Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00293 006690 14489884 na godz. na dobę w sumie
Lot i Aniołowie - ebook/pdf
Lot i Aniołowie - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 17
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-4055-2 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> proza
Porównaj ceny (książka, ebook (-10%), audiobook).

Krótkie opowiadanie oparte na popularnym motywie biblijnym. Chaldejczyk Lot przyjmuje pod swój dach dwóch wędrowców, chcąc ocalić ich przed smutnym losem, jaki już niejednemu zgotowali mieszkańcy Sodomy. A gości dostrzegł nie tylko kupiec wonnościami Ochel, ale i przewodzący miejscowym zbirom Nofel.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Rafał Growiec, Lot i Aniołowie © Copyright by Rafał Growiec Projekt okładki Rafał Growiec ISBN: 978-83-272-4055-2 Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autora. 2 Rafał Growiec Lot i Aniołowie Rafał Growiec, Lot i Aniołowie Bramy Sodomy, miasta przeklętego przez Boga. Tu, w cieniu wielkich drzwi zbierała się starszyzna miasta i wszyscy ci, którzy chcieli coś załatwić – zawrzeć umowę, wnieść oskarżenie czy zgłosić zbrodnię. Przychodzili więc oszukani kupcy, pobite prostytutki i ci, którzy chcieliby się osiedlić w mieście. Pod ścianą domu rozpusty zawsze siedziała okutana w wielobarwne szaty nierządnica sakralna, pobrzękująca zawieszonymi na nadgarstkach dzwoneczkami. Obok rozstawiał swój kram Ochel, tłusty handlarz wonnościami. Tusz, którym pociągnął tego dnia oczy nie był zdolny zakryć oznak zmęczenia. Kupiec nie przespał poprzedniej nocy, zajęty igraszkami ze sprowadzonymi przez handlarzy niewolników chłopcami. Wykosztował się i teraz musiał wstać dość wcześnie, by rozstawić towar nim do miasta zaczną wjeżdżać karawany. Dziś się obłowił. Żaden z kupców nie zainteresował się pustym dźwiękiem uderzających o siebie odważników, nikt też nie zdołał go oszukać. Mimo to, Ochel wciąż z lękiem nasłuchiwał chrzęstu miedzianych łusek zbroi Nofela, przełożonego strażników Sodomy. Od tygodnia nie płacił haraczu i teraz bał się skończyć jak jeden z tych głupców, znajdowanych nad ranem w okolicach baszty, gdzie rezydowały uzbrojone oprychy zwane „strażą miejską”. Ochel spojrzał z niechęcią na siedzącego naprzeciw niego Lota. Były pasterz też był czujny. Niby siedział i rozstrzygał teraz spór między dwoma bandytami, ale też uważnie obserwował otoczenie. Dwaj brudni i śmierdzący winem mężczyźni byli gotowi chwycić za noże, by ostatecznie rozwiązać konflikt. Chyba tylko Lot uważał, że to zły pomysł. Każdy inny mieszkaniec Sodsomy takie sprawy załatwiłby nożem albo przekupstwem. Także i tych dwóch bliskich było rozstrzygnięcia, kto powinien wziąć większą część rzeczy znalezionych przy bezpańskiej mulicy, która włóczyła się po mieście z przewieszonym przez grzbiet trupem właściciela. Lot jednak wszedł między nich i nakazał podzielić towar równo. Bandyci odeszli sarkając, gotowi rozstrzygnąć spór za rogiem. Nie lubili Lota, ale nie chcieli też z nim zadzierać. Kto wie, kiedy będzie potrzebna mała pożyczka? Żył w Sodomie już długo, walczył ramię w ramię z jej mieszkańcami, razem 4 z nimi był więźniem, ale przez jej mieszkańców był wciąż traktowany jak obcy. Gdyby tylko ograniczył się do pożyczania na procent, czy kupowania swoim córkom pachnideł! Ale nie! Wtrącał się ciągle! Nie dawał zarobić, czepiał się kilku niewydanych groszy, kilku ef niedomierzonego ziarna... Podobno już nawet w Egipcie kupcy wiedzieli, że jeśli ktoś ich oszuka w Sodomie, trzeba iść z tym do Lota. Ale nie o to miał do Lota żal Ochel. Tydzień wcześniej zmierzająca do Egiptu karawana szinearskich kupców, wioząca kadziło, mirrę, hennę, trzosy złota i srebra, chciała zatrzymać się na noc w murach Sodomy, zaś jej właściciel już był niemal umówiony na nocleg w domu Ochela. A ten już był dogadany z Nofelem, który miał zadbać o to, by nieznani sprawcy zlikwidowali strzegących towaru edomskich żołdaków. Gdyby się udało, Ochel nie musiałby martwić się kosztami zakupu nowego towaru, a i jeden z prowadzonych przez kupców pachołków zdawał się bardzo milutki. Ale wtrącił się Lot. Po chwili rozmowy z nim kupcy nawet nie chcieli zawitać do sławnych sodomskich przybytków rozkoszy. Nofel był wściekły, gdyż zapłacił już nierządnicom, które miały spić obstawę i zażądał zwrotu od Ochela kosztów, grożąc swoim ulubionym sztyletem. Zamiast zysków obaj mieli tylko straty. Gdyby Lot jeszcze coś na tym zyskał, Ochel by go zrozumiał, ale wychodziło na to, że ten przeklęty Chaldejczyk po prostu postanowił zrobić na złość całemu miastu! Może coś by zyskał ten jego kuzyn, pasający owce i kozy? To przecież bogacz, żyjący znacznie ponad stan, w dodatku stary i bezdzietny. Słońce chyliło się już ku zachodowi i Ochel dał znać swoim niewolnikom, by zaczęli chować towar. Zarobił dziś dużo, wciąż jednak za mało, by zapłacić zaległy haracz. Kupiec zaczął obgryzać paznokcie, wyobrażając sobie, jak Nofel próbuje zdzierać z jego palców złote pierścienie, a gdy mu się to nie udaje, chwyta za pokryty starą krwią sztylet. Stary, siwy eunuch i zeszpecony blizną na twarzy Egipcjanin wzięli się już do roboty, gdy w bramie stanęło dwóch ludzi. Na ich widok Ochel natychmiast zapomniał o sztylecie Nofela, wstrzymał Rafał Growiec, Lot i Aniołowie sługi i uśmiechnął się szeroko. Widząc przybyszów, Lot stłumił pod nosem przekleństwo. Byli piękni jak bogowie, wprost nie do opisania. Zdawało się, że bije od nich blask nieśmiertelności, jakby przed chwilą wyszli z Raju. Szli spokojnie, jakby nie wiedzieli, gdzie wchodzą. Ubrani w piękne, śnieżnobiałe szaty, z grubymi torbami podróżnymi i w jasnych płaszczach zwrócili uwagę wszystkich, którzy o tej porze wracali z pola lub przechodzili w pobliżu bramy. Widząc lubieżne spojrzenie kupca Ochela Lot podniósł się i podszedł do przybyszów, sam nie wiedząc, co powiedzieć. Choć szli samotnie, jak żebracy, zdawali się podobni królom albo książętom. Patrząc na ich oblicza, prosty pasterz nie mógł znaleźć słów dość dobrych, by przywitać tak dostojnych gości. Oni jednak szybko poznali jego intencje. – Witaj, przyjacielu – powiedział jeden z nich, chwytając Lota za brodę. – Czy trafiliśmy do wielkiego i sławnego w świecie miasta Sodomy? – Witajcie – odparł zmieszany Lot, odwykły od cywilizowanych obyczajów. W Sodomie każdy trzymał przytroczony do piersi sztylet, jemu samemu uratowało to trzy razy życie. Obcy jednak nawet nie zmieszał się, gdy jego ręka natrafiła na rękojeść. – Nazywam się Lot, mieszkam w pobliżu. Pozwólcie, niech dostąpię tego zaszczytu i przenocuję moich panów u siebie. Wstąpcie do mnie, obmyjcie wasze nogi, a rano ruszajcie dalej. Przybysze uśmiechnęli się, a jeden z nich odparł: – Noce są ciepłe, będziemy spać na jednym z placów. Wskaż nam tylko jakiś dość czysty i spokojny. Lot pobladł lekko, wyobrażając sobie, co z dwoma nieuzbrojonymi wędrowcami mogą zrobić tutejsi mieszkańcy. Tu nie było spokojnych placów. – Ależ nie, panowie moi! – zakrzyknął, składając ręce. Był gotowy na długie 6
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Lot i Aniołowie
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: