Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00198 011963 7452404 na godz. na dobę w sumie
Magazyn Histeria 2014/2 - ebook/pdf
Magazyn Histeria 2014/2 - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Magazyn Histeria Język publikacji: polski
ISBN: 2014027777777 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> thriller, horror
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
Nowy magazyn internetowy dla fanów grozy. Naszą ideą jest promocja talentów pisarskich.
Znajdź podobne książki

Darmowy fragment publikacji:

3451835446067748692 97106 SPIS TREŚCI: Słowo od redakcji Wyznania Histeryka BUNKIER CZARNA KAWKA FARMA KRWOTOK MASKA POWIETRZNA POTWÓR Z SZAFY SĄSIAD SREBRNIKI UWODZICIELSKIE SZALEŃSTWO ŻYWNOŚĆ Miniporadnik Antoni Nowakowski Marek Zychla Arkadiusz Nowakowski Francis Violento Olga Kaczmarek Inga Gumieniak Norbert Góra Maciej Zawadzki Tomasz Wójcik Kornel Mikołajczyk Redakcja: Błażej Jaworski, Maciej Zawadzki Projekt okładki i skład: Roman Panasiuk Ilustracje: Roman Panasiuk, Kornel Nurzyński, Maksymilian Skrouba Korekta: Dagmara Adwentowska email: magazynhisteria@gmail.com 2 Witajcie! Skoro czytacie te słowa, wiecie już, że Histeria nie była jednorazową przygodą. Od momentu wydania pierwszego numeru wiele się zmieniło. Mamy już stronę internetową, a także ćwierkamy na Twitterze. Nawiązaliśmy współpracę z kolejnymi partnerami, dzięki którym coraz więcej osób wpada w Histerię. My sami w tym czasie wiele się nauczyliśmy. Skład redakcji uległ zmianie. Pojawiło się kilka nowych osób. Ten zastrzyk świeżej krwi sprawił, że jesteśmy coraz lepsi. Oprócz opowiadań mamy dla Was nową rubrykę. „Wyznania Histeryka” to próba przybliżenia sylwetki autora najlepszego tekstu poprzedniego numeru. Tym razem bohaterką jest Inga Gumieniak. Na deser polecamy Miniporadnik dla debiutujących pisarzy. Mamy świadomość, że każdy szanujący się fan grozy zawsze cierpi na jej niedobór, niezależnie od przyjmowanej dawki, dlatego wracamy po dwóch miesiącach z nową porcją czerwonych kapsułek, które rozwiążą ten problem. W opakowaniu znajduje się ich dziesięć, a każda z nich jest przepustką do krainy obłędu. Chcesz odwiedzić szpital psychiatryczny? Wejść do szafy, z której wydobywają się dziwne dźwięki? Zatańczyć w rytmie uwodzicielskiego szaleństwa? Zażyj je. Pozdrawiamy, Histeryczna Redakcja WYZNANIA HISTERYKA Inga Gumieniak Mam 30 lat i jestem szczęśliwą mamą 3,5- letniej Toli. Mimo tego, iż pisanie to moje powołanie, najbardziej spełniam się w roli matki. Piszę bardziej dla siebie i traktuję to jako hobby. Dlatego bardzo miłym zaskoczeniem dla mnie było to, że moje opowiadanie zostało wybrane przez czytelników Magazynu Histeria jako najlepsze. Być może ten bodziec pociągnie mnie do dalszego, bardziej kreatywnego działania na tej płaszczyźnie. Pozdrawiam wszystkich czytelników. Iga Skąd pomysł na opowiadanie „Z pamiętnika kame- rzysty”? Witam. Projekt był realizowany na podstawie przesła- nego skryptu, który z kolei był wizją Pana Łukasza Kiełbasy, jednego z założycieli Wydawnictwa Alter Manes. W przeszłości w trakcie snu nawiedzały go koszmarne wizje, które ja wraz z innymi autorami książki „Horror na Roztoczu” opisaliśmy z oddaniem najdrobniejszych szczegółów. Jak wyglądała praca nad tekstem? Praca nad tekstem zajęła mi około trzech dni, a raczej trzech wieczorów. W związku z tym, że jestem mamą, musiałam pisać po nocy. Robiłam sobie małe przer- wy, w trakcie których gotowałam córce zupkę lub sprzątałam zabawki. Powiem szczerze, że pomysł opisania koszmarów Pana Łukasza bardzo mi się spodobał i nigdy wcześniej nie tworzyłam z takim zapałem i zaangażowaniem. Co sprawiło Ci największą trudność w czasie tworze- nia opowiadania? Nie miałam żadnych trudności z napisaniem tekstu. Skąd czerpiesz inspiracje do pisania? W tym wypadku inspiracją do napisania opowiadania były wizje Pana Kiełbasy, jednakże w przypadku in- nych opowiadań tego typu wygląda to tak, iż pomysły od razu same pojawiają się w mojej głowie. Nie mam takiej potrzeby, żeby wcześniej się do mojej pracy w jakiś szczególny sposób przygotowywać. Piszę od małego. Z początku były to wiersze i krótkie opowia- dania napisane na starej maszynie do pisania, którą po pewnym czasie zastąpiła klawiatura. Obecnie piszę także bajki dla dzieci. Z czym kojarzy Ci się słowo histeria? Kojarzy mi się z obłędem, który wkrada się do naszego umysłu i nie sposób nad nim w żaden sposób zapanować. Pod wypływem emocji człowiek zdolny jest do popełnienia różnych makabrycznych zbrodni, a gdy emocje już opadną, pamięta tylko paniczny strach i histerię... k u i s a n a P n a m o R . s y r BUNKIER Antoni Nowakowski Pamiętam, że Saszka uważnie obejrzał klamry od pasów. Znalazłem je w tym przeklętym bunkrze, zaraz przy wejściu. No i pistolet. Saszeńka parabelkę na bok odłożył, ale aż mlasnął z uciechy, jak ją zobaczył. W dobrym stanie przetrwała, leciutko przerdzewiała, a okładziny kolby miała nietypowe – drewniane. No i ten grawerunek na zamku… Od razu było widać, że pistolet specjalnie podszykowany, dla jakiegoś wyższego oficera. Może prezent albo nagroda za zasługi? Germańcy do takich rzeczy mają sentyment, pielęgnują pamięć o rycerskich żołnierzach Wehrmachtu – i za specjalne wyroby sporo płacą. – Niemieckie – zawyrokował Saszeńka. – Trochę się odczyści, odpucuje – i powędrują w świat. Za takie drobiazgi dużo nie zapłacą, ale zawsze parę tysiączków dodatkowych rubelków nam się przyda. U nas, na Białej Rusi, pieniądz słabo stoi. Cóż począć, może kiedyś kurs się podniesie. Niby wiele za zwykłe rupiecie nie weźmiesz, ale, jeżeli dużo ich masz, sporo banknotów uzbierasz. Jasne, że od razu było widać, że klamra hitlerowska. Ten ich orzeł, napis „Gott mit uns” – wiadomo, nazistowska. Na pierwszy rzut oka poznasz. Ale Saszka naprawdę interesował się militariami – i nie tylko tym. Dużo czytał i wiele wiedział. Niby wszyscy dawno już poznaliśmy, co ile jest warte, ale to Saszeńka wszystko oceniał i kwalifikował. 5 Dużo umiał – uczył nas, jak złote i srebrne korony z zębów wyciągać, a potem w sztabkę przetopić. Specjalne szczypce do wyrywania załatwił. Rodzaje punc jubilerskich na sygnetach i pierścieniach na pamięć znał. I od razu odpowiednią cenę dobierał. Sasza kierował nami. Szef, lider – nigdy do niego tak nie mówiliśmy, ale we wszystkim słuchaliśmy – bo właśnie on wymyślił i rozwinął nasz biznes. Szybko zrobił z niego całkiem poważny interes. Nigdy się nie mylił. Nabój do mosina od pocisku do mausera rozróżniał z zamkniętymi oczyma, dotykiem palców. Z bagnetami – tak samo było. O doprowadzeniu takich wojennych śmieci do stanu nowości też sporo się nauczył. Właśnie Sasza wpadł na pomysł, żeby stare hełmy, bagnety, ładownice, znaki rozpoznawcze, taśmy amunicyjne i co tam nam wpadło w ręce sprzedawać turystom. Po renowacji, jak to określał. Wtedy interes naprawdę ruszył… A Sasza go rozkręcał. Mieliśmy zaiste bogate źródło pozyskiwania zdobyczy. Istne Klondike – umocnienia blokujące wyjścia z bagien poleskich. Fortyfikacje polskie, niemieckie, sowieckie… Cmentarze wojenne i zapomniane, pojedyncze mogiły… Najpierw Lachy umocnienia budowały, potem przyszli czerwoni i też swoje schrony wznieśli, a na końcu Niemcy uzupełnili panzerwerkami. Powiem tak: u nas, na Białej Rusi, żyje się spokojnie. Cicho, bez nerwów, a starsi ludzie mówią, że po bożemu. Czasami patrzę w swój laptop i czytam, że u nas zacofanie. Ciemnota – i niczego nie można kupić, tylko zapałki, naftę i sól. Bzdura. Kupić możesz wszystko – tak jak ja nabyłem komputery, samochody, dom piękny wybudowałem – tylko musisz mieć pieniądze. Tak dużo, że jak je za rubaszkę włożysz, pomyślą, że w ciąży jesteś. Najlepiej mieć walutę zachodnią. Dolary, euro… I rosyjskie ruble. Polskie złotówki przy wymianie też wysoko stoją. Wiadomo, w banku oszukują, prowizję sobie liczą, opłaty, ale – wyjdziesz na swoje. A turystów niemało… Dużo Lachów przyjeżdża, poleskie błota i bagna odwiedzają, śladów przeszłości szukają. Łasi są na pamiątki. No i portfele mają zasobne, nie powiem. Na poważnie zaczęło się tak. Trzech nas druhów było – ja, czyli Grisza, Sasza i Stiepan. Nazwiska nieistotne. Po co komu je znać? Nazwa naszej wioski też nieważna – niech ludzie żyją sobie spokojnie… Saszka któregoś wieczoru, kiedyśmy w trójkę siedzieli przed artelowym sklepem, zebrał wszystko do kupy. Powiedział wtedy tak: – Sokoliki wy moje, my na tych wojennych pamiątkach zrobimy majątek… Uczciwie, jak Bóg przykazał. Oczy mu błysnęły. – Jest towar, są kupcy – ciągnął. – Trzeba tylko się postarać, żeby poważne produkty znaleźć, a nie jakieś barachło. Fatyga niewielka, zysk pewny. 6 Na początku sprzedawaliśmy stary asortyment: łuski, porzucone naboje, hełmy, saperki, manierki… Bagnet znaleźliśmy – radość nieopisana. Karabin w dobrym stanie – święto wielkie! Wydawało się nam, że sporo zarabiamy, ale jeszcze nie wiedzieliśmy, gdzie kryje się prawdziwe Eldorado. Towar jednak schodził. I stali kupcy nas już odwiedzali. Sytuacja się zmieniła, kiedy Stiepan w zapuszczonym tradytorze artyleryjskim znalazł dwa kościotrupy. Chłopak z niego był niewysoki, szczupły, w podziemnych chodnikach bobrować lubił. Weszliśmy za Stiopą, patrzymy: kości gładziutkie, czaszki wypolerowane, jakby ktoś – albo coś – kiedyś tam dokładnie całą resztę ciała wyjadł, a potem pozostałości wylizał… Zbytnio na szczątki nie zwracaliśmy uwagi, bo w świetle latarki zobaczyliśmy, co jeszcze z truposzy zostało: dwie złote papierośnice, srebrna zapalniczka, zegarek, też złoty, pióro wieczne, medaliki, znaczki rozpoznawcze… No i portfel, a w nim legitymacja, listy, zdjęcia, papiery. Medaliki piękne, pańskie, na czaszkach hełmy z orłami. Jeden z kościotrupów w dłoni pistolet ściskał. Po co, na kogo – już nie wiadomo. Saszy aż oczy się zaświeciły. – Vis – powiada. – Dobra broń, rzadka, korozji zbytnio nie uległa. Prawie rarytas kolekcjonerski. Na dziurę w ścianie tunelu w ogóle nie zwróciliśmy uwagi. A powinna nas zdziwić… W betonie, kilkadziesiąt metrów pod ziemią, wyłom na chłopa wielki. Stiopka skwitował, że widocznie cement w tym miejscu źle położono, nie związał się, a potem Lachom czasu zabrakło, żeby budowlaną fuszerkę naprawić. Przed kim oni się w tym chodniku bronili albo uciekali – też się nie zastanowiliśmy… Zebraliśmy wszystko – i na górę. Sasza popatrzył, głową kiwnął – i mówi: – Głupcami się okazaliśmy, ale – ten okres właśnie zakończyliśmy. Na tym dopiero zarobimy, zobaczycie. – Palcem w portfel pękaty postukał. – Od dzisiaj takich rzeczy szukamy. Giwera stara w ręce wpadnie – odrestaurujemy, opylimy. Ale te graty… – wziął w rękę legitymację ze skórzanego pularesu z herbowym znakiem – to dopiero jest coś! Przyjechali stali odbiorcy – dorobiliśmy się już takich. A Sasza zza pazuchy dobrze zachowaną legitymację polskiego krzyża, Virtuti Militari, za wojnę z bolszewią w dwudziestym roku wyciąga – i mówi: – Popatrz tylko, bratku! Cymes! Rzadko spotykane! – Dokument pod nos zbieraczowi podtyka. – A stan – idealny. Saszka, jak wspomniałem, sporo czytał. Język polski opanowywał. Gadanie Lachów do zrozumienia nietrudne, do nauczenia też. Zbieracz – tak ich nazywaliśmy, ale wiedzieliśmy, że później nasze łupy u siebie ze sporym zyskiem sprzedają – oczy tylko zmrużył i pyta: – Ile chcecie? 7 – Sto dolarów – Saszka odpowiada – tylko za ten dokumencik o orderze. Nie pożałujesz: ty i tak z trzykrotnym przebiciem go sprzedasz. O reszcie po kolei sobie pogadamy. Pierwszy raz porządnie obłowiliśmy się. Wzięli towar od ręki. Zostawili specyfikacje, co ich najbardziej interesuje. Zaraz potem Saszka podzielił role, a do mnie powiedział tak: – Griszka, odpowiadasz za topografię obszaru badawczego. Szukaj nowych miejsc eksploatacji: bunkrów, przede wszystkim mogił i cmentarzy polowych, zapomnianych okopów. Szkice wykonuj, oznaczaj dojścia. Szybko będziemy mieli pól eksploatacyjnych tyle, że na lata starczy… Saszka fachowe książki archeologiczne studiował. Rozwijał się, a my razem z nim. Poważnie już sprawę traktowaliśmy, bo nielichy pieniądz płynął. Stiepan raz w miesiącu dolę komendantowi miejscowego posterunku odpalał, żeby oko przymykał. Niebawem szefowi sił bezpieczeństwa w obłasti też podarek regularnie dostarczaliśmy – ale nie żałowaliśmy. Spokój pracy się liczył. Zapytacie, czemu Sasza taką wagę do cmentarzy polowych przywiązywał? Pomyśleć trochę trzeba: swoi poległych kolegów nie łupią. Połowę nieśmiertelnika tylko się bierze, drugą część między zęby wsadza, albo w brzuch, jeżeli rozpruty. Ze wszystkim zabitego na polu chwały grzebią – z pasem, butami, sygnetem, medalikiem, zapalniczką, papierośnicą, zębami złotymi w szczęce, odznaczeniami. Z całym kolekcjonerskim i jubilerskim bogactwem, teraz dużo wartym. Otrzymałem ważną funkcję – wyszukiwacza, jak to Saszka określał. Starałem się. I, jak na początku napisałem, znalazłem ten bunkier – z dwoma kościotrupami Niemiaszków przy wejściu. Ucieszyłem się. Nowy obiekt, co najmniej dwukondygnacyjny, a na górze sterczą trzy kopuły pancerne. No i zaraz dobre znaleziska, całkiem bez wysiłku, za frajer. Znowu nie zwróciłem uwagi, że te szkieleciska takie wypucowane jakby... Wyssane. No i lśniące, jakby ktoś ciągle je lizał. I na to, że Niemcy na zewnątrz chcieli się wydostać. Fryce uciekały, a bunkier przecież bezpieczeństwo zapewnia. O jednej sprawie zapomniałem powiedzieć – gdzie ten wielki schron się znajdował. W przejściu wiodącym przez Mroczne Trzęsawisko. Czarne Topielisko, Ciemne Grzęzawisko, Topiel – różnie je nazywają. Rozległe bagno, kilometrami się ciągnie, a ludzie twierdzą, że bezdenne jest. Starsi powiadają, że gdzieś głęboko istota z samego początku istnienia świata spoczywa. Jeszcze ciągle soki wydziela, rozkłada się, dlatego oparzelisko nigdy, nawet w najbardziej upalne lato, nie kurczy się. Upał tylko proces gnilny przyspiesza, tak mój dziadek opowiadał. Niby Mrocznego Trzęsawiska nijak nie przejdziesz. Źle nogi postawisz – w okamgnieniu wciągnie. Muł ci gardło zatka, potem nos – i koniec. Szczęście, jeśli modlitwę zdążysz odmówić. 8 Ale miejscami przesmyki wyższego gruntu można znaleźć. Wąskie, szersze, niektóre nawet jakby wyspy tworzą – nawet wozem przejedziesz. Czołgiem od biedy też. Dziadek twierdził, że na samym dole żebra tego stwora tkwią. Jednego, kilku… Nie wiadomo. Rzucał się, chciał się wydostać z uwięzi – i twardymi częściami cielska ziemię do góry wypchnął. Myślałem sobie, słuchając starych ludzi, że bajdy snują. Uśmieszek pobłażania kryłem. Teraz taki pewny, że klechdę dawną przedstawiali, już nie jestem… Takie to miejsca właśnie przegradzano umocnieniami, żeby się do końca zabezpieczyć. Saszka zarządził wyprawę rekonesansową. Nie tylko sami pracowaliśmy, dorobiliśmy się kilkunastu pomagierów, przynoszących proste produkty: bagnety, magazynki, lornetki i pozostałe wojenne śmiecie – ale cenne. My skupialiśmy się na sprawach najważniejszych: renowacji, nowe pola wydobywcze badaliśmy, wyznaczaliśmy, a jak trzeba, eksploatowaliśmy. Złote korony na zębach, papierośnice, obrączki, sygnety, pierścienie – łakoma rzecz. Lepiej osobiście trupy badać. Dotarliśmy na miejsce, wchodzimy do środka. Widać od razu, że odkryłem wydajne źródło dochodów. Nie zauważyłem, ale dalej na ziemi szmajser – znaczy, niemiecki pistolet maszynowy – leżał. W strzelnicy obrony wejścia kulomiot tkwi, a z bocznych ścian dwie lufy wystają. – Żywy pieniądz! – Stiepan podsumował pierwsze wrażenia, dłonie zatarł. – Broń od ręki pójdzie! Zaraz potem znaleźliśmy te dziury… Wszystkie na wylot. Małe, średnie, a niektóre na chłopa tęgiego wysokie i szerokie. I podziemne chodniki, w ziemi ryte, bez obudowy, ale spoiste niczym skała. Nie wiadomo jak utwardzone, wijące się i wiodące w dół. Ciągle w dół, jakby prowadziły do trzewi ziemi. Albo pod Mroczne Trzęsawisko... Taka myśl od razu mi się nasunęła. W jeden weszliśmy, bo nie mogliśmy zrozumieć, co napotkaliśmy, ale narastający smród zmusił nas do odwrotu. Fetor, jakby blisko rozkładały się ciała niedawno pochowanej kompanii żołnierzy. *** Coś przypomnę. Dawno przestaliśmy być amatorami. Dobrze już wiedzieliśmy, jak budowano bunkry i schrony. Widzicie, żelbet jest niezwykle mocnym materiałem konstrukcyjnym. Betonem wysokiej klasy zalewa się grube pręty stalowe, przemyślnie ustawione. Płyty pancerne do środka wkłada… Stropy i ściany w tym bunkrze wzniesiono grubaśne – na dwa-trzy metry z dobrym okładem. Ciężki pocisk ze sto pięćdziesiątki piątki: armata takiego kalibru, znaczy – w ścianę tej grubości uderzy 9 i zrobi tyle szkody, jakby komuś dać porządnego klapsa w tyłek. Nie przebije – kilkunastu trafień trzeba. A tu dziurska w ścianach – jedne na pięść szerokie, inne – głowę swobodnie wsadzisz, a kilka takich, że cały bez schylania się zmieścisz. No i te korytarze dziwaczne. I ten zapach straszny, oddech tamujący, nieopisanej intensywności... Chrystusie przenajświętszy, co to jest? Czyżby stare podania prawdę mówiły? Patrzę na Stiepana, on na mnie, i widzę, że jedna i ta sama myśl przyszła nam do głowy – wycofać się, więcej tu nie wracać. O wszystkim zapomnieć. Paręnaście min przed wejściem ułożyć i tabliczki z odpowiedni napisami w ziemię wetknąć. Ale Saszeńka inaczej na sprawę spojrzał… – Sokoliki wy moje – powiada. – Ja myślę, że Wielkorusy miniładunki nuklearne tutaj wypróbowywały. Miejsce sposobne, od siedzib ludzkich daleko, a mocniejszych ścian ze świecą nie znajdziesz. Rozumiecie, Wielkorusami w naszej okolicy sąsiadów ze wschodu nazywają. – Może niżej coś wybudowali, jakiś tajny obiekt – ciągnie, a oczy mu błyszczą. – Pewnie stare materiały chemiczne cuchną. Maski założymy i zbadamy – może wartościowe znaleziska odkryjemy. Z Saszy zakamieniały racjonalista był, wszystko potrafił naukowo wytłumaczyć. Jeżeli nawet opowieści o Mrocznym Trzęsawisku słyszał, tylko ręką lekceważąco machał. Od kiedy wiedzę zaczął uzupełniać i książkami całą ścianę w domu zastawił, jeszcze bardziej materialistycznie na świat patrzył. Trochę mnie i Stiepana przekonał, a poza tym – wiedzieliśmy, że i tak sam pójdzie. A jeżeli na coś cennego się natknie, tylko jego będzie. Szkoda mi było tych zysków utracić. – Dobrze, Saszka. – Głową kiwam, widzę, że Stiepan też. – Przecież nikt nas tutaj żywcem nie zje… Sam o tym nie wiedząc, prorocze słowa wypowiedziałem. *** Do bunkra wybraliśmy się dwa dni później. Wzięliśmy lampę górniczą, w latarkach wymieniliśmy baterie, w maskach pochłaniacze. Buty i spodnie odpowiednie wdzieliśmy. Coś mnie tknęło – może Anioł Stróż szepnął słówko do ucha – i zabrałem emgie. Wiecie, skrót taki od wyrazu „maschinengewehr”, używany przez Niemców. Prima sort broń, szybkostrzelna, lepszej nie znajdziesz. Szykowałem ją, żeby za Odrę przerzucić. Też już 10 wiedzieliśmy, jak sobie z taką sprawą poradzić. Z wielu gruchotów jeden sprawny składałem – cena takiego okazu niebotycznie rosła. – Stracha masz? – Sasza kpiąco mnie pyta. – A przed czym to, gołąbeczku? Spokojnie odpowiadam, że przy Mrocznej Topieli okolica bezludna, pożyteczne z przyjemnym połączymy, broń się sprawdzi i przestrzela. Jednego żałuję – jeden tylko odcinek segmentowej taśmy zabrałem, ledwie pięćdziesiąt nabojów. Więcej przydałoby się, oj, więcej… Dobra, już nieważne... Wchodzimy do środka, Sasza od razu wysoki tunel do penetracji wybrał. Idziemy – Saszka na czele, ja w środku, Stiepan zamyka szyk. Schodzimy w dół, chodnik raz zakręca w lewo, potem w prawo, ale łagodnie. Żadnych ostrych załamań pod kątem prostym, tylko się wije. Betonu nad głową i po bokach nie widać, ziemia, ale twarda taka, że nóż nie wchodzi. Ostrze się złamało, kiedy swoją finką mocniej nacisnąłem. Śmierdzi jak w piekielnym szambie, ale powiew jakiegoś wiaterku twarz muska. Oddychać można swobodnie. Sasza też przeciąg zauważył, przystanął i mówi: – System wentylacji nadal działa. – W świetle latarki widzę, że zuchowato uśmiecha się. – Nie jest źle. Zaraz sprawdzimy, co pod tym bunkrem powstało. Śmiało ruszył przed siebie. Parę metrów dalej tunel ostro zaczął iść w dół. Niby do tej pory ciągle schodziliśmy coraz niżej, ale przesmyk w ziemi łagodnie się obniżał. A teraz, nagle, gdzieś tak pod kątem sześćdziesięciu stopni w głąb spadał – może do jakiejś czeluści… Wówczas dopiero rozpoznałem ten skondensowany smród. Poczułem fetor Mrocznego Trzęsawiska… Nasze bagno zawsze nieprzyjemnie cuchnęło, takim specyficznym odorem. Raz mocniej, innym razem słabiej. Ale, wiadomo, wietrzyk wieje, otwarta przestrzeń – woń się rozchodziła, słabła. No i człowiek od maleńkości się do niej przyzwyczajał. Ale – tutaj zapach ten sam, tylko wielokrotnie silniejszy, płuca zatyka, gardło jak stryczkiem dławi. Wtedy zobaczyłem tę mackę. Odnogę ciała, wypustkę olbrzymią – do dziś nie wiem. Podrygując, wyłaziła z głębi tunelu. Tak jakby dżdżownica pełzała, tylko że od chłopa rosłego wyższa. Przeklęta, przyśpieszała! W snopach świateł latarek dobrze ją widziałem. – Uciekać! – Sasza wrzeszczy. – Chryste panie, co to jest?! Biegniemy z powrotem, ile tchu w płucach, ile sił w nogach. Przewieszone przez ramię emgie po żebrach tłucze, oddech zabiera. Chodnik drgać zaczyna, ziemia na głowy się osypuje. Tupot, coraz szybszy, za plecami słyszę. Goni nas, swołocz przeklęta – myślę – zeżreć chce. Niedoczekanie twoje, gadzino. Odwróciłem się, lufę o ramię Stiepana oparłem, serię puściłem. Wolniej teraz tupie ta macka cholerna – trafiłem! – Uciekać, chłopaki, uciekać, jeśli wam życie miłe! – Sasza znowu się drze. – Już niedaleko! 11 I rzeczywiście – owal mdłego światła widzę, wyjście do przedsionka bunkra przez tę dziurę, w którą nieopatrznie wleźliśmy. Ale już nie tak daleko. Aż mi z radości serce do gardła skoczyło, jak ten widok zobaczyłem. Wpadamy do pomieszczenia paręnaście kroków od wyjścia, do świata ludzi, natury, oddalonego o ledwie kilkanaście stąpnięć. A tu Stiepan osuwa się na ziemię. Ręce mu drgają, nogi, blady jak kartka papieru. Oczy wybałuszone, nieprzytomne. Szok – w ułamku sekundy myśl taka mi mignęła – chłopaka dopadł. Sasza lepiej wyglądał – o ścianę się oparł, dyszy ciężko, pot mu z twarzy się leje, ale dochodzi do siebie. Sam pewnie też podobnie wyglądałem… Siły zebrałem, wrzeszczę: – Chłopaki, wychodzimy! Zbierzcie się w kupę! Za późno… Dwie, trzy minuty za późno. Macka przeklęta z chodnika się wynurzyła, Saszeńkę w pasie chwyciła, owinęła się wokół ciała – i ciągnie do środka. Krzyczy chłopak, wije się, nogami macha – a ona go za ścianę przesuwa. Druga macka, z innego otworu, mniejsza, gardło Saszce krępuje, do oczu sięga. Druh wrzeszczy przeraźliwie, bo potwór gałki oczne mu zżera. Chryste panie! Zmartwiałem. Myśl taką miałem, w głębi umysłu się pojawiła: Strzelaj, Grisza, strzelaj! Ale jak? Chłopaka ubiję. Przymierzyłem, ale broń opuściłem – nie miałem szansy mu pomóc… Krzyk ucichł, a Saszka zniknął… Wtedy myślałem, że bezpowrotnie. Odetchnąłem… Szczerze piszę, bez lukrowania. Sasza przepadł, ale nic nie mogłem zrobić. Nic… Stało się. Mogłem stać tam, gdzie on – mnie by jego los spotkał. Myślałem, że już koniec wszystkiego. Gdzie tam… W jednej chwili druga ściana pęka, otwór się tworzy. Pomyślcie, półtora metra żelbetu jak plastelina ugięło się pod naciskiem kolejnej macki. Drugiej istoty? Z dziury wysuwa się coś cieńszego, czarnego, Stiepana za gardło chwyta, dusi – i do ust zachłannie sięga. Biedak, bezwolny niczym kukła, chyba nic z wcześniejszej sytuacji nie widział. Wybudziła go z otępienia, bestia jedna. Stiopka charczy, też rękoma młynkuje. Drugie ramię z kolejnej dziury wystrzeliło, już go żre żywcem. Błyskawicznie odzież rozerwało, widzę, jak kawały mięsa wyrywa. Paszczy żadnej nie widać, ale Stiepanowi krew obficie płynie. Nie – pomyślałem. – Kurwo przeklęta, jebańcu zasrany, tak łatwo ci nie pójdzie. Jednego druha dostaliście, ale drugiego wam nie dam. Trochę już odetchnąłem, nieco sił odzyskałem. Z emgie wycelowałem, serię wystrzeliłem. Trafiłem w tego gada, co gardło Stiepanowi dusił. Gada? Nie wiem, co to było – i już nie chcę wiedzieć. Ale widzę, że się cofa. W cieńszego przymierzyłem, a ta swołocz podziemna już zdążyła Stiopce język wyrwać. Policzki łakomie mu obgryza. Boże, zmiłuj się, za nasze grzechy chyba nas wtedy pokarałeś… Religijny się potem zrobiłem – nie dziwcie się… 12 Jeszcze jedną serię puściłem. Macka cofnęła się, wolno się rusza, widać, mocno dostała. Dobiję gada – myślę sobie. – Do waszego piekła wyślę, żebyś zgnił. Patrzę – taśmy z boku zamka już nie ma. Patronów zabrakło. Twarz z potu ocieram, myślę, Stiepanowi trzeba pomóc. Ratować. A Stiepan już martwy... Dziura z przodu ciała, wielka, jelit nie widać. Usta szeroko otwarte, a w środku – pusto. Zamiast oczodołów – skrzepy krwi. Jak dziecko rozpłakałem się. Rankiem śmiało do Mrocznego Trzęsawiska szliśmy, na wielkie zyski licząc, a teraz sam na świecie zostałem. Sam, nie licząc trupa Stiepana – bez języka, oczu i połowy brzucha, z wyjedzoną prawie do szczętu twarzą. *** Jedną sprawę wyjaśnię. Nie zamierzałem pisać, co z ciałem Stiopki zrobiłem. Nie chciałem o tym wspominać, ale żal ściska duszę, kiedy o nim myślę. Nadal ściska, choć teraz jest inaczej… Po tym, jak te stwory podziemne porwały Saszę i ubiły Stiepana, uciekłem. Co miałem robić? W pewnej chwili jednak zatrzymałem się, żeby trochę odpocząć. Papierosem się zaciągnąć... Sześć poszło, jednego od drugiego przypalałem. Nieco ochłonąłem – i przemyślałem wszystko. Trupa Stiopki przy wejściu zostawić – źle. Wcześniej czy później znajdą. Ja bunkier odszukałem, inni też mogą. Ktoś na niego natrafi, władze powiadomi. Śledztwo się zacznie, szperanie, szukanie. Kilkanaście łusek zabezpieczą, na ślady potworów się natkną. Nowe tropy uwagę milicjantów odciągną. Ale, wiecie, jak jest – bliskim druhem Stiopki i Saszy byłem, zaczną pytać, co wiesz, czemu o zniknięciu nie powiadomiłeś, sprawę zataiłeś. Wykpię się, wiadomo, bo prawdę powiem. I powiem, że ja go nie ubiłem – potwory zżarły. Broniłem, z maszynówki strzelałem. Sekcja wszystko potwierdzi. Tunele twierdzenia moje niezbicie wzmocnią. Tylko że do interesu wtedy się dobiorą. Skąd takie zarobki masz, zezwolenie uzyskałeś, opłaty wniosłeś, podatki opłaciłeś? A jeszcze zaczną dociekać – z cudzoziemcami konszachty utrzymujesz, umocnieniami się interesujesz, samochody nowe dwa posiadasz… Emgie po co rekonstruowałeś? Może ty szpieg? Albo zamachowiec? – Powiedz no, bratku, prawdę, jak na świętej spowiedzi – śledczy powie. I zaraz pałę z biurka wyciągnie. Żeby tylko pałę… U nas milicja dobrze jest wyposażona. Rodzinę powiadomić – jeszcze gorzej. Rwetes, hałas, a efekt – identyczny, tylko szybciej. Udać, że nic się nie stało – tak samo. Za dzień, dwa zaczną pytać: – Nie wiesz czasem, co z Saszą i Stiepanem się stało? Wyjechali, czy jak? Kiedy wrócą? 13 Pomyślałem tak: nażarły się, ścierwa, ludzkiego mięsa, głód świeżego pokarmu zaspokoiły. Nie zwrócą na mnie uwagi, zajęte smakowaniem Saszeńki. Plan się narodził, prosty, ale innego wyjścia nie miałem. Bóg mnie oświecił, może anioł – stróż, nie wiem. Pisałem już, że religijny się stałem – i jeszcze raz napiszę. Nie ma się czemu dziwić. Wróciłem do bunkra. Pusto. Zaraz Stiepana na ramię wsadziłem – patrzyłem tylko, czy na głowie leży czapeczka. Miał. Czapeczkę Saszy też wziąłem – jak ta macka go wciągała, na ziemię upadła. Wyczułem jeszcze, czy butelka w kurtce Stiepana tkwi – i rakiem wycofałem się do wyjścia. Potem trupa nad Mroczną Topiel zaniosłem. Nie tak daleko miałem… Widzicie, Stiepan piękne nakrycie głowy nosił. Takie dla prominentów: lepszy materiał, ręczne hafty, kolorystyka odmienna. Sporo pieniędzy na nią wydal, ale nie żałował. Od razu było widać, że oryginalny wyrób, nie dla byle kogo. Klubowa czapeczka Realu Madryt, u nas, na Białej Rusi, jest rzadkością. Wszyscy mu jej zazdrościli, bo ładna, a zdobyć – trudno. Co zrobiłem? Trupa Stiepana ciepnąłem w Ciemne Grzęzawisko. Od razu, przy brzegu, głębokie jest – w tym miejscu koń się kiedyś utopił, razem z wozem i gospodarzem. Drewno stary Artiom wywoził, mocno napity był, drogę, jak ślady wskazywały, zmylił. Głaz nieduży przyniosłem, a obok niego czapeczkę położyłem – i butelkę od wódki „Stoliczna”. Dołożyłem jeszcze paczkę „Biełomorów”, z kurtki Stiepana wyjętą, i jego zapalniczkę złotą. Wcześniej palce trupa na szyjce odcisnąłem, w usta wsadziłem, żeby zaschnięta ślina do szkła dobrze przylgnęła. Czapeczkę Saszki z emblematem Chelsea Londyn ułożyłem obok. W rękawicach pracowałem. Dziury w ścianach bunkra trochę nas jednak zaniepokoiły, więc Saszka buteleczkę z lodówki wyciągnął. Po drodze on i Stiepan łyknęli sobie parę razy, tak dla kurażu. Ja też, nie będę kłamał. Tyle że osobną piersiówkę niosłem, z greckim koniakiem. Moc swoją ma, a smak dobry. „Stolicznej” nie tknąłem – lepiej różnych gatunków alkoholi nie mieszać. Plan miałem prosty – do wioski wrócić, z półtora dnia odczekać i larum podnieść. – Saszka i Stiepan jeszcze nie wrócili? – matki Saszeńki zapytać. – Długo coś nad bagnami siedzą... Zapytają, czy czegoś nie wiem, z ochotą odpowiem: – Nad Mroczne Topielisko poszli coś sprawdzić. Wybrałbym się z nimi, ale drewno na opał musiałem rąbać, bo się kończyło. W naszej wiosce drewnem palą, latem też, ale, znaczy się, w kuchni. Nic nie kosztuje, leśniczemu tylko w łapę raz na jakiś czas dać trzeba. Gazu też można używać, czemu nie, ale – po co płacić? Oszczędzać trzeba, brać darmowe, ludzie tę zasadę rozumieją. Znajdą pozostałości po Saszy i Stiepanie na brzegu, milicję zawiadomią, ale od razu ktoś orzeknie, co się wydarzyło: 14 – Chłopaki napili się, tutaj jeszcze jedną flaszką doprawili – i drogę zmylili. Nie w tym kierunku poszli, co trzeba, panie, świeć nad ich duszami młodymi. Nie pierwsi i nie ostatni przez bagno bezdenne trafili do nieba… Bunkra nie spenetrują – kawałek drogi, a dookoła i tak schronów sporo. Wszystko pasowało – Saszeńka ze Stiepanem nowych wyrobisk szukali. W tym bunkrze żelbetowym, z dziurami w ścianach, świeże łuski od maszynówki zostały. Ale tam śledczy nie zawitają, naprowadzenia zabraknie. Sprawdziło się – co do joty. Za parę tygodni dochodzenie umorzono. Wrócę do ostatnich chwil wspólnie ze Stiopką spędzonych. Piorunująco szybko w grzęzawisku zniknął – jakby go coś w dół, w mulisko bezdenne ciągnęło. Ręka tylko paręnaście sekund z ciemnej niczym czeluście piekieł toni wystawała. Wyglądało tak, jakby żegnał się ze mną. Łzy oczy zalewały, ale wydawało mi się, że parę razy się poruszyła. Myślę sobie – kości i ciało do spoczynku wiecznego się układają, stygną, to i drgnęły trochę… Tak zdarza się z trupami. Modlitwę po chrześcijańsku zmówiłem za Stiepana i Saszy dusze. Cóż, myślałem wtedy, że już przed sądem boskim stanęli. Teraz rozumiem, że się myliłem... Odwróciłem się, do domu zmierzam. Ale coś mnie tknęło, żeby się odwrócić, za siebie okiem rzucić. Grunt się ruszył, fałdy ziemi do góry rosną, na boki się osypują. Macka z powstałego otworu wyłazi, po zwalony pień drzewa sięga. Ciągnie. Inne odnóża nadal ziemię wyrzucają. Stwór podziemny, przeklęty, przedwieczny… Kopie, wyjścia na zewnątrz formuje. Pewnie powietrza jednak potrzebują, wentylację sobie rozbudowują. Teraz zrozumiałem, skąd ten wietrzyk w tunelu pod bunkrem się wziął. Drugi pień wywłoka kładzie, strop formuje, do schronu ziemnego upodabnia. Nikt za parę dni nie pozna, że całkiem nowy – trawa wszystko porośnie. A jak ktoś do środka tej budowli wejdzie, macka go w chodnik wciągnie – i zeżre. A ludzie powiedzą, że Mroczna Topiel kolejną ofiarę wessała. Już za siebie się nie oglądałem, tylko do wsi pobiegłem, ile tylko tchu w piersiach miałem. *** Saszy i Stiepanowi piękny pogrzeb urządzono… Symboliczny, ale porządny. W jednej trumnie leżała czapeczka z emblematem Realu Madryt i butelka po „Stolicznej”, w drugiej – czapeczka kibica Chelsea Londyn. Tyle po nich zostało – tak wtedy myślałem. Inni pewnie nadal tak sądzą… Rozliczyłem się z interesu z rodzinami – uczciwie, co do kopiejki. 15 A potem, wieczorem, jeszcze raz poszedłem na cmentarz. Niby groby druhów ponownie odwiedzić, spokojnie się pomodlić… Saperkę i latarkę pod marynarką ukryłem. Widzicie, ja taki akuratny jestem. Systematyczny. Dociekliwy… W wojsku się tego nauczyłem, w brygadzie spadochronowej służyłem – pluton zwiadu. Tam się dowiedziałem, że na wszystko trzeba uwagę zwracać, a każdy szczegół ma znaczenie. Stąpniesz nieostrożnie, na minie wylecisz. Dzień wcześniej opętanego Aleksieja pochowaliśmy. Samotnie żył, tak jak ja, rodziny nie miał, ale pochówek godny wieś mu sprawiła. Płytko go jednak zakopali, niestarannie – grabarze za mało dostali. Tak sobie pomyślałem – jednak niewielu ludzi w Mrocznej Topieli ginie. Prawie nikt tam nie chodzi, a jak idzie, uważa na siebie, chyba że napity. Czym się te przeklęte stwory podziemne żywią, jak ludzkie mięso im tak odpowiada? Odpowiedź sama się nasuwała. Wieńce i krzyż na bok odłożyłem, kopię. Szybko idzie, ziemia jeszcze nieuleżana, sypka. Trumnę odkryłem, teraz z boków piach wyrzucam. Nawet zbytnio się nie zmęczyłem. Latarką świecę i widzę, czego się spodziewałem – kilka dziur. Trumna też z jednego boku rzeszoto przypomina, a nie porządną deskę sosnową. Wieko podważam, świecę, patrzę. Już połowy Aleksieja nie ma… Brzuch mu całkiem wyjadły, widocznie tu najłatwiej do mięsa się dobrać, nogi też obgryzione, twarz prawie nie istnieje, kości policzkowe tylko sterczą. I – takie wylizane, wyciućkane… Może jakiegoś składnika ze szkieletu te stwory podziemne potrzebują, że tak je lubią? Ale sprawa jasna: trupy ludzkie są ich pokarmem, a im świeższe, tym bardziej smakowite. Grób zasypałem, kwiaty, jak trzeba, ułożyłem. W domu na wszelki przypadek piwnice sprawdziłem, czy otworów w murach nie ma. Ale tak bez przekonania, z ostrożności. Pewnie, że jestem jedynym żyjącym człowiekiem, znającym tajemnicę Mrocznego Grzęzawiska. Ale, myślę, przecież one o tym nie mogą wiedzieć. Takie mądre nie są. Wystarczy Ciemną Topiel z daleka omijać… *** Sasza żyje… Stiepan, cholera, też. Niepojęte. Jutro wyjeżdżam, daleko, a dokąd, nieważne. Właśnie z tych powodów spisałem tę historię. Za obraz święty włożę, ktoś znajdzie, kiedy dom opuszczony spenetruje, przeczyta, pewne sprawy zrozumie… Może innych powiadomi. 16 Widziałem Saszkę, teraz już Aleksandra, w telewizji. Nie uwierzycie, gdzie – w Kijowie, na Majdanie. Przemawiał z trybuny, a ludzie opętańczo klaskali. Owacje, wiwaty, zaraz potem wywiady. Który to już Majdan –czwarty, piąty? Trochę się w tym pogubiłem. Wzywał do wojny – za wolność. Z kim i dlaczego – już nie słuchałem. Świetnie przemawiał. – Walczmy z tyranią sąsiedniego reżimu, niezależnie od ofiar! – krzyczał. – Wolność i demokracja nie mają ceny! Jeżeli wymagają ofiary krwi, życia, złożymy ją – dla przyszłych pokoleń! Nie chcemy wojny, ale jej się nie boimy, niech wszyscy o tym wiedzą! Na dzisiaj innego wyjścia nie widzę, tylko zbrojny opór! Wolności nie damy sobie odebrać! Dobrze wyglądał, naprawdę nieźle. Młodzieńczo tak… Taki gładki, wypucowany na twarzy. Jakby taki wylizany… Stiepan stał za nim z tyłu. Utył. Cóż, potrzebował prawie całego brzucha. Przyciemnione okulary nosi – może nowe gałki oczne źle wyglądają? Patrzyłem na starych druhów i zrozumiałem: pod Mrocznym Topieliskiem jeszcze ktoś inny mieszka. Pewnie więcej ich jest… Oni Stiepana i Saszę do życia przywrócili. Odrestaurowali… I to im stwory z mackami ludzkie mięso znoszą. I im świeże powietrze jest potrzebne. Inne wytłumaczenie nie istnieje. Jednego nie wiem. Ilu takich ludzi, jak Sasza i Stiepan, u nas żyje? Od razu też wiedziałem, czemu Saszka tak gorąco do wojny wzywa – i czemu do świata żywych powrócił. Jego mocodawcy głodni są, dawno trzewi nie nasycili ludzkim mięsem. Takim świeżuteńkim, widać – ulubionym. Tunele wydrążą, budowle jakieś na polu bitwy wzniosą, sąsiedni cmentarz poległych – młodych chłopaków odwiedzą. Prima sort uczta gotowa... Na długie lata trupów młodziaków w mundurach im starczy. 17 k u i s a n a P n a m o R . s y r CZARNA KAWKA Marek Zychla Czarnej kawce w chmurnych oczach się czerwienią Iskry bólu wraz z domieszką świeżej krwi. W wysokim bloku parowały kuchenne okna. Odgrzewano niedzielne rosołki, dogotowywano makaron, skorupy tłuszczu tajały w bursztynowe oka. W jednym z mieszkań zamyślony nastolatek odruchowo zamieszał bulion. – Zupa! – krzyknął w stronę przedpokoju, wyraźnie zły na siebie. Usłyszał, jak skrzypnęły drzwi. Po chwili w kuchni pojawił się wyraźnie pobudzony młody mężczyzna. – Dawaj, bo lecę na trening! – rozkazał i sięgnął do szuflady po łyżkę. Wrzucił do talerza kilka garści makaronu i dolał tylko trochę zupy. Jadł szybko, łapczywie, co jakiś czas wycierał brodę w kuchenną ścierkę. – Jesz jak świnia – powiedział młodszy. – Nie każdy chodził do liceum – burknięto w odpowiedzi. – Wybacz burakowi bez szkoły, barbarzyńcy, który wie, co to seks i… 18 – Daj spokój. Jedz. Po chwili pusty talerz wylądował w zlewie, balansując na krawędzi stłuczenia. Mężczyzna oblizał dokładnie łyżkę, rzucił ją na blat i klepnął chłopaka w pochylone nad zupą plecy. – Inteligencja, brachu! – ryknął. – To się liczy! – Paskudny jesteś, wiesz? – Ja ciebie też, a ty mnie możesz w sam środek… – Idź już, dobra? – przerwał mu zniesmaczony nastolatek. – Sam będziesz sobie obiadki odgrzewał, bo kiedyś o tobie zapomnę. – Już się tak nie wpieniaj. Powiedz lepiej, czy jakieś ładne pierwszoklasistki macie. – Setki – zaśmiał się chłopak. – I wszystkie lecą na schamiałych hydraulików. – Zdziwiłbyś się. Przynajmniej mam zawód i pracę. Po chwili wyszedł, trzasnęły za nim drzwi, kroki cichły na klatce schodowej. Nie ma za co, pomyślał licealista, biorąc się za mycie naczyń. Talerz brata wyglądał na zaskakująco czysty, ale i tak postanowił wypłukać go dla pewności. Był zły na siebie, że nawet od czegoś tak głupiego nie jest się w stanie powstrzymać. Przecież on nie istnieje, pomyślał. Nie mam i nie miałem brata. Poczekał chwilę, aż zleci wrzątek i bojler weźmie się do mniej energicznej pracy. Myślał o coraz bliższej maturze, o uroczej, milczącej Kasi, która siedzi przed nim na polskim i o drobnej Ani, która uwielbia jazdę na rowerze i pewnie nie wie nawet o jego istnieniu. Z tą pierwszą chodził na cudowne randki, w tej drugiej wciąż bał się zakochać. – Nie pasujecie do mojego świata – westchnął. Znalazł najmniej ubrudzoną ze ścierek, powąchał, skrzywił się z obrzydzeniem i szybko wytarł w nią rozgrzane ręce. Miał już pójść do pokoju, gdy jego uwagę przykuło delikatne stukanie w okienną szybę. Na parapecie podskakiwała kawka. Ptak próbował wepchnąć ciekawski łepek w szczelinę niedomkniętego okna. Wyglądał zabawnie i przyjacielsko. Chłopak podszedł bliżej, starając się nie spłoszyć niewielkiego gościa. Ojciec opowiadał mu kiedyś podobną historię, zapewniając o niesamowitej wręcz towarzyskości tych z wyglądu ponurych ptaków. Chłopak cmokał, sięgając do chlebaka po okruszki. Miał nadzieję, że to się dzieje naprawdę. A może ona żre robale albo owoce? – pomyślał. Odsunął firankę, klnąc w duchu na przerdzewiałe żabki i stare – przypominające tory kolejowe – szyny karnisza. Kawka przyglądała mu się, łypiąc raz lewym, raz prawym okiem. – Śmieszna jesteś – szepnął i uchylił szerzej okno. Ptaszek odskoczył na koniec parapetu, poczekał, aż okruszki wylądują na blasze. Chłopak 19 kątem oka dostrzegł jakiegoś pijaczka, który przyglądał się mu z uwagą. Nastolatek cofnął się o krok, nie chcąc stresować kawki. Parę okruszków zostawił po swojej stronie okna, by zachęcić ptaka do odwiedzin. Co jakiś czas cmokał lub gwizdał cicho. Kawka zajęła się chlebem, rytmicznie uderzając dziobem w parapet. Chłopak przyglądał się jej uważnie. Spodobała mu się czarna czapeczka na popielatej głowie i białe oczka, których kolor powoli ulegał zmianie. Niepokoił go zaś ten mężczyzna z podwórka. Wyglądał znajomo, a jednocześnie czuło się do niego wstręt. – Ja bym jej nie karmił! – usłyszał wykrzyczane z dołu. Kawka obesrana. Dosłownie poczuł, że czyta pijaczkowi w myślach. Obesrane życie. Wzdrygnął się. Póki co postanowił to zlekceważyć. Czasem pomagało, choć zazwyczaj wręcz przeciwnie. Jednego, czego nauczył się przez lata walki z chorobą, to to, że nie ma żadnych reguł, a nawet jak jakieś są, to nie w jego przypadku. Odprowadził mężczyznę wzrokiem, po czym raz jeszcze spojrzał na parapet. Co jest? – pomyślał wyrwany z zamyślenia, patrząc, jak róż i czerwień wpływają w niewielkie tęczówki ptaka. – Cześć, Kosma – zaskrzeczała kawka, a chłopak pchnął okno, przewrócił się i zaczął histerycznie krzyczeć. – Wpuść mnie, bo sama wejdę. *** – Dawaj z nami! – Zza śmietnikowej wiaty chwiejnym krokiem wynurzyli się dwaj mężczyźni. – Chodź, Jurek! Pójdziemy do Staszka! – Te zachrypnięte głosy dotarły również i do uszu chłopca. Tak wyraźnie, jakby sam stał na podwórku. – Dojdę do was – odpowiedział zagadnięty mężczyzna, a jeden z żuli machnął tylko brudną ręką. Jerzy Turpiński stał przy piaskownicy, zadzierając niegoloną od tygodnia twarz. Wpatrywał się w jeden z czterech tworzących betonowy prostokąt bloków, w jedno z malutkich okien w samym środku szerokiej linii najwyższego piętra. Wpatrywał się w Kosmę. – Ja bym jej nie karmił! – Zaśmiał się, wziął głęboki oddech i lekkim krokiem podążył za kompanami od taniego wina, na których nikt nie zwracał uwagi. Kosmie wydawało się, że poczuł zapach alkoholu. Trochę wbrew sobie, spojrzał raz jeszcze w stronę mężczyzny. Jego wzrok zatrzymał się na chwilę na nieskazitelnie czystych butach, po czym powędrował w stronę spodni, z których, pomimo niemal pewnych wielu lat intensywnego używania, nie zniknął kant. Chłopak mógłby się założyć, że jeszcze parę chwil wcześniej widział na 20 nich plamy wyschniętego błota. Obesraniec i żul, pomyślał, chociaż nigdy nie używał takich słów. Zastanawiał się, czy przypadkiem nie powiedział tego na głos. Ostatnio robił to coraz częściej, co bardzo niepokoiło mamę. I wtedy spojrzał w przekrwione oczy kawki. *** Do kuchni wrócił po paru minutach, po ochłonięciu na zimnej klatce schodowej. Wariuję, pomyślał, otwierając oszklone drzwi. Jej tu na pewno nie ma. Nie może tu być. Tak mówią… W ręku ściskał ciężki roboczy but, znaleziony pod wieszakiem z kurtkami. W sercu czuł strach i determinację, aby rozprawić się jak najszybciej z – miał nadzieję – przywidzeniem. Z duszą na ramieniu stawiał kolejne kroki, w żółwim tempie pokonując niepełne trzy metry linoleum. Parapet świecił pustkami, częstował nietkniętymi okruszkami chleba. Byłaś tu… – Kosma otworzył szeroko okno, wypatrywał ptaka na sąsiednich parapetach. Wrócisz? Podwórko tętniło swym zwyczajnym życiem, pełnym tragedii, plotek i alkoholu. Na niebie czerniały tylko jaskółki, ziemię szpeciły psie kupy. Ale syf, pomyślał i zamknął okno. Długo nie potrafił się uspokoić. *** – Jak było w szkole? – zapytał ojciec przy piątkowym obiedzie. – Przygotowują już was do matury? Cisną? Straszą? Kosma wymruczał zdawkowe „OK”, przeżuwając kapustę z gołąbka. – Nie matura, a chęć szczera! – zaśmiał się starszy brat i beknął. – Wykształciuchy i nieroby! – Krzysiek! – skarcił go ojciec. – Jak nie chcesz, to nie musisz z nami mieszkać. – Zaraz mi powiesz, że się do niczego nie dokładam, jestem chamem, któremu tylko wóda i panienki w głowie! Starszy z mężczyzn złożył gazetę, za którą od lat się chował i powiedział cicho: – Jeszcze jedno zdanie i możesz sobie szukać kawalerki albo miejsca na dworcu. Hydraulik zawahał się, lecz wygodnictwo zwyciężyło. Rozłożył ramiona teatralnym gestem i zabrał się za kolejnego gołąbka. Polał go grubą warstwą keczupu. Twarz ojca ponownie zniknęła za gazetą. Kosma westchnął. Czasami miał brata najzwyczajniej dość. 21 – Nie usłyszałem przeprosin – Ojciec nie dawał za wygraną. Widelec Krzyśka wylądował na talerzu. W uszach Kosmy zabrzmiał jak uderzenie w dzwon. – Nie kłóćmy się przy stole – szepnął licealista. – Nie przy stole. Proszę. Mama spojrzała na niego ze smutkiem. Milczała. Powiedziałem to na głos? – pomyślał, zły na siebie. Krzysiek w tym czasie włączył telewizor. – Słyszałeś o „Matrixie”? – zagadał do brata. – Trzeba się będzie bujnąć do kina. Tato? – trącił delikatnie gazetę, zza której wyłoniła się naburmuszona twarz. – Macie jeszcze w firmie te darmowe bilety? – A pensje wam w tej „El-Delcie” wstrzymali? Krzysiek mruknął tylko coś pod nosem i skupił się na emitowanej w Polsacie „Interwencji”. – El-Delta – powtórzył zamyślony Kosma, po czym zebrał talerze i wyniósł je do kuchni. Zasrana El-Delta. Zerknął jak zwykle z niepokojem na parapet. Czarna kawka pojawiała się i znikała. I tak od paru dni. Zwykle migała, czasem śnieżyła jak monitor bez sygnału, ale zawsze wgapiała się w niego przekrwionymi oczami. Często coś dziwnego mówiła. Pojedyncze słowa, wulgaryzmy, sprośności. – Kasia, Ania, Kasia, suka – skrzeczała dzisiaj, stukając dziobem w szybkę. – Kasia odejdzie, wiesz? Do kuchni weszła mama i zabrała się za mycie naczyń. – Kasia, Ania, suki dwie. – Kawka przez chwilę mówiła nawet głośniej, by wreszcie zamilknąć i zniknąć. Kosma zbladł. Wstydził się za to ptaszysko, choć wiedział, że mama jej nigdy nie widzi. – Wszystko dobrze, synku? – Kobieta uśmiechnęła się do niego. – Dajesz sobie radę… w szkole? Dajesz sobie radę w szkole? Dajesz sobie… – W kółko powtarzała ostatnie zdanie, a przynajmniej tak to teraz słyszał. Chłopak przyzwyczaił się już do powtórzeń. Pokiwał głową, odwzajemnił uśmiech i zniknął w swoim pokoju. Zasłonił okno i starał się nie zwracać uwagi na irytujące stukanie w parapet. Głos matki powoli cichnął. Kosma bał się i potrzebował pomocy. Innej niż ta, którą mu oferowali. *** Wgapianie się w klatkę schodową nie należy do najciekawszych zajęć, ale wyglądało na to, że Turpiński i tak nie miał nic lepszego do roboty. Siedział na obdrapanej ławce, tuż pod przechyloną 22 jarzębiną i starą latarnią na betonowej nodze. Takiego zauważył go Kosma i zwolnił. Mieszkańcy mijali pijaczka bez słowa. Szybko znikali w swoich klatkach, gotowi do parunastu godzin wegetacji w betonowych ścianach. Zmęczony Kosma szedł z czarnym plecakiem na ramieniu, za dużą kurtką na plecach i znienawidzonym mętlikiem w głowie. Nie omijał kałuż, nie przejmował się błotem, nie patrzył na czatującego mężczyznę, ale doskonale zdawał sobie sprawę z jego obecności. Zastanawiał się, czy tylko on. Kroczył zamknięty w sobie i zamyślony. Starał się jak najszybciej minąć zajętą ławkę. Bał się. Brzydził się swojego tchórzostwa. – Chodź tu na słówko – odezwał się Turpiński tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Tak, do ciebie mówię, ptaszku. Chłopak przestał wgapiać się w popękane płytki chodnikowe. Mężczyznę coś najwidoczniej ubawiło. – Podejdź, nic ci nie zrobię. Przecież wiesz. Kosma przyjrzał się mu, zachowując bezpieczny dystans. Czuł, że kolejny raz wszystko wymyka się spod kontroli. – Mogę nazywać cię Trupek? – Nie znoszę tej dziwnej ksywy – warknął mężczyzna. – Jurek lub Jerzy. – Podał mu niewiarygodnie czystą dłoń szerokości plecaka. – Kosma – szepnął. – Z capiej dupy to twoje imię. Chłopak nie odpowiedział. Spojrzał na ubłocone buty rozmówcy, na jego przetarte na udach dżinsy. – Jak się żyje? – spytał mężczyzna. – Nie chcesz z kimś o czymś pogadać? Kosma pokręcił głową, starając się uwolnić dłoń z nieprzerwanego uścisku. – Śpieszysz się gdzieś? – Kolejne pytanie nie doczekało się odpowiedzi. Ciężkie ramię opadło na młode barki, zapraszając do wspólnej przechadzki. – Mój tata powinien zaraz wrócić z pracy… – wydukał Kosma, machając ręką w stronę malejącego bloku. – Muszę mu… nam wszystkim odgrzać zupę. – Gówno musisz – prychnął Turpiński. – Twój tata nie potrzebuje żreć. Tak samo jak ten twój wymyślony brat. Przeszli na koniec niewielkiego osiedla, kierując się w stronę ogródków działkowych i znanej wszystkim żulom „górki”, usypanej tuż przy wałach kolejowych, gdzie samemu lepiej było się nie zapędzać – nawet za dnia, a tym bardziej nocą. – Powinienem… Powinniśmy już wracać. – Urodziłem się w Bieniowie – odezwał się mężczyzna. – Ojciec nie pił – przynajmniej nie 23 więcej niż inni – i nie tłukł mnie, chociaż wszyscy tak mówią. Matka nas kochała, żarcia nie brakowało nawet w najgorszych latach. Wysłali mnie na studia, ale tam się niestety rozpiłem. – To super – bąknął chłopak, głośno przełykając ślinę. – Znaczy się… Proszę pana… – Super, kurwa, hiper – zgodził się Turpiński. Kosma znowu poczuł zapach alkoholu. Przeszli za wały i usiedli na kryjącej się za nimi górce. Trochę dalej paru mężczyzn piło tanie wina. Pomachali z szacunkiem do Jerzego, a on skinął w ich stronę głową. Za sobą pozostawili ścieżkę, ogródki działkowe i długie rzędy garaży. – Siadaj – polecił chłopakowi. Kosma położył plecak i usiadł na nim, czując pod sobą zeszyty i książki. – Strasznie żeś delikutaśny. – Mężczyzna wyciągnął zza pazuchy dwie puszki z mocnym marketowym piwem. – Pijesz, czy dopiero zaczniesz? Nastolatek pokręcił głową i odwrócił twarz. – Zaczniesz, zaczniesz. – Jego rozmówca zaśmiał się sam ze swojego żartu. – A wtedy będzie jeszcze gorzej. Kosma próbował zachować spokój, ale wydarzenia ostatnich dni i coraz silniejszy odór bijący od Turpińskiego zrobiły swoje. – O co panu chodzi? – spytał gdzieś na granicy krzyku. – Tata już pewnie jest w domu i… – Będzie cię szukać. Ten twój święty ojczulek zza tej samej, starej gazety… – Proszę przestać! – krzyknął chłopak. – Jak sobie życzysz – usłyszał w błyskawicznej odpowiedzi. Pierwsza pusta puszka stoczyła się po łagodnym zboczu. Mężczyzna beknął cicho i zabrał się za opróżnianie kolejnej. Kosma milczał, gotowy jednak do natychmiastowej ucieczki. – Rodzice mnie nie lali, ksiądz mnie żaden nie zgwałcił, a nawet koń mnie w łepetynę nie kopnął i w przedszkolu nie gadano o waleniu konia – Jerzy wrócił do zwierzeń. – Coś mi się jednak w głowie poprzestawiało i zacząłem opowiadać ludziom o rzeczach, o których lepiej nikomu nie mówić. Licealista w tym momencie kichnął, przeprosił i wytarł oplute dłonie w rzadką trawę. – Nie na wodę – skwitował Turpiński, wciąż zatopiony we wspomnieniach. Para pijaczków postanowiła dołączyć do nich, raczej z miłości do alkoholu niż ze względów towarzyskich. Puste butelki po „Turze” dzwoniły w pełnej zacieków bawełnianej siatce. Jednemu z nich przy szlufce paska bez przerwy pobrzękiwały zamknięte w pęk klucze. – Czołem! – Starszy z dwójki machnął czerwoną dłonią i przywdział imitację szczerego uśmiechu. Śmierdziało od niego potem i moczem. – Idźcie dalej –powiedział zagadnięty takim tonem, że Kosmie ciarki przebiegły po plecach. – 24 Czołem – dodał szeptem, lecz tamci zniknęli już, tak szybko, jak tylko mogli. Pijaczek pozbył się drugiej puszki, wstał i podał rękę chłopakowi, który podniósł się jednak bez jego pomocy. – Młodość! – Turpiński pokiwał głową. – Ponad poziomy ulatuj… Kosma nie zamierzał go poprawiać, choć pamiętał ten wiersz z powtórek do matury. Otrzepał plecak i ruszył za swoim znajomym. Przez cały czas zastanawiał się nad słowami, które wcześniej od niego usłyszał. Postanowił zaryzykować. – Czyli pewne rzeczy lepiej zachować dla siebie? – zapytał, gdy zrównali się na przygarażowej ścieżce. – Teraz będzie tylko gorzej, chłopcze – odezwał się po chwili mężczyzna. – I nikt tego nie zrozumie, nikt ciebie nie wysłucha, tylko zarzucą kolejnymi pigułkami. Przyjdź wtedy do mnie. Spróbuję ci pomóc. – Sam sobie nie poradzę… Minęli dwójkę tych samych żuli, starających się prawdopodobnie wyłudzić parę złotych od jakiejś staruszki. Skinęli pokornie w stronę Jerzego, dając kobiecie spokój. – Robactwo – mruknął mężczyzna i splunął. – Musisz mi, chłopcze, zaufać. Razem damy radę. – A skąd mam wiedzieć… – Kosma zawiesił głos. – Czy jestem prawdziwy? – zaśmiał się Turpiński. – A czy to w ogóle ważne? Wyciągnął z kieszeni papierosy bez filtra i zapalił, tym razem nie częstując nastolatka. – Ja sobie poradziłem – powiedział, wypuszczając mlecznoszary dym, który doleciał wraz z wiatrem do Kosmy. Zamienili się miejscami, ku widocznemu rozbawieniu pijaczka. – Delikurwataśny. Weszli pomiędzy szare bloki, usiedli na tej samej, paskudnej ławce, pod okaleczoną nożami i wiatrem jarzębiną. – Męczyłem się przez dwadzieścia lat – Jerzy podjął wątek. – Może nigdy nie pokonasz tej kawki, dzieciaku. Spojrzeli sobie po raz pierwszy w oczy. Mężczyzna wyrzucał kolejne zdania z prędkością karabinu maszynowego: – Nikt też ci nie pomoże, bo to jest twoja walka. Znajdź mnie, gdy już będzie naprawdę źle. Wiesz, kiedy możesz mi zaufać? Wiesz, kiedy? – Uciszył Kosmę gestem. – Na pewno wiesz. A gdy będziesz się chciał zabić, to pamiętaj, że nawet wtedy możesz wygrać. Być kimś. Kimś lepszym niż ja. Turpiński ze stęknięciem podniósł się z ławki i bez słowa ruszył w stronę reszty osiedla, w kierunku pobliskiego blaszaka, transporterów z winami i piwem. Zmieszany licealista patrzył, jak 25 cień Jerzego znika za betonowym zakrętem. Niepewnym krokiem zaczął wspinaczkę po schodach. Nic z tego nie rozumiał i nie wiedział, komu ma tak naprawdę zaufać. Pewność miał tylko, co do tego pijaczka, nieważne – prawdziwego czy nie. Wystarczyło zwracać uwagę na spodnie i buty. *** – Pani Kasiu, faza owładnięcia ma to niestety do siebie, że najbliższym chorego jest najtrudniej. Nawet małżeństwa z długim stażem nie radzą sobie, ukochani nie poznają domowników, nadają im nowe imiona, zdarzają się przypadki fizycznej agresji. Te wszystkie wypowiedziane zdania i słowa pozornie bez sensu mogą ranić i ranią. Zachowania, nowe i irytujące nawyki, wrogość, wstyd… – Niech mu pan pomoże. – Młoda kobieta przerwała kolejny z wykładów lekarza. – Dla mnie to… – Nie dokończyła, powstrzymana łzami. – Tylko proszę się o nic nie winić – dodał psychiatra. – Zrobimy, co w naszej mocy. – Bardzo proszę – westchnęła i po raz ostatni wyszła z gabinetu. Na drzwiach wisiała tabliczka: „PSYCHIATRA lek. med. Jerzy Turpiński, Specjalista...”. Nie dała rady doczytać do końca. *** Kosma rozsunął zasłonki i spojrzał na czekającego za szybą ptaka. W pamięci wciąż powtarzał słowa Turpińskiego. Zamierzał pokonać swoje największe lęki i pozbyć się kawki raz na zawsze. Walczyć o życie, o zaszczutą chorobą miłość. – Cześć – skrzeknęła, gdy klamka okienna powędrowała w górę. – Wpuść mnie. Kasia, suka. Kasia odeszła. Kosma czy Krzyś? – Cześć – odpowiedział chłopak i otworzył okno. – Będę musiał cię zabić. – Nie ma okruszków? – Kawka zabawnie poruszała łebkiem. – Weź od suki, co to wszystkim daje. – Nie ma. – Suki? – Okruszków. I wtedy zaatakowała. Rozrosła się w oka mgnieniu, jakby poszerzana od środka uderzeniami coraz większych pięści. Twardy dziób kaleczył dłonie i twarz chłopaka, szpony wbijały się w jego ramię. Ostre lotki cięły mu skórę, spijały z ran świeżą krew. Kosma krzyczał i walczył, aż stracił przytomność. Nie wiedział, ile czasu leżał na podłodze. 26 Ocknął się na pachnącym krochmalem tapczanie, a białe ściany pokoju rozjaśniały mrok. Mebli nie było, za oknem straszyły kraty. Mrugnął i mruknął coś do siebie, a po chwili głośniej powiedział: – Kawka. Ponownie zamknął oczy i otworzył je dopiero rano. Usiadł z trudem na tapczanie, na ściany wróciła tapeta przytrzymywana przez szafki i biurko. Wstał i poszedł do łazienki, by przemyć twarz. Na ramieniu siedziała mu kawka. – Cześć – zaskrzeczała, a Kosma zaczął płakać i krzyczeć. Spanikował. Próbował walczyć, ale w pewnym momencie, po wyjątkowo bolesnym dziobnięciu w szyję, nie mógł już wykonać najmniejszego ruchu. Czuł, jak sztywnieją mu mięśnie, nie mógł nawet poruszyć nienaturalnie przekręconą głową. Wszystko go bolało, z palców i po policzkach ściekała krew. Łkał. – Wygrałam – oznajmiła kawka i mocniej zacisnęła szpony. – Kasia, Ania, kurwy dwie. *** Mama opatrywała mu rany, śpiewała przy tym kołysankę, której nie słyszał od lat. Tata stał w drzwiach łazienki, schowany za swoją ulubioną gazetą. Jej szelestem zdradzał zdenerwowanie. Co jakiś czas rzucał tylko w ich stronę jakieś zdawkowe zdanie, w stylu: „Będzie dobrze, ale trzeba ich jak najszybciej powiadomić”, albo „Poradzimy sobie, chłopcze. Z pomocą leków lub nie”. Krzysiek wszedł w pewnym momencie do domu i od progu krzyknął: – Wszystkim w pracy mówiłem, że mam pieprzniętego brata! – Zaśmiał się i klasnął w dłonie. Ojciec nie wytrzymał. Pchnął starszego z braci na ścianę, na starą boazerię z pociągniętych ciemnym lakierem desek. – Jesteśmy rodziną, gówniarzu! – syknął. Młody hydraulik bąknął zdawkowe przeprosiny i powędrował do kuchni. Na spranej koszulce miał wyrysowaną markerem kawkę. – Dlaczego uderzałeś pięściami w ścianę i skąd ten pomysł z nożem? – szepnęła mama. – Jak mogę ci pomóc? Kosma nie chciał opowiadać o ptaku, który z ciekawością przyglądał się tym wszystkim plastrom i bandażom na młodych dłoniach. Próbował nawet chwycić jasne loki kobiety, ale te wyślizgiwały się z błyszczącego dzioba. – Nie wiem, mamo – wydukał Kosma, który chciał tylko zostać sam. – Obawiam się, że nie możesz. – Czy wszytko w porządku? Czy wszystko w porządku? Czy wszystko… – To zdanie kręciło 27 się po jego obolałym umyśle, nawet gdy kobieta na chwilę odeszła. Pokiwał tylko chorą głową i przyjął przyniesione przez mamę tabletki. – Co to? – spytał. – Paroksetyna i Lorazepam. Pomogą ci się uspokoić i zasnąć.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Magazyn Histeria 2014/2
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: