Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00103 009832 7505977 na godz. na dobę w sumie
Magazyn Histeria 2014/4 - ebook/pdf
Magazyn Histeria 2014/4 - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Magazyn Histeria Język publikacji: polski
ISBN: 2014047777777 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> thriller, horror
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
Nowy magazyn internetowy dla fanów grozy. Naszą ideą jest promocja talentów pisarskich.
Znajdź podobne książki

Darmowy fragment publikacji:

WRZESIEŃ 2014/4 w w w . m a g a z y n h i s t e r i a . p l 3451534425258647786 92107 SPIS TREŚCI: Słowo od redakcji Wyznania Histeryka CIUCH-CIUCH-CIUCH CZARNA WÓDKA EKSPEDYCJA JA, STRÓŻ KOMPOST MALI POWSTAŃCY METAMORPHOSIS ORATORIUM TUŻ OBOK PIEKŁA ZAPISANE Strach tnie głębiej Dominik Derkacz Antoni Nowakowski Arianne Norbert Góra Adrian Zwoliński Agnieszka Kwiatkowska Kornel Mikołajczyk Przemysław Karbowski Łukasz Radecki Piotr Borowiec Arkadiusz Mielczarek Redakcja: Błażej Jaworski, Maciej Zawadzki Projekt okładki i skład: Roman Panasiuk Ilustracje: Roman Panasiuk Korekta: Dagmara Adwentowska email: magazynhisteria@gmail.com 2 Witajcie! Przed Wami czwarty numer „Histerii”. Z dumą możemy stwierdzić, że jest to prawdopodobnie najlepszy zbiór opowiadań, jaki dotychczas udało nam się wydać. Wybierając teksty do wrześniowego numeru mieliśmy nie lada problem. Decydując się na jedne, z bólem serca musieliśmy odrzucić inne... Cieszymy się, że tak wielu utalentowanych autorów zdecydowało się przesłać owoce swojej pracy twórczej do „Histerii”. Tematyka przeróżna. Znajdziecie tu rytuały satanistyczne, akty kanibalizmu i wątki historyczne. Mamy też coś dla miłośników horroru kolejowego spod znaku twórczości Stefana Grabińskiego. Gościem specjalnym czwartego numeru jest Łukasz Radecki, autor cyklu „Bóg Horror Ojczyzna” i współautor zbiorów opowiadań: „Lek na lęk” i „Pradawne zło”. Napisał on dla nas specjalne opowiadanie „Tuż obok piekła”, które nie było dotąd publikowane. Bardzo się cieszymy, że odpowiedział pozytywnie na nasze zaproszenie, przyczyniając się do promocji grozy w Polsce. Wrześniowa „Histeria” to jednak nie tylko opowiadania i niepokojące ilustracje. Zanim pochłonie Was dziesięć przerażających, a czasem smutnych historii, proponujemy przeczytać wywiad z Przemysławem Karbowskim, którego „Pamiątka z tuberkulozy” w drodze głosowania została uznana za najlepszy tekst poprzedniego numeru. Na deser zaś polecamy artykuł „Strach tnie głębiej”. O tym, jak tworzyć grozę, dowiemy się od jego autora – Arkadiusza „Armiela” Mielczarka, twórcy „Aphalonu. Świata Księżycowego Ostrza”, jednej z pierwszych polskich gier rpg, związanego od kilku lat z forum Lastinn.info, gdzie prowadzi liczne sesje w klimatach grozy i horroru. Zapraszamy i polecamy, Histeryczna Redakcja WYZNANIA HISTERYKA Przemysław Karbowski Na co dzień jestem operatorem maszyn i urządzeń w branży przyprawowej, nadętym bucem i abnegatem. W czasach dawnych skończyłem filozofię, czym chwalić się nie wypada, ale poinformować można. Znam się na futbolu, z historii mam stopień dyletanta-amatora, właśnie zostałem histerykiem, choć niektórzy twierdzą, że byłem nim wcześniej... Kłamią... Pozdrawiam Czytelników Skąd pomysł na „Pamiątkę z tuberkulozy”? Z potrzeby ordynarnego lansu na gruźlicę, czego jeszcze w XXI wieku nie było, jestem pierwszy! (śmiech). A poważniej: ze zbyt dużej wiedzy w temacie funkcjonowania szpitali przeciwgruźliczych, którą, niestety, dysponuję. Jako piszący potraktowałem opowiadanie w kategoriach „obyczajowo-fantastycznych”, ale ktoś mi powiedział: „toż to, panie, groza!”. A jak groza, to uderzamy do „Histerii”... Jak wyglądała praca nad tekstem? Usiadłem z kuflem piwa nad klawiaturą i czekałem na Muzę, ale szlajała się chyba po sąsiednich powiatach. I, standardowo, okazało się, że siedziała, dowcipna, na dnie pustego kufla, tylko już nie pamiętam którego... Potem poszło gładko... Młodzież upraszam o to, by nie brała przykładu i potraktowała powyższe jako żart. Skąd czerpiesz inspiracje do pisania? Pewnie z tego, co kiedyś czytałem, a potem zapomniałem i wydaje mi się, że jestem oryginalny... Z życia, bo bywa ciekawsze od literatury i z, wydawało by się, nieistotnych szczegółów, które mają to do siebie, że można na nich zbudować całą historię. Pisanie to hobby czy coś więcej? Raczej forma odreagowania. Jak się przez naście lat słucha przez osiem godzin ponad trzydziestu pięciu tysięcy taktów maszyny, to przychodzi taki moment, że albo kogoś zabijemy, albo wpadniemy w szpetne nałogi, albo coś napiszemy. To trzecie, wyszło mi, że jest najsensowniejsze. Z czym kojarzy Ci się słowo histeria? Ja starszy człowiek, więc „histeria” kojarzy mi się głównie z dusznością maciczną. No i z historią, bo słowo podobne... I z moją Małżonką, która widząc, że waham się, czy spożyć produkt przeterminowany, mówi łagodnie: „histeryk...”. CIUCH-CIUCH-CIUCH Dominik Derkacz Koła pociągu turkotały wściekle, gdy mknął przez ziemie anektowane przez III Rzeszę w stronę Sopotu. Przedział restauracyjny, w całości zajęty przez esesmanów, wypełniały śmiechy. Było lato i urlop po ciężkiej pracy. A gdzie spędzić go lepiej niż nad morzem, wylegując się w słońcu? W końcu parę dni bez żadnych rozkazów, sabotażystów, Żydów, Polaków i smrodu śmierci, jeśli ktoś miał pecha pracować w obozie. Hauptsturmführer Bruno Koppf miał to szczęście, że nie pracował w żadnym z nich, choć niewykluczone, że trafiło mu się gorzej. Pracował w wydziale do spraw bezpieczeństwa Generalnego Gubernatorstwa, a ponad sobą miał nikogo innego, jak Obergruppenführera Rudolfa Koehlera, słynącego ze swojej lodowatej perfekcji, bezwzględności i nierzadko brutalności. Bruna aż dreszcz przeszedł, gdy wspomniał tego ogromnego pięćdziesięciolatka z pedantycznie ułożonymi blond włosami i intensywnie niebieskimi oczami. Oczami, w które lepiej było nie patrzeć. No chyba, że chciało się poczuć jak zwykły robak. 5 Choć Koppfa czekało półtora tygodnia odpoczynku od tego typa, podróż nie sprawiała mu żadnej radości. Odkąd wsiadł do pociągu na Dworcu Głównym w Krakowie, jego humor momentalnie się pogorszył i naszły go niczym nieuzasadnione, złe przeczucia. Tym bardziej irracjonalne, że jako dziecko uwielbiał podróżować pociągami. To pewnie przez stres, usprawiedliwiał się. Ledwie wczoraj, na miłe rozpoczęcie urlopu, Koehler wrzeszczał na niego tak zawzięcie, że aż trząsł się ze złości. Bruno po tej awanturze nadal nie mógł dojść do siebie. A przecież niczym nie zawinił, przynajmniej tak jemu się zdawało. W takich chwilach szczerze żałował, że starał się o posadę za biurkiem. Myślał, że to przyjemna i bezstresowa praca. Że nie urobi sobie rąk po łokcie, jak chociażby w obozie. Mylił się. Już nawet na front wschodni mógłby wyruszyć, byleby uwolnić się od tego psychopaty, który rzekomo posuwa własną siostrę. Rzekomo. Bruno nie wiedział, kto zaczął rozsiewać tę plotkę, ale gdyby tylko Rudolf się o niej dowiedział… Aż strach pomyśleć, co mógłby zrobić. Bruno jechał ze swoim przyjacielem – również kapitanem – Michaelem Österem, a także dwoma kobietami, ich kochankami. Ani on, ani Michael nawet nie myśleli o małżeństwie. Mieli na to wystarczająco dużo czasu. Trzeba brać z życia pełnymi garściami, póki można. Hauptsturmführer beznamiętnie patrzył na zmieniający się krajobraz za szybą, siedząc samotnie przy stole. Reszta korpusu młodszych oficerów okupowała bar wraz ze swoimi partnerkami, prowadząc ożywione konwersacje. Mądrzejsze bądź głupsze. Choć pora była popołudniowa, słońce zadawało się świecić mocniej niż rankiem. Kapitan z jednej strony starał się odciąć od otaczającej go kakofonii dźwięków. Z drugiej zaś, nie chciał zostać sam na sam ze swoimi myślami, bo wtedy wracał do wygrażającego mu Koehlera. „Ty mnie lepiej nie doprowadzaj do ostateczności, Koppf!” Czy ostatecznością jest rozbicie głowy o mur, czy może jakieś wyszukane tortury? – zastanawiał się Bruno, oczami wyobraźni widząc krew i kawałki mózgu wolno spływające po ścianie, a także swoją głowę, która tak właściwie głowy już nie przypominała. Mężczyzną wstrząsnął dreszcz. Nie chciało mu się podejść do roześmianego towarzystwa, więc zaczął mu się przysłuchiwać, nadal wyglądając przez okno. Jakiś kolejny kapitan, pracujący w Auschwitz, aktualnie wiódł prym, biadoląc o tym, jak trudna jest jego praca. – Och, jak dużo obowiązków! A jakich ciężkich! Te wszystkie transporty Żydów! Nawet nie zdajecie sobie sprawy, ile to wszystko trwa. Rozładunek to jedno, ale trzeba jeszcze zrobić selekcję, część zagazować, a część odesłać do roboty. To zaledwie wierzchołek góry lodowej, ale nie będę was zanudzać. Powiem tylko tyle: ta praca kosztuje człowieka wiele zszarganych nerwów. 6 O rany, jakiś ty biedny! – zironizował Bruno. Co ty, bęcwale, możesz wiedzieć o zszarganych nerwach?! Twoja praca to przyjemny, poranny spacerek w lecie, w porównaniu z moją! Koppf, tak mocno jak nigdy wcześniej, odczuwał niesprawiedliwość społeczną. Spojrzał na roześmianą gębę tego cwaniaka i aż mu się niedobrze zrobiło. Karierowicz, podsumował prychnięciem w swoich myślach. Po chwili do Bruna dosiadła się Ingrid – jego kochanka. Młodsza od niego kobieta o okrągłej, ładnej twarzy, pełnych ustach i miękkich, brązowych włosach. Koppf podejrzewał, że ma żydowskie korzenie, ale nie miał zamiaru tego sprawdzać. Spotykał się z nią od długich miesięcy i było mu dobrze. Mógł się użalać i narzekać ile wlezie, a ona zawsze go słuchała. A poza tym, romans oficera z Żydówką nie był niczym nowym. – Dlaczego siedzisz tu sam? – Ingrid zapytała słodkim jak jej cipka głosem, kładąc dłoń na ramieniu Bruna i przybliżając się do niego. Mężczyzna oderwał się od oglądania widoków. Zwrócił głowę do kochanki, posyłając uśmiech zarezerwowany tylko dla niej. – Myślę nad pewnymi sprawami – odpowiedział. – To nic ważnego. Ingrid uśmiechnęła się do niego zalotnie, powoli gładząc jego dłoń palcami. – Coś mi się zdaje, że potrzebujesz chwili zapomnienia – stwierdziła, na co Bruno odpowiedział mruknięciem i przygryzieniem dolnej wargi. Wstali od stolika. Koppf chwycił swoją kochankę za rękę i pociągnął w stronę następnego wagonu. Weszli do kuszetki, gdzie kapitan od środka zamknął drzwiczki i zasłonił zasłonkę. Ingrid już siedziała na sofie, w wyzywający sposób podnosząc do góry spódnicę, pod która nie miała majtek. *** Parę wagonów dalej, w przedziale klasy trzeciej, samotnie podróżował Hans Kläpper. Był typem tułacza, choć miał żonę i dzieci, z którymi został przeniesiony z Berlina do Okręgu Rzeszy Gdańsk-Prusy Zachodnie. Jego żona miała mu za złe te wszystkie podróże i powinna w sumie zacząć podejrzewać, że Hans w międzyczasie ją zdradza. Jednak mąż nie miał nawet czasu spoglądać na inne kobiety, troszcząc się o to, by rodzinie żyło się jak najlepiej. Ba, nawet nigdy nie pomyślał o zdradzie żony, choć to grzech nie spojrzeć na ponętną kobietę. Hans był handlarzem. Miał kontakty tu i ówdzie i jeździł wszędzie tam, gdzie mógł zagrabić lub po taniości kupić przedmioty po wypędzonych Żydach, Polakach i innych przesiedleńcach. Czasami coś się trafiło, czasami nie. Wiadomo, właściciele zawsze na samym początku myśleli o dolarach, złocie i innych kosztownościach, ale zdarzało się, że i o tym zapominali. 7 Hans aktualnie wracał z dystryktu krakowskiego i łowy mógł uznać za udane, choć niemalże za wszystkie fanty musiał zapłacić żołnierzom, od których je odkupił. Zawsze zaznajamiał się z tymi, którzy mają dostęp do magazynów, w których przetrzymywane są zagrabione dobra, nim trafią do Berlina. Prawa tego biznesu były proste i uniwersalne – taniej kupić, drożej sprzedać, a ostatnie zakupy miały zwrócić się Hansowi z nawiązką. Ponadto, od jednego żołnierzy dostał w prezencie ładną, dębową szafkę na wino. Była trochę ciężka, ale będzie ładnie wyglądać w salonie. Tak właściwie, to Hans nie chciał jej brać, ale mężczyzna tak napierał, że w końcu się zgodził. Kläpperowi przez chwilę zdawało się, że dostrzegł w oczach szeregowca jakieś szaleństwo, choć całkiem możliwe, że mu się to tylko przywidziało, bo był już zmęczony. Szafka na wino leżała teraz spokojnie na boku w poprzek bagażowej półki, a Hans, w ogólnym rozrachunku, cieszył się, że jednak ją wziął. *** Odprężony i zadowolony Bruno wrócił razem z Ingrid do przedziału restauracyjnego. Jako że jego wszystkie zmartwienia odeszły w niepamięć, mógł normalnie bawić się w towarzystwie. i zaciekawieni wyglądać przez okna, co zrobili Ledwie weszli do wagonu, pociąg gwałtownie wyhamował. Wszyscy pasażerowie polecieli do przodu, niektórzy boleśnie upadli na podłogę. Kieliszki stojące na barze i parę butelek rozbiły się. W przedziale nagle zapanowała głucha cisza, zdominowana przez zaskoczenie i dezorientację. Po chwili jednak wszyscy głośno zaczęli się zastanawiać, co się stało. Pociąg nadal stał w szczerym polu. Pasażerowie innych przedziałów poczęli wylegać na korytarze także esesmani. Jeden z konduktorów wyszedł na zewnątrz, a zaraz po tym dało słyszeć się krzyki, choć z trudem można było odróżnić słowa. Nie minęły dwie minuty, a pracownik wrócił z powrotem do pociągu i machnął ręką, by ruszać. Bruno od razu podszedł do dyszącego i purpurowego na twarzy konduktora, spytać, co się stało. Ten odpowiedział, że jakiś mężczyzna stał niebezpiecznie blisko torów, z ewidentnym zamiarem rzucenia się pod pociąg. Maszynista w porę go dostrzegł i zaczął hamować, a niedoszły samobójca rozmyślił się i sam odskoczył w tył. 8 *** Niedługo później pociąg wtoczył się na niewielką stację, na której wsiadło raptem parę osób. Hans drzemał, nie martwiąc się o swoje kosztowności. Były zapakowane w brudne i lekko zniszczone walizki, które zdecydowanie zniechęcały do kradzieży. Nowo przybyły pasażer, widząc wolne miejsce na półce bagażowej, rzucił się na nie jak wygłodniały pies na kości. Wrzucił swoją walizkę na metalowe pręty, nie zwracając uwagi nawet na to, że przygniata nią otwarte drzwiczki szafki na wino. Zadowolony pasażer zajął miejsce na ławce. Pociąg mknął dalej. Zabawa w przedziale restauracyjnym trwała w najlepsze, choć Bruno i jego przyjaciele uważali, by nie przesadzić z alkoholem, jak chociażby ten bałwan z Auschwitz, który już rzygał, a teraz spał w swojej kuszetce. Koppf dobrze się bawił. Jedyne, co mu się nie zgadzało, to to, że dalej jechali, choć zaczynało już zmierzchać. Machnął ręką. Pewnie umknęło mu, że gdzieś zatrzymali się dłużej na stacji. *** Konduktor, który wcześniej wyszedł na zewnątrz, aby wściekle nawrzeszczeć na mężczyznę, chcącego rzucić się na tory, od tamtego czasu chodził zestresowany. Ogarniający go niepokój napinał mięśnie i przyprawiał o drżenie rąk. „Umrzecie”, wychrypiał samobójca nieludzkim głosem, gdy konduktor przestał się drzeć jak opętany. Wtedy to słowo tylko jeszcze bardziej go rozjuszyło. – Idź się, człowieku, leczyć! – krzyknął po raz ostatni i wrócił do pociągu. Nie zwrócił wtedy na dziwnie rozszerzone źrenice mężczyzny, jarzące się na czerwono. Teraz nie mógł przestać o nich myśleć. Cały czas miał je przed oczami. Spojrzał na zegarek. To już godzina przyjazdu na stację w Sopocie. Wyjrzał za okno. Słońce krwawo zachodziło za chmurami, ostatnimi promieniami oświetlając kłębiaste chmury i nadając im złowieszczego wyglądu. A gdzie tam, konduktor żachnął się w myślach. Ile to razy oglądałem już podobny zachód słońca i nic się nie działo? Dołączył do niego kolega – również konduktor. – I co tak, Adolf, stoisz? – zapytał znużony. – Coś za długo jedziemy, nie wydaje ci się? 9 – Tak, też mam takie wrażenie – przytaknął niechętnie, starając ukryć się wypełzający z niego strach. Drugi konduktor westchnął ciężko. – Idę się przejść do trójki – oznajmił i ponowił wędrówkę. Adolf tylko skinął głową, a zaraz po tym wyciągnął papierosa z papierośnicy i zapalił. Mijały minuty, zmierzch robił się coraz głębszy, a Robert dalej nie wracał. Ach, pewnie się zagadał, plotkarz jeden. Ale po pewnym czasie zaczęło się to robić dziwnie niepokojące. Ruszył więc w jego ślady. Po drodze, pasażerowie drugiej klasy pytali go, o której dotrą na miejsce. Każdemu odpowiadał, że prawie już to zrobili. Cóż innego mógłby odpowiedzieć? Mili państwo, bladego pojęcia nie mam, bo już powinniście wysiąść? Przede wszystkim nie należało niepokoić pasażerów. Spanikowany tłum, to zły tłum. Adolf otworzył drzwi do pierwszego wagonu klasy trzeciej i zamarł. To, co zobaczył, nie śniło się chyba filozofom. A może jednak śniło? Konduktor zamrugał wielokrotnie powiekami, lecz obraz przed nim nie uległ zmianie. Nadal widział przed sobą martwe, wysuszone ciała pasażerów, którzy jeszcze niedawno temu byli żywi. Teraz pergaminowa skóra opinała kości, puste oczodoły patrzyły gdzieś w dal, a wyszczerzone zębiska trupim uśmiechem zdawały się kpić z powagi i koszmaru tej sprawy. Adolf przeżegnał się, starając sobie wmówić, że to tylko paranoja, jakieś chore przywidzenie, i ruszył dalej. Zakręciło mu się w głowie, gdy otworzył drzwi drugiego wagonu i niespodziewanie uderzył w niego fetor zgnilizny. Konduktor przysłonił ręką oczy i wstrzymał oddech. Nigdzie nie dostrzegł Roberta. Były tu tylko gnijące i rozpadające się ciała, toczone przez larwy wylewające się z oczodołów, ust i uszu. Brzęczenie much było nie do zniesienia. Białe robactwo zaczęło oblegać buty Adolfa. Wzdrygnął się z obrzydzeniem i zaczął potrząsać nogami, byleby zrzucić je z siebie. Rzucił się do biegu, pędził do ostatniego wagonu. Musiał znaleźć przyjaciela, bez względu na to, co czekało za drzwiami. Znaleźć go i wrócić tą samą drogą, mijając żywych pasażerów. Adolf wydał z siebie zduszony krzyk, widząc przedział w całości zbrukany krwią i wnętrznościami, zwisającymi z półek bądź zalegającymi na podłodze. – Zwariowałem – szepnął, patrząc na nieludzko porozrywane ciała. Na samym końcu wagonu, jakby podtrzymywany przez diaboliczne siły, wisiał Robert. Żył, błądząc rozbieganym spojrzeniem po pomieszczeniu. Gdy dostrzegł przyjaciela, w jego oczach pojawiła się nadzieja na ratunek. – Adolf, pomóż mi! Błagam! – zawył żałośnie. Konduktor poruszył niemrawo ustami, nie mogąc zdobyć się na chociażby najmniejszy ruch. Z chęcią by mu pomógł, ale nie 10 wiedział jak, a przede wszystkim bał się podejść. Co jeśli to coś złapie także i jego? Poza tym... nie byli aż tak bliskimi przyjaciółmi. – Na co czekasz?! Pomóż mi?! – Robert ponaglał, lecz na próżno. Twarz konduktora gwałtownie poczerwieniała. Zamknął oczy, a usta wykrzywił w okropnym grymasie. Jego głowa w końcu pękła, wystrzeliwując gejzerem krwi, jakby zmiażdżyły ją demoniczne, niewidzialne ręce. Bezwładne ciało Roberta z mlaskiem upadło na podłogę i zapanowała złowroga cisza, zakłócana jedynie przez miarowy stukot kół. Wtem przedział zaczął się mocno trząść i telepać. Adolf ocknął się i pędem rzucił do ucieczki, w myślach powtarzał sobie w kółko, że to nie dzieje się naprawdę. Dotarł do pierwszego wagonu klasy drugiej. Choć zatrzasnął drzwi za sobą, popatrzył za siebie, czy to coś nie przedostaje się przez nie. Niczego nie było. Odetchnął z ulgą. Wyjrzał jeszcze tylko ostrożnie za okno, by się upewnić i wytrzeszczył oczy. Pociąg oddalał się od odczepionych wagonów klasy trzeciej. Adolf z trudem przełknął ślinę. Zresztą, jeśli to nie jest sen ani inny majak, to dobrze, że się odczepiły. Niech to diabelstwo tam zostanie, pokrzepił się w myślach. Rozejrzał się po wagonie. Jakież szczęście poczuł na widok żywych ludzi... Adolf starał się iść spokojnym, acz zdecydowanym krokiem, jakim zwykł chodzić, gdy był na służbie. Ale teraz nogi trzęsły się mu jak osiki na wietrze. Musiał dotrzeć do maszynistów, zapytać, co się dzieje i kiedy dotrą na miejsce. Tak, to teraz główny cel. Adolf dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że zmierzch zapadł już bardzo dawno temu, a krajobraz za oknem nie zmienił się od paru godzin – nadal pędzili przez te same szczere pola, w których zatrzymał ich samobójca. Konduktor rozejrzał się raz jeszcze. Tak, choć ludzie zdecydowanie żyli, byli apatyczni. Milczeli, beznamiętnymi spojrzeniami wyglądali gdzieś za okno. Adolf potrząsnął głową. No przecież to ze zmęczenia, tłumaczył racjonalnie idąc dalej. *** Towarzystwo w przedziale restauracyjnym wykruszyło się całkowicie i przy barze zostali tylko Ingrid i bezwstydnie obmacujący ją Bruno. Barman regularnie dolewał alkoholu, nie mogąc doczekać się, kiedy dojadą na miejsce. Chciał już odpocząć. Po jakimś czasie drzwi do przedziału otwarły się. Bruno aż się przeraził, widząc bladego, trzęsącego się i całego mokrego od potu konduktora. – Ej, ile jeszcze pojedziemy? – zapytał. – Już jest noc! 11 – Idę właśnie do maszynistów i wszystkiego się dowiem. – Adolf dał odpowiedź pozbawionym emocji głosem i poszedł dalej. Bruno odprowadził go zdziwionym wzrokiem. *** Adolf otworzył drzwi do maszynowni i raptownie cofnął się do tyłu, zasłaniając usta dłonią. Po chwili odważył się zajrzeć po raz drugi. Choć widział już ten widok parę minut wcześniej, dopiero teraz leżące wszędzie szczątki i wnętrzności maszynistów przyprawiły go o mdłości. Pociąg pędził sam, nikt nie sprawował nad nim kontroli. Wskazówki wskaźników szalały. Po chwili z hukiem pękły, a szkło posypało się na wszystkie strony. Adolf niemrawym ruchem przeżegnał się, bo wiedział, że już tylko Bóg może go uratować. Wtem wzrok wystraszonego mężczyzny przykuła szafka na wino, stojąca przed piecem, z którego biło niedające się znieść gorąco. Konduktor z niewytłumaczalnym zafascynowaniem patrzył na puste wnętrze otwartej szafki. Odważył się nawet zrobić parę kroków w jej stronę. Zatrzymał się, gdy tylko zobaczył wydobywający się z niej czarny dym, który gęstniał z każdą chwilą. W końcu było go tak dużo, że sięgał kolan Adolfa. Mężczyzna poczuł ostry fetor zgnilizny. Odskoczył do tyłu i z hukiem zamknął za sobą drzwi. Wpadł do przedziału restauracyjnego w tym samym momencie, w którym pozostałe wagony zaczęły ostro przechylać się z jednej strony na drugą. Dwójka pasażerów, wyglądająca przez okna, była tak zaabsorbowana widokiem, że nawet nie zwróciła uwagi na przybyłego konduktora. Po chwili rząd wagonów odczepił się od reszty składu i zrównał się z nim od lewej strony. W oknach pojawili się przerażeni pasażerowie, którzy wściekle tłukli w szyby, rozbijając je. Niektórzy ludzie w akcie desperacji wyskakiwali przez okna, lecz zaraz po opuszczeniu wagonu zamieniali się w pył. Po chwili oderwana część pociągu jęła się kurczyć, jakby była zgniatana przez niewidoczne łapska olbrzyma, aż w końcu z wagonów powstała zniekształcona kula, wypełniona w środku krwawą miazgą ludzkich szczątków, która z impetem zaryła o ziemię. Bruno, gdy tylko dostrzegł Adolfa obok, chwycił go za kołnierz i potrząsnął z całej siły. – Co się tu dzieje?! – krzyknął przerażony. – Co?! – powtórzył, widząc jak konduktor niemrawo porusza ustami. Pociąg pędził jak szalony. – A skąd mam niby, kurwa, wiedzieć?! Jestem tylko konduktorem! Koppf chciał coś wrzasnąć w odpowiedzi, ale zreflektował się, gdy tylko czarny dym zaczął wypełniać wagon. Coś zaczęło szeptać. Ingrid zrozumiała. Była Żydówką. 12 – Umrzecie, umrzecie – słyszała cały czas. Odór zgnilizny uderzył w nozdrza wszystkich zebranych. Bruno, Adolf i Ingrid zbili się w ciasną kupkę. Barman, który właśnie zsikał się ze strachu, skulił się za ladą, udając, że go nie ma. Miał nadzieję, że to go ocali. Dym skupił się w jedną masę. Krążył po przedziale, aż w końcu zawisł przez trójką osób, dla każdego przybierając inną formę. Dla Ingrid był to wściekły hitlerowiec wpychający ją do komory gazowej. Dla Adolfa był to jego starszy brat, którego tak bardzo bał się w dzieciństwie, a dla Bruna Rudolf Koehler, którego oczy jarzyły się na czerwono. I nagle każde z nich znalazło się w innym miejscu, czasie i przestrzeni. Ingrid wypadła z bydlęcego wagonu wprost na pylącą się ziemię. Wściekła kakofonia dźwięków bezlitośnie atakowała jej uszy – krzyki przerażonych ludzi, wrzaski Niemców, ujadanie psów. Była tratowana przez ludzi wylewających się z pociągu. Ktoś nastąpił na jej dłoń, została skopana przez tłum. Nagle ujrzała obok siebie stratowane i zakrwawione ciało kilkuletniego dziecka. Czyjeś ręce uniosły ją do góry i rzuciły w bok. Zbito ją nahajkami i pchnięto w stronę jednej z grup, którą prowadzono do budynków. W oddali ujrzała kominy wypluwające z siebie tony popiołu. Przerażenie chwyciło ją za gardło, a łzy zaczęły toczyć się po jej policzkach. Adolf cofnął się do czasu, w którym był dzieckiem. Siedział w brudnym, ciemnym kącie swojego pokoju. Na schodach już było słychać ciężkie kroki wielkiego, złego brata. Po chwili nastolatek o upośledzonej twarzy wpadł do pomieszczenia. Adolf zamknął oczy, trzęsąc się jeszcze bardziej. – Zniszczyłeś mi samochodzik! – ryknął, sepleniąc, Sebastian. Stanął nad bratem, chwycił go za głowę i zaczął tłuc nią o ścianę, w kółko powtarzając, że Adolf zniszczył mu samochód. Uderzał tak długo, aż na ścianie zaczęły pojawiać się krwawe ślady, kawałki kości i mózgu. Bruno ocknął się, leżąc na mokrej posadzce. Otaczał go smród potu i fekaliów. Nie było żadnej części ciała, która by go nie bolała. Brakowało mu zębów i paznokci u rąk i nóg. Ciało w całości pokryte było krwiakami. Wczoraj wyrwano mu język, kości miał zgruchotane, choć nie wszystkie. Nagle z hukiem otwarły się ciężkie drzwi. Bruno z trudem odwrócił głowę w ich stronę. Począł się trząść w spazmach, gdy ujrzał czerwonego ze wściekłości Rudolfa Koehlera. – Plugawy psie – warknął ochrypłym głosem, stawiając ciężkie kroki. – Zhańbiłeś mundur, zadając się z tą brudną, żydowską kurwą! – krzyknął pod koniec i następując na goleń Bruna, złamał go. Kapitan nie krzyczał. Już wcześniej doszczętnie zdarł struny głosowe. 13 – Ale ja mam litość, Koppf. Mam ją i ci ją podaruję. Już nie będę cię torturować. Proszę, oto moje miłosierdzie dla ciebie. Przyjmij je z otwartymi ramionami – powiedział i butem zmiażdżył mu krtań. *** We wszystkich gazetach pisano o wielkiej katastrofie pociągu relacji Kraków-Sopot. Przyczyną tragedii był potężny wybuch lokomotywy i wykolejenie. Zginęli wszyscy pasażerowie, choć to do końca nie było prawdą. Znaleziono na wpół żywego barmana. Młody mężczyzna bełkotał bez sensu o jakimś dymie, który to wszystko zrobił, i o znikających pasażerach. Uznano go za wariata i zastrzelono go na miejscu, czego nie podano do wiadomości. Później, we wraku wagonu, ktoś znalazł nienaruszoną skrzynkę na wino i zabrał ją do siebie, bo to taka ładna ozdoba. 14 CZARNA WÓDKA Antoni Nowakowski Harmen lubił ten lokal – oferował dobre jedzenie za umiarkowaną cenę i naprawdę przyzwoite alkohole, też tanie. Smaczne żarło z rozweselającą popitką, powiedział kiedyś ze śmiechem do Liz, kiedy relacjonował pierwszą wizytę w nowej jadłodajni. Zaznaczył mimochodem, ale zupełnie świadomie, że ceny są niskie na wszystko – oprócz czarnej wódki, jak zwykle niebywale drogiej. Dobrze pamiętał, że odęła wówczas z niesmakiem wargi – już stracili Dagny, ale Liz nadal nie piła zwykłych wódek czy win. Żadnych. Ciągle uparcie trzymała się nieaktualnej zasady, że nie weźmie do ust niczego, co mogłoby zaszkodzić dziecku, jeszcze niedawno wypychającemu jej kształtny brzuszek z pięknym pępkiem. O kosztach nabycia czarnej wódki wiedzieli wszyscy. Liz też dobrze znała cenę specyfiku o ciemnej jak smoła barwie, ale dotychczas używała go naprawdę rzadko. Nie to, że nie lubiła czarnej gorzałeczki, jak ją kiedyś określiła. Lubiła, tak jak wszyscy, może nie kochała jak wielu, ale często wypijała spory kieliszeczek albo nawet dwa. Teraz zaczęła 15 w niej bardzo gustować, właśnie zaraz po urodzeniu martwej Dagny, chyba, jak sądził, powoli uzależniając się od smolistego płynu – wódki dającej zapomnienie i zarazem pompującej w ciało mnóstwo energii, wystarczającej na długo. O jednym w tej rozmowie dyskretnie nie wspomniał: w tej niedawno jeszcze garkuchni barman i tak nie ogałacał człowieka ze wszystkiego, kiedy klient poprosił o buteleczkę wódczanego specjału. Co więcej, jeżeli portfel świecił pustką, bez protestów nalewał tylko kieliszeczek, i to suto, bez oszukaństwa, aż po brzeg. Szybko też wprowadzono tam różne odmiany większych i mniejszych szklaneczek, tylko na czarną wódkę, w tym kilka nieco większych od naparstka, dostosowanych do zasobności kieszeni gości. Sądził, że może dzięki temu lokal z miejsca zyskał popularność – mimo oddalenia od Miasta. Barman obsługiwał wszystkich z jednakową rewerencją, nawet zwykłych robociarzy, na chybcika wychylających malutkie czarki, popijających je potem kwartą piwa i rzucających na ladę zmiętoszone i brudne banknoty. Ściany rozległego lokalu zapewniały bezpieczeństwo, oczywiście oprócz dojścia i powrotu, ale ten problem występował wszędzie – i prawie nikt się nim nie przejmował. Harmen uważał, że inni goście myślą jak on – zawalenia stropów i obudów występowały rzadko, coraz rzadziej, i każdy sądził, że akurat jego ominie nieszczęście. Sadowiąc się na wygodnym krześle, po raz kolejny stwierdził, że właściciel restauracji – tak ją teraz nazywano: zyskiwała renomę – dobrze rozumie i sprytnie wykorzystuje prawa rynku. Przyciągnął klientów zestawem tanich potraw, wcale nie najgorszej jakości – i bardzo smacznych – stale rozszerzając kartę dań. Jeszcze pół roku temu jadłospis składał się z dwóch stroniczek w lichej oprawie, a teraz liczył ponad tuzin kart, przyciągających wzrok kolorystyką poszczególnych pozycji. Duża reklama u wejścia nie kłamała – jedzenie rozpływało się w ustach, a spis potraw systematycznie pęczniał. Kiedyś Harmen zastanowił się nad tym i stwierdził, że pewnie i z tego powodu lubi tu bywać – odwiedzał porządną jadłodajnię, a nie spelunę, gdzie chrzczono wodą czarną wódkę, a większość gości raczyła się tanim samogonem albo ordynarnym wińskiem za parę centów. Tutaj ciemny alkohol, podawany w ładnych butelkach, nalewany do pięknych kieliszków – z prawdziwego szkła, a to też stanowiło rzadkość – stanowił tylko dyskretny dodatek do pysznego jedzenia. No i rzeczywiście sprzedawano prawdziwą czarną wódkę, a nie ersatze dla prostaków, epatujące pięknymi opakowaniami, ale z zawartością dającą lichy efekt. Kolejny neon nad bufetem też nie łgał – człowiek wlewał do gardła ciemną ambrozję, a może napój zapomnienia, natychmiast czując przepełniającą ciało błogość, przemieszaną z potężnym 16 zastrzykiem energii – podniety, trwającej kilka dni, tydzień, nieraz i dłużej, po prostu w zależności od wielkości dawki. Dzisiaj jednak nie zamierzał kupować smolistego alkoholu – koniec miesiąca ograniczał wydatki. Planował, że może na zakończenie niedzielnego obiadu wypije taki maluteńki kieliszek – na miły wieczór i jutrzejszy poranek. Jeszcze się nie zdecydował. Wiedział jednak, co zamówi – kraby. Wszyscy jedli kraby, pożywną i energetyczną strawę, jednak w końcu powodującą przesyt. Ale on po prostu je lubił. W głębi ducha przyznawał, że może nawet uwielbiał – soczyste mięso, niezwykle smaczne, niepowodujące nigdy uczucia napchania brzucha, ale znakomicie zaspokajające apetyt i dające organizmowi mnóstwo sił. Cenił nową restaurację i za to, że kucharze przyrządzali skorupiaki na różnorakie sposoby, nawet jako kotleciki. Całe sześć kart menu poświecono potrawom z krabów – studiował teraz uważnie jadłospis, zastanawiając się nad połączeniem dwóch, a może trzech dań. Kelnerka czekała cierpliwie, lekko się uśmiechając. Harmenowi wydawało się, że go lubi – podchodziła natychmiast, kiedy się zjawiał, odsuwała krzesło, i z przejęciem w głosie polecała świeżuteńki specjał z krabów, zawsze trafiając w jego gust. Liz śmiała się, kiedy opowiedział jej o sympatycznej pracownicy restauracji, jednej z wielu – klientów przybywało, a właściciel systematycznie zwiększał liczbę personelu. – Spryciara liczy na dobre napiwki – stwierdziła, wzruszając ramionami. – Wyczuła, że jesteś dobrze sytuowany, więc trzęsie się nad tobą jak kwoka nad kurczęciem. Oczywiście, na pewno jest ponętna – i wykorzystuje swój urok, udając, że leci na ciebie. Stary numer. Rzucił okiem na czekającą na zamówienie rosłą dziewczynę – Liz, jak zwykle, nie pomyliła się w ocenie, choć nie do końca miała rację. Spory dekolt wyraźnie ukazywał jędrny zarys trzech piersi z pokaźnymi brodawkami, a przykusa sukienczyna spore fragmenty sprężystych ud. Wyraźnie epatowały seksem. Jakby odgadując myśli Harmena, kelnerka oblizała wargi. Mimo tych uroków, ponętnej twarzy i otaczającego dziewczynę nimbu zmysłowości, nie pociągała go. Liz myliła się, jeśli sądziła, że coś czuje do długonogiej, zgrabnej pracownicy – ciągle nie mógł się przyzwyczaić do trzech wzgórków ciała na kobiecym torsie. Lubił takie kobiety i często z nimi współpracował, a także zatrudniał, ale ich wybujały seksualizm traktował obojętnie. Znacznie bardziej przyciągały go na pewno mniejsze, lecz niezwykle kształtne piersi Liz. 17 Dwie wspaniale ukształtowane piersi. Troszczyła się o nie, przygotowując się do wytęsknionego macierzyństwa. Naprawdę o nie dbała, tak jak o resztę ciała, a kiedyś z szelmowskim uśmiechem, dostrzegając spojrzenie Harmena, zauważyła, że po urodzeniu Dagny na pewno się zwiększą. – Będę karmić maleństwo najdłużej, jak się da, i pewnie staną się bardziej wydatne, choć potem wrócą do normy. Mleko robi swoje, więc będziesz zadowolony. Może dam ci trochę possać, chłoptasiu. Też wtedy oblizała wargi. Rozmawiali parę razy o lokalu, i Harmen, tak dla pewności, podkreślił, że kobiety o trójczłonnym biuście odstręczają go. Często je spotykał – w jego firmie prawie wszystkie sprzątaczki i sekretarka też prezentowały trzy piersi. Po prostu nadal nie mógł się do nich do końca przekonać. Liz uśmiechnęła się wtedy – wiedziała, że nie kłamie. Doskonale wyczuwała, kiedy łgał, a ciąża jeszcze dodatkowo podniosła tę umiejętność. Miała też niezachwianą pewność, że urodzi dziewczynkę, nie wiadomo, skąd się biorącą, ale tak wielką, że zaraz po tej błahej pogawędce, wieńcząc wcześniejsze rozmowy, wybrali jej imię: Dagny. Rzadko używane, a Liz stwierdziła, że jest piękne. Też tak uważał, i cieszył się z tej decyzji, bo on je wynalazł i podsunął Liz. Pamiętał, że nie zapytał wtedy, co żona sądzi o jego ciele, choć miał chętkę. Nie czuł dziś ochoty na rozmowę z przystojną pracownicą, choć zwykle lubił z nią pogawędzić. Dzisiaj pragnął jednego – długiej chwili samotności przy stoliku, dobrego jedzenia i niemyślenia o niczym istotnym, zwłaszcza o Liz i martwej Dagny. Złapał się na myśli, że może jednak właśnie ta niewymuszona intymność powoduje, że tak polubił restaurację. Lokal miał kilka sal, a w najrozleglejszej ustawiono sporo małych, oddzielonych boksami stolików. Bardzo rzadko ktoś się przysiadał – każdy znajdował miejsce, odseparowane od innych. Zamknął jadłospis. Nie do końca jeszcze przemyślał wybór dania, ale obecność kelnerki przyspieszyła decyzję. – Potrawka z krabów z podwójnymi jarzynami. Dużo sosu. Proszę dołożyć dwa dobrze wypieczone krabowe kotleciki. – Postukał palcem w blat. Od niedawna stoliki nakrywano obrusami – lubił sprawdzać ten miękki, stłumiony odgłos uderzenia w koronkową tkaninę. – Niech pani wybierze coś do picia, jakieś przyzwoite piwo. Kwarta wystarczy. – Oczywiście, panie Linker. Potrawka jest nowością. Naprawdę pyszna! Wystukała zamówienie na przenośnym ekranie, przewiązanym różową wstążką. Harmen nigdy nie potrafił zrozumieć, czemu służy dziwaczna ozdoba: podejrzewał, że 18 podkreślała odświętny nastrój pobytu w lokalu. Nie rozumiał jak radzi sobie z bezbłędnym wpisywaniem danych niezwykle długimi, perfekcyjnie pomalowanymi paznokciami o często zmienianej barwie. Przyznawał jednak, że wyglądają wspaniale. też, – Świeżutkie i pyszniutkie jedzenie – ciągnęła z ożywieniem – z dostawy nowych skorupiaczków, tych większych, wie pan. Ale, jak zwykle, wyśmienite! Podam za parę minutek. Może kieliszeczek na deser? Przecząco pokręcił głową – koniec miesiąca ograniczał wydatki, a jeszcze dobrze czuł działanie poprzednio wypitej dawki. Dziewczyna nie próbowała go namawiać. Odeszła, stukając wysokimi obcasami o metalowe płyty podłogi. Ten sposób zachowania obsługi też lubił: nie próbowano niczego wmuszać, ale nawet tanią przekąskę kelnerki podawały z uśmiechem. – Nawet krócej niż chwilkę! – rzuciła jeszcze na pożegnanie, łobuzersko puszczając do niego oko, jakby podkreślając, że bardzo ceni obecność Harmena i obsługuje go ze specjalną, tylko dla niego przeznaczoną starannością. Jak zwykle, dotrzymała przyrzeczenia – wszystkie kelnerki poruszały się niczym frygi – i teraz z zastanowieniem kosztował pierwsze kęsy potrawki, badając, czy nie potrzeba więcej przypraw, ale prawie natychmiast począł łakomie jeść. Smakowała doskonale. Uścisk dłoni na ramieniu okazał się nadspodziewanie silny – prawie wbił go w krzesło. Walnięcie ręką zaprawioną do ciężkiej pracy spowodowało, że prawie się zakrztusił. – Witaj, Linker! – Przybysz odsunął drugie krzesło i rozsiadł się wygodnie. Tak daleko wyciągnął nogi, że Harmen poczuł ucisk buta na kostce. Śpiesznie podkurczył stopy. – Doprawdy, kopę lat minęło od ostatniego spotkania. Kopa lat! Chłopie, co słychać? Smaczne jedzonko? – Piegowata twarz nachyliła się nad talerzem. – Wiele słyszałem o tej nowej knajpie, więc wpadłem zbadać, co i jak. Trochę daleko, to pewne. No i patrz, spotkaliśmy się! Psiakrew, po tylu latach! Cholera, jak ten czas leci… Ciągle siedzisz z Liz? Pamiętam ją: fajna dziewczyna, cycata dupcia co się zowie, bez dwóch zdań. Szczęściarz z ciebie, Linker. Wskazujący palec zawisł nad sosjerką. Kelnerki przysięgały, że dobranie dowolnej ilości sosu jest darmową ofertą, ale Harmen nie wierzył tym zapewnieniom: na pewno wliczono ją w cenę, mimo wszystko naprawdę niską. – Danie prosto z pieca, jeszcze sosik smakowicie paruje. Też tak lubię. Jakby przynieść swojego chlebka, nasączyć pajdkę, miałbyś dodatkowe danie. – Niespodziewany 19 gość wylewał z siebie potok słów i zdawał się nie czekać na odpowiedź. – Często tu bywasz? I przychodzisz bez Liz? Chwila samotności, co, Linker? Chłopie, dobrze to rozumiem. Człowiek, poklepujący teraz kordialnie Harmena po dłoni trzymającej widelec, wypowiedział długą sekwencję zdań jednym ciągiem, niczym automat foniczny, informujący o najnowszych wydarzeniach w Mieście, bardzo podobnym, afekciarskim i napuszonym tonem. Przerwał i dwa razy głośno wysmarkał nos w kraciastą chusteczkę. Nozdrza poruszały się, wyraźnie badając zapach ciemnego sosu. Wyszczerzył w uśmiechu dawno niemyte, pożółkłe zęby. Harmen pospiesznie przełknął jeszcze nie do końca zżuty kęs. Machinalnie nabrał kolejny. Przyglądał się profilowi kogoś, kto na pewno go znał – bez wahania wymienił jego nazwisko, no i wiedział o Liz – mocno już obwisłemu podbródkowi, pucołowatym, niezbyt dokładnie ogolonym policzkom, perkatemu nosowi łysince ze śmiesznie wyglądającym kosmykiem rzadkich włosów pośrodku. Ta nachylona nad jego talerzem twarz nic mu nie mówiła. i sporej Jeden z tych robotników, też mieszkańców Miasta – pomyślał – ciągle śpieszących do jakiejś pracy, dokonujących zakupów, chłepcących piwsko i plotkujących z sąsiadami przed kwaterami mieszkalnymi. Skąd on mnie zna? Uznał, że pewnie jest towarzyszem lat dziecinnych, może nawet kolegą lub synem sąsiada, dawno niewidzianym, jeżeli nawet zapamiętanym, to w postaci dzieciaka, może młokosa, ale nie dorosłego mężczyzny. Jakaś dawna, może i sympatyczna, ale nigdy nieodnawiana znajomość. Nikogo nie potrafił przypisać do pospolitej twarzy. Umysł pracował intensywnie, ale bez efektu: z nikim nie kojarzył przybysza. Jednym rzutem oka ocenił też jego zamożność – dawno się tego nauczył. Niespodziewany gość nie wyglądał na kogoś, kto mógłby sobie pozwolić na bezrozumne używanie chleba, właściwie nadal rarytasu. Wypieczony bochenek smakował bosko, ale dużo kosztował. Dla wielu pozostawał ozdobą nawet nie niedzielnego, ale wyłącznie świątecznego stołu. Liz lubiła wstawać cichcem rankiem, nie budząc go, iść do pobliskiego sklepiku tuż pod załamaniem magistrali wentylacyjnej i przynosić świeży bocheneczek, tak gorący, że owijała go szmatką, bo parzył palce. Napotykała ledwie dwóch, trzech nabywców, choć prawie wszyscy cenili gorące pieczywo. Zajadał się potem ciepluteńką kromką, czasem dwoma, a Liz cierpliwie czekała, aż świeży wypiek ostygnie – lubiła nieco już chłodniejsze. 20 Ale nie czyniła tak zbyt często, bo nawet oni, majętni ludzie, nie mogli sobie codziennie pozwolić na chleb. Ale ten człowiek, w znoszonej kurtce i spranej koszuli, wyglądający na pospolitego robotnika, na pewno rzadko wbijał nieoczyszczone siekacze w pajdę razowca, pewnie, tak jak inni, traktując ją niczym eucharystię. Harmen osądził, że nie warto teraz wytykać mu głupiej fanfaronady: nikt nie lubił podkreślania, że zalicza się do biedaków, wręcz przeciwnie, każdy z takich typów liczył na zrozumienie dla swojej ciężkiej harówy, może nawet i na pochlebstwa. Tego też się dawno nauczył, kiedy z Liz założyli pierwszą firmę, a potem prędko przenieśli się do o wiele bardziej rozległego – i wyższego – sektora ładowni. Kiedy Liz z nieco wstydliwym uśmiechem poinformowała o ciąży, z radością projektowali przeprowadzkę w rejon rufy. Ten facet o mieszkaniu na rufie z pewnością mógł tylko pomarzyć. – Oczywiście, że z nią siedzę – rzucił Harmen niezobowiązującym tonem. – Wiesz, wyszła za mnie za mąż. Bardzo się kochamy – i nie zamierzamy przestać. Nigdy. Ostrożnie dolał sosu. Powoli stygnący płyn, jak zwykle przy obniżaniu ciepłoty, bardziej ściemniał, zaczynając lekko opalizować. Teraz danie wyglądało i smakowało tak, jak Harmen naprawdę lubił. Wbił na widelec spory kawałek kraba. Żuł starannie. Kelnerka nie kłamała – przyrządzone w ten sposób skorupiaki wyśmienicie smakowały, a danie nadal miało odpowiednią ciepłotę. Nie chciał czczą gadaniną z kimś dawno zapomnianym stracić przyjemności rozkoszowania się dobrą potrawą. I czegoś więcej – chwili zapomnienia o Liz i Dagny. Ale nie mógł tak po prostu kazać gościowi wynieść się – albo przywołać kelnerkę i dyskretnie poprosić o wezwanie strażnika. Wiedział, że właściciel kilku zatrudnił. Ten człowiek go znał. Kiedyś mogli się nawet lubić. Harmen miał nadzieję, że przywołane przez gościa z kraciastą chusteczką pierwsze wspomnienie rozwieje mrok niepamięci. Pomyślał, że nawet tego pragnie – ta niemożność przypomnienia sobie, kim jest sąsiad przy stoliku, stawała się denerwująca. Męczyła umysł. Irytowała, chociaż miała jednak zaletę – pozwalała zapomnieć o Liz i Dagny. Zająć się rozwiązywaniem trywialnej – i w sumie, jak oceniał, śmiesznej zagadki. Znając ten typ ludzi, wiedział, że nie będzie długo czekał na kolejny wytrysk słów. Nie zawiódł się. – Ładne dupcie tu obsługują. Doprawdy, cacy kobitki. – Mężczyzna z łysinką zatarł dłonie. Kilka razy pokręcił głową, omiatając salę wzrokiem. – Wiesz, Linker, dowiedziałem się o tej knajpie z głośników – mocno się reklamują. Chłoptaś prowadzący ten bar ma łeb na 21 karku, to pewne – no i dojścia. Informacje nadal się przydają, jakby na to nie patrzeć – ludzie ich słuchają. Chyba od czasu do czasu wpadnę tutaj. Kawałek drogi, ale co tam… Nadal mówił tym monotonnie brzmiącym tonem, z przebijającą niemal w każdym słowie nutą emfazy. Harmen chrząknął. Nie znosił terkotliwych głośników w kajutach i korytarzach, ciągle o czymś informujących. Uważał, że prawie nikt już nie zwraca na nie uwagi – odrywały od pracy, przeszkadzały w wypoczynku, niepotrzebnie zabierały czas. Nadal jednak istniały, tak jak w czasach dzieciństwa, tylko wtedy odbierał informacje z otwartymi ustami. On i inni – dobrze to pamiętał. Ten człowiek słuchał ich nadal, bo formułował zdania bardzo podobnie. Kątem oka studiował twarz – ciągle nic mu nie mówiła. Nie przypominał sobie z czasów młodości kogoś tak dobrze naśladującego głośnikowe informacje. Może wszyscy wtedy tak gadaliśmy? – pomyślał, czując ogarniające go rozbawienie. – Wyrośliśmy z tego, a ten nie. Też chrząknął, jakby w odpowiedzi na kolejne zdanie, już niesłuchane. Miał nadzieję, że prędko pojawi się kelnerka o imponującym, trzypiersiowym biuście. Miałby trochę czasu do namysłu, przypomnienia sobie starych wspomnień i dawno niewidzianych osób. Fertyczna dziewczyna podeszła prawie natychmiast. – Szanowny pan życzy sobie…? – Znacząco zawiesiła głos. Znowu oblizała usta. – Oferujemy tanie dania w bardzo dobrym gatunku – przekona się pan. – Złociutka, tylko się rozglądam. – Człowiek z łysinką uroczyście pokiwał głową. – Wszyściuteńko dobrze wygląda, widać szyk. Nie skłamię, jeśli powiem, że całkiem przyzwoicie. Złotko, jedno pytanie: macie czarną wódkę, ale taką prawdziwą, niechrzczoną jakimś świństwem? Dużo oszukaństwa teraz się spotyka, naprawdę sporo, pewnie, złociutka, dobrze o tym wiesz. Podaj może jakąś przekąseczkę jarzynową, spróbuję, jak u was smakuje. Wygłaszał zdania jak poprzednio, jednym ciągiem, terkotliwym głosem przejętego swoją rolą spikera, podającego nowe komunikaty. Harmenowi przychodziło do głowy tylko jedno – łysol mieszkał kiedyś na dziobie, tam, gdzie on. Pewnie w pobliżu ciasnej kajuty rodziców. Bardzo możliwe, uznał, że nadal gnieździ się w małych klitkach sterowni – tak ją wtedy nazywano. Teraz powiadają, że przystosowaliśmy i zasiedliliśmy kokpit, stwierdził w myślach, odkrawając kawałek kotlecika. Jak go zwał, tak zwał, ale panowała niesamowita ciasnota. W sumie dobre czasy młodości, wszystko się nam cholernie podobało, no i poznałem Liz. 22 – Oczywiście, że ją serwujemy. Jeżeli zechce pan zamówić coś więcej, proszę dać znak. – Kelnerka uśmiechnęła się uwodzicielsko. – Wystarczy unieść dłoń. Zawsze jestem w pobliżu. Znowu starannie poprawiła wstążeczkę przewiązującą pulpit. Westchnęła. Pokaźny biust zafalował, poruszony głębokim oddechem. Kiedy odchodziła, a potem wróciła z tacą, przynosząc danie, wysokie obcasy znowu mocno zastukotały o płyty. – Mogliby czymś wyłożyć podłogę – zauważył przybysz. – Dźwięczy w uszach, tak samo, jak wtedy, kiedy kopaliśmy piłkę na naszym boisku. Powiem ci jedno, Linker – świetnie grałeś na tej lewej pomocy. Bezbłędnie! Nauczyć się prowadzić piłkę lewą nogą – nigdy tego nie złapałem. Wiadomo, na nasz stadionik nikt nie dałby nawet kawałka sztucznej gumy. Ale tutaj? Gość mógłby się trochę postarać. Smaczne, nie powiem. Mlasnął głośno, przełykając pierwszy kęs. – Przybysze nie zostawili za dużo syntetyków. Chyba nie były im potrzebne, a właściciel dopiero wszystko urządza. Odpowiedź sama zeszła z warg Harmena – w sklepie Liz klienci często wybrzydzali na mały wybór pokryć podłogowych i dywaników, nieistotne, z czego wykonanych, byleby tylko miękkich, a zarazem sprężystych. Sprzedawała wszystko, jak szło, na żale o brak towaru z uśmiechem odpowiadając zawsze tak samo – „oni nie zostawili zbyt wiele syntetyków”. Czarującym gestem rozkładała przy tym ręce. Zapamiętał ten frazes, odruchowo go powtarzając. Ucieszył się – nareszcie coś mu się przypomniało: facecik kopał piłkę razem z nim. Często grywał w tej samej drużynie chłopaczków ze skrajnej części dziobu, położonej tuż przy powłoce ochronnej. Już wiedział – zawsze grał na obronie, pośledniej i lekceważonej formacji, wybierany do składu prawie na ostatku. Zobaczył teraz jego młodzieńczą, znacznie szczuplejszą twarz, żywszą, z bujniejszą, choć już wtedy niezbyt okazałą czupryną. Nareszcie przypomniał sobie jego nazwisko – Myers, choć nadal nie pamiętał imienia. Zajadając kotlecik, przeszukiwał obszary pamięci, ale nic nie znajdywał. Przypomniała mu się za to piłka ze skóry przybyszów – z wielu powodów doskonale ją pamiętał. Świetnie się spisywała, prawdziwa futbolówka, z powietrzem w środku i wentylem, żadna tam ordynarna szmacianka ze starych łachów. Nigdy się nie dowiedział, kto z sąsiadów ją zmajstrował – bo nigdy się tym nie interesował. Ale nadal dobrze pamiętał dzień, kiedy wpadł na pomysł produkowania takich piłek – i ile zarobił na pierwszej serii. Teraz nawet dzieciaki skażonych używały jego piłek – harmenówek. 23 – Dawno się nie widzieliśmy, Myers… – Uprzejmie podsunął sosjerkę. – Spróbuj twoich warzyw z tym – pyszny dodatek. Co u ciebie? Myers wodził wzrokiem za kołyszącą biodrami kelnerką – nadal krążyła w pobliżu, ustawiając krzesła, poprawiając obrusy i pewnie, jak osądził Harmen, czekając na większe zamówienie nowego gościa. Wydawało się, że Myers nie słucha Harmena. Nagle głęboko nachylił nad obrusem. – Wiesz, Linker, nie lubię takich cip – wyszeptał. Teraz mówił wolno, z namysłem pocierając dłonią podbródek. – Nie cierpię tych skażonych suk. Kurwa, a musimy je znosić. A jak ona się pyszni! Widziałeś, jak ten pomiot chodzi? Niczym królowa… i jaka spryciucha, jak ci wszyscy skażeni – pinda poluje tylko na napiwki. Te wywłoki zaczynają się panoszyć. Tego, powiem ci, kompletnie nie rozumiem. Odchrząknął. Nie czekając na odpowiedź, zajął się wyjadaniem reszty warzyw. Harmen przyjrzał mu się uważnie – często spotykał takich ludzi. Nie zwracał uwagi na ich słowa, ale dawniej, dla świętego spokoju, często przytakiwał. Ale teraz już nie – od czasu, kiedy Liz straciła Dagny. Niespodziewanie dla siebie, przemówił zjadliwym, prawie impertynenckim tonem: – Myers, a ty nie masz trzeciej brodawki na swoim owłosionym torsie, hę? Bo ja mam. Prawie wszyscy mężczyźni mają. Nie opowiadaj głupot. Po prostu – u niektórych kobiet tworzy się trzecia pierś, i tyle. Bzdury. Też jesteś skażony, tak jak ona, tylko mniej. To coś zmienia? Wiedział, że dawny kolega z boiska nie zaprzeczy – jako dzieciaki często grywali w samych spodenkach i Harmen pamiętał, z jaką uwagą oglądali sobie piersi. Porównywali, bo kilku jednak miało tylko dwie brodawki. Zaledwie paru, ale Myers na pewno do nich się nie zaliczał. Śmiano się z dwubrodawkowców, jak ich określano, a oni twierdzili, że właśnie pozostali są odmieńcami. Początkowo wszyscy dociekali powodów nieco innej budowy ciała, ale szybko przestali – tak wyglądali prawie wszyscy mężczyźni i nikt z dorosłych nie zwracał uwagi na ten szczegół. Rodzice tłumaczyli, że dla mężczyzn jest nieistotny. Przypomniał sobie, że ostatnio sporo rozmawiali o tym z Liz. Uparcie twierdziła, że to wpływ mięsa z krabów – teraz nie chciała go jeść. I nie dawała się przekonać. Zdarzało się, że na sam widok świetnie przyrządzonej przez Harmena skorupiakowej potrawy dostawała torsji. Nie rozumiał tego: zawsze jedzono smaczne i energetyczne pożywienie z krabów, łatwych do złowienia nawet przez dzieci, z możliwością przyrządzania na tysiące różnych sposobów, błogosławiąc ich istnienie. 24 Myers uciekł ze wzrokiem. Harmen zrozumiał, że dobrze trafił – mężczyźni z dwiema brodawkami nieczęsto się już trafiali. Przypomniał sobie twierdzenia Liz, że coraz rzadziej, a kobiety z trzema piersiami – coraz częściej. Kiedy zbliżał się trzeci miesiąc ciąży, zaczęła roztrząsać, czemu wszyscy przyrządzają tylko gorące dania. Posunęła się nawet do twierdzenia, że je kochają – i że wszyscy się uzależnili. – Żremy je na okrągło, pewnie tak jak oni – stwierdziła kiedyś stanowczym tonem. – Smakują nam, więc się przyzwyczajamy. Prawie wielbimy. Oni ich nie uwielbiali – oni po prostu tak jedli. Traktowali jak powszedni pokarm, ani smaczny, ani niesmaczny, najzwyklejszy w świecie. Ich świecie, Harmen. A my podążamy śladem przybyszów, nie wiadomo dlaczego. Poczuł, że trzecia brodawka na torsie zaczyna go mocno swędzieć. Czasami zdarzały się takie stany, ale szybko przemijały. Miał wtedy wrażenie, że w tym miejscu, pod skórą, coś nabrzmiewa. Liz wtedy śmiała się. Łobuzersko puszczając oko, rzucała, niby to mimochodem, że ogarnia go podniecenie na jej widok. Zaczynała pieścić środek jego piersi – a potem kochali się nieprzytomnie, aż do zatracenia zmysłów. Potrząsnął głową – nie chciał teraz o tym myśleć. Myers coś mówił. Harmen skupił się – nie zwrócił uwagi na kolejny słowotok kompana z dzieciństwa, zajęty wspominaniem Liz. Teraz docierały do niego wypowiadane zdania: – …ale przecież nie powiesz, że ci żyjący na powierzchni nie są skażeni. Muszą być – oczywista sprawa. Przybysze, te gnoje, wszystko tam zmienili. Zatruli. Trzeba czekać, aż zniwelujemy skutki ich pobytu i ziemia wróci do normy. A skażeni, beznadziejni głupole, budują jakieś budy na powierzchni i coś uprawiają. Oczywiście, narażają się na wpływ zatrutego środowiska. Zmiany ich ciał są nieuchronne – wszyscy o tym wiedzą. Łakomie dojadał nikłe resztki swojej jarzynowej przekąski. – Cholera, naprawdę smaczne – zauważył z uśmiechem. – Muszę przyznać, że do jednego ci zdechli parszywcy się przydali: do produkcji czarnej wódki. Bez niej byłoby naprawdę ciężko. Odsunął talerz. – Słuchaj, Linker. – Ton głosu Myersa zmienił się. Mówił ze słyszalnym wahaniem, może nawet skrępowaniem. – Ta cipcia o trzech wymionach twierdzi, że mają tutaj czarną 25 wódkę. Niefałszowaną. Nawet jej wierzę. Nie przyłączyłbyś się do kupna małej buteleczki? Potem uczciwy podział pół na pół. Mam pojemniczek – rozlejemy. Harmen poczuł, że ogarnia go znużenie. Zdał sobie sprawę, że podświadomie spodziewał się takiego zakończenia spotkania. Wiedział, co nastąpi, jeśli przystanie na propozycję – facet wyciągnie kilka zmiętych banknotów, nawet nie jedną trzecią ceny butelki, a on dopłaci resztę. W chodniku wejściowym podzielą się ciemnym płynem po połowie, a Myers, oblizując wargi, zaznaczy, że zrealizowali bardzo uczciwą transakcję. Na pewno pociągnie solidny łyk ze swojej flaszki za pierwszym załomem tunelu, a może nawet od razu. A potem będzie tu przyłaził, bezceremonialnie dosiadał do stolika, plotąc głupoty i nieodmiennie proponując kolejny zakup. On będzie pokrywał coraz większą część, a Myers coraz mniejszą. Szybko rzuci uwagę: „Ciebie na to przecież stać”, kończąc zdaniem: – Chłopie, nie wspomożesz starego znajomka? Niebawem zaproponuje też wspólną libację, oczywiście w jego domu. – Mamy spory zapas u siebie. Tutaj tylko czasami jadam – bezpiecznie, tanio i smacznie. Kup sobie sam. Specjalnie wypowiedział zdanie jowialnym tonem. I specjalnie, tak jak niedawno Myers, zatarł dłonie. Twarz o wyraźnej łysince wyraźnie zmierzchła. Palce Myersa niepewnie miętosiły wyciągniętą chusteczkę. Przez chwilę bezgłośnie poruszał wargami. – Szkoda – rzucił zawiedzionym tonem. – Myślałem, że stary kolega… No nic. Ściany rzeczywiście wyglądają na mocne. I szczelne – ciągnął, wyraźnie pragnąc zmienić temat. Kilka razy obrócił podniesioną głowę. – Wiesz, do czego to im służyło? Harmen poczuł ulgę – dawny koleżka nie naciskał na wspólny zakup czarnej wódki – ale jednocześnie zawód: nie miał szansy dania mu do zrozumienia, żeby się odczepił i zdecydowanego odprawienia z kwitkiem. Zerknął w górę. Lubił widok lejkowatej ściany metalu, zwężającej się ku górze, ginącej w mroku. Cenił poczucie bezpieczeństwa, dawane przez lity odlew, wykonany z nieznanego materiału – i to niezbyt mocne, ale jednak wyraziste poczucie tryumfu, że smakuje dobre dania w miejscu bezapelacyjnie wydartym przybyszom. Wrażenie – Harmen lubił patrzeć w górę, czekając na posiłek – pogłębiała jasna plama nowego, jeszcze nieukończonego stropu, owijające się wokół masywnego wspornika kręcone schody – wznoszono kolejne piętro. Sądził, że właściciel szybko wybuduje następne. Robotnicy pracowali wieczorami i w nocy, żeby nie odstraszać klientów. Zamierzał nawet powiedzieć ich szefowi, że niepotrzebnie planuje prace po zamknięciu restauracji – teraz już 26 sprawiała wrażenie monolitycznego schronu. Bezpiecznego i przytulnego kokonu, szczelnie odgradzającego od świata, nadal jeszcze nierozpoznanego – i niebezpiecznego. Pomyślał, że właściwie i dla niego ta biegnąca w górę otulina, przedzielona nieukończoną jeszcze solidną powałą, stanowi główny powód narastającego przywiązania do tego miejsca – dawała pewność siebie. Może i dlatego odpowiedział uprzejmie: – Całkowicie bezpieczne miejsce, dysza silnika ich kosmolotu, sądząc z wielkości, głównego napędu. Pełna izolacja… Polubisz tę restaurację. Harmen ciągle nie mógł przypomnieć sobie imienia dawnego kolegi. Czuł, że ta niepamięć go męczy – nie miała znaczenia, ale wolałby, żeby jego mózg popisał się zwykłą sprawnością. Wsadził do ust kolejny kęs. Stracił już nieco ciepłoty, ale mięso nadal świetnie smakowało. Myers chrząknął, obracając w palcach papierową serwetkę. Przyglądał się jej uważnie. – Przysługuje do mojego dania? – zapytał niepewnie. – Papier jest cholerycznie drogi. Te wywłoki z zewnątrz drogo sobie liczą za pulpę drzewną. Skażeni, ale o forsę, skubańcy, dbają. – To dla mnie – szorstko odpowiedział Harmen. – Czytaj! Podsunął Myersowi jadłospis pod nos. Poczuł złość – nieproszony gość powinien wiedzieć, że cena serwetki jest wyraźnie zaznaczona. Nawet tutaj wysoka. I że nie do każdego posiłku kelnerki ją podają – papier stanowił drogą rzadkość. Cholerny ćwok – pomyślał – nie pamiętać takich prostych spraw. Oczywiście specjalnie tak pyta. Miał dziwną pewność, że dawny znajomek bez żenady zabierze serwetkę. Pewnie je zbierał, wykorzystując spotkania z dawnymi kolegami, a potem z satysfakcją ustawiał na domowym stole podczas świąt, pusząc się swoją zakłamaną zamożnością, w którą i tak nikt z jego znajomych nie wierzył. Tandetnym sprytem, poprawił się w myślach. Chełpi się głupim cwaniactwem. Nadal mieszka na dziobie i pozostanie tam do końca. Pieprzony ćwok. Nie zdziwił się, kiedy Myers z szerokim uśmiechem wsadził plastykowy futeralik z serwetką do kieszeni. – Wezmę sobie na pamiątkę spotkania, co, Linker? – W głosie brzmiała pewność, że Harmen nie zaprotestuje. – Drogie są, a ciebie stać na jedną więcej. Moja stara się ucieszy. Wyszczerzył w uśmiechu brudne siekacze. 27 – Nadal mieszkasz na dziobie? – rzucił Harmen. Ciągle nie mógł sobie przypomnieć imienia Myersa. Ten głupi szczegół naprawdę go męczył. Oczekiwał potwierdzającej odpowiedzi i poczuł dziwną ulgę, kiedy ją uzyskał. – Jasne, Linker. – Myers pokiwał głową. – Chłopie, najlepsze miejsce na świecie! Trochę ciasno, ale, wiesz, dookoła tyle l
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Magazyn Histeria 2014/4
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: