Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00060 007014 14665476 na godz. na dobę w sumie
Liberia - ebook/pdf
Liberia - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 226
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-3920-4 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> sensacja
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

W świecie ciągle mnożonych zakazów i nakazów, spod kontroli wymyka się handel organami do transplantacji. Proceder ten jest tym bardziej niepokojący, że odnajdywane są poćwiartowane ciała „dawców”, których zaginięcia nikt nie zgłasza. Ofiary okazują się replikantami, a wszystkie ślady prowadzą do Afryki – do rządzonej przez dyktatora Liberii. Tym tropem podąża Jack Lipsky, świeżo zwerbowany agent rządu amerykańskiego. Trochę zawadiaka, a trochę nieudacznik, dzięki szczęściu i pomocy afrykańskich przyjaciół, radzi sobie nadspodziewanie dobrze.

Jednocześnie, od wewnątrz podejrzanej o handel narządami organizacji, swoje prywatne śledztwo wszczyna Scott Clark. Strażnik nieświadomy dotąd „misji” firmy, w której pracuje, odkrywa nie tylko makabryczny proceder dotyczący hodowania klonów jako dawców organów, ale również tajemnicę śmierci swojej żony. Zbuntowany pracownik TransClone Corporation postanawia ujawnić prawdę o jej działalności. Porywa klona swojej małżonki, a potem – uratowany przez Lipskiego z rąk niedawnych kumpli – walczy o życie chorej córki,  jedynej bliskiej osoby, która mu pozostała.

Akcja powieści początkowo toczy się w Stanach Zjednoczonych, potem przenosi się do Liberii i Sierra Leone, by swój finał znowu znaleźć w Ameryce. Nie brakuje w niej zaskakujących sytuacji, a jej tempo przypomina sensacyjny film.

W trakcie porywających afrykańskich perypetii Lipskiego i Clarka jest jednak czas na zastanowienie się, czy prawdziwa wolność jest w ogóle możliwa? Jaka jest jej cena i czy lepsze są surowe reguły prawne czy całkowity ich brak?

 

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

© Copyright by Marek Dobies Wydanie I ISBN 978-83-272-3920-4 Projekt okładki Marek Dobies Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części niniejszej publikacji jest zabronione bez pisemnej zgody autora. Zabrania się jej publicznego udostępniania w Internecie oraz odsprzedaży . 2 Liberia – trzyipółmilionowe „państwo wolności” w Afryce Zachodniej, utworzone przez uwolnionych amerykańskich i karaibskich niewolników, którzy - stanowiąc zalewie pięcioprocentową mniejszość - proklamowali pierwszą w Afryce republikę, a tubylców zaczęli traktować jak swoich poddanych. Liberia utrzymywała współpracę gospodarczą i kulturalną z USA, dzięki czemu była krajem spokojnym i zamożnym. Sielanka skończyła się w roku 1980, gdy doszło do krwawego przejęcia władzy przez Samuela Doe. Mniejszość pochodzenia amerykańskiego, tzw. Americos, usunięto z rządu, jednak nie ustały niepokoje społeczne. W 1990 roku po władzę, również siłą, sięgnął Charles Taylor, który okazał się zbrodniarzem i dyktatorem. Dwie wojny domowe, w których zginęło ćwierć miliona ludzi, doprowadziły Liberię do ruiny. Konflikty zakończyły się w 2003 roku, a dwa lata później odbyły się tam demokratyczne wybory. Prezydentem została Ellen Johnson-Sirleaf, pierwsza w Afryce kobieta piastująca tak wysoką funkcję. Ciekawostką jest, że konstytucja Liberii zastrzega obywatelstwo tego kraju wyłącznie dla osób czarnoskórych. Clonaid – przedsiębiorstwo (w zasadzie nazwa projektu, bo stojąca za nim zarejestrowana na Bahamach firma Valiant Venture oraz jej siedziba objęte są tajemnicą) założone w 1997 r. przez sektę raelian i grupę prywatnych inwestorów. W 2002 roku szefowa Clonaid Brigitte Boisselier ogłosiła, że firma ta sklonowała człowieka. Klonem jest dziewczynka o imieniu Eve. Żadnych istotnych faktów na ten temat nie ujawniono. Clonaid utrzymuje, że opanowało technikę reproduktywnego klonowania ludzi (raelianie twierdzą, że nauczyli się tego od Obcych) i obecnie ma na swym koncie kilkaset udanych zabiegów tego typu. Firma oferuje komercyjne usługi klonowania zwierząt i ludzi. Prowadzi również program zapobiegania starzeniu, oparty na wykorzystaniu komórek macierzystych. Większość naukowców zajmujących się klonowaniem traktuje domniemane osiągnięcia Clonaid z dużym sceptycyzmem z powodu braku rzetelnego ich udokumentowania. 3 Raelianie – członkowie ruchu raeliańskiego zapoczątkowanego w 1974 roku przez francuskiego dziennikarza sportowego Claude’a Vorilhona, który począł twierdzić, że spotkał się z Elohim - przedstawicielami pozaziemskiej cywilizacji odpowiedzialnej za powstanie życia na naszej planecie. Vorilhon wkrótce przyjął imię Rael i zaczął przekonywać, że człowiek został przez Obcych wyhodowany w laboratorium. Zaproponowana przez niego, oparta na wierze w UFO, filozofia stała się popularna i znalazła dziesiątki tysięcy zwolenników na całym świecie. 4 W niedalekiej przyszłości… 5 1 - Niedługo nie wolno ci będzie bez pozwolenia nawet pierdnąć w stołek – wycedził przez zęby Jack Lipsky, nie wypuszczając z ust kubańskiego cygara w rozmiarze robusto. Schował do kieszeni zapalniczkę i, mrużąc oczy, wydmuchnął kłąb błękitnego dymu. Mężczyzna miał jasne, krótko ścięte włosy, zimne błękitne oczy i wyraz zawadiackiej pewności siebie na twarzy. Odziany był w wojskowe spodnie moro i rozpiętą ocieplaną kurtkę z puchowym kołnierzem. Siedział na barowym stołku w mrocznej knajpie w okolicy Brands Park, w polskiej dzielnicy Chicago. Ben Novak, otyły, przepasany szarym fartuchem właściciel lokalu, nalał mu gorącej kawy ze szklanego dzbanka. Odstawił naczynie, oparł łokcie o blat kontuaru i wykrzywił w grymasie ni to bólu, ni uśmiechu swoje blade oblicze o ciemnym, gładko zgolonym zaroście. - Przez twoją słabość do cygar, a moją do ciebie, któregoś pięknego dnia wlepią mi solidny mandat za łamanie zakazu palenia – zauważył. - W końcu jesteśmy Polakami, a dla nas prawo jest po to, żeby je łamać – zarechotał Jack, łyknął kawy i dosłodził napój. Wprawdzie obaj mieli polskie korzenie, lecz poza „dzień dobry”, „jak się masz” i „kurwa mać”, nie znali więcej wyrażeń z języka swych przodków. - Z całej naszej polskości zostały tylko nazwiska – barman błysnął refleksją, po czym odruchowo przetarł blat wymiętą ścierką. - I chorągiewki w twoich koktajlach – przypomniał mu Lipsky. - Taa… i chorągiewki. Mężczyzna przy barze w zamyśleniu pociągał cygaro. Z lubością wdychał aromatyczny dym i zapijał go czarną kawą. Był późny ranek, więc w „Knajpie u Bena” nie było więcej klientów. Na drewnianych stołach, ustawionych w trzech rzędach, nadal leżały odwrócone do góry nogami krzesła, a przez zastawione kaktusami okna sączył się blask mizernego styczniowego słońca. - Od jutra zaczynam szukać roboty… – zwierzył się Jack barmanowi. – A może potrzebna ci pomoc w knajpie? 6 - Ze swoimi referencjami mógłbyś, panie detektyw, robić u mnie co najwyżej za wykidajłę, a takiego tu nie potrzebuję. - Od dzisiaj mów mi: panie bezrobotny – poprawił go. - Właśnie odebrali mi licencję. - Za tego gościa, któremu rozwaliłeś łeb? - Chciałem tylko odzyskać swoje pieniądze. Robotę wykonałem, a facet nie miał ochoty zapłacić. - To może zatrudnij się w jakiejś firmie windykacyjnej. Tam byś się nadał. - Pomyślę nad tym. Zaczęli razem, bez pośpiechu i hałaśliwie, zestawiać krzesła ze stolików. Lokal był czynny od kwadransa, a pierwszych klientów właściciel spodziewał się dopiero w porze lunchu, więc miał czas, żeby przygotować wszystko na ich przyjęcie. Na tłum gości nie liczył, bo knajpa nie była miejscem szczególnie obleganym ani zbyt wykwintnym. Na ogromnym ekranie płaskiego telewizora, zawieszonego na ścianie z nieotynkowanej cegły, leciały najświeższe wiadomości, ale dźwięk był wyciszony. - Od jutra po centrum można będzie poruszać się wyłącznie pojazdami ekologicznymi – Ben wskazał palcem monitor, na którym taksówki i małe elektryczne samochody śmigały po zatłoczonej ulicy. - W Europie to nic nowego. Amerykanie przestali sami myśleć i zaczęli kopiować wszystko, co ktoś już tam wykombinował. A restrykcjom i ograniczeniom nie ma końca. Najpierw wprowadzili nam zakaz palenia w miejscach publicznych, potem znieśli karę śmierci, a teraz odebrali prawo do posiadania broni. - I co, tęsknisz za swoją trzydziestką ósemką? - Raczej nie – odparł, lecz zaraz dodał konfidencjonalnym szeptem: - Nadal trzymam ją pod poduszką. Jack zdjął kurtkę, powiesił ją na oparciu krzesła przy stoliku pod oknem, po czym strzepnął popiół z cygara do donicy z palmą obok stojaka na gazety. Sięgnął po „Chicago Tribune”. Przyniósł sobie kawę, rozparł się wygodnie w krześle, rozkładając szeroko nogi w traperach, i zaczął przeglądać wiadomości sportowe. Na odgłos otwieranych drzwi mimowolnie odwrócił głowę. Ujrzał dwóch gości. Jeden był czarny, drugi biały. Obaj w długich, ciemnych płaszczach. Wyglądali jak akwizytorzy ubezpieczeń, i tylko ich zbyt uważne spojrzenia, błądzące po lokalu w 7 poszukiwaniu nie wiadomo czego, nie pasowały do tego wizerunku. Na chwilę zatrzymali się przy barze, ostentacyjnie przyglądając się Jackowi, a potem zdecydowanie do niego podeszli. Bez pytania zajęli miejsca przy jego stoliku. - Lipsky, prawda? – upewnił się czarnoskóry. - Trafiony, zatopiony! – uśmiechnął się Jack i opuścił płachtę gazety na kolana. Mężczyźni jak na komendę poprawili się na krzesłach i rozpięli płaszcze. Pod spodem mieli garnitury, białe koszule i krawaty. - Możemy pogadać? - Walcie!... Co was sprowadza? - Powiedzmy, że dostałeś spory spadek... – zaczął biały zachęcająco. Detektyw bez licencji podciągnął nogi i wyprostował tułów. Popatrzył z ironicznym półuśmieszkiem w oczy swoich rozmówców. - Brzmi to dobrze, ale niestety, nikt z mojej rodziny nie zszedł ostatnio z tego świata – odparł. - A Stanislaw Lipsky…? - To mój dziadek. Rzeczywiście, nie ma go już wśród nas, lecz to smutne zdarzenie miało miejsce… Niech no policzę… jakieś osiem, dziewięć lat temu. - A jednak masz okazję otrzymać sporo forsy. Załóżmy, że w spadku – upierał się czarny. Gadali na przemian, jakby się umówili. Lipsky uważnie złożył gazetę, ostatni raz pyknął cygaro, wstał, uchylił okno i cisnął niedopałek w śnieg. - O co naprawdę chodzi? – spytał, wracając na swoje miejsce. - Pewna agencja rządowa ma dla ciebie propozycję współpracy. Możesz czuć się wyróżniony, bo zostałeś wybrany spośród wielu. Jeśli stawisz się jutro na nasz „casting”, to może będziesz miał okazję nieźle zarobić i zrobić coś pożytecznego. - Dla ojczyzny – uściślił Afro-Amerykanin. - Dla ojczyzny to ja już swoje zrobiłem... – Jack wymownie pomacał prawy bark, przez który przeszła kula i który do dzisiaj przypominał mu o tym incydencie przed każdym załamaniem się pogody. – Wolałbym, żeby w ramach rewanżu ojczyzna zrobiła teraz coś dla mnie… - rzekł, a potem dodał poważniejąc: - Dowiem się czegoś więcej? 8 - Przyjdź jutro w to miejsce... – biały sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza i wyjął wizytówkę. Położył ją na stole, a potem obaj agenci wstali. – To co, widzimy się o dziesiątej? Lipsky popatrzył na adres wydrukowany na białym kartoniku. Nic mu nie mówił. Chwilę pomyślał i stwierdził, że w zasadzie nie ma wiele do stracenia. - Postaram się nie spóźnić – rzekł. Mężczyźni wyszli, odprowadzeni podejrzliwym spojrzeniem barmana. - Gliny, co? – zainteresował się Ben, gdy zniknęli za drzwiami. - Chyba nie. - Czego chcieli? - Podobno mam dostać spadek… Albo coś w tym rodzaju – uśmiechnął się Jack, włożył kurtkę i dopił kawę. Podszedł do kontuaru, podał kubek wciąż podenerwowanemu wizytą nieznajomych właścicielowi knajpy. Niewygodnie przysiadł na wysokim stołku z jedną nogą opartą o podłogę. - Czuję w powietrzu jakąś odmianę… – szepnął w zadumie. Dopiero teraz zauważył, że na zapleczu kręci się żona Novaka, więc pomachał jej na powitanie. Odpowiedziała uśmiechem i brzękiem naczyń. – Nie wiem tylko, czy na lepsze… 9 2 Scott Clark stał w samych szortach na werandzie swojego domu i kończył zestaw ćwiczeń oddechowych pranajama. Był szczupły i sprawny fizycznie jak trzydziestolatek, choć zbliżał się do pięćdziesiątki. Widząc jego równo opalony tors, bez jednego włoska, z wyraźną rzeźbą mięśni, można było sądzić, że ma dziesięć lat mniej. Za to twarz, pełna zmarszczek, ogorzała i spiczasta wyglądała jakby należała do kogoś innego. Scott miał długie, poprzetykane siwizną włosy związane w koński ogon i kilkudniowy, prawie biały zarost. Prosty dom o ścianach z szarych betonowych bloczków, z drewnianą werandą i dachem pokrytym falistą blachą był identyczny jak siedemnaście innych, postawionych przez TransClone w dwóch równych rzędach na porośniętej trawą i niskimi krzakami równinie. Z okien od północy rozciągał się widok na gęstwę tropikalnego lasu, natomiast z werandy na bezkresną przestrzeń sawanny. Do osiedla domków prowadziła tylko jedna gruntowa droga, rozjeżdżona w porze deszczu, czyli przez większą część roku, która teraz tworzyła płaskorzeźbę głębokich, zaschniętych kolein. Dopiero co zaszło słońce i widać było jak, jedne po drugich, zapalają się światła w oknach przysadzistych budynków. Resztę pustkowia, na którym powstało osiedle domków dla pracowników TransClone bezwzględnie pochłaniała ciemność. Gdyby nie lampki przy numerach na ścianach chat, nie byłoby widać nawet łączących je ścieżek. Scott tego wieczora miał zamiar się zabawić, czego nie robił często. A jeśli do rozrywek nie zalicza się sporadycznego picia w samotności, to można uznać, że nie robił tego wcale. Trudno byłoby też powiedzieć o nim, że jest towarzyski, tak samo zresztą, jak trudno byłoby dobrze bawić się na tym odludziu. Dzisiaj jednak wybierał się do oddalonej o kilkanaście kilometrów Gbatali. Po raz pierwszy został zaproszony na pokera organizowanego co piątek przez Brenta Chandlera. Wprawdzie Clark nie darzył szefa ochrony TransClone szczególną sympatią, a nawet przeciwnie, bowiem facet miał w sobie coś takiego, co powodowało, że na jego widok w głowie zapalała się człowiekowi czerwona, alarmowa lampka. Tym razem jednak nie mógł odmówić. Dostał niewielki, nazwijmy to awans, na strażnika w wieży. Dzięki temu nie będzie już musiał przez całą zmianę łazić wokół ogrodzenia farmy, moknąć na deszczu i brnąć w 10 błocie. Zmiana obowiązków nie wiązała się ze wzrostem wynagrodzenia, lecz pociągała za sobą zmianę miejsca pracy. Zamiast ochraniać cały kompleks, miał teraz pracować w sektorze kobiet. Nie wiedział jeszcze czy mu się to podoba, czy nie, bo na swoją dotychczasową robotę nie narzekał, a nową pracę zaczynał od poniedziałku. Tak czy siak, na pokera do Chandlera wypadało pójść, bo zjawią się tam wszyscy, z którymi będzie pracował, a przynajmniej ci, którzy mają tego dnia wolne. Brent nie mieszkał w osiedlu razem z innymi. Był tak zwanym nowym obywatelem i wybudował sobie własny dom w Gbatali. Jeśli nie byłeś obywatelem Liberii, nie mogłeś w zasadzie poruszać się po kraju bez przepustki wystawionej przez szefa twojej firmy, potwierdzającej, że podróż ma charakter służbowy. Dlatego nikt z pracowników nie oddalał się z osady. Raz, że nie było po co, bo firma zapewniała im wszystko, a po drugie, bo nie było dokąd. Na liberyjskiej sawannie żyli w oddaleniu od cywilizacji jak pracownicy wiertniczych wież na oceanie. Ich motywacje co do tej roboty również były podobne. Jedni przyjechali tutaj, żeby zarobić trochę pieniędzy, które ciułali na kontach, licząc dni do końca kontraktu; inni pokutowali za dawne grzechy albo ukrywali się przed światem. Scott Clark nie należał do żadnej z tych grup. Mężczyzna obmył twarz i tors w plastikowej miednicy. Wytarł się, chlusnął wodę ponad poręczą tarasu, po czym boso podreptał do sypialni, gdzie zrzucił szorty, a włożył dżinsy i luźną białą koszulę. Wsunął do kieszeni portfel oraz kluczyki do służbowego wozu, które Chandler wręczył mu osobiście, jakby zależało mu na wizycie Scotta. Pracownicy mieli do dyspozycji trzy range rovery, które stały przed budynkiem firmy. Kluczyki za pokwitowaniem brali od strażnika w budce przed bramą. Ale Scott wziął wóz zaraz po robocie, więc tylko pogasił światła i wsiadł do niego, nie zamykając nawet drzwi domu na klucz. Ruszył rozjeżdżoną polną drogą, dotarł do rozwidlenia, gdzie wyłożona betonowymi płytami dróżka prowadziła do trzypiętrowego gmachu TransClone. W budynku płonęły wszystkie światła, a na dachu połyskiwały olbrzymie ogniwa baterii słonecznych. Zza grupy wysokich drzew widać było leniwie obracające się śmigło generatora wiatrowego, który zapewniał prąd mieszkańcom osady, oświetlenie farmy klonów i pokrywał lwią część zapotrzebowania na energię mieszczących się w budynku laboratoriów. Jeszcze kilkaset metrów przejechał utwardzoną nawierzchnią, a potem przed nim była już tylko prosta jak strzała trasa przetarta przez sawannę. Bez pośpiechu przemierzał ciemność rozświetloną mikrym blaskiem gwiazd. Czasem na 11 dróżce zapłonęły oczy jakiegoś zwierzęcia i zaraz znikły w wysokiej trawie. Minął ogrodzone prostokąty pól w pobliżu jakiejś wioski – raptem kilku chat z dachami z palmowych liści - i wreszcie ujrzał w oddali punkciki świateł. Bungalow Chandlera jaśniał na tle miasteczka liczącego podobno dwa tysiące mieszkańców. Miał nawet własny agregat prądotwórczy na wypadek, gdyby w okolicy zabrakło prądu, co zdarzało się dość często. Zaparkował obok kilku aut przed piętrowym, drewnianym domem z tarasem, na którym stały ratanowe fotele z poduchami i stoliki. Wszędzie płonęły światła, słychać było muzykę. Ktoś w jednym z foteli palił papierosa. - To dom Chandlera, prawda? - Dobrze trafiłeś, Scott – powiedziała osoba w fotelu. Mężczyzna siedział tyłem do lampy, więc Clark zrazu go nie poznał. - Sie masz, Nick! – strażnik wszedł po kilku schodkach i przywitał się z kolegą. – Chyba nie jestem ostatni, co? - Nie. Jeszcze jest wcześnie... Idź do salonu i weź sobie drinka. Scott otworzył siatkowe drzwi, a potem pchnął kolejne, przeszklone. Przestronne pomieszczenie przywitało gościa przyjemnym chłodem klimatyzacji. Na środku stały dwa stoliki do pokera z przygotowanymi taliami kart, cztery skórzane fotele i wyściełane krzesła. Pod ścianą wygodna kanapa, obok barek na kółkach pełen butelek z trunkami i stół z przekąskami pod dużym oknem. Kilkanaście osób popijało drinki, rozmawiało, kopciło papierosy. W większości byli to znajomi Clarka z pracy. TarnsClone zatrudniała kilkudziesięciu pracowników, więc wszyscy dobrze się znali. Przynajmniej ci, którzy mieszkali poza głównym budynkiem. Ekipa biotechnologów to co innego. Rzadko widywało się kogokolwiek z nich poza laboratorium. Tylko Jerome’a znali wszyscy (choć nie wiedzieli nawet czy to jego imię, czy nazwisko), bo jako jedyny co kilka dni odwiedzał farmę i podawał klonom szczepionki albo robił im badania. Z pochodzenia był Francuzem lub Kanadyjczykiem; nikt tego nie wiedział na pewno. Jednak Jerome nie pracował już tutaj od dawna, a nowi lekarze zmieniali się tak często, że właściwie żaden ze strażników nic o nich nie umiałby powiedzieć. Jeszcze mniej wiadomo było o biotechnologach, którzy raz na kwartał dyskretnie pakowali się do autokaru i odjeżdżali, a ich miejsce zajmowała inna ekipa. Scott pozdrowił wszystkich, podał rękę Bryanowi, z którym miał w poniedziałek rano zacząć pracę w sektorze kobiet. Jak na dobrego gospodarza 12 przystało, Chandler od razu podszedł do niego i przedstawił mu trzech gości spoza firmy. Byli to jacyś dygnitarze ze stolicy hrabstwa. Nosili wojskowe polowe mundury, jakby byli na służbie albo nadal o coś walczyli. Na antresoli, do której prowadziły szerokie schody mignęła mu postać zerkającej na nich dziewczyny. Jednak w salonie zebrało się wyłącznie męskie towarzystwo. Clark nalał sobie odrobinę whisky i usiadł na kanapie. Po nim weszły jeszcze cztery osoby, a potem Nick wrócił z tarasu. Brent zaprosił chętnych do stolika. Szybko zmontowały się dwie ekipy po sześć osób i zajęły miejsca. Pozostali rozsiedli się w fotelach i na kanapie, jakby w oczekiwaniu na coś, co miało nastąpić. Niektórzy, znudzeni, wychodzili na taras albo gawędzili przy stole z przekąskami. - Jeśli ktoś chce się zabawić, to zapraszam na piętro – powiedział gospodarz po pierwszym rozdaniu. – Dziewczyny są jak zawsze do waszej dyspozycji. Mężczyźni, którzy nie grali i sprawiali wrażenie jakby czas im się dłużył, naraz ożywili się. Spojrzeli znacząco po sobie, po czym niepewnie, jakby z ociąganiem, ruszyli ku schodom. W salonie, prócz grających, zostali tylko Nick i Scott. - Brent funduje wszystkim panienki? – zdziwił się strażnik. - Nie wiedziałeś? Nie wszyscy lubią karty. Jedni przychodzą tutaj pograć, inni popić, a jeszcze inni... – nie dokończył, tylko wskazał siwą głową schody. – Zresztą sam mu je przywożę. Nick Albright był najstarszym pracownikiem na „farmie klonów” i kierowcą więziennej furgonetki. To znaczy, jednego z samochodów służących do przewożenia klonów. Skoro zakład biotechnologiczny TransClone oficjalnie był więzieniem, o czym dobitnie informował napis nad bramą wjazdową, to również firmowe furgonetki i strażnicy zasługiwali na miano „więziennych”. Jednak władze Liberii dobrze wiedziały, że w „Ośrodku Penitencjarnym Gbatala” nie prowadzi się resocjalizacji, a przewożone zielonymi furgonami osoby nie są więźniami. Chociaż nikomu w hrabstwie Bong nie przeszkadzałoby, gdyby zaawansowane prace nad replikacją ludzi były prowadzone tutaj jawnie, ze względu na opinię międzynarodową, na której zależało Clonaid, firmie – matce TransClone Corporation, badania te były mocno zakamuflowane. Zajmująca się od wielu lat komercyjnym klonowaniem zwierząt oraz komórek macierzystych do celów terapeutycznych Clonaid miała swoje filie rozsiane po całym świecie i musiała dbać o reputację. 13 - Brent jest pełnomocnikiem zarządu do spraw bezpieczeństwa, tak?- Nick skinął głową znad szklaneczki whisky. – Więc po co tkwi razem z nami w tej dziurze?... Mógłby zarządzać bezpieczeństwem firmy z Monrowii albo nawet ze Stanów. Sam pracowałem w filii Clonaid w Kalifornii, a tutaj przeniosłem się tylko dlatego, że nic innego poza bezrobociem mi nie pozostało. A i tak, gdyby z Helen nie stało się to, co się stało, już dawno zapomniałbym o tym zadupiu... - Gdybyś był tak mocno na bakier z prawem jak on, to takie miejsce pasowałoby ci jak żadne inne. - Czyli jednak Chandler ma coś na sumieniu... - A co, wygląda na niewinną gołębicę?! – Nick zakrztusił się śmiechem. – Chodźmy zajarać. Wyszli na taras, chociaż pokerzyści palili przy stolikach. Nick wziął do ust camela, zapalił i oparł się przedramionami o barierkę werandy. - Widzę, że Chandler próbuje się do ciebie przykolegować. Nie wiem, czego chce, ale uważaj na niego. - Nie martw się. Nie interesują mnie jego pozazawodowe propozycje. Nie wiem, jakie prowadzi tutaj interesy, po co stale jeździ do Monrowii, skąd ma kasę na dom, samochody i to wszystko – zatoczył półokrąg w powietrzu - i nie chcę wiedzieć. - A za to z ciebie zrobił się straszny odludek, za duży nawet jak na to odludzie – wybuchnął Albright. – Umartwiasz się, odtrącasz ludzi, zamykasz się w sobie i tylko gadasz z tym swoim Buddą, czy kim tam... Ale w gruncie rzeczy fajny z ciebie gość. Szkoda tylko, że już nie taki zabawny jak kiedyś... - Daj spokój, Nick! Po prostu się przystosowałem. Nauczyłem się żyć w harmonii ze sobą i z wszechświatem. - Wszechświat... - westchnął mężczyzna unosząc głowę i spoglądając w gwiazdy. – Co on ma do nas...? Ja nie mogę znaleźć swojego miejsca na ziemi, a ty mi mówisz o wszechświecie... Ale gdybym był tobą, rzuciłbym tę robotę i pojechał do córki... Co u niej? Pewnie już studiuje? - Tak. Zaczęła właśnie drugi rok. Trochę mało ze sobą rozmawiamy. Tutaj zresztą często sieć nie ma zasięgu... - A przede wszystkim zakłóciłaby ci twoją harmonię... Zburzyła twój niezmącony spokój... Od ilu lat się z nią nie widziałeś? - Czterech, może pięciu. 14 Wrócili do salonu i patrzyli jak mężczyźni przy stolikach grają w pokera. Stawki nie były duże, ale emocje wielkie jak w grze o wszystko. Dziewczyna z miasteczka w stroju hotelowej pokojówki donosiła pokerzystom przekąski i pilnowała, żeby mieli pełne szkło. Mimo niewielkich stawek, kilku chłopaków dość szybko wycofało się z gry. Mieli za cienkie portfele, a karta im nie szła, więc zrobili miejsce innym, po czym zajęli się pogawędkami ze znajomymi i piciem. Alkohol u Chandlera był darmowy, więc choć w ten sposób mogli sobie powetować straty. Faceci z góry wkrótce też dołączyli do towarzystwa. Jeszcze przed północą parę osób pojechało do domu. Scott również zaczynał myśleć o powrocie. Tymczasem pokerzyści zrobili krótką przerwę, po której Brent ogłosił, że zaraz zacznie się druga tercja – gra o wysokie stawki. - Minimalna kwota, z jaką można wejść do gry to sto dolarów – powiedział, szukając chętnych. - Liberyjskich? – spytał jeden ze strażników. - Jaja sobie robisz, Ron?! – parsknął Brent. – Tutaj gramy tylko o prawdziwe pieniądze. Zdecydowały się ledwie cztery osoby: postawny dygnitarz o imieniu Watta, który był specjalnym gościem Chandlera i dwóch ludzi z TransClone, obaj z działu zaopatrzenia. Gra rzeczywiście była ostra, na stoliku szybko uzbierała się spora kupka pieniędzy, więc wszyscy zerkali na grających z zainteresowaniem. Clark trochę oglądał telewizję, trochę żartował z kolegami. W którymś momencie znowu spostrzegł dziewczynę na antresoli. Tym razem była biała. Zdziwiło go to bardzo, bo prostytutki zwykle były tutejsze. Nie słyszał, żeby jakaś nowa obywatelka, która wybuliła kupę forsy za możliwość zamieszkania w Liberii prostytuowała się w jakiejś zapadłej dziurze. Chyba, że przepuściła wszystko, co posiadała albo miała coś na sumieniu... Jeszcze mniej prawdopodobne było, żeby sprzedawała się pracownica jakiejś zagranicznej firmy. Zamyślony, ponownie podszedł do stolika pokerzystów. Od jakiegoś czasu Chandlerowi karta wyraźnie nie szła, a teraz zaczęli przegrywać również jego kumple. Jeden spasował, pożegnał wszystkich i poszedł do samochodu zdrzemnąć się i poczekać, aż ci z którymi przyjechał znudzą się imprezą. Przedstawiciel lokalnej władzy radził sobie coraz lepiej. Cieszył się jak dziecko, gdy zgarnął pokaźny stos banknotów. 15 - O co tutaj biega? – Scott szepnął do ucha Albrightowi. – Czy mi się wydaje, czy nasz czarny przyjaciel z Gbangi dostaje dyskretnie w łapę? - Myśl, myśl... – odparł Nick tajemniczo i poszedł sobie nalać jeszcze jednego. Pijany kierowca więziennej furgonetki nie stanowił w Liberii problemu. Kłopoty pojawiały się dopiero, gdyby spowodował kraksę… Gra szła gładko. Przynajmniej dla wojskowego. Chandler i jego kumpel wygrywali nieduże kwoty, by za chwilę stracić je w kolejnym pechowym rozdaniu. Wreszcie, spłukani, rzucili karty. - Co tu się dzieje? – Scott spróbował przycisnąć Albrighta. - Ci goście przyjechali skontrolować więzienie - wyjaśnił wreszcie. - Więziennictwo to działka rządu, nie…? - No tak. Więc jutro będziemy mieli wizytację? - Czy ty kiedykolwiek widziałeś na farmie wizytację? Kontrola naszej placówki właśnie została zakończona – kierowca uśmiechnął się chytrze. - Jutro tylko powstanie protokół, a szanowna komisja odjedzie zadowolona, nie widząc na oczy żadnego więzienia. - Poszło ci dzisiaj wyjątkowo dobrze, przyjacielu – zwrócił się Brent do tubylca. – Ale mam jeszcze dla ciebie obiecaną niespodziankę. Watta był pijany ze szczęścia i nadmiaru alkoholu. Na poręczy krzesła zawiesił koszulę i pas z bronią. Stał tylko w spodniach moro i t-shircie koloru khaki. Pieniądze poupychał do kieszeni i zadowolony, szczerzył wielkie białe jak kość słoniowa zęby. Razem z Brentem wtoczył się na górę. Ktoś wyłączył muzykę i klimatyzację. To my już spadamy! Będziemy lecieć! Pora na mnie! – słychać było z ust gości. Mężczyźni w salonie wymieniali uściski rąk, poklepywali się po ramionach, przepuszczali w drzwiach jedni drugich i wychodzili w ciemną, ciepłą afrykańską noc. Nagle zrobiło się cicho. Na piętrze trzasnęły drzwi, zaskrzypiała podłoga. Wiatr uderzał rytmicznie siatkowymi drzwiami o futrynę. - A ty, Nick? Nie wracasz jeszcze? – spytał Scott szykując się do wyjścia. - Muszę odstawić panienki. - Chandler wysługuje się tobą. - Wiem. Ale co zrobić, takie układy... Z góry doszedł ich rumor jakby ktoś przesuwał meble, a potem podniesione głosy i wrzask dziewczyny. Mężczyźni spojrzeli po sobie. Piski i płacz dochodziły z 16 góry raz po raz. Clark nie wytrzymał i skoczył na schody. Był nadal trzeźwy, więc w kilku susach dotarł do antresoli. Wpadł do pokoju, w którym płonęła tylko lampka nocna. Watta stał z opuszczonymi spodniami i szarpał za rękę wystraszoną białą dziewczynę w przekrzywionej blond peruce. Z wargi albo nosa ciekła jej krew. Scott pchnął wojskowego, aż ten poleciał gołym tyłkiem na łóżko. Spróbował wstać i rzucić się na strażnika, ale zaplątał się w spodnie; padł na kolana i ręce. W pozycji na czworaka zastał go Brent, który pojawił się w progu. - Co tu się, kurwa, dzieje?!... Scott, musisz się wpieprzać?! Clark pomógł dziewczynie się podnieść i uspokoił ją. Nagle go olśniło. Zdarł jej z głowy perukę. Skrywała pod nią wiechę szarych, niedbale ostrzyżonych włosów. Od razu poznał rękę fryzjera, który ciął wszystkie klony na farmie według jednego wzoru, bez względu na płeć i kształt czaszki. - Co ty wyprawiasz Chandler?! Przecież to klon! - Nie twój interes, Clark! – szef ochrony odepchnął go i pociągnął za sobą wystraszoną dziewczynę. - Nie możesz wykorzystywać ich do takich rzeczy!... Jeśli dowie się o tym kierownictwo... - Gówno wiesz, Clark, co mi wolno, a czego nie! – warknął Brent, przystając na antresoli i patrząc mu twardo w oczy. Następnie pchnął dziewczynę klona ze schodów. – Nick, zabieraj je wszystkie na farmę! – zawołał do Albrighta. Wojskowy doprowadził się już do porządku. Pomimo wypitego alkoholu ich słowa dotarły do jego zaćmionego umysłu. - Klon? Ta mała to kurwa z laboratorium? - Nie udawaj, Watta, że nie wiedziałeś... – parsknął, nadal rozzłoszczony, gospodarz. – Myślisz, że płaciłbym ci taką kasę, gdybyśmy tu piekli bułeczki?! Clark minął mężczyzn na antresoli, zszedł do salonu, klepnął w ramię Albrighta i poszedł do samochodu. Był już na pustej drodze przez sawannę, gdy we wstecznym lusterku, w oddali dojrzał światła furgonetki prowadzonej przez Nicka. Na myśl o tym, co zrobił Chandler nadal wzbierała w nim złość. Pomyślał, że Anglik to niezły skurwiel, ale – cokolwiek robił – był w tym skuteczny. Nie kto inny jak on, w tamtą deszczową noc, wytropił i zastrzelił mordercę jego żony. A kiedy po dwóch dniach, rozmytymi deszczem drogami do osady dotarła wreszcie policja, Brent miał już gotowy raport bogato zilustrowany zdjęciami z miejsca zbrodni oraz część zeznań 17 podpisanych przez świadków. Zachował się wtedy profesjonalnie, zupełnie jak gliniarz... Helen przyjechała w sierpniu, w samym środku pory deszczowej. Wyjechał po nią do Gbatali. Schroniła się przed ulewą na przystanku z bambusowych mat, gdzie zatrzymywały się międzymiastowe mikrobusy. Cierpliwie czekała godzinę albo i dłużej, nim przebrnął przez błotnistą drogę. Tę samą, którą teraz przemierzał w ciemności. Od tamtego dnia minęło osiem długich lat. Przez ten czas setki razy wyliczał, czego powinien nie robić albo co nie powinno się wydarzyć, żeby ich życie potoczyło się inaczej... Gdyby kalifornijska filia Clonaid nie została zamknięta, nigdy nie wyjechałby do Liberii. Ale wtedy miał do wyboru bezrobocie albo afrykańską przygodę. Wybrał to drugie, a gdy się tam jako tako urządził, zaprosił Helen. Miała tylko zobaczyć jak mu się żyje. Sama akurat była bez pracy, Julią zajęła się babcia, więc mogła spędzić z nim trochę czasu. TransClone właśnie organizował całe zaplecze socjalne osady. Zaproponowano jej, żeby na próbę, jako wykwalifikowana pielęgniarka, poprowadziła punkt pomocy doraźnej. Niewielki gabinet wyposażony w sprzęt do drobnych zabiegów, środki opatrunkowe i najpotrzebniejsze lekarstwa powstał przy stołówce. Przez miesiąc miała w nim, na zamianę z dziewczyną z Gbatali, dyżurować. Jeśli praca i miejsce przypadłyby jej do gustu, mogła tutaj zostać i pracować. Firma proponowała stawkę, jakiej nie dostałaby w żadnym szpitalu, a zwłaszcza w tym, w którym ostatnio była zatrudniona. Mimo to szybko zrozumiała, że to miejsce nie dla niej. - Nie zniosę dwóch rzeczy – Helen tłumaczyła mężowi już po tygodniu pobytu w osadzie – rozstania z Julią i tego przeklętego klimatu. Wilgotny upał i ciągłe deszcze zniechęciłyby każdego. Pomimo że porośnięta bujną roślinnością sawanna i dżungla w zasięgu wzroku tworzyły cudowne otoczenie, parne odludzie nie było tym, czego mogłaby pragnąć wychowana w dużym mieście dwudziestokilkuletnia dziewczyna. Pewnego popołudnia Jeff Ross, podczas przeglądu broni po służbie, wypalił sobie w nogę. Facet odstrzelił sobie dwa środkowe palce prawej stopy. Helen miała wtedy dyżur w punkcie pomocy, więc to ona, gdy dwóch strażników przytaszczyło do niej jęczącego kolegę, musiała zdjąć mu rozszarpany trzewik. Krwi było tyle, że po prostu wylała ją z buta. Zatamowała krwotok, zrobiła zastrzyk przeciwtężcowy i z rannym oraz jego odstrzelonymi paluchami w miseczce popędziła do budynku 18 laboratorium. Strażnikowi przy bramie powiedziała, co się stało. Zresztą wystrzał słyszeli wszyscy i już zrobiło się małe zamieszanie. Jacyś ludzie wybiegli z budynku, wzięli rannego z rąk kolegów i wnieśli na salę operacyjną. W całym tym zamieszaniu, opiekująca się postrzelonym strażnikiem kobieta weszła razem z nimi, choć normalnie było to zabronione i nigdy nie zdarzyło się, żeby ktoś z obsługi czy pracowników farmy dotarł wyżej, niż do biura firmy na parterze. Pomimo wysiłku wszystkich, pogruchotanych palców nie udało się uratować i Jeff do dzisiaj lekko utyka. Scott wybierał się wtedy na nocną zmianę. Słyszał wystrzał, a potem kumple w pracy opowiedzieli mu, co się stało. Mimo że sprawa była niewesoła, podśmiewali się z Jeffa, że miał szczęście, że sobie jaj nie odstrzelił. Z Helen spotkał się dopiero następnego dnia rano, gdy wrócił do domu. Powiedziała mu tylko, że była z Rossem w sali operacyjnej. Nie spodziewała się, że TransClone ma tak wyposażone pomieszczenie i chirurgów. Mówiła, że pewne rzeczy, które tam widziała bardzo ją niepokoją, że w ogóle to jakiś koszmar i koniecznie muszą o tym pogadać. Ale mężczyzna nie miał siły na wysłuchiwanie jej historii po ciężkiej nocy. - Opowiesz mi wszystko, gdy się wyśpię – zgasił jej ochotę na dzielenie się z nim zawodowymi przemyśleniami. Kiedy się obudził, Helen już wyszła do pracy. Spotkali się dopiero w stołówce na kolacji. Ona wracała do domu z drugiej zmiany, a on szedł do pracy na nocną. Siedzieli przy długim stole w oświetlonej jarzeniowymi lampami prostokątnej jadłodajni, a za otwartymi na oścież drzwiami znowu lał deszcz. W środku było prawie tak samo parno i gorąco jak na zewnątrz, bo jeszcze nie zamontowano klimatyzacji. - Musisz rzucić tę robotę i natychmiast wrócić ze mną do kraju – powiedziała zdecydowanie, pochylona nad talerzem z jajecznicą. – I nie chodzi już tylko o naszą córkę, deszcz i to cholerne odludzie... TransClone oszukuje nas wszystkich... - Co masz na myśli? – spytał, pałaszując swoją porcję jaj na bekonie. Wtedy wybór dań był jeszcze niewielki, więc wszyscy musieli zadowolić się tym samym. - W pracy noszę biały kitel, jak ci z laboratorium, więc przez niedopatrzenie wpuścili mnie na piętro... – Nie dokończyła, bo do stołu dosiadł się Bryan Hudson, strażnik, z którym Scott był na zmianie. – Opowiem ci wszystko, jak wrócisz... Spokojnej nocy! – wstała, cmoknęła go w policzek, zabrała tacę z talerzem i zaniosła ją do okienka. Wychodząc posłała mu zamyślony uśmiech, a potem jej drobna postać 19 w szortach i opalona twarz okolona falami ciemnych włosów zniknęła w mokrej otchłani afrykańskiej nocy. Wtedy widział ją po raz ostatni. Żywą. Nad ranem ściągnęli go ze służby. Był akurat na obchodzie wokół zewnętrznego ogrodzenia firmy, gdy znalazł go któryś z chłopaków z jego zmiany. Powiedział, że stało się coś złego i musi szybko wracać do domu. Scott oddał kumplowi strzelbę, po czym ruszył na przełaj w stronę ich mini osiedla. Brnął przez chaszcze, niskie, ostre jak brzytwa trawy i kałuże. Przestało padać, ale powietrze było ciężkie od deszczu. Przed jego domkiem płonęło światło, stał samochód szefa ochrony z zapalonymi reflektorami i kilka osób. W pokoju raz po raz niebieskawym blaskiem błyskał flesz aparatu i wyglądało to tak, jakby w jego domu rozpętała się bezgłośna burza z piorunami. Tymczasem burza była w jego głowie. Clark zrzucił pałatkę na schodach i wszedł do mieszkania. Drzwi do ich sypialni były otwarte na oścież, a za próg wystawała drobna, bosa stopa Helen. Padł na kolana, jakby ktoś podciął mu nogi. Kobieta leżała na podłodze w kałuży krwi. Była jeszcze ciepła, gdy dotknął dłońmi jej twarzy, bladej nawet w świetle niezbyt silnej pokojowej lampy. Między jej piersiami stygła czerwona plama. Krew przesiąkła przez nocną koszulę bez rękawów i utworzyła tak dużą kałużę, jakby wypłynęła z niej cała. Tuż za Clarkiem zjawił się lekarz z farmy. Jerome, z pomocą któregoś z chłopaków, zabrał ciało Helen do więziennej furgonetki i zawiózł do budynku firmy. Chandler od razu zarządził pościg za mordercą. Poszukiwania już o świcie zakończyły się sukcesem. Ludzie z ochrony zastrzelili zabójcę. Nie było wątpliwości, co do jego winy, bo miał przy sobie maczetę do nacinania drzew kauczukowych, która nosiła ślady krwi, a w kieszeni biżuterię zrabowaną z domu Clarków. To był młody chłopak z plemienia Kpelle, który wynajmował się w okolicy do różnych dorywczych prac. Dzień wcześniej chwalił się kumplom, że dostatnie jakąś robotę w więzieniu. Chłopaki dobrze pamiętali tę rozmowę, bo naigrywali się z niego, że prędzej skończy w więzieniu, niż dostanie tam pracę. Przecież każdy wiedział, że zakład penitencjarny bardzo rzadko zatrudnia tubylców. Ich słowa okazały się prorocze... - Głupia, bezsensowna zbrodnia – mówili wszyscy. W domach strażników i obsługi „więzienia” nie było nic wartościowego. Niektórzy zostawiali nawet otwarte drzwi, a jeśli je zamykali, to tylko w obawie przed grasującymi małpami. Kompleks budynków TransClone, łącznie z osiedlem 20 mieszkalnym, był co noc obchodzony. Tej nocy służbę wartowniczą wokół osady pełnił również Scott, lecz w ciemności i deszczu nikt nie zauważył niczego podejrzanego. Następnego dnia około południa rozklekotanym jeepem do osady dotarła policja. Funkcjonariusze przesłuchali parę osób, zapoznali się z materiałami dowodowymi zgromadzonymi przez Chandlera, spisali raport i odjechali. TransClone zorganizowała i opłaciła transport ciała do Kalifornii. Zanim metalowa trumna i Clark wyjechali na lotnisko, koledzy wpadli, żeby złożyć mu kondolencje. Przyszedł też lekarz, który zabrał ciało Helen i wystawił akt zgonu. - Nie wiem, czy to będzie dla ciebie jakaś pociecha, ale wiedz, że nie cierpiała. Maczeta ugodziła ją prosto w serce... – powiedział Jerome, gdy zostali na chwilę sami na werandzie, z kieliszkami martini w dłoniach. - I jeszcze jedno... Nie wiem, czy dobrze zrobiłem, ale pobrałem od niej materiał genetyczny. Gdybyś pewnego dnia chciał ujrzeć ją raz jeszcze... - Przestań! Nie chcę tego słuchać... – wydusił z siebie, odwrócił się na pięcie i zniknął w mieszkaniu. Kilka dni później odbył się pogrzeb. Potem Clark na miesiąc wybrał się do Indii. W zasadzie firma wysłała go tam na siłę, udzielając mu urlopu i fundując wycieczkę. Wrócił stamtąd spokojny, pogodzony z losem, odmieniony. Natchnięty filozofią Dalekiego Wschodu, przejęty rytuałem codziennych ćwiczeń i medytacji, odciął się od wydarzeń tamtej nocy, a po trosze także od rzeczywistości. 21 3 Szklana winda bezszelestnie niosła go na czterdzieste czwarte piętro. Z góry mógł podziwiać okrągły hall budynku z ociekającą złotem świątecznych ozdób choinką, a wokół siebie wsiadających i wysiadających mężczyzn w drogich garniturach. I wymuskane kobiety w eleganckich żakietach. Przy nich, w swoim luzackim, na poły wojskowym stroju wyglądał jak przybysz z innej planety. Winda łagodnie zatrzymała się, ale tylko Lipsky wysiadł na tej kondygnacji. Spod recepcji okupowanej przez przysadzistą, zafarbowaną na jaskrawą czerwień latynoskę, całkowicie pochłoniętą pogawędką przez telefon, zgarnął go ochroniarz i długim korytarzem zaprowadził do właściwych drzwi. Minęli ogromne biuro typu open space, wyglądające na pokój analiz albo redakcję, po czym strażnik wskazał mu wejście do kanciapy odseparowanej od reszty pomieszczenia przepierzeniem. Pokoik przypominał salę przesłuchań, z tą różnicą, że szyba zajmująca połowę wysokości ścianki działowej nie była z weneckiego lustra, więc widział urzędników, redaktorów, czy analityków, kimkolwiek byli, siedzących przy komputerach po drugiej stronie. Opadł na krzesło przy pustym biurku, naprzeciwko fotela, który za chwilę zajął ciemnoskóry jegomość. Ten sam, z którym rozmawiał wczoraj w knajpie Bena. - Mów mi Grant – powiedział na powitanie i kordialnie uścisnął mu rękę, jakby znali się od dawna. Znajomość okazała się jednak jednostronna. - Byłeś dwukrotnie na misjach w Afryce Zachodniej, zostałeś postrzelony w czasie akcji w Sierra Leone, dostałeś za to medal i wróciłeś do domu – rozpoczął od żołnierskiego epizodu z życiorysu Lipskiego, przerzucając cienki plik spiętych kartek. - Po tym zdarzeniu porzuciłeś mundur. W cywilu zostałeś instruktorem sztuk walk, potem pracowałeś w klubie strzeleckim, a teraz prowadzisz własną agencję detektywistyczną. Skoryguj mnie, jeśli coś się nie zgadza… - Dobrze odrobiłeś lekcje, Grant. Tylko jeśli chodzi o agencję… cóż, przestało to być aktualne. Właśnie straciłem licencję i mam wyznaczony termin rozprawy o pobicie… Ale jeśli to nie przeszkadza w waszych dotyczących mnie planach…? - Nie sądzę… - No więc, co chcecie mi zaproponować? 22
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Liberia
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: