Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00108 007264 12250637 na godz. na dobę w sumie
Magazyn Histeria 2014/3 - ebook/pdf
Magazyn Histeria 2014/3 - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Magazyn Histeria Język publikacji: polski
ISBN: 2014037777777 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> thriller, horror
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
Nowy magazyn internetowy dla fanów grozy. Naszą ideą jest promocja talentów pisarskich.
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

LIPIEC 2014/3 N E H A A L E U Ł K M S A Z U D M Y N L A J Ł A E I Z S P C E E Z BEZ PAPIERU NIE PRZEŻYJEMY | KLATKA KLIK | LEGITYMACJA | MAŁE DZIEWCZYNKI NIE SĄ GŁUPIE | NA POLU DAWNEJ BITWY |ORDNUNG MUSS SEIN | PAMIĄTKA Z TU- BERKULOZY | PRZESMYK | SPRAWA SKARBKA w w w . m a g a z y n h i s t e r i a . p l 345152535 41505865 83 96 SPIS TREŚCI: Słowo od redakcji Wyznania Histeryka BEZ PAPIERU NIE PRZEŻYJEMY KLATKA KLIKLEGITYMACJA MAŁE DZIEWCZYNKI NIE SĄ GŁUPIE NA POLU DAWNEJ BITWY ORDNUNG MUSS SEIN PAMIĄTKA Z TUBERKULOZY PRZESMYK SPRAWA SKARBKA Agnieszka Bukowczan-Rzeszut Olga Kaczmarek Damian D. Nowak Ludwik Cyfer Piotr Borowiec Macin Tarka Michał Wzgarda Przemysław Karbowski Antoni Nowakowski Łukasz Henel Redakcja: Błażej Jaworski, Maciej Zawadzki Projekt okładki i skład: Roman Panasiuk Ilustracje: Roman Panasiuk, Barbara Nizioł Korekta: Dagmara Adwentowska email: magazynhisteria@gmail.com 2 Witajcie! Trzecie przykazanie mówi, aby „dzień święty święcić”, a dla nas wydanie każdego numeru jest takim dniem. Jednak przyjście na świat lipcowej Histerii traktujemy szczególnie. Dlaczego? Z wielu powodów. Kiedyś na jednym z portali przeczytaliśmy komentarz, że takie pisma jak nasze wyrastają jak grzyby po deszczu i kończą swój żywot po jednym, dwóch numerach. Jak widzicie, udało nam się przekroczyć tę barierę i wszystko wskazuje na to, że co dwa miesiące będziemy pokonywać kolejne. Lipcowa Histeria jest wyjątkowa też dlatego, że znajdują się w niej specjalne opowiadania. Jednym z nich jest „Sprawa Skarbka”. Jego autor – nasz gość specjalny – Łukasz Henel przenosi nas w czasy PRL-u. W podobnym klimacie utrzymana jest opowieść Michała Wzgardy, którego możecie pamiętać z pierwszego numeru. „Bez papieru nie przeżyjemy” to tekst, który wygrał w naszych Histerycznych Mistrzostwach na opowiadanie grozy z piłką nożną w tle. Jeśli chcecie wiedzieć, co mogło się wydarzyć po Mundialu w Brazylii, koniecznie do niego zajrzyjcie. Pozostałe siedem histerii różni się od siebie stylem i długością, ale każda z nich straszy nas na swój specjalny sposób. Oprócz opowiadań w tym numerze znajdziecie wywiad z F. Violento, autorem „Krwotoku”– najlepszego opowiadania poprzedniej Histerii. Dobrze Wam znany ilustrator Roman Panasiuk podzielił się tym razem pracą z nową w naszych szeregach Barbarą Nizioł. Zastanawiacie się, co na okładce robi grzybek? W ciągu ostatnich dwóch miesięcy do naszego histerycznego kosza wpadło ich dziesięć. Nie zatrujecie się nimi. W najgorszym wypadku złożą Wam wizytę panowie w białych fartuchach. Pozdrawiamy, Histeryczna Redakcja WYZNANIA HISTERYKA Francis Violento Z horrorem mam do czynienia od maleńkiego. Sięgam po pozycje klasyczne z lat 80., najnowsze japońskie straszydła i amerykańskie remake i, dzieła wybitne oraz dramatycznie słabe. Uwielbiam książki Mastertona, Ketchuma, Lee, Senecala i Palahniuka. Pragnę w przyszłości podzielić ich los. Gorąco pozdrawiam! Skąd pomysł na „Krwotok”? Wpadłem na pomysł, aby wgnieść bohatera w ziemię tak bardzo, jak tylko się da. Obudził się we mnie duch mizantropii! Wykorzystałem swoją wiedzę na temat okultyzmu. W tym opowiadaniu chodzi przede wszystkim o demony. Kto wpadnie w pułapkę dobitnie ukazanej patologii rodzinnej, może nie zrozumieć przesłania tekstu. Prócz skutków współpracy z Ciemnością chciałem też zaprezentować, jak zmienia się psychika młodego człowieka pod wpływem negatywnych bodźców. Polaków interesuje tematyka problemów rodzinnych, dlatego opowiadanie zostało docenione. Niemniej zdziwiła mnie aż tak duża liczba głosów; po cichu liczyłem na kogoś innego! Jak wyglądała praca nad tekstem? Potrzebowałem ok. trzech dni, aby skończyć „Krwotok”. Nie miałem większych problemów z pisaniem. Dużo czasu zajęła mi korekta. Musiałem przeczytać opowiadanie trzy razy i poprawić błędy. Skąd czerpiesz inspiracje do pisania? Po inspirację sięgam do najmroczniejszych zakamarków duszy, gdzie ulokowały się moje lęki i bolesne wspomnienia. Pisanie jest dla mnie jak katharsis, ale chętnie odwołuję się też do marzeń i fantazji. Wykorzystuję zdobytą wiedzę z psychologii, ezoteryki, teorii spiskowych, świata przyrody i zjawisk paranormalnych. Na dzień dzisiejszy sięgam głównie po ekstremalną formę horroru. Moje teksty często są eksperymentami literackimi lub parodiami. Zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy to zaakceptują. Uważam jednak, że ludzie potrzebują czegoś nowego i oryginalnego. Dość już oklepanych historii o nawiedzonych domach i mordercach w lesie. Z czym kojarzy Ci się słowo histeria? Z niczym pozytywnym, chyba że mamy na myśli podstawy do napisania horroru: choroba psychiczna, oderwanie od rzeczywistości, utrata panowania nad sobą i mordercze wrzaski to niewątpliwie zacne elementy, z których można stworzyć wiekopomne dzieło! ł o i z i N a r a b r a B . s y r BEZ PAPIERU NIE PRZEŻYJEMY Agnieszka Bukowczan-Rzeszut Prolog Zaczynał się wrzesień, od mundialu minęły trzy miesiące. Dzieciaki powinny teraz spóźniać się do szkoły, wiezione na zajęcia w terenówkach, prowadzonych przez zestresowane mamusie na Xanaxie, a studenci przygotowywać się do poprawek w rozlokowanych na Kazimierzu knajpach. Gdyby życie toczyło się normalnym tokiem, miasto stałoby w nieludzkich korkach, a wszyscy spieszyliby o tej porze do pracy, pozdrawiając bliźnich na ulicy miną zbitego psa. Dwie młode kobiety biegły w górę ulicy Stradomskiej, zwykle zdominowanej o tej porze przez pieszych, miejscowych i importowanych. Na plecach miały turystyczne plecaki, na biodrach – kabury na broń, wokół twarzy przewiązane bandanki. Zniknęły w jednej z bram. 5 – Boże, nigdy nie przyzwyczaję się do tego smrodu… – mruknęła Sylwia znad puszki z tuńczykiem. Jadła łapczywie, wybierając palcami rybę, a olej ciekł jej po brodzie, skapując na kurtkę. Nadal karmiła, potrzebowała więcej jedzenia. – Chcesz usłyszeć coś zabawnego? – spytała Agnieszka. Była głodna jak diabli, ale obowiązywały zasady. Dziś znów nie będzie jadła, może jutro. – No. – Kiedyś chciałam zostać technikiem sekcyjnym… Sylwia parsknęła. – … kurs kosztował sześć tysi! Obydwie kobiety zaśmiały się. Na górze rozległ się jakiś hałas; znieruchomiały i spojrzały w kierunku balkonów. To tylko koty, pieprzone koty. 1. Maciek właśnie wprowadzał się do nowego mieszkania i szlag jasny go trafiał, że nie podłączy przed mundialem swojego nowego, 42-calowego telewizora. Facet od mebli kuchennych już dwa razy przekładał termin. Chłopak od tygodnia spał na dmuchanym materacu, który ciągle łapał kapcia, bo termin oczekiwania kanapę też okazał się dłuższy, niż przewidział. Dobrze, że przynajmniej kibel stał na swoim miejscu. Michał miał przyjść wieczorem i pomóc mu z elektryką. Może uda im się obalić potem jakąś flaszkę i wyprosi wspólne oglądanie meczyku. Aga nie powinna się dopieprzyć, ona jest spoko. W piątek zapowiadali najniższą pełnię w roku. Kolejna pełnia w piątek trzynastego miała nastąpić dopiero za jakieś trzydzieści lat. Tego dnia Holendrzy roznieśli Hiszpanów, Michał i Maciek roznieśli dwa sześciopaki Tyskiego i cztery paczki chipsów paprykowych „TV PAKA”, a Aga zabrała laptopa i pojechała pracować do Sylwii, żeby mieć trochę ciszy i spokoju. Płaczące niemowlę gwarantowało większy komfort pracy niż dwóch chłopa dziko ryczących do telewizora. *** – Jakieś kłopoty, Shar? – rzucił z okna wysoki, chudy chłopak, który tego dnia pełnił wartę. Ich najlepszy łucznik. 6 – Żadnych – rzuciła krótko Agnieszka. Weszły do budynku i skierowały się od razu do góry, na pierwsze piętro. Budynek „skarbówki” był duży i bezpieczny. Obecnie odbywał się tam remont, który ciągnął się od wielu miesięcy, więc wejście od ulicy Grodzkiej było nieczynne. Potężne, zabytkowe drzwi zostały zabarykadowane, ale nawet gdyby tego nie zrobiono – i tak śmierdziele nie mieliby szans się tam dostać. Z kolei drugie wejście, od strony parkingu, zabezpieczono fragmentami rusztowania, dykt i płyt kartonowo-gipsowych, tworząc coś w rodzaju prowizorycznego korytarza, który ludziom służył bardzo dobrze, dla reszty stanowiąc barierę nie do przejścia. Okolica była zresztą spokojna – odkąd miasto wymarło, nikt urzędu skarbowego nie oblegał. Pchali się tutaj wyłącznie żywi. Na pierwszym piętrze było bardzo przestronnie. W dawnych pokojach, gdzie niegdyś z duszą na ramieniu wyjaśniało się nieścisłości związane ze złożonym zeznaniem podatkowym, rozlokowały się rodziny, małżeństwa, pary z dziećmi. A pokoi było tu od cholery. Gabinet naczelnika zajął oczywiście Seweryn, przywódca grupy, ze swoją liczną rodziną. – Szerszeń jest? – spytała Agnieszka spotkanego na korytarzu mężczyzny. – Cześć, Shar. No. Wstał już, łaskawca. Zadania rozdziela. Jak wam poszło? – Bardzo dobrze, sporo metalu, trochę plastiku. „Metal” to produkty puszkowane. Cenne, bo miały długi termin przydatności do spożycia. „Plastik” to napoje butelkowane, zwłaszcza woda. Była też „mąka”, czyli wszystko, co w stanie sypkim – głównie zupki, buliony, itd. Na wagę złota były kasze, makarony, ryże, ale te trzeba było szybko zjeść, bo zwykle ich termin już dobiegał końca. A najczęściej był mocno po. Nikt jednak nie wybrzydzał, nikt nie grymasił. Nikt nie patrzył, czy z mąki durum, czy zwykłej, czy na etykiecie litania do Mendelejewa. Cieszono się z każdego znalezionego Vifona, Tyrolskiej czy byczków w oleju. Największe niejadki wsuwały wątróbki rybne, aż im się uszy trzęsły. Najgorzej jednak mieli jarosze, bo świeże warzywa dawno przeszły do historii, a wszelkie puszki z warzywami były chowane na „czarną godzinę”. Najpierw jedzono to, co miało się najszybciej zepsuć i nie było dyskusji – jaki kto dostał przydział, to jadł. Albo mógł oddać reszcie i głodować. Sylwia pobiegła od razu do męża i córki, oddając Adze plecaki. Uginając się pod ciężarem zapasów, kobieta powlokła się w kierunku magazynu. Zastała tam swojego męża, dyskutującego o czymś zawzięcie z przywódcą grupy. 7 – 82 razy metal, 37 razy plastik. Mąki nie brałyśmy, mocno po terminie. Gdzie Sasza z ewidencją, trzeba to spisać od razu i wrzucić na magazyn. – powiedziała Agnieszka, stawiając plecaki na ziemi. Michał podszedł do niej i przytulił z czułością. – Jakieś problemy? – spytał Seweryn. – Nie, na rejonie spokojnie. Plącze się ich trochę, ale nie było konieczności walki. – A żywi? – Nie spotkałyśmy. – Dobrze. Gdzie Judith? Dlaczego nie zdaje z tobą raportu? Agnieszka uniosła brew. – Poszła do córki, musi ją nakarmić. – To nie może poczekać? – Chyba sobie jaja robisz. Masz trójkę dzieci, Sherman. Nie wiesz, jak to działa? – No dobrze. Mick, poszukaj Saszy. Muszę przedyskutować z Shar kilka targetów na ten tydzień. Michał skrzywił się, ale spełnił prośbę. 2. Fatalny rzut rożny w wykonaniu Wayne’a Rooneya w 77. minucie meczu z Włochami stał się powodem żartów w całym kraju. Podobno komuś piłka nawet szybę w oknie wybiła, a komuś innemu w ogródku wylądowała. Anglicy śmieją się z własnych piłkarzy, do czego to doszło… U nas mawiało się, że tacy „podwórkowi strzelcy” mają „cela jak baba z wesela”. Maciek zgniótł puszkę i rzucił w kierunku prowizorycznego kosza. Nie trafił. Sięgnął po telefon i zadzwonił do Michała. – No co tam, panie? Wyjdziesz się przejść na chwilę? Pogadamy. No, za dziesięć minut na dole. Maciek wciągnął spodnie nie pierwszej świeżości (pralka już stała podłączona, ale ciągle zapominał kupić proszku do prania) i wymiętoszoną koszulkę, a dwie minuty później już stał pod klatką. Zapalił papierosa i szybkim krokiem ruszył w kierunku starych bloków z wielkiej płyty, gdzie pod „dziewiątką” mieszkał jego najlepszy przyjaciel. Poszli w kierunku parku. Wieczór był ciepły i przyjemny. – Oglądałeś? – spytał Maciek. – Aaa, szkoda gadać… – burknął Michał. – Co za pizda. 8 – Ty, patrz, co to? – Uwagę mężczyzn przyciągnęła nagle jakaś postać na chodniku, może trzydzieści metrów dalej, skryta w półcieniu. A raczej dwie postaci. Ktoś leżał, a ktoś drugi klęczał nad nim. Leżący nie ruszał się, a klęczący najwyraźniej obszukiwał leżącego. – O kurwa, złodziej… – szepnął Maciek. – Dzwoń po psy. Ej, ty! Nagle klęcząca postać odwróciła głowę w ich kierunku. Podniosła się i przez chwilę stojąc w bezruchu, zaczęła iść w stronę mężczyzn. Wyszła z półcienia w światło latarni. Michałowi telefon wypadł z ręki. – Co… do chuja… – wyszeptał Michał ledwie słyszalnym głosem. W świetle latarni postać miała twarz pokrytą krwią, a z dłoni zwisały jej fragmenty wnętrzności, najwyraźniej ofiary pozostawionej na chodniku. Spojrzenie miała tępe, ruchy nieskoordynowane, nie wydawała też żadnych dźwięków. – Kręcą tu jakiś film… na pewno… – rzucił Maciek drżącym głosem, rozglądając się wokół. – No ta… masz rację… – Michał pokiwał głową, powoli podnosząc telefon. – Chodźmy stąd, nie chcę… być na żadnym durnym filmie… Mężczyźni odwrócili się i ruszyli szybkim krokiem w stronę swoich bloków. Wieczorem Michał nie mógł zasnąć. Pojechał na stację i zalał do pełna. Wykupił też cały zapas mineralek w dużych, pięciolitrowych baniakach. Potem zadzwonił do Maćka i poprosił, żeby przenocował u nich. Żonie powiedział, że sąsiad zalał mu łazienkę. Miał przeczucie, że to jednak nie był plan filmowy. *** W grupie wszyscy mieli ksywy, poza dziećmi i nielicznymi starszymi osobami, które ani nie walczyły, ani nie zdobywały pożywienia. Imiona się powtarzały, więc posługiwanie się pseudonimami ułatwiało sprawną komunikację. Przywódca przyjął sobie pseudonim po generale Williamie Shermanie, dowódcy sił Unii, ale wszyscy za plecami nazywali go Szerszeniem, zasłużenie zresztą. Przywódcą był dobrym, ale lubić się go kompletnie nie dało. Zmienić się go też nie dało. Po prostu nie było aktualnie na jego miejsce nikogo lepszego. Grupa liczyła aktualnie czterdzieści trzy osoby i zmontowano ją jeszcze zanim całkowicie padła komunikacja. Większość jej członków znała się bardzo dobrze – przyjaciele, krewni, współpracownicy, sąsiedzi. To kilkoro robotników pracujących przy remoncie i znających dobrze budynek ściągnęło tu rodziny i sąsiadów, a ci ściągnęli przyjaciół – i tak 9 się rozeszło. Niektórzy trafili do grupy przypadkiem. Na początku nie zostawiało się ludzi na śmierć. Znieczulica i nieufność przyszły później. Nikt nie wiedział, jak się skończył mundial. I nikogo to już nie obchodziło. Setki tysięcy Polaków żyły wtedy planowaniem długiego weekendu. Ci, którzy go dożyli, nie musieli już martwić się o poniedziałkowego kaca. Obudzili się w zupełnie nowym świecie, w którym zostali zepchnięci ze szczytu łańcucha pokarmowego. Musieli podzielić się miastami z truposzami albo od nowa nauczyć się życia na wsi, z której dotychczas uciekali. Paradoksalnie, w mieście szanse przeżycia były większe, przynajmniej dla „mieszczuchów”. Nowy, wspaniały świat rządził się prostymi prawami, których trzeba było przestrzegać. Drapieżnicy i ofiary. Walka o pożywienie. Walka o terytorium. Walka o samice. Ten, kto ma wartość dla stada, ma w nim silną pozycję i nie musi się martwić o to, że pewnego dnia zostanie sam z szansami na przeżycie bliskimi zera. Zasady porządkują wspólne życie. Nie jojcz, bo każdemu jest ciężko. Nie łam zasad, bo w dziób. Nadeszły inne czasy, inne problemy. Okazało się, że można i da się żyć z nieogolonymi nogami i nieświeżym oddechem, odpuścić sobie codzienny prysznic i myć się porządnie raz na tydzień w misce z deszczówką, a tłuste włosy zapleść w warkocz i nie ruszać ich przez dwa tygodnie. Za to prawdziwym problemem są takie rzeczy, jak leki, wkładki laktacyjne dla karmiących matek, soczewki kontaktowe dla kiepsko widzących, którzy nie mogli nosić okularów czy „gumki” dla tych, którym smród bijący z ulic miasta i własnych ciał nie psuł nastroju. W grupie Shermana były osoby chorujące na miażdżycę, nadciśnienie, ciężkie migreny czy cukrzycę. Dzieci potrzebowały kaszek, nie mogły jeść Tyrolskiej. Kaszki może jakoś uda się zdobyć, a jeśli nie? Leki się kiedyś skończą, nawet jeśli uda się zgromadzić zapas na pewien czas. Co wtedy? Carpe, kurwa, diem. Agnieszka zapukała do pokoju numer 301. Mąż Sylwii wpuścił ją do środka. – Przyniosłam wam coś. – powiedziała. Wyciągnęła spod bluzy puszkę cieciorki i drugą, pomidory z bazylią. Sylwia była jaroszką, czasem nie jadła nic, jeśli przypadła jej w udziale konserwa mięsna. Nigdy nie mogła liczyć na specjalne względy, nie zawsze mogła liczyć na zamianę z innym członkiem grupy. Sylwia wytrzeszczyła oczy. – Szerszeń się dowie! – Nie dowie się, to było poza ewidencją. Schowałam pod bluzą. – Wręczyła puszki Paulowi, który natychmiast ukrył je pod materacem. – Dziękuję, ale nie ryzykuj tak więcej. Znowu schudłaś. Powinnaś zacząć jeść. 10 – Lepiej nie, bo wróci mi „ciotka” i jeszcze w ciążę zajdę. – Agnieszka wyszczerzyła pożółkłe zęby i puściła przyjaciółce oko. – Wystarczy nam jeden spawn. Poza tym nic nie ryzykuję. Jestem najlepszą zbieraczką, całkiem nieźle walczę. Szerszeń zna moją wartość dla grupy. – Nie bądź zbyt pewna siebie, Aga. Ktoś może cię podpieprzyć. Nie brakuje tu takich. – Wiem. – Agnieszka usiadła na krześle przy biurku. – Miejmy nadzieję, że do tego nie dojdzie. W najgorszym razie mogę taką osobę zabrać ze sobą i cóż, wypadki chodzą po ludziach… – Nie jesteś taka. Agnieszka westchnęła. – Nie jestem. Może ktoś inny, może Abdul albo Bambus… Gdyby ktoś ich sprowokował. – Nie wierzę, że ktokolwiek mógłby… – Sylwia pokręciła głową. – Masz rację. Żyjemy tu razem już trzy miesiące, Syl. Od tamtej pory nie mieliśmy ani jednego morderstwa ani gwałtu. Parę razy chłopcy obili sobie mordy, ale to się zawsze zdarza. Ludzie zżyli się ze sobą. Abdul w końcu znalazł sobie nawet kobietę na stałe. Zawiązują się związki, przyjaźnie… Całkiem nieźle to widzę. – Dopóki nie skończy się jedzenie. – I leki. Wtedy ludzie zaczną chorować, umierać. Zwłaszcza jak przyjdzie zima. Mamy tu dziadków, dzieci… Za to nie mamy lekarza. – Przestań… Sylwia spojrzała na córkę. Mała miała niespełna cztery miesiące. Urodziła się dwa tygodnie przed mundialem, ale nie dostała szansy poznać świata przed zagładą. Agnieszka westchnęła. Jeśli dorośnie, dowie się o nim wyłącznie z opowieści. I pewnie nie uwierzy, że w ogóle kiedykolwiek istniał. 3. – Wstawaj, coś jest nie tak! Agnieszka szarpała Michała za ramię. Był poniedziałek, spokojna dzielnica wydawała się zamarła. O tej porze ludzie powinni jechać do pracy, wychodzić z psami, z dziećmi na spacer, a tymczasem… nic. Pusto. Cisza. Michał zerwał się jak oparzony. – Maciek, wstawaj! Kochanie, pakuj się. Natychmiast. Wyjeżdżamy. 11 – Co? Co się dzieje? – Powiem ci w trasie. Pakuj leki, soczewki, ciuchy, żarcie... Wynosimy się z miasta. Michał złapał za telefon i zadzwonił do siostry. Na szczęście była na wsi, u teściów, a tam wszystko wyglądało spokojnie. Nic jej nie powiedział. Rodzice byli na działce. Wysłał ojca na duże zakupy i kazał zatankować do pełna, również nie tłumacząc mu, o co chodzi, choć ten uparcie domagał się wyjaśnienia i twierdził, że nie ma dość pieniędzy. Kazał też mamie zrealizować wszystkie recepty. Po niecałej godzinie, zabierając z mieszkania zapasy i wszystko, czego mogliby potrzebować przez kolejne kilka tygodni, cała trójka wyszła z klatki, rozglądając się ostrożnie. Faktycznie, okolica była spokojna. Dziwnie spokojna. Wsiedli do auta i odjechali. Zaczęło się przy pierwszym centrum handlowym. Agnieszka przykleiła nos do szyby, nie wierząc własnym oczom. w biały dzień, na parkingu pod centrum handlowym M1, ludzie najwyraźniej jedli innych ludzi. A inni, nadal żywi, biegali wokół w panice, uciekając do samochodów, zakupy wypadały im z rąk, wózki wywracały się, jedni przewracali się o drugich, żywi o martwych lub umierających. – O Boże… – wyszeptała Agnieszka, choć nasuwało jej się zupełnie inne sformułowanie. – Widzieliśmy to samo wczoraj wieczorem. Myśleliśmy, że coś kręcą, nie mogliśmy uwierzyć – powiedział Maciek drżącym głosem. – Jadę przez miasto. Tam się nie da przejechać. – Michał skręcił gwałtownie w kierunku Ronda Grzegórzeckiego i pomknął, nie zwracając uwagi na sygnalizację świetlną. Jak na siódmą rano w poniedziałek, ruch na jednej z największych krakowskich arterii był niemal zerowy. – Potrzebujemy czegoś do obrony… – powiedziała Agnieszka nieskładnie. – Jedź przez Dietla. Tam są dwa sklepy, może jeszcze nie splądrowali. Mieli szczęście – byli pierwsi. Wynieśli z Army Shopu wszystko, co uznali za przydatne, włącznie z latarkami, manierkami i krótkofalówkami. Militaria kilkadziesiąt metrów dalej już ktoś obrobił doszczętnie – przejeżdżając widzieli wybite szyby i bałagan w środku. Po drodze mijali pozostawione na drodze nieliczne auta, gdzieniegdzie snuli się pierwsi nieumarli, a ludzie w panice chowali się w budynkach. Zaczynało się. Zadzwonił telefon Michała. – Halo? Co? Gdzie jesteście? W urzędzie… jakim?? Wszyscy? Jezu… Mężczyzna zahamował gwałtownie, aż włączył się ABS. – Co się stało? – krzyknęła Agnieszka. – Kto dzwonił? 12 – Seweryn… – Jak to? Ale po co? – Są w urzędzie skarbowym, na Grodzkiej. Wszyscy, z rodzinami. Robią tam bazę. Ściągają tych, którzy chcą się przyłączyć. Mają broń, zapasy. Michał odwrócił się do tyłu. – Musimy zadecydować. Jedziemy czy zostajemy. Na wieś mamy dwie godziny jazdy. Chuj jeden wie, co będzie po drodze. Ktoś może nas zatrzymać, mogą chcieć sprawdzić, co mamy. – Zadzwonię do Sylwii. – Nie ma czasu, to drugi koniec miasta… – Jeśli mamy bazę, to musimy ich zabrać! Jezu, Michał, oni mają małe dziecko! Mężczyzna westchnął ciężko. Skręcił gwałtownie na przejście dla pieszych i zjechał w prawo, kierując się w stronę Mostu Dębnickiego, a następnie na miasteczko studenckie. *** Zbliżał się wieczór. Agnieszka czytała przez chwilę, ale nie udało jej się zmęczyć oczu na tyle, żeby poczuła się senna. Podniosła się z materaca i poszła do męża, który pełnił dziś wieczorem wartę. – Jak tam, skarbie, spokojnie? – spytała, obejmując Michała za szyję. – Mhm. Łazi ich paru, ale nie są nami zainteresowani. Nie będę marnował strzał. – Wiesz… dziś padł pomysł, żeby zdobyć nowy rejon – powiedziała Agnieszka. - Niektórzy sądzą, że warto organizować wypady na Kleparz. – To za daleko. Zbyt duże zagrożenie. – Szerszeń uważa, że powinniśmy zgromadzić więcej zapasów, zanim przyjdą mrozy. Jeśli trzeba będzie walczyć o rejon, to lepiej zrobić to teraz niż czekać, aż nie będzie już o co walczyć. Potrzebujemy jedzenia, broni, leków… Michał westchnął. Wcześniej ściął się o to z Shermanem. Przywódca chciał zmienić status Agnieszki. Dotychczas była zbieraczką, ale miała otrzymać inne, znacznie bardziej niebezpieczne zadania. – Co za gówno… – szepnął, poprawiając się na krześle. – Wszystkiego brakuje, żyjemy jak szczury, goniąc od śmietnika do śmietnika… – No wiem… Niedługo zaczniemy się zabijać za czekoladę i paczkę papierosów. 13 – Mnie przeraża wizja dnia, w którym skończy się papier toaletowy. Bo kiedyś się skończy. – Zachowaj tę ostatnią rolkę. – Agnieszka nachyliła się i pocałowała męża w brudne, skołtunione włosy. – Za trzy tygodnie mam urodziny. 14 ł o i z i N a r a b r a B . s y r Klatka Olga Kaczmarek Marek był strasznie znużony długą podróżą. Kilkugodzinna wyprawa do Stonerob zabrała mu resztki sił. Mimo wszystko cieszył się na myśl o spotkaniu z Asem. Długo się nie widzieli. Nić przyjaźni z wczesnych lat szkolnych nieco się zatarła przez te wszystkie lata. Mimo wszystko po wielu przejściach udało się im się w końcu umówić. Marek był już na tyle blisko, że widział bramę miasta. Niecierpliwił się nieco, ponieważ wiedział, że umówił się z kumplem punktualnie o wpół do trzynastej, a było już dwadzieścia osiem po. As zawsze był przesadnie punktualny i pedantyczny. Cenił to również u innych ludzi, dlatego też Marek chciał jak najszybciej znaleźć się już za bramą. Woźnica jednak, mimo licznych ponagleń, jechał swoim tempem. Ład i porządek – tak brzmiało hasło nad bramą wjazdową do Stonerob. – Hmm… Idealne miejsce dla Asa – pomyślał kpiąco Marek. Nie widział nigdy wcześniej podobnego napisu w żadnym innym mieście. Owszem często widywał szyldy, które witały przybyszów, miały wyrażać radość z obecności 15 przybyłych gości. Ten był jakby inny. Marek odebrał go jak rodzaj ostrzeżenia. W każdym razie już teraz wiedział, że jego spóźnienie nie będzie mile odebrane przez przyjaciela. Dyliżans zatrzymał się kilkadziesiąt metrów za wjazdem do miasta. Woźnica odblokował i otworzył drzwi, wypuszczając pasażera z pojazdu. Marek spojrzał na człowieka, który pomógł mu tu dotrzeć. Pomimo tego, że jechał bardzo powoli, chciał podziękować za bezpieczną podróż. Twarz mężczyzny była jednak nieco inna niż te, które zwykł oglądać na co dzień. Człowiek ten miał jednolicie czarne oczy. Czerń zdawała się być zachłanna, jakby miała pochłonąć wszystko dookoła. Wysiadł powoli, przy czym czujnie mu się przyglądał. Woźnica, jak gdyby nigdy nic, ukłonił się i odjechał kawałek dalej. Nie, coś mi się przywidziało. Przecież gdyby nie miał źrenic, już dawno bym nie żył. Ślepi nie jeżdżą dyliżansami, głupcze! – pomyślał trzeźwo Marek. – Dzikus! To ty? Dzikus, tu jestem! Marek jakby przebudził się. Tak kiedyś nazywał go As. Gdy tylko się odwrócił, przyjaciel energicznie klepnął go po ramieniu i uśmiechnął się szczerze. Marek odruchowo spojrzał na jego oczy. Całe szczęście, nie zauważył nic niepokojącego. – Liczyłem na to, że przyjedziesz na czas. Tutaj, w Stonerob, liczymy się z czasem innych – rzekł chłodno As. Marek zdziwił się, gdy jego przyjaciel przywitał go tymi zimnymi słowami. Spodziewał się innego przyjęcia, w końcu nie widzieli się wiele lat. – Wybrałem zły dyliżans. Facet jechał, jakby chciał, a nie mógł. Sam bym jechał szybciej. Haha! – powiedział Marek, chcąc obrócić sytuację w żart. – Woźnica jechał jak powinien. To ty powinieneś był wyruszyć dziesięć minut wcześniej. Wtedy byłbyś na czas. No ale dość już tej gadaniny! Musimy się spieszyć, jeżeli chcemy zdążyć się napić i pogadać. Zostało nam jakieś dwadzieścia pięć minut. Znam tu naprawdę świetne miejsce. Dobre piwo i świetna muzyka. Mówię ci, stary, warto tam wpaść, mimo tego, że możemy tam spędzić tak niewiele czasu. Marka ogarnęła delikatna konsternacja. As zachowywał się inaczej niż za czasów studiów. Poruszał się nerwowo. Niby rozmawiali, ale Marek cały czas odnosił wrażenie, jakby uwaga Asa zaprzątnięta była czymś zupełnie innym. No i na dodatek jeszcze ten początek spotkania. As zdenerwował się tak, jakby stało się coś naprawdę poważnego. Nie wiedział nawet, czy jego kumpel choć w niewielkim stopniu cieszy się ze spotkania. Po krótkiej chwili byli już na miejscu. Mała kamienica z dość dziwnym szyldem nad wejściowymi drzwiami: „Najlepsze 30 minut – Następny”. 16 – No! Jesteśmy na miejscu – rzucił As. Zanim obaj weszli do środka, spotkali karła, który stał w progu. Nie był chyba zbyt zadowolony ze spóźnienia, sądząc po wyrazie twarzy. Sako, bo takie imię zdaje się widniało na plakietce, dał im stoper, który zaczął odliczać trzydzieści minut. Asa chyba nie zdziwił czarny odcień oczu u niskiego osobnika. Marek nie do końca wiedział, co się dzieje. Nigdy nie spotkał się z tym, żeby ktoś wyznaczał mu czas, jaki może spędzić w knajpie. Z reguły spędzał w nich całe wieczory, zatracając poczucie czasu, rozmyślając nad zdarzeniami swojego życia. – Stary o co chodzi? – Marek w końcu nie wytrzymał. – Dlaczego chodzisz do miejsc, gdzie wyznaczają czas, jaki można tam spędzić? Nie wydaje ci się to… hmm… dziwne? – Dlaczego? Wręcz przeciwnie. To rewelacyjne rozwiązanie! Spójrz tylko, unikamy dzięki temu kolejek, w związku z tym nie ma czegoś takiego jak strata czasu. No, może czasami zdarzają się wyjątkowe sytuacje. – As spojrzał w tym momencie na Marka, po czym kontynuował. – Ludzie wiedzą, na którą godzinę mają przyjść do wyznaczonych miejsc, żeby wszystko sprawnie załatwić. Ponadto, pół godziny w barze to czas wystarczająco długi, żeby napić się piwa i chwilę pogadać – mówiąc to, As chwycił dwa kufle piwa z wątłą pianką, po czym oddalili się do swojego stolika. Marek nie potrafił tego wszystkiego przełożyć na swój język. Znalazł się w dziwnym miejscu, w którym rytm codziennego dnia odliczano według ściśle określonego planu, a jego przyjaciel zdawał się bronić zasad całym sobą. – Dzikus, widzę, że sceptycznie podchodzisz do nowego otoczenia. Cóż... Stonerob to miejsce, gdzie na pewno nie marnuje się czasu. Ludzie tutaj chcą po prostu czystej harmonii, chcą systemu, który będzie im wskazywał, co i kiedy mają robić. Nie marnujemy czasu na przemyślenia, ale mamy również czas wygospodarowany na rozrywkę – godzinę dziennie. Dzięki temu pracujemy, ile potrzeba, śpimy tyle, ile potrzebuje ludzki organizm, uprawiamy seks tak często, by każdy był zaspokojony. Co do tego ostatniego, wiadomo, że jest to czynność dedykowana dla dorosłych. Więc osoby poniżej dwudziestego pierwszego roku życia nie odczuwają popędu płciowego. Osłupiały Marek słuchał każdego słowa z ogromnym niedowierzaniem i sceptycyzmem. Miał wrażenie, że trafił do jakiejś legalnej sekty. Ludziom zaszczepiano od najmłodszych lat dziwne reguły, do których każdy się dostosowywał. Bezsprzecznie, niepodważalnie, bezapelacyjnie. 17 – OK, rozumiem waszą potrzebę ładu i porządku, w sumie w dzisiejszych czasach brakuje ludziom samoorganizacji i dyscypliny, ale powiedz mi, stary, w jaki sposób to wszystko funkcjonuje. Jakim cudem udało się wywołać taką potrzebę u wszystkich? Nie wierzę, że nie znalazła się osoba, która nie zaakceptowała reguł waszej gry. – Oczywiście, że były takie osoby. Na samym początku, kilka lat temu w Stonerob odbyło się głosowanie. Całe szczęście znaczna większość była za ładem i porządkiem. Tylko nielicznym ten pomysł się nie spodobał. Osoby, które stawiały czynny opór przeciw wprowadzeniu nowych zasad, zostały wydalone z miasta. Nie obyło się bez dramatów rodzinnych. Ale wszystko to w imię najwyższego ludzkiego dobra. As sztucznie zasmucił się, po czym zaczął kontynuować. – Jesteśmy w trakcie wprowadzania do użytku programatorów, mających bezpośredni związek z planowaniem codziennego życia. Przekazują one ludziom sygnały informujące o zakończeniu jednej i rozpoczęciu kolejnej czynności. Dają podgląd na to, co się ma dziać w danym dniu, dzięki czemu ze wszystkim będziemy na bieżąco. Przyznasz, że imponujące, prawda? Marek nie wiedział, co ma powiedzieć. As opowiadał o tym wszystkim z przerażającym entuzjazmem. Jego oczy płonęły z podniecenia niczym pochodnie. – Tak, imponujące – odparł bez przekonania Marek. Zdał sobie sprawę, że jego przyjaciel tak silnie wierzył w słuszność swoich przekonań, że jakakolwiek perswazja mijałaby się z celem. – Jaka będzie zasada działania tych programatorów? W jaki sposób macie zamiar wprowadzić je do użytku? – Marek mimo zszokowania nie mógł powstrzymać się od zadania kilku pytań. – Cóż… Stonerob zostało podzielone na sektory, co ułatwi proces asymilacji. Mieszkańcy poszczególnych rejonów są wzywani według wcześniej określonej kolejności. Muszę ci się pochwalić, że dwa z trzech sektorów przeszło już pomyślnie asymilację. Oni już są szczęśliwymi, niemarnującymi czasu ludźmi – powiedział As, po czym wziął łyk rozgazowanego piwa i uśmiechnął się z dumą. – Sam proces jest prawie całkowicie bezinwazyjny i polega na wszczepieniu mikrochipa w okolice przysadki mózgowej. Chip odbiera sygnały z generatora w Bazie, a następnie są one kierowane do obszarów w mózgu odpowiedzialnych za poszczególne czynności. W efekcie człowiek nie musi myśleć, jaką czynność ma wykonać, po prostu ją robi. Podświadomie. Ostatnie zdanie, które wypowiedział As, wprawiło Marka w osłupienie. Człowiek nie musi myśleć… po prostu robi… – As, to, co robicie, brzmi naprawdę imponująco, ale przecież 18 naturą człowieka jest to, że planuje, myśli, układa sam sobie pewien scenariusz. Być może czasem popełnia błędy, ale leży to w jego naturze. Nie mogę aprobować tej sytuacji, bo to zwykła… – Marku, wiem, wiem… – przerwał koledze As. – Dehumanizacja? To chciałeś powiedzieć? – Nie ukrywam, że słowo to przechodzi mi przez myśli. – Niepotrzebnie, bo przecież człowiek pozostaje człowiekiem, po prostu po asymilacji energia umysłu odpowiedzialna za bzdety, takie jak planowanie, szacowanie, układanie, zostaje przekierowana na odczuwanie satysfakcji z wykonywania wszystkiego na czas i w terminie. Myślę, że najlepszym sposobem, żeby przekonać cię do tego, co mówię, będzie zabranie cię do Bazy, żebyś sam mógł zobaczyć, jak to wszystko działa, i jak pozytywna zmiana zachodzi w zachowaniu człowieka. Ja sam też będę poddawał się asymilacji. Niestety, muszę jeszcze trochę poczekać, bo mieszkam w sektorze trzecim, a nie chciałem zaburzać porządku procesu asymilacji. Po kilku sekundach zbliżył się karzeł, przypominając o tym, że czas przeznaczony na pobyt w knajpie dobiegł końca. Marek i As wstali, zapłacili szybko i wyszli w towarzystwie karła. Gdy oddalili się kawałek, Marek rzucił szybkie spojrzenie w jego kierunku, tak jakby chciał się upewnić, czy mrok w jego oczach nie był tylko przewidzeniem… – Jutro punktualnie o siódmej rano zaczynamy asymilację sektora trzeciego. Chciałbym, żebyś przyszedł. Myślę, że po wizycie w Bazie zmienisz nastawienie. Marek milczał. – W porządku, tutaj masz instrukcję dojścia do swojego hotelu – powiedział As, wręczając Markowi kartkę papieru z małą mapką. – Jutro za dwadzieścia siódma będę czekał na ciebie przed wejściem do hotelu, a potem pójdziemy razem na miejsce. Nie spóźnij się. Trzymaj się i do jutra! – rzucił na pożegnanie As. Marek stał przez chwilę przed wejściem do hotelu. Przez jego umysł przelatywał potok myśli. Myślał, że kumpel zaprosi go do siebie, że będą gadać całą noc, pijąc wódkę. Tak się jednak nie stało. As miał już ustaloną harmonię, której przyjazd przyjaciela nie był w stanie zburzyć. Teraz już sam nie wiedział, czy słusznie zrobił przyjeżdżając do Stonerob. Marek miał wrażenie, że As zaprosił go chyba tylko po to, by posiedzieć razem w barze przez pół godziny i zaliczyć wizytę z Bazie, której szczerze się obawiał. Nie mógł zasnąć, sen zdawał się być czymś nieosiągalnym. 19 – Może tutaj ludzie nie miewają snów, żeby nie tracić czasu, która potrzebna jest na czystą regenerację ciała? Może sny powoduję zakłócenie porządku wykonywania codziennych czynności? Nie zdziwiłoby mnie to – powiedział sam do siebie. Kiedy w końcu Markowi udało się zasnąć, przenikliwy dźwięk budzika postawił go na równe nogi. Wewnętrzny bunt sprawiał, że miał nieodpartą ochotę spóźnić się na spotkanie z Asem, wiedział jednak, że spowoduje to falę wyrzutów i nauk w tematyce wagi bycia punktualnym, więc wyszedł równo o szóstej czterdzieści. – Widzę, że szybko się uczysz! – rzucił ironicznie As. Marek był zbyt zaspany, żeby rozpocząć z kolegą dyskusję. Szli więc w milczeniu, które przerywały co kilka minut dość głośne ziewnięcia przybysza. Mimo tego, że było dość wcześnie, na ulicach było bardzo dużo osób. Wszyscy w jakimś dziwnym stanie hipnotycznym spieszyli do pracy. Ludzie, których mijali, zdawali się nie zwracać uwagi na to, co się dzieje dookoła, szli jednostajnie, równym tempem, skoncentrowani jedynie na tym, żeby na czas dotrzeć do celu. Większość z nich miała już ułatwione zadanie, gdyż chipy wszczepione pod skórą sterowały czasem co do minuty, więc spóźnienie w ogóle nie wchodziło w grę. W końcu dotarli na miejsce. Przed wejściem czekały już pierwsze osoby, które miały przejść tego dnia proces asymilacji. Dało się wyczuć w ich zachowaniu ogromne podniecenie. As i Marek weszli jako pierwsi. – No! Oto i moje królestwo – powiedział As z dumą. Pomieszczenie wyglądało jak sala operacyjna. W środku było pięć stanowisk asymilacyjnych, a przy każdym znajdował się komputer, komplet narzędzi chirurgicznych i rejestrator fal mózgowych oraz mnóstwo innych przedmiotów, których Marek nie umiał nawet nazwać. – To tutaj wykonujemy cały zabieg. Za dwadzieścia pięć sekund wejdzie pierwszy z kolejki. Tak jak powiedział As, po chwili drzwi otworzyły się i w progu pojawił się drobnej budowy młody mężczyzna. Jego niebieskie oczy były teraz wielkie niczym dwa księżyce. Nie próbował, a może nawet nie chciał kryć podekscytowania. Mężczyzna udał się do pokoju przygotowań, gdzie dokładnie się umył i przebrał w sterylne ochraniacze. As zaprosił go do stanowiska. Chłopak położył się posłusznie na łóżku. Niemal w tej samej sekundzie pojawiła się pielęgniarka i dwóch mężczyzn, których profesję ciężko było nazwać. 20 Marek bacznie obserwował, co się działo. W jednej sekundzie młodzieńcowi wstrzyknięto środek, po którym błyskawicznie zasnął. Na ekranach widać było pracę jego serca i stan wszystkich czynności życiowych. Kiedy tylko nadszedł odpowiedni moment ludzie odziani w białe kitle zbliżyli się do czaszki chłopaka, którego wcześniej ułożono już na brzuchu. Po chwili zaczęli wwiercać się ogromnym wiertłem w szyję chłopaka. Nie robili tego delikatnie. Kiedy już uznali, że doszli wystarczająco głęboko, chwycili za drugi przedmiot, przypominający cienką rurkę, zakończony małym woreczkiem, wypełnionym zieloną cieczą. Woreczek wylądował na końcu wywierconej dziury, tuż przy przysadce. Marek czuł, jak zbiera mu się na wymioty. To, co widział, przerosło jego wyobrażenie o zabiegu. Zaczęło kręcić mu się w głowie. – Już prawie kończymy. Zostało jeszcze przytwierdzenie chipa wewnątrz woreczka – rzucił jeden z mężczyzn. Nagle rejestrator fal mózgowych wydało z siebie dziwne dźwięki. Również urządzenie pokazujące pracę serca zaczęło jednostajnie buczeć. Zaraz po tym pojawiła się na nim podłużna linia. Operowany mężczyzna dostał silnych drgawek, z jego uszu wypływała krew, a usta wypełniła piana. – Schodzi nam! Szybko, przynieś neutralizator! Marek poczuł, jak słabnie. Chciał pomóc przy ratowaniu chłopaka, ale jego nogi były coraz cięższe. To, co zobaczył, przerosło go. Poczuł, jak wszystko wokół się kręci, obraz zdawał się być coraz bardziej zamazany, widział ruchy białych kitli jakby w zwolnionym tempie. Zabieg jest prawie bezinwazyjny, zdążył przywołać w pamięci słowa Asa, po czym nieprzytomny opadł na ziemię…. *** Marek obudził się o szóstej rano w swoim pokoju hotelowym. Odruchowo spojrzał na zegarek. Zdziwił się, że obudził się sam, bez budzika, punktualnie o szóstej. Wstał energicznie, bo wiedział, że umówił się z Asem. Poszedł do łazienki, spędził tam pół godziny, potem zaczął się ubierać. Kiedy schylił się, żeby zawiązać sznurówki, poczuł przeszywające ukłucie z tyłu czaszki. Ból był tak silny, że nie mógł kontynuować zawiązywania butów. Dotknął miejsca, które bolało go najbardziej. Poczuł zaschniętą krew pod palcami. Mimo tego, że nurtowało go, skąd mogła się tam wziąć, wiedział, że powinien już zejść, żeby nie spóźnić się na spotkanie z Asem. Był gotowy w pięć minut, po czym zszedł na dół. 21 Przed wejściem czekał już As. – Witaj przyjacielu! Jak się czujesz? – zapytał z uśmiechem. – Bardzo dobrze, spałem wyśmienicie, mam dziś wyjątkowo dużo energii do działania, mam tylko jedną zagwozdkę. Na mojej szyi pojawił się dziwny strup. Może macie jakieś robactwo w hotelu? – Może… – Musimy iść do Bazy. Przecież nie wolno nam się spóźnić. Będziemy tam do południa. Potem mam już inne zadania do zrobienia. Marek miał wszystko dokładnie poukładane w głowie. Godzina po godzinie. Wszystko zdawało się tak perfekcyjnie uporządkowane, tak dobrze zaplanowane. – Muszę cię zmartwić przyjacielu. Nie pójdziemy dzisiaj do Bazy. Ale obiecuję, że zabiorę cię tam przy najbliższej okazji. Pamiętam o tobie. Ja zawsze dotrzymuję słowa – powiedział As, wpatrując się z uśmiechem w czarne oczy swojego przyjaciela. Nie doczekał się reakcji, więc oddalił się w kierunku miasta. Marek stał przez chwilę, przetwarzając informacje, które usłyszał. Innym razem… teraz nie. Bezwiednie zaczął krążyć w kółko, w końcu do dwunastej miał jeszcze kilka godzin. Kolejna czynność musiała zacząć się punktualnie. Poruszał się jak w matni, patrząc tępo w przestrzeń. Szedł swoim tempem. Nie za szybko, nie za wolno. Wiedział dokładnie, ile okrążeń powinien jeszcze zrobić żeby wybiła dwunasta. Krążył więc… Dzień Marka, poza małym zaburzeniem poranka, był bardzo owocny. O dwunastej udał się kupić nowe spodnie, co zajęło mu dokładnie pół godziny, następnie spacerował po pobliskim parku blisko cztery godziny. Chętnie zostałby tam dłużej, ale musiał zdążyć na siedemnastą do muzeum, gdzie przebywał aż dwie godziny. Na dziewiętnastą trzydzieści zjawił się w „Najlepsze pół godziny – Następny” na piwo i obiad. Pół godziny w barze okazało się czasem zupełnie wystarczającym. Zmęczony całym dniem poruszania się po Stonerob, zawitał w końcu do swojego hotelu i o dwudziestej pierwszej poszedł spać. Przed snem nie rozmyślał, jak miał w zwyczaju. Nie przywoływał wspomnień. Zasnął. *** Po kilku godzinach ciężkiego snu, Marka obudziły jakieś odgłosy z ulicy. Z każdą minutą stawały się coraz głośniejsze, z czasem zaczęły przypominać ludzkie pojękiwania. 22 Lament nie dobiegał z jednego miejsca. Kiedy stał się bardziej przytomny, zorientował się, że dziwne dźwięki dochodzą z różnym natężeniem z każdej ulicy miasta. Wstał szybko, ubrał się i, kiedy miał zamiar już iść w kierunku drzwi, jego wzrok skierował się na okno. W oddali widać było jedynie kopułę budynku, gdzie mieściła się Baza. Stała w ogniu. Marek nigdy wcześniej nie zorientował się, że mógł zobaczyć jej wierzchołek przez okno hotelowe, ale teraz bardzo szybko rozpoznał budynek, gdyż nie dało się nie zauważyć płonących anten Bazy. Marek nie wiedział, czy ma się cieszyć czy smucić. Odkąd stał się gościem Stonerob, nie przepadał za Bazą. Rozmowy z Asem na ten temat nie wywoływały w nim euforycznego zachwytu nad ideą sterowania ludzkim umysłem. Ale z drugiej strony, te lamenty… Dlaczego ludzie tak rozpaczają? Co się stało na dole? Postanowił nie analizować już dłużej, tylko zszedł schodami na dół. Marek zaczął ostrożnie otwierać drzwi wejściowe. Z każdym centymetrem widział coraz więcej. Jego zielone oczy chłonęły to, co się działo. Ludzi opanował rodzaj zbiorowej agonii. Schizofreniczny taniec ciał, psychodelicznie rozbiegane oczy. Oczy! Już nie były czarne. Nabrały pierwotnych barw, jednak ze źrenic sączył się strach. Marek wyszedł na chodnik, poruszał się bardzo ostrożnie, nie wiedział bowiem, czego może się spodziewać po tych ludziach. Nagle jakaś kobieta rzuciła mu się na szyję, zaczęła potrząsać jego ramionami. Jej drżące usta były zaledwie kilka centymetrów od twarzy Marka. Grymas bólu i strachu jednocześnie przeszył oboje. – Przypomnij mi… co powinnam dziś robić... Nie mogę sobie... przypomnieć. Nie wiem… Nie wiem… – mamrotała szeptem kobieta. Jej wysoki głos i wibracje, które towarzyszyły każdemu słowu, przewiercały mózg Marka. Kiedy kobieta zorientowała się, że Marek nie zna odpowiedzi na jej pytania, rozpłakała się i, krzycząc panicznie, pobiegła przed siebie. Umysłowa agonia ludności Stonerob trwała. W Marku coraz silniej wzbierały emocje, czuł, jak z każdym jękiem cierpienia w jego ciele spina się każdy mięsień, jak ścięgna naciągają się. – Róbcie to, na co macie ochotę! Jesteście już wolni, smycze umysłu zostały zdjęte. Nikt nie powie wam, co macie robić, sami planujcie i działajcie! – krzyknął ze łzami w oczach Marek. 23 Nagle na końcu ulicy pojawił się As. Trzymał w ręku plik kartek. Był dziwnie spokojny. Podchodził do każdego z osobna. Gdy skierował się do starszego mężczyzny, przytulił go niczym ojciec. Głaskał po głowie, szeptał coś do ucha, po czym wręczył kartkę. Starzec wyraźnie uspokoił się, spazmy zdawały się ustępować. Przyjrzał się dokładnie temu, co było napisane na kartce, po czym, jak gdyby nigdy nic, odszedł. To samo As uczynił z kolejnymi piętnastoma osobami. Tłum powoli malał. As w końcu podszedł do Marka, machnął mu przed oczami kartką, na której Marek zdołał zobaczyć tylko rozpiskę godzin. – Widzisz? Jednak można ich klatki zostawić otwarte. Odwrócił się i przytulił kolejną osobę… 24 ł o i z i N a r a b r a B . s y r Klik Damian D. Nowak W internecie pełno jest dziwnych stron. *klik* Procatinator.com na ten przykład to genialna eksploatacja popularnego kociego tematu w zupełnie nowy sposób. Po udanym wirusie na skalę światową, jakim był kot Pusheen, przyszedł czas na ruchome obrazki – gify – z dołączoną przypadkowo muzyką. Ludzie mogli na tym siedzieć godzinami, przynętą była najmocniejsza broń, w jaką mogła wyposażyć zwierzęta natura – bycie uroczym. *klik* 25 Alexchiu.com to kompletnie inny rodzaj marnowania życia przed ekranem. Tu już nie chodzi o zabawny kontent, nie tylko, choć większość ludzi odwiedza tę stronę właśnie w poszukiwaniu komicznej treści. Nie, Alex sprzedaje życie wieczne, a raczej urządzenie, które ma je umożliwić. Liczba rysunków zrobionych w Paincie, które zdobią dostępne na stronie „wykłady”, jest bezcenna. *klik* Przetarłem oczy i ziewnąłem. Od kiedy podjąłem pracę w firmie IT należącej do przyjaciela, moje zarobki znacznie wzrosły, jednak harówka zasadniczo nie miała końca. Poszedłem do kuchni. Czas na kawę, już trzecią dzisiaj. Nie prowadzę zdrowego trybu życia, niestety. Oparłem się o blat i spojrzałem za okno – słońce już zachodziło, a przede mną były jeszcze dwa pełne zlecenia – czułem, że się nie wyśpię. – Sen jest dla słabych. – Miau – odpowiedział mi posłusznie mój kot, Pan Zielony. Swój przydomek zawdzięczał okolicznościom, w jakich go znalazłem – grupa lokalnych młodocianych zbirów dopadła go pod śmietnikiem, z planem zmiany koloru umaszczenia. Powstrzymałem ich przed wykonaniem niecnego planu, jednak zdążyli farbą w sprayu zrobić zwierzakowi szlaczek na plecach, który po dziś dzień był dostrzegalny pod światło. Biedaczek był otumaniony oparami, próbował przede mną zwiewać, ale wpadł prosto na ścianę. Nieprzytomne zwierzę zaniosłem na rękach do swojego mieszkania i już tak zostało, pomimo regularnego niszczenia mebli przez półdzikiego kota. Wróciłem do komputera, zastanawiając się, w co najpierw włożyć ręce. Sam stworzyłem swój zawód, oficjalnie byłem „doradcą wizerunku w Internecie” co było tak nieostrym, jak i niezręcznym pojęciem. Praktycznie zajmowałem się wyszukiwaniem domen, na których można by zarobić, adaptacją stron anglojęzycznych na rodzimy język. Pomagałem ludziom wykreować ich tożsamość w internetach oraz rozwinąć pomysły na biznes w Sieci. Wszystko i nic, specjalista bez specjalizacji. Po części winne temu były moje studia filozoficzne, które, poza zrujnowaniem nadziei na istnienie prawdziwie szczęśliwej istoty ludzkiej, niewiele mi dały. W jakiejkolwiek kwestii. Kolejny mądry idiota bez żadnej praktycznej umiejętności. Z gotową kawą wróciłem przed monitor komputera. Krok za krokiem, krok... 26 *łup* Mam chrześniaka, cudowne dziecko, którym dość często ostatnio się zajmowałem. Miał jedną, dość sporą wadę – rodzice nie nauczyli go zaradności, na przykład tak przydatnej, jak sprzątanie po zabawie. Potknąłem się o jedną z moich starych zabawek, które ukrył pod dywanem, w „majnkraftowym tunelu”, jak to nazywał. Mój nos uniknął spotkania z podłogą, jednak niemal cała zawartość kubka wylądowała na moich zielonych spodniach, beżowym dywanie i parkiecie. Zakląłem szpetnie, czując, jak napój parzy mi skórę. Do tego Pan Zielony ten właśnie moment uznał za stosowny, by kręcić mi się pod nogami. Jego postanowiłem uratować pierwszego, miękkie poduszki kocich łapek były bardzo wrażliwe. Dłonie wytarłem w bluzę, po czym złapałem kociambrę i postawiłem go na stole. Potem szybko zrzuciłem z siebie spodnie, skarpety i bluzę i poszedłem do łazienki wytrzeć się do sucha. Wracając do gabinetu – miałem dwa małe pokoje, sypialnię z szafą i gabinet, który był też pokojem gościnnym – ubrałem się w flanelową koszulę w niebieską kratkę oraz spodnie dresowe. Gdy wszedłem do pokoju ze szmatą, Pan Zielony siedział na klawiaturze mojego komputera. Była to właściwie jedyna rzecz, za którą go karałem. Klawiatura była bezprzewodowa i łatwo ją ze stołu zrzucić, zwłaszcza potężnemu kocisku z nadwagą. – Sio, już! – Chwyciłem leniwą bestię i przeniosłem do drugiego pokoju, zamykając za nim drzwi. Nie minęło nawet pięć sekund, jak usłyszałem żałosne miauczenie i odgłos pazurków drapiących drzwi. – Nie tym razem, gnido. – Tak naprawdę kociamber sobie na to nie zasłużył, bo to w końcu ja rozlałem kawę i położyłem go zbyt blisko komputera. Na kolanach wytarłem podłogę, z żalem stwierdzając, że dywan będzie wymagał odplamiacza. To było zadanie na jutro, dziś już zbyt wiele czasu zmarnowałem – klienci nie byli wyrozumiali, gdy chodziło o opóźnienia. Z westchnięciem ponownie zasiadłem przed monitorem mojego peceta. Najwyraźniej Pan Zielony zabawił się podczas mojej chwilowej niedyspozycji. Otwarta była inna strona o obcym i abstrakcyjnym adresie. Wyglądał na przypadkowy ciąg znaków. Już miałem ją wyłączyć, gdy mój wzrok przykuł komunikat o dość niewielkiej czcionce: 27 nie czytaj tego, opuść tę stronę jak najszybciej Co prawda poszukiwałem obecnie materiału o wartości rozrywkowej, a to wyglądało na typowego straszaka, jednak było już za późno – musiałem sprawdzić, jakiego rodzaju niespodzianka mnie tu czeka. Na dziewięćdziesiąt procent obstawiałem tak zwany „jump scare”, czyli coś, co po uśpieniu uwagi odbiorcy zaskakuje go treścią brutalną, obrzydliwą, głośną lub krzykliwą. A najczęściej spełniającą wszystkie powyższe kryteria naraz. Pozostałe dziewięć procent to nieciekawy łańcuszek – one zawsze zaczynały się od tego typu słów, żeby przykuć uwagę. Powiedz komuś „nie myśl o różowym słoniu” – nie jest w stanie zrealizować polecenia bez stworzenia w głowie obrazu wielkiego, różowego ssaka. Pozostały jeden procent to wartościowa zawartość, coś ciekawego. Zacząłem więc czytać białe litery na neutralnym, szarym tle – strona była zaprojektowana w starym stylu, jednak wygładzanie fontu było bardzo eleganckie, zgaduję, że ktoś zaprojektował to tylko po to, by przypominało lata dziewięćdziesiąte: nie czytaj tego, opuść tę stronę jak najszybciej jestem tu, bo mnie szukałeś jestem głosem bez dźwięku jestem tym, którego się bał Próbowałem przesunąć tekst niżej, jednak niżej niczego nie było. Scroll działał, ale wciąż wyświetlały się te same słowa. Rozczarowany kliknąłem w krzyżyk, który zamknął kartę – chciałem powrócić do swoich poważnych badań, dotyczących treści niepoważnych. Po chwili, gdy już zagłębiłem się w poszukiwaniach, przerwała mi nagle wyskakująca karta. Ponownie ta sama strona, jednak bez adresu w okienku wyszukiwarki. Zirytowany, odruchowo ją zamknąłem. Tym razem pojawiła się ponownie niemal w tym samym momencie, w którym zamknąłem kartę. – Skurczybyk, pewnie malware. Zanim zamknąłem, kartę poszukałem reklam lub okien towarzyszących – gdy strona złośliwie powracała, zwykle była chamską promocją jakiejś usługi. Dominowały, jak to zwykle w internetach, te o charakterze pornograficznym. Dopiero po chwili zauważyłem, że pod wcześniejszym tekstem pojawiła się nowa linijka. 28 nie tak szybko Czyli jednak nie reklama, a jakiś wirus. Włączyłem program antywirusowy, po czym poszedłem do kuchni coś przekąsić – skanowanie ponad czterystu gigabajtów danych trochę zajmowało. Zdziwiło mnie, że Pan Zielony przestał miauczeć – zwykle tak szybko nie dawał za wygraną. Kiedyś, gdy nocowała u mnie koleżanka z alergią na koty, nie dał nam spać. Całą noc na przemian drapał drzwi i żałośnie płakał, chcąc koniecznie wejść do sypialni. Nie muszę mówić, że zwykle sypiał poza nią. Uśmiechnąłem się do siebie podczas przygotowywania kanapek. Następnego dnia musiałem udać się na zakupy, w lodówce poza odrobiną wędliny, kartonem mleka i dwoma napojami energetycznymi niewiele po przygotowaniu stosiku kanapek zostało. Z talerzem poszedłem do pokoju, usiadłem przed komputerem – znowu na górę wyskoczyła dziwna strona, znowu wzbogacona o nowy przypis. mów do mnie, tracisz czas Coraz bardziej przekonany, że jestem ofiarą niesmacznego żartu hakera, otworzyłem antywirusa – zawiesił się na trzech procentach. Ciężko westchnąwszy, zrobiłem to, co każdy rozsądny i doświadczony użytkownik zrobiłby na moim miejscu. Zresetowałem komputer. Gdy włączyłem go ponownie, zamiast normalnego ekranu startowego, moim oczom ukazał się szary ekran, identyczny z tłem strony. Po chwili pojawiły się litery, ponownie powtórzona ostatnia linijka, tym razem bez słów, które widniały wcześniej. U dołu ekranu migał podkreślnik, znak, że mogę korzystać z klawiatury. Tracę czas na co? Napisałem to nie oczekując zbyt wiele, raczej z czystej frustracji niż dla uzyskania konkretnego efektu. czas na przekonanie mnie, że jesteś godzien Po plecach przebiegły mi ciarki, po czym szeroko uśmiechnąłem się do siebie. Niezły pomysł! Ten, kto zaprogramował tego wirusa, pewnikiem był niespełnionym autorem 29 horrorów. Niebawem jego oprogramowanie zostanie opisane jako „creepypasta” – straszna historyjka o genezie komputerowo-internetowej. Do moich ulubionych zdecydowanie należała seria przeróbek gry Pokemon, która miała robić wszystko, łącznie z wysysaniem duszy grającego. Jestem godzien, żeby co? czy jesteś godzien, żeby żyć Kolejny raz po plecach przeszedł dreszcz. Postanowiłem trochę się zabawić, przeprowadzić swoisty test Turinga – w oryginale polegał on na zadawaniu pytań, nie mając pojęcia, czy odpisuje człowiek, czy maszyna. Testujący na koniec rozmowy, po określonej liczbie pytań, miał odgadnąć, z kim miał do czynienia. Od początku obstawiałem maszynę, sprytny program – bo któremu hakerowi chciałoby się włamywać do komputera kogoś tak nieciekawego jak ja. Nawet nie znalazłby nic, czym można by mnie szantażować – na moim elektronicznym koncie było trzysta złotych. Kim jesteś? jestem głosem bez dźwięku Powtarzasz się. tracisz Nagle poczułem, jak w pokoju robi się chłodniej. Nie wiem, czy sprawiła to moja dzika wyobraźnia, ale w środku wiosennego wieczoru zachciałem podkręcić piec. I co mi zrobisz? kara na twoim najbliższym została wymierzona Jesteś głupim botem. 30 Nagle zirytowany, wyłączyłem komputer głównym przyciskiem – czekała mnie wyprawa do serwisu, sam raczej sobie z tym nie poradzę. Na szczęście, poza komputerem stacjonarnym, miałem akurat w domu służbowego laptopa. Spojrzałem na talerz, nadal w połowie pełny kanapek. Niestety, nie miałem już apetytu. Laptop był pewnie rozładowany, podłączyłem do kontaktu i poszedłem do swojego pokoju, gdzie chciałem zarzucić na ramiona bluzę lub sweter. O ubraniu zapomniałem, gdy po otwarciu drzwi do pokoju poczułem dziwny swąd spalenizny. Na podłodze obok łóżka leżał Pan Zielony, z jego nieruchomego ciałka emanował ledwie widoczny żar. Przerażony, rzuciłem się do niego, jednak było już za późno – zwierzak nie żył. Słyszałem o tym wcześniej, wiedziałem, że porażenie prądem jest dla kotów śmiertelnie niebezpieczne, ale nie przypuszczałem, że Pan Zielony da radę dobrać się do gniazdka. Dopiero po chwili, gdy owinąłem maluszka kocem, zrozumiałem, że teoria z elektrycznością nie miała sensu. Leżał daleko od ściany, a po podłodze nie biegł żaden kabel, który mógłby uszkodzić – sam przecież o to zadbałem. Dotknąłem listew przypodłogowych, wszystkie gładko przylegały, nie pozostawiając wątpliwości – kable pozostawały ukryte. Podniosłem się z klęczek, nagle zauważając szczegół, który przez tragedię umknął mojej uwadze. Tuż za moimi plecami, jarząc się widmowym światłem, włączony był telewizor, który parę miesięcy temu z trudem podwiesiłem na ścianie naprzeciw łóżka. Obróciłem się w jego kierunku, a moim oczom ukazał się jednolity, szary obraz – identyczny z tym, który wyświetlał się na ekranie komputera. W panicznym odruchu złapałem leżącego obok łóżka pilota i nacisnąłem przycisk odpowiedzialny za wyłączanie. Bezskutecznie. Na ekranie pojawił się napis. przekonaj mnie, że jesteś godzien Pewien tego, że baterie musiały się rozładować, przydusiłem przycisk na obudowie urządzenia, kolejny raz bez widocznego efektu. Panicznym ruchem wyrwałem wtyczkę z tylnego panelu telewizora. Obraz drgnął i zniknął. Z sercem w samym gardle opadłem na łóżko. Było mi strasznie przykro z powodu kota, jednak przez te parę chwil całkowicie zaślepił mnie irracjonalny strach o własne życie. Ktokolwiek za tym stał, był diabelnie sprawnym informatykiem. Nie bez winy pozostawał cały biznes elektroniczny, który sprawił, że mając komputer i odpowiednie umiejętności, 31 można było pokierować całym domem człowieka. Wciąż tajemnicą pozostawało to, co stało się z Panem Zielonym. Byłem pewien, że poraził go prąd, jednak ciężko było znaleźć jeg
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Magazyn Histeria 2014/3
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: