Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00723 010722 7484022 na godz. na dobę w sumie
Magazyn Histeria 2014/5 - ebook/pdf
Magazyn Histeria 2014/5 - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Magazyn Histeria Język publikacji: polski
ISBN: 2014057777777 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> thriller, horror
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
Nowy magazyn internetowy dla fanów grozy. Naszą ideą jest promocja talentów pisarskich.
Znajdź podobne książki

Darmowy fragment publikacji:

LISTOPAD 2014/5 www.magazynhisteria.pl GRABIŃSKI I LĘK GRABIŃSKI I LĘK ELIZA KRZYŃSKA-NAWROCKA ELIZA KRZYŃSKA-NAWROCKA GOSC SPECJALNY: SYLWIA BLACH DEZORIENT EKSPRES|DUSZE W PUDEŁKU NATURA ŚMIERCI|PARASOLKA PIEKŁO,KTÓRE ZAMARZŁO|SŁODKICH SNÓW SMAKOSZ|STRACH|ZAPACH KAMIENIA ZBRODNIA ERICHA KNOTHEGO 3452127404862708299 104117 SPIS TREŚCI: Słowo od redakcji Wyznania Histeryka DEZORIENT EKSPRES DUSZE W PUDEŁKU NATURA ŚMIERCI PARASOLKA PIEKŁO, KTÓRE ZAMARZŁO SŁODKICH SNÓW SMAKOSZ STRACH ZAPACH KAMIENIA ZBRODNIA ERICHA KNOTHEGO Grabiński i lęk Katarzyna Lewcun Sylwia Błach Kosma Woźniarski Sandra Gatt Osińska Edward Horsztyński Jagoda Okuniewicz Przemysław Kyrcz Robert Mikłosz Agnieszka Kwiatkowska Przemysław Karbowski Eliza Krzyńska-Nawrocka Redakcja: Błażej Jaworski, Maciej Zawadzki Projekt okładki i skład: Roman Panasiuk Ilustracje: Roman Panasiuk, Marcin Czarnecki Korekta: Dagmara Adwentowska email: magazynhisteria@gmail.com 2 Witajcie w piątym, a zarazem ostatnim numerze „Histerii”! Spokojnie, oczywiście chodzi o ostatni numer w tym roku, gdyż w przyszłym również zamierzamy Was nieco postraszyć. Co robią tory na okładce? Kilka dni temu obchodziliśmy 78. rocznicę śmierci polskiego mistrza grozy – Stefana Grabińskiego, twórcy horroru kolejowego. Z tej okazji zorganizowaliśmy konkurs literacki „Ślepy Tor”, będący swoistym hołdem dla pisarza. Dwa opowiadania (tekst zwycięski i wyróżniony) możecie ocenić na kolejnych stronach niniejszego numeru. Grabiński to jednak nie tylko opuszczone dworce czy nawiedzone pociągi. Przekonacie się o tym, czytając artykuł „Grabiński i lęk”, autorstwa dr Elizy Krzyńskiej- -Nawrockiej. Do każdego numeru zapraszamy pisarzy znanych w świecie polskiej grozy. Tym razem mamy zaszczyt gościć na naszych łamach Sylwię Błach. W natłoku innych zajęć, udało Jej się znaleźć czas, by napisać „Dusze w pudełku”. Opowiadanie jest krótkie, bez wątków wampirycznych, ale zawiera sporą dawkę histerii. Tym razem możemy pochwalić się parytetem. Liczba tekstów nadesłanych przez panie równa się liczbie tych nadesłanych przez panów. Warto zauważyć również, że spośród wszystkich autorów, aż ośmiu publikuje u nas po raz pierwszy. Zanim zasiądziecie do lektury dziesięciu histerycznych opowiadań, polecamy „Wyznania Histeryka”, czyli wywiad z autorem najlepszego tekstu poprzedniego numeru. Pan Przemysław Karbowski zwyciężył w głosowaniu po raz drugi z rzędu. Życzymy strasznej lektury na długie jesienne wieczory, Histeryczna Redakcja WYZNANIA HISTERYKA Przemysław Karbowski Wolą Czytelników przymierzam się właśnie do etatu Histeryka. Za głosy bardzo dziękuję. Od września nie stałem się lepszy, mądrzejszy ani ładniejszy, więc jeśli ktoś dopuścił się karygodnego niedopatrzenia i nie zapoznał się jeszcze z IV numerem „Histerii”, niniejszym doń odsyłam. Miałem okazję się w nim przedstawić. Pozdrawiam Czytelników Zapisałeś się w historii naszego magazynu, zdobywając tytuł Histeryka drugi raz z rzędu. Jakie to uczucie? Odpowiem jak Pat Harrigan w „Dzikiej bandzie” Peckinpaha: „dobre...”. Pierwsze zwycięstwo dała Ci „Pamiątka z tuberkulozy”. Drugie – „Oratorium”. Które opowiadanie cenisz sobie bardziej? Wszystkie swoje dzieci wypadałoby kochać i cenić jednakowo, niezależnie od tego, czy są brzydkie, czy ładne (śmiech). Dodam tylko, że o ile „Pamiątkę...” wygrzebałem z szuflady, jak tylko o istnieniu „Histerii” się dowiedziałem, o tyle „Oratorium” było napisane specjalnie z myślą o rzeczonym magazynie. Jaka muzyka skłoniłaby Ciebie do morderstwa? Hm, po pierwsze, bohater „Oratorium” nie jest moim alter ego. Po drugie, interpretacja, jakoby ów bohater zabijał pod wpływem muzyki, jest jedną z wielu i z autorską akurat się nie pokrywa (śmiech). Może on po prostu tylko tak się tłumaczy? Muzyka nie budzi we mnie morderczych skłonności. Chociaż jak słyszę ten nieszczęsny „polski rock”, którym katowano mnie w latach 80-tych... Kto wie? Jedna z recenzentek napisała, że chętnie przeczytałaby Twoją książkę. Czy masz w planach wydanie zbioru opowiadań lub powieści? Plany musiałoby mieć jakieś wydawnictwo. Mam powieść, którą będę proponował wydawcom. Jest pewien szkopuł, to nie jest powieść grozy... Krótsze formy pojawią się tu i ówdzie, jak dobrze pójdzie, na jesieni. Pech chciał, też z literaturą grozy niemające nic wspólnego. Co sądzisz o słuchowisku na podstawie „Oratorium”, zrobionym przez Tchnienie Grozy? Inicjatywa ze wszech miar ciekawa i miłe wyróżnienie, zwłaszcza że w temacie słuchowisk czy audiobooków nie mam żadnego rozeznania. Najciekawsze było dla mnie takie zaakcentowanie przez lektora pewnych fraz, na które nigdy bym nie wpadł, czytając na głos osobiście. Które opowiadanie innego autora z IV numeru „Histerii” podobało Ci się najbardziej? „Mali powstańcy” Agnieszki Kwiatkowskiej i „Zapisane” Piotra Borowca. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz będziemy sąsiadami na łamach nie tylko „Histerii”. Amen. k u i s a n a P n a m o R . s y r DEZORIENT EKSPRES Katarzyna Lewcun Prolog – Musimy powiedzieć ludziom. – Nie możemy! Oni… ja tego nie zrobię! – Nie pojmujesz. Ludzie muszą mieć choćby szansę. – Szansę, żeby… o Boże! To znaczy… czyli… A my? O Chryste! – Tak bym ci radził. Ja muszę zostać. No już, idź. Pociąg pędził. Pierwszej stacji nie będzie Młoda, śliczna dziewczyna patrzyła przez okno pociągu. Naprzeciwko siedział chłopak, zdjął buty 5 i trzymał stopy oparte o jej kolana. Jego powierzchowność przywodziła na myśl jedno słowo: czekolada. Był smagły, miał ciemne włosy i duże brązowe oczy. Przezywała go żartobliwie Pocahontas albo Sarenka. Nie znosił tego. Miał kompleksy, uważał, że wygląda dziecinnie, niemęsko. Postronnemu obserwatorowi mogłoby się wydawać, że są świeżo zakochani, w rzeczywistości spotykali się od ponad dwóch lat. Para jak z żurnala… a jednak nie byli szczęśliwi. Anna chorowała. Wodząc wzrokiem za umykającym za szybą krajobrazem, dumała o przyszłości. Miała rozpaczliwą nadzieję na odmianę. Tego dnia obroniła pracę licencjacką i skończyła wreszcie znienawidzone studia. Zastanawiała się, jak udało jej się tego dokonać… Człowiek potrafi najczęściej znieść tyle, ile musi. Nauczyła się trudnej sztuki kompromisu z rzeczywistością – dostosowywała się do wymagań, znosiła w milczeniu samotność i niepewność wśród obojętnych rówieśników. Bo potem mogła odreagować – miała grono przyjaciół, którzy ją lubili, rodzinę, która starała się wspierać (po swojemu, specyficznie, czasem denerwująco) i przede wszystkim miała Mateusza – tę swoją trudną, ale prawdziwą Miłość. Często się upijała i często robiła… to. Chuchnęła na szybę. Na zaparowanej powierzchni narysowała palcem przerażoną twarz. Chłopak czytał gazetę. Był inteligentny, wrażliwy i nerwowy. Najczęściej wesoły i energiczny, czasem miewał napady marudzenia, których nie znosiła. Zastanawiała się, czy połączył ich ten wewnętrzny niepokój, czy tylko zwykły przypadek. Uważała, że tak naprawdę jej nie zna i nie rozumie i czasem miała o to ogromny żal… a czasem winiła siebie. Turkot kół pociągu uspokajał. Usypiał. Pasażerowie jechali nieświadomi celu. Ewa chodziła po korytarzu, kołysząc na rękach córkę. Mała była tego dnia wyjątkowo marudna, co chwila popłakiwała, kwękała. Ewę bolała głowa. Podróż z niemowlęciem to koszmar. Tak tu niewygodnie. I brudno! Pełno zarazków, od samego wdychania powietrza kruszynka gotowa dostać biegunki. Wracały od świeżo upieczonej babci, która po raz pierwszy widziała wnuczkę. Ciekawe, rozważała Ewa, jakim perfidnym wynalazkiem jest instynkt macierzyński. Dziecko zjawiło się nie w porę. Jej mąż zarabia niewiele (obiecuje, że to się zmieni), a ona przez ciążę oblała maturę (przynajmniej tak się usprawiedliwia). Trzeba będzie liczyć na pomoc niebogatych rodziców. Ogólnie miazga, a przecież jest taka szczęśliwa. Nie martwi się o przyszłość. Ma takie piękne, cudowne dziecko! Mała Maja popatrzyła na matkę wymownie, po czym zwymiotowała jej na bluzkę. Ewa zaklęła. Rodzina Brusznickich posilała się. Jak to jest, że dzieci zawsze błyskawicznie głodnieją w podróży? Pani Wiola rozdawała swoim pociechom kanapki z szynką. Póki co siedziały spokojnie i pracowały szczękami. Potem zapewne jedenastoletni Łukasz zacznie dokuczać starszej siostrze, a ta w którymś momencie nie wytrzyma i go stłucze. Najmłodszy, Lodzio, będzie jak zwykle rozkoszny i grzeczny (nie licząc tego, że powyciera sobą kurze z podłogi, przytrzaśnie sobie palec 6 drzwiami, etc.,etc.). Familijna rutyna. A Franek obiera jajko ugotowane na twardo i gapi się bezmyślnie w okno. No tak, wie, że żona sprawuje nad wszystkim nadzór. To dlatego, że w naszym związku ja jestem ta mądrzejsza, pocieszyła się Wioletta. Marcin miał kolejny świetny pomysł na powieść. Ściskał w dłoniach zeszyt z zapisanymi dwiema stronami. Dlaczego słowa nie chciały spływać na papier? Bo jesteś beztalenciem. Nigdy nie będziesz pisarzem! Obracał w głowie te gniewne myśli z masochistyczną zajadłością. Ale nie chciał w nie wierzyć. W szkole zawsze mówili mu, że świetnie pisze. Skoro miał dobry styl i masę pomysłów, skąd ta blokada? Jakby gigantyczna trema. Nie rób niczego, ze strachu przed porażką! Zniechęcony wsunął brulion do plecaka. Przypatrywał się współpasażerom. Ale gruba baba, skonstatował ze złośliwą radością. Co można robić w przegrzanym pociągu? Zaczął bez przekonania przerzucać strony gazety. Po chwili odpłynął w marzenia. Kiedy już napiszę tę książkę... Pieniądze, wywiady, uznanie krytyków, nagroda Nike... Nobel... a czemuż by nie Nobel? Głowa opadła mu na ramię, zasnął. Pani Krysi było gorąco. Osoby puszyste zawsze gorzej znoszą upał. Westchnęła ciężko z głębi obfitej piersi. Czy jej się zdawało, czy ten siedzący naprzeciwko szczypiorkowaty chłopaczek faktycznie popatrzył na nią z dezaprobatą? Może jest przewrażliwiona? Z drugiej strony, jak inaczej mógłby na nią popatrzeć? Czuła się staro, staro i przeraźliwie grubo. Pięćdziesięcioletnia klucha. Kiepska trwała, tanie ciuchy. W dodatku pracuje jako księgowa! Nawet to lubi, no i zawsze uważała, że ma niezły mózg... Ale musi przyznać, że jej zawód nikomu nie wydaje się interesujący. Tak jak ona sama. I cóż z tego, że jest świetną gospodynią? W domu zawsze czyściutko, schludnie. Kto to docenia? Jej gulasz to istne niebo w gębie, a gołąbki... Przełknęła ślinę, zgłodniała (po raz tysięczny tego dnia). Wyciągnęła z torby oponki własnej roboty i zaczęła pałaszować. Pochłaniała właśnie piątą, kiedy napotkała kłujący wzrok tego smarkacza. Uśmiechał się sarkastycznie. Że też musiał się obudzić! Chciała się zezłościć na jego bezczelność, ale tylko się zawstydziła własnego obżarstwa, zaczerwieniła i, upokorzona, wyszła do toalety. Była tak wzburzona, że idąc korytarzem nawet nie zauważyła, że pociąg właśnie mija stację, na której miała wysiadać. W pełnym pędzie… Niektórzy pasażerowie przysypiali. Gorąc, kurz i duchota – oto odwieczni towarzysze letnich podróży. W pociągu jechała nieprzebrana masa ludzi. Czytających, rozmawiających, zagapionych w krajobraz za szybami. I kompletnie odciętych, schowanych w swoich odtwarzaczach mp3, grach w telefonach komórkowych. Niektóre kobiety dumały, czy nie zmienić długości włosów, inne rozmyślały o remoncie mieszkań, jeszcze inne wciąż i wciąż na nowo rozpamiętywały problemy w pracy. Dwóch robotników wracało z saksów w Niemczech do żon stęsknionych ich mocnych ramion i kieszeni wypchanych euro. Popijali piwo, komentując ponuro stan polskiej polityki. W naturalny sposób nawiązywały się przelotne znajomości. 7 Śliczna dziewczyna oprócz elfickiej urody, świeżo zdobytego wykształcenia i przystojnego chłopaka miała też swój sekret. Wcale nie romantyczny. Żyła z chorobą psychiczną, zwaną fachowo „zespołem kompulsywnego objadania się”. To taka bulimia, tyle że bez rzygania. Anna była w jej okowach już od czasów szkoły podstawowej i w głębi serca uważała ją za nieodłączną część siebie. Nie potrafiła wyobrazić sobie, co by robiła, jak myślała, jak odczuwała, czego pragnęła, gdyby była wolna od tego brzemienia. To już chyba nie byłaby ona… Mateusz zarzucał jej czasem, że nie chce naprawdę wyzdrowieć. A przecież chodziła na terapię! Głównie z jego powodu. Leczenie nie przynosiło jej zdaniem efektów. Owszem, przeanalizowała wraz z terapeutką całe swoje dzieciństwo, wywlekając na światło dzienne niemiłe epizody. Zdiagnozowały razem zakompleksienie, nieśmiałość, niepewność i zbytnie przywiązanie do rodziców. Ale pani Edyta – psycholog, nie wiedziała, że mała Ania, mimo że tak wybrakowana, jest też bardzo bystra, ma potężnie rozwiniętą inteligencję emocjonalną i przeczytała setki książek z dziedziny psychiatrii i psychologii. I sama doszła duuuużo wcześniej do tego, co „odkryły” na wspólnych sesjach. Wiedziała, kiedy i dlaczego miewa napady. Rozumiała innych ludzi (była dla koleżanek taką etatową przyjaciółką od wysłuchiwania zwierzeń) i rozumiała też samą siebie… ale to nic nie pomagało! Nie potrafiła okiełznać tego wewnętrznego wroga. Ataki jedzeniowe rozładowywały w niej napięcie, które inaczej mogłoby doprowadzić do kompletnej rozsypki. Pozwalały na chwilę odpuścić. Dawały ukojenie i zapomnienie. W zamian zabierały wiele. Te wszystkie wieczory, kiedy Bambi nie miał prawa jej zobaczyć, mimo że strasznie go potrzebowała… Kiedy ulegała słabości, czuła się tak zła, brzydka i bezwartościowa. Te wszystkie zajęcia, które opuściła na uczelni i te, których opuścić nie mogła, więc szła stawiać czoło światu z opuchniętą, obrzmiałą twarzą… Trzy ostatnie przedziały zajmowała smarkata – właściwa i „przeterminowana” młodzież wracająca z Woodstocku. Większość piła i bawiła się (trudno wyhamować tak od razu), część spała, kilkoro było już tak wykończonych, że siedzieli, patrząc tępo przekrwionymi oczami. Dinka i Etam całowali się zachłannie. Dobrali się jak w korcu maku. Byli tak zbuntowani i niekonwencjonalni, jak to tylko możliwe. Szokować i prowokować, to była ich dewiza, sens, cel i treść życia. Filozofia dobra jak każda inna. Oboje już dawno przekroczyli trzydziestkę, ale patrząc na ich zniszczone, szare twarze można by im dać i pięćdziesiątkę. Dina miała na sobie tylko potarganą bieliznę nie pierwszej świeżości. Uwiędłe ciało zdobił wzór sińców – pamiątki po szalonym pogo pod sceną. Etam zaledwie kwadrans wcześniej wymalował sprejem niecenzuralne hasła na ścianach. Trochę mu się tęskniło do więzienia, gdzie spędził najpiękniejsze miesiące swojego życia. Może tak dobrze wspominał tamten czas, bo był wtedy młody? Może dlatego, że obecnie cholernie się nudził i potrzebował jakiejś odmiany? A może dlatego, że w pace poznał cierpki smak miłości homoseksualnej? Ostatnio jego punkowa kocica jakoś nie pobudzała zmysłów… ale kochał ją i to musiało wystarczyć. Na festiwalu „adoptowali” sobie dziecko – szesnastolatka, który uciekł 8 z domu. Krążył po polu namiotowym narąbany jak kilo drzewa, powtarzając w kółko: „Jestem na Woodstocku, jestem na na na Woodstocku, jestem na Woodstocku pierwszy raz aaa… pierwszy raz pamięta się całe życie!”. Przygarnęli go do swojego namiotu, żeby nie spotkało go coś niemiłego… taki dzieciuch… Etam wiedział, że reaguje na obecność tamtego ożywieniem o wyraźnie erotycznym zabarwieniu… ale wiedział też, że jest dobrym człowiekiem i nigdy, nigdy nie zrani, nie przestraszy ani nie napełni obrzydzeniem niewinnej istoty. Pociąg pędził. Dinka myślała o miłości, związkach i seksie. Zastanawiała się, czy jako dojrzała kobieta nie powinna mieć lepszego rozeznania w tym, co się z nią dzieje. Etam położył pieszczotliwie rękę na jej głowie. – Odwal się – mruknęła machinalnie – muszę się pomyśleć poważnie. Pocałował ją w czoło i odsunął się taktownie. Dinka popijała jabcoka i mamrotała pod nosem. A jej wewnętrzny monolog wyglądał tak: Po pierwsze: seks. Ja wcale nie lubię seksu. Kiedyś ubóstwiałam całowanie się. Dlaczego teraz nie? Nigdy, przenigdy nie miałam orgazmu... no to znaczy z kimś drugim. Czy ja jestem nienormalna, czy ja jestem oziębła? Ach, jak mogłam zapomnieć... przecież miałam raz orgazm. To było tak dawno... Zrobiłam wtedy test i wyszło, że jestem w ciąży. Byłam tak kurewsko szczęśliwa! Niby czemu, co ja bym mogła swojemu dziecku dać dobrego? Cały dzień śpiewałam i czekałam, aż Etam wróci. Chciałam mu to oznajmić tuż po miłosnym akcie, tak by było romantycznie. No i coś się ze mną stało, miałam w łóżku taki odjazd... A co on na wielką nowinę? Zaklął, przytulił mnie i oznajmił, żebym się nie martwiła. To chyba jedyny raz był, że mnie zranił. I nawet w sumie nie chciał przecież... A ginekolog, do którego poszłam, rozwiał nadzieję, ot tak, zniszczył wizje, jakie miałam w marzeniach, te o ślicznym niemowlaku, laluni maleńkiej, niebieskookiej... powiedział, że test się omylił. Że jestem bezpłodna jak aligator na puszczy, a brak okresu to z niedożywienia. Jak on mógł do mnie tak? No i co, z tego wychodzi, że pieprzenie jest najlepsze jak właśnie nie jest tylko pieprzeniem, jak temu towarzyszą inne okoliczności. No to ja nie rozumiem, bo kocham tego mojego starego durnia bardziej niż na to zasługuje, ale to się na nasze pożycie intymne nie przekłada. Ale powinnam się cieszyć, że ze mną jest, mimo że go nie zaspokajam tak jak powinnam, z moim wyglądem już nikogo lepszego nigdy nie znajdę. I wcale bym nie chciała! W ogóle nie wyobrażam sobie bez niego życia! Marcin obudził się z krótkiej drzemki. Przyśnił mu się pomysł! Nigdy wcześniej tak nie było. Takie „nocne objawienie” (choć był środek dnia) musi zwiastować przełom i sukces! Momentalnie zamienił zmaltretowanie własną nieudolnością na furię twórczego zapału. Bez żalu zostawił ledwo co rozpoczętą historię Lolity. Nie przypominało to porzucenia dziecka – raczej tylko wzięcie przez kobietę „tabletki po” – w końcu przecież nie wiadomo, czy „coś by się z tego 9 urodziło”… Skrobał długopisem tak mocno, jakby chciał przedziurawić papier. Na gorąco zapisywał konspekt przyszłej powieści wszech czasów: „Seksmisja2. Dwóch studentów idzie razem do szpitala. Jeden chce się poddać operacji zmiany płci – czuje się kobietą. Drugi, jego kumpel, tak zwany wieczny student, a do tego hulaka, pragnie wypróbować na sobie nowatorską metodę męskiej antykoncepcji. Obaj zostają źle znieczuleni, bo anestezjolog, zamiast przyłożyć się do pracy, rozmyśla o swoim synu, który wyznał mu, że jest gejem. Zapadają w śpiączkę i zostają wybudzeni dopiero po upływie stu lat. Świat tymczasem poszedł naprzód – czyli jak zwykle we właściwym kierunku. Dokonała się rewolucja genderowa. Zapanował totalny uniseksizm. Mężczyźni noszą sukienki, malują się, są empatyczni i pełni wdzięku. Kobiety wręcz przeciwnie. Ideałem kobiecej sylwetki stała się talia równie szeroka co biodra i możliwie płaski biust plus, oczywiście, kaloryfer na brzuchu. Zbyt obfite krągłości u pań określa się mianem obrzydliwie samiczych. U panów w cenie są długie smukłe nogi mięśniem nieskażone (depilacja to oczywistość) i łabędzie szyje. Transseksualny bohater nagle odkrywa, że w nowych czasach nie chce wcale zmieniać płci, poznaje uroczą członkinię „straży równości i jedności płciowej” i zakochuje się w niej (kluczową przyczyną mogą być jej wąsy). Ale jego kolega playboy ma pewne problemy z przystosowaniem. Odnajduje opozycyjną, tajną organizację walczącą o przywrócenie pradawnych stosunków. Nie wiem, jak dalej ma się rozwijać akcja. Na pewno musi być dużo absurdalnych dialogów.” Marcin uniósł lekko błędny wzrok. Ponownie trafił spojrzeniem na grubą współpasażerkę. Pani Krysia starała się udawać, że wcale nie jest w trakcie przeżuwania kanapki. Czuła się bardzo głupio. Wiedziała, że nie powinna siedzieć jak trusia z pełnymi ustami, tylko spokojnie przełknąć. W końcu nikomu nic do tego, co ona robi! Byle tylko się nie zarumienić! I wtedy Marcin uśmiechnął się do niej i powiedział „smacznego”. Maksymilian Joński jechał pociągiem tylko dla kaprysu. Był to u niego pierwszy i z pewnością ostatni przypływ fantazji. Świetnie zarabiający adwokat w kwiecie wieku. Poważany w ten specjalny sposób – przez ludzi mu podobnych – nie za uczciwość i za zasady, lecz za ich brak. Wszystko na wysoki połysk – willa, samochód, żona, dzieci, buty rzecz jasna też. Smukły, wysportowany. Przystojny. Zaskakująco mało błyskotliwy jak na człowieka, który osiągnął taką pozycję. Jeden z tych szczególnych specjalistów bez zainteresowań, pasji, marzeń. Horyzont sięgający konta w banku. Z tym że, jak każdy, miał swój mroczny sekret – wybuchy gniewu. Narastała w nim stopniowo agresja. Do wczoraj kończyło się na wyzwiskach. Uderzył żonę pierwszy raz. Postanowił, że kupi jej na przeprosiny złotą biżuterię. Ale nie mógł zaręczyć, że to się więcej nie powtórzy… zbyt wiele czuł przyjemności policzkując ją. Pan Maksymilian pił w Warsie kawę i przeglądał akta sprawy. Za oknem uciekał niewidziany przez niego świat… uciekał coraz szybciej… 10 Ewa przeprała bluzkę w toalecie (na szczęście woda leciała z kranu!) i założyła na siebie mokrą. Czuła przyjemne orzeźwienie. Maja, zmęczona upałem i własnym płaczem, usnęła. Na kogo wyrośnie to moje małe półdiablę? Na pewno na piękność, to już widać. Matka z córką tworzyły malowniczy obrazek. Miłość, radość, bezpieczeństwo. Jednym słowem: macierzyństwo. Miały przed sobą jeszcze parę chwil tej błogiej nieświadomości… Konduktorzy zebrali się w grupkę i szeptali nerwowo, mimo że i tak nikt nie mógł ich słyszeć – przedział służbowy od pasażerskich oddzielał pusty wagon. Po twarzy najstarszego z kolejarzy strumyczkami spływał pot. Nie naradzali się, co zrobić – zbierali siły przed tym, co zrobić musieli. – Mówcie spokojnie. Starajcie się nie dopuścić, żeby przy drzwiach zrobiły się zatory. Musimy kontrolować… no wiecie… – Uwaga, uwaga, ogłaszam, że skoki z ekspresu linii x są od tej chwili reglamentowane? – Najmłodszy z konduktorów zaśmiał się ponuro. Pracował od niedawna, nikt jeszcze nie wyrobił sobie o nim zdania. Chudy i wysoki, z wiecznie rozczochranymi blond włosami. Nos jak ptasi dziób. Kiedy jakiś gapowicz mu napyskował, czerwienił się jak baba. Nigdy się nie uśmiechał i prawie nigdy nie odzywał. Większość kolegów obstawiała, że przy bliższym poznaniu okaże się równym gościem. – Zamknij się, Michał! Dobra, panowie, trzeba iść. Nie ma czasu. Michał ruszył pierwszy. Przy drzwiach zatrzymał się. Sztywno, jak robot, nacisnął klamkę. Korytarz wypełnił się natychmiast świstem powietrza i turkotem kół. Zanim zdążyli zareagować, wyskoczył. Ostry krzyk to ostatnie, co zapamiętali. Ich krzyk, jego? Nie wiadomo. Podbiegli prędko, żeby zobaczyć, czy mu się udało. Spóźnili się. A on leżał na piaszczystym skraju lasu, przy torach. Czy to szok go sparaliżował, czy zabrała śmierć? Wstał. Ogłuszająco, ochryple wrzasnął: – Boże! Żyję! Boże! Inni konduktorzy rozeszli się, żeby wypełnić obowiązek. – Proszę państwa! Proszę mnie uważnie posłuchać! Mamy bardzo nietypową awarię. Pociąg nie może się zatrzymać. Maszynista mówi, że nie ma nad nim żadnej kontroli. Co gorsze, nie da się z nikim skontaktować, nie wiemy dlaczego, łączność zerwana. Próbowaliśmy oczywiście komórek, nic z tego. Zgodnie z przewidywaniem podniósł się gwar. Padały chaotyczne pytania, okrzyki przestrachu i groźby pod adresem PKP. Niektórzy wyjęli telefony komórkowe i bezskutecznie próbowali się dodzwonić. Większość patrzyła tylko nierozumiejącym wzrokiem. – PROSZĘ o CISZĘ! Widzicie państwo… Pociąg przyspiesza. Możliwe, oczywiście, że przestanie, że uda się go zatrzymać, że coś się zmieni, że odzyskamy kontakt z tymi z zewnątrz… 11 ale na razie nic na to nie wskazuje. Jeśli prędkość wciąż będzie rosła… Jesteśmy w pułapce. Kto ma odwagę… powinien chyba próbować wyskoczyć. To ryzykowne, ale póki co możliwe… Mijamy właśnie stację Śmierć Niektóre kobiety płakały. Jeden z konduktorów dostał po twarzy od jakiegoś łysego grubasa. Zdawało się, że upał wzrósł, brakowało powietrza. Czarnowłosy mężczyzna z wąsem zdecydowanie ruszył przez korytarz. Otworzył drzwi mocnym szarpnięciem. Skoczył. Nikt nie wiedział, czy mu się udało, ale dał innym sygnał do działania. Po chwili do wypełnionej turkotem i świstem bramy ocalenia lub stracenia pchały się tłumy. Zaczęło się dziać to, czego obawiała się obsługa: bezmyślny i nieostrożny pęd. Śmiertelny pośpiech. Panika doprowadziła do tratowania się nawzajem, wypychania na zewnątrz. Byle prędzej, póki starczy odwagi, byle żyć! Na Boga, przecież wiadomo, że dwadzieścia osób naraz nie wyskoczy! Pracownicy PKP próbowali powstrzymać zbiorową histerię. Najstarszy z konduktorów, siwy Roman na własne oczy widział, jak wyrzucona przez innych kobieta uderza na zewnątrz o betonowy słup. Zgrabna postać odziana w kwiecistą, uroczą sukieneczkę walnęła z taką siłą, że aż się odbiła. Roman zemdlał. Po raz pierwszy w życiu. I definitywnie po raz ostatni. Bo potem podeptała go gromada pasażerów, gruchocząc mu kręgosłup. Gorączkowa aktywność przyszła falą i jak fala opadła. Nastał chwilowy bezruch. Jakby ludzie nieco otrzeźwieli. Ale wraz z przypływem rozsądku spotęgował się strach. Dla odmiany nie skakał nikt. Wszyscy zastanawiali się, czy warto podjąć ryzyko. Ilu z tych, co próbowali się wydostać, przeżyło? A ilu ozdabia okolice torów jako rozsmarowana mielonka? Śmierć jest bardzo blisko. Co z tego, że nikt nie jest na nią właśnie teraz przygotowany? Ksiądz Euzebiusz modlił się żarliwie. Wróciła do niego zagubiona gdzieś dawno w rutynie mszy i katechez wiara. Pociąg przejeżdżał właśnie przez jakieś duże miasto. Elwira Brusznicka – trzynastolatka o mysich włosach i skośnych oczach w kolorze dymu papierosowego trwała przyklejona do szyby. Ignorowała kłócących się rodziców i ryczących braci. Wciągnął ją widok za oknem: tłumy gapiów oblegających okolice torów. Ledwo była w stanie dostrzec ich twarze, ale wyobraziła sobie ich wyraz: chora ciekawość. Tam, na zewnątrz, jest normalny świat. Ludzie chodzą do sklepu, do pracy, oglądają telewizję. Teraz przerwali wszystkie zajęcia, żeby przyjrzeć się katastrofie. Nam. Pewnie powiedzą o nas w Wiadomościach… ale to ich zajmie tylko na chwilę, potem wrócą do swej codzienności... A co będzie z nami? Rozbijemy się? A tak niewiele dzieli nas od tamtych, bezpiecznych – widzimy się, moglibyśmy do siebie krzyczeć. Ale jesteśmy jednak INNI... Zabudowania przerzedzały się. Za oknem uciekały teraz sielsko wyglądające małe mieściny 12 i wioski. A potem znowu tylko pola i lasy. Do pijanych woodstockowiczów prawda dotarła bardzo szybko. Lekkie zamroczenie alkoholem pozwoliło im zaakceptować od razu to, przed czym trzeźwy umysł musi chwilę się bronić: znalazłeś się w samym środku katastrofy. Pulchna, czarnowłosa nastolatka w ciężkim makijażu wstała z podłogi. Przekroczyła dwóch śpiących ziomków. Wodziła wokół tragicznym wzrokiem. Szła korytarzem, dotykając po drodze ścian, zahaczając palcami o szyby okien… Mamrotała: – Żegnam się ze światem. Wszystko, co widzę, czuję, słyszę, myślę – robię to po raz ostatni. Kocham, zawsze kochałam podróże i teraz przyjdzie mi umierać w pociągu. Muszę, muszę, muszę, muszę chłonąć całe to piękno życia, muszę zapamiętać tę ostatnią chwilę… Wielu krzyczało do niej, żeby się zamknęła, ale ignorowała ich. Szła, powtarzając swoją mantrę. Po jej policzkach płynęły czarne łzy – krople pełne tuszu do rzęs i rozpaczy. Ludzie kotłowali się, krzyczeli. Dinka, wczepiona kurczowo w Etama, szlochała tak gwałtownie, że zabrakło jej tchu. Obok stał ich podopieczny i wgapiał się w nich błagalnie. Etam wpadł w szał. Myślał: Nie ma miłości, nie ma zasad, teraz nic się nie liczy! Za chwilę w ogóle nas nie będzie. Nienawidził tak mocno jak jeszcze nigdy. Kogo? Boga, losu? Nie wiedział. I ten pieprzony gnojek, ta jego słodka buźka... Oczy mężczyzny zmętniały. Odepchnął swoją kobietę. Potem wziął ją za rękę. Zaprowadził do drzwi. – Skacz! – nakazał. Zawahała się. – Kurwa, musisz! Dinka posłuchała. Wychylił się i zdążył zobaczyć, jak podnosiła się na kolana. Aż zaklął z ulgi i radości. Potem wyrzucił szczyla. A potem zamknął się w toalecie i scyzorykiem podciął sobie żyły. Mateusz i Ania dyskutowali, czy podjąć próbę wydostania się na zewnątrz. On poczuł nagły przypływ energii i odwagi – oto, po raz pierwszy w życiu, wykaże się jako dorosły mężczyzna, ochroni swoją kobietę, uratuje ich oboje. Niestety, ona jak zwykle stwarzała problemy – nie skoczy, boi się, nie i koniec kropka. Zawsze tak było. Trudno jest walczyć o ukochaną osobę wbrew niej. Nigdy nie potrafił zrozumieć, dlaczego istota, którą uważał niemal za anioła, stwarza piekło sobie i jemu… Na razie był czuły, cierpliwy i wyrozumiały. I co to dało? Anna dosłownie umierała ze strachu. Jedyne, o czym potrafiła myśleć w tej chwili, to było jedzenie… Dużo fastfoodów i słodyczy… Wyłącznie objedzenie się mogło być sposobem na uspokojenie. Słuchała swego chłopaka i jednocześnie zmagała się z nadchodzącym atakiem. Tym razem nie może przegrać, tym razem się powstrzyma… Mateusz jej potrzebuje. Jak nisko upadasz, kiedy żarcie stawiasz ponad miłość i życie? Dla Ani jej choroba miała w sobie nieodpartą magię. Nikt normalny nigdy tego nie zrozumie. Bulimia musiała przebiegać według nieodmiennego cyklu: sześć dni diety, jeden dzień rozszalałego pochłaniania. Pierwsza część była czasem aktywności, 13 spotkań z przyjaciółmi i nauki, czerpania z życia maksimum wrażeń. Ale oprócz tego była przeznaczona na rozwiązywanie problemów, znoszenie konfrontacji. Napięcie stopniowo narastało. Pod koniec tygodnia iskrzyła jak naelektryzowany kot. Wszystko jej dolegało, nie mogła usiedzieć na miejscu. Włączała się do tego nerwica natręctw: na przykład po każdym papierosie musiała trzy razy wytrzeć nos (choć oczywiście nie dokuczał jej katar). Umowna „niedziela” rozpoczynała się od flirtowania z nałogiem, fałszywych zapewnień „nie ulegnę”… Jako zapalnik wystarczała czekoladka leżąca na stole… kanapka z szynką i żółtym serem… wystarczyło sięgnąć i… ruszała lawina. Pierwsze ogromne kęsy, gorączkowo łykane, aż zatykały gardło. I wywoływały uczucie dzikiej euforii. Potem była ociężałość i dalsze systematyczne napychanie żołądka czym popadnie. Następnie długie godziny leżenia, czytanie, oglądanie telewizji. Brzuch wydęty jak bęben. Krótki płacz nad własną słabością. Strach przed jutrem. Albowiem „the day after” przynosił obrzydliwe efekty. Twarz spuchnięta do tego stopnia, że oczy nikły w ciastowatym ciele. Palce jak serdelki. Zgaga i przelewanie się we wnętrznościach. Niemiły oddech. W taki dzień nie powinno się wychodzić z domu. Anna przeznaczała go na głodówkę i refleksję. O ile pozwalały na to okoliczności… bo kiedy trzeba było podejść do egzaminu w sesji, brała się w karby. Ewa rozglądała się nerwowo na boki. Dlaczego nikt nie skacze? Na co oni czekają? Aż pociąg nabierze jeszcze większej szybkości? Ale ja muszę się zdobyć na ten krok, Majusi nie przydarzy się nic złego, nie dam jej! Boże, zlituj się! Kobieta podążała w stronę drzwi pchana odwiecznym instynktem każącym walczyć o swoje młode. Nie myślała wcale o sobie. Skoczyła trzymając córkę. Jednak siła pędu wyrwała jej małą, rozdzieliła je. Uderzyły o ziemię – każda osobno. Ewa z ulgą skonstatowała, że wylądowała na miękkiej, suchej trawie. Wkoło jak daleko sięgnąć okiem rozpościerała się łąka. Anioł Stróż rozścielił nam poduszkę – uśmiechnęła się. Sekundy mijały, a nie było słychać płaczu… Ewa rozejrzała się. Maleńka leżała tuż obok samotnego głazu – jedynego na całym polu. Na główce wykwitł krwawy wzór. Kobieta upadła na kolana. Powietrze przeszyło jej wycie. Ni to ludzki, ni to zwierzęcy skowyt. Niósł się echem na wiele kilometrów. Pociąg pędził. Kim jest Marcin? Wiecznie „niedoszłym” autorem? Geniuszem pióra, który jeszcze nie rozwinął skrzydeł? Dzieckiem, które wyrośnie ze swych naiwnych marzeń o sławie? W tej chwili myśli o sobie jako o utraconym dla ludzkości skarbie, który nigdy nie zostanie odkryty. W wyobraźni już skazał się na śmierć. Wszystkie pomysły odejdą wraz z nim. Dziesiątki nienapisanych książek – dzieł mających moc przemiany ludzkich serc. Wybitnych. To tak jakby żmija ukąsiła Van Gogha, zanim został malarzem. Rodzina Brusznickich zdołała się uwolnić. Napędzana elektrycznie, zbuntowana trumna na kółkach zniknęła już w dali, a oni podnosili się powoli na nogi. Dzieci przypadły do matki jak 14 kurczątka do kwoki. Gładziła ich główki. – Już dobrze, już po wszystkim. Spokojnie, spokojnie. Łukaszku, puść mamę, to boli, Elwirko, nigdzie nie odchodź, nie ruszamy się, Lodzio… Lodzio? Loooodzioooo! Ale najmłodszego nie było. Za to jej mąż stał z kompletnie zbaraniałą miną. Miał go wziąć pod pachę! Przecież sama nie była w stanie wyratować całej trójki. Tak ustalili! Panie, zmiłuj się. Rzuciła się na trwającego wciąż w stuporze Franka. Biła go pięściami z całej siły. – Ty skurwielu, ty jebany skurwielu! Elwira zasłoniła bratu uszy. W wagonie restauracyjnym panował sajgon. Alkohol lał się strumieniami. Jedni pili, żeby dodać sobie odwagi do skoku, inni, żeby zagłuszyć strach. Jakiś staruszek ciskał jedzeniem o podłogę, potem je deptał i jeszcze dodatkowo na nie pluł. – Dziadostwo pierońskie, zawsze to dziadostwo, za co my płacimy – charczał. Maszynista prowadził w skupieniu. Przy tak dużej prędkości musiał cały czas uważać, żeby nie popełnić błędu. To tylko laikom wydaje się, że pociąg jedzie sam . Chociaż... w tym przypadku w pewnym sensie maszyna to właśnie robi. Nigdy nie wierzyłem w cuda, kosmitów, w duchy. Mam teraz dużo czasu na myślenie... i frapujący temat... Oto otrzymałem dowód na nieobliczalność zjawisk i nie potrafię tego nijak rozgryźć. A prędkość wciąż rośnie... Przed dziesięcioma minutami był u niego Marek – konduktor. Powiedział, że około połowa pasażerów wyskoczyła. Bardzo dobrze. Koledzy też się ewakuowali, trwał samotnie na posterunku. Nie starał się opanowywać aktów agresji, wandalizmu, pomagał tylko zdecydowanym, starał się, jak mógł, by dotarli bezpiecznie do drzwi… A dalej – krzyżyk na drogę. Szukał dzieci, odprowadzał je do rodziców, a te opuszczone zamknął w służbowym przedziale. Nie miał odwagi, by je wyrzucać – za duże ryzyko, za duża odpowiedzialność. Mateusz był wściekły. Na Annę – to oczywiste. I na siebie. Jego dziewczyna była osobą chorą psychicznie, niezdolną do działania, więc musiał być dzielny i rozsądny za nich oboje. Z chęcią przyjmował rolę opiekuna. Jej bezradność wzruszała go. Tak bardzo ją kochał! Ale czy aby swoją wyrozumiałością nie utwierdzał jej w chorobie? Wydawała się być krucha i delikatna jak motyl. To obezwładniało… czy można żyć razem, wypracowywać kompromisy, wymagać, dzielić się obowiązkami, kiedy jedna z osób w związku jest traktowana jak bóstwo? Widział, że zbliża się atak Ani. Jeszcze z nim walczyła. Powinna się powstrzymać! Jakim prawem chce ich oboje skazać na śmierć? Jeżeli wybierze jedzenie i bezczynność zamiast próby ucieczki, postawi go w strasznej sytuacji: będzie musiał z nią zostać i straci szansę na uratowanie się. Przecież jej nie opuści. Ale czy miłość naprawdę może tego żądać? Nastolatka z rozmazanym makijażem opętana manią żegnania się ze światem miała na imię Sara. Jeszcze wczoraj skakała na koncercie, płynęła na fali rąk niesiona przez rozbawiony tłum. 15 Żartowała i wygłupiała się. Prowadziła dorosłą i poważną rozmowę z byłym narkomanem w jego namiocie. Dotykała blizn na jego przegubach – pamiątek po nieudanej próbie samobójczej. Zakochała się w nim, wzięła od niego numer telefonu. Nie jechał tym pociągiem, planował wracać do siebie autostopem. Nawet jej zaproponował, żeby zabrała się z nim, ale było jej nie po drodze… Teraz wlekła się ociężale przez korytarz, wciąż mamrocząc. Cały jej bunt, pretensje, uczucie niedopasowania przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Ważne było tylko, że istniała – jeszcze istniała. Zdała sobie sprawę, jak bardzo jest młoda, jak wiele możliwości otwierałaby przed nią przyszłość – gdyby ją miała. Zatęskniła przelotnie za swoją mamą, z którą wciąż darła koty. Stanął jej przed oczami obraz kuchni, w której co rano piły razem kawę. Myśli przepływały przez jej głowę za szybko, chaotycznie. Nic z nich nie wynikało, nie układały się w żadne epitafium. Dotarła do lokomotywy. Weszła do środka. – Proszę pana, mogę tu zostać? Wszyscy tam w wagonach są tacy straszni! Nie będę przeszkadzać. Nawet nie odwrócił głowy. – Dobrze. Marcin dostał się do grupki zbłąkanych owieczek księdza Euzebiusza. Kapłan pocieszał ich, poił wodą uratowaną z wagonu restauracyjnego. Opowiadał o Bogu i nadziei. Uznał, że trzeba czekać – pociąg rozwinął już zbyt dużą prędkość, nie warto podejmować ryzyka. Pozostaje tylko modlitwa. Marcin, z typową dla siebie fanatyczną przesadą, zatracił się w szeptaniu pacierzy. Pani Krysia trwała w otępieniu. Chrzanić to wszystko. Nawet w ekstremalnej sytuacji i w myślach nie potrafiła solidnie sobie zakląć. Nic nie zrobię. Wszystko mi jedno. W końcu jestem tylko pocieszną, tłuściutką nieudacznicą, więc niech nikt się nie spodziewa, że będę działać. Najwyżej sobie popłaczę. Kiedy tak siedziała wpatrzona w przestrzeń, przydreptał do niej na swych tłustych, serdelkowatych nóżkach Lodzio Brusznicki. Zasmarkany i biedny. Nawet go nie zauważyła, dopóki nie dotknął nieśmiało jej policzka. Kobieta oprzytomniała. Co tu robi to dziecko? – Cześć, malutki. Jak masz na imię? – Lodzio. – A gdzie są twoi rodzice? W ramach odpowiedzi wygiął usta w podkówkę i pociągnął nosem. – Kochanie, z kim tutaj jesteś? Kto z tobą jedzie? – Ma... mamusia skocyła! Tatuś mnie nie zabrał. Ja chcę do mamusiiiii! – Jasny gwint! Psiakrew! – Nie pseklinaj, nie wolno. I wtedy z panią Krysią stało się coś, co nie przydarzyło się nikomu z pociągu: zmieniła się 16 na lepsze. W jednej chwili zniknęła jej nieporadność. Przestała być ciepłą kluchą. W jej duszy zagrały nieznane dotąd emocje: determinacja, odwaga, dzielność. Wzięła na ręce obcego chłopczyka i ruszyła w kierunku drzwi. Inni wyskakiwali z powodu paniki, strachu, szoku, rozpaczy, rozsądnej kalkulacji, instynktownej chęci przetrwania. Egoistycznie, naturalnie, normalnie, przewidywalnie. Ale Krystyna zrobiła to jak prawdziwa bohaterka – tylko po to, by komuś pomóc. I udało jej się. Po ułamku sekundy strasznego lotu uderzyła o piach. Lodzio trwał wczepiony w jej miękkie, obfite ciało, nie puścił jej mimo upadku. Uratowałam to dziecko – pomyślała z dumą. – Chodź, kochanie. Będziemy szli wzdłuż torów w tamtą stronę. I na pewno znajdziemy mamusię. Jesteś bardzo grzeczny i kochany. Chodź. Mały wytarł nos rękawem. Z niebieskich oczu popłynęły łzy. Ale już po chwili pokazał szczerbate ząbki w drżącym uśmiechu. – Nie powiem nikomu, że pseklinałaś. Lubię cię. – Trzeba znaleźć twoją mamę. Poszli. Pociąg jechał coraz szybciej. Maksymilian Joński wściekał się. Pił piwo i marszczył brwi. Z każdym łykiem narastała w nim furia. Zaciskał pięści. Bardziej jeszcze niż lęk przed śmiercią rozjuszał go fakt, że okazał się tchórzem. Wyskakiwały kobiety, dzieci, staruszkowie – on nie. Nie dopuszczał do świadomości myśli, że zabrakło mu odwagi, starał się zracjonalizować swoje działania… a raczej ich brak. Banda histeryków, szaleńców. A ja sobie spokojnie przeczekam. I jak się to wszystko skończy... nasza cudowna kolej nigdy mi się nie wypłaci. Zniszczę ich. Ale w głębi duszy wiedział, że to nie takie proste… Pewną satysfakcję sprawiło mu napisanie dramatycznego smsa do żony. Na razie nie ma zasięgu, ale kiedyś przecież wiadomość do niej dotrze. I wtedy się suka zmartwi... A jeżeli wręcz przeciwnie? Ciekawe, jak go powita... cóż, wiele od tego zależy... coś mi się zdaje, że niezależnie od tego, czy będzie za mało przejęta, czy po babsku rozklejona, zasłuży na karę... Maszynista i Sara nie rozmawiali, lecz byli zadowoleni ze swojego towarzystwa. W trudnych chwilach lepiej być z kimś. Kiedy tak podążali nie wiadomo dokąd, nagle pojawiła się NADZIEJA… – Chryste! My chyba… ZWALNIAMY! – Co pan mówi? Niemożliwe? – Dziewczyno, spójrz na wskazówkę prędkościomierza! – Tak! Taaaak!!! Zresztą, ja to chyba czujęęęęę!!! – Nie piszcz, bo mi bębenki w uszach popękają! – Czy to może znaczyć, że się zatrzymamy? Proszę hamować! 17 – Nie da się. Ale zobacz, ciągle zwalniamy! Nie wiem, czy to się utrzyma. Leć, powiedz wszystkim! Niech tam sobie kombinują, co robić, nie wiadomo, co się lepiej opłaci: czekać czy skakać. Powiedz im: osiemdziesiąt kilometrów na godzinę! Leć! – Rozkaz, panie kapitanie. Już biegnę! Ale wrócę. Sara była tak podniecona, że nawet nie zauważyła śpiącego staruszka zwiniętego na siedzeniu. Szybkim krokiem przemierzała puste wagony: jeden, dwa, trzy. Już słyszała dobiegający z niedaleka gwar głosów, zaraz im powie! I wtedy poczuła, gwałtowne szarpnięcie – pociąg przyspieszał. Nadzieja UMARŁA. Wierzycie w prawdziwą miłość? Bezinteresowną, skorą do poświęceń, zdolną przezwyciężyć wszelkie przeszkody? W takim razie zamknijcie oczy, odwróćcie głowę, nie czytajcie dalej. Bo oto za chwilę pęknie, rozpadnie się gorące uczucie dwojga stworzonych dla siebie młodych ludzi: Ani i Mateusza. Łącząca ich czułość, zachwyt drugą osobą, pragnienie jej dobra przestaną się liczyć. Bo ona wybrała destrukcję, a on nie potrafił tego zrozumieć ani tym bardziej wybaczyć. Po raz pierwszy był świadkiem jej napadu. I mimo woli kiełkowało w nim obrzydzenie. Oraz pretensja: „Jak możesz nam to robić?!”. Teraz stali i mierzyli się wzrokiem, ich oddechy były przyśpieszone. Bambi zabronił jej jeść. Tłumaczyła, że w ten sposób zyska siłę i opanowanie, nie wierzył jej i słusznie, bo kłamała – jak każdy nałogowiec chwytała się wszelkich środków, odrzuciła skrupuły. – Zaraz wyskoczymy, będę cały czas przy tobie, koszmar się skończy. – Trzymał ją za ramię, nie ufał, że słowa wystarczą. Wyrwała mu się i pobiegła. Po raz pierwszy własna dziewczyna przed nim uciekała jak przed oprawcą. Kiedy ją dogonił, już plądrowała wagon restauracyjny – było za późno. No więc ona ładowała do ust bufetowe kanapki, on trząsł się z bezsilnej złości. Ale wciąż był wrażliwy na jej ból: patrzył, jak szlocha i połyka ogromne kawały pieczywa, jak się dławi, jak cieknie jej z nosa i żałował jej. Mimo wewnętrznego oporu przygarnął ją do siebie. – Zrobiłaś, co musiałaś. A teraz chodźmy. – Nie dam rady, przepraszam. Kiedy ją zostawiał – skuloną w kłębek i biedną – miał ogromne wyrzuty sumienia. Czy dlatego, że ją kochał, a miłość nie powinna odwracać się plecami? A może dlatego, że w ostatniej chwili go zawołała, ale nie odwrócił głowy… Ksiądz skupił swoją uwagę na rozmodlonym chłopaku o rozgorączkowanej twarzy. Zrobiło mu się go żal. – Hej ty! Tak, młody człowieku, do ciebie mówię. Przerwijmy na chwilę pacierze, Panu Bogu pewnie już się linia blokuje od nadmiaru połączeń! Kapłan zaczął pocieszać Marcina. Zwyczajnie, po ludzku. To było jego najlepsze kazanie ever. 18 Sara wróciła do lokomotywy ze spuszczoną głową. Maszynista przywitał ją ponurym: „Sto pięć na godzinę”. Dalej jechali w milczeniu. Anię bardzo bolał brzuch. Powlekła się w stronę, gdzie zniknął jej z oczu Pocahontas. Nie miała do niego pretensji. Nienawidziła siebie tak bardzo jak jeszcze nigdy. Stanęła w otwartych drzwiach, przez które przed chwilą wyskoczył jej chłopak. Ależ ten pociąg pędził! Nigdy nie zbierze dość odwagi… Joński był już kompletnie pijany. Zataczał się. Jego wzrok spoczął na stojącej do niego tyłem smukłej blondynce. Przywodziła na myśl początek lata – miała w sobie taką niepowtarzalną świeżość: jak pierwszy kęs soczystego arbuza, jak powietrze po burzy. Trzymała w ręce niedojedzonego pączka. Pociągała i drażniła. Wpatrywał się bezczelnie w jej pośladki, opięte ciasno dżinsami. Zbliżył się. Była zamyślona, nie usłyszała. Zaraz ci pokażę, ty głupia dupo! Nie możesz się zdecydować, co? Oj, mała, nie wychylaj się, to niebezpieczne, he, he... Z całych sił kopnął dziewczynę w plecy. Wypadła. Niestety dla niego, panu Maksymilianowi splątały się nogi, wywrócił się, zahaczył stopą o schodek. Parę sekund walczył rozpaczliwie, aby złapać równowagę, drapał paznokciami w blachę drzwi. Nie udało się. Jego ciało skręciło się dziwacznie, but pozostał uwięziony, chrupnęła kość. Następnie poleciał głową w dół i wyrżnął nią o dolną krawędź pociągu. Z bólu nie mógł złapać tchu. Żył jeszcze chwilę, trzepocząc w pędzie jak dziwaczna i pokraczna chorągiewka. Po kilkudziesięciu metrach umarł, po kilkuset – odpadł. Niewielu już ludzi pozostało. Zmęczony, smutny konduktor, dwie młode kobiety trzymające się za ręce, ksiądz rozmawiający poważnie z uspokojonym wreszcie Marcinem. Oprócz tego samotny staruszek, o którym wszyscy zapomnieli, przeklinający niosące świadomość sytuacji przebudzenie ze snu. No i maszynista z Sarą. Dominowało wśród nich przygnębienie i pogodzenie z losem. Nie mieli już energii na krzyki, przekleństwa i dramatyczne gesty. Już tylko jednostajny stukot kół, zapadająca noc i podróż donikąd. Zmierzch jak koniec świata. Mijały godziny. A upragnione „na zewnątrz” zmieniło się w rzekę nieprzeniknionej czerni – nierzeczywistą i złowrogą. Na niebie nie było gwiazd. Rano pociąg stanął. Bez powodu, w sposób niewytłumaczalny: tak samo jak zaczął przyspieszać. Epilog Anna kuśtykała wzdłuż torów, idąc w kierunku przeciwnym do jazdy pociągu. Ciało miała obolałe, a duszę skostniałą. Jeszcze nie do końca pojmowała, co wydarzyło się w ciągu ostatnich paru minut. – Ania! 19 Znalazła się w silnym uścisku. Mateusz tulił ją, powtarzając nieskładnie wciąż te same słowa: „kocham, przepraszam, wybacz”… Czy tych dwoje będzie potrafiło zapomnieć o tym, że zawiedli siebie nawzajem? Czas pokaże…. Ale na razie trwają spleceni w zachłannym pocałunku życia. 20 k u i s a n a P n a m o R . s y r Dusze w pudełku Sylwia Błach Magda wskoczyła na ławkę. Obróciła się z gracją, a potem machnęła ręką, jakby przeganiała niespokojne myśli. Ruszała się powoli i z wyczuciem, niczym malarka pracująca nad obrazem swojego życia... Powietrze było płótnem, na którym drganiami atomów kreśliła kształty. Chwyciła za brzeg spódnicy i znowu okręciła się wokół własnej osi. Świat zawirował. Roześmiała się, z trudem łapiąc równowagę w zbyt wysokich szpilkach, i przysiadła na oparciu. Marcin pomyślał, że nie miał jeszcze nigdy modelki tak dobrej i złej jednocześnie. Dobrej – bo świadomej swego ciała. Złej – bo kto, do cholery jasnej, stoi w trakcie zdjęć na ławce? Gdzie w tym logika, jakiś zamysł, dobry kadr? – Zejdź, proszę. Usiądź normalnie, o, tak właśnie. I nie uśmiechaj się przez chwilę... Pięknie! Rzadko się odzywał w trakcie sesji. Uwielbiał ten moment, gdy modelka o nim zapominała. Trochę znudzona, odpływała w całkowitej symbiozie ze swoim ciałem... Wtedy powstawały najlepsze ujęcia. Szczere i prawdziwe. Bez tego wyćwiczonego uśmiechu, bez napiętych pośladków 21 i nienaturalnie wyprostowanej sylwetki. Czasem jednak musiał się odezwać, gdy dziewczyna zaczynała wydziwiać. Określić swoje oczekiwania i połechtać ego komplementem, by wydobyć tę charakterystyczną iskrę w spojrzeniu. Iskrę, której nie da się wyćwiczyć. To musi przebić się przez tony cieni i tuszu: skuszona pochlebstwem dusza próżnej i atrakcyjnej kobiety. A Magda, jak przystało na samozwańczą fotomodelkę, próżna była. Co nietypowe w tym fachu – była też prawdziwie piękna. Długie jasne włosy spadały kaskadami na proste plecy, a brzoskwiniową cerę znaczyły delikatne rumieńce świeżości i nieśmiałości. Najważniejsze jednak, że miała to coś w spojrzeniu. Potrzebowała tylko komplementów, by to uwolnić. Przez jego głowę przemknęła myśl, że mógłby ją wziąć. Tu i teraz, na ławce, ostro i brutalnie. Wbrew jej woli. Odegnał ją szybko i skupił się na pracy. – Wiesz, że najbardziej zagorzali Indianie zabraniają robić sobie zdjęcia? Wierzą, że aparat kradnie im dusze... – Co? – Pytanie wyrwało Magdę ze świata marzeń, wyobrażenia o tym, że jest właśnie na plaży, ubrana w kostium podkreślający jej złotą opaleniznę, obskakiwana przez najsławniejszego fotografa... W trakcie sesji dla Vogue... Marcin zaskoczył ją podjętym tematem i brutalnie ściągnął na ziemię. A ona się odkryła. Szybko zrobił zdjęcie, zerknął na ekran. Uśmiech wypełzł na jego usta. – Nie, nic, nic. Tak mi się powiedziało. – Byłeś tam kiedyś? – Gdzie? – No, to jest, w Indiach... Spojrzał na nią z dezaprobatą, ale powstrzymał złośliwość cisnącą się na usta. –Nie, ale dużo czytałem. Kolekcjoner dusz – czy to nie piękny synonim dla słowa fotograf? No ale wracajmy do pracy! Jak za dotknięciem różdżki dziewczyna zarzuciła nogę na nogę, wybuchnęła perlistym śmiechem, tylko po to, by po chwili na jej twarzy zagościł ten charakterystyczny wyraz bezmyślności. Przygotowywała się do tej sesji – długo i intensywnie, przed lustrem ćwicząc mimikę i studiując zdjęcia modelek. Doszła do jednego wniosku: one wszystkie wyglądają, jakby nie myślały. Z tą miną nie miała najmniejszego problemu. Nim krzyknął „mamy to!”, charakterystyczny zgrzyt migawki rozległ się jeszcze kilkanaście razy. – Jak poszło? Wiesz, dopiero zaczynam... Miałam kilka sesji, ale to nie zawsze było to... A ty, zaproponowałeś, sam mnie znalazłeś, jej! Pierwszy raz nie musiałam zagadywać. Dlatego starałam się, długo ćwiczyłam... 22 – Pięknie się ruszasz. Było dobrze. – No tak, tak, byłam tancerką. Kiedyś. Ale miałam kontuzję i tyle z kariery. Mam jednak nadzieję, że zdjęcia wyszły. Dasz zajrzeć? Czy nie lubisz, gdy ktoś patrzy? Bo zrozumiem... – Marcin patrzył zaskoczony na dziewczynę, która wpadła w słowotok. Przez głowę mu przemknęło, że ma szczęście do rozgadanych kobiet o urodzie anioła. A on nader wszystko cenił sobie ciszę. Dlatego ciągle był sam, żyjąc od romansu do romansu, jak zwykł nazywać swoje dziwaczne relacje z większością fotomodelek. Wiedział, że ta będzie kolejnym kadrem w jego pudełku. Z trudem powstrzymywał narastające pragnienie skosztowania jej ust. – Żaden problem. – Uśmiechnął się, podając aparat. Świdrował Monikę spojrzeniem, aż ta poczuła się nieswojo, jakby nagle wpadła na lodowaty prąd w podgrzanym słońcem jeziorze. Na twarzy Moniki najpierw odmalowało się zaskoczenie. Potem, z każdym gwałtownym ruchem kciuka, przeradzało się w coraz większe zaniepokojenie. Z narastającą paniką przewijała zdjęcia. Czuła się dziwnie – wściekła i zawiedziona jednocześnie. W bałaganie myśli pełnych gorzkich słów wyróżniała się jedna: zachowuj się profesjonalnie! Wiedział, o co chodzi, ale się nie odzywał. Uprzedzał, że jest specyficzny, że tworzy sztukę. Mówił jej, że kocha odkrywać duszę. Śmiała się wtedy głupkowato, myśląc, że to banały, które mówi każdy artysta. Była zawiedziona, to dla niego jasne. Żałował tylko, że nie rozumiała najważniejszego: tu nie chodziło o to, że brzydko wyszła. Chodziło o wygląd duszy. Tylko najlepszy fotograf umie wydobyć tę szczerość. – Ale... Grubo tu wyglądam. I mam małe oczka... I te włosy jakieś takie... – Głos jej drżał, jakby miała się rozpłakać. – To się wyfotoszopuje – stwierdził na odczepnego. A potem podali sobie ręce, on obiecał, że postara się wysłać zdjęcia jak najszybciej, a ona, uśmiechając się sztucznie, podziękowała za współpracę i wyraziła nadzieję na kolejną, w duchu przeklinając, że zmarnowała kilka godzin swojego niezwykle cennego czasu... *** Otworzyła oczy. Mrugała przez chwilę niepewna, czy nadal śni, czy całkowita ciemność jest przejawem rzeczywistości. Spróbowała sobie cokolwiek przypomnieć, odruchowo zaciskając powieki. Kształty wypełniły pustkę. Wieczór. Mieszkanie. Wino i kolejna samotna noc. Jeszcze jedna butelka. Jakaś komedia w telewizji. Łóżko, miękkość pościeli... Koszmary. Coraz straszliwsze uczucie zapadania. Zanikania. Nagły ból. Ciemnia? Przecież nie mam w domu ciemni... Gdzie ja jestem? Ból dezintegracji. Szok. 23 Ciemność. Drętwienie, zapach chemii. Błysk. I nic więcej. Próbowała zebrać myśli, jednak na próżno – wspomnienia urywały się w momencie nagłego zalania czerwonym światłem. Strach wypełnił jej serce, gdy żaden z mięśni nie zareagował na polecenie wydane przez mózg. Paraliż? Spróbowała się podnieść, bez rezultatu. Chciała krzyczeć, jednak ciało nie reagowało. Szok eksplodował w jej głowie, gdy odkryła, że nie może mrugać. Wydawało jej się, że otworzyła oczy, a one po prostu były ciągle otwarte. Tylko mózg przeszedł ze stanu snu do jawy. A może nadal śnię? Pomyślała o zegarach. Kiedyś gdzieś w sieci czytała o świadomym śnieniu. Kazano tam spojrzeć na zegar, by się wybudzić. Odzyskać poczucie czasu. Monika miała nadzieję, że właśnie to jej się przydarzyło i że zaraz przerażona zerwie się z łóżka. Tylko nie mogła ruszyć ręką, by spojrzeć na zegarek! Nigdzie nie słyszała tykania, traciła nadzieję, sen wydawał się zbyt realny. Rozpaczliwie zaczęła się szamotać wewnątrz swego ciała, modlić, by martwa powłoka odzyskała czucie... Znów pomyślała o tym, że może jest sparaliżowana. Niesłusznie uznana za martwą i zamknięta w trumnie. Niemy wrzask wypełnił jej głowę. Krzyczała wewnątrz siebie z rozpaczą i bólem, nie mogąc uzewnętrznić żadnej z emocji. I wtedy to usłyszała... Muzyka. Piosenka, którą uwielbiał jej były. Nieświadomie zaczęła w myślach przewijać wersy... I ve been looking so long at these pictures of you That i almost believe that they re real Melodia wypełniała myśli, napawała ją dziwną mieszanką spokoju i paniki. Wspomnienia szczęśliwych chwil walczyły z próbą utrzymania się na powierzchni świadomości. Czuła się jak na haju, miała wrażenie, że zaczyna odpływać, znów zanurzać się w ciemność... Narkotyki? – przemknęło jej przez głowę. Krzyknęła, tak bardzo niemym wrzaskiem. Usłyszała kroki. Krzyki wypełniły jej krtań, nie chcąc jednak wyjść na zewnątrz. To musi być trumna. Tu ktoś jest. Muszę dać znać, że żyję. Żyję! Próbowała uspokoić oddech, choć nie była pewna, czy w ogóle oddycha. Kroki narastały. Głos wokalisty zmieszał się z dziwnym chrypieniem. Po chwili dopiero rozpoznała w nim słowa, ciche nucenie przypominające to, które wydobywa się z ust pijanego człowieka, gdy ten wie, że nie zna tekstu, ale tak podoba mu się melodia, że koniecznie próbuje śpiewać. Wrzasnęła rozpaczliwie 24 ciszą. Nucenie narastało. Błysk! Chciała zamrugać, jednak niereagujące ciało odmówiło po raz kolejny. Czerwone światło brutalnie wdarło się do jej oczu. Gotowa była przysiąc, że poczuła, jak zwężają się jej źrenice. Po chwili zaczęła rozpoznawać kształty. Nadzieja wypełniła jej serce, gdy w mrocznych konturach dostrzegła ludzkie rysy. Zebrała się w sobie z całych sił, by drgnąć, w jakikolwiek sposób pokazać, że choć wydaje się martwa, to żyje. Skupiła się na muzyce. Wywoływała w niej tyle emocji, pięknych wspomnień. Spróbowała ruszyć ustami, wydobyć z siebie kolejne wersy, jakikolwiek dźwięk. I ve been living so long with my pictures of you That i almost believe that the pictures are All i can feel Twarz się zbliżyła. Rozpoznała w niej Marcina, tego dziwnego fotografa. Macki strachu chwyciły ją za serce. Nagle zrozumiała, że nie jest tu przez przypadek. I że to nie jest normalne, że pochylająca się nad nią twarz wydaje się tak duża; że te żółte, a teraz także wielkie zęby szczerzą się w uśmiechu... Wstrzymała oddech, a może tylko pomyślała, że to robi. Chciała zareagować, jakkolwiek zbuntować się przeciwko niezrozumiałej sytuacji. Lecz nawet łza nie spłynęła po jej twarzy. Umysł pracował, ciało zdawało się pozostawać martwe. I wtedy twarz się oddaliła. Zobaczyła nad sobą nienaturalnie dużą dłoń. Abstrakcyjne wspomnienie „Guliwera”, ulubionej bajki z dzieciństwa, zaatakowało ją. Pomyślała, że stała się Liliputem i była gotowa wybuchnąć śmiechem szaleńca, gdyby tylko ciało zechciało współpracować. – Cześć, kochanie, poznaj swoją konkurentkę. – Słowa wypełniły ciszę, a Monika podświadomie poczuła, że to nie ona była ich adresatką. Drganie wstrząsnęło jej ciałem, gdy dłoń się zbliżyła. Poczuła dotyk na ramieniu, a po chwili jakby brutalnie została szturchnięta. I wtedy zobaczyła. Groza ścisnęła serce, gdy dłoń przesunęła nad nią fotografię niezbyt ładnej dziewczyny. Straszne jednak nie było samo zdjęcie, a fakt, że dziewczyna na nim wydawała się być tych samych rozmiarów co Monika. To się nie dzieje naprawdę, to tylko jakieś uszkodzenie mózgu, zaburzenie proporcji... – To Kasia, to Monika, poznajcie się! Marcin wybuchnął śmiechem potrząsając fotografią. Szok mącił Monice zmysły. Była 25 gotowa przysiąc, że w oczach nieruchomej postaci coś widzi... Ona żyje. I wtedy rozległ się trzask. Przez chwilę szukała źródła dźwięku, aż ujrzała drugą olbrzymią dłoń, dzierżącą zapalniczkę. Krzyknęła, gdy płomienie zaczęły lizać portret Kasi, a niemy wrzask przerodził się w prawdziwy atak histerii, gdy fotografia ożyła. Monika jak zahipnotyzowana patrzyła na szeroko r
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Magazyn Histeria 2014/5
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: