Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00434 007396 11264227 na godz. na dobę w sumie
Maestro. 40 lat milczenia o skandalu w mieście zasłoniętych firanek - ebook/pdf
Maestro. 40 lat milczenia o skandalu w mieście zasłoniętych firanek - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Agora Język publikacji: polski
ISBN: 978-832-681-282-8 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> biografie
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Zło rodzi się w milczeniu. „Maestro” Marcina Kąckiego – pisana przez 10 lat reporterska historia pedofilskiego skandalu w chórze Polskie Słowiki oraz jego dyrygenta Wojciecha Kroloppa. To jednocześnie wielowymiarowy obraz sieci zależności, uwikłań, kłamstw i interesów, który sprawił, że przez dziesięciolecia sprawa była zamiatana pod dywan. „Pisząc książkę o Wojciechu Kroloppie i pedofilskim skandalu w chórze Polskie Słowiki, chciałem przede wszystkim zrozumieć, skąd bierze się zło i dlaczego czasem stajemy wobec niego bezradni. Jak to możliwe, że ktoś bezkarnie przez lata niemal na oczach całego miasta krzywdzi, gwałci dzieci? Zło w czasach totalitarnych, w czasach masowego zagrożenia życia, systemowego szczucia i upodlania ludzi, zostało opisane. Ale okazuje się, że zło świetnie potrafi się odrodzić w tzw. normalnym świecie, nie za drutami obozu, nie pod lufą karabinu. Doskonale się je hoduje w temperaturze pokojowej”.

Marcin Kącki

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

MAESTRO HISTORIA MILCZENIA REDAKCJA Mariusz Burchart KONSULTACJA JĘZYKOWA Wioletta Fabrycka KOREKTA Bartosz Choroszewski FOTOEDYCJA Maciej Murański PRZYGOTOWANIE ZDJĘĆ DO DRUKU Paweł Szczepaniak ZDJĘCIE NA OKŁADCE Kirstin Mckee/Flickr RF/Getty Images/Flash Press Media PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI Katarzyna Kaliszuk – Stankowiak OPRACOWANIE GRAFICZNE Elżbieta Wastkowska REDAKTOR NACZELNY Paweł Goźliński PRODUCENCI WYDAWNICZY Małgorzata Skowrońska,Robert Kijak KOORDYNACJA PROJEKTU Magdalena Kosińska © COPYRIGHT BYAGORA SA 2013 © COPYRIGHT BY Marcin Kącki 2013 WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE WARSZAWA 2013 ISBN: 978-83-268-1282-8 DRUK Drukarnia Perfekt Marcin Kącki MAESTRO HISTORIA MILCZENIA Wstęp ByłydyrektorchłopięcegochóruPolskieSłowiki,skazanyzapedo- filię, leży wiosną 2013 roku w małżeńskim łożu,w sypialni wypełnionej zapachem leków. Wygląda, jakby na chwilę odłączono go od aparatury podtrzymującej życie. –Wciąż niemogę siebieprzekonać,bypanu pomóc,skoro toprzez pana umieram tu,w tych...– mówi niskim głosem,który zamienia się w nerwowy alt,gdy zadaję dokuczliwe pytania.Pije herbatę i patrzy na moją nietkniętą szklankę z wodą. – Myśli pan,że zatrułem,żeby się zemścić za tamto? Dziesięć lat wcześniej.M.,dorosły chórzysta Wojciecha Kroloppa, czyta w lokalnej,poznańskiej gazecie wypowiedź swojego dyrygenta: „Czujęsięodpowiedzialnyzakażdegośpiewaka,któregorodziceoddają mipodopiekę.Pełnięwówczasfunkcje»mamyiojca«.Kiedywracamy doPoznania,czujęulgę,oddającwszystkichśpiewakówzdrowychswoim opiekunom”. Kilkadniwcześniejzatrzymanodwóchbibliotekarzyzeszkołychó- ralnej podejrzanych o molestowanie chłopców.Dlatego dziennikarze pytali dyrektora chóru,czy wiedział o tym procederze. – Ty skurwysynu! – M.klnie pod nosem.Wybiera numer„Gazety Poznańskiej”,którawydrukowaławywiad.Odbieradziennikarzdyżurny i przekazuje mi słuchawkę.Ocenia,że to sprawa dla dziennikarza od reportażu kryminalnego. – Bzdury tam piszecie,śpiewałem w tym chórze od lat 70.,wiem wszystko! To zaczęło się od dyrygenta! – M.krzyczy do słuchawki. 5 MARCIN KĄCKI Gdy zjawiam się u niego jeszcze tego samego dnia,jest rozdygotany i przybity.Trochę wypił.Zapala papierosa.Ręce mu się trzęsą,sączy drinkazeszklanki.Ma40lat,alewyglądanamłodszego.Opowiadami o swoich przeżyciach w chórze,niektóre szczegóły zataja,ale jego his- toriauruchomidziennikarskieśledztwoiprzyczynisięw2003rokudo zatrzymania dyrygenta. M.postawi też pytania,na które odpowiedzi będę szukał przez lata, przygotowującsiędopisaniatejksiążki.Podziesięciulatachdopowiada resztę. –Byłemładnymchłopcem.Mojamatkapracowałajakourzędniczka, ojcieckierowałpaństwowymprzedsiębiorstwem,mieszkaliśmywkamie- nicywcentrumPoznania.Byłemdrobny,więcnapodwórkudzieciaki mnie lały.Kiedy ojciec kupił samochód – a był to pierwszy samochód naosiedlu–lałymniejeszczebardziej.W1969rokurodziceoddalimnie doszkołypodstawowejzchórem,wstarymbudynkuwcentrumPoz- nania, w którym oprócz normalnych lekcji mieliśmy naukę śpiewu, czytanie nut i grę na fortepianie.To była elita,po jednej klasie na rocz- nik, prowadził ją mistrz Jerzy Kurczewski.Dzieciaki z jego chórem wyjeżdżały śpiewać na Zachodzie.Ludzie pchali tam swoje dzieci drzwiami,oknami i kominem.Na egzaminie były tłumy.Czy decydo- wał tylko głos? Nie wiem.Ale dostałem się. Na początku to była w miarę normalna szkoła,tradycyjne przed- mioty,zdodatkiemgrynafortepianieiemisjigłosu.Dopierowtrzeciej klasie,gdyzapadaładecyzja,któryzuczniówwejdziedochóru,zaczy- nałysięcyrki.Rodzicepróbowaliwszelkimisposobamiprzekonaćdyrek- cję, a jak się dało,to i nacisnąć,by ich syn dostał szansę.Miałem dobry głos,więcbyłemwśródwybrańców.Z23chłopakówwmojejklasiedo chóruweszłoczterech.Kroloppbyłwtedyasystentemdyrektoraszkoły ichóru,więcpierwszympoBogu.Miałjużswójgabinet.Alewciążśpie- wał z nami,w chórze,jako baryton.Podczas prób stał na samej górze i pilnował.Żeby wszyscy śpiewali,żeby nikt nie kładł na nuty książki i nie czytał,zamiast słuchać nudnych pogadanek Kurczewskiego.Do Kurczewskiegomieliśmyjednakszacunek.Kroloppbudziłodrazęswoim wyglądem i interesownym charakterem. 6 MAESTRO HISTORIA MILCZENIA Pierwszy wyjazd z chórem? Na letnie kolonie w Kołobrzegu,latem, chybaw1972roku.Odbywałysiętampróby,alebyłteżczasnazabawę. MnieikilkuinnychchórzystówKroloppzabrałdoswojegosamochodu. Reszta jechała autokarem. Siedziałemwtymsamochodzieipatrzyłemnajegostraszniedługie palce.Ramionateżmiałdługie,jakpająk.Ijeszczetengarb,którymasko- wał, wypychając marynarkę.Do tego krostowata,brzydka twarz. Wtedy jeszcze nic się nie stało. Pokoloniipojechałemnapierwszywyjazdowykoncert.Autokarem. Krolopp siedział z przodu,blisko kierowcy.Zawołał mnie.Wziął na kolana. Wszyscyto widzieli,całastarszyzna.Kurczewskiteż.Zacząłgłaskać mnie po szyi,po plecach.Co czułem? Nie wiem.Nie pamiętam,czy zadawałem sobie pytanie,co to znaczy,że mnie,dziesięciolatka,obcy mężczyzna bierze na kolana i pieści.Ale skoro wszyscy to widzieli i nie reagowali,pewnie uznałem,że to normalne. Tylko koledzy krzyczeli: „Lizus!”.A starsi kpili:„Jest nowa ofiara!”. Nie rozumiałem,o co im chodzi. W autokarze było 20,może 30 dzieci,dorośli śpiewacy,szkolni na- uczycieleśpiewu,kierowca,któryjeździłznamikilkanaścielat.Musieli widzieć ten taniec godowy wokół mnie.Nie byłem przecież pierwszy. Spaliśmy w hotelu.Krolopp przyszedł do mnie wieczorem.Niby sprawdzić,czyśpięwmajtkachpodpiżamą.Potemwszedłzemnąpod prysznic.Jakby nigdy nic,jakby to wszystko było absolutnie naturalne. Alepopowrociedodomudostałemgorączki.Rodzicezabralimniedo lekarza.Stwierdził,że to na tle nerwowym.Czy powiedziałem rodzi- com? Nie.Wstydziłem się,choć czułem,że coś jest nie tak. Ojcu bym i tak nie powiedział.Mama? Nie chciałem jej sprawić zawodu. Niedługo potem pierwszy wyjazd na Zachód,do Essen w RFN.Za koncert dostawałem 5-10 marek,a tych koncertów było kilkanaście. KasęrozdzielałKrolopp,odniegozależało,ktoiiledostaniezakoncert. Najwięcej dostawali jego ulubieńcy.Przywiozłem magnetofon kase- towy i zostałem królem podwórka.U nas wciąż panowały szpulowce. 7 MARCIN KĄCKI Chodziłem do peweksu,kupowałem sobie spodnie,słodycze.Jesz- cze bardziej wkurwiałem tych z podwórka.Nasza szkoła sąsiadowała ze zwykłą podstawówką przez ścianę.Oni też nas nie lubili.Ktoś przy- tomny zdecydował,że zaczynaliśmy lekcje piętnaście minut po nich, żeby się nie mijać na przerwach,nie prowokować ciuchami,nie poka- zywać, że ich świat jest gorszy,biedniejszy.Ja też tak myślałem.Choć moja siostra chodziła do tamtej szkoły.Ale ona nie krzyczała na mnie: „Kurczak ciota!”. Nie wiedziałem,o co chodzi z tą ciotą. Kiedyposzedłemdoliceum,zrezygnowałemzchóru,choćpomuta- cji,którąprzeszedłem,kiedymiałemmniejwięcej15lat,mogłemdalej śpiewać.Matka pytała dlaczego.Przecież tam jest raj.Rzuciłem coś owspólnychprysznicachzWojtkiem.Niewydajemisię,żebyjątozszo- kowało. Z ojcem nadal o tym nie rozmawiałem.Cieszyłem się,że to koniec,że Krolopp zniknie z mojego życia.Ale nie zniknął.Przez pół roku miałem go w głowie każdej nocy. Wdrugiejklasieliceumzacząłemtęsknićzaśpiewaniem. Amożeza peweksem? Magnetofon się zepsuł,miałem też nowe potrzeby.Alko- hol. Ciuchy,żeby zaimponować dziewczynom.Wróciłem.Myślałem, że jestem dojrzały,silny,że się obronię. Pierwszywyjazdpomoimpowrocie,chybadoNiemiec.Widzę,jak Wojtek bierze na kolana chłopca.Tak jak mnie kiedyś.Maluch wraca po jakimś czasie,starsi wołają za nim„lizus”,tak jak kiedyś do mnie. Widzętychsamychnauczycieli,Kurczewskiego,tegosamegokierowcę. Widzętychsamych urzędników,którychtraktowaliśmyjak piątekoło uwozu,aktórymtrzebabyłodupywozić,żebysobiezrobilizakupyna ZachodzieinapilizKurczewskim.Nicsięniezmieniło,niktniereaguje. Ja też nie. Hotel.Wojtekprzychodziwnocydomojegopokoju.Mogęsięposta- wić, mam 17 lat,jestem silny,ale przecież chcę mieć mój pewex. OddajęsięKroloppowi,któryrządzikasąiwypłacamiwiększehono- raria.Prostytuujęsię...próbujęznaleźćinnesłowo,alenieczarujmysię, nie ma co szukać,to jest trafne,choć wtedy tak nie myślałem,przykry- wała je przyjemność posiadania. 8 MAESTRO HISTORIA MILCZENIA Dużo piję.Piją też inni chórzyści,bo każdy jest jakoś przetrącony. Pijemy i obgadujemy Kroloppa.Że coś trzeba zrobić z tą świnią.Milk- niemy,kiedyonsamdonasprzychodzi.Polewa.Nakonieczostajeznaj- bardziej pijanym.. Tylko raz się postawiliśmy, gdy zamknął się z dzieciakiem w pokoju hotelowym. Poszliśmy do niego. Zaczęliśmy walić w drzwi, krzycze- liśmy: „Wypuść go!”. Nie otworzył. Ktoś za to wrzeszczał: „Zamknij- cie się, pijane Polaczki!”. Tłumaczyliśmy sobie, że przecież i tak nic się nie da zrobić. Byłem już pełnoletni, gdy spałem zWojtkiem regularnie, zwłasnego wyboru. Obiecał, że pomoże mi się dostać na Akademię Muzyczną, płacił honoraria. W domu wybuchła awantura, chyba o studia. Krzy- czałem, że chcę studiować, ale cierpię przez Kroloppa, bo od małego mnie miał. Wyrzuciłem to zsiebie. Ojciec wściekły zabrał mnie do niego, ale czułem, że mi nie wierzy. Zamknął się zWojtkiem wjego gabinecie, zostałem na zewnątrz. Potem ojciec wrócił. Uderzył mnie wtwarz. Przy Wojtku, który powiedział ojcu, że to wszystko pomówienia. „Chciałem dobrze dla pana syna, chciałem, żeby się dostał na Akademię, a on tak się odwdzięcza!”. M. odszedł z chóru, kiedy skończył 19 lat. Miał problemy emocjo- nalne, pił. Kiedy ma 22 lata, poznaje swoją przyszłą żonę. Ma znią syna. Wiosna 2013. – Niech mi pan powie... – Wojciech Krolopp, leżąc włóżku, podnosi do góry palec... – skoro molestowałem tę kanalię M., to dlaczego oddał mi potem swojego syna? RO ZDZIAŁ I CHÓ RZY STA Ciotka Żenia, przyrodnia siostra Wojciecha Kroloppa, zgadza się poroz- mawiać ze mną pod warunkiem, że nie podam jej nazwiska po mężu. Wstydzi się brata, który i tak jej nie oszczędza, parkując zawsze pod jej oknem, chociaż prosiła, żeby stawał na ulicy. Żenia nie wygląda na swoje 88 lat. Całe życie przepracowała jako księgowa. Przyjmuje mnie wmałym poznańskim mieszkaniu urządzo- nym wiele lat temu wedle prostego, gomułkowskiego schematu: kre- dens, ława, fotele. Ubrana jest w dżinsy i młodzieżowy sweterek. Kła - dzie przede mną gruby album w zielonej okładce, historię namiętności swojego ojca, Ottona. Wysoki, przystojny, o uśmiechniętej twarzy zdołkami wpoliczkach, zzaczesanymi do góry włosami – był muzycz- nym samoukiem. Mówili, że w rękach grało mu wszystko. Kiedy po zakończeniu Iwojny światowej Otton Tadeusz Krolopp zjawił się wPoz- naniu, uczył w gimnazjum muzyki, prowadził zespół mandolinistów, miał sklep muzyczny i stroił fortepiany, a„stroił czysto i reparacje aku- ratnie wykonywał”, jak napisał w zaświadczeniu z 1924 roku właści- ciel pewnego poznańskiego warsztatu. Poznań po wybuchu powstania wielkopolskiego w1918 roku iodzys- kaniu przez Polskę niepodległości stopniowo traci swój niemiecki cha- rakter. Symbolem niepodległości stała się poznańska Powszechna Wystawa Krajowa, znana później jako Międzynarodowe Targi Poz- nańskie. Miała pokazywać rozwój technologiczny, kulturowy i poli- tyczny kraju. Do miasta ściągają przybysze z całej Wielkopolski, ale i dalszych regionów. Poznań próbuje nadążyć za miastami Europy Zachodniej. Wsalach popularnego hotelu Bazar zabawy trwają do rana, a kreacje dam nie ustępują tym z Berlina i Paryża. Ale miasto pielęg- nuje wciąż pruski, konserwatywny model wychowania i mieszczański 13 MARCIN KĄCKI etos – po latach znany reżyser Filip Bajon, poznaniak, napisze: „To miasto zasłoniętych firanek”. Otton, który przyjechał spod Łodzi, daje tu upust swoim towarzy- skim namiętnościom. – Zapisałam ten album Wojtkowi w testamencie. Ułożyłam kolej- nymi „żonami” naszego taty, żeby było mu prościej się połapać. Tu na pierwszej stronie jest żona I, Stefania, czyli moja mama – Żenia poka- zuje palcem na niewyraźne zdjęcie kobiety, która wygląda jak gwiazda niemego kina. Stefania w 1925 roku urodziła Żenię. Dziesięć lat później Otton ma już drugą żonę. – Moja matka bardzo cierpiała. Jak szli ulicą, tata Otek często mówił do niej: „Patrz, tu taka jedna mieszka, wczoraj u niej byłem”. Taki był szczery. Nie wiem, jak matka to wytrzymywała. Kiedy odszedł, żyłyśmy biednie, bo ojciec nie płacił alimentów. Więc mama kazała mi chodzić do niego i jego drugiej żony. Była hipochondryczką. Mówiła, że muszę mieć kontakt z ojcem, bo jak sama zostanę na świecie, to będę miała przynajmniej gdzie mieszkać. Odwiedzałam więc małego Zygmusia, a po wojnie Wojtusia. O, to jest ich mama, Halina. Druga żona Ottona to Halina Kamińska. Po I wojnie przyjechała do Poznania z Berlina wraz z ojcem, urzędnikiem bankowym, matką i młodszą siostrą Janiną. Ojciec Kamiński, jak głosi rodzinna legenda, odebrał w Niemczech wysoką odprawę emerytalną, za którą zbudo- wał w Poznaniu, przy ulicy Ostrobramskiej, przestronny dom. Halina kończy edukację na szkole średniej, pracuje jako sekretarka. Ottona spotyka w latach 30. Zamieszkują w nowym domu. Nie wiemy, czy panu Kamińskiemu podobał się bliski mezaliansowi związek jego córki z muzykantem. Halina ubiera się w lisy, futra ze źrebaków, wyso- kie buty wciąga na zgrabne nogi, jak pamięta jej syn, z pomocą długich haków. W 1937 roku rodzi Ottonowi pierworodnego syna, Zyg- munta. Wczasie okupacji Otton Tadeusz, by się przypodobać nowej władzy, przedstawia się już tylko jako Otton. Podpisuje volkslistę, dzięki czemu może prowadzić sklep zinstrumentami muzycznymi. Rodowici Polacy zostali w tym czasie wykluczeni z handlu i posad w administracji. 14 CHÓRZYSTA W lutym 1945 roku Niemcy wycofują się z Poznania, w kwietniu na świat przychodzi Wojciech Krolopp, a Otton znowu staje się Tadeu- szem Ottonem. Jego synowi zpowojennych lat zostały wyblakłe wspom- nienia, woli więc opierać się na rodzinnych opowieściach. Słyszał, że ojciec był towarzyski, dowcipny, a gdy przychodzili znajomi, grywał na mandolinie lub wyjmował tajemniczą walizkę pełną rekwizytów do pokazywania sztuczek magicznych. Zwykle jednak szybko nudził się towarzystwem, chował karafkę z alkoholem, otwierał okno i krzyczał: – Wietrzę! To był sygnał dla gości: trzeba się zbierać. Matka? Znów tylko migawki: bierze go na kolana, uśmiecha się, głaszcze po głowie. Te wspomnienia są nieruchome i martwe jak zdjęcia, które uwiel- biał robić Otton. Ustawiał rodzinę i znajomych w na pozór sponta- nicznych sytuacjach, ale tylko na pokaz, tylko do zdjęcia, jakby chciał za wszelką cenę udowodnić, że ma udane życie rodzinne. Zdjęcie. Wigilia 1950 roku. Mały Wojtek wmarynarskim mundurku trzyma w rękach bębenek. Ojciec z poważną miną, przy fortepianie. Mama, kobieta o surowej urodzie, z wąskimi ustami, stoi obok. Zdjęcie. Mały Wojtek w łódce macha chusteczką, niby komuś odpływającemu w dal, a Zygmunt patrzy w tę dal, niby za tym, komu macha brat. Rodzinna atmosfera kończy się po zrobieniu zdjęcia. Otton robi awantury o byle co. Szuka pretekstu, by trzasnąć drzwiami, wychodzi, a matka szepcze: – Znów poszedł do jakiejś małpy. Codziennie o poranku, przez godzinę, gdy mąż wychodzi do pracy w szkole, ona klęka przed obrazkiem sióstr wizytek z napisem „Arcy- bractwo Straży Honorowej” i rysunkiem przebitego serca. Odmawia wydrukowaną na nim modlitwę: „Onajmiłosierniejszy Jezu, pałający gorącą miłością dla dusz, błagam Cię przez konanie Najświętszego Serca Twego i przez Boleści Matki Twej Niepokalanej obmyj we Krwi Twojej wszystkich grzeszników całego świata, a przede wszystkim tę duszę, Ottona Kroloppa, dla któ- rej zbawienia tę Godzinę Miłosierdzia odprawiam. Zanurz nas wszyst- kich, o Jezu, w przepaści miłosierdzia Twego. Amen”. Po wojnie na skutek wywłaszczenia Kroloppowie stracili dom wybu- dowany przez dziadka Kamińskiego. Mieszkają w pokoju kwaterun- 15 MARCIN KĄCKI kowym. W drugim mieszka pewien motorniczy z 17-letnią córką, Ireną. Mimo modlitw żony dusza Ottona nie pozostaje obojętna na jej urodę. Tadeusz Otton nie może znaleźć w Poznaniu pracy, trakto- wany jest jak zdrajca, podobnie jak inni, którzy podczas wojny pod- pisali volkslistę. W 1951 roku zabiera rodzinę i jedzie do Szczecina. Czeka tam na niego posada organisty i kierownika chóru w zborze ewangelickim. Zamieszkują w kościelnej przybudówce z dwoma poko- jami i kuchnią. Kilka ulic dalej, w wynajętym mieszkaniu, mieszka zabrana przez Ottona z Poznania zakochana w nim młodziutka Irena. Halina i jej dwaj synowie wiedzą o obecności kochanki. Wciąż jed- nak udają – przynajmniej na zdjęciach – że są kochającą się rodziną. Czasem tylko Halina szepcze po obiedzie: – Znów poszedł do tej małpy. Zdjęcie. Halina na leżaku ustawionym przed domem. Źle wygląda. Ojciec stoi obok. Udaje, że czyta. Przy leżaku naburmuszony Zyg- munt. Wyraźnie nie podoba mu się rola rekwizytu na zaaranżowanej przez ojca fotografii. Gdzie jest Wojciech? – O, to ten z odstającymi uszami – Żenia pokazuje pyzatego malca. – Na rowerku jego brat Zygmuś, a ta blondynka to ja. A to Wojtuś u Komunii Świętej. Ustawiony tak, jak tata kazał. Wiosną 1955 roku Halina na swojej piersi wyczuwa guz. Już po kilku tygodniach nie jest w stanie wstać z łóżka. Pisze listy do siostry Janiny, do Poznania. Skarży się na zastrzyki, promieniujący do ramion ból, utratę apetytu. „Nie byłam dziś nawet w kościele, nie mogę długo siedzieć na jednym miejscu, całe szczęście, że nie muszę leżeć w szpi- talu, tyle tam nieszczęścia na każdym kroku. PS. Wojtuś bawi się na wesołym miasteczku. Przesyłam jego oceny: zachowanie, geografia, biologia, śpiew – 5; wf, rysunki, prace ręczne – 4; historia, polski, mate- matyka – 3”. Jesienią 1955 już nie pisze listów. Nie ma siły. Z Poznania, wezwana telegramem, przyjeżdża Janina. Czuwa przy łóżku siostry aż do jej śmierci. Kiedy wychodzi z pokoju, w którym leżą zwłoki, daje Wojt- kowi pierścionek, który zsunął się z palca jego matki. Ten pierścionek będzie nosił przez całe życie, a data śmierci matki, którą ledwie pamięta, przetrwa w kodach PIN do kart bankowych i telefonów. 16 CHÓRZYSTA Nigdy nie wybaczył ojcu. Według niego przyczynił się do śmierci matki, „bo przecież gdyby ją kochał ipieścił, wyczułby ten mały guz na piersi”. – A to już żona trzecia – Żenia pokazuje mi niezbyt urodziwą sza- tynkę. – To Irena, córka motorniczego, ta, co ją ojciec zabrał do Szcze- cina. Zrobił jej dziecko, zanim jeszcze zmarła Halina. To młodsza przy- rodnia siostra Wojtka, która mieszka na Pomorzu. A na końcu albumu jest jeszcze żona czwarta, Emilia. Z nią dzieci już nie było, bo jak się żenił, miał 75 lat. Rok później umarł. Dużo tych żon? Dlatego je ponu- merowałam, żeby Wojtuś miał wszystko ładnie uporządkowane. Od momentu gdy Janina Kamińska wyszła z pokoju, w którym chwilę wcześniej umarła jej siostra, nie odezwała się już nigdy do szwagra. Wróciła do Poznania, ale wcześniej przekazała ostatnią wolę Haliny jej starszemu synowi. Na jej wypełnienie czekała zaledwie kilka tygodni. Była przeciwieństwem wysokiej, zgrabnej siostry – niska, korpu- lentna, milcząca. Ale wykształcona. Kiedy jej ojciec przeprowadził się z rodziną z Berlina do Poznania, Janina poszła do Luisenschule, liceum dla dziewcząt ufundowanego przez księżną Luizę Radziwiłłową. „Uczen- nice, od elementarnych począwszy nauk, mają nabyć wiadomości i zręczności, jakie zwykle do przedmiotów w publicznych szkołach dawanych należą. Wykształcenie ich takie być powinno, jakie się po panience piętnastoletniey do stanów oświeceńszych należącey spo- dziewać wypada” – wyjaśniała stara instrukcja napisana dla szkoły 170 lat temu. Po ukończeniu Luisenschule Janina wstępuje na uniwersytet w Poznaniu. Kończy geografię i geologię. Zostaje nauczycielką w swo- jej dawnej szkole. W czerwcu 1939 dostaje klucze, by jej doglądać w czasie wakacji. Nie wie, że to będą ostatnie takie wakacje. Wczasie wojny Janina razem zOttonem trafia do więzienia. Kamiń- ska chciała przesłać paczkę zpieniędzmi do Generalnej Guberni. Polacy nie mieli do tego prawa, więc podpisała przesyłkę nazwiskiem szwagra, volksdeutscha, licząc, że przejdzie kontrolę. Niemcy znaleźli jednak pieniądze, zatrzymali obydwoje iskazali na kilkanaście miesięcy odsiadki. Po wojnie Janina przedziera się przez poznańskie gruzowiska zpowie- rzonymi jej w 1939 roku kluczami. Ale zamiast budynku szkoły widzi 17 MARCIN KĄCKI górę kamieni. Organizuje jednak nowe liceum, Dąbrówkę. Zostaje jego dyrektorką. Pierwszego września 1945 roku wysłuchuje długiego apelu poległych uczennic i nauczycielek. Zofia Kucharczak była jedną z ulubienic Janiny. – Uczennice ją kochały, bo były dla niej ważniejsze niż nauczyciele. Dużo wymagała, ale była sprawiedliwa. Surowa, ale spokojna. Nie uzna- wała systemu kar i nagród. Porządek zaprowadzała swoją obecnością, autorytetem przedwojennej, surowej nauczycielki. Szłam kiedyś szkol- nym korytarzem, trzymając rękę w kieszeni fartucha. W trakcie roz- mowy, patrząc mi w oczy, wyjęła mi lekko tę rękę i opuściła w dół, bez słowa, bez emocji. Zresztą emocji nigdy nie okazywała. Na korytarzu Dąbrówki wisi zdjęcie z końca lat 40. Kamińska ma falę krótkich włosów, ułożonych po męsku, na lewą stronę, smutne oczy i wąskie, zacięte usta przejechane szminką, ale tak delikatnie, że równie dobrze może to być retusz lub złudzenie. Na innych widać kon- trast między roześmianymi buziami uczennic a jej posępną, smutną twarzą. Jakby tylko przechodziła przed obiektywem, wracając zpogrzebu w drodze na następny. Barbara Dropińska, 80-latka, miała wtedy ciotkę, która również była nauczycielką w Dąbrówce. Spotykały się z Kamińską w jej mieszkaniu, zamykały w pokoju i szeptały, jak uratować jakąś uczennicę, której rodzina miała kłopoty z UB. W 1946 roku Kamińska związuje się z III Zakonem Dominikań- skim w Poznaniu. Zostaje „skrytką”, laicką zakonnicą. III Zakon to „wspólnota świeckich, którzy pozostając w świecie, pragną żyć radami ewangelicznymi w duchu dominikańskim, czyli głosząc Ewangelię wszędzie, wszystkim i na wszelkie sposoby”. Ze wspomnień spisanych przez Janinę niepewnym charakterem pisma na półtorej strony maszy- nopisu wynika, że o jej ślubach wie tylko wąski krąg najbliższych przy- jaciółek. „Profesja odbywa się w tajemnicy – pisze – nie mogę się ujawnić, będąc równocześnie urzędnikiem, dyrektorką Dąbrówki”. Małgorzata – to jej zakonne imię. Pod ubraniem nosi szkaplerz – meda- lik zChrystusem iMatką Boską. Nie szykuje sabotażu przeciw PRL-owi, spotyka się tylko z księżmi, pomaga prześladowanym w stalinizmie, 18 CHÓRZYSTA jeździ po Polsce z wykładami historii w wersji zakazanej przez cenzurę. Świeccy zakonnicy miewają wzwyczaju składać śluby czystości, ale wkrót- kich zapiskach Kamińska otym nie wspomina, choć nigdy nie związała się zżadnym mężczyzną. Jedyni, których wspomina wswoich lakonicz- nych wspomnieniach, to zakonnicy, św. Dominik iChrystus. W1948 zostaje wyrzucona zposady dyrektorki Dąbrówki, bo odma- wia wstąpienia do PZPR. Zostaje nauczycielką geografii i astronomii w liceum dla chłopców im. Marcina Kasprzaka w Poznaniu. W październiku 1955 roku mieszka w małym, wynajmowanym pokoju zaneksem kuchennym iubikacją na półpiętrze. Pewnego jesien- nego wieczoru czeka w nim, by wypełnić obietnicę daną umierającej siostrze. Rozlega się pukanie. W drzwiach staje Zygmunt Krolopp. W ręku trzyma małą walizkę. W drugiej ściska dłoń swojego dziesię- cioletniego brata, Wojtka. Zostawia go u ciotki i wraca do ojca. Taka była wola Haliny Krolopp: Wojtka ma wychować Janina. Wojtek nie lubi ciotki Janki. Mało mówi, nie uśmiecha się, nie gładzi go po włosach. Opowiada mi, że ciotka nosiła fartuch, jak niania Micha- sia, i pachniała starością. Po kilku dniach ucieka. Wraca do Szczecina. Ale nim ojciec zobaczy, że wrócił, przechwytuje go brat. Znów jedzie z nim do Poznania. Martwe wspomnienie Kroloppa z mieszkania ciotki: obrazki świę- tych, Matka Boska z łezką, duży stół, długa półka na książki z przy- wiązaną firaną, za którą stoi jego łóżko, a obok tapczan, na którym śpi ciotka. Wspomnienie żywe: koleżanki ciotki, starsze panie, albo uczen- nice. Siedzi między nimi i odrabia lekcje. Przychodzą też mężczyźni, przynoszą dokumenty, które ciotka tłumaczy z niemieckiego, angiel- skiego, francuskiego. Albo pisze im piękne kazania, bo to wyłącznie księża. – Mówiłyśmy sobie, że to nie jest towarzystwo dla Wojtka – wspo- mina Zofia Kucharczak, która była częstym gościem w mieszkaniu Janiny. Zachodziła tam również Krystyna Dembecka, dawna uczennica ciotki. Pod koniec 1956 pracowała w poradni zdrowia psychicznego. Pewnego dnia w drzwiach jej gabinetu pojawiła się Janina Kamińska 19 MARCIN KĄCKI z małym Wojtkiem. Objawy: ataki histerii, nocne moczenia, koszmary, dwóje na półrocze. A to dopiero czwarta klasa podstawówki. – Zbadałam go – mówi mi Dembecka, dziś blisko 90-letnia psy- cholog. – Był kłębkiem nerwów, uciekał z domu. Przeżywał śmierć matki, swawole ojca, który zaraz po pogrzebie był już z inną kobietą. Nie miał też dobrych relacji ze starszym o osiem lat bratem. Kamińska, choć była dobrym pedagogiem, pracowała wyłącznie z dziewczętami. Zdaniem Krystyny Dembeckiej nie miała predyspo- zycji ani kompetencji, żeby matkować małemu chłopcu. Miała 53 lata, gdy nieoczekiwanie spadła na nią nowa rola. Była jednak zbyt silnie związana z siostrą, żeby odmówić. Janina Kamińska na zlecenie Dembeckiej wiezie Wojtka do dworku w Mościszkach, pod Poznaniem. Przerobiono go na szpital psychiat- ryczny dla małych dzieci. Wyblakłe wspomnienie Kroloppa: ciotka odjeżdża, wokół dużo dzieci, jezioro, łódka, przymusowy prysznic, szarpanina przy rozbie- raniu, porwane majtki, pod prysznicem duży penis starszego chłopaka, choć dorosły Krolopp nie pamięta, czy to wspomnienie jest efektem molestowania, czy tylko anatomicznym odkryciem. Dyrekcja szpitala w Kościanie, któremu podlegał zlikwidowany dawno temu oddział wMościszkach, informuje mnie, że karta lekarska Wojciecha Kroloppa została zniszczona po obowiązkowym okresie archiwizowania. Zachował się tylko wpis, że został przyjęty w styczniu 1957 z rozpoznaniem „zaburzeń nerwicowych”, a wypisany dzień po swoich dwunastych urodzinach. W szpitalu spędził więc trzy miesiące. Krystyna Dembecka nie pamięta, w jakim stanie wrócił stamtąd mały Wojtek. Ale jeszcze bardziej męczy ją myśl okolejnym jej pomyśle, który miał pomóc małemu wyjść z sierocej traumy. – Z badań wyszło, że jest uzdolniony muzycznie, pewnie po ojcu. Zaleciłam Jance, żeby zaprowadziła go do dyrygenta, męża mojej drużynowej. Muzyka miała go uleczyć. Stare zdjęcie z lat 50. Jerzy Kurczewski jest niskim, drobniutkim sza- tynem z przedziałkiem na środku głowy. Na nosie rogowe oprawki okularów. Poprawiał je, jak pamięta Krolopp, śmiesznym tikiem, 20 CHÓRZYSTA marszcząc nos. Nie dbał o ubiór. Przez szparę pomiędzy nieco krzy- wymi zębami dyrygent wypuszcza dym z papierosa – leci w górę jak z komina lokomotywy. – Siostrzeniec ma chyba muzyczny talent – mówi ciotka Kamińska, gdy staje z małym Wojtkiem w drzwiach gabinetu w domu kultury w Poznaniu. Kurczewski prowadzi tam chór chłopięcy. Mały Wojtek widzi uśmiechniętego, sympatycznego pana, który każe mu zaśpiewać gamę. – Nada się – mówi dyrygent. Nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo to dziecko wpłynie na jego życie. Jerzy Kurczewski urodził się w 1924 roku, w rodzinie malarza poko- jowego, bez tradycji muzycznych. Talent odkrywa uniego wujek, zktó- rym śpiewał w czasie rodzinnych uroczystości. Przed II wojną świa- tową chce wstąpić do słynnego wówczas wPoznaniu chłopięcego chóru księdza Wacława Gieburowskiego działającego przy poznańskiej kate- drze. Rezygnuje, bo – jak pisze wlakonicznych wspomnieniach – usłyszał, że „ksiądz był nerwus i walił po gębie”. Nudzi się w szkole na lekcjach muzyki. Każą mu śpiewać proste melodie, a on jest w stanie opanować złożone kompozycje. Podczas wojny, jako nastolatek, mieszka z rodzicami w piwnicy. Choć to izba dla krasnali, wymusza, by umieścili tam pianino, na którym uczył się grać jeszcze przed wojną z wujkiem. Występuje w konspiracyjnej gru- pie muzyczno-teatralnej Flimoni, która po domach gra „Wesele” Wyspiańskiego. Po wojnie prowadzi drużynę harcerską, zakłada przy niej chór Minia- turka. W repertuarze pieśni: „Z liścia chałupkę miała”, „Hej, te nase góry”, które gromadził podczas podróży po Polsce. Wstępuje do PZPR. Staje się nadwornym dyrygentem nowej władzy. Jego chór występuje po PGR-ach, daje koncerty dla przodowników nauki, w święto Urzędu Bezpieczeństwa. W repertuarze zmiany. Do utworów ludowych dochodzą pieśni radzieckich pionierów. W 1949 roku odnosi wielki sukces: zdobywa z zespołem wysokie miejsce podczas międzynarodowego festiwalu muzyki chóralnej na Węgrzech. Piszą o tym poznańskie gazety. Kurczewski staje się rozpo- znawalną personą. W jednym z poznańskich domów kultury dostaje 21 MARCIN KĄCKI siedzibę dla chóru. W 1955 Kurczewski i jego chór występują w war- szawskiej Hali Mirowskiej dla samego Bolesława Bieruta. Jego chó- rzyści śpiewają też podczas otwarcia sali kongresowej Pałacu Kultury iNauki. Chór przyjmuje ostateczną nazwę Poznański Chór Chłopięcy. Kurczewski mieszka w przestronnym mieszkaniu z żoną Danutą, swoją matką oraz kilkuletnią córką Aliną. On – mały, jak naparsteczek, wesoły, zwierzęco ruchliwy. Ona – wyższa, przy kości, mniej towarzyska, potykająca się o meble z powodu poważnej wady wzroku. Krystyna Dembecka, psycholog, która zaleciła muzyczną terapię małego Wojtka, była po wojnie harcerką w drużynie prowadzonej przez żonę Kurczewskiego. – To nie było chyba dobrane małżeństwo, nie widziałam tam miłości, wzajemnego szacunku. Kurczewski był wykształcony, po muzykolo- gii, dyrygenturze, a ona z powodu wady wzroku naukę skończyła na szkole średniej. Ta ślepota odebrała jej też wolę walki o męża, który był pod silnym wpływem władczej matki. Ojciec Kurczewskiego? Nie liczył się. Jak to się mówi, miał problemy alkoholowe. Ryszard Danecki, poznański poeta iprzyjaciel Kurczewskiego, atakże jego chórzysta, sądzi, że było to małżeństwo zawarte pod naciskiem matki Kurczewskiego. – Chciała oszczędzić synowi trudów kawaler- skiego życia. – To była dobra kobieta, ale nadopiekuńcza. Mówiliśmy na nią „Cio- cia”. Traktowała Jurka jak małego chłopca. Pilnowała go, bo – nie ma co ukrywać – tak jak ojciec miał skłonność do alkoholu. Krolopp wszedł wten dom jak we własny. Stał się wybrankiem iulu- bieńcem dyrygenta, który otacza go ojcowską troską. Ciotka nie była w stanie się zdobyć, żeby wziąć małego na kolana. Z kolan Kurczew- skiego mały Wojtek niemal nie schodził. Po każdej próbie chóru, trzy razy w tygodniu, pędził do mieszkania dyrygenta, kładł się obok i wraz z nim drzemał. Zaakceptowała go również żona Kurczewskiego i„Cio- cia”. Krolopp jadł u nich obiady, jeździł samochodem dyrygenta na występy chóru, gdy reszta zespołu turlała się w autobusie. Kurczewski właściwie usynowił małego Wojtka. Chór Na zdjęciu zkartoteki chóralnej z1957 roku Wojtek Krolopp ma małe, bystre oczka ikarykaturalnie odstające uszy. Jego półpro- fil można by uznać za poważny jak na 12-latka, gdyby nie te uszy. Z kompleksem będzie się zmagał latami, w końcu problem roz- wiąże operacja plastyczna. Inny problem to szwadron krost, pozostałość po młodzieńczym trądziku agresywnym jak ospa. Nigdy go nie pokona. Jerzy Kubis w Liceum im. Marcina Kasprzaka siedział z Wojtkiem wjednej ławce. Pamięta, że krosty Kroloppa szły przed nim. Jeden zna - uczycieli zapytał kiedyś: – Ty musisz bardzo lubić smalec, bo takie kro- sty to tylko od smalcu. Mały jest wciąż pod opieką ciotki, choć według prawa nie powinna była zajmować się chłopcem. Otton Krolopp nigdy nie utracił praw rodzicielskich, aona nigdy ich nie uzyskała. Jednak ojciec nie protesto- wał, gdy mały zniknął. Wiedział, że to wola zmarłej żony. Zapewne takie rozwiązanie było mu też na rękę. Studiującego starszego syna wypro- wadził do mieszkania kochanki, a ona zamieszkała razem z nim. Przeciwko „porwaniu” Wojtka protestował, ale tylko listownie, choć mógł wsiąść do pociągu i po prostu zabrać syna do Szczecina. Janka nie chciała mieć ze szwagrem nic do czynienia. Obciążała go odpowiedzialnością za nieszczęśliwe życie i śmierć siostry. Nie odpo- wiadała na jego listy. Informacje oWojtku przekazywała jego gosposi, Michasi. W 1961 Otton pisze do Janki z pretensjami: „Dlaczego jeżeli piszecie do Michasi, to kilku słów nie dołączacie do mnie? Dlaczego Wojtuś zostaje wtakim duchu wychowanym? Przeciw ojcu? Czemu mego chłopaka tak odwracasz ode mnie? Dla mnie zawsze zostajesz moją dobrą szwagierką. Ja cię lubiłem i chętnie byłem z tobą 23 MARCIN KĄCKI od najmłodszych lat. Byłem zawsze człowiekiem zhumorem, bawiłem towarzystwo, na ogół byłem lubiany, i twój ojciec, i twoja matka mnie lubili, ile wieczorków uwas spędziłem, to musiałem twojemu ojcu grać ładne melodie na jakimś instrumencie. Tak wszystko prysło, wszystko minęło, życie nasze leży za nami, należy do przeszłości, pozostały tylko wspomnienia. Chciałbym zTobą kontakt utrzymać do końca życia, ale tylko jeżeli ten kontakt jest naprawdę szczery. Co uWojtusia? Od gwiazdki onim nie słyszałem, agdy jest ze mną, to co kilka dni pisze do dyrygenta i do Ciebie. Jak w szkole? Dwóje poprawił?”. 16-letni Wojtek wysyła ojcu krótką odpowiedź, co Michasia rela- cjonuje w liście do ciotki: „Pan Krolopp z taką uciechą otwierał list, ale kiedy doszedł do tego, gdzie Wojtuś pisze, że nie jest małym dzieckiem iwolałby, ażeby ojciec przesłał mu skarpetki albo pieniądze, to rzucił list ijuż dalej nie czytał”. Otton nigdy nie przysyłał pieniędzy na utrzymanie syna, a ciotka nigdy onie nie prosiła. Wzięła dodatkowy etat nauczycielski, dorabiała korepetycjami. Jerzy Kubis, kolega Kroloppa z licealnej ławki: – Przez dłuższy czas nie wiedzieliśmy, że „Ara” od geografii – tak nazywaliśmy Kamińską, bo nie wymawiała „r” – to ciotka Wojtka. Traktowała go równie surowo, jak resztę. Zawsze wfartuchu, smutna. Nie potrafiłbym opisać jej uśmie- chu, bo nigdy go nie widziałem. Po nastroju nauczyciela wiadomo było, kiedy postawi pałę, a ona nie miała żadnego nastroju. Wojtek był inny, normalny, może trochę małomówny, ale i liryczny. Pamiętam, jak na polskim przepraszał za swoje rozkojarzenie: „Moje myśli biegną jak strzały z karabinu”. I ciągle gadał o tym swoim chórze. Między ciotką Kamińską a dyrygentem Kurczewskim rozegrał się pojedynek o duszę chłopca. Kurczewski, ateista, zasłużony członek partii, robi z Wojtka solistę. Chłopak śpiewa na akademii ku czci rewolucji październikowej albo Mao Tse-tunga, komunistycznego przywódcy Chin: Oto jest słońca wschód oto jest radosny słońca wschód, przyjedzie Mao, towarzysz nasz wyzwoli chiński lud. 24 CHÓRZYSTA Tymczasem ciotka Janka prosi małego o wspólny różaniec: Wierzę w Boga Ojca Wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, i w Jezusa Chrystusa, Syna Jego Jedynego, Pana naszego, który się począł z Ducha Świętego Kurczewski daje Wojtkowi do czytania „Poemat pedagogiczny” Anto- niego Makarenki, epopeję owychowaniu młodzieży wsocjalistycznym duchu, którego bohater ma jasno sprecyzowane cele: „Żądałem wychowania zahartowanego, mocnego człowieka, który potrafi wykonać również pracę nieprzyjemną i nudną, jeśli wymagają tego interesy kolektywu”. Ciotka daje mu Biblię, opowiada żywoty świętych. Nie zdradza jed- nak, że jest świecką zakonnicą. Ta oferta małego nudzi, odrzuca religijne ceremoniały. Nigdy się nie dowie, czy tolerancja ciotki, czy jego upór decydują, że nie idzie do bierz- mowania, bo koliduje ono z występami chóru. Ciotka nie daje po sobie poznać, że boli ją odejście Wojtka od Koś- cioła. Modli się, by siostrzeniec wrócił na jego łono. Raz tylko spyta go, dlaczego jest coraz dalej od Boga. Krolopp nie pamięta, co odpowiedział. Kiedy prowadziła siostrzeńca do Kurczewskiego, musiała wiedzieć, z kim ma do czynienia. Wybrała go, choć mogła zaprowadzić Wojtka do Stefana Stuligrosza, dyrygenta innego słynnego chóru – Poznańskie Słowiki, który działał wówczas przy filharmonii. Stuligrosz cieszył się większą niż Kurczewski estymą. Nie wstąpił do PZPR, adowody odda- nia wobec Boga płynęły zjego ust podczas każdego wystąpienia. Śmiano się, że bywają dłuższe niż same koncerty. Kurczewskiego władza „używała” jako przeciwwagę dla Stuligrosza. Wedle kanonów rozmodlonej ciotki to Stuligrosz był więc idealnym pedagogiem dla jej siostrzeńca. Trudno wyjaśnić, dlaczego oddała siost- rzeńca do chóru prowadzonego przez dyrygenta związanego z partią. Ale jej życie zWojciechem Kroloppem będzie pełne niezrozumiałych sprzeczności. 25 MARCIN KĄCKI Po jednej znielicznych wizyt Wojtka wSzczecinie uojca ibrata Zyg- munt, który studiował medycynę, napisze ciotce oniepokojących syg- nałach zmian zachodzących w osobowości chłopaka: „Wydaje mi się, że ciocia zbyt idealizuje Wojtusia, uważa go nadal za biedne bezdomne dziecko, skrzywdzone przez los i ludzi. Gdy pięć lat temu odwoziłem Wojtusia do Poznania, los jego był nie do poza- zdroszczenia. Prócz cioci i w mniejszym stopniu mnie nie miał żadnej ludzkiej istoty, która wjakikolwiek sposób podałaby mu pomocną dłoń. Był wtedy miły, pokorny, był zresztą jeszcze mały. Teraz sytuacja zmie- niła się radykalnie. Wojtuś wyrobił sobie nie byle jaką pozycję wchórze, gdzie czuje się jak u siebie w domu, a dom cioci stał się jego domem. Ponadto, jak z ostatnich moich obserwacji wynika, stał się pewny sie- bie, arogancki, nieprzyjemny i potwornie nieuczynny”. Zygmunt opisuje koniunkturalne zachowanie brata i ma pretensje, że ciotka małemu pobłaża: „Otóż Wojtuś ma wstrętny, służalczy charakter. Tam, gdzie widzi zysk lub możliwość zysku, tam kuli ogon między łapki iłasi się (...) Powiem cioci bez ogródek, że co roku pracuję na koloniach. Zróżną młodzieżą człowiek się stykał, ale takiego obrażałę jak Wojtuś widzę po raz pierw- szy. Zaznaczam przy tym, że była to młodzież zróżnych środowisk, byli tacy, co przeszli naprawdę wiele, znacznie więcej niż Wojtuś, żaden znich jednak nie był tak nieprzyjemny. Przecież on ma u cioci bardzo dobre warunki, jestem przekonany, że wielu jego kolegów ma gorszą opiekę i gorsze warunki, czy oni wszyscy też są tacy? Pisze ciocia, że brak mu rodzinnego ciepła. Przecież ma je z pew- nością u cioci. Wiem, że otoczenie darzy go sympatią. Gdy przyjeżdża do Szczecina, witany jest zradością. Co ztego, kiedy zachowaniem swoim wszystkich odpycha, a każdy jego wyjazd połączony jest z niemiłym dysonansem”. Kamińska nie karci siostrzeńca, list wyrzuca. Robi to pewnie jednak po lekturze kolejnego fragmentu, w którym Zygmunt przedstawia poważniejszą sprawę, dotyczącą niejasnych relacji łączących młodszego brata i Kurczewskiego. „Rozumiem przyjaźń, bo sam miałem i mam przyjaciół z prawdzi- wego zdarzenia. Rozumiem także, że młodzi chłopcy chcą widzieć 26 CHÓRZYSTA nieraz w takim przyjacielu ideał, że gloryfikują go, tym bardziej że jest on starszy ijest przełożonym chóru. Istnieją jednak pewne granice, gdzie kończy się przyjaźń, azaczyna coś, czego nie można wziąć za normalne zjawisko. Nie wiem, czy ciocia podziela mój pogląd na to zagadnienie, ale prze- cież ani zachowanie Wojtusia, ani tym bardziej owego mitycznego dyry- genta nie jest zupełnie normalne. Może nie mam racji, ale nie podoba mi się fakt, że Wojtuś całymi godzinami przesiaduje udyrygenta. Rozu- miem – wspólne zainteresowania, telewizor, ale to, że Wojtuś drzemie sobie tam nieraz, tego niezupełnie rozumiem. A już zupełnie nie widzi mi się ta wspólna wycieczka w Tatry. Proszę nie myśleć, że jestem przeczulony, niepotrzebnie podejrzliwy. Zresztą ciocia także miała pewne wątpliwości dotyczące tego właśnie zagadnienia. Czyżby podejrzenia rozwiały się już? Może były ku temu jakieś konkretne przyczyny, jakieś fakty mogące rzucić na tę sprawę światło. Choć w mojej praktyce życiowej, a także ściśle medycznej zetknąłem się niejednokrotnie z pewnymi zjawiskami o podłożu ero- tycznym, ale wynaturzonymi, których źródeł szukać należy w patolo- gii, to jednak nie mam pod tym względem takiego doświadczenia, by móc wyciągnąć autorytatywne wnioski. Dlatego przed tym, zanim cio- cia zgodzi się na ów wyjazd wgóry, zdyrygentem, może dobrze byłoby poradzić się kogoś, kto lepiej od nas potrafiłby ocenić aspekty tego zagad- nienia. Może Krysia? Jest psychologiem i z pewnością ma duży zasób wiedzy także i na taki temat”. Prosząc o konsultacje z Krysią, Zygmunt ma na myśli Krystynę Dembecką, która poleciła wysłać małego Wojtka do chóru. Czytam jej ten list. – Janka nigdy mi otym nie mówiła, nie dzieliła się wątpliwościami, choć to bardzo dojrzały list. Zygmunt coś wiedział, ostrzegał ciotkę. Miała szansę zareagować. Amoże to ja? Mam wrażenie, że to zaczęło się ode mnie, że pchnęłam Kroloppa do tego chóru. Chęci miałam przecież dobre, prawda? No, ale wiadomo, co takimi chęciami jest wybrukowane. „Po prostu, gdy obserwuję tę ich przyjaźń, nie wszystko tu wydaje mi się zupełnie jasne – pisze dalej Zygmunt. – Chodzi mi tylko oJego dobro. Bo lepiej na zimne dmuchać, niż...! Sprawę Wojtusia, a zwłaszcza jego 27 MARCIN KĄCKI stosunku do dyrygenta, poruszam dlatego, że boję się o to, by za ową przyjaźnią nie kryło się coś zupełnie innego. Uważam, że mam nie tylko prawo, ale iobowiązek wglądania wte sprawy idzielenia się swymi myś- lami zciocią, dlatego mam nadzieję, że zrozumie ciocia moje intencje”. Ciotka nie tylko nie reaguje na list starszego siostrzeńca, ale drze go wzdłuż, wszerz iwrzuca do zimnego pieca. Wojtek to widzi iukradkiem wyjmuje strzępy. Skleja je szarym plastrem. Ale ciotka jeszcze nieraz odrzuci przykre doniesienia rzeczywistości. – Z jednej strony zawierzała bardzo modlitwie – opowiada mi Dembecka. – Z drugiej była osobą racjonalną, wykształconą, pedago- giem. Tym trudniej pojąć jej zachowanie. Zofia Kucharczak, uczennica ciotki, długo zastanawia się, gdy pytam, czy powierzyłaby jej syna na wychowanie. – Po tym wszystkim, co dzisiaj wiem, to nie. Wprawdzie kochała Wojtka małpią miłością, mówiąc, że taki biedny, niekochany, bez matki, ale jednocześnie za bardzo mu pobłażała. Nigdy się na niego nie złościła. Nawet gdy gdzieś poszedł bez pytania, mówiła, że zniknął, i na spokoj- nie, bez emocji szła go szukać. Była tak inteligentna, że powinna była zdu- sić w nim przerost ambicji, jak robiła to z nami, uczennicami. Ale jego wyłącznie chwaliła za to, że pnie się coraz wyżej wchóralnej hierarchii. Zygmunt dzielił się zciotką wiedzą, którą miał od brata, zwierzającego mu się podczas wizyt w Szczecinie. Na ile szczere były te zwierzenia, Wojciech Krolopp dziś już nie pamięta. Pamięta za to „drzemki” zdyry- gentem. – Byliśmy na kolonii chóru wKobylnicy. Miałem 14 lat. Przyszedłem do Kurczewskiego, gdy leżał w łóżku, po ogłoszeniu ciszy nocnej. Było chłodno, wpuścił mnie, włożył rękę w majtki i onanizował. Chciałem się odwzajemnić, ale odmówił. Wiem od niego, że takie kontakty miał też zinnymi chórzystami. Mówił mi, bo miał pełne zaufanie, traktował jak syna. Dwa dni później wróciłem do jego łóżka, bo mi się podobało, ale on już tego nie chciał. Nigdy więcej tego nie powtórzył, ale też nie kazał trzymać w tajemnicy. Wydawało mi się to naturalne, że dyrygent ma do tego prawo. I że między sobą również możemy to robić. Wspomnienia Kroloppa mogą nie być wiarygodne. Jednak podobne opowieści pojawiają się we wspomnieniach innych chórzystów. M., 28 CHÓRZYSTA którego uwiódł pewex i oddawał się Kroloppowi, powie mi, że Kur- czewski bywał gościem w pokojach chłopców. – Przychodził po pijaku i mówił: „Podnieś koszulkę, pokaż brzu- szek”, spodnie ściągał, ale u Jerzego inaczej to postrzegaliśmy, bo był wielkim artystą, dobrym człowiekiem. Nie był zdolny do niczego wię- cej. Ot, tylko sobie podotykał, nieszczęśliwy alkoholik, który przed pró- bami wlewał do ust wodę kolońską, by nie było czuć wódki. Nie dam złego słowa o nim powiedzieć, bo był wielkim artystą, jak inni wielcy, którzy brali opium, a dzisiaj ich obrazy idą za miliony. A Krolopp to zwykły pedofil. W czasie letnich kolonii młody Krolopp grał w butelkę na rozbiera- nego, dyktowali sobie polecenia pisane na kartce. Pamięta takie: – Idź do łazienki, spuść się na talerz ipokaż. Brał wtym udział jako mały chó- rzysta, a potem domorosły opiekun, zwany kwartetowym. Nie miał wcześniej doświadczeń seksualnych, nie licząc zabaw zrówieśniczką na podwórzu w Szczecinie i penisa pod prysznicem, którego zapamiętał z pobytu w zakładzie psychiatrycznym. Chór chłopięco-męski, do jakiego trafił 12-letni Wojtek, swoją jed- norodną, męską naturę czerpał ztradycji Kościoła izasady mulier taceat in ecclesia – „kobieta milczy w świątyni”. Wysokie, kobiece głosy zastę- powano więc chłopięcym, delikatnym dyszkantem, który trwa ledwie kilka lat, do mutacji. Historia tych chórów sięga XIII wieku, gdy przy kościele w Lipsku powstał pierwszy w Europie chór chłopięcy. Chłopcy nie tylko w nich śpiewali, ale też pobierali nauki w przykościelnych szkołach. Śpiewał wtakim chórze Jan Sebastian Bach, twórca najpopularniejszych orato- riów i kantat na głosy chłopięce. WPolsce już od XVI wieku chóry powstawały na królewskim dwo- rze i przy kościołach. Jeden z pierwszych działał właśnie w Poznaniu, przy katedrze. Chóry mają hierarchiczną, uporządkowaną jak w woj- sku strukturę. Chłopcy śpiewający altami lub sopranami stoją zawsze na dole, anad nimi mężczyźni śpiewający barytonami lub basami. Dyry- gent, jak usłyszę od śpiewaków Kurczewskiego, to autorytet, dowódca, stojący przed nimi i zarządzający głosami wedle swojej interpretacji. 29 MARCIN KĄCKI Tu nie ma demokracji ani miejsca na swobodną kreację. Utwór wychodzący zgardeł ma brzmieć tak, jak wymyślił to dyrygent. Osobną grupą, cieszącą się estymą, ale i będącą obiektem zazdrości zespołu, są soliści – chłopcy lub mężczyźni obdarowani przez naturę wyjątkowo pięknym głosem. Krolopp już kilka miesięcy po wstąpieniu do chóru został solistą, ale wedle jego ówczesnych kolegów być może bardziej ze względu na ojcow- ski stosunek Kurczewskiego niż wrodzony talent. W czasie wyjazdów opiekę nad 10-12-letnimi chłopcami sprawują kwartetowi, 15-18- -latkowie. Każdy odpowiada za czterech chłopców. Krolopp również był kwartetowym. Jego podopieczni wspominają jego odpychający wygląd. Krosty trądzikowe goją się paskudnie, dziu- rawiąc buzię, zniekształcając brodę. Odstające uszy, długi nos, małe oczy. Po ojcu odziedziczył skoliozę kręgosłupa, która wypycha jedną złopatek izmusza do maskowania garbu luźnymi, orozmiar większymi ubraniami. Garb przekrzywia sylwetkę, jedno zramion opada – wygląda na nienaturalnie długie. Wygląda jak Quasimodo, bohater Hugo zpowie- ści o katedrze Notre Dame, który ucieka przed światem. Tylko dłonie ma delikatne, prawie kobiece, z długimi palcami. W Warszawie, dwa lata po erotycznym incydencie w łóżku dyry- genta, chór Kurczewskiego występuje dla Nikity Chruszczowa, pierw- szego sekretarza radzieckiej KPZR. Chórzyści nocują wDomu Chłopa. 16-letni Krolopp śpi wpokoju obok A., swojego równolatka. Nie pamięta, kto wyszedł z inicjatywą. Młodemu Kroloppowi się podoba, czuje, że w łóżku, gdy gaśnie światło, każdy jest taki sam. Że i on może wywołać u kochanka podniecenie. Następnego dnia chce powtórki, ale kolega odmawia. Rok 1964. Chór Kurczewskiego występuje wNRD. Przemysław Świę- tek ma wtedy 13 lat, ale jest dużym chłopcem i pełni już rolę kwarteto- wego. Wnocy wchodzi do jednego zhotelowych pokojów, żeby spraw- dzić, czy maluchy śpią. Widzi, że na jednym złóżek siedzi 19-letni Wojtek Krolopp. Trzyma rękę pod kołdrą, wokolicach genitaliów dziewięcio- letniego chłopca. Maluch płacze. – Co ty robisz!? – pyta Świętek. Nigdy wcześniej nie widział podob- nych zachowań Kroloppa. Bije go w głowę. Każe się wynosić. Następ- 30 CHÓRZYSTA nego dnia o zdarzeniu melduje Kurczewskiemu. Obecni są przy tym także żona dyrygenta iJerzy Ziołek, współpracownik chóru. Kurczew- ski macha jednak ręką, sprawy nie ma. Rok później wautokarze Świętek widzi, jak Krolopp obejmuje innego dziewięciolatka, który niezdarnie się broni. Trzyma rękę między nogami dziecka. – Znowu chcesz w łeb? – pyta. Krolopp zdejmuje chłopca z kolan i odchodzi. Świętek wiedział, że naraził się śpiewakowi, który miał wchórze szcze- gólną pozycję. Został odsunięty od wyjazdów, wkońcu odszedł zchóru. Zmarł w2011 roku. Nie zdążyłem znim porozmawiać. Jego relację znam z zeznań złożonych przed policją w 2003 roku. Jerzy Ziołek, dziś blisko 90-letni, dawny współpracownik Kurczew- skiego, który miał być świadkiem skargi na Kroloppa, nie chce rozma- wiać, rzuca słuchawką. Maria, była żona Świętka, poznała go, gdy śpiewał już winnym zespole. – Kiedy później widział sławnego już Kroloppa wtelewizji, przełączał na inny program. Kiedy urodziłam syna, powiedział mi: „Nigdy nie damy go do szkoły chóralnej”. Krolopp nie był jedynym członkiem chóru, który grasował wśród dzieci. Miał jednak uKurczewskiego, jak się okaże, szczególne względy. Wmarcu 1964 nakryto wchórze innego pedofila. Kurczewski sporządził wewnętrzną notatkę, która nigdy nie ujrzała światła dziennego. Opisał w niej skargi dwóch 13-latków. Miał ich molestować 23-letni opiekun śpiewający w chórze męskim głosem. „Dopuszczał się czynów niemoralnych” – napisał Kurczewski idodał, że śpiewak przyznał się do winy. „Zażądaliśmy jego natychmiastowego odejścia zchóru. Poinformowałem otym fakcie sekr. Podstawowej Orga- nizacji Partyjnej towarzysza Wiesława Kisera. Piotr [nazwisko] przestał być pracownikiem naszego chóru. Zobowiązujemy się do skłonienia go do odejścia z zawodu nauczycielskiego, a w przypadku odmowy z jego strony do końca miesiąca kwietnia powiadomię władze oświatowe”. Molestującym opiekunem wskazanym w dokumencie z nazwiska był Piotr S., który śpiewał w chórze Kurczewskiego od 1952 roku, od 11. roku życia. 31 MARCIN KĄCKI Roman Klamycki, chórzysta z tamtego okresu, pamięta, że na S. mówiono „Piotruś Pan”. – Był po prostu kompletnie zdziecinniały. Pew- nego dnia po prostu zniknął z chóru. Molestowani przez Piotra S. chłopcy już nie żyją, podobnie jak Kur- czewski i wspomniany w notatce towarzysz Wiesław Kiser. Jest w niej mowa oświadku, Janie Nowickim, wówczas drugim dyrygencie chóru. Nie chciał ze mną rozmawiać. Powiedział tylko, że jego podpis, który figuruje w notatce, nie zmienił się przez lata. Tym samym potwierdził prawdziwość swoich zeznań. Pedofilskie skłonności Piotra S. nigdy nie wyszły na światło dzienne. Kurczewski, jak sądzi Krolopp, bał się, że cała sprawa uderzy wchór. Po wyrzuceniu mężczyzna dostał pracę wCentrum Kultury „Zamek” wPoz- naniu. Pracował tam, także wśród dzieci, przez ponad pół wieku. Chętnie zgadza się na rozmowę, mówiąc, że chór Kurczewskiego był dla niego „jak rodzina”. Niewysoki, dobrze zbudowany jak na swoje 80 lat, siwe, krótkie włosy, otwarty, przynajmniej w gestach. Ubrany modnie, sportowo, w nowoczesnych okularach. Siedzimy w restauracji poznańskiego Centrum Kultury „Zamek”, w którym pracował jeszcze przed dzie- sięcioma laty, nim odszedł na emeryturę. Nie przeczuwa, że rąbek kartki wystający z mojego notesu, któremu się przygląda, to notatka Kurczewskiego. – Najmocniej przepraszam, ale nie czekałem, zamówiłem już sobie kawę – uśmiecha się promiennie. Nim poszedłem na to spotkanie, dowie- działem się, że miał problemy z sercem. Słuchając jego wspomnień z chóru, z lat 50., który „był jego drugą rodziną”, obmyślałem sposób, jak delikatnie zadać kluczowe dla mnie pytania. – Czytał pan wczoraj o Jurku Kurczewskim? W„Głosie Wielkopol- skim” pisali zokazji 15-lecia jego śmierci. Pięknie... – uśmiecha się. – Jurek tyle dobrego nam przekazał, oludziach, życiu. Potrafił nam być ojcem, ajeszcze jego matka, na którą mówiliśmy „ciocia”. Taka wielka rodzina wpodróży. Rodzice wozili mnie na dworzec, na kolonie. To była szkoła życia. Pięknie. Nawet moja mama jeździła, by pomagać „cioci” wkuchni. Och, tylu moich kolegów już odeszło ztej wielkiej, pięknej rodziny „Kur- czaków”. Pamiętam do dziś... No i muzyka, która była i jest dla mnie 32 CHÓRZYSTA wszystkim. Jest taki kawałek, który śpiewamy na zjazdach chóralnych, „Zgodnym chórem bracia”... pieśń niesiemy wam tę, co serca wiedzie do radości bram Ładny tekst, prawda? A zarazem taki triumfalny: niechaj brzmi jak dzwon naszej pieśni ton... kto chce tu po pracy mile spędzić czas niechaj zgodnym chórem śpiewa z nami wraz Uśmiecha się, jakby chór pozostawił wnim tylko dobre wspomnie- nia. Pytam o lata 60. Macha ręką. Wtedy chór go już nie interesował, był już wtedy tylko pomocnikiem. Nachylam się, bo słabo słyszy. Pytam, czy w 1964 roku stało się coś przykrego. Marszczy brwi, znów macha ręką, ale okulary poprawia z niepokojem. – Aaaa tam, ludzie różnie mówią, ale ja nie wchodzę w to... Wyciągam notatkę Kurczewskiego, proszę, by przeczytał. Czyta. Pod- nosi wysoko ręce, jakby chciał się poddać, głos mu drży. – Wie pan co, to tak dawno było, nie chcę... Proszę nie żądać komentarza. – Co tam się wydarzyło? Dlaczego Krolopp przetrwał, a pan nie? – Proszę mnie nie ciągnąć za język. To było 50 lat temu. Ani słowa nie powiem. Jestem normalnym człowiekiem, żonatym. To jakaś sprawa brzydka, nie pamiętam dokładnie. To nieważne dla historii chóru. Nie miałem żalu do Jurka, to przecież jego żona załatwiła mi potem pracę tu, w Zamku. Dochodzi do siebie, gdy milczę. Powtarza „po co, po co”. Dopija kawę. – Po co wyciągać brudy, które mogą zepsuć atmosferę? Spis treści WWSSTTĘĘPP . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 5 RROOZZDDZZIIAAŁŁ II.. CHÓRZYSTA 1. Ciotka . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 13 2. Chór . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 23 3. Lepszy świat . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 34 4. Autobus . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 37 5. Tabu . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 45 RROOZZDDZZIIAAŁŁ IIII.. KOCHANEK 1. Krzyż . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 61 2. Uczta . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 63 3. Jarek . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 68 4. Tomek . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 71 5. Robert . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 76 6. Artur . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 80 7. Niepoliczalni . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 82 RROOZZDDZZIIAAŁŁ IIIIII.. DYREKTOR 1. Jago . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 89 2. Druh . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 97 3. Wojna . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 105 4. Władza . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 113 5. Utajnienie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 120 6. Dyrygent . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 122 7. Krzyżyk . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 134 8. Pedagog . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 136 319 MARCIN KĄCKI RROOZZDDZZIIAAŁŁ IIVV.. MAESTRO . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 145 1. Elita 2. Wojtek . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 159 3. Rachunki . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 167 4. Żona . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 169 5. Biblioteka . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 172 6. Śledztwo . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 182 7. Róże . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 190 8. Ukłucie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 196 9. Casio . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 201 RROOZZDDZZIIAAŁŁ VV.. № 1853 1. Tomek . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 213 2. Jolki . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 220 3. Wirus . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 229 4. Sekta . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 239 5. Tknięci . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 245 6. Szantażyk . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 251 7. Sudoku . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 255 8. Posługa . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 263 9. Kuracjusz . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 268 10. Sieć . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 276 11. Krytyk . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 287 12. Diabeł . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 292 POSŁOWIE . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 303 Niedostępne w wersji demonstracyjnej. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki w serwisie
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Maestro. 40 lat milczenia o skandalu w mieście zasłoniętych firanek
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: