Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00062 008459 10460761 na godz. na dobę w sumie
Magazyn Histeria 2014/1 - ebook/pdf
Magazyn Histeria 2014/1 - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Magazyn Histeria Język publikacji: polski
ISBN: 2014017777777 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> thriller, horror
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
Pismo dla miłośników grozy.
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

MARZEC 2014/1 w w w . f a c e b o o k . c o m / m a g a z y n h i s t e r i a Z PAMIĘTNIKA KAMERZYSTY Z PAMIĘTNIKA KAMERZYSTY ZMYWARKA ZMYWARKA AUTOSTOPOWICZKA | BERSERKER |DO M. AUTOSTOPOWICZKA | BERSERKER |DO M. NIE ISTNIEJE | ON | PROMOCJA NIE ISTNIEJE | ON | PROMOCJA GŁÓD | NATCHNIENIE GŁÓD | NATCHNIENIE SPIS TREŚCI: Słowo od redakcji AUTOSTOPOWICZKA BERSERKER DO M. GŁÓDNATCHNIENIE NIE ISTNIEJE ONPROMOCJA Z PAMIĘTNIKA KAMERZYSTY ZMYWARKA Marek Ścieszek Karol Mitka Piotr Majdański Olga Kaczmarek Maciej Zawadzki Szymon Dressler Grzegorz Kopiec Michał Wzgarda Inga Gumieniak, Łukasz Kiełbasa Agnieszka Pilecka Redakcja: Błażej Jaworski, Joanna Wygachiewicz, Maciej Zawadzki Projekt okładki i skład: Roman Panasiuk Ilustracje: Anna Nowacka, Roman Panasiuk Korekta: Monika Mikołajewicz, Joanna Wygachiewicz email: magazynhisteria@gmail.com 3 4111524304047576380 Drodzy Czytelnicy, Wchodzicie do pierwszego numeru Histerii. Uważajcie na grasujące zombii, przypad- kowych autostpowiczów i germańskiego wojownika. Tu nawet sala weselna nie jest bez- pieczna, a obrazy na ścianach żyją własnym życiem. Zaciekawieni? To dobrze, bo cel tego magazynu jest jeden– zasianie zbiorowej histerii. Liczymy, że wpadniecie w nią sami i zarazicie swoich bliskich. Zadbało o to jedenastu pi- sarzy, w tym sam redaktor. Drodzy Pisarze, Stephen King napisał kiedyś, że jeżeli ze swojego pisania jesteś w stanie opłacić rachun- ki, to można powiedzieć, że masz talent. Histeria nie zagwarantuje, że będziecie mieć wodę i światło, ale z pewnością pomoże dotrzeć Waszym talentom do szerszego grona odbiorców. Życzymy Wam, byście po tej lekturze długo nie mogli zasnąć, Histeryczna Redakcja 3 k u i s a n a P n a m o R . s y R AUTOSTOPOWICZKA Marek Ścieszek Oświetlenie obrysowe tira u postronnego widza zapewne mogło wywoływać złudzenie, iż nie jest to sunąca przed siebie leśną drogą ciężarówka, lecz wielki transat- lantyk prujący fale poruszonego sztormem oceanu. Mgła rozpraszająca przednie światła oraz biel spowijająca drzewa i asfalt również sprzyjały takiemu wrażeniu. Mietek był w siódmym niebie. Po pierwsze, już samo prowadzenie takiej wielkiej maszyny dawało mu poczucie władzy nad innymi użytkownikami dróg. Mógł patrzeć na nich wyłącznie z góry bądź na wprost, jeżeli miał do czynienia z równymi sobie. Dodatkowy smaczek stanowiła sceneria jak z bajki. Wokół mnóstwo skrzącego się śniegu, lekka mgła, która ograniczała widok, i lasy. Wszędzie lasy. Wprawdzie zmuszało go to do zmniejszenia prędkości, w zamian jednak mile łechtało prywatne poczucie piękna. Kilkanaście minut temu na powierzchni szczęścia absolutnego pojawiła się rysa – Mietek zabrał autostopowicza. Co takiego było w tej kobiecie, że postanowił zatrzymać dla niej swoją szesnastokołową bestię? Mietek rzadko zabierał łebków. Świadom tego, jak skurwiałe nastały czasy dla porządnych obywateli, nie dość dobrze chronionych prawem przed różnego rodzaju morderczymi czubkami, byłby ostatnim naiwnym, pozwalając zasiąść na fotelu pasażera komuś, kogo widzi po raz pierwszy na oczy. Kara śmierci wprowadziłaby jego zdaniem trochę porządku w tym pod wieloma względami chorym kraju – w którym morderczynie własnych dzieci stają się cele- brytkami nakłanianymi do wywiadów przez popierdolone media, przez pierdolniętych wydawców zaś do publikowania autobiografii. Tu dzieciak z pełnym samozadowolenia uśmieszkiem na pryszczatej gębie przynosi na komisariat własnoręcznie urżniętą głowę 4 matki kumpla, a grupa ludzkich mend wypycha z pędzącego pociągu dziewczynę w ra- mach prezentu urodzinowego dla jednego z nich. Kara śmierci odebrałaby im wszystkim przekonanie o bezkarności. Mało to słychać o autostopowiczach mordujących kierowców? Kobieta nie wyglą- dała na psychopatkę. Skulona przy drodze i machająca ręką nie wyglądała nawet na czło- wieka. Przypominała karłowate drzewo z poruszanym siłą wiatru uschniętym konarem. Przemarznięta i zasmarkana wdrapała się do środka, zdjęła z grzbietu płócienny plecak i po zapięciu pasów położyła go sobie na kurczowo ściśniętych udach. Mietek, nie uzyskawszy od niej niczego poza kilkoma mruknięciami, uznał, że jej ma- łomówność wynika z dyskomfortu fizycznego i przez dwa lub trzy kilometry nie odzywał się, zerkając tylko od czasu do czasu, czy nie znikła jak sen. Była nadal w grubym palcie, którego kaptur zasłaniał jej pół twarzy, z szalikiem na szyi oraz w rękawiczkach – drżąca, pociągająca nosem. Milcząca. Mietek nie był tutejszy, często jednak jeździł tą trasą i wie- dział, że najbliższa miejscowość znajduje się nie bliżej niż piętnaście kilometrów stąd. Dał więc kobiecinie czas na podładowanie akumulatorów. Kiedy otworzył usta, aby zadać pierwsze kontrolne pytanie, choćby to, gdzie nie- znajomą wysadzić, zobaczył wpatrzone w siebie białka jej oczu i zamiast pytania z gardła wydobyło się tylko ciche kaszlnięcie. — On chciał mnie zabić. Kurwa!— Słucham? — Człowiek, którego zabrałam do samochodu. Autostopowicz. Chciał mnie zamordować. Mietek przełknął głośno ślinę. — Zrobił pani krzywdę? Zaprzeczyła krótkim ruchem głowy. — Nie zdążył. Wysadziłam go, zanim zdołał to zrobić. Wariatka. Może niebezpieczna? — To skąd pani wie, że chciał ją zamordować? — Pan mi nie wierzy? Wzruszył ramionami. Nie odpowiedział. — Wracałam z pracy po drugiej zmianie, a on stał na poboczu, kilkanaście metrów za tablicą z nazwą miasta, na samej jego granicy, rozumie pan? Stał i machał ręką. Nor- malnie nie zatrzymuję się, by zabrać łebków, ale jechałam wolno, bo było ślisko i miałam czas mu się przyjrzeć. Był wysoki, w drogim płaszczu, w dłoni trzymał neseser. Wyglądał na jakiegoś urzędnika, a nawet posła. — To żaden powód, aby się zatrzymywać. Wręcz przeciwnie. W życiu bym się dla żadnego z posłów nie zatrzymał. Może nawet lekko bym skręcił w prawo. Miał być to żart dla rozładowania napięcia, ale kobieta nie zrozumiała. Patrzyła przez chwilę na niego, rozważając wtrącone mimochodem słowa. — Ja się zatrzymałam — uświadomiła go poważnym tonem — i początkowo 5 wszystko było w porządku. Miał miłą, dokładnie ogoloną twarz, uśmiech nie schodził mu z ust. Wzbudzał zaufanie, był elokwentny i zabawny. Opowiedział dowcip, taki maka- bryczny, ale prześmieszny. Lubię czarny humor, kotkę nazwałam Trumna. Rozumie pan, taki żart. Jest brązowa, a kiedy otwiera pyszczek, aby ziewnąć, to tak zabawnie skrzypi. A potem… potem… on. Mietek nie ponaglał. Czekał cierpliwie. — Nadal uśmiechnięty spojrzał na mnie tymi swoimi jasnymi oczami i powiedział: „Twoja głowa wspaniale by się prezentowała w słoiku”. Rozumie pan? Tak do mnie po- wiedział. Moja głowa wspaniale by się prezentowała w słoiku. To już nie było śmieszne. Ba! Mietek też by się nie śmiał. Zatrzymałby tira, aby wykopać urzędniczynę razem z jego płaszczem i neseserem. Wcześniej oklepałby mu facjatę i spróbował z niej odlepić uśmie- szek. Jakby się nawet nie udało, to nie miałby później z tego powodu nieprzespanych nocy, świadom, że przynajmniej się starał. — Nie wiem, czy wyczuł, że stałam się nieufna. Wie pan, jestem tylko kobietą, gdy- by postanowił coś mi zrobić, nawet bym nie potrafiła mu w tym przeszkodzić. Potem jeszcze powiedział, że mam bardzo kształtne uszy i opowiedział historię o pewnym żoł- nierzu, który z misji w Iraku przywiózł naszyjnik z uszu tubylców. Składały się nań uszy nie tylko dorosłych mężczyzn, ale również kobiet i dzieci. Trudno było coś takiego uznać za przejaw wisielczego humoru. Jak pan uważa? Mietek chrząknął oszołomiony. — Jak się pani… no… jak się udało pani uciec? — Udałam, że samochód złapał gumę. To nie jest trudne. Wystarczy wprowadzić auto w lekki poślizg, taki kontrolowany. Zatrzymałam i poprosiłam, aby wyszedł i się przyjrzał. A kiedy mnie posłuchał, odjechałam, z otwartymi drzwiami od strony pasaże- ra. Nie odważyłam się zatrzymać samochodu, aby je zamknąć. Przymknęły się same po jakimś czasie. Ale trzy kilometry dalej wpadłam jednak w poślizg i wjechałam do rowu. Myślałam tylko o ucieczce przed tym świrem i zrobiłam się nieostrożna. Skinął głową, myśląc jednocześnie, że w okolicy, z której zabrał kobietę, nie widział żad- nego samochodu w rowie. — To zrozumiałe — mruknął. — Sam bym wiał, gdzie pieprz rośnie. — Nic mi się nie stało, może oprócz kilku otarć. Mimo wszystko nie trzeba dużej prędkości, aby w tych warunkach stracić kontrolę nad samochodem. Zwłaszcza, jeśli to małe i lekkie auto z wąskimi oponami. Kiedy już opanowałam nerwy, zajrzałam do jego neseseru, który został na podłodze przed fotelem pasażera. Wie pan, co było w środku? Nóż myśliwski, nic poza tym. Żadne papiery urzędnicze, skarpety na zmianę, pieniądze czy drugie śniadanie. Nóż z ogromnym, szerokim ostrzem, karbowanym na końcu. Takim nożem myśliwi oprawiają swoje trofea. To daje do myślenia, prawda? Mietek na temat niebezpiecznych czubków miałby do powiedzenia zdecydowanie więcej, niżby ta biedna kobiecina zdołała ogarnąć rozumem, a także na temat tego, co pra- wo powinno z takimi robić. Niekoniecznie nająłby się do pracy jako kat, gdyby państwo ogłosiło wakat, ale z pewnością temu szczególnemu gościowi postawiłby piwo. Duże, 6 zimne, okraszone braterskim uściskiem dłoni oraz wsparciem moralnym. — Współczuję. Dzwoniła pani na policję? — Rozładowała mi się komórka. Sięgnął do schowka. — Nie szkodzi. Zadzwonimy z mojej. Kobieta szybkim ruchem zacisnęła palce na jego dłoni. Rękawiczka była mokra i zimna. Mietek odruchowo wyszarpnął się i otarł dłoń o koszulę na piersi. Poczuł ukłucie w okolicy lewej skroni. Niemal natychmiast pojawił się lekki ból. Nawrót migreny, niech ją chuj strzeli!— Nie trzeba. — Głos kobiety osiągnął dziwne, piskliwe rejestry, potęgujące tylko migrenę. — Jedyne, czego potrzebuję, to gorący prysznic. Nie chcę żadnych wielogodzin- nych przesłuchań ani kolejnych wypraw do miasta czy okolic, gdzie zostawiłam tego wa- riata. Chcę tylko wziąć prysznic i odespać to wszystko. Zadzwonię rano. Sama. To przecież pana nie dotyczy. Cóż. Była niedoszłą ofiarą, o ile wierzyć jej słowom. Gdzieś tam za jego plecami czaił się przy drodze rozbrojony, ale jednak, maniak. Trzecią osobą w tym łańcuszku wąt- pliwego szczęścia był on, Mietek. Czy to go nie dotyczyło? Jego zdanie na ten temat było skrajnie inne niż tej kobiety. Niech już, do kurwy nędzy, przestanie tak piszczeć, bo łeb mu zaraz pęknie!— Pani decyzja. Nawracające bóle głowy. Mietek miewał z nimi problemy. Pojawiały się niespo- dziewanie, nie dało się ich w żaden sposób przewidzieć ani też stwierdzić, czy interwały zdrowia, raz dłuższe, innym razem krótsze, były skutkiem zażywania leków. Bywało, iż przerywał leczenie, bóle zaś nie wracały miesiącami. Kiedy indziej znów pojawiały się, mimo ogłupiania się garściami przepisywanych przez lekarzy farmaceutyków. Mietek pa- mięta sytuacje, w których migreny równie szybko odchodziły, jak się pojawiały. Częściej jednak nie miał takiego szczęścia – szczegółów tych przypadków nie potrafił sobie póź- niej przypomnieć. Powinien zatrzymać tira na najbliższym parkingu albo choćby na poboczu. Jeżeli urwie mu się film przy osiemdziesięciu kilometrach na godzinę, ból głowy może się stać najmniejszym jego problemem. Kobieta mówiła, ale jej głos nagle przestał do niego docierać. — Zatrzymamy się na chwilę — wymamrotał. Twarz pasażerki trochę się w jego oczach rozmyła. Wyglądała teraz, jakby ją widział przez szybę, na którą pada deszcz. Sekundę później się wyostrzyła. — Nic panu nie jest? Wygląda pan, jakby zobaczył ducha. Co ona mówi? Nieistotne. Ogromny szesnastokołowiec zaczął zwalniać. Za- piszczały hamulce. W głowie Mietka siedział teraz zwariowany sukinkot. Ten mały drań odpalał petardę za petardą i rzucał, odpalał i rzucał, a echo wystrzałów rozsadzało czaszkę od zewnątrz. Bogu dzięki za uszy, którymi mogła chociaż w niewielkiej części uchodzić 7 energia, wyzwalana wskutek szaleństwa człowieczka z głowy Mietka. Czy to babsko mogłoby się choć na chwilę uciszyć? — Ma pan bardzo kształtne uszy. Mietek wytarł nos i ze zdziwieniem przyjrzał się plamce krwi na palcu. — Krwawię — zauważył. Kobieta skinęła głową, co zarejestrował raczej jako rozmazany ruch. Przez chwilę wyglądała jak ten psychodeliczny obraz Muncha. Po czym jej skulona postać ponownie się wyostrzyła i Mietek dostrzegł w jej dłoni coś lśniącego, szerokiego, karbowanego z jednej strony. Zdążył zareagować w ostatniej chwili, choć raczej zadziałał instynkt aniżeli ta część mózgu odpowiadająca za świadomość. Przegub dłoni kobiety był kościsty, a samo babsko silne jak tur. Z unieruchomioną jedną ręką wrzasnęła wściekle i na odlew uderzyła go w głowę drugą. Krew z rozbitego nosa trysnęła na przednią szybę. Mietek jęknął, gdy świat stał się purpurowy. Nie puścił jednak, wykręcił jej dłoń, drugą zaś zdarł kaptur z głowy kobiety. Była wygolona na zero. Białka jej oczu łypały nań wściekle, z dolnej wargi zwisała nitka śliny. Mężczyzna uderzył ją pięścią prosto w usta. Raz, chwilę potem drugi i trzeci. Autostopowiczka zmiękła. Nóż wypadł na podłogę. Jeszcze próbowała coś szemrać, ale złapana za tył głowy i uderzona czołem o deskę rozdzielczą wreszcie zamilkła. Mietek rozmazał grzbietem dłoni krew na dolnej części twarzy i z niedowie- rzaniem pokiwał tym skupiskiem piekielnego ognia, któremu jakiś szalony twórca nadał kształt jego głowy. — Kurwa — rzekł z pełnym przekonaniem, że nie ma lepszego komentarza na po- dobną sytuację. Będzie musiał jednak przejechać jeszcze kawałek, aż znajdzie jakiś parking. Osta- tecznie może to być nawet leśna droga, w którą da się wjechać i zniknąć tym samym z oczu potencjalnych spóźnionych podróżnych. Tir stęknął i ruszył. Mietek z jedną dłonią na kierownicy, drugą na gałce dźwigni zmiany biegów, spojrzał na miękki nieruchomy kłębek, zwisający w zapiętych pasach tuż obok na fotelu pasażera, i powiedział coś, czego znacznie później, kiedy ból już minie, nie będzie pamiętał, jak zresztą wielu innych rzeczy: — Twoja głowa wspaniale by się prezentowała w słoiku. Tutaj i teraz wydało mu się to niezwykle zabawne. Parsknął śmiechem, plując na- około kropelkami krwi i śliny. Już z daleka dostrzegł interesujący go błękitny znak drogowy z dużą literą P. Parking nie grzeszył rozmiarami, ale przecież nie o to chodziło, aby było to miejsce godne króla szos. Od asfaltu oddzielał go pojedynczy szpaler drzew, chyba sosen. Mietek wjechał powoli, dostojnie. Zatrzymał się. Kobieta siedziała nieruchomo z głową opuszczoną na piersi, utrzymywana w pozycji siedzącej dzięki pasom bezpieczeństwa. Jej klatka piersio- wa unosiła się delikatnie, z gardła dobywało się ciche pochrapywanie. Mietek odpiął własny pas i sięgnął po plecak, leżący teraz na podłodze u jej stóp. 8 Sięgnął do środka. Chwilę pogrzebał, po czym wydobył z niego coś nierozpoznawalnego. Zmarszczył brwi i zapalił lampkę sufitową. — Niech to chuj! — krzyknął ze wstrętem i odrzucił znalezisko w panicznym odru- chu. Odbiło się od przedniej szyby i spoczęło na kratce nawiewu, niczym niemy świadek obłędu, jaki potrafi owładnąć człowiekiem. Naszyjnik wykonany z nanizanych na długi rzemienny pasek ludzkich uszu, po części starych, zasuszonych, lecz również całkiem świeżych. — Ty pojebana krowo. Facecik w jego głowie nie ustawał w odpalaniu fajerwerków. Chyba również miał nierówno pod sufitem, jak ten tutaj łysy babsztyl. Świat, niestety, wypełniali wariaci, trud- no było dać dziesięć kroków, aby przy którymś nie natknąć się na jakiegoś świra. Mietek przemógł obrzydzenie, otworzył okno, po czym wyrzucił to chore gówno na zewnątrz. Dokonawszy tego, wytarł dłoń o spodnie i ponownie sięgnął do plecaka. Wymacał coś metalowego, niedużego raczej. Łańcuszek. Chyba jakiś medalion. Wydobył to i cmoknął.— No, no. Cóż my tutaj mamy? Nieśmiertelnik. A na nim dane żeńskie, grupa krwi, przydział oddziału oraz jednostki.— Pani wojak. — Zaraz jednak przypomniał sobie fragment jej opowieści i skrzy- wił się z odrazą. Czy jedne z tych uszu nie były małe, jakby pochodziły od dzieci? Trudno to było ocenić. Mimo to przełożył łańcuszek nieśmiertelnika przez głowę. Dla takich kara śmierci to nadal zbyt mało. W plecaku znalazł jeszcze tylko kilka babskich łachów. Wyrzucił wszystko przez okno i podniósł głowę pasażerki. Powieki miała opuszczone. Żyła. Była nieprzytomna czy tylko udawała? Podniósł jedną z jej powiek i pstryknął palcami tuż przed okiem. — Hej, paniusiu. Żadnej reakcji: mrugnięcia, błysku, rozszerzenia się albo zwężenia źrenicy. Jeśli udawała, to była całkiem dobrą aktorką. Uszczypnął ją w policzek, nie siląc się na delikat- ność. Jedyną reakcją był słaby jęk. Pokiwał głową usatysfakcjonowany. W schowku miał parę przydatnych rzeczy. Sięgnął po dwie. Jedną z nich zawiesił sobie na szyi obok nieśmiertelnika. Drugą była ta- śma do owijania pudeł, szara, z tych najmocniejszych. Owinął nią ciasno nadgarstki obu rąk nieprzytomnej kobiety. To samo zrobił z ramionami na wysokości piersi oraz z prze- gubami stóp. Przez chwilę bił się z własnymi myślami, po czym założył jednak czapkę, palto i wysiadł na zewnątrz. Obiegł tira od przodu i otworzył drzwi ze strony pasażera. Kobieta nie była ciężka, nawet się nie zasapał, gdy wyciągał ją z szoferki. Nie przejmując się tym, czy oklejona taśmą niczym tekturowe pudło wariatka nabawi się zapalenia płuc, położył ją na śniegu i zajął się otwieraniem skrzynki na narzędzia ukrytej przemyślnie z boku lawety. Wyciągnął kawał solidnej linki nylonowej, przewiesił przez ramię i zwrócił twarz ku niebu. Kilka zwiewnych śnieżynek osiadło mu na pulsujących bólem wargach, na czole i na policzkach. Zaczynało śnieżyć. Świetnie. 9 Nie zwlekając, jął taszczyć autostopowiczkę w głąb lasu. Nie na ramionach, aby przypadkiem nie wywinęła mu jakiegoś numeru, gdyby wróciła jej nagle świadomość. Zwyczajnie, ciągnąc jak wór kartofli z rękoma przełożonymi pod jej pachami, orząc ob- casami jej butów dwie bruzdy w śniegu. Nie wyczuwał ruchów, nadal była nieprzytomna. Jakieś sto metrów dalej zatrzymał się. Ponownie położył kobietę na śniegu, po czym, dysząc zmęczony, zdjął linkę z ramienia. Była zbyt cienka, zdecydowanie bardziej nadawały się do tego grubsze, plecione. Jak raz jednak nie miał takiej przy sobie. Cóż, babsztyl miał podwójnego pecha. Sprawnie zaplótł pętlę, założył kobiecie na szyję i zacisnął mocniej. Drugi koniec przerzucił przez konar drzewa, pod którym się zatrzymali. Podciągana do góry autostopowiczka zaczęła przejawiać oznaki przytomności. Jej unieruchomione na wysokości klatki piersiowej ręce przeszedł dygot. Powieki zatrzepo- tały, błysnęły spod nich białka oczu. Z gardła dobył się charkotliwy jęk. Palce próbowały wniknąć między nylon a skórę na gardle, lecz bez powodzenia. Pół metra nad ziemią całe ciało zaczęło się szarpać, nogi młóciły wściekle powietrze. Mietek stęknął, gdy stopa ko- biety uderzyła go w bok głowy, zdołał jednak owinąć linkę wokół pnia drzewa, korzysta- jąc z kilku sęków, dzięki którym linka nie poszorowała w górę po korze. Odstąpiwszy, ujął wiszącą mu na szyi lustrzankę Olympusa. Włączył i, nie zwleka- jąc ani chwili dłużej, zaczął zapełniać kartę pamięci zdjęciami. Wyzwalany raz po raz flesz dostosował się do rytmu petard odpalanych przez pojeba mieszkającego w Mietkowej głowie. Mężczyzna czuł rozpierającą w piersi euforię. Ujęcia zapowiadały się naprawdę świetnie. Oryginalnie w porównaniu do wielu poprzednich. Śnieg, który jeszcze kilka minut temu nieśmiało drobił, teraz sypnął zdecydowanie gęściej. Lepiej nie mogło się ułożyć. Zasypie wszelkie ślady obecności tira oraz jego właściciela. 10 a k c a w o N a n n A . s y R BERSERKER Karol Mitka O to, abym przyjechał, poprosiła mnie żona Filipa. Przez telefon nie dowiedziałem się zbyt wiele: — Odkąd wrócił z tej swojej cholernej wyprawy, dzieje się z nim coś strasznego — mówiła łamiącym się głosem. — Musisz tutaj wpaść jak najszybciej, bo ja niedługo zwa- riuję. O ile już nie zwariowałam. Filip był z zamiłowania archeologiem amatorem. Kochał grzebać w ziemi w poszu- kiwaniu skamielin, kości czy starych monet. Tak naprawdę to chyba nigdy nie udało mu się znaleźć niczego wartościowego, ot, czasem zniszczony guzik z niemieckiego munduru albo przeżarty rdzą kawałek żelastwa, który – jak twierdził – jest pozostałością jakiegoś medalu, odznaczenia lub fragmentem poszycia samolotu. Niestety, zwykle te fanty rozsy- pywały się w proch pod wpływem najmniejszego nawet wstrząsu, a ich zidentyfikowanie było więc niemożliwe. Filip jednak uwielbiał snuć domysły i jeżeli wykopał coś, co uznał za godne uwagi, 11 potrafił godzinami chodzić po okolicy, od domu do domu, i wypytywać ludzi o wydarzenia, które rozgrywały się na tym terenie w przeszłości. Potem analizował zasłyszane historie i, czasem na siłę, łączył je z odkrytymi znaleziskami. Nie raz poszczuto go psem albo jakiś nerwowy chłop postraszył biedaka widłami. Mojego przyjaciela uważano za irytującego, choć nieszkodliwego czubka. Czasami Filip znikał z domu na parę dni. Brał namiot, do plecaka pakował niezbęd- ny sprzęt, czyli saperkę, lupę oraz zestaw pędzelków do oczyszczania trofeów z piasku, po czym wyruszał na ekspedycję. Kierując się, jak mówił, niezawodną intuicją badacza, wynajdywał odpowiednie miejsce i rozbijał obóz. Potem od rana do wieczora rył glebę niczym dzik w poszukiwaniu żołędzi. W dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach przypadków wracał z pusty- mi rękami, wygłodzony i brudny, ale szczęśliwy. Kaśka cierpliwie znosiła te dziwactwa, ale dzisiaj w jej głosie było coś takiego, że mimo późnej pory, natychmiast tam pojechałem. Możecie mi wierzyć lub nie, ale na widok mojego przyjaciela doznałem szoku. Wyglądał po prostu strasznie. Skulony w fotelu, ospale lustrował pokój przekrwionymi oczyma, pod którymi wisiały ogromne, sine wory. Jego bladą twarz pokryła gęsta siatka głębokich bruzd, a włosy, niegdyś czarne jak pióra kruka, stały się zupełnie siwe. Posta- rzał się przynajmniej o dwadzieścia lat! Obok stała zapalona lampka nocna. Przekrzywi- łem abażur tak, aby padało na Filipa jak najwięcej światła. — On nie śpi od ponad tygodnia — chlipała Kaśka. — Siedzi tutaj i tylko tak dziwnie się gapi. Stanąłem naprzeciwko faceta, który do tej pory był pełen życia i pomachałem mu. Zero reakcji. Podskoczyłem kilka razy, klasnąłem w dłonie tuż przed jego nosem, nawet uszczypałem go w ramię. Bez efektu. Błądził wzrokiem gdzieś w przestrzeni, jak ćpun na solidnym haju. W czasie, gdy próbowałem go jakoś ocucić, Kaśka poszła zgasić światło w przedpokoju. Kiedy tylko korytarz pogrążył się w półmroku, Filip powoli przekręcił głowę w tamtym kierunku. Nie wiem, jak to możliwe, ale zbladł jeszcze bardziej, a oblicze wykrzywił mu grymas tak potwornego przerażenia, że sam się wzdrygnąłem. Z braku lep- szych pomysłów, potrząsnąłem nim z całej siły. Nagle jakby się ocknął. Popatrzył na mnie i wydukał coś niezrozumiałego. Nachyliłem się nieco. — Przyszedł… Znalazł mnie… Tylko czeka, żeby mi go zabrać… — bąkał. — Ale ja go nie oddam! — wrzasnął nagle, podrywając się na równe nogi. Po chwili znów opadł na fotel niczym szmaciana lalka. — Kryje się i czeka w cieniu, ale przechytrzyłem go… i nie oddam! W świetle nic nie może… nic! Zauważyłem, że Filip ściska coś w dłoni. Chciałem mu to zabrać, ale nie pozwolił. — Szlag! — warknąłem, gdy zatopił zęby w mojej ręce. Odskoczyłem jak oparzony. Natychmiast przybiegła Kaśka. — Co się dzieje? — spytała z niepokojem, widząc, że usiłuję zatamować cieknącą z rany krew. 12 — Ugryzł mnie. Chciałem zobaczyć, co trzyma w dłoni, a wtedy Filip mnie zaatakował. Mówi, że ktoś po to przyszedł, ale mu tego nie odda. Kaśka wbiła spojrzenie w podłogę. — Wiesz coś na ten temat? — zapytałem podejrzliwie. — W pierwszy dzień po powrocie z wyprawy pokazał mi jakiś pomalowany kamyk zawieszony na gnijącym rzemieniu. Twierdził, że to coś bardzo wartościowego. Ma jakieś tysiąc lat i jest najcenniejszym odkryciem, jakiego Filip w życiu dokonał. Wieczorem tuż po tym, jak położyliśmy się spać, zaczął majaczyć. Bredził coś o czymś na „b”. Bresekr, be- kresk, berkeser… Coś w tym rodzaju. — Berserker? — zapytałem. — Tak, chyba tak to brzmiało. Potem skulił się w fotelu w salonie, zapalił lampkę i zapadł w ten tajemniczy letarg. Z dnia na dzień wyglądał coraz gorzej, dlatego po ciebie zadzwoniłam. Jeśli nie jesteś w stanie pomóc, chyba będę musiała jechać z nim na pogo- towie. — Zaczekaj jeszcze moment. Pamiętasz, co było na tym kamieniu? Coś szcze- gólnego utkwiło ci w pamięci? — Tak, pamiętam dość dokładnie. — Wzięła długopis i na kartce papieru wyryso-wała kilka symboli. — Przecież to są runy! —wykrzyknąłem. — Germańskie symbole mocy, których wikingowie używali do zdobienia tarcz, broni i amuletów. Filip opowiadał mi o tych znakach nie raz, a i sam przeczytałem o nich kilka książek. — A ten beresker? — Berserker — poprawiłem. — Berserkerzy byli najwytrwalszymi wśród germań- skich siepaczy. Umieli wprowadzić się w trans, dzięki czemu na polu bitwy nie odczuwali strachu ani bólu. Widok szalejącego berserkera sprawiał, że wrogowie uciekali w panice, porzucając oręż. Najwyraźniej znaleziony przez Filipa talizman należał do jednego z tych straszliwych wojowników. Kaśka zmierzyła mnie wzrokiem pełnym niedowierzania. —Twierdzisz, że Filipa nawiedza duch zmarłego przed setkami lat wikinga? — Na razie nic nie twierdzę. Może coś sobie wmówił albo jakieś wydarzenie pobu- dziło jego podświadomość, może najzwyczajniej w świecie oszalał… Chyba nic tu po mnie. Bez pomocy lekarza raczej się nie obejdzie. Dziewczyna spochmurniała jeszcze bardziej. — W takim razie chyba będę musiała bezzwłocznie zawieźć go do szpitala. Przytaknąłem skinieniem głowy. — Skoro w niczym więcej się już nie przydam, pojadę do domu. Zadzwoń do mnie, gdy coś uda się załatwić. — Jasne — odparła. —Przepraszam, że cię fatygowałam. Powinnam od razu spró- bować zatargać Filipa do samochodu i zawieźć na badania. — Nie ma sprawy. Od czegoś w końcu ma się przyjaciół. — Już miałem zbierać się 13 do wyjścia, kiedy nagle w całym mieszkaniu pogasły światła. — Cholera — zaklęła Kaśka. — Na klatce wisiało ogłoszenie, że elektrownia ma przeprowadzać konserwację linii i mogą nastąpić przerwy w dostawie prądu. Zaraz po- szukam świeczki albo latarki. Stałem w przedpokoju i czekałem, a ona grzebała po omacku w jakiejś szafce. I wtedy to zobaczyłem. Przemknęło tuż obok mnie. Masywne, wielkie, humanoidalne. Nie jestem pewny, ale chyba miało na głowie rogi, a w dłoni ściskało coś na kształt topora. Było zupełnie czarne. Nie szare, nie ciemne, ale idealnie czarne. Jakby pochłaniało całe światło. Niczym czarna dziura na tle bezkresów kosmosu. Widziałem, jak wbiega do salo- nu, a potem powietrze rozdarł wrzask tak straszny, że włosy stanęły mi dęba, a plecy oblał lodowaty pot. Nagle coś łupnęło i na powrót zapaliły się lampy. Wpadliśmy do pokoju, w którym krył się Filip. To, co tam ujrzeliśmy, będzie mi się śniło chyba do końca życia. Mój przyjaciel leżał martwy w kałuży krwi. Coś rozpłatało mu głowę aż po samiutką szyję. Po ścianach ściekały fragmenty mózgu i kości. Ledwo po- wstrzymałem się, by nie zwymiotować. Kaśka zemdlała, nie zdążywszy nawet krzyknąć. Ułożyłem ją na kanapie, a sam wezwałem policję i pogotowie. Nie będę się rozpisywał o tym, jak meczące były kolejne tygodnie, mijające na niekończących się przesłuchaniach i dochodzeniach. Oczywiście ani razu nie wspomniałem o cienistym duchu, którego zobaczyłem tamtego wieczoru. Nie chciałem, by uznano mnie za wariata. Jedno udało mi się jednak ustalić: amuletu z runicz- nymi symbolami nigdy nie odnaleziono, choć policja dokładnie przeszukała całe miesz- kanie. 14 k u i s a n a P n a m o R . s y R DO M. Piotr Majdański M. wracał z pracy zmęczony i wkurzony. Zastanawiał się nad swoim losem, porów- nując go do losu innych ludzi, którym się udało w życiu. Czuł się beznadziejnie po dniu roboty, w której miał dosyć szefa. Młody mężczyzna był odpowiedzialny za utrzymanie czystości w fast foodzie. Nie była to praca marzeń, ale przynamniej stała, chociaż można znienawidzić „cywilizowanych” ludzi za to, co pozastawiają po sobie w WC. Przełożony M. wyżywał się na swoich pracownikach, a zwłaszcza na nim. Za kilka spóźnień i – jak się dowiedział pracownik – brak jakiegoś zaangażowania i minimalnej odpowiedzialności. M. szedł chodnikiem przy niewielkim, wieczornym ruchu. Mieszkanie było odda- lone tylko o kilkanaście minut piechotą od miejsca pracy. Na szczęście o tej porze na ulicy było niewielu przechodniów. Miał dosyć wszystkiego wokół. Chciał się tylko zaszyć, napić piwa i pójść spać. Nawet aura dobijała go – ciągle pochmurno i deszczowo. M. wchodząc do mieszkania na czwartym piętrze, dyszał. Kawalerka należała do jego ciotki, która obecnie pracowała za granicą. On miał się nim zajmować, za co płacił tylko podstawowe rachunki. Ona cieszyła się na myśl, że będzie podlewał jej ukochane kwiatki. Lecz M. miał je w poważaniu. Wszystkie oprócz sukulentów pousychały. W poko- ju panował bałagan, nie mówiąc już o kuchni. Wiedział, że na razie jego dziewczyna nie 15 przyjdzie, więc nawet nie myślał sprzątać. W powietrzu można było wyczuć lekki smród. Nie chciało mu się szukać przyczyny. Skierował się prosto do lodówki po orzeźwiające piwo. Siedział na łóżku zły na świat, a w każdym łyku chmielnego nektaru szukał ukoje- nia. Nie lubił tego mieszkania, czuł się w nim nieswojo. Zawsze starał się kroczyć ścieżką realisty. Nie wierzył w przesądy i nie był jakoś religijny, ale jego lokum było podejrzanie nieprzyjemne. Przytłaczało ilością mebli i rzeczy: przy jednej ścianie wersalka, a nad nią obrazy przedstawiające Jezusa na krzyżu, Jezusa podczas wieczerzy, Jezusa w Ogrodzie Oliwnym. Po drugiej stronie była meblościanka ze starym, ale działającym telewizorem. Na niej i w niej leżało wiele rzeczy, w większości niepotrzebnych. Ciotka miała filozofię, że jeszcze się przydadzą. Masa wystawek, nawet opakowanie po czekoladkach, które – z powodu ładnych kwiatków – ozdabiało pokój. Przy oknie stał stolik i krzesła. Po drugiej stronie, przy wejściu, była szafa i mała komódka z szufladami. Na szczęście ciotka pozabierała trochę rzeczy ze sobą, to M. miał gdzie poukładać swoje. W pokoju było jeszcze kilka stojaków z kwiatkami, a na podłodze dywanik na dywanie. Myśli o lokum ciotki rozsierdziły mężczyznę. Najchętniej to by większość tych śmieci powyrzucał. Po skończeniu piwa rozebrał się i poszedł spać. Niespokojny wiercił się na starej, wygniecionej wersalce. Starał się zasnąć. Problemy same przychodziły mu do głowy, nierozwiązane piętrzyły się. Koniec końców udało mu się zasnąć. Śniło mu się, że ucieka przed czymś nieznanym i bardzo złym. To coś chciało go dopaść. Nagle sceneria zmieniała się. Teraz płynnie przechodziła w jego dom rodzinny, pobliski las i ulicę. M. szukał pomocy u napotkanych ludzi, ale okazywało się, że i oni współpracują z nieznaną mu siłą, która próbowała go dopaść. Uciekał dalej. Strach był bardzo realny, uczucie przerażenia ściskało mu trzewia aż do bólu. W końcu w jakiś sposób dostał się do swojego mieszkania i dysząc, zatrzasnął drzwi. Rozglądał się po pomieszczeniu, w którym wszystko było po staremu oprócz gołych ścian. Zaczął się uspokajać. Cisza i znajome miejsce dawały poczucie bezpieczeństwa. Iluzoryczne. Nagle we drzwi wejściowe zaczęło coś walić z ogromną siłą. Trzęsły się całe od siły uderzeń. Pobiegł w głąb pokoju. Atmosfera w środku mieszkania gęstniała, robiło się duszno. M. skulił się na podłodze, zakrywając uszy i twarz, jęczał. Dusił się. Jedyne, co mu przyszło do głowy, to próba powiedzenia modlitwy: — Zdrowaś…Ma…rrrrio…łaskiś pełna… P.. z Tobą, bło…błogosławionaś Ty mię- dzy… — cedził słowa z ogromnym wysiłkiem. Zła siła nie pozwalała M. mówić. Odbierała mu siły życiowe, niszczyła. Obudził się na dźwięk swojego zduszonego głosu: –Owwo…żywota…Twojego… J…— wypowiedzenie imienia było ciężkie. — Święt…M(ughh)…Mattko…Bossska… M. miał całe ciało sparaliżowane i nie mógł dobrze zaczerpnąć powietrza. Czuł, że TO stara się go zabić. Słowami modlitwy próbował się bronić. Nagle wszystko ustało. Oprzytomniał szybko i zapalił przyłóżkową lampkę. Światło 16 rozbłysło, wywołując ostry ból w oczach, ale dawało wybawienie. M. był cały spocony. Mimo, że w pokoju nic się nie zmieniło, a jasność i świadomość dawały poczucie realno- ści, drżał ze strachu. Siedział i przyglądał się świętym obrazom. Na swój sposób, po tym przebytym śnie, były straszne. Czuwał tak może z godzinę przy zapalonej lampce. Bał się zasnąć. Czuł, że wtedy koszmar wróci. Potem jednak zmęczenie wygrało. Dzień przyniósł ulgę. W świetle słonecznym koszmary i fantomy nocy zawsze wydają się śmieszne i niemożliwe. M. leżał jeszcze przez chwilę, wspominając sen. Wzdry- gnął się. Bolała go głowa i czuł się okropnie. Przypomniał sobie, że ma spotkanie z K., swo- ją dziewczyną. Zestresowany zaczął grzebać w telefonie komórkowym w poszukiwaniu SMS-a od niej z godziną i miejscem spotkania. Znalazł: „Hej, spotkajmy się jutro w czasie mojej przerwy w pracy. Koło trzynastej przy fontannie. Muszę z tobą porozmawiać.” Miał jeszcze trochę czasu. Martwił go oschły i rzeczowy ton w wiadomości. Ostat- nio K. się częściej na niego obrażała. Ciągle znajdowała jakieś przeszkody: to źle, tamto źle. Westchnął i zabrał się za przygotowania do spotkania. Zjadł proste kanapki i wziął prysznic. Z zapchanej w większości ciotuniowymi ubraniami szafy wyciągnął jakąś czystą koszulę. Stres i lekki pośpiech sprawiły, że zapomniał o swoich nocnych zmorach. Kiedy był w pełni gotowy, ruszył na spotkanie. Instynkt mu mówił, że nie będzie to miła rozmo- wa. Gdy dotarł, K. czekała już na niego, siedząc na niebieskiej ławce. Ubrana była for- malnie: ciemne, niepołyskujące spodnie i biała koszula z rozpiętym kołnierzykiem. Na wierzchu miała elegancki, ciemnogranatowy żakiet. Pracowała w biurze korporacji. Miała dużo pracy, starała się o awans. Angielska nazwa stanowiska nic M. nie mówiła, a on na- wet nie za bardzo rozumiał, jak K. mu opowiadała, czym się zajmuje. Jej ładne rysy twarzy wyostrzał teraz zimny spokój. Mężczyzna poczuł skurcz żo- łądka. Na powitanie chciał pocałować K. w policzek, lecz ona odsunęła się lekko. Usiadł obok i wpatrywali się w siebie w milczeniu. Bał się zburzyć pozorny spokój przed kłótnią i czekał na jej ruch. Kobieta zbierała myśli. W końcu rzekła: — Lubię cię, ale bycie z tobą jest męczące. — M. westchnął. — Nie dbasz o siebie. Nie myślisz o przyszłości ani swojej, ani naszej. Ja tak dłużej nie mogę. Zbiera się we mnie frustracja, a ty nie starasz się rozwiązać problemów, o których mówiłam ci wielokrotnie. Czy ty mnie nie słuchasz, do cholery? Co jest z tobą?! —Nic. — M. znalazł w głowie tylko tyle. — Nie chcę tak dłużej, rozumiesz?! — powiedziała K., rozsierdzona lakonicznością jego wypowiedzi. W złości zaczęła mu wypominać jego błędy, kłamstewka i niepowodzenia. To, czym ją uraził, kiedy się zachował jak ostatni cham etc. K. mówiła i wyrzucała z siebie wszystko, 17 UCISZ JĄ! UCISZ JĄ! UCISZ JĄ! UCISZ JĄ! UCISZ JĄ! UCISZ JĄ! UCISZ JĄ! co ją bolało. Gniew naznaczył się na jej ładnej buzi czerwonymi wypiekami i gromami ciskanymi z oczu. Przechodzący ludzie, biurowiec w tle, fontanna i plac wkoło dla M. zrobiły się sza- re. Powietrze zgęstniało. Świat jakby zaczął się kurczyć i napierać na niego. Słowa K. nie były już słowami, tylko uderzeniami w jego głowie. Po każdym z nich echo rozchodziło się boleśnie. Jej zdania, niczym uderzenia mentalnego młotka, tworzyły crescendo, które wywoływało w nim złość. Pierwotny gniew jak u dzikiej bestii. W jego głowie pojawiło się pragnienie rzucenia się na nią, złapania jej za szyję i zaciśnięcia z całej siły rąk. W wyobraźni widział jak K. stara się bronić, ale jest od niego słabsza – każdy wysiłek osłabiał ją. W swoich myślach M. czuł, jak rozgniata jej gardło. To go tylko pobudziło do zwiększenia ucisku. Gaszenie jej życia dawało satysfakcję. Zemsta! Kiedy jej twarz była sina i nieruchoma, a spomiędzy szarych warg wystawał język, tłuk jej głową o chodnik. Na bruku pojawiła się krwawa plama. Czuł triumf. Walił uległą głową, aż poczuł pęknięcie kości czaszki. Wstał i patrzył na K. – martwą i nieruchomą. Strużka krwi rozciągała się ekscentrycznie szparami w bruku. Upajał się widokiem – odwetem za tyle gorzkich słów. — Hej, czy ty mnie, do diabła, słuchasz? — Szturchnęła go mocno. Czuł, jakby ktoś oblał go wiadrem zimnej wody. Szarość zniknęła. Patrzył na nią zbaraniałym wzrokiem, starając się pojąć, skąd wzięły się myśli i wizja, która pojawiła się w jego głowie. Przestraszył się, bowiem nigdy wcześniej mu się to nie zdarzało. Był na granicy zabicia z zimną krwią, zabicia swojej K. Skonfundowany nie wiedział, co zrobić. Bał się. — Mam dosyć! Definitywny koniec z nami! — wykrzyczała K., zwracając tym samym uwagę przechodzących obok ludzi. Podniosłą się i zaczęła poprawiać swój strój. — Bywaj i nie dzwoń do mnie. Muszę wracać do pracy — powiedziała spokojniej- szym tonem. Zemścij się! Odpłać jej! Suka! Zemścij się! Zemścij się! Zemścij się! — podpowiadał mu jakiś głos.Patrząc, jak K odchodzi, M. czuł znów przypływ gniewu i gęstniejącą atmosferę. Resztkami dobrej woli opanował się. Zadziwiony przyglądał się otoczeniu. Nie wiedział, co się z nim działo. Nie mając pojęcia, co począć, skierował się w stronę swojej pracy. Znów druga zmiana. M. był zszokowany wydarzeniami dnia dzisiejszego. Straszne sny, rozstanie z dziewczyną, wybuch gniewu i krwiożercze wizje. Bał się. Dziś tym bardziej nie mógł skupić się na pracy. Stał oparty się o trzonek mopa i rozmyślał. — Rusz dupę! — krzyknął nagle kierownik zmiany, mężczyzna koło trzydziestki. * 18 Uderz go! Nie daj sobą pomiatać! On jest nikim! Uderz go! Masz siłę! Bij go! — Masz szczęście, że bosa jeszcze nie ma. Nie gap się tak! Kutas – pomyślał M. Lizodup. Chętnie walnąłbym w twój pulchny ryj. Czuł rozdrażnienie zwróconą mu uwagą. Myśli, że jak jest szefem zmiany, to zaszedł daleko w swej zawodowej karierze, w tej śmierdzącej budzie z gównianym, obleśnym jedzeniem. Obaj usłyszeli jak właściciel przechodzi przez zaplecze w ich kierunku. — Gdzie jest ta leniwa pokraka? Zaraz nauczę tego szczeniaka i nieudacznika pra- cować! — darł się lekko łysiejący, ubrany w tani garnitur szef całego fast foodu. — Aa, tu jesteś! — Wskazał palcem na M. Profilaktycznie, widząc rozłoszczonego przełożonego, kierownik zmiany, pospiesznie oddał się swoim obowiązkom. M. czuł, że niewidzialna metalowa obręcz zaciska się mu wokół głowy. Gniew wra- cał. Jego szef pouczał go, że ma co pół godziny zaglądać do toalety i podpisywać raport kontroli czystości, że jak mu się nie podoba praca, to won na ulicę. Taki nierób, baran oraz gnój i tak nie znajdzie lepszej pracy. M. skoczył na przełożonego. Ze zwierzęcą furią złapał go za poły garnituru i pchnął, wkładając w to więcej siły, niż na co dzień umiał wyzwolić ze swoich mięśni. Szef poleciał do tyłu, próbując kurczowo złapać się czegokolwiek, a zrzu- cając jedynie przedmioty leżące na szafkach. Patrzył z trwogą, jak rozwścieczony chłopak zbliża się z wyrazem twarzy zdradzającym szaleńcze zamiary. M. stanął nad swoją ofiarą, powstrzymując się od kopania. Splunął gęstą flegmą i patrząc obłąkanymi oczami, pow- iedział ochrypłym głosem: — I tak zgnijesz w piekle. Wsadź tę swoją robotę w dupę. M. odwrócił się i wyszedł z knajpy. Skierował się do głównej ulicy i poszedł w stronę mieszkania. Dotarłszy do mieszkania, M. zdążył uspokoić już zszargane nerwy. Przerażały go te wybuchy niekontrolowanej złości. Zachowanie, które wcześniej się nie pojawiało, nawet w trudnych sytuacjach. Miał chaos w głowie. Rozstanie z K., kłótnia z szefem i utrata pra- cy. To było jak na jeden dzień stanowczo za wiele. I jeszcze te nieswoje myśli… Mieszkanie zastał w takim samym nieładzie, jak ten, który był tu wcześniej. Zami- erzał posprzątać, tylko jutro. Dziwny zapach, lekko słodkawy odór wciąż unosił się w powietrzu. Może coś zdechło w wentylacji? – pomyślał. Odruchowo zajrzał do kuchni i otworzył lodówkę. Na całą zawartość składało się tylko pasztet i ketchup. W zasadzie nie był też głodny, chociaż jadł dawno. Czuł zmęczenie. Rzucił się na łóżko, nawet się nie rozbierając. Leżał chwileczkę w niepełnej ciemności, rozjaśnianej przez niewielką poświatę latarni. Patrzył w sufit. Natłok wspomnień sprawiał, że czuł jakby wirował wraz z łóżkiem albo stał w kręcącym się miejscu. W końcu M. zasnął snem wyczerpanego. SZSZSZSZSZSZSZ! * 19 Jego organizm czuł ulgę po tym odpoczynku. Był jeszcze zmęczony, a wczorajsze wydarzenia sprawiały wrażenie nierealnych, jak gdyby nie zaistniały. Wiedział, że to tylko wrażenie. Kiedy wspomniał swoje wizje, dzikie żądze mordu, wzdrygnął się. Dla lepszego samopoczucia zapalił światło. Poczuł się bezpieczniej. W kuchni, robiąc sobie kanapki z pasztetem, rozmyślał, co począć jutro. Wiedział, że w byłej pracy jest skończony. Może trzeba to wziąć za dobrą monetę, bo a nóż złapie coś lepszego? Najgorzej było z jego relacją z K. Nie wiedział, czy da się to naprawić. Czuł do niej żal i coś jeszcze… Wściekłość? Jadł zamyślony. Głód przyprawił tani pasztet tak, że smakował wybornie. Po sko- rzystaniu z łazienki, wrócił do łóżka i zgasił światło. Mimo natłoku myśli, szybko ucieka- jąca świadomość zanurzyła go w otchłań snu. M. znajdował się w swoim pokoju. Nie było w nim żadnych obrazów ani krzyży. Intuicyjnie odbierał całym ciałem wrażenie rosnącego napięcia. Czuł, że zaraz coś się zdarzy. Coś bardzo złego. Niespokojnie rozglądał się wokoło, oczekując wroga. Chciał się poruszyć, ale ciało ważyło jakby więcej. Strach paraliżował. Wtem zadzwoniła jego komórka. Kiedy odebrał i przyłożył do ucha, usłyszał śmiech. Odrzucił w kąt telefon, który po zderzeniu ze ścianą rozpadł się na kawałki. Mimo tego M. wciąż słyszał w głowie coraz głośniejszy śmiech – obcy i przerażający, niszczący umysł. Trzymając się obiema rękami za uszy, starał się jakoś go zagłuszyć. Nagle ucichło. Jednocześnie zrobiło się okropnie zimno. Przerażony mężczyzna wstał na chwiejnych nogach. W pomieszczeniu pociem- niało i zaczęło śmierdzieć zgniłym ciałem oraz ludzkimi ekskrementami. Usłyszał znajomy głos. Za plecami M. wyrosła potężna postać. Humanoidalne mon- strum na grubych nogach zwieńczonych kopytami, o potężnym ciele oraz wielkich rękach zakończonych szponami. Głowa przypominała głowę byka. Z nozdrzy wydobywała się para. Para oczu bestii patrzyła na M. Na górze czaszki znajdowały się rogi jak u barana. St- wór wydawał z siebie złowrogie pomruki; spokojnie czekał na reakcje ofiary, rozkoszując się jego strachem. M. nie był w stanie nic zrobić. W tym piekielnym koszmarze był tylko obserwatorem, choć dokładnie wiedział, co odczuwa bohater. Wypełniało go przerażenie. Czuł smród i obecność TEGO. Bestia, nasyciwszy się strachem, złapała swa ofiarę i zaczęła szponami rozdzierać ciało chłopaka. A on odczuwał potworne bóle, jakby wcale nie śnił. Potwór pożerał go żywcem. Myślał o śmierci jako wybawieniu od tego cierpienia, jednak ona nie nadchodziła. Ból sprawiał, że M. był na granicy przytomności. Zaczął krzyczeć. Zbudził go własny głos. Przez okno przedostawało się już słońce. M. był przer- ażony koszmarem. W ciele jeszcze ćmił ból. Pościel była mokra od potu i od moczu. Ze strachu się zlałem – myślał dalej, szukając bezpieczeństwa w początku dnia. Ale bał się nadal. Nie ma odwrotu. Wiesz, co masz zrobić. Jesteś mój. W głowie mu tętniło. Wstał, szukał jakiejś odrobiny normalności. A może to jeszcze sen? Jesteś już tylko mój. Ha ha ha ha! 20 Uciekając, biegasz w koło. W środku jest śmierć. co masz zrobić! Zrób to! Jesteś nikim, nikim, nikim! Miał wrażenie, że niemal słyszy te słowa, choć wokół niego panowała dziwna cisza. W głowie M. głos pojawiał się sam. Był natrętny, bolesny. Chłopak słyszał go już wcześniej. Wczoraj. Zachęcał go do mordu. Jesteś nikim. Próbując stawić opór woli mojej, ośmieszasz się, człecza małpo. Wiesz, Echo słów raniło M. i jego duszę, było nie do zniesienia. Postanowił uciec z miesz- kania. To, że miał na sobie brudną bieliznę, nie było nieistotne. Chciał się stąd jak najszyb- ciej wydostać. Pobiegł do drzwi wejściowych, otworzył je i zatrzymał się przed progiem. Widział klatkę schodową i drzwi do mieszkań sąsiadów, lecz nie mógł przekroczyć progu. Czuł, że jak przekroczy próg, to zginie. Obca mentalna wola nie pozwalała mu na ucieczkę. W panice wrócił do mieszkania. Wbiegł do kuchni i z górnej szuflady wyciągnął nóż o czarnej rączce. Dawało to złudną nadzieję na obronę. W pokoju rozległ się łomot. M. z bijącym sercem, ciągle dysząc, wszedł ostrożnie do pokoju, trzymając kurczowo wyciągniętą przed siebie rękę. Zobaczył, że ze ścian pospadały obrazy święte. Sparaliżowany przerażeniem, ob- serwował pokój. Nie wiedział, z kim lub z czym walczy. A może zwariował do reszty? W tej chwili nie zastanawiał się nad tym, liczyło się tylko przetrwanie. W pokoju powietrze sprawiało wrażenie ciężkiego, podobnego do tego z kosz- maru. Atmosfera odbierała mu siły fizyczne i psychiczne. Ze ścian zaczęły dobiegać szep- ty, tworząc kakofonię nie do zniesienia. Nie rozumiał ich, lecz instynktownie odbierał, że mówiły o nim. M. miał dość. Upuścił nóż, zrezygnowany osunął się po jasnej ścianie, znacząc ją swoim spoconym ciałem. Szepty wokół narastały. Rozrywały jego mózg niemal na strzępy. Zatkane uszy nie pomagały. Pragnąc ulgi od tego szaleństwa, zaczął uderzać głową w ścianę. Na początku mocno. Bolało, ale go to oszałamiało. Bił z determinacją. Na ścianie pojawiła się plama krwi, powiększająca się z każdym uderzeniem. Teraz walił bokiem głowy – tak długo, aż wszystkie te koszmarne imaginacje odeszły. M. jednak nie przestawał. Żadne bodźce z zewnętrzne nie docierały do niego, nawet rozbita głowa i ból. Był niczym w stanie kata- tonicznym. Głuche odgłosy uderzeń rozchodziły się po mieszkaniu. Uderzenia były coraz powolniejsze, aż z M. uciekła świadomość. Mężczyzna ocknął się. Zza okna powitało go światło latarni. Nie bardzo wiedział, co ze sobą zrobić. Głowę rozrywał grom bólu. Ręką wymacał wielkiego strupa i guza. Strą- cone obrazy przypominały o tym, co zaszło. Był wypruty z emocji. Na niczym mu już nie zależało, patrzył pustym wzrokiem przed siebie. Ha ha ha ha! Wiesz, co masz zrobić. Wiesz, co masz zrobić. Zrób to natychmiast! 21 Zrób to. M. wziął nóż i naciął żyłę. Z rany zaczęła sączyć się krew. A on był jak zahipnoty- zowany, niczym bezwolny golem pod wpływem wewnętrznego impulsu – rozkazu z za- kamarków swego umysły. Nie myślał, co pisał. Po prostu maczał palec we własnej krwi i pisał na ścianie. Ręka pracowała automatycznie. Wiedział, co ma zrobić. Nie zależało mu już. Poszedł do starej szafy ciotki i wycią- gnął swoje przeznaczenie. Nie czuł żalu. Nie czuł strachu. Nic. Poszedł pod drzwi. Przeciągną pasek przez klamerkę, robiąc samozaciskową pętle. Drugi koniec przywiązał do klamki beznamiętnie chłodnymi i zdecydowanymi, jak rzadko w życiu, ruchami. Uklęknął tyłem do drzwi i założył przeznaczenie na szyję. Nie potrzebo- wał żegnać się ze światem, miał go dość. Powolnym ruchem obniżał ciało. Pętla zaciskała się. Organizm M. odruchowo próbował zaczerpnąć powietrza otwartymi jak u ryby usta- mi, ale osuwał się dalej. Zacisk się zwiększał. W oczach ciemniało, półprzymknięte patrzy- ły w dal. Słyszał szepty, triumfalny śmiech. A może to złudzenia? Świadomość gasła. Gdzie jest ten tunel? Atawistyczny odruch przetrwania kazał rozluźnić pętlę, lecz dłonie były za słabe. Mózg M. wysyłał rozpaczliwe żądania o tlen. Serce, chcąc spełnić prośbę, biło jak oszalałe, próbując pompować życiodajny płyn, ale płuca daremnie wciągały powietrze. Ból w klatce piersiowej palił niczym ogień. M. słabł. Umierał. Nikt nie był w stanie mu pomóc. Kiedy stracił przytomność, zwisał bezwładnie na pasku. Agonia. Przez okno wpadało nikłe światło latarni, oświetlając nieruchome ciało M. Od dłuższego czasu śmierdziało na klatce na piętrze. Sąsiedzi zaalarmowani odo- rem, wezwali dozorcę budynku. Ten, klnąc na wszystko i wszystkich, wszedł po schodach. Wyczyn niełatwy przy jego tuszy. T. ubrany był w ogromny, niebieski kombinezon roboczy i mokry od potu t-shirt. Puk, puk, puk… Mężczyzna stał pod drzwiami i pukał w drzwi. Chociaż domyślał się, że to na niewiele się zda, odruchowo zawołał: — Jest tam kto? Zakrywając usta i nos chusteczką, wszedł do mieszkania otwierając zapasowym kluczem zamek. Odchylił ostrożnie drzwi, jak gdyby zbierał odwagę na więcej. Od razu zobaczył denata. Młody facet, przed trzydziestką, świeć mu, Panie, nad jego duszą – pomyślał T., wykręcając numer alarmowy. Samobójca znajdował się naprze- ciw drzwi. Ciało w samej bieliźnie zwisało na pasku. Boże, jak tu śmierdzi, jaki syf! Do- zorca, stojąc w progu, z obrzydzeniem rozglądał się po mieszkaniu. Kończyny martwe- go były obrzmiałe, bordowo-czarne od krwi, która pod wpływem grawitacji uciekła do najniżej położonych części ciała. Wzdęty brzuch z zielonkawym podbrzuszem rysował się wyraźnie. Na bladej skórze widać było zielono-niebieską pajęczynę skrytych tuż pod * 22 powierzchnią żył. Z nosa i po udzie denata ciekła mętna ocieklina. T. wszedł dalej. Jego wzrok przykuł czerwony napis, wyglądający jak krew: YNPETSAN ZSEIZDEB Słysząc nadchodzących policjantów, T. nie zastanawiał się dłużej nad sensem i najszybciej jak umiał, opuścił mieszkanie. 23 k u i s a n a P n a m o R . s y R GŁÓD Olga Kaczmarek Dziwne czasy nastały w Tłuszczu. Ludzie czuli, że dzieje się coś niedobrego. Zazwyczaj podczas wakacji dzieci urządzały swoje zabawy na podwórku – teraz było pusto, matki przestały wychodzić ze swoimi pociechami, słońce zachodziło po przeciwnej stronie, słoneczniki nie chyliły już swych kwiatów ku, przerażająco parzącym teraz, promieniom. Sebastian był pulpetowatym chłopcem, którego zakaz wychodzenia za dnia zabolał chy- ba najbardziej. Zazwyczaj ruchliwy malec, którego matka za nic nie mogła nakłonić do pójścia spać, gdy nadchodziła właściwa pora, teraz siedział z nosem w szybie, badawczo przyglądając się temu, co się dzieje dookoła. Jak to możliwe, że życie ucichło tak nagle? Hmm… słońce chyba wschodziło zza tamtego bloku – pomyślał. Fakt ten nie dawał mu za- snąć spokojnie, a niemożność wyjścia na dwór powodowała trwogę i sprawiała, że tłuszcz na brzuchu małego grubasa topniał jak lodowiec. Depresja pogłębiała się z dnia na dzień. Dlaczego nie mogę mieć tego, co lubię najbardziej? Do tej pory wychodziłem bawić się z innymi i wszystko było dobrze – ta myśl powracała nieustannie. 24 Ciemno… spirala… coraz głębiej… sen… ― Kim ty jesteś? ― Sebastian zobaczył starszą babcię w najciemniejszym rogu swojego pokoju. Stała skulona, dziwnie powykrzywiana. Pomarszczone ręce z długimi pazurami trzymały potężną laskę, która była dla niej jedynym oparciem. ― Nocami jest w miarę bezpiecznie. Musisz tylko uważać, żeby nie natknąć się na żadnego mukatę. Oni zabijają każdego, kto ich spotka. Nie chcą bowiem, by ktoś domyślił się, gdzie leży przyczyna niepokojów w Tłuszczu. Widząc, że postać nie odpowiedziała na jego poprzednie pytanie, brnął dalej: ― A co, jak jakiegoś spotkam? ― Nie będę przebierała w słowach – już po tobie. Oni nie patrzą, kogo zabijają. Zresztą, jak wyjdziesz nocą, sam zauważysz dużo korowodów pogrzebowych. Trumny słaniają się niekiedy samotnie w rowach. Księża, którzy towarzyszą tym wydarzeniom, mają z mukatami jakieś układy, więc nie ruszają tych trumien. Ale zwykły szarak to tylko szarak. Cóż…― Dlaczego zabijają z taką nienawiścią? ― Nie chcą, by odkryto ich tajemnicę. Mukaci chcą, by ludzie żyli w taki sposób, jak teraz. Zamknięci, przestraszeni. Celowo zastraszają i zabijają, żeby stłamsić wszystkie próby poznania prawdy. Nie chcą, by ktokolwiek odkrył ich plan. ― A jaki jest ich plan? ― Dziecko…. Jeżeli bym wiedziała, to dawno bym ci już o nim powiedziała. Jesteś osobą, której chyba najbardziej zależy na powrocie do dawnego stanu rzeczy. Widzę, że tęsknisz za starym życiem, chyba najmocniej ze wszystkich. Będziesz miał więc wystar- czająco dużo determinacji, by samemu odkryć prawdę i zapanować nad tym chaosem. Mam nadzieję, że ci się uda. Zostawiam ci konia, który jest niezwykle zwinny i może po- móc ci stać się niewidzialnym. Ale uwaga… tylko jeden raz, więc uważaj, w jakiej sytuacji go o to poprosisz. Więcej możliwości nie będzie. A, i daj mu jeść. Najbardziej lubi trawę. Powodzenia! Oszołomiony Sebastian został sam na sam z koniem. Duże zwierzę prychnęło i machnęło grzywą. Trawa… Skąd ja mam niby wziąć trawę, skoro te toksyczne promienie wypaliły całą trawę w okolicy? – pomyślał chłopiec. Lodówka też była pusta. Koń chyba czuł, że znalazł się w niezbyt szczęśliwym położeniu. Chudy chłopiec wiedział, że nie ma chwili do stracenia. Zresztą, rodzice nie mogli zobaczyć konia. Matka, już i tak z nadszarpniętym zdrowiem, na pewno popadłaby w cho- robę psychiczną, a jej firma ogłosiłaby wtedy bankructwo. Widmo windykacji stałoby się wówczas realnym zagrożeniem. Nie mógł na to narażać swoich rodziców, tym bardziej, że komornik już przejął kuchnię – najbogatszą część budynku. Dlatego też w domu nie było jedzenia i nie unosił się już zapach pysznych potraw, jak to było w zwyczaju wcześniej. Postanowił więc, że napisze tylko krótką informację dla rodziny i wyruszy. Jak pomyślał, tak też uczynił. Wziął bicz z piwnicy, który należał prawdopodobnie do ojca – pomyślał, że może się przydać – następnie wsiadł ostrożnie na konia. Koń chyba 25 nie był zadowolony z przedmiotu trzymanego w ręce chłopca, bo wierzgnął tylnymi no- gami. ― W porządku, spokojnie, odłożę go na miejsce. Wcale nie chciałem go zabierać ― powiedział speszony. Wyruszyli. Sebastian, nie wiedział, gdzie ma jechać, podążał więc przed siebie. Na ulicach było pusto, gdzieniegdzie tylko widać było jakiś przemykający cień. Prawdopodobnie był to człowiek, który miał już po dziurki w nosie tego, że nie może normalnie żyć. Obawa przed muka- tami powodowała, że wszyscy zachowywali się nieufnie wobec siebie. Sytuacja poraziła Sebastiana. Tak bardzo w tym momencie odczuł brak normalnego życia. Chciał przytulać ludzi, mówić im, że wszystko będzie dobrze, że ich niesprawiedliwa pokuta niedługo się skończy, bo on właśnie rusza na ratunek. Lecz nie mógł – wszyscy, których cienie widać było w zaułkach, widzieli w innych potencjalnych mukatów. Sebastian chciał krzyczeć z rozpaczy. Miał już tego dość. Weź się w garść, durniu!– pomyślał karcąco chudzielec. Musisz znaleźć przyczynę tego bagna. ― Witaj, czego tu szukasz o tej porze? Trochę tu niebezpiecznie, nie sądzisz?― Sebastian zamarł, dreszcze przeszły go po całym ciele. Bał się odwrócić, jednak powoli zwrócił głowę w kierunku, z którego dochodził głos. Chłopak zobaczył młodego mężczyznę o dziwnym grymasie na ustach. Nieznajo- my ubrany był raczej normalnie. Trzymał w dłoni małe czerwone pudełko. ― Kim jesteś? ― zapytał Sebastian. ― Spokojnie, nic ci nie zrobię. Na imię mi Ygor. Podróżuję sam po tych zgliszczach i szukam sposobu, za pomocą którego mógłbym przekazać ludziom zawartość mojego pu- dełka. Słyszałem, że mukaci mają ogromną władzę i mogą manipulować ludźmi. W swo- jej siedzibie posiadają podobno bardzo potężne urządzenie, które emituje specjalne fale zniekształcające obraz. Dzięki temu ludzie widzą coś, czego w rzeczywistości nie ma. Fale te mogą również wpływać na sposób ich myślenia. ― Czyli chcesz mi powiedzieć, że tej paniki nie powinno być? Nie ma żadnego pro- mieniowania i słońce wschodzi i zachodzi po właściwych stronach? ― Sebastianowi serce zaczęło bić jak oszalałe. Nie mógł w to wszystko uwierzyć! ― Dokładnie tak. Mukaci mają ogromną władzę. Mogą wykreować ci, co tylko będą chcieli. Dlatego też chcę się do nich zakraść. ― Nie możemy po prostu powiedzieć ludziom, że wszystko jest w porządku, że mogą normalnie funkcjonować? Tak, jak do tej pory? ― To nie przejdzie. Ludzie wierzą temu, co namacalne. Ich umysły nie wykracza- ją poza ustalone granice. Ufają swoim oczom, więc twój pomysł się nie sprawdzi. Jeżeli chcesz, żeby ludzie znów widzieli to, co wcześniej i żeby zaczęli funkcjonować normalnie, musisz zakraść się do bazy mukatów i sam wszystko odkręcić. Ja też tam idę…― Ygor spoj- rzał na swoje pudełko. 26 ― Dobrze, podążajmy tam czym prędzej. Mam już dość tej farsy. ― Co masz w tym pudełku? ― Tolerancję. Tak bardzo brakuje jej ludziom. Każda odmienność według większo- ści jest zła. Tak bardzo bym chciał, żeby ludzie nie widzieli we mnie tylko homoseksuali- sty, ale też człowieka, obok którego mogą normalnie egzystować. Dlatego muszę dostać się do mukatów i przetransferować ludziom Tolerancję. To przykre, bo sami nie są w sta- nie jej wykrzesać. A ja po prostu chciałbym normalnie żyć. Czy to tak wiele? ― Rozumiem cię… Chodźmy więc tam razem. W trójkę mamy większe szanse. Koń parsknął z zadowolenia, że nie zapomniano i o nim. Zwierzę silnie odczuwało brak jedze- nia. Dobrze wiedzieli, że trawa rośnie sobie soczystymi kępami, zieleniejąc radośnie, ale nie widzieli jej. Mukaci wszystko zakamuflowali przed ich oczami – widzieli tylko parują- ce zgliszcza. ― Wiesz, jak tam się dostać? ― spytał chłopiec. ― Sądzę, że tak. Plotki mówią, że mukaci zajęli stary hotel w centrum miasta. Tam mają dla siebie idealne warunki. Swoje centrum dowodzenia zorganizowali podobno w Sali Bankietowej. Tam, gdzie wcześniej odbywały się wystawne przyjęcia, ludzie pijani od miłości tańczyli wtuleni w siebie, muzyka wypełniała wnętrze i tętniło życie. Teraz sala ta jest tylko technicznym miejscem, gdzie mukaci knują, jakim jeszcze sposobem można zmanipulować ludzi. Mrok… Sebastian i Ygor ruszyli w kierunku hotelu. Po drodze mijali kiosk przy Sobieskiego, gdzie obaj zwykli kupować czasopisma i sok pomarańczowy. Zaciekawiło ich to, co dzieje się na tyłach niewielkiego budynku. Zgrzyyyt…zgrzyyyt…zgrzyyyt… Zajrzeli tam zaciekawieni. To, co zauważyli, zmroziło w nich krew. Młoda dziewczyna wi- siała na gałęzi drzewa, które rosło tuż za kioskiem. Wiatr chemikaliów poruszał jej cia- łem. To lina wydawała z siebie ten przerażający odgłos. Posmutnieli obaj. ― To, co się dzieje, było dla niej zbyt dużym ciężarem. Samobójstwo stało się jedy- ną drogą do wolności. Brakowało jej siły… To smutne, bo daje mocno do zrozumienia, że dla słabych nie ma tu miejsca ― powiedział Ygor. Patrzyli przez chwilę na to, co się stało. ― Chodźmy. Mamy swoją misję. Nie czas na słabość ― rzekł po chwili Sebastian. Hotel ukazał się ich oczom. Była noc. Najlepsza pora, by się zakraść. Rozszerzone źrenice. Tętno. Działaj! Weszli do środka. Panował tam dziwny zapach, którego żaden z nich nie potrafił określić. Sebastian modlił się w duchu, żeby koń nie zaczął hałasować. Szli przed siebie bardzo powoli. Szukali Sali Bankietowej. Błądzili przez chwilę korytarzami, po czym zna- leźli miejsce, do którego chcieli się dostać. Badawczo nasłuchiwali – nie chcieli, żeby zobaczył ich jakiś mukata. Wtedy byłoby po nich. Po upewnieniu się, że nikogo nie ma, weszli do Sali. To, co zobaczyli, naprawdę ich zaskoczyło. Ogromna maszyna z dużą ilością guzików, 27 pokręteł – ona wydzielała z siebie ów dziwny zapach. Na samym szczycie tego czegoś znajdowały się dwie anteny, które ewidentnie znajdowały się pod napięciem i emitowały dziwne dźwięk
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Magazyn Histeria 2014/1
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: