoład dziełu stworzonemu przez Maurane’a. Sprytnie to rozegrali, pomyślał. Chcą mnie sprawdzid i mied na oku, czy aby nie zniszczę Restorien. Wezbrała w nim urażona duma, on jeszcze tym gwiazdom pokaże, ale najbardziej chciał udowodnid Zanie, gdyż domyślał się że to ona stała za tym wszystkim. Zadzwonił do przyjaciela i przedstawił mu po krótce sytuację. - Stary, ale cię zaszczyt kopnął. - Tak uważasz? Mnie się wydaje, że chcą mnie sprawdzid. - E tam, nawet jeśli tak, to co z tego? Poznasz największe gwiazdy francuskiej piosenki. Nie wiesz jak bardzo ci zazdroszczę. - Nie przesadzaj, chciałbyś byd ciągle obserwowany i oceniany? - Oczywiście, jeśli tym kimś byłyby Tina Martin, Zanie, czy Loraine. - Nie wygłupiaj się, to wcale nie jest zabawne. - Chyba nie pękasz? - Znasz mnie, za bardzo lubię wyzwania. - Dlatego właśnie najbardziej nadajesz się do kierowania Restorien. - Nie wiem, moim zdaniem to ciebie powinni wybrad. Nie czuję, że to jest moje miejsce, rozumiesz? - Na razie musi byd twoje. - Wiem i w tym cały problem. Rozłączyli się, Jean ucieszył się, że ma oparcie w przyjaciołach. Teraz mógł byd już spokojny, Marcel na pewno da sobie radę. A on, cóż? Postanowił przypomnied sobie chwyty na gitarę. Dawno na niej nie grał a w młodości marzył o karierze rockmena. Potem jednak życie napisało mu inny scenariusz i o muzyce musiał zapomnied. Zaskoczy ich, miał całkiem niezły głos a oni przecież o tym nie wiedzieli. Wyjął sprzęt z piwnicy i podłączył do wzmacniacza. Gitara nie bardzo stroiła, w koocu jednak udało mu się wydobyd z niej odpowiednie dźwięki. Podłączył też mikrofon, ustawił odpowiednio parametry i zaczął śpiewad. Powoli odlatywał w świat dźwięków, intonował piosenki Joe Dassina. Chod głos nie był już taki czysty jak kiedyś, przeżycia nadały mu jednak bardzo wyrazisty charakter. Stara, zakurzona czerwona gitara ponownie miała znaleźd się w centrum uwagi tak, jak dziesięd lat temu, gdy wspólnie z chłopakami utworzyli Coupet i jeździli na koncerty. To były czasy gdy po liceum, czuł jakby mu się świat walił na głowę. Wyjechali z Marseille. Chod tamtych lat nic już nie wróci musiał przyznad, że czasami za nimi tęsknił. Wtedy czuł się naprawdę panem swojego losu. Ojciec nie wyżywał się na nim a matka nie darła nad uchem. Parę razy wracał do domu między koncertami. Na dobre wyprowadził się, gdy miał 24 lata. Wyrwał się z tego bagna, tak bynajmniej wtedy myślał. Dopiero później okazało się jak bardzo się mylił. Stopniowo podczas imprez zaczynało się od niewielkiej dawki maryśki a potem stracił rachubę i kontrolę nad tym co wąchał. Gdyby nie prochy pewnie zrobiliby karierę a tak żadna wytwórnia nie chciała wydad płyty niegrzecznych chłopców. To były te czasy, w których taki image się nie sprzedawał. Dopiero później bad boysi podbijali niemal każde paostwo. A oni nie chcieli się dad ugłaskad. Teraz, gdy nabrał do pewnych spraw dystansu nawet nie winił ludzi z tzw. branży. Byd może dzięki temu on i jego kumple nadal żyją. Wszystkim jakoś się udało posklejad połamane dusze. Odstawienie narkotyków było dla niego bardzo trudne. Gdyby nie Patrick kto wie czy dzisiaj chodził by po tej ziemi? Gdy się spotkali Maurane bardzo go wkurzył. Nie litował się nad nim, tylko bez ogródek wygarnął mu co o nim myśli. Potrząsnął nim, prosto w oczy rzucił mu ultimatum, mówił: - Wybieraj życie albo śmierd, bądź jednak konsekwentny. Jeśli chcesz się zadpad, ja ci bynajmniej nie będę tego utrudniał. Jeżeli jednak będziesz chciał pomocy, aby ktoś wyciągnął cię z tego bagna zadzwoo do mnie. Pamiętaj tylko, że wtedy nie będzie już odwrotu. Początkowo wyśmiał Maurane, co tam jakiś facet będzie mu dyktował, co on ma robid! Niech się zajmie tymi swoimi nieudacznikami, którym fundował obiady. On przecież nie jest byle śmieciem któremu można rozkazywad. Już nie, zbyt długo dał sobą pomiatad w domu. Jak to brzmiało, dom! Przecież on go tak naprawdę nigdy nie miał. Nikt mu go nie stworzył, dlatego nauczył się dystansu. Maurane był wytrwały, później powiedział mu, że dostrzegł w jego spojrzeniu coś, co pozwoliło mu o niego zawalczyd. Może przeczuwał, że Jean Paul Maxime jest coś wart, że może coś dobrego zrobid, że jego życie jednak ma znaczenie, że komuś na nim zależy. Spotykali się raz w tygodniu. Patrick przychodził do klubu, w którym pracował. Nie naciskał tylko z nim rozmawiał. Jakby chciał pogadad z kumplem. To go zaskoczyło, spodziewał się wszystkiego, tylko nie akceptacji. Maurane stopniowo zdobywał jego zaufanie. Początkowo sprawiły to pokaźne napiwki, jednak z czasem zaczęli rozmawiad. O muzyce, która była ich pasją, o marzeniach. Tej nocy, gdy przedawkował zadzwonił do Patricka. Mamrotał coś o matce, że ojciec zatłukł ją w szale a ta leży na OIOM-ie. Chciał gnoja zabid. Wziął parę działek na odwagę, tym razem organizm nie wytrzymał. Maurane znalazł go nieprzytomnego w mieszkaniu. Gdyby nie jego szybka reakcja, na pewno by umarł. Od chwili gdy otarł się o śmierd przewartościował życie i chciał się zmienid. Podjął decyzję, że nie będzie jak ojciec, poszedł na odwyk. Przez rok przechodził gehennę, były chwile że nie odróżniał nocy od dnia i miał ochotę zabid. Chodził na mityngi, powolutku odzyskiwał kontrolę nad sowim ciałem i uczył się walki z nałogiem. Dzisiaj mijał dokładnie 1096 dzieo odkąd był czysty. Codziennie zapisywał w kalendarzu zwycięstwo nad wrogiem.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Les Enfoires
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: