Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00504 007556 13468079 na godz. na dobę w sumie
M.O.R.D. - ebook/pdf
M.O.R.D. - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 190
Wydawca: Wydawnictwo Pi Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-62781-18-8 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> kryminał
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

W małym miasteczku wszyscy zwykle dobrze się znają. Nie brakuje jednak skrzętnie skrywanych tajemnic. A tymi zajęli się zagadkowi szantażyści. Pada pierwszy trup. Kto zabił i dlaczego, kim są autorzy anonimów i co to jest M.O.R.D. – to wszystko musi ustalić w toku przesłuchań ambitna pani prokurator... Wciągający kryminał polskiego autora.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Copyright © 2010 by Jacek Krakowski Copyright for this edition © 2010 by wydawnictwopi.pl All rights reserved Wydawca: wydawnictwopi.pl Redakcja i korekta: Grzegorz Godlewski Projekt okładki: Artur Gosiewski – signature.pl Skład i łamanie: Wojtek Puchniarz ISBN 978-83-62348-12-1 dla całej serii superkryminal.pl ISBN 978-83-62348-11-4 dla tomu M.O.R.D. Nr indeksu: 264156 4 Przesłuchanie 1 – Aleksander Lenc? – ... – Aleksander Lenc, syn Franciszka? – ... – Odpowiadaj, jak cię pytam. – ... – Aleksander, odpowiadaj na moje pytania. – Nienawidzę tego imienia. To przez matkę. Ojciec chciał... – Odpowiadaj. Ty jesteś Aleksander Lenc: tak czy nie? – Używam imienia Lex, przez iks. – Lex Lenc? – Tak, to ja. – Niech ci będzie. Urodzony 24 września 1992 roku w Skamielinie? – Niestety... – Odpowiadaj: tak lub nie? – Tak. – Zamieszkały w Skamielinie, ulica Kwiatowa 26? – Tak. – Uczeń drugiej klasy Liceum imienia Jana Pawła II w Skamielinie? – Zgadza się. Tak, jestem uczniem tego liceum. – Aleksandrze Lenc, jesteś oskarżony o  to, że w  nocy z  30 kwietnia na 1 maja 2009 roku zamor- 5 dowałeś księdza katechetę Gerwazego Chabera. Czy przyznajesz się do winy? – Nie. Nie zabiłem tego księdza. – Zastanów się. – Nie. – Ksiądz zginął w swoim mieszkaniu na plebanii na skutek uderzenia w głowę kryształowym wazonem. Na wazonie są twoje odciski palców. Skąd się tam wzięły? – Nie wiem. – Lex, to bardzo poważna sprawa. – Mam ją gdzieś. – Lex, zeznajesz przed prokuratorem do spraw nie- letnich. – Wiem. – Twoje odciski są na tym wazonie. – Proszę pani... – Pani prokurator. – Pani prokurator, pewnie byłem kiedyś na pleba- nii. Teraz nie pamiętam. – Dobrze, idźmy dalej. Co robiłeś w  nocy z  30 kwietnia na 1 maja 2009 roku? – W nocy? Chyba spałem. – Gdzie? – No, w naszym domu, Kwiatowa 26. – Kto był jeszcze w domu oprócz ciebie? – Przecież pani prokurator wie... – Lex, ja tu jestem od zadawania pytań. Był ktoś jeszcze wtedy w domu czy nie? – Nie, nie było nikogo. Ojciec zmarł 25 marca tego roku, matka załamana wylądowała w prywatnej klini- ce pod Tuszynkiem. – Twój ojciec, Franciszek Lenc, był znanym w Ska- mielinie notariuszem, prawda? 6 – Pewnie tak. Przepracowywał się, w końcu dostał zawału, zanim przyjechało pogotowie już nie żył. – Jak ci się układało z ojcem? – Obojętnie. Mało go widywałem. Przychodził późno do domu, jadł kolację, potem ślęczał nad papie- rami... Rano wychodził wcześnie do kancelarii. – A matka? – Co matka? – Kochasz matkę? – Mam mówić prawdę? – Jak najbardziej. – Histeryczka. Wyobraża sobie Bóg wie co, a  po- tem ma do wszystkich pretensje, że jest inaczej. Matka rżnie wielką damę. Z nikim w Skamielinie nie rozma- wia. Chodziła kiedyś do Akademii Muzycznej w Ło- dzi. Wyrzucili ją chyba po trzecim roku. Przez jakiś czas usiłowała dawać lekcje, występowała na jakichś lokalnych imprezach... Ojca roznosiło, mówił, że mat- ka go kompromituje, bo jego zawód wymaga powagi. Takie tam... – A brat? – Olgierd? Palant. – Ma 20 lat, prowadzi warsztat samochodowy na obrzeżach miasta. – Pewnie tak. – To trochę dziwne, że syn znanego notariusza re- peruje samochody. Olgierd ukończył to samo liceum, do którego ty chodzisz? – Jasne. W tym wielkim mieście jest tylko jedno li- ceum. – Olgierd nie chciał iść na studia? – Pokłócił się z ojcem i po maturze uciekł z domu. Nie było go z  pół roku. Czasami dzwonił do mnie 7 i mówił, że jest OK. Ojciec się wściekał. Chciał, żeby Olgierd wrócił, bo ludzie plotkują, że wyrzucił syna z domu. A matki to i tak nic nie obchodziło. Brała pi- guły, stroiła się i jeździła do Łodzi spotykać się z kole- żankami. Tak samo zwariowanymi jak ona. – Teraz Olgierd mieszka w waszym domu na Kwia- towej? – Przeprowadził się po śmierci ojca. – Gdzie mieszkał przedtem? – Miał pokój nad tym swoim garażem. Byłem u niego raz czy dwa. Co za syf! – Lex, zachowuj się! – Przepraszam, pani prokurator. – Teraz znacznie lepiej. A zatem... nie utrzymywa- łeś z bratem bliskich kontaktów? – Olgierd ma swoje życie. Samochody... Ja się sa- mochodami nie interesuję. – A czym? – Przygotowuję się do olimpiady... ilozoicznej. – Proszę, proszę... Nie musisz o tym mówić szep- tem. To żaden wstyd. – Mówią, że jestem kujon. A  mnie ilozoia na- prawdę interesuje. – Kto tak mówi? – No... moi koledzy z klasy. Ja się tym nie przejmu- ję, bo to wieśniacy. Ale są dość równi. – Którzy to? Tacy najbliżsi. Na przykład... – Maciek Baranowski. Jego rodzice mają delikatesy w rynku. – Kto jeszcze? – Romek Zięba. – Zięba?... Czy jego ojciec nie jest policjantem? – Byłym. Teraz pracuje w  irmie ochroniarskiej. 8 Przyszedł po mnie razem z mundurowym do szkoły. Co za obciach! – Nie zgrywaj się. Jesteś jedynym podejrzanym w tej sprawie. Wiesz, co ci grozi? – Nie zabiłem księdza Gerwazego. – Dobrze go znałeś. – Wszyscy go znali. Był naszym katechetą. – Poznałeś go prywatnie w mieszkaniu Michalako- wej. – Skąd pani wie? – Lex, ja tu zadaję pytania, a ty na nie odpowiadasz. Bywałeś w domu Michalakowej? – Bywałem. Od czasu do czasu. – Ewelina Michalak ma sklep krawiecki, czyli salon mody „Doris”. Ma też córkę Doris? Skąd to oryginalne imię? – Stara ma ioła na punkcie takiej dawnej aktorki Doris Day. Ciągle ogląda jej ilmy, bo myśli, że jest do niej podobna. – Dobrze się znacie z Doris Michalak? – Dość dobrze. – Chodzicie ze sobą? – Tak jakby... – Gdzie jest Doris? – Nie wiem. – Ewelina Michalak twierdzi, że córka wyjecha- ła z  twoim bratem Olgierdem na długi weekend 30 kwietnia wieczorem. – Być może. – Nie dziwi cię to, że dotychczas nie wrócili? – Olgierd często znikał na kilka dni. Miał jakieś swoje interesy. – A Doris? 9 – Słucham? – Często opuszczała lekcje? – Dość często... – Nie jesteś zazdrosny, że wyjechała z Olgierdem? – ... – Lex?! – Jestem. 10 Przesłuchanie 2 – Maciej Baranowski, syn Tadeusza, lat 17, za- mieszkały w Skamielinie, Letniskowa 15? – Tak, to ja. – Jesteś kolegą z klasy Aleksandra Lenca? – Lexa? Tak, znamy się. Fajny kumpel, tylko tro- chę... – Opowiedz mi coś o nim. – Lex nie jest na luzie. Wie pani... – Pani prokurator. – Pani prokurator, Lex bardzo dobrze się uczy, a my zgrywamy się z niego, że jest kujon, ale on jest zdolny, to my kujemy, żeby wylądować na trójach. On ma piątki i szóstki i przygotowuje się do olimpiady i- lozoicznej. – Co miałeś na myśli mówiąc, że nie jest na luzie? – To znaczy... On ma czasami takie napady, zamyka się, nie chce z nikim rozmawiać. Nie chodzi z nami na dyskoteki. Słucha tej muzyki... klasycznej. – Ach, tak... – Matka posyłała go kiedyś na lekcje fortepianu do Łodzi. Chciała z niego zrobić wirtuoza. A Lex, jak był w gimnazjum, bił się z chłopakami i coś mu się prze- stawiło w prawej dłoni. Nauczyciel powiedział mu, że już pianisty z niego nie będzie. – I wybrał ilozoię? – On dużo czyta. Nie to, co my. – A ciebie co interesuje? 11 – Mnie? Sport, gram w kosza, trochę w nogę... – A dziewczyny? – Pewnie! – Znasz Doris Michalak? – Kto jej nie zna? Szkolna top modelka. Wszyscy się za nią oglądają. – Lex też? – Jeszcze jak. Wie pani, co się mówi? – Pani prokurator... – Mówi się w  szkole, pani prokurator, że Lex jest w Doris ciężko zakochany. – Coś takiego! – Naprawdę. Odrabia za nią lekcje. Doris powie- działa kiedyś mojej siostrze, że napisał za nią wypra- cowanie i dostała piątkę. – Masz starszą siostrę? – Tak. Violetta skończyła liceum w zeszłym roku. – Przyjaźni się z Doris? – Różnie to bywa. Raz się lubią, raz się kłócą. – A ostatnio jak było? – Chyba się pożarły, bo Doris do nas nie przychodzi. – Podobno w domu Michalaków częstym gościem bywał ksiądz Chaber? – Pewnie tak. Doris, jak była w dobrym humorze, to opowiadała różne rzeczy Violetcie. – A siostra powtarzała tobie? – Moja siostra to plotkara. Bez przerwy gada. Po- trai godzinami nawijać przez telefon. – Wróćmy do księdza Gerwazego i Michalakowej. – Ewelina, znaczy się matka Doris, jest wdową, pewno dość bogatą. Maluje się, kręci włosy, a  moja matka mówi, że jej i tak już nic nie pomoże, bo to stare pudło. 12 – Michalakowa lubiła księdza Gerwazego? – Ciągle go zapraszała, nawet na śniadanie wielka- nocne. Kiedyś Violetta była u Doris i podsłuchiwały... Niby cały czas matce chodziło o  Doris, że się słabo uczy, przeżywa trudny okres i trzeba ją zmobilizować do pracy... – Co wiesz na temat Olgierda i Doris? – W szkole mówi się, że zwiali. – A ty, co o tym myślisz? – Czy ja wiem?... Olgierda znam tylko tak, z widze- nia. On jeździ podrasowanym, czerwonym mustan- giem. Nie wiem, skąd wytrzasnął tę brykę. Olgierd nie zadawał się z takimi szczeniakami jak my. Podjeżdżał pod dyskotekę, wyrywał laski i jechał z nimi... – A twoja siostra, co na to? – Violetta? Wie pani... prokurator, one się pokłó- ciły. Właśnie przez Olgierda. Violetta z  nim kręciła i zdaje się, że Doris... – Odbiła jej chłopaka? – Matka słyszała. Darły się na siebie na zapleczu sklepu. Strasznie wrzeszczały! A  potem Violetta pła- kała... – Kiedy to było? – Ze dwa tygodnie temu. – Co na to Lex? – Lex... chodził jakiś skołowany, wszyscy widzieli. Niczego nie można było od niego wyciągnąć. Podob- no łykał prochy, które zostawiła matka, bo nie mógł spać. – Skąd wiesz o tych prochach? – Romek Zięba coś tam gadał. Lex częściej rozma- wia z nim niż ze mną. – To ten Romek, co ma ojca byłego policjanta? 13 – Zgadza się, jego stary jest równy gość. – Powiedz mi Maćku... co robiłeś w  nocy z  30 kwietnia na 1 maja? – W  czwartek? Byłem na dyskotece z  Romkiem i kilkoma dziewczynami z klasy. Ciągnęliśmy Lexa, ale on powiedział, że musi czytać do tej olimpiady, bo jak wygra, to od razu dostanie się na studia w Warszawie. – A Doris? Była z wami na dyskotece. – Chyba nie. Nie wiem. Nie widziałem jej. – A twoja siostra? – Nie... Ona uważa, że to buda dla małolatów. Vio- letta jeździ do klubu. – Do jakiego klubu? – Kilka kilometrów za Skamielinem w  stronę Po- niewierska do zajazdu „Na Rozdrożu”. I tam w piwnicy jest klub „Demon”. Zlatują się tam lepsi didżeje, czasa- mi wpadnie kapela rockowa. A bramkarze wpuszczają tylko dorosłych. – Czyli... Doris by nie wpuścili? – Wpuściliby. Bo Doris ma osiemnaście lat. Wie pani, ona i  kilka innych dziewczyn garowały już w gimnazjum po dwa lata. – I nadal źle się uczą? – Przechodziły z klasy do klasy tylko dzięki pomo- cy księdza Gerwazego. 14 Przesłuchanie 3 – Roman Zięba, syn Zygmunta, lat 17, zamieszkały w Skamielinie przy ulicy Wierzbowej 2? – Tak jest, pani prokurator. – Siadaj. Dobrze znałeś księdza Gerwazego Chabe- ra? – Tak jak inni, pani prokurator. – Maciek Baranowski powiedział mi, że z  religii miałeś same szóstki. – Bo ja co niedzielę chodzę do kościoła, a Maciek woli iść z dziewczyną na łąkę. – Podobno lubiłeś dyskutować z księdzem na lek- cjach? – Ja czytam w domu Pismo Święte, pani prokura- tor. Tak jak mój ojciec. – Ciekawe... – I pytałem księdza, kto właściwie ukrzyżował Je- zusa? A ksiądz powiedział, że Rzymianie, ale ja i tak wiem, że zrobili to Żydzi. – Jezus też był Żydem. – Jezus był Bogiem! – Siadaj Romek, uspokój się... Kto ci powiedział, że Jezusa zgładzili Żydzi? – Mój tata. On ma różne książki. Zamawia je przez Internet. Kiedyś nawet dał mi jedną do przeczytania. Powiedział, że jak chcę wyrosnąć na prawdziwego Po- laka, to muszę nienawidzić Żydów i pe... gejów. – I ty ich nienawidzisz? 15 – Tak jest, pani prokurator. – Zdaje się, że ojciec wychowuje cię w duchu woj- skowym. – Tak jest. Bardzo lubię wojsko. Szczególnie rzym- skie. To byli prawdziwi bohaterowie, zdobywcy. Rzy- mianie podbijali całe narody! – A  wiesz, że wojsko rzymskie chodziło w  spód- niczkach? – To nie tak, pani prokurator! – Dobrze, dajmy temu spokój. Romku, co robiłeś w nocy z 30 kwietnia na 1 maja? – Byłem na dyskotece z Maćkiem. – Do której? – Nie wiem... Zamykają zwykle po dwunastej. – Rodzice pozwalają ci tak późno wracać do domu? – Ojciec mówi, że młody chłopak musi się wyszu- mieć. A  matka... matka jest chora i  chodzi wcześnie spać. – I jak, wyszumiałeś się na tej dyskotece? – Było super, pani prokurator. – Bramkarze zeznali, że około jedenastej byłeś już pijany w trupa. – Nie pamiętam... – A co pamiętasz? – Że nagle pojawił się Olgierd. – Brat Lexa? – Tak. Stawiał browary i gorzałę. – Olgierd na dyskotece dla małolatów? – Dorośli też tam przychodzą. Ci, których nie stać, żeby bawić się w „Demonie”. Tam jest dość drogo. – Olgierd przyjechał się pobawić? – Chyba nie. Szukał kogoś... o  coś pytał... nie pa- miętam... 16 – Dobra, na razie dajmy temu spokój. Lubisz Lexa? – Fajny kumpel, ale trochę mu odbija. – To znaczy? – Zakochał się w tej Doris Michalak. Kupił jej na- wet róże na urodziny. Odrabia za nią lekcje. Nie po- wiem, zajefajna lacha, sam bym ją... – Słucham? – Nie, nic... W końcu Lex jej się sprzykrzył i odbiła Violetcie Baranowskiej tego Olgierda. Wie pani pro- kurator, że Doris zamieszkała z nim w tym pokoju nad garażem? Przechwalała się w szkole, że już jest dorosła i może robić co chce, a matka może jej nadmuchać... Zresztą ostatnio mało ją było widać w  liceum. Stara Michalakowa nie wiedziała, co robić, bo wymyśliła so- bie, że jak tylko Doris dostanie świadectwo ukończe- nia liceum, to zaraz wyda ją za mąż za tego trzydzie- stoletniego syna aptekarza. Mówiła do wszystkich, że to najlepsza partia w Skamielinie. – Lex pewnie był o Doris zazdrosny? – Najpierw była awantura, a potem Olgierd stłukł Lexa. Byliśmy wtedy u nich na Kwiatowej z Maćkiem. Mieliśmy grać na dwa komputery. A tu wpada Olgierd z mordą, że Lex przewraca w głowie Doris i żeby trzy- mał się od niej z daleka, bo ona już nigdy do niego nie wróci. Jej matka... – Co? – Lex usłyszał, jak stara Michalakowa radziła się księdza Gerwazego, czy nie umieścić córki w  szkole z internatem u zakonnic. Podobno jest pod Warszawą takie liceum, ale bardzo drogie. – Co na to ksiądz Gerwazy? – Powiedział, że jak Doris zda do trzeciej klasy, to on się tym zajmie, żeby ją przenieść. 17 – Doris jest kiepską uczennicą? – Beznadziejną. Ksiądz starał się jej pomóc. O, ksiądz Gerwazy był dobrym człowiekiem. Mówił, że Jezus kazał pasać swoje owieczki żelazną rózgą. Dys- cyplina musi być zachowana. Pani prokurator, czy to prawda, że Lex zabił księdza Gerwazego? – Sprawa jest w toku. Jak widzisz, trwają przesłu- chania. Powiedz mi, kiedy ostatni raz widziałeś Doris Michalak? – No, wtedy, w piątek. – Przyszła na dyskotekę? – Nie, kiedy wyszedłem na powietrze, żeby... Sie- działa w bryce Olgierda, w tym czerwonym mustangu z otwartym dachem i paliła papierosa. – Zauważyła cię? – Chyba nie, bo zaraz pobiegłem za róg. – Po co? – Żeby puścić pawia, pani prokurator. 18 Przesłuchanie 4 – Pani była gospodynią księdza Gerwazego i nazy- wa się Aniela Szurgot? – Ano ja, moja pani, ano... – Proszę mi powiedzieć jeszcze raz, co się zdarzyło pierwszego maja. – Mówiła już na komisariacie. – Pani Anielo, proszę jeszcze raz. O której przyszła pani na plebanię? – Ano jakoś tak o siódmej, może ciut później, bom się zagadała z tą Jóźwiakową, co to sprząta u Baranow- skich, tych od tego sklepu w rynku. Pani moja, co tam się u  nich wyprawia! Jóźwiakowa przysięgła się, że widziała na własne oczy, jak ta cała Violetta wkłada- ła koronkowe majtki, ale jakie, moja pani! Czerwone i takie, że ledwie, ledwie ino tę kuciapę jej zasłaniały, a całe dupsko gołe. A do tego przezroczyste, aż wstyd. Jóźwiakowa mówi, że ta Violetta się puszcza. – Pani Szurgot, niech mi pani nie zawraca głowy głupimi plotkami. Proszę powiedzieć, co pani zoba- czyła po przybyciu na plebanię. – Znaczy się, jak odkluczyła drzwi? – Odkluczyła pani drzwi i co?... – Jezus Maria!... Na razie nic żem nie zobaczyła, bo stałam w sieni i zdejmowała paltocik, angielski, w kra- tę, co to mi syn przysłał... – Pani Anielo, do rzeczy! Zdjęła pani palto, weszła do pokoju... 19 – A nie, nie, moja pani. Najsampierw ja weszła do kuchni, bo zawsze stawia na piecu mleko, żeby się za- gotowało, bo ksiądz Gerwazy musiał mieć do kawki świeżutkie mleczko. A  piecyk mamy nowomodny, elektryczny, ino cyk i już się grzeje na czerwono. Pani, czego to ludzie teraz nie wymyślą! Potem nalała wody do czajnika i miała się wziąć za mielenie kawy w ręcz- nym młynku. Tak, moja pani, bo ksiądz Gerwazy lu- biał mieć co rano kawę ręcznie mieloną. Taki był wy- bredny! Mój Boże, niczego sobie nie żałował. Więc ja, moja pani, biorę ten młynek... Ale coś mnie tkło. – Co panią... tkło? – Że tak niby cicho, pani droga, cichuśko... O  tej porze to zwykle szur, szur, ksiądz już był na nogach, a  to radio cicho grało, a  to ksiądz zagadał. A  tu nic. Głucho i tyle. – I co pani zrobiła? – Otwarła drzwi do pokoju i mówię: Proszę księdza, przepraszam, żem spóźniona, ale ta ględa Jóźwiakowa, jak kogoś dorwie... A on leży jak nieżywy! Faktycznie był nieżywy, ale ja o tym jeszczem nic nie wiedziała, ino podeszła na palcach, patrzę... Leży, nieboraczek, na tym swoim nowym dywanie, co to go kupił na Boże Narodzenie i  ani drgnie. Krew mu z  głowy wyciekła i zalała te kręcone wzory. Ksiądz mówił, że to hiszpań- ski dywan. On umiał sobie dogadzać! Widziała pani srebra w kredensie? Cacuszka! A iliżanki... – Pani Anielo, co pani jeszcze zobaczyła? – Co ja zobaczyła?... Pani, co ja mogła zobaczyć, jak od razu łzami się cała zalała, na kolana padła i ręce załamała. A  potem poleciała do kuchni, żeby mleko wyłączyć, bo by jeszcze wykipiało na ten nowy piec. I  zdjęła ze ściany lusterko, coby przystawić je księ- 20 dzu Gerwazemu do ust i zobaczyć, czy jeszcze chuch w nim dyszy. Ale on już, moja pani... nieboszczyk jak ta lala. Leży sobie na boczku i ani mru-mru... No to wzięła z podłogi ten wazon i postawiła na stole. – Jaki wazon? – Cudny, rżnięty kryształ, ten od Michalakowej. A  to pani nie wie? Michalakowa ma salon mody, ale ona nie tylko sukniami ślubnymi handluje, bo daleko by na tym nie ujechała. A to sztuczne kwiaty, a to kapy na łóżka skombinuje, a  to lustra sprowadzi. A  przed Wielkanocą ściągnęła skądsiś kryształowe wazony. Ciężkie jak nie wiem co! I, moja pani, te wazony coś nie szły. Ksiądz nieboszczyk kupił jeden, ale na mój gust, to ona mu go dała, ta Ewelina, bo mówią na mieście... – Postawiła pani wazon na stole? – Aż cała się wzdrygła, moja pani, bo ja nie obrzy- dliwam, ale na krew nie mogę patrzyć. Zara mnie tak, o tu, coś mgli... No to ja wybiegła na dwór z krzykiem i wpadła na tego Furmaniaka, co to kupił sobie na wio- snę czerwony rower i krzyczę: Panie Furmaniak, księ- dza nam zabili, jedź pan na policję! A on mi na to: Już pędzę, pani Szurgotowa! I jak stanął na tych pedałach, to ino kurz po nim został. – Dlaczego pani nie zatelefonowała z plebanii? – Ksiądz Gerwazy odłączył telefon, bo to ludzie cięgiem przychodzili dzwonić, a  tak po prawdzie, to przeglądali mu kąty. On tego nie cierpiał i kupił sobie taką tę... komórkę. No przecie nie będę grzebała mu po kieszeniach. I ja tam się na tym nie znam. – Jak pani myśli, dlaczego ktoś zabił księdza Ger- wazego Chabera? – A to, moja pani... Tak już jest. Człowiek nie zna dnia ani godziny. A  taki był dusza człowiek. Zawsze 21 czyściutki, paznokietki opiłowane... Mój Boże... – Pani Anielo, niech się pani uspokoi... – Nie mogę, moja pani, za nic nie mogę... Kiedy pomyślę sobie, że on, bidulek, tam leży. I  pewnie go nawet pokroili! Ludzie to teraz są takie podłe, moja pani. Jak tylko przyszedł ten list, to od razu... – Jaki list? – Biały. Po wierzchu wydrukowany, nie pisany, jak- by z jakiego urzędu. Ksiądz nawet zdziwił się, że list i z Łodzi, bo jak coś od niego chcą, to zawsze dzwonią. Albo piszą co trzeba przez ten komputer. A tu list! Ino przeczytał, od razu zrobił się taki bladziutki na twarzy i cały dzień chodził jak struty. – Na policji nie zeznała pani o tym liście. – A bo to, moja pani, czy ja nie umiem trzymać ję- zyka za zębami? Ksiądz Gerwazy powiedział, żeby ni- komu ani słóweczka, no tom nikomu nie mówiła, ale pani, pani sędzio... – Jestem prokuratorem. – ...pani tak dobrze z oczu patrzy. – Proszę... – Jak tylko zobaczyła, że ksiądz nie żyje, od razu wyjęła list z biurka i schowała go za stanik. Bo to pani wie, ludzie będą potem mleć ozorami byle co, jak się wyda, że... – Ksiądz Gerwazy nie zamykał biurka na klucz? – Pewnie, że zamykał. A klucz wieszał za krzyżem świętym, tym dużym, co to wisi pod obrazem z Matką Boską. Niech pani czyta. Trochę się pogniotło. – „Skończ z  Doris, bo my skończymy z  tobą. M.O.R.D.” – Jak tylko ja to przeczytała, od razu wiedziała, co się święci! 22 Przesłuchanie 5 – Lex! – Tak. – Lex, prosiłam, żebyś nie obgryzał paznokci. – Przepraszam, jak tylko tak... – Jesteś zdenerwowany. – Kto by nie był... – Powiesz mi wreszcie prawdę? – Już powiedziałem. – Lex, przyznaj się, okaż skruchę. Zobaczysz, zaraz ci ulży. A poza tym kara będzie mniejsza. Zabiłeś księ- dza Gerwazego? – Nikogo nie zabiłem! Niech mi pani da spokój. Dlaczego akurat ja? Coście się do mnie przyczepili? – Twoje odciski palców są na wazonie. – I  co z  tego? Byłem tydzień temu na plebanii. Ksiądz chciał porozmawiać o Doris. Wie pani, ona się źle uczyła. Groziło jej, że jak zostanie na drugi rok, to matka przeniesie ją do szkoły w Poniewiersku. Takie liceum dla tumanów. – Zdaje się, że matka Doris myślała o szkole z in- ternatem. – To było dla niej za drogo. Spłacała kredyty. Dla- tego prosiła księdza Gerwazego, żeby chociaż wstawił się za Doris u nauczycieli. – Odrabiałeś lekcje za Doris? – Zdarzało się. Ale przecież musiała pisać klasów- ki, odpowiadać przy tablicy... 23
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

M.O.R.D.
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: