Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00480 010931 7498433 na godz. na dobę w sumie
Magazyn Histeria 2015/1 PDF - ebook/pdf
Magazyn Histeria 2015/1 PDF - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Magazyn Histeria Język publikacji: polski
ISBN: 2015017777777 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> thriller, horror
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
Nowy magazyn internetowy dla fanów grozy. Naszą ideą jest promocja talentów pisarskich.
Znajdź podobne książki

Darmowy fragment publikacji:

STYCZEŃ 2015/1 GOSC SPECJALNY: TOMASZ CZARNY www.magazynhisteria.pl DRZWI|HORROR DOMU RACZYŃSKICH INCYDENT NA WSI|KAŹŃ MUCHOŁÓWKA|NOWE WŁOSY PAULINY PIWNICA|POŚWIĘCENIE|PROKLATA TRIJCA ZEGAR ŚMIERCI STYCZEŃ 2015/1www.magazynhisteria.plGOSC SPECJALNY:TOMASZ CZARNY 345203549667592108115 131 SPIS TREŚCI: Słowo od redakcji Wyznania Histeryka DRZWI HORROR DOMU RACZYŃSKICH INCYDENT NA WSI KAŹŃMUCHOŁÓWKA NOWE WŁOSY PAULINY PIWNICA POŚWIĘCENIE PROKLATA TRIJCA ZEGAR ŚMIERCI Antoni Nowakowski Paweł Cieliczko Jakub Branicki Krystian Janik Karol Mitka Dariusz Kick Mariusz Wojteczek Tomasz Czarny Edward Horsztyński Agnieszka Kwiatkowska Redakcja: Błażej Jaworski, Maciej Zawadzki Projekt okładki i skład: Roman Panasiuk Ilustracje: Roman Panasiuk, Paweł Chmielnicki Korekta: Dagmara Adwentowska email: magazynhisteria@gmail.com 2 Witajcie! To już szósty numer Histerii, a pierwszy w nowym roku. Dwanaście miesięcy temu przeprowadziliśmy burzę mózgów w skromnej redakcji, zastanawiając się nad nazwą magazynu. Kiedy padło słowo histeria, wiedzieliśmy, że to jest to, czego szukaliśmy. Oczywiście nikt z nas nie miał na myśli „duszności macicznej”, a raczej potoczne znaczenie tego słowa. Wartki strumień wspomnień popłynie w marcu, kiedy ukaże się rocznicowy numer, pełen niespodzianek, nad którymi już intensywnie pracujemy. Obecne, styczniowe wydanie ujrzało światło dzienne w 206. rocznicę urodzin E.A. Poe. Kto wie, może kiedyś, gdy większość z nas zabierze śmierć, świat literacki będzie hucznie obchodził urodziny pisarza, który debiutował na łamach naszego magazynu? Może będzie to jeden z autorów-laureatów naszego PO(E)dejrzanego konkursu na horror detektywistyczny? Dwa zwycięskie opowiadania i jedno wyróżnione możecie przeczytać w tym numerze. Co jeszcze na Was czeka? Nie chcemy odkrywać wszystkich kart, ale uchylenie rąbka tajemnicy chyba nikomu nie zaszkodzi. Zawsze staramy się, by każda Histeria była urozmaicona jeśli chodzi o rodzaj i atmosferę opowiadań. W styczniowym wydaniu każdy znajdzie coś dla siebie. Oprócz wyżej wspomnianych tekstów, utrzymanych w klimacie prozy Poego, mamy coś dla miłośników gore. To za sprawą „Poświęcenia”, autorstwa naszego gościa specjalnego – Tomasza Czarnego. W świat bizarro wprowadzi Was natomiast „Muchołówka” Karola Mitki, który powraca do nas po kilkumiesięcznej przerwie. Nutę horroru w wersji sarmackiej zawdzięczamy E. Horsztyńskiemu („Proklata Trijca”). Oczywiście to nie wszystko, ale resztę... odkryjecie sami. Przed lekturą dziesięciu histerycznych opowiadań zapraszamy na wywiad z Przemysławem Kyrczem, którego „Smakosz” na drodze głosowania został uznany za najlepszy tekst listopadowego numeru. Życzymy mocnych wrażeń i do zobaczenia na marcowych urodzinach Histerii! Histeryczna Redakcja WYZNANIA HISTERYKA Przemysław Kyrcz Na co dzień jestem szczęśliwym mężem i wiodącym spokojne życie emigrantem. Cenię sobie prywatność i prawdziwe życie, więc nie znajdziecie mnie na facebooku. Z natury jestem człowiekiem dość cichym, ale uwielbiającym wdzierać się w głowy czytelników za pośrednictwem swoich tekstów. Pisanie jest dla mnie formą odreagowania i przelania swoich lęków na innych. Wychowałem się na książkach Kinga, Koontza, Herberta i Mastertona. Dziękuję wszystkim Czytelnikom za głosy, dzięki którym mogłem dołączyć do zacnego grona Histeryków. Pozdrawiam i życzę wszystkiego Najstraszniejszego! Skąd pomysł na „Smakosza”? Pomysł na ,,Smakosza” pojawił się po przeczytaniu kilku powieści Edwarda Lee. W przedmowie do ,,Sukkuba” przeczytałem, że polscy wydawcy, redaktorzy i tłumacze nie chcą pracować z powieściami Pana Lee, ponieważ poziom brutalności jest dla nich nie do przyjęcia. Pamiętam, że pomyślałem wtedy, jak ktoś może odbierać mi przyjemność obcowania z literaturą, którą lubię. Dla porównania – w Anglii, gdzie przyszło mi mieszkać, książki Edwarda Lee są dostępne w każdej księgarni. Uważam, że jeśli nasz rodzimy rynek wydawniczy zalewany jest książkami typu ,,Pięćdziesiąt Twarzy Greya” tylko dlatego, że na Zachodzie się to sprzedaje, to ten sam szablon powinien obowiązywać w przypadku Edwarda Lee. Myślę, że ,,Smakosz” był także chęcią sprawdzenia się w gatunku gore i przekonaniu się, czy w czasach, w których żyjemy, można jeszcze czymś zaszokować czytelnika. Jak wyglądała praca nad tekstem? Praca nad tekstem jest w moim przypadku dość dziwnym zjawiskiem dla mnie samego. Podczas pisania pierwszej wersji, historia po prostu się pisze i ja sam nie bardzo wiem, skąd się bierze i gdzie zmierza. Po skończeniu pierwszej wersji ,,budzę się ze snu’’ i czytam, co napisałem. I dopiero wtedy zaczyna się świadoma praca z tekstem. Więc dla mnie pisanie jest trochę jak trwanie w półśnie…czasami udaje się wyśnić całą historię od razu, a czasami niestety dopada mnie bezsenność. Skąd czerpiesz inspiracje do pisania? Inspiracją dla mnie są najróżniejsze rzeczy. Czasami jest to zdanie przeczytane albo zasłyszane w tv, czasami sen. Otaczający nas świat i ludzie to niewyczerpane źródło inspiracji. Ja sam uwielbiam obserwować ludzi i ich zachowania. To świetna zabawa! Pisanie to hobby czy coś więcej? Pisanie od zawsze było dla mnie czymś więcej. Świadomość, że ktoś czyta moje teksty, daje mi ogromną satysfakcję i motywację do dalszej pracy. Wywoływanie emocji u czytelnika to wspaniała rzecz. Pisanie dla mnie jest jak dzielenie się samym sobą z innymi…niektórzy cię zjadają i im smakuje, inni nabawiają się tylko sraczki (śmiech) Z czym kojarzy Ci się słowo histeria? Histeria to coś, co mnie dopada, kiedy nic nie mogę napisać… jest jak postać, która zawsze za tobą podąża ciemnym korytarzem, i zawsze, kiedy się odwrócisz, potrafi znaleźć miejsce, aby się schować… (śmiech) k u i s a n a P n a m o R . s y r DRZWI Antoni Nowakowski Przeczekiwali skwar wczesnego popołudnia w cieniu oliwnego gaju. Po obiedzie i krótkiej sjeście, znowu, aż do zmierzchu, czekała ich praca przy zbiorze fasoli. Wcale nie należała do łatwych. Co prawda łodygi w tym roku wyrosły wyjątkowo wysokie, więc nie musieli zbytnio się schylać, ale pole naprawdę imponowało obszarem, no i obrodziło zatrzęsienie długich strąków z grubymi ziarnami. A ciągle tworzyły się nowe. Jednostajna praca od świtu szybko powodowała znużenie – skłonić ciało, odciąć garść strąków, włożyć do zawieszonego na szyi koszyka, znowu się pochylić, zebrać kolejny tuzin, przejść krok dalej… Odnieść wypełnioną po brzegi kobiałkę, wysypać zawartość do pokaźnego wora i wrócić. I tak bez chwili przerwy, w rosnącym blasku nieboskłonu i wzmagającym się upale, aż ciału prawie zabraknie potu, a mięśnie karku zesztywnieją ze znużenia. 5 Saduceusze z Rady Starszych bardzo cenili fasolę, a wszyscy uznawali, że słusznie. Szybko wypełniała żołądek, dając poczucie sytości. Owocowała prawie bez przerwy, należało tylko stale zrywać żółciejące strąki. Wymagała też wielu zabiegów – nawadniania, usuwania chwastów, przywiązywania rozwijających się pędów do wbitych w ziemię kijów – ale jej uprawa naprawdę się opłacała. Mączyste ziarna dawały też coś, o czym saduceusze wspominali z uśmiechem – siłę. – Jeżeli chcemy zdobyć przyrzeczony przez Boga Kanaan, musimy być mocniejsi od mieszkańców ziemi obfitości, czczących tylko doczesne uciechy, żyjących w grzechu – nadmieniali z naciskiem. – Może nawet fasola jest darem Stwórcy, bo dawniej jej nie sadziliśmy. Może on ustalił jej formę i zapewnił tak długą i obfitą płodność… Teraz jednak obaj odpoczywali. Mieli tutaj wszystko, czego potrzebowali. Dawno już zagospodarowali spory przestwór ziemi pośrodku szachownicy pól, oddany przez Radę Starszych ich wiosce w użytkowanie. W namiocie ze skór leżały derki, poduszki wypchane słomą i sianem, płachty tkanin służące za nakrycia, jeżeli nocowali. W odległym zaledwie o krok strumyku chłodził się bukłak z winem, a w przeniesionej z wioski skrzyni przechowywali talerze, kubki i cenny woreczek soli. Miecze i hełmy zawiesili na ożebrowaniu schronienia. Przydawały się – niekiedy zjawiali się złodzieje zbiorów i trzeba było ich odstraszyć. Czasami próbowano przesunąć znaki graniczne – wtedy też wrzask i szczęk dobywanego oręża szybko robiły swoje. Kiedyś zażarcie dyskutowali, czy naprawdę tutaj przydadzą się ciężkie i długie ostrza, uwierające głowy szyszaki i grube tarcze. Abdiel twierdził, że wystarczą tęgie pałki. Jon przypomniał jednak coś, o czym wspominano rzadko, ledwie półgębkiem i z wyraźnym strachem – o wysłannikach Otchłani. Sługach ciemności, pomiocie Szatana, jak często ich nazywano. Dawno nie widziano demonów zła, jednakże wiosną, zaraz po orce, na skibach ziemi znowu pojawiły się głębokie ślady ich stóp. – Przeklętych mieszkańców Otchłani nie odstraszą grube kije, nabijane metalowymi szpicami… – odpowiedział wtedy Jon. – Okrywają ciała płytami z metalu. Lepiej mieć pod ręką prawdziwą broń, przenikającą przez ich osłony. Abdiel wysłuchał przyjaciela, pomilczał chwilę, a potem aprobująco pokiwał głową. Następnego dnia przenieśli do namiotu jeszcze kilka włóczni z ciężkimi grotami, dwa łuki i spory zapas strzał. Małe ognisko paliło się prawie bez dymu, podgrzewając sagan ze strawą. Wszystko tchnęło spokojem upalnego i sennego dnia. Całkiem niedaleko skowronek wyśpiewywał swoją ptasią melodyjkę. 6 – W tym roku rośliny tak obwieszone, że gną się prawie do ziemi. – Jon wsadził łyżkę do garnka. Pociągnął nosem, wciągając zapach bulgoczącej potrawy. Szczupłą twarz z bródką rozświetlił uśmiech zadowolenia. – Doskonały plon. Zasługa naszej pracy przy nawadnianiu i pięknej pogody – nieboskłon od miesięcy bez chmurek… Łaska Boga, Pana naszego. Opiekuje się wybranym ludem. Drugą ręką przeżegnał się pośpiesznie. Po brodzie pociekł sos z wkładanego do ust drewnianego sztućca. Jon wytarł ją dłonią, a potem starannie wylizał palce. – Abdi, nie czytaj tego przeklętego gówna – rzucił, nakładając na talerze obfite porcje. – Ktoś zauważy, że studiujesz zakazane pismo. Wielu za jego głoszenie skończyło na krzyżu. Mieli szczęście, jeżeli tylko ucięto im język albo ukamienowano. Zatarł dłonie, przyglądając się kopiatym zestawom jedzenia. – Nie taka znowu zła śmierć – ciągnął, ważąc w dłoni woreczek soli. Nie zostało jej już dużo, a sporo kosztowała. – Ktoś trafi sporym odłamkiem skały w głowę, tracisz zmysły i nic nie czujesz. Nawet wtedy, gdy dobijają cię maczugami. Cynową warząchwią obficie dolał sosu do talerzy, a potem dołożył po kilka kawałków mięsa. Mieli pracy na parę dni, więc od razu przyrządzili sporo jedzenia. Jon uśmiechnął się szeroko, błyskając białymi zębami. Wiedział, że ładnie wyglądają i lubił je pokazywać. – Myśl o Święcie Płodności – kontynuował. – Mamy wyśmienite zbiory, więc pewnie saduceusze zezwolą na większą ilość kopulacji. Może też wyrażą zgodę na mój ożenek… Jestem zdrowy, pracowity, mam ciało bez żadnej skazy. Umiem walczyć… Te wypociny o drzwiach – pogardliwe prychnięcie przerwało wypowiedź – nadają się tylko do jednego: podtarcia dupy. Zajmij się lepiej posiłkiem, pysznie pachnie. Dłonią o wyrobionych pracą, mocnych palcach przeczesał grzywę płomieniście rudych włosów. Długa do ramion czupryna Jona budziła podziw dziewczyn, co rosłego mężczyznę napawało nieskrywaną dumą. Parę lat temu nabył grzebień z rzadkiego i drogiego metalu – ołowiu – i nie żałował nabytku. Codziennie czesana rudawa fryzura zyskiwała coraz bardziej płomienistą barwę. Dziewczyny lubiły szczotkować poplątane i grube włosy wyrośniętego i muskularnego mężczyzny, często szepcąc mu do ucha: – Pamiętasz o Dniu Płodności? Spotkajmy się wtedy, gdzieś w zacisznym miejscu… Abdiel, milcząc, wziął do ręki zapisaną drobnym, ale starannym pismem kartę papieru. Kiedyś zwierzył się Jonowi, że podziwia pracę kopisty, jego odwagę i samozaparcie – ujęty przez strażników Rady Starszych, nikogo nie wydał, choć obiecywano mu ocalenie życia. Skazany na ukamienowanie, zginął mężnie, wrzeszcząc: 7 – Głupcy, jesteśmy ludzką mierzwą, przewożoną nie wiadomo przez kogo, nie wiadomo po co i nie wiadomo dokąd! Wyzwólmy się i osiągnijmy nirwanę! Krzyczał do chwili, gdy jeden ze strażników saduceuszy nie wepchnął mu knebla do ust, a potem roztrzaskał głowę metalowym drągiem, służącym do wymierzania pospolitym łotrzykom kary łamania kości. Jon i Abdiel też ciskali kamieniami. Gdy wracali do swoich sadyb, Abdiel spostrzegł leżący w kępie tamaryszków gruby zbiór kart, przewiązanych sznurem. Jeden rzut oka wystarczył, żeby domyślił się, co znalazł – zakazany traktat, źródło herezji, przypowieść szerzoną przez odszczepieńców i zaprzańców. Księgę, kwestionującą prawie wszystko, w co żarliwie wierzono. Ktoś, przestraszony widokiem kaźni, wyrzucił arkusze papieru, mogące doprowadzić go przed sąd saduceuszy – i pozbawić życia. Abdiel, po prostu z ciekawości, przejrzał pierwsze trzy karty – a potem ukradkiem, nocami, przestudiował traktat o drzwiach do końca. Teraz czytał go już po raz czwarty, niekiedy coś podkreślając zaostrzoną trzcinką, maczaną w rozwodnionej sadzy. Ten chudy, żylasty mężczyzna z wydatnym, orlim nosem i policzkiem przeciętym blizną nie musiał teraz pomagać Jonowi – o brzasku przygotował jedzenie. Jon wykonywał swoją część pracy – gotowanie. Widać było, że posiadanie i studiowanie przez Abdiela wyklętego dzieła bardzo męczy Jona. – Drzwi… – kontynuował po chwili przerwy z tą samą nutą pogardy. – Nirwana… Pieprzenie. Jesteśmy jak bracia, nie wydam cię, jednak spal ten traktat. I dlaczego wertujesz go w biały dzień? Dopraszasz się, żeby ktoś doniósł o twojej głupiej pasji strażnikom saduceuszy. Splunął na ziemię. Abdiel odłożył na bok gęsto zapisaną kartę i zabrał się za studiowanie kolejnej. Jadł wolno, jakby stojący przez nim talerz fasoli z mięsem niespecjalnie go interesował. – Nikt nawet nie pomyśli, że ktoś jest tak szalony, iż czyta o drzwiach tam, gdzie wszyscy go widzą – zauważył sucho. – Każdy powie, że pilnie przypominam sobie którąś z przypowieści o Bogu naszym jedynym, aby skomentować ją w dniu sabatu. Jon pokiwał głową. Abdiel, zasłużony weteran wojen z Kananejczykami, często dostępował zaszczytu omawiania przypowieści w wioskowej świątyni. Słuchano go z uwagą. Abdiel zebrał jednak arkusze, owinął spłachciem tkaniny i włożył do kosza z owocami, przekładając na wierzch z tuzin dorodnych pomarańcz. Z dziwnym uśmiechem przypatrywał się Jonowi. 8 – Ciekawa rozprawa filozoficzna… – podjął po chwili. – Nie pojmuję, czemu Rada Starszych grozi jej twórcy stosem. Czemu zakazała czytania jego dzieła… On tylko twierdzi, że nasz świat jest skończony. Podaje dowody… Przypuszcza, że jesteśmy jednak cząstką świata nieskończonego. I że istnieje łącze z tym światem. Przejście, może jedno z wielu… Nazywa je drzwiami. W tym duchu objaśnia wiele znanych legend. Pisze, że kiedyś już sprawdzono, iż drzwi naprawdę istnieją. Ich otwarcie przeniesie nas wszystkich do świata nirwany, wypełniającej nieskończoność. W tym naprawdę nie ma nic obrazoburczego. Saduceusze przesadzają, nie rozumiem dlaczego. Uśmiechnął się z zakłopotaniem. Skowronek znowu podjął swój dźwięcznie brzmiący zaśpiew. Przez chwilę uważnie słuchali skrzydlatego śpiewaka, może chwalącego obfitość zbiorów z wioskowych pól. – Taa… – Jon wrócił do rozmowy. Znowu prychnął. – Spojrzyj no tylko! Nożem do usuwania łyka wskazał przestrzeń przed sobą. Pola fasoli, owsa i żyta ciągnęły się aż po horyzont, przedzielone kępami drzew owocowych i zagonami z gęstwą tyczek podtrzymujących pędy winorośli. Wiał łagodny wietrzyk, tonujący upał. Całkiem niedaleko, tuż za granicznym kopcem, wytyczającym domenę sąsiedniego sioła, łysawy mężczyzna w chitonie obchodził rozległą połać ziemi z niskim i rzadko rosnącym żytem. Wznosząc ręce, przeklinał tak donośnie, że Abdiel i Jon dobrze go słyszeli. – Im nie obrodziło… – Jon krótko skwitował złorzeczenia. – Głupcy, nie przyłożyli się do pracy. Nie słuchali wskazań swojej rady, nie chwalili ze szczerego serca Pana, nie oddali mu umysłów i dusz… Zostali ukarani. Jesienią upieką niewiele jęczmiennych placków i chleba, a ich dzieci zapłaczą z głodu… Jeżeli wprowadzą porcjowanie jedzenia, najstarsi wymrą, a ich ciała użyźnią jałową glebę. W przyszłym roku osiągną obfitsze plony. Ze smakiem oblizał łyżkę. – Gdybyśmy wreszcie zdobyli przyrzeczoną nam ziemię Kanaan – stwierdził z nutą tęsknoty w głosie – ziemię obiecaną, zmieniłoby się wszystko. Żylibyśmy szczęśliwie w krainie obfitości. Oczy Jona błysnęły. Oboje odwrócili wzrok. Wiele razy widzieli już takie obrazy ludzkiej rozpaczy – i sami je przeżywali. – Tak jest wszędzie. – Jon z wyraźną złością wrócił do wątku rozmowy. – Dostrzegasz gdzieś jakieś drzwi? Brednie! Ten pieprzony filozof siedzi teraz w jamie w ziemi i pewnie skamle o miskę strawy, czekając na proces. Jego domostwo zburzono – słuszna kara, nie można ludziom mącić w głowach. Głupi wypierdek naplótł bzdur, a ty się nimi zachwycasz! 9 Pokręcił głową. – Ten pisarzyna pewnie nie umie zarżnąć jagnięcia i podzielić tuszy. – Kawałkiem chleba Jon zbierał resztki sosu. Wszyscy wiedzieli i pamiętali, że nawet krztyna pożywienia nie może się zmarnować. – Abdi – ciągnął rozmarzonym tonem – lepiej pomyśl o Święcie Płodności. O bachanaliach. Strugach lejącego się wina, pieczonych jagniątkach, tańcach nagich dziewczyn… o ich piersiach, brzuchach i kępach włosów – wiesz gdzie. Gdy przypominam sobie zeszłoroczną noc, od razu kutas mi staje. Zaśmiał się rubasznie, klepiąc po brzuchu. – Zauważyłeś, że staje nam tylko raz w roku? – Abdiel podał towarzyszowi pomarańczę. Uśmiechnął się kpiarskim skrzywieniem warg. – Tylko raz, jakbyśmy przeżywali zwierzęcą ruję… Nie sądzisz, że to dziwna sprawa? Powiedz mi jeszcze jedno – co jest dalej, za wytęsknioną i wymarzoną krainą Kanaan, jak twierdzą saduceusze, przyrzeczoną nam przez Boga? Co? Wiesz? Oczy Abdiela też teraz błysnęły. Ciągnął dalej, cichym, ale pewnie brzmiącym głosem: – Nikt tego nie wie, nawet saduceusze. Pewnie właśnie tam ulokowano drzwi. Może nawet znajdują się za Otchłanią… Albo tuż przed nią. Myślę o tym, żeby je odnaleźć. Niecierpliwym gestem potarł bliznę na policzku, jakby znowu w starej ranie odczuwał ból. W plemiennych wioskach szanowano Abdiela za odwagę i męstwo, okazywane podczas prób podboju ziemi Kanaan. Rada Starszych ceniła jego doświadczenie i przemyślność, coraz częściej powierzając mu przewodzenie niebezpiecznym misjom zwiadowczym. Wiele takich wypraw nigdy nie powróciło, a o ich członkach słuch zaginął. – Ciała naszych braci poćwiartowano i wrzucono do dołów z gnojem, żeby wzbogaciły cenny nawóz… – kwitował któryś z saduceuszy, gdy stracono już nadzieję na powrót wyprawy. – Ich ofiara nie poszła jednak na marne. W każdym kłosie pszenicy znajdzie się niebawem cząstka ich cielesnych powłok, bo dusze z pewnością trafiły do raju. Wypieczony z tej mąki chleb jeszcze zjedzą Kananejczycy, kiedyś jednak nas nasyci… Wyprawy pod wodzą Abdiela kończyły się szczęśliwie. Wracały, niejednokrotnie z posieczonymi i broczącymi krwią uczestnikami – ale wracały. Abdiel nigdy nie zostawiał ciał poległych towarzyszy – nakazywał je, mimo fetoru rozkładających się zwłok, zabierać ze sobą. Wyprawy przynosiły ważne wieści – o położeniu studni z wodą na Spalonych Ziemiach, tam cenniejszych od złota, sile grodów Kananejczyków – wznosili ich coraz więcej – wysokości i grubości murów, liczbie wież, rodzajach uzbrojenia. 10 Rada Starszych z wielką uwagą wysłuchiwała sprawozdań wysokiego, żylastego mężczyzny, cieszącego się coraz większą estymą. Długo przetrawiano twierdzenia Abdiela, że strażnicy Otchłani porzucili Spalone Ziemie. – Napotkaliśmy ich zaledwie kilku. I tak jest za każdym razem – z niezachwianą pewnością siebie Abdiel wyjaśniał saduceuszom budzącą zdziwienie opinię. – w każdej wyprawie… Wyglądało na to, że tylko sprawdzają, czy ktoś jednak nie osiedlił się w lepiej zachowanych częściach. Nie zwracali na nas uwagi. Znając położenie ocalałych źródeł wody, przejdziemy skażoną grzechem ziemię bez kłopotów. Zarządzone dodatkowe misje potwierdziły prawdziwość tych spostrzeżeń. – Nie ma tam już dusz do porywania w ognie Otchłani, zabrakło ciał do ćwiartowania żywcem. Cóż mieliby tam dalej robić? Po co pilnować pustki? – Jeden z saduceuszy, kiwając głową, podał zaskakująco proste wyjaśnienie dziwnego zjawiska. – Jeśli tak jest, jedna z przeszkód do podbicia Kanaanu obróciła się w proch. Zniknęła… W ostatniej wyprawie wojenne szczęście opuściło jednak Abdiela. Jego oddział, już w drodze powrotnej, wpadł w zasadzkę. Wyrwali się z okrążenia, przebili przez mur włóczni, mieczy i toporów, lecz cios siekiery dosięgnął hełmu dowódcy. Ciężki szłom wytrzymał, ostrze ześlizgnęło się, ale rozorało policzek. Broczący krwią Abdiel mógł biec, a potem iść – i dzięki temu ocalał. Początkowo wydawało się, że szybko dojdzie do siebie. Jednak rana coraz bardziej się paskudziła, a ciało trawiła wysoka gorączka. Zaczął majaczyć. Gwałtownie chudł. – Zepsuta krew… – orzekł wioskowy znachor, badający nieprzytomnego wojownika. – Możliwe, że Kananejczycy zanurzają teraz oręż w kadziach w trucizną. Nie wiadomo, czy przeżyje. Nakazał stosowanie okładów z chleba ugniatanego z pajęczynami. Nie żałowano dla Abdiela cennego pieczywa, a stajnie i chlewy oczyszczono z owoców pracy pająków. Abdiel wydobrzał, jednakże zmienił się. Stał się milkliwy. Wydawało się, że nieprzerwanie o czymś myśli. Niekiedy mówił sam do siebie, jakby powtarzał – albo formułował – spostrzeżenia, zrodzone podczas tych tylko jemu znanych rozważań. Pracował chętnie, znowu pokazując swoją tężyznę. Na zadawane przez saduceuszy pytania, kiedy podejmie następną wyprawę, z nikłym uśmiechem odpowiadał, że jeszcze nie jest gotowy. Ponownie zamknął się w sobie, ze zmarszczonym czołem i zaciśniętymi wargami głęboko nad czymś medytując. Wtedy właśnie znalazł wyklęty traktat. 11 Teraz też odłożył pomarańczę, zacisnął usta, podparł ręką podbródek, wpatrując się w przestwór pól, jakby dostrzegł w nich coś niezwykle interesującego. Bezdźwięcznie poruszał wargami, pewnie znowu formułując jakieś wnioski. – Dalej są Spalone Ziemie, zwane też Skażonymi, zniszczone ogniem pustkowie, pas gruntów oddzielających nasze plemię od żyznych ziem Kanaanu. – Jon przerwał ciszę. Mówił tak, jakby tłumaczył dziecku oczywistą prawdę. – Przecież wiesz o tym… Pewnie dalej istnieją kolejne krainy, już nam nieznane. Na końcu jest bezkresna Otchłań, siedlisko sług ciemności, pomiotu Szatana. Porywają grzeszników, niedowiarków, ludzi żyjących bez Boga. Dręczą ich, ćwiartują za życia, aż nie skonają w okrutnych mękach… Tak samo czynią z ich duszami. Wiernych wierze chroni jednak nasz Stwórca. Nasz Bóg jedyny i Pan. Abdielu, opamiętaj się! Wszyscy o tym wiedzą! – Nieprawda! Człowiek z blizną na policzku zerwał się z zydla. – Nieprawda… – powtórzył głuchym głosem. – Powiem ci coś, czego nie przekazałem saduceuszom, bo i tak by mi nie uwierzyli. Pewnej nocy szedłem samotnie na czele oddziału, wyprzedzając moich ludzi o jakieś parędziesiąt kroków. Byłeś wtedy z nami… Jak zwykle, sprawdzałem, czy gościniec wolny. Napotkałem ich – napotkałem wysłanników Otchłani. Prawda, że ledwie kilku. Nie uwierzysz, ale oni nie zwracali na mnie uwagi! Cofnąłem się i wpadłem jeszcze na dwóch. Stali o trzy kroki ode mnie, na wyciągnięcie ręki. Zrobili mi przejście, a potem odeszli! Zacząłem zastanawiać się, czemu tak postąpili – i nie znajdowałem wytłumaczenia. Dzisiaj – tak... Jon wykrzywił wargi w szyderczym uśmiechu. – Coś nadal zatruwa twój umysł, może resztki zepsutej krwi – rzucił oschle. – Z twojej duszy nie mieliby pożytku, bo jesteś prawowiernym synem wybranego przez Boga plemienia. Może lękali się walki, może zajmowały ich inne sprawy… Istnieje wiele wytłumaczeń tego dziwnego zachowania. Przestań czytać ten przeklęty traktat, zniszcz go, a wtedy szybko dojdziesz do siebie. Myśl o kolejnej wyprawie. Myśl o Święcie Płodności. Każda dziewczyna z rozkoszą przyjmie twoje nasienie. Przeciągnął się, szeroko rozkładając ramiona. Zbliżała się najpiękniejsza chwila znojnego dnia – poobiednia drzemka i już się do niej przygotowywał. Jon niekiedy dołączał do oddziału zwiadowczego – i cieszył się dobrą reputacją. Słuchał poleceń, bez protestów przyjmował niesienie tobołu z pożywieniem i bukłaków z wodą. Wykonywał zadania tragarza, ale w razie potrzeby mężnie stawał do walki. Nie rwał się do boju, ale i nie tchórzył. Bez szemrania wykonywał zwykłe, ale konieczne zadania, więc, jeżeli się zgłosił, w hufcu zwiadowców witano go z otwartymi rękoma. 12 Teraz najwyraźniej nie przejawiał ochoty na wspominanie niedawnej misji. Może chciał zakończyć dziwne wynurzenia Abdiela. Ten wcale nie zamierzał przestać. Ciągnął z namysłem, jakby zastanawiał się nad każdym zdaniem: – Zastanowiło mnie potem jeszcze coś innego. Nie wiem, Jonie, czy w zamęcie walki spostrzegłeś, że gdy wpadliśmy w zasadzkę Kananejczyków, z boku pojawili się wysłannicy Otchłani. Przeraziłem się… a oni stali i tylko patrzyli, tak jak my oglądamy dwa byczki, ścierające się o młodą jałówkę… Oni nas oceniali, uwierz mi. Zacząłem się zastanawiać, dlaczego? Przecież są sługami Otchłani, polują na ciała i dusze. Abdiel wyjął z koszyka wyjątkowo dorodną pomarańczę. Obracając w palcach owoc, uważnie mu się przyglądał. Rozejrzał się dookoła, chyba jednak sprawdzając, czy nikogo nie ma w pobliżu. – Nie znałem odpowiedzi… – ciągnął cicho – do czasu, kiedy nie przeczytałem traktatu. Ktoś nas hoduje, ktoś nas dobiera, jak najlepsze i najtęższe sztuki w stadzie, ktoś nas lepi tak, jak pragnie. Jak sobie wymarzył… Wszystkie przypowieści o Otchłani oszukują nas. Ona istnieje, bo napotykamy sługi Ciemności, jednak cel tego istnienia jest inny. Jeszcze nie wiem jaki... Może właśnie tam ukryto drzwi? Otchłań wcale nie musi być siedliszczem upadłych aniołów pod wodzą Szatana. Jest czymś zupełnie innym – zaporą na drodze do nirwany. Wolno pokiwał głową. Jon patrzył na niego w milczeniu z pobladłą twarzą. Wielokolorowy motylek przysiadł na stoliku i po chwili odleciał. – Abdielu, Abdielu…. Bluźnisz. – Jon zmierzwił włosy. Odsunął cynowy talerz, lśniący niczym lustro – kromką chleba wyczyścił go dokładnie. Łamał teraz jedyną pozostałość pajdy, twardą i wypieczoną skórkę. – Trucizna Kananejczyków wciąż krąży w twoich żyłach… Kiedyś mnie uratowałeś. Poraniono mnie, nie mogłem zrobić kroku. Nakazałeś sporządzić nosidła z gałęzi i ponieść do wioski, więc nikomu nic nie opowiem. W ten sposób będziemy kwita. Życie za życie, bo gdybym szepnął saduceuszom choćby słówko… Wolno pokiwał głową, jakby potwierdzał podjętą przed chwilą decyzję. Abdiel uśmiechnął się lekko. – Nie marnuj pożywienia – rzucił, podejmując z ziemi cząstki chlebowej skórki. – Nie zostawiam rannych na zatracenie. Zabieramy ciała poległych. Jeśli widzę, że ktoś nie przeżyje, dobijamy go. Dobrze o tym wiesz… 13 Żuł starannie resztkę pieczywa. Dłonią o grubych palcach zgarnął ze stolika okruchy i połknął. – Czy nie tego uczymy się całe życie? – podjął po chwili. – Jeżeli chcesz mieć pod dostatkiem pszennego chleba, zdobądź ziemię Kanaan. Wyrżnij wszystkich mieszkańców przyobiecanej przez Boga krainy obfitości… Nie marnuj nawet ciała zmarłego towarzysza – też użyźni pola. Tego też się uczymy – i w to wierzymy. Kanony naszej wiary… Zaśmiał się szyderczo, jakby coś bardzo go rozbawiło, choć jego śmiech nie brzmiał wesoło. – Abdi, uważaj… – w głosie Jona zabrzmiała nieudawana troska. – Czytasz traktat, ale tylko ja wiem o tym. Niekiedy dyskutujesz z sąsiadami. Zaczynają dziwić się twoim słowom. Kładą je jeszcze na karb odniesionej rany, zatrutego ciała – już prawie witałeś się ze śmiercią. Jednak szybko zmienią osąd, jeśli nieprzerwanie będziesz wygadywał bluźniercze słowa – i równie szybko o brzasku wyrwą cię ze snu strażnicy saduceuszy. Abdiel wzruszył ramionami. Założył dłonie za głową i przeniósł wzrok na zasnuty mgiełką widnokrąg. Zdawał się nie słuchać Jona. – Stos pewnie cię ominie, bo nie ty napisałeś ten przeklęty traktat – ciągnął Jon. – Za szerzenie herezji możesz jednak zawisnąć na krzyżu. Wsadź te karteluchy do wychodka, tam jest ich miejsce. Wtedy szybko dojdziesz do siebie. Przerwał, żeby nabrać tchu. – Jesteś znany i wszyscy cię cenią – mówił z namysłem. – Rada Starszych i na takich ma właściwy sposób – kastrację. Karę dla szaleńców i ludzi niegodnych potomstwa… Czasami wykonują ją tępym nożem. Wtedy będziesz mógł cienkim głosikiem opowiadać o traktacie, a i tak nikt cię nie posłucha, najwyżej splunie w twarz – głupków nikt nie słucha… Nikt nie zwraca uwagi na bredzenie takich wioskowych wywłok, czyszczących kloaki, ciągnących wozy i radła, a potem cieszących się z łaskawie rzuconego kęsa pożywienia. Możliwe, że w uznaniu dawnych zasług jednak wyślą cię na krzyż. Abdiel wstał i przeszedł kilka kroków. Zdawał się nad czymś głęboko zastanawiać. Wyciągnął ze strumyka zapomniany bukłak z winem. – Drzwi… – kontynuował cicho Jon, sięgając po kubki. – Nirwana… Abdielu, gdy zdobędziemy Kanaan, będziemy żyć jak w raju. Ja niebawem pewnie się ożenię, a może nawet kiedyś stanę członkiem Rady Starszych. Nie chciałbym cię wtedy sądzić, ale może będę musiał. Przez chwilę milczeli. Ciszę przerywało turkotanie kół małego wozu, ciągniętego przez osła po kamienistej drodze – i piskliwe śmiechy dziewczyn, idących za zaprzęgiem i pilnujących, żeby nie zsunęły się worki z fasolą. 14 Rozprawiały o czymś żywo. Jon przyglądał się im tęsknym wzrokiem. – Skąd się wziął wyraz bachanalie? – rzucił nagle Abdiel. Jego oczy błysnęły. – Nikt go nie rozumie, a wszyscy używają… Skąd? Wiesz? – Historia człowieka jest długa. – Jon przeniósł wzrok na towarzysza. – Nie wszystko pamiętamy... Proszę, nie myśl o tych bzdurach, Śmierć na krzyżu naprawdę nie jest przyjemna. – Wiem, dlatego jutro o brzasku wyruszę w daleką drogę. Wszystko już przygotowałem… Właśnie z tego powodu rozmawiam z tobą tak szczerze. Sprawdzę, czy drzwi istnieją. Jeśli nie uda się ich odszukać, osiądę gdzieś daleko. Samotnie. Dowiem się, kim naprawdę są wysłannicy Otchłani. Wtedy dopiszę dalszą część traktatu… Skowronek po raz trzeci podjął swój zaśpiew, może obwieszczając, że i on cieszy się z obfitości pożywienia. *** Abdiel wędrował wiele dni, żeby odszukać drzwi, tak długo, że już dokładnie nie pamiętał, kiedy wyruszył. Bez kłopotów przebył Spalone Ziemie. Znał i pamiętał szlaki, prowadzące od ukrytego w skałach źródła do następnego wodnego oczka, od groty, będącej w dzień schronieniem dla jego dawnego oddziału, do obszernej jamy, nakrytej płytami spieczonego na kamień żużla. Stanowiła kolejne miejsce spoczynku. Przypowieści podawały, że kiedyś istniały tutaj zasobne miasta, zapełnione ludźmi pełnymi pychy, tarzającymi się w grzechu, bez przerwy oddającymi się kopulacjom i bezrozumnie płodzącymi potomstwo – i w ten sposób ograniczającymi zasoby żywności. Zagniewany Stwórca wypalił wszystko ogniem, obracając w perzynę i przemieniając w pustynię siedliska zła. Abdiel Skażoną Ziemię przemierzał nocami, w dzień odpoczywając i chroniąc się przed żarem lejącym się z nieboskłonu. Nie miał wiele do niesienia – w tobołku upakował dwie pary zapasowych sandałów, suszone mięso, woreczki z gotowaną fasolą i bukłak na wodę. Zabrał też traktat i często go czytał. Poła płaszcza okrywała długą głownię zakrzywionego kordu, a płócienny zawój chronił głowę. Nie zmienił sposobu postępowania, gdy w końcu ujrzał mieniące się żółcią pszeniczne pola Kanaanu. Poruszał się czujnie, jak drapieżne zwierzę, wybierające się na łowy. Nadal wyruszał w drogę po zmroku, unikając gościńców i wyłożonych kamieniami traktów. Dzień przesypiał niespokojną drzemką pośrodku pola pszenicy, wybierając najrozleglejsze. Zjadał 15 ugniecione ciałem kłosy, bo ciągle pamiętał, że nawet kawalątek strawy nie może się zmarnować. Zapas pożywienia szybko się wyczerpał, więc co pewien czas Abdiel włamywał się do kananejskich spichrzy, błogosławiąc zapobiegliwość mieszkańców kraju obfitości. Płaszcz się postrzępił, chudą twarz spaliło słońce, sandały zniszczyły, ale Abdiel wciąż kroczył przed siebie. W końcu w monotonnym przestworze rędzin ziemi dostrzegł niebieskawe pasemko wzniesień. Wzgórz, pewnie z tej strony wytyczających granicę Kanaanu. Sądził, że dalej, na nieznanych rubieżach, mogły znajdować się drzwi. Krajobraz zmienił się – coraz więcej skalistych wzgórków przedzielało urodzajne pola. Długo utrzymywała się dobra pogoda, ale w końcu zaczął siąpić deszcz, więc Abdiel wieczorem ułożył się do snu w niewielkiej pieczarze, w jednym z tych wyniosłych, kamiennych pagórów. Rankiem zauważył w skalnej ścianie drewniane wrota. Nie wyglądały jak zamknięcie jakiegoś schowka – Kananejczycy często wznosili spichrze na oddalonych od wiosek połaciach ziemi, ale nigdy nie ukrywali płodów w jamach czy grotach. Wyłamanie zmurszałych desek poszło szybko. Łatwo ustąpiły pod naporem głowni kordu i silnych ramion. Ujrzał korytarz z bladą poświatą światła w oddali. Serce Abdiela przepełniła radość – nigdy nie słyszał o takiej krainie, nie wspominała o niej żadna przypowieść. Przejście nie przypominało też części Otchłani, pełnej żaru płomieni i dusz grzeszników. Stało milczące, a daleki poblask światła zdawał się zapraszać do siebie. Abdiel osądził, że jeżeli drzwi istnieją i ukryto je przed ludźmi, znajdują się gdzieś dalej. Na pewno mógł do nich dotrzeć. Ściany i strop wyglądały dziwnie, więc uderzył klingą w bok wąskiego przejścia. Usłyszał pogłos dźwięczącego metalu. Nie brzmiał jak spiż – przypominał wysokie i radosne bicie wioskowego dzwonu, obwieszczającego nadejście dnia odpoczynku. Wędrowiec wielkimi krokami ruszył przed siebie, prędko docierając do małej sali. Okazała się początkiem długiej i wyczerpującej drogi przez zawikłany labirynt korytarzy, schodni i rozległych hal. Nie rozumiał, gdzie trafił, ale jedno już wiedział – święte przypowieści kłamały. Nie mówiły prawdy, bo szybko napotkał istoty, nazywane sługami Otchłani. W pierwszej chwili, kiedy je zobaczył, umysł ogarnęła trwoga. Stanął z wydobytym orężem, 16 gotów do ostatniej walki, żegnając się z życiem. Przez chwilę zastanawiał się, co odczuwa człowiek, rozrywany na strzępy. Nic się nie stało. Dziwne istoty, niekiedy kształtem przypominające człowieka, ustąpiły mu z drogi. Wykonywały jakieś prace, dla Abdiela niezrozumiałe, i wcale nim się nie interesowały. Stwory z metalu – gdy nabrał śmiałości, sprawdził, że ich korpusy dźwięczą tak samo jak ściany – nawet mu pomagały. Otwierały przejścia, bo początkowo nie zawsze potrafił sobie z tym poradzić. Niektóre niczym posągi trwały nieruchomo, nie zdradzając objawów życia. Zamarły, ale Abdiel nie miał pewności, czy na zawsze, bo nie przejawiały oznak rozkładu. Nie wiedział, co o nich sądzić, więc omijał je z daleka. Przypadkowo znalazł w jednej ze ścian źródło wody. Ciekła niewielkim strumykiem z przedmiotu o niezrozumiałym przeznaczeniu – i teraz wiedział, gdzie jej szukać. Pożywienia w węzełku ubywało, ale Abdiel się tym nie przejmował – sądził, że jeśli znalazł wodę, pewnie niebawem odkryje i skrzynie z żywnością. Już się nie śpieszył, w chwilach odpoczynku coraz częściej wertując karty traktatu. Zaostrzoną trzcinką – zabrał ją w drogę wraz z ptasim piórem i butelką roztworu sadzy – znowu podkreślał najciekawsze tezy. Na końcu spisywał wszystko, czego ostatnio doświadczył. Szybko opuścił go lęk. Teraz spał długo, głębokim snem pełnym marzeń o tym, co opisywał traktat – o nieskończoności. Głęboko wierzył, że niebawem przejdzie do niej przez tak długo poszukiwane drzwi. *** Abdiel czuł, że wreszcie doszedł do kresu. Osiągnął cel wędrówki. Z niewielkiego pomieszczenia nie wiodły dalej żadne korytarze. Istniało tylko wejście. Z boku nieruchomo stały stwory, nazywane przez członków jego plemienia sługami Otchłani albo pomiotem Szatana. Znajdowały się blisko, ledwie o kilka kroków. Nie poruszały się. Abdiel przyjrzał się im uważnie. Nie czuł już lęku, gdy spotykał istoty wykonane z metalu. Serce zabiło mu jednak niespokojnie, kiedy zerknął przez przezroczystą pokrywę jednego z nich – i dostrzegł, że w środku zieje pustka. Ten milczący i nieruchomy mieszkaniec nieznanej jeszcze nikomu krainy wyglądał, jakby wydarto mu wnętrzności, 17 pozostawiając tylko grubą powłokę. Jednak nawet nie drgnął pod naciskiem palców, więc Abdiel szybko się uspokoił. Omiótł salę wzrokiem – i wtedy zobaczył drzwi. Niewielkie, z metalową dźwignią pośrodku. Nad nimi żarzyły się czerwone światła, mrugając jednostajnie. Ten intensywny blask wielkich lamp uspokoił Abdiela – wyglądał przyjaźnie. Do tej pory nie napotkał takiej sali – i takiego wyjścia. Musiało prowadzić na zewnątrz. Potajemnie przepisywany traktat, który wielu ludzi, szerzących jego tezy, zaprowadził na krzyż, nie kłamał. Drzwi istniały. Abdiel rozwiązał węzły podróżnego tobołka i wyciągnął zbiór kart papieru, pieczołowicie przewiązanych sznurem. Pragnął sobie coś przypomnieć. Wszyscy żyjemy w olbrzymiej kapsule, przemierzającej nieskończoność, ale nie wiemy o tym. Kapsuła jest tak wielka, że wydaje się nam, iż nie istnieją jej krańce… Kiedyś zdawaliśmy sobie sprawę, że rodzimy się i umieramy w zamkniętej przestrzeni – i pewnie też wiedzieliśmy, dlaczego tak jest… Jednakże coś się stało. Coś zawiodło... Część naszych ziem zniszczył kataklizm, naturalna katastrofa wewnątrz naszej bryły, będącej dla nas jedynym światem. Ocaleliśmy, ale niektórzy z tych, którzy zachowali pamięć o dawnych czasach, w swojej pysze zaczęli nami rządzić. Tłamsili pamięć o prawdziwym jestestwie świata kapsuły, bo była dla nich niewygodna. Sięgając do bardzo starych źródeł, stworzyli nową pamięć dla naszego świata, z gruntu fałszywą, i sami mianowali się jej strażnikami – saduceuszami. Zniszczyli dawną wiedzę, jeszcze zawartą w legendach, strzępach wspomnień, przekazywaną w rodzinnych opowieściach… Uczynili tak, żeby usprawiedliwić istnienie ich kasty. Może też wykonują niepojętą dla innych misję – wiele na to wskazuje. Może hodują rasę ludzi odpornych na prawie wszystko… Rasę wojowniczych zdobywców… Dlaczego i po co – nie wiemy… Wiemy jednak, że skrzętnie kryją przed nami prostą prawdę – jesteśmy ledwie cząsteczką otaczającej nas nieskończoności. Jeżeli tak, musi istnieć jakiś powód skrywania tej wiedzy. Przyczyna jest prosta – nieskończoność jest doskonalsza od naszego świata kapsuły. Musi być doskonalsza, a może nawet jest doskonała, bo dlaczego prawdę o nieskończoności się ukrywa? Abdiel na chwilę przerwał czytanie. Ostatnio ciągle studiował ostatnie karty traktatu, ale teraz chciał się skupić. 18 Rozejrzał się. Dziwne stwory, puste w środku, trwały nieruchomo. Światła lamp nadal się żarzyły, rzucając czerwonawy poblask na arkusze traktatu. Nic nie zakłócało niezmąconej ciszy małego pomieszczenia. Dawne legendy, jeszcze w części nam znane, mówią, że nieskończoność wypełnia nirwana. – Abdiel powrócił do czytania. – Albo też twierdzą, że po połączeniu z nieskończonością osiągniemy stan nirwany. Musimy jednak opuścić kapsułę – i połączyć z nieskończonością. Musimy otworzyć drzwi. Czym jest nirwana? Nie wiemy dokładnie, ale wiele wskazuje, że nirwana jest… W tym miejscu traktat się kończył. Pewnie, sądził Abdiel, twórca już nie zdążył więcej napisać – i wyjaśnić. Abdiel wiedział, że często szerzącym tezy księgi przed przybiciem do krzyża kneblowano usta, żeby nawet przy końcu życia nie mogli wykrzyczeć, że wszyscy żyją w świecie fałszu. Pewnie i oni też nie wiedzieli, czym jest nirwana. Bezgłośnie poruszając wargami, Abdiel formułował wnioski. Twierdzenia traktatu potwierdziły się – co do joty… Wszystkie, bez wyjątku. Twórca zakazanego pisma nie mógł więc błądzić, pisząc o nieskończoności i jej charakterze. Trafnie odgadł przecież to, co tak starannie skrywano. A teraz on, Abdiel, zwykły wieśniak, niekiedy wojownik, mógł mieszkańców kapsuły połączyć z nieskończonością – i pierwszy osiągnąć nirwanę. Później przekaże innym, czym jest tajemnica, wprawiająca saduceuszy w furię, tak zaciekle zwalczana, choć nikt jeszcze jej nie poznał. Zaledwie dwa kroki dzieliły go od zrozumienia, czym jest nirwana. Uśmiechnął się i wyciągnął rękę. Czerwone lampy nadal przyjacielsko mrugały. Wystarczało zrobić te ostatnie stąpnięcia – przesunąć dźwignię i otworzyć drzwi… 19 k u i s a n a P n a m o R . s y r HORROR DOMU RACZYŃSKICH Paweł Cieliczko Pamiętam doskonale ten zimowy styczniowy wieczór, gdy ogień w kominku płonął wesoło, a ja obraz przedstawiający Bibliotekę Raczyńskich uzupełniałem o dwóch pruskich żandarmów. Usłyszawszy łomotanie za oknem, pomyślałem, że to wicher stuka okiennicami, wiatr jednak po chwili ustał, a stukot zabrzmiał ponownie. Gdy uchyliłem drzwi, w śnieżnej zadymce zobaczyłem szczupłego mężczyznę w czarnym płaszczu, który nie wypowiadając ani słowa wręczył mi zapieczętowany list, wsiadł do sań i rozpłynął się w białej zamieci, zanim zdążyłem go o cokolwiek zapytać. Wyglądał jak czarny, zmoknięty ptak, jak wielki zakapturzony kruk. Jego postać stanęła mi przed oczami kilka lat później, gdy przeczytałem wiersz amerykańskiego poety, opisujący podobną, nocną wizytę… 20 W głuchą północ, w snów tumanie, gdy znużyło mnie dumanie Nad księgami zapomnianej magii, znanej w dawnych dniach, Chyląc głowę nad foliałem, niespodzianie usłyszałem Chrobot, jakby ktoś nieśmiałym palcem skrobał znak na drzwiach. „Gość”, mruknąłem, „tym sygnałem daje znać, że stanie w drzwiach: Skąd ten zimny pot i strach?” Myśli przychodzą i ulatują, o tym, że to skojarzenie nie było przypadkowe przekonany jestem, odkąd dowiedziałem się, że pierwodruk tego wiersza ukazał się w styczniu 1845 roku, dokładnie wtedy, gdy nocą do drzwi mojego poznańskiego domu zakołatał ten „człowiek- -kruk”. Dzisiaj, kiedy dogorywam na perskiej ziemi, czekając, aż łaskawy Bóg skróci moje cierpienia i pozwoli mi spokojnie odejść z tego świata, zamiast pisać testament, opowiedzieć pragnę historię, która sprawiła, że porzuciłem służbę publiczną na niemieckim wschodzie oraz w stolicy i podążyłem ku krainom, o jakich przed laty opowiadał mi ojciec, ku krainom, o których czytałem w dzieciństwie, ku krainom z baśni tysiąca i jednej nocy. Wszystko zaczęło się w Poznaniu, 21. stycznia 1845 roku. *** Juliusowi von Minutouli – dyrektorowi Prezydium Królewskiej Policji w Poznaniu – wszystko tego dnia kojarzyło się z jednym człowiekiem. Już rankiem, gdy przejeżdżał przez Ostrów Tumski, wydawało mu się, że widzi go, gdy wychodzi z Katedry, gdzie nadzorował ostatnie prace przy Złotej Kaplicy. Kiedy spoglądał na wznoszoną na Wzgórzu Winiarskim Cytadelę, pomyślał o wodociągu, który on poprowadził z tego wzgórza, zapewniając świeżą wodę mieszkańcom Poznania. Przejeżdżając przed budynkiem Ziemstwa Kredytowego patrzył, jak wozacy poją konie w ufundowanej przez niego studzience z medalionem, na którym niemiecki rytownik błędnie wyrył polskie słowo i oda Pindara w Poznaniu brzmi; „Nic lepzego nad wodę”. Kiedy wreszcie wjechał na Plac Wilhelmowski niemal jęknął, zobaczywszy budynek stworzonej przez niego biblioteki. Także teraz, gdy siedział już w swoim gabinecie, w nowym budynku poznańskiej policji, piętrzył się przed nim stos przepastnych teczek z raportami, listami, pismami urzędowymi, wycinkami z gazet oraz 21 odręcznymi notatkami, które przez lata skrupulatnie gromadzili wywiadowcy i pracownicy poznańskiej policji… a wszystko to w związku z tym właśnie człowiekiem. Od samego rana – gdy tylko powiadomiono go o tragicznej śmierci hrabiego – wszystkie myśli Minutoulego krążyły wokół osoby Edwarda Raczyńskiego. Nie mógł uwierzyć, że ten dumny wielkopolski magnat popełnił samobójstwo. Nie mógł uwierzyć, że zdecydował się uklęknąć przed wylotem armatniej lufy, że sam podpalił lont, a potem czekał, aż pocisk rozerwie jego głowę na krwawe szczątki. Potrafił sobie wyobrazić, że ten wytworny arystokrata znudził się światem i postanowił sam zakończyć swoje życie. Nie mógł uwierzyć, że mógł uczynić to w tak bardzo nieestetyczny sposób. Ludzie mają prawo ginąć z najrozmaitszych powodów – myślał policjant – większość umiera we własnych łóżkach ze starości czy od chorób, liczni giną na wojnach, wielu ulega wypadkom na polowaniach czy w innych okolicznościach. Są śmierci oczekiwane, są śmierci nagłe, są śmierci tragiczne. Najbardziej nieoczekiwaną, tragiczną i tajemniczą jest zawsze śmierć samobójcza, która uśmierca człowieka podwójnie: pierwszy raz, przerywając jego ziemskie bytowanie, oraz drugi raz, zabierając mu możliwość zbawienia i życia wiecznego. Gdy śmierć samobójcza spotyka człowieka bogatego, szczęśliwego i powszechnie znanego, to zdarzenie to porusza ludzi i staje się przedmiotem plotek i niesamowitych opowieści. Policja jest zaś od tego, by dusić je w zarodku i przedstawiać racjonalne wyjaśnienia najbardziej nawet nieracjonalnych wydarzeń. Minutouli – jako szef poznańskiej policji – miał obowiązek uczynić wszystko, żeby zracjonalizować kompletnie nieracjonalny postępek hrabiego. *** List zapieczętowany był bardzo starannie, a w czerwonej lakowej pieczęci wyraźnie odciśnięta była chusta z przewiązanymi końcami, herb Raczyńskich – Nałęcz. Długo patrzyłem na rozlaną efektownie lakową pieczęć i na zarys splecionych łodyg, tworzących roślinną fakturę na czerpanym papierze. Długo ważyłem list w ręku, przyglądałem się jemu, gładziłem go. Miałem nieodparte przeczucie, że kiedy wreszcie postanowię złamać pieczęć i przeczytam treść listu, otaczający mnie świat zmieni się nie do poznania. Intuicja zawsze odgrywała w moim zawodzie nie mniejszą rolę niż wiedza, tym razem przeczucie także mnie nie zawiodło. Gdy przeczytałem wreszcie list, wiedziałem, że coś się nieodwracalnie skończyło, coś odeszło. Poczułem brak i niemożliwe do zaspokojenia niespełnienie. Pamiętam doskonale tę chwilę, gdy zrozumiałem, że nie jestem nieśmiertelny, że pewnego dnia i ja zniknę, tak jak zniknęli wszyscy ludzie przede mną i tak jak będą 22 znikali wszyscy ludzie po mnie. Człowiek, który wyleczył me ciało, otworzył zamknięte wrota mej duszy, uświadomił mi, że należy wybierać to, co się kocha, a nie to, czego oczekują od nas inni. Zrozumiałem, że to inni są naprawdę zniewoleni, a ja sam sobie stworzyłem złotą klatkę nakazów, obowiązków, powinności. Nie żyłem swoim życiem, tylko wypełniałem zobowiązania wobec rodu. Miłosne okowy wkrótce także stały się li tylko okowami. Gdy nie potrafiłem się wywiązać ze swych obowiązków, starałem się chociaż jakoś rekompensować moje zaniedbania. Czujne oczy szpiega śledziły każdy mój ruch. Nie odstępował mnie na krok. Ciemny cień, który zawsze podążał tropem moich kroków i moich myśli. Gdy traciłem nadzieję, że mogę cokolwiek zmienić, uwolnić od duszących mnie cieni, spotkałem tego, który mnie uleczył. Pojąłem, że sam zniweczyłem terapię. By uleczyć duszę, musiałem najpierw mieć zdrowe ciało. Wiedziałem, że nikomu nie mogę ufać, że nikogo nie mogę wprowadzić w mój tajny plan, że nikt mnie nie zrozumie, a każdy mnie potępi i zdradzi. Ukazywałem im tylko swoje zbolałe cierpieniem oblicze. Mimo melancholii, jaka mnie ogarniała, i chęci ucieczki od tego świata, starałem się uczynić jak najwięcej dobrego dla mych krajan. Zawsze znajdował się ten, co niszczył to, co chciałem zbudować. Jak szatan, który sam nic nie buduje, a dzieła boskie niszczy. Gdy zły wszedł nawet do przybytku bożego, który stać się miał za mą przyczyną świątynią narodową, zrozumiałem, że na tym świecie sił mi nie starczy na zła pokonanie. Poznań to zbyt małe miasto dla mnie, nie na skalę mych myśli i zamierzeń, nie ma w nim stosownego rozmachu w murach i w ludzkich umysłach. Mądrzej uczynił mój brat, wybierając stołeczny Berlin i niemiecką kulturę. Tam go potrafią docenić. Skłaniając się coraz bardziej ku odejściu z tego świata, pozostawić po sobie postanowiłem pogrzebowy podarunek, by ci, którzy nie chcą mi towarzyszyć, nie musieli iść drogą, z której nie ma odwrotu. Byłem jak błędny rycerz, który wierzył w moc słowa i chciał świat modelować tak, by pasował do pięknych słów. Póki sił i wiary mi starczało, walczyłem z wiatrakami, gdy zasłona z oczu mi spadła… odchodzę tak, jak ten błędny rycerz. *** „Gazeta Wielkiego Księstwa Poznańskiego” pachniała świeżą, drukarską farbą, leżąc na orzechowym blacie biurka, za którym siedział dyrektor poznańskiej policji – Julius von Minutouli. Najważniejszy policjant w Poznaniu nie spojrzał jednak nawet na jej szpalty. Z kamienną twarzą słuchał raportu wygłaszanego przez przodownika policji Egona Krenza, który beznamiętnym, rzeczowym tonem relacjonował koleje życia hrabiego Edwarda 23 Raczyńskiego. Nieskrywaną przyjemność sprawiało mu przewracanie kolejnych kartek w teczce z materiałami dotyczącymi niepokornego polskiego pana, które przez lata skrupulatnie gromadziła pruska policja królewska. Wreszcie przeszedł do raportu sporządzonego na podstawie relacji kaprala z garnizonu w Śremie, który był na miejscu samobójczej śmierci hrabiego. Koszmarne okoliczności związane ze śmiercią hrabiego nie wpłynęły jednak na zmianę tonu referatu. Po dwóch godzinach policjant zakończył referat, podniósł wzrok ku twarzy dyrektora policji, a nie doczekawszy się żadnej reakcji, zamknął teczkę, starannie ją zasznurował i równo położył na brzegu blatu. Stuknął służbiście obcasami, by podkreślić, że skończył referować i oczekuje na kolejne polecenia. Nie potrafił przewidzieć, co postanowi jego ekscentryczny przełożony. Równie dobrze mógł kazać zanieść teczkę do archiwum w piwnicy Prezydium Policji, jak i wysłać wszystkich poznańskich policjantów wzmocnionych przez oddział landwehry do przeszukiwania Kępy Zaniemyskiej. Policmajster wybrał rozwiązanie pośrednie. – Niech pan weźmie kilku ludzi, rozejrzyjcie się po pałacu w Rogalinie, po wyspie w Zaniemyślu, popytajcie okolicznych chłopów – zakomenderował. – A i w Poznaniu przepytajcie konfidentów, czy czegoś o samobójczych planach pana hrabiego nie słyszeli, a może o kimś, kto by go chciał zdekapitować. – Widząc niepewną minę policjanta, wykonał charakterystyczny gest ręką po szyi. – Zrozumiałem. – Policjant zaszurał regulaminowo. – Zróbcie taką zwykłą, policyjną robotę, jaką normalnie powinniście wykonać wtedy, gdy w jakichś dziwnych okolicznościach ginie ktoś ważny i bogaty – zakończył. – Tak jest. – Oficer zasalutował i z nieukrywanym zadowoleniem opuścił gabinet szefa. *** Miałem nieodparte przeczucie, że złamanie lakowej pieczęci Raczyńskich i uważna lektura listu sprawią, że odkryję rozwiązanie tajemnicy hrabiego. Nie był to pierwszy sekret, który miałem odkryć, wiedziałem, że konsekwencje tego listu będą dla mnie znacznie poważniejsze. Obawiałem się, że może on zmienić także moje życie. Zacząłem powoli czytać kolejne zdania i rozszyfrowywać ich ukryte treści. 24 Pamiętam doskonale tę chwilę, gdy zrozumiałem, że nie jestem nieśmiertelny, że pewnego dnia i ja zniknę, tak jak zniknęli wszyscy ludzie przede mną i tak, jak będą znikali wszyscy ludzie po mnie… – zaczynał hrabia. Samobójstwo nie jest decyzją, którą podejmuje się pochopnie – pomyślałem. – Właściwie to nie mówmy o samobójstwie, mówmy raczej o radykalnej decyzji życiowej. Takiej decyzji inteligentny, dojrzały człowiek nie podejmuje pod wpływem impulsu. Do takiej decyzji się dorasta, dojrzewa. Zawsze jest jednak coś, co jak iskra zapala lont. Tą iskrą jest zdarzenie, które uświadamia człowiekowi, że jest śmiertelny, że nie zdąży w życiu osiągnąć wszystkiego, co sobie zaplanował, że musi wybrać to, na czym mu naprawdę zależy. W pogoni za codziennymi sprawami nie mamy nawet czasu na taką refleksję. Hrabia ten czas znalazł dopiero w 1841 roku. Po zakończeniu sejmu prowincjonalnego, objeżdżał łęgi nadobrzańskie. Lekki atak apopleksji unieruchomił mu język i połowę twarzy. Hrabia stał się niemy. Nie mógł działać, nie mógł wydawać poleceń, nie mógł mówić. Mógł jedynie myśleć i dzięki temu – może po raz pierwszy od lat – zyskał możliwość zastanowienia się nad tym, co jest naprawdę dla niego ważne. W jaki sposób chciałby naprawdę przeżyć resztę swojego życia, którego ograniczoność po raz pierwszy chyba wyraźnie mu się ukazała. …Człowiek, który wyleczył me ciało, otworzył zamknięte wrota mej duszy, uświadomił mi, że należy wybierać to, co się kocha, a nie to, czego oczekują od nas inni… Człowiek, który wyleczył me ciało – uśmiechnąłem się, bo znałem rozwiązanie zagadki – człowiekiem tym był doktor Karol Marcinkowski, który podjął się wówczas leczenia hrabiego. Zastosował nowoczesną i eksperymentalną metodę lekkich wstrząsów elektrycznych. Terapia się powiodła i hrabia powrócił do pełnej sprawności. Jednak tego, co zaszło w tych dniach między największym magnatem w Wielkopolsce a medykiem leczącym poznańską biedotę, możemy się tylko domyślać. Hrabia, przyzwyczajony od lat do wydawania rozkazów, był uzależniony od wiedzy, talentu i szczęścia ubogiego medyka. Terapia była ryzykowna. Lekarz musiał zdobyć pełne zaufanie pacjenta. Jak mógł to uczynić? Może dopuszczając go do swej największej i najbardziej intymnej tajemnicy? A co było jego największym sekretem? Czy przypadkiem nie – niemożliwa do spełnienia – miłość do arystokratki Emilii Sczanieckiej? 25 …Zrozumiałem, że to inni są naprawdę zniewoleni, a ja sam sobie stworzyłem złotą klatkę nakazów, obowiązków, powinności… Doktor Marcin kochał pannę Emilię, panna Emilia kochała Marcinkowskiego, ale konwenanse epoki i niski status społeczny i majątkowy lekarza nie pozwoliły im się połączyć. Nie mogli być razem, nie chcieli być z nikim innym, więc pozostali samotni i poświęcili się dla innych. …Nie żyłem swoim życiem, tylko wypełniałem zobowiązania wobec rodu… On, najbogatszy magnat Wielkiego Księstwa, miał pełną swobodę decydowania, jednak miast swobodnie wybierać, starał się spełniać oczekiwania, jakie pokładał w nim dziadek – Kazimierz Raczyński. Gdy ten umarł, hrabia natychmiast pojął za żonę swoją kuzynkę Konstancję Potocką, na ślub z którą wcześniej nie zgadzał się antenat. Wydawać by się mogło, że spełniło się jego marzenie o poślubieniu ukochanej kobiety, jednak wkrótce okazało się, że teraz hrabia musi wypełniać oczekiwania, jakie ma wobec niego żona. …Miłosne okowy wkrótce także stały się li tylko okowami… Konstancja wkrótce przestała wzbudzać jego silniejsze emocje i zmysły, doceniał jej umiejętności, szanował jej inteligencję, stał się bardziej jej przyjacielem niżeli mężem. Nie odczuwał potrzeby zbyt częstego przebywania w towarzystwie hrabiny. Coraz częściej podróżował sam. Musiała czuć się coraz bardziej odsunięta i zaniepokojona. …Gdy nie potrafiłem się wywiązać ze swych obowiązków, starałem się chociaż jakoś rekompensować moje zaniedbania… Może formą tej rekompensaty było publiczne podkreślanie wkładu hrabiny w wydawnictwa hrabiego, poświęcane jej dedykacje, fundowanie ulic czy chodników, którym miała patronować, wreszcie zamówienie jej pomnika. Żona zmarmurzona na pomniku nie wydaje się wszak wyrazem szczególnie gorących uczuć, raczej ich ostatecznego zastygnięcia w brązowym odlewie. …Czujne oczy szpiega śledziły każdy mój ruch. Nie odstępował mnie na krok… 26 Pomyślałem o sekretarzu hrabiego, nieodstępującym go w ostatnich miesiącach. Gottloba Conrada znalazła i podsunęła hrabiemu żona. Conrad miał być jego sekretarzem i opiekunem, ale przede wszystkim jej szpiegiem. Raczyński był jednak zbyt inteligentny, by tego nie zauważyć – pomyślałem. A jednak nie zrobił nic, by pozbyć się tego anioła stróża. …Ciemny cień, który zawsze podążał tropem moich kroków i moich myśli… Nie zdradził nawet, że domyśla się prawdziwej roli swego asystenta. Dlaczego? Może postanowił uczynić szpiega nieświadomym wspólnikiem, a dzięki jego nieświadomości, wspólnikiem niezwykle wiarygodnym. Conrad śledził każdy jego krok, pisał sprawozdania Konstancji. Hrabia dbał, by szpieg przekazywał relacje wiarygodne, a nawet prywatne i intymne. Z Conrada uczynił sobie latarnię, która oświetlała jego czyny i zamiary. A może rzec inaczej. Sekretarz był cieniem swego pana, pan jednak wiedział o cieniu i dbał o to, by cień tak się układał, jak on sobie tego życzy. …Gdy traciłem nadzieję, że mogę cokolwiek zmienić, uwolnić od duszących mnie cieni, znowu spotkałem tego, który mnie uleczył. Pojąłem, że sam zniweczyłem terapię. By uleczyć duszę, musiałem mieć zdrowe ciało... To chyba o tym, jak za
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Magazyn Histeria 2015/1 PDF
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: