Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00798 010719 7472979 na godz. na dobę w sumie
Magazyn Histeria 2015/2 PDF - ebook/pdf
Magazyn Histeria 2015/2 PDF - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Magazyn Histeria Język publikacji: polski
ISBN: 2015027777777 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> thriller, horror
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
Nowy magazyn internetowy dla fanów grozy. Naszą ideą jest promocja talentów pisarskich.
Znajdź podobne książki

Darmowy fragment publikacji:

MARZEC 2015/2 www.magazynhisteria.pl NA TROPIE CTHULHU M. Kołyszko GOSC SPECJALNY: PROJEKCJE S.Grabiński WOJCIECH GUNIA R O C Z N I C O W Y N U M E R DOM PSÓW|FOBIA|GWIAZDACZ LUGAL|NAPRAWIACZ LALEK POKÓJ ANNY|ŚMIERTNY DĄB|SPIRALA SPOTKANIE|WYRYTE W KOŚCI MARZEC 2015/2GOSC SPECJALNY:WOJCIECHGUNIA SPIS TREŚCI: Słowo od redakcji Wyznania Histeryczki DOM PSÓW FOBIA GWIAZDACZ LUGAL NAPRAWIACZ LALEK POKÓJ ANNY SPIRALA SPOTKANIE ŚMIERTNY DĄB WYRYTE W KOŚCI PROJEKCJE Na tropie Cthulhu Agnieszka Kwiatkowska Dagmara Adwentowska, Łukasz Kiełbasa Krystian Janik Dominik Derkacz Przemysław Karbowski Wojciech Gunia Piotr Borowiec Antoni Nowakowski Dariusz Kick Olga Rot Stefan Grabiński Mikołaj Kołyszko 345133041515672 88 99 113 132 145 Redaktorzy naczelni: Błażej Jaworski, Maciej Zawadzki Projekt okładki i skład: Roman Panasiuk Ilustracje: Dawid Boldys, Paweł Chmielnicki, Marcin Czarnecki, Asia Jedlińska, Stanislav Lament, Roman Panasiuk Korekta: Dagmara Adwentowska email: magazynhisteria@gmail.com 2 Witajcie! Dwanaście miesięcy temu ukazała się pierwsza Histeria. Od tego czasu wiele się zmieniło. Wydaliśmy sześć numerów, mieliśmy gości specjalnych, zorganizowaliśmy kilka konkursów literackich, nawiązaliśmy współpracę z różnymi partnerami. Choć nie jest to rozdanie Oscarów, czujemy się w obowiązku podziękować. Komu? Przede wszystkim Wam, czytelnicy, bez których ten projekt straciłby sens. Następnie - Autorom, bez których nie byłoby naszego magazynu. Mówimy tu zarówno o pisarzach, tworzących zapadające w pamięć historie, ilustratorach, którzy okraszają je niezwykle niepokojącymi grafikami, gościach specjalnych, i o wszystkich członkach redakcji. Dziękujemy! Jubileuszowa Histeria zawiera dziesięć opowiadań (nie)zwykłych śmiertelników. Większość z nich pojawia się na naszych łamach po raz kolejny. M.in. Agnieszka Kwiatkowska, dwukrotna laureatka naszych konkursów literackich, a także druga w historii Histeryczka Miesiąca. W rocznicowym numerze znalazło się również miejsce dla Przemysława Karbowskiego, znanego Wam z opowiadań „Pamiątka z tuberkulozy”, czy „Oratorium” oraz Piotra Borowca, który niedawno wydał zbiór opowiadań „Wszystkie białe damy”. Na kolejnych stronach znajdziecie również najlepsze trzy opowiadania z konkursu Love Cthulhu, zorganizowanego ku czci H.P. Lovecrafta. Gościem specjalnym siódmej Histerii jest Wojciech Gunia. Jego niepublikowany dotąd tekst pt: „Pokój Anny” zachwycił nas już po przeczytaniu pierwszych trzech zdań. Na koniec dwie wisienki na urodzinowym, histerycznym torcie. „Projekcje” Stefana Grabińskiego to utwór, który udowadnia, że polski Poe jest mistrzem nie tylko horroru kolejowego. Drugą wisienką jest artykuł Na tropie „Cthulhu”. Jego autor Mikołaj Kołyszko przybliża nam genezę najpopularniejszego Przedwiecznego z literackiej mitologii H.P. Lovecrafta. Wszystkiego histerycznego, B. Jaworski i M. Zawadzki WYZNANIA HISTERYCZKI Agnieszka Kwiatkowska ur. 1978. Dwukrotna laureatka konkursów literackich magazynu „Histeria”. Publikuje też na Szortalu i na blogu „Okiem na Horror”. Finalistka konkursu na dokończenie powieści Janusza Zajdla „Drugie spojrzenie na planetę Ksi”. Pasjonatka Włoch, języków obcych i dobrej grozy. Zwycięstwo w dwóch naszych konkursach literackich, teraz tytuł Histeryczki Miesiąca. Jak traktujesz takie wyróżnienia? To działa niezwykle motywująco! Zwłaszcza że do czasu pierwszego konkursu „Histerii’, w którym wzięłam udział, moje literackie wysiłki były… cóż, porażką. Drugie miejsce w konkursie w 2012 roku, a potem cisza. Przez jakieś 1,5 roku pisałam, wysyłałam teksty – raz załapałam się do grona wyróżnień, a poza tym totalna cisza. Zaczynałam się nawet powoli podłamywać i doszłam do wniosku, że może nie mam tak naprawdę nic do przekazania czytelnikowi? Wtedy już chyba tylko przyjaciele we mnie wierzyli, zwłaszcza ci, którzy redagowali mi teksty i cierpliwie, machając tasaczkiem, cięli ostro. Gdy zobaczyłam ogłoszenie o konkursie na powstańczą opowieść, stwierdziłam, że w zasadzie pomysł mam, spróbować nie zaszkodzi. A tu niespodzianka, wygrałam konkurs, pierwszy raz w życiu. I od tamtej pory nagle odwróciła się karta. Chyba los odkręcił kurek szczęścia. Skąd pomysł na „Zegar śmierci”? Najpierw pojawili się bohaterowie, dwójka antagonistów – otyły alkoholik Burroughs i jego oponent, chłodny i przebiegły Slocum. Każde moje opowiadanie zaczyna się od bohaterów, a dopiero potem układa się fabuła. Ci ludzie mówią do mnie, stopniowo ukazują się we własnym świecie. Ta dwójka zaprowadziła mnie do Whitechapel i opowiedziała swą historię – historię zawiści, rozmyślnej krzywdy, wyrównania rachunków. Bo „Zegar śmierci” nie jest tak naprawdę opowieścią o mordercy i ścigających go policjantach. To historia pewnej krzywdy, która mści się na sprawcy po latach. Jak wyglądała praca nad tekstem? W sumie tak, jak przy każdym moim tekście – zaczęłam, gdy cała opowieść była już w głowie. Samo pisanie, łącznie z poprawkami, zajęło mi około… dwóch tygodni? Drugie tyle to było dumanie nad fabułą, dialogami. Pisałam dość wolno, bo w którymś momencie nagle się zastopowałam – to była krótka scena biegu po ulicach miasta. Z jakiegoś powodu strasznie ciężko mi się ją pisało, a nie potrafię przeskoczyć do dalszego fragmentu, zostawiając ten problematyczny na koniec. W życiu codziennym nie jestem pedantką, a podczas pisania niestety tak… Jak utknę na jakimś fragmencie, to choćbym miała się z nim mordować przez miesiąc, nie przeskoczę do kolejnej sceny, póki nie poradzę sobie wreszcie z tą wcześniejszą. Skąd czerpiesz inspiracje do pisania? Podobno wielu piszących reaguje pianą, gdy się ich o to pyta. A u mnie inspiracje przychodzą z dwóch źródeł. Po pierwsze, z obrazów, zdjęć, widoków. Bywa, że zobaczę na przykład piękne zdjęcie małego miasteczka w deszczu i od razu przychodzi mi na myśl miasteczko, którego mieszkańcy nigdy nie wychodzą z domów w czasie ulewy. I natychmiast machina idzie w ruch: dlaczego tak się dzieje? I nadchodzi najmilsza część pracy twórczej, czyli układanie fabuły. Drugi rodzaj inspiracji to sny. Miewam bardzo plastyczne, kolorowe sny i kilka razy zdarzyło mi się śnić scenę, która potem stała się zalążkiem tekstu. Raz natomiast wyśniłam sobie całe opowiadanie – z wyjątkiem zakończenia, bo się obudziłam i byłam zła jak osa, że właśnie w takim momencie. Ale to był jedyny przypadek, kiedy przyśniło mi się opowiadanie od początku do końca – pamiętam całą fabułę, kolejność zdarzeń, nawet dialogi. Co więcej, mogę opisać w detalach wygląd człowieka, który gonił głównego bohatera. Nie, tego tekstu jeszcze nie napisałam. Ale napiszę, szkoda by było nie uszanować tak miłego snu, który wykonał za mnie część pracy, czyli stworzył fabułę… Z czym kojarzy Ci się słowo histeria? Chyba z tym, co wyrabiam, kiedy zbliża się deadline. Mam fatalny zwyczaj robienia wielu rzeczy na ostatnią chwilę. A zwykle wygląda to tak: ostatni dzień na wysłanie tekstu, super, mam jeszcze kilka godzin na przejrzenie, czy po poprawkach nie ostały się jakieś błędy. No to zrobię sobie kawy, chwilkę z kimś pogadam. Aaa, jak to, dziesiąta wieczór, przecież dopiero co była szósta? No więc szybko do czytania tekstu – i nagle literówka, przecinek, to zdanie źle brzmi… Wtedy to jest dopiero histeria. l s y d o B d i w a D . s y r DOM PSÓW Agnieszka Kwiatkowska Gdy nie mogę zasnąć, wstaję i snuję się po domu, czasem aż do rana. Chodzę po ciemnych, pustych pokojach, wsłuchując się w dźwięki – w nocy dom trzeszczy, skrzypi, zdaje się żyć własnym życiem. Przez drzwi wejściowe widać pole i księżyc. Ale nigdy nie wychodzę przed dom; legenda o człowieku, który zmarł dawno, dawno temu, a teraz wraca, poruszając się po okolicy niczym zwierzę, z grzbietem wygiętym w pałąk, na czworakach, nadal budzi we mnie 5 niepokój. Patrzę przez szyby w drzwiach, zupełnie jakbym miała nadzieję go wreszcie zobaczyć, zdaje mi się, że widzę go w każdym poruszeniu się trawy. A gdy wreszcie ogarnia mnie senność, waham się, nim się odwrócę i wejdę na schody. Bo przez chwilę mam nieodparte wrażenie, że już nie jestem sama. I że gdy się odwrócę, ujrzę coś, czego tak naprawdę nie chciałabym zobaczyć. *** Babcia Cécile. To imię w formie pisanej brzmi tak łagodnie, a w wymowie jest jak dwa krótkie smagnięcia. Se-sil. Taka właśnie była babcia. Ta córka hodowcy bydła, wiejska dziewczyna gdzieś z Bretanii, przyjechała do domu dziadka jako dziewiętnastoletnia panna młoda. W prostej sukience, tanim kapeluszu i z dużą walizką. Bez sentymentów opuściła rodzinne strony i bez wstydu weszła do domu zamożnego męża, którego poślubiła z rozsądku i przy którym została na zawsze. A po ślubie poszła do krawca i zamówiła sobie całą garderobę – suknie, kostiumy. Nabyła masę butów, wybrała piękne futro. I z chłodną dumą, ubrana jak z żurnala, w eleganckim kapeluszu, wyszła samotnie na pierwszy spacer po miasteczku. W jednej chwili zostawiła za sobą piętno prostej Bretonki. Pamiętam, gdy będąc dzieckiem, chadzałam z babcią na spacery. Choć z dawnej fortuny pozostało niewiele – dom oraz pewien kapitał – babcia nadal pozostała dawną sobą. Chodziła z niezachwianą pewnością siebie, jakby cała okolica do niej należała. Mężczyźni na jej widok uchylali kapeluszy, a kobiety często zwracały się do niej z prośbą o radę. Jednej rzeczy babcia nigdy się nie wyzbyła – szorstkości i szczerości, mylonej często z arogancją. Zapytana, zawsze odpowiadała uczciwie i wprost. I mnie również tak odpowiedziała. – Zgarbiony człowiek? On już od dawna nie żyje – odparła obojętnie, zaciągając się papierosem. I znów zapadła cisza. Babcia nie była rozmowna, ale ja koniecznie chciałam się dowiedzieć więcej. – Czyli on naprawdę żył? Bo Louis mówił, że to nie legenda. – Żył, a jakże. Ale wiele lat temu. To był zwykły chłopak, kaleka, choć diabli wiedzą, czy naprawdę taki zwyczajny… Zamyśliła się. Patrzyła w przestrzeń, jej wzrok błądził gdzieś pomiędzy okapem kuchennym a oknem. Smugi dymu, wydobywające się z jej ust, rozpływały się w półmroku słabo oświetlonej kuchni. 6 Sięgnęłam po paczkę, wyciągnęłam papierosa. Babcia nie skomentowała, podsunęła mi tylko popielniczkę. Przez chwilę paliłyśmy wspólnie – ona z wprawą wieloletniej palaczki, ja raczej na pokaz, z dumą, że mam już szesnaście lat i babcię, która traktuje mnie jak dorosłą. – Nie pamiętam, jak nazywał się ten chłopak – niespodziewanie odezwała się babcia. – Widziałam go tylko raz w życiu, w okolicy klifów. Rzecz jasna, krążyły o nim historie. Głównie z gatunku tych, którymi straszy się dzieci, aby były grzeczne i nie wychodziły z domu po zmroku. Jej wzrok stał się nagle nieobecny. – Ale coś jest w tych historiach… Czekałam niecierpliwie. Ciemna, staroświecko urządzona kuchnia potęgowała nastrój. – Było coś przerażającego w tym chłopcu – powiedziała cicho babcia. – Wyskoczył na mnie zza skały, a ja w pierwszej chwili myślałam, że to ogromny pies. Nie wiem, ile mógł mieć wtedy lat. Koło dwudziestu? Nie mam też pojęcia, czemu zamiast chodzić jak normalny człowiek, biegał na czworakach z plecami wygiętymi w pałąk. Mówili, że biega jak pies i z psami, i faktycznie, leciała za nim cała sfora. Ale dla mnie poruszał się bardziej jak małpa. Wzdrygnęłam się. – Czemu tak biegał? Był garbaty? Upośledzony? – Nie mam pojęcia. – Babcia pstryknęła zapalniczką. Czerwona końcówka papierosa rozjarzyła się w półmroku. – Tak naprawdę to nikt do końca nie wiedział, skąd on się wziął ani kim byli jego rodzice. Może po prostu przybłąkał się któregoś dnia i już tu został? A może to dziecko Cyganów? W okolicy bywały tabory, kto wie, chłopiec miał ciemną karnację i czarne włosy… – Babciu, a on jeszcze żyje? Bo Louis mówił, że czasami kręci się po okolicy – powiedziałam. – Nie wiem. Chyba nie. – Babcia westchnęła. – Wiesz, jak to jest z małymi miasteczkami. Ludzie często gadają, opowiadają różne historie. Pamiętasz, jak opowiadałam ci o pożarze fabryki? Przytaknęłam. – Jakiś czas później ci, którzy mieszkali w pobliżu fabryki, zaczęli twierdzić, że nocami słychać jęki robotników, którzy spłonęli tam żywcem. Ktoś nawet mówił, że ci spaleni przychodzą nocą pod dom i zawodzą pod oknami. Sama więc widzisz, jak to bywa z opowieściami. Wystarczy wybujała fantazja, cień na ścianie, wiatr wyjący w kominie, i już mamy historię o powracających zmarłych. 7 Wzdrygnęłam się. Nagle zdało mi się, że w kuchni pociemniało. Zrobiło mi się dziwnie nieprzyjemnie. Wiedziałam, że wiele lat temu fabryka dziadka spłonęła i to był początek problemów finansowych rodziny, ale o tym, że w pożarze zginęli jacyś ludzie, nie miałam pojęcia. Nagle przyłapałam się na tym, że patrzę w okno. Pospiesznie odwróciłam wzrok. – Nie wierzę w żadne jęczące dusze – dodała babcia. – Wiatr wyjący w zgliszczach, a nie żadni zmarli. Ale z tym chłopcem było coś dziwnego. Zawsze biegał ze sforą. Nie wiadomo, skąd te psy, na pewno nie okoliczne. Te w miasteczku wszystkie zdechły. Tak po prostu. Zamrugałam. – Jak to, zdechły? – Po prostu zaczęły zdychać, jeden za drugim. Jakoś to powiązano z pierwszym pojawieniem się chłopca. – O Jezu – mruknęłam. Oczami wyobraźni zobaczyłam ulicę miasteczka i trawniki, na których leżą ciała martwych psów. – To straszne! Babciu, ale to niemożliwe! Może ktoś je otruł? – I przez cały czas by je truł? Tylko psy, a nie koty? – Babcia dolała sobie herbaty. – Zrobiono szereg badań, rzecz jasna, sprawdzano wodę, glebę, podejrzewano też rozmyślne otrucie. Ale w tym musi być coś więcej. Vianne, ile psów widziałaś tu, w okolicy? Zastanowiłam się. – Ja chyba… – urwałam. – No właśnie. Od kilkudziesięciu lat nie ma tu żadnego psa, nawet domowego. Za każdym razem, gdy ktoś brał psa, nawet zdrowego szczeniaka, ten wkrótce zdychał. I tak już zostało. Nie ma tu psów. Nie ma i nie będzie. Babcia znów zapaliła, a ja siedziałam nieruchomo i bez słowa. Oczami wyobraźni wciąż widziałam martwe psy, leżące pokotem, w domach, na trawnikach, na drodze. I powykręcaną postać ciemnowłosego chłopca, który biegał wraz ze sforą, a poruszał się jak małpa. – Mawia się, że psy pojawiają się razem z chłopcem. – Babcia nie zauważyła chyba, jak bardzo wstrząsnęła mną ta historia. – A raczej, że zwiastują jego nadejście. Najpierw pojawia się sfora. A potem podobno powraca i chłopiec. Podobno! – roześmiała się. – I tak powstają legendy! 8 *** Tamtej nocy słyszałam wycie. Leżałam w łóżku, w pokoju gościnnym na parterze i nie mogłam zasnąć. Czułam dziwny lęk, a przecież – tłumaczyłam sobie – to tylko historia. Dziwne z tymi zdychającymi psami, ale musi istnieć jakieś logiczne wytłumaczenie. A potem to usłyszałam. Z oddali, jakby niesione wiatrem, dobiegło mnie ciche zawodzenie. Zrazu myślałam, że to wiatr się zrywa. Ale po chwili rozpoznałam w tym dźwięku głos psiej udręki. I był coraz głośniejszy. Leżałam nieruchomo, a wyobraźnia galopowała – podsuwała mi obraz psa, który z głośnym wyciem drepcze uliczkami, zmierzając prosto do nas, do domu na uboczu. Jest coraz bliżej i bliżej. Lada moment przejdzie przez trawnik i zajrzy prosto w moje okno. Narzuciłam na głowę kołdrę, skuliłam się. Nie byłam dzieciakiem, miałam szesnaście lat, a w tamtej chwili bałam się tak, jak nigdy w życiu. Pies wył już pod domem. Zawodził, to głośniej, to ciszej, a jego skowyt wwiercał mi się w uszy. A potem coś uderzyło lekko w okno. Tylko niech nie wybije szyby, prosiłam w myślach. Bo wiedziałam, co to był za dźwięk. Rano obejrzałam uważnie okno – ślady nie pozostawiały wątpliwości. To nie mógł być sen. Ten pies oparł się łapami o szybę i zaglądał do środka. *** Kłopoty ze snem zaczęły się, gdy po śmierci mamy odziedziczyłam dom babci. Pierwszego dnia, gdy już jako pełnoprawna właścicielka odebrałam klucze i przyjechałam z walizkami, skromną częścią mojego dobytku, chodziłam po wszystkich pokojach, w zadumie dotykając mebli, zasłon. Dom babci Cécile. Mój dom. Smakowałam te dwa ostatnie słowa, ale coś mi w nich zgrzytało. Były puste, nie ma miejscu. Mój dom. Mój. Powtarzałam to sobie uparcie. I czułam się tu coraz bardziej obco. Se-sil. Tak. Właśnie tak. Dom Se-sil, której charakter odcisnął na tym domu piętno i wrył się w jego ściany. 9 A pierwszej nocy, nie mogąc znieść ciszy, od której odwykłam, wstałam i zaczęłam przechadzać się po pokojach. Ciemno, cicho. Dom prawie nie skrzypi. Zawędrowałam do wejścia, stanęłam przed drzwiami. Przez szyby widać było pole, cienki sierp księżyca jaśniał na niebie. Położyłam dłoń na klamce. Co to? Coś się poruszyło w trawie? Wytężyłam wzrok. Zdawało mi się, że w wysokiej trawie coś jest – jakieś zwierzę chyba? Położyłam dłoń na klamce, ale nagle coś mnie tknęło. I nie otworzyłam drzwi. Stałam tak i przyglądałam się, jak wysoka trawa porusza się, zupełnie jakby buszowało w niej zwierzę. To musiało być zwierzę. Żaden człowiek nie włóczyłby się nocą po polu… Najpierw pojawia się sfora… *** Pierwszy kundelek czekał na mnie koło studni, gdy wyszłam rano nabrać wody. Było bardzo wcześnie, zaledwie po wschodzie słońca. Ale starsi ludzie mają swoje nawyki. Od lat prawie już nie sypiałam. Nocami chodziłam po domu. Czasami siadywałam w kuchni, robiłam herbaty, zapalałam papierosa. Ale rzadko kiedy zasypiałam. „Bardzo dobrze sypiam”, odpowiadałam za każdym razem, gdy na badaniach kontrolnych lekarz pytał mnie o tryb życia. Kłamałam. Bo nie odczuwałam prawie potrzeby snu. Od… roku, dwóch? A może pięciu? Nie wiem. Rok, dwa, pięć, co to za różnica? Kundelek patrzył na mnie łagodnie i prosząco. Nie był agresywny. Z trudem schyliłam się, aby go pogłaskać. Zamerdał ogonem, pisnął cicho. Uśmiechałam się do niego łagodnie, a on pozwolił mi się zabrać do domu, nakarmić, nawet wziąć na kolana. Głaskałam zmierzwioną sierść, wsłuchując się w cichy oddech zwierzęcia i uśmiechałam się sama do siebie. A więc przyjdzie i on. Zgarbiony człowiek, którego nadejście zawsze zwiastują psy. Niech przyjdzie. Ja się go nie boję. Gdy jeszcze sypiałam, przychodził do mnie w snach. Nigdy nie pokazał twarzy – tę zawsze ukrywał pod grzywą czarnych, skołtunionych włosów. Ale odwiedzał mnie w snach, za każdym razem, zupełnie jakby na coś czekał. A potem pojawia się chłopiec… 10 *** Nie nadchodził. Ale czekałam cierpliwie, opiekując się jego przyjaciółmi, a oni przybywali. Sfora gromadziła się, a ja przyjmowałam każdego psa, choć było mi coraz trudniej. Czułam się coraz bardziej osłabiona – nie pomagały witaminy. Każdego dnia wstawałam z trudem, gdy kości protestowały, a oddech niemal zatrzymywał się w płucach. Czasami nawet bolało. Ale co robić, taki wiek. Psy były wszędzie. Nie wiedziałam, ile ich było, przestałam liczyć koło pięćdziesiątki. Widziałam, jak się tutaj zadomowiły. Dom Se-sil przestał być wreszcie pusty – miałam w końcu wokół siebie gromadę stworzeń, za które byłam odpowiedzialna. Karmiłam je, kąpałam, brałam na kolana. Zamówiłam też odpowiednią ilość karmy przez Internet. Dostawca patrzył dziwnie, gdy wnosił kupione przeze mnie worki do domu. No i co z tego? Nie mogłam wyrzucić tych psów, żadnego z nich, one zwiastowały nadejście zgarbionego chłopca. Troszczyłam się o nie, a one o mnie. Tak jak wtedy, gdy w nocy dopadła mnie gorączka. Byłam już wtedy bardzo zmęczona. Ale sfora nie zostawiła mnie samej. Skrzypnęły drzwi – kundelek, którego znalazłam jako pierwszego, podszedł do łóżka, wspiął się na nie, polizał moją dłoń, a potem przytulił mi się do boku. Za nim nadeszły inne. Te mniejsze i większe. Otoczyły mnie, tuląc się i grzejąc mnie swym ciepłem, dotykały wilgotnymi nosami rozpalonej skóry. A ja wiedziałam, że chcą mi coś przekazać. Poczekaj jeszcze. Wytrzymaj. On już nadchodzi. Jest niedaleko. *** – Ja pierdolę! – wybuchnął aspirant Daquin, gdy wreszcie wyszedł z domu zmarłej i mógł wziąć głęboki oddech. Chryste, w życiu czegoś takiego nie widział. I co za smród! Zapalił papierosa i zauważył, że dłonie mu się trzęsą. Gdy dołączył do niego lekarz, Daquin był już niemal spokojny. Niemal. – Nic nie wskazuje na przestępstwo – powiedział tubalnym głosem. – Co najwyżej na straszne zaniedbanie. Czy ta staruszka miała jakąś rodzinę? Ktoś się nią opiekował? Daquin potrząsnął głową. – Nic mi o tym nie wiadomo. Mieszkała samotnie, rzadko kiedy wychodziła z domu. Taka miejscowa dziwaczka. 11 Zamrugał. – Czy ona…? – Potarł brodę, starając się odepchnąć od siebie obraz, który, jak podejrzewał, wrył mu się w pamięć już na zawsze. – Czy one ją… No wiesz. Po śmierci czy przed? – Przed sekcją nic nie powiem na pewno – odparł szorstko lekarz. – A przynajmniej nic, co mógłbyś umieścić w raporcie. – Spojrzał na twarz Daquina, westchnął i dodał: – Nieoficjalnie mówię, że już po śmierci. Leżała w łóżku, na plecach, nie ma śladów, aby się próbowała bronić czy uciekać. A żaden człowiek nie będzie leżał spokojnie, gdy pies wyżera mu żołądek. Daquin zamknął oczy. Ale wciąż widział ten obraz – jak idzie na górę, stąpając między dziesiątkami zdechłych psów, starając się nie zwymiotować z obrzydzenia. Leżąca w łóżku staruszka wyglądała, jakby spała. Miała taką miłą, łagodną twarz, która kontrastowała z obgryzionymi do kości kończynami i wygryzioną jamą brzuszną. Pieprzone psy. Pieprzeni ludzie. Dlaczego nikt wcześniej nie zorientował się, że tej kobiecie może trzeba jakoś pomóc? Przypominała mu babcię. Podobne rysy twarzy. Cholera. Cholera! Daquin poczuł, że coś szczypie go pod powiekami. Przetarł oczy i aby się uspokoić, spojrzał na rozciągające się przed nim pole. W wysokiej trawie buszowało jakieś zwierzę. 12 a k s ń i l d e J a i s A . s y r FOBIA Dagmara Adwentowska i Łukasz Kiełbasa *Opowiadanie i ilustracja pochodzą ze zbioru Horror na Roztoczu 2: Insomnia W nocy przyszła odwilż. Łaty brudnego śniegu topniały na ulicach Tomaszowa Lubelskiego i na rozmiękłej ziemi cmentarza, szare i zmięte jak wiekowe całuny. Z nieba sączyła się drobna mżawka, bębniła na powierzchni granitowych nagrobków, perliła na gałązkach iglaków, którymi obsadzono niektóre mogiły. Zaczynała się wiosna, ale nie zaśpiewał żaden ptak. Wszystko wokół przesiąknięte było wilgocią i otumaniona lekami uspokajającymi Agnieszka pomyślała, że cały świat rozpacza nad jej dzieckiem. Płakało niebo i ziemia, łkali zgromadzeni wokół grobu żałobnicy. Nawet w oczodołach zatroskanego anioła w wykuszu zabytkowej bramy cmentarnej zebrała się wilgoć. Młody ksiądz – nastroszony jak gawron na deszczu – drżącymi dłońmi przyciskał Biblię do 13 przemoczonej sutanny, łamiącym się głosem odmówił modlitwę i próbował wyjaśnić płaczącemu niebu, ziemi i ludziom to, czego wyjaśnić się nie da. Dlaczego Bóg zechciał zebrać do siebie dziecko? Dlaczego musiał zabić właśnie moje dziecko? – Działanie Pana w takich wypadkach jest nieodkrytą tajemnicą. Wszyscy zadajemy sobie pytanie, co miał On na celu, zabierając tak wspaniałego chłopca. Syna i brata. Dlaczego zdecydował, aby pozostawić najbliższych pogrążonych w żałobie w dniu urodzin Sebastiana i jego brata. Agnieszka ścisnęła mocniej dłoń drugiego ze swoich synów. Chciała się schylić, objąć go, pocałować, ale bała się, że widok twarzy Kamila znowu doprowadzi ją do histerii. Że w rysach żywego dziecka zobaczy tylko idealne odwzorowanie tego, które straciła i musiała oddać ziemi. Kamil i Sebastian byli identyczni. Kiedyś uważała, że to zabawne. Teraz, gdy jednego z nich zabrakło, widok tych rysów, koloru ciemnych włosów i brązowych oczu, które współdzielili, był dla niej nieskończenie bolesny. Dlatego tylko ścisnęła małą rączkę Kamila i miała nadzieję, że to wystarczy. Przemek, trzymający drugą dłoń chłopca, płakał. Łkał bezgłośnie i bez łez, jakby mu ich zabrakło, jakby krztusił się rozpaczą. Młody ksiądz nadal próbował wyjaśniać niewyjaśnione i nadać sens bezsensownemu. – Nasze serca może jeszcze nie rozumieją działania Najwyższego, jednak On miał w tym jakiś cel. Na pewno rodzice zrobiliby wszystko, by utwardzić lód na rzece, który okazał się tego dnia wyjątkowo kruchy. Jednak Bóg chciał inaczej. Wierzymy mimo to, że teraz ma przy swoim boku Sebastiana i przytula go do serca. Wierzymy także, że Sebastian patrzy z góry na swojego brata i już zawsze będzie go wspierał siłą nadzwyczajną. Amen. To nic nie tłumaczy, pomyślała Agnieszka. To nie daje żadnego pocieszenia. Chcę mojego chłopczyka. Chcę Sebastiana z powrotem. Tym razem to Kamil ścisnął jej dłoń. Nachyliła się sztywno i go objęła. Przemek ukląkł z drugiej strony, otoczył ich oboje ramionami i wybuchnął wreszcie nieutulonym płaczem. Agnieszka zmusiła się, by spojrzeć w twarz syna. Twarz Kamila. Twarz Sebastiana. Na bladych policzkach chłopca wykwitły krwiste rumieńce, jak przy gorączce. Zdziwiło ją, że choć zdawał się wyciszony i smutny, w jego oczach nie było widać łez. Uznała, że pięciolatek jest za mały, by zrozumieć, że śmierć jest na zawsze. Że jego brat nie poszedł do szpitala, że nie wróci za tydzień, by pograć z nim w pchełki i zbudować kryjówkę z poduszek i koców. Że umarł, że jego ciało rozpadnie się w proch w tej niedużej trumnie z bukowego drewna. Na wieku tej trumny – małej, za małej, trumny powinny być większe, ludzie powinni umierać dopiero wtedy, gdy dorosną i urosną – ksiądz właśnie położył niewielki, drewniany krucyfiks z mosiężną figurką Jezusa. Agnieszka nie mogła sobie przypomnieć, by uzgadniali ten 14 element ceremonii. Może i tak, ale o tym zapomniała, a może to była prywatna inicjatywa księdza, poruszonego przedwczesną śmiercią Sebastiana. Otępiały umysł kobiety czepił się tego drobiazgu jak tonący podanej dłoni. To pozwalało jej nie myśleć o nieuniknionym. Że zaraz, właściwie już teraz grabarze ujęli liny, na których opuszczą trumnę w dół – zakopią Sebastiana w zimnej, rozmiękłej od odwilży ziemi. – Tato – usłyszała szept Kamila – czy w niebie są transformersy? Stała jak skamieniała, nie mogąc nawet drgnąć. Nie odpowiedziała, i Przemek też nie odpowiedział. Kiedy nad głowami żałobników popłynęły pierwsze dźwięki marszu pogrzebowego, granego przez wynajętego saksofonistę w profesjonalnej czerni, przemknęło jej przez głowę, że trzeba było wybrać inny utwór niż tę dętą i oklepaną ramotę Chopina. Przynajmniej gra czysto, pomyślała Agnieszka i znów się rozpłakała. A po chwili, wbrew sobie, dała się otulić łagodnymi dźwiękami saksofonu. To mimo wszystko był piękny utwór, oddawał cały ten żal i tęsknotę, którą trudno było wyrazić słowami. Nagle zawiał wiatr. Sieknął w twarz Agnieszki zimnymi igiełkami mżawki. Porwał dostojny marsz na kawałki i cisnął w uszy zgromadzonych zniekształcone dźwięki, kakofonię zgrzytającą fałszem, obcą, niepokojącą i budzącą przerażenie. Saksofonista próbował obrócić się plecami do wiatru, ale nic to nie dało. Wichura grała własnego marsza – wynaturzonego, karykaturalnego i strasznego – i muzyk wreszcie się poddał. Z przepraszającym wyrazem twarzy opuścił instrument. Jeden z grabarzy także przegrał z wiatrem. Silny podmuch wytrącił go z równowagi. Mężczyzna poślizgnął się na rozmiękniętej ziemi, lina uciekła mu z dłoni. Trumna przekrzywiła się gwałtownie. Uderzyła o brzeg wykopu i pewnie spadłaby na dno grobu, gdyby grabarz nie pochwycił na powrót sznura. Nad głowami żałobników stojących najbliżej mogiły poniósł się przerażony szept, cichy, ale w uszach Agnieszki dźwięczący donioślej niż kolejne porywy wichury. Krucyfiks położony przez księdza na trumnie zsunął się i zatrzymał dopiero na zdobionej krawędzi wieka, obrócony w dół. Grabarze patrzyli pytająco na Agnieszkę i Przemka, gotowi podnieść trumnę na powrót w świat żywych, by poprawić przekrzywiony krzyż. Agnieszka spojrzała mężowi w oczy i przeniosła przestraszony wzrok na księdza. Duchowny mrugał skonsternowany, jakby w nadziei, że to, co widzi, ulegnie zmianie przepłoszone ruchem powiek. Wreszcie przycisnął Biblię do piersi. – Pomódlmy się jeszcze gorliwiej za duszę zmarłego Sebastiana – rzekł nieoczekiwanie mocnym głosem. Agnieszka prawie uwierzyła w moc jego wiary. Prawie. Stała dość blisko, by zauważyć, że ksiądz do końca ceremonii z obawą zezował na przekrzywiony krzyż. 15 *** Krzyż pokrywała gruba jak zimowe futro warstwa kurzu. Nic dziwnego – przybito go tak wysoko, że szkolna sprzątaczka musiałaby przytargać drabinę, by go oczyścić. Obok za tłustą od brudu szybką rozpościerał skrzydła koronowany Orzeł Biały, a pod spodem papież uśmiechał się łagodnie i wyrozumiale na zdecydowanie najczystszym i najmniej wyblakłym portrecie. Agnieszka prześlizgnęła się po nich zniesmaczonym wzrokiem i wbiła spojrzenie w zaciek, usytuowany na ścianie dokładnie nad głową dyrektor Julii Kosteckiej. Kształt plamy wydawał się znajomy, budził w niej wspomnienia, ale nie mogła sobie przypomnieć, skąd go kojarzy. Potarła skroń koniuszkami palców. Była zmęczona. Julią Kostecką, jej telefonami i wezwaniami na dyrektorski dywanik. Kamilem, który był tych telefonów i wezwań przyczyną. Przemkiem, który za często załamywał nad synem ręce, a za rzadko działał. Życiem, nad którym traciła kontrolę. Sobą. Bezradną, bezwolną i bezradosną sobą. I światem bez Sebastiana. Usiadła pewniej na rozchybotanym krześle. Wciągnęła głęboko powietrze w płuca i zmusiła się, by spojrzeć w oczy dyrektorki. Skoncentrowała się na wywodzie Kosteckiej, trwającym już od dłuższego czasu. W końcu chodziło o jej dziecko. Przemek siedzący obok wszedł w tryb machinalnego potakiwania, choć widać było, że kolejne szkolne problemy syna wprawiają go w konsternację. – Zdaję sobie sprawę z tego, że państwa syn niedawno stracił brata bliźniaka – tłumaczyła magister Kostecka takim tonem, jakby przepraszała, że musi. Zaraz jednak głos i spojrzenie jej stwardniały i Agnieszka zrozumiała, że to tylko wyćwiczona latami pracy poza. – Mimo to jego zachowanie jest niedopuszczalne. Nie wspomnę o wcześniejszych epizodach z innymi dziećmi, ale dzisiaj przeszedł samego siebie. Zawiesiła znacząco głos. Przemek dał się złapać na ten stary teatralny chwyt i z wrażenia aż przestał kiwać głową. Agnieszka poczuła się zmęczona, tym razem sytuacją, tym przedstawieniem, które musiała grać. Trzeba to przejść jak najszybciej, zabrać Kamila i wrócić do domu, pomyślała, ujmując dłoń męża wspierającym gestem. – Co takiego zrobił mój syn? – przerwała ciszę. – Zaatakował nauczyciela od WF-u – westchnęła Kostecka i w pełnej konsternacji ciszy, jaka zapanowała w gabinecie, opadła ciężko w głębiny fotela. – Co prawda zdrowiu pana Jaworskiego nic nie zagraża, ale blizna po tym ataku kluczami pozostanie do końca życia. Państwa syn o mały włos nie wydłubał mu oczu. Pan Jaworski poinformował mnie, że oczywiście nie zamierza wyciągać żadnych konsekwencji, ze względu na sytuację rodzinną Kamila. Jednak jesteśmy zmuszeni poprosić państwa o jak najszybszą wizytę u psychologa. Nasz szkolny pedagog już wypisał odpowiednie dokumenty. 16 Agnieszka zwiesiła głowę jak skarcony uczniak, całkiem jakby to ona zrobiła coś złego. Podniosła spojrzenie dopiero gdy Przemek dotknął jej dłoni. W jego oczach znalazła wsparcie i siłę, której potrzebowała. – Zauważyliśmy także, że chłopiec ostatnio jest... pojawia się w szkole zaniedbany. Nieuczesany, czasem niedomyty – kontynuowała tymczasem dyrektorka. – Czy w domu państwo także mają z nim problemy? Ton głosu Kosteckiej był delikatny i pełen współczucia. Jakby faktycznie jej zależało i przejmowała się Kamilem nie tylko zawodowo, jako problemem dezorganizującym pracę szkoły, ale tak zwyczajnie, po ludzku troszczyła się o cierpiące dziecko. Agnieszka w jednej chwili zrezygnowała z karmienia dyrektorki kłamstwami i półprawdami. Nie, powinna wiedzieć wszystko, mieć pełny obraz. Może razem pomogą Kamilowi. – Tydzień temu – odezwała się niepewnie Agnieszka – przed wyjściem kazałam mu umyć twarz po śniadaniu. Wyskoczył na klatkę z butami i tornistrem w ręku, tak się spieszył. Krzyknął tylko, że zrobi to w szkole. – On się nie czesze, bo twierdzi, że nie ma potrzeby – dodał Przemek. – Ale gdy chciałem ostrzyc go maszynką na krótko, żeby faktycznie nie musiał, to uciekł z łazienki. – Unika w ogóle łazienki – przyznała wreszcie Agnieszka. – Dużego pokoju i wnęki z wieszakami w przedpokoju również, swoją kurtkę trzyma u siebie. Ale przede wszystkim nie chce wejść do łazienki. Dyrektorka pokiwała głową. – Zdaje się, że tu właśnie leży problem, proszę pani. Z doniesień nauczycieli wynika, że Kamil odmawia wejścia do łazienki... czasami też kłamie, że wykona polecenie. Od tego też zaczęła się przykra sytuacja z wuefistą. Pan trener Jaworski może zbyt ostro nakazał Kamilowi udanie się pod prysznic, chłopiec zaś zareagował... jak zareagował. – Również zbyt ostro – ucięła temat Agnieszka. – I porozmawiamy o tym z synem. – Proszę też, aby przed spotkaniem z psychologiem zastanowili się państwo, czy coś łączy te miejsca i czynności, których Kamil zdaje się unikać – wtrąciła jeszcze szybko Kostecka. – Nie chcę niczego, broń Boże, sugerować, ale może w tych pomieszczeniach bawił się z Sebastianem, łączą się w jego wspomnieniach ze zmarłym braciszkiem? W końcu nie minęło tak dużo czasu od... tragedii. Kamil mógł się nie pogodzić ze stratą. To oczywiście tylko moje domysły, jeden z powodów, dla których państwa syn zachowuje się w sposób odstający od normy. – Przemyślimy to – obiecała Agnieszka. – Dziękujemy pani za troskę i spostrzeżenia. Uścisnęli ozdobioną zbyt dużym, złotym pierścionkiem dłoń dyrektorki. Magister Kostecka odprowadzając ich do wyjścia, zmieniła gładko temat i zaczęła paplać o zbliżającej się uroczystości na cześć patrona, wielce ważnej w życiu szkoły. Agnieszka już nie słuchała, zatopiona we własnych 17 myślach. Nie umknęło jednak jej uwadze, że gdy wyszli, dyrektorka nie mogła się powstrzymać przed rzuceniem srogiego spojrzenia siedzącemu na ławce naprzeciwko gabinetu Kamilowi. Agnieszce zimny dreszcz przebiegł po plecach. Jej syn skurczył w sobie, skulił i uciekł wzrokiem, wbijając oczy w pokrytą linoleum podłogę. *** Siedział skurczony, z głową schowaną w ramionach i spuszczonym wzrokiem. Nie widziała jego oczu. Nie miała nawet pewności, czy do Kamila dotarło, o czym z Przemkiem mówili od pół godziny. Gdy wrócili do domu po spotkaniu z Kostecką, próbowali rozmawiać z synem o tym, co wydarzyło się w szkole. Bezskutecznie. Potem zmęczeni pozwolili synkowi obejrzeć bajkę, a sami zasiedli za kuchennym stołem. Zaparzona kawa stygła powoli w kubkach, a Agnieszka i jej mąż analizowali uporczywie, co łączy pomieszczenia, które wzbudzają niepokój i strach dziecka. – Często przebywali w nich razem, bawili się. Ta nauczycielka ma rację. Przypominają Kamilowi brata – zawyrokował Przemek, ale Agnieszka pokręciła głową. – Dlaczego zatem nie boi się swojego własnego pokoju? Przecież przedtem... był ich wspólnym. Tam spędzali najwięcej czasu, pełno tam jeszcze zabawek, które dzielili, a jednak śpi w nim bez obaw. Poza tym szalał też w łazience przy szkolnej sali gimnastycznej. A do szkoły... już nie poszli razem. Sebastiana nigdy tam nie było. To musi być coś innego. Może nawet niezwiązanego z Sebastianem? – zasugerowała, ale Przemek zaprzeczył. Nie. To musiało mieć coś wspólnego z ich zmarłym, małym chłopcem. Na palcach, żeby nie zwrócić uwagi wpatrzonego w przygody Spidermana Kamila, przeszli do przedpokoju. Przemek sięgnął do włącznika. Żarówka zamigotała, wnękę w przedpokoju zalało światło. Agnieszka i Przemek spojrzeli w oczy najpierw sobie, a potem swoim sobowtórom, odbiciom uwięzionym w drewnianej ramie lustra. – Lustra – powiedziała Agnieszka. – W naszym przedpokoju, łazience, w szkolnej szatni pewnie też – wszędzie są lustra. Kamil musi się bać własnego odbicia. Poczuła jakiś dziwny triumf, satysfakcję, że potrafiła odkryć, co jest powodem dziwnego zachowania, gdy dla nauczycielek po studiach pedagogicznych było to tajemnicą. – Sprawdźmy to – szepnął Przemek. Mruknęła cicho na zgodę, pocierając jednocześnie palcem czoło. Nagle rozbolała ją głowa, jakby coś ścisnęło skronie w imadle. Przeszła do dużego pokoju i przykucnęła obok syna. Przemek stanął za nią. 18 – Co oglądasz, kochanie? – zagadnęła. – Spidermana – odparł Kamil. Nadal siedział w kucki, nie odrywając wzroku od ekranu. – On jest chyba bardzo odważny? – Tak. – Chłopiec ożywił się lekko. – Bo jest bohaterem i ratuje ludzi. – Musi się codziennie czesać i kąpać – włączył się Przemek. – O, patrz, zdjęcia mu robią. Jakby to wyglądało, jakby na zdjęciu w gazecie był brudny i potargany? Nikt by nie chciał takiego bohatera. – Tato... – Kamil odwrócił się od kreskówki i spojrzał ojcu w oczy. – On nosi kostium i maskę na głowie. A poza tym jest nieprawdziwy. – Ale mój mały Spiderman musi się myć i czesać – nie dawał za wygraną Przemek. – Chodź, bohaterze, czas do wanny. Położył dłoń na ramieniu syna, ale Kamil ją zrzucił. – Jeszcze oglądam. – Powiedziałem: marsz do łazienki! – Przemek uniósł głos. – Tato, jeszcze chwilkę! – Broda Kamila zaczęła drżeć. – Synku – spytała łagodnie Agnieszka – czy ty się boisz łazienki? Jesteś duży, wiesz, że nie ma żadnych potworów. Na ekranie Spiderman właśnie załatwiał potwora. W tle budynki waliły się w gruzy. – Nie. – Kamil pokręcił głową. – Nie boję się. Chcę tylko pooglądać bajkę. – Dobrze, misiu. Jeszcze chwilkę. Agnieszka podniosła się z dywanu. Przeszła do przedpokoju, stanęła we wnęce obok szafy i wyjęła z torby kilka cukierków w kolorowych, szeleszczących opakowaniach. – Kamilku, chodź, mam coś dla ciebie. Chłopiec wstał posłusznie i ruszył do niej. Oczy zaświeciły mu się na widok słodyczy, ale stanął w progu pomiędzy salonem a przedpokojem i ani drgnął. Nieruchomym, martwym wzrokiem wpatrywał się w lustro za plecami Agnieszki. – Nie, nie chcę – powiedział po chwili z wahaniem. – Zepsują mi się zęby. – Zęby trzeba myć, to się nie będą psuły! – zakrzyknął Przemek, stając za Kamilem i łapiąc go za ramię. Drugą ręką zapalił światło w łazience. – Nie! – Kamil krzyknął rozdzierająco, tak głośno, że aż Agnieszce pisnęło coś w uszach. Chłopiec wyrwał się z uścisku ojca i pobiegł do swojego pokoju. Zanim zatrzasnął z hukiem drzwi, Agnieszka zdążyła zobaczyć w oczach synka rozpacz i łzy. – Chyba przesadziliśmy – powiedziała cicho do męża i weszła do kuchni. Otworzyła lodówkę i machinalnie zaczęła wykładać na stół ser, wędliny i pomidory na kolację. Smuga światła, sącząca się z pokoju Kamila przez szparę pod drzwiami szybko zgasła. 19 *** Agnieszka siedziała po turecku na pufie, zamknięta w bańce pomarańczowego światła rzucanego przez małą lampkę. Skubała wargami koronkowy mankiet koszuli nocnej. Zgarbiona, pochylała się co jakiś czas niżej nad ekranem laptopa i wtedy jej twarz przybierała niezdrowy, siny odcień. Przemek nakryty kołdrą razem z głową oddychał równo, głęboko i charkotliwie. Poruszył się, gdy mała wskazówka zegara powieszonego obok ich ślubnej fotografii dotknęła jedynki. – Jak późno – mruknął, unosząc się lekko na łokciu. – Połóż się już. Powtórzył to kilka razy, ale Agnieszka tylko pokiwała odruchowo głową i wpisała kolejne hasło do wyszukiwarki. Przemek już po chwili znowu przymknął oczy i zaczął pochrapywać. Nie odwracając głowy, wyciągnęła rękę i przykryła go kołdrą. Strach przed lustrami. Spectrofobia... Nie. Eisoptrofobia. Lęk przed własnym odbiciem. Nachyliła się do ekranu. Na ciemnym tle zdjęcia ilustrującego artykuł pojawiło się jej lewe oko. Zamrugała gwałtownie, spod powieki wymknęła się łza. Wytarła twarz rękawem nocnej koszuli. Czytała, przeskakując pomiędzy stronami. Gdy wyłączyła komputer, było już po trzeciej. Jeszcze chwilę siedziała nieruchomo w ciemności. Nie chcę zostać z tym sama, pomyślała. Usiadła na łóżku i pogładziła męża po twarzy. Miała zimną dłoń i Przemek wzdrygnął się pod jej dotykiem, potarł rozespane oczy. – Coś się stało? – zapytał szeptem. – Tak. Chyba wiem, co może dolegać Kamilowi. Nie uwierzysz, jak wielu ludzi to ma. Po jakichś traumatycznych przejściach, ale też chorych, zwyczajnie chorych. – Poczekaj. Uważasz, że Kamil jest niespełna rozumu? – spytał nieprzytomnie Przemek. – Nie, to nie to. Niektórzy ludzie boją się własnego odbicia, bo wydaje im się, że z ich twarzą jest coś nie tak. – Aha, znaczy, są wariatami. – Przemek zakrył się ponownie kołdrą. – Albo zdaje im się, że w lustrze zobaczą potwora, który wygląda im zza pleców. – Jezu – westchnął sennie w odpowiedzi. – Podobno chorzy na Alzheimera często na to cierpią. Z początku przestają rozpoznawać samych siebie w lustrze. Rozmawiają ze swoim odbiciem, jakby to była prawdziwa osoba. Ale w końcu, nagle, ta osoba z lustra przestaje być dla nich przyjacielem. Zaczyna być wrogiem, którego trzeba się bać i unikać. – Yhm... – To nasunęło mi tę myśl. – Agnieszka przerwała, a potem odezwała się z wahaniem w głosie: – Kogo Kamil widzi w lustrze? Siebie, ale też Sebastiana. Byli przecież identyczni. Mój 20 biedny, mały chłopiec. Codziennie, setki razy dziennie z lustra patrzy na niego martwy brat. Nic dziwnego, że unika luster. Nikt nie chciałby patrzeć w oczy duchowi. Zamilkła, bo zorientowała się, że Przemek nie słucha, zresztą chyba od dłuższej już chwili. Zasnął, skulony jak dziecko, przyciskając jej dłoń do policzka. Otworzył oczy i drgnął w tym samym momencie co ona – na dźwięk skrzypiących desek parkietu w przedpokoju. Brzmiały jak ostrożne kroki kogoś, kto nie chce zostać nakrytym i przyłapanym, kto chce zachować swoją obecność w tajemnicy. Przemek patrzył Agnieszce w oczy bez mrugnięcia i bez słowa. Puściła jego dłoń, wstając. Wyszła na korytarz. Był pusty. Cichy, ciemny i zimny, od parkietu bił chłód i wgryzał się w jej bose stopy. Gdy wróciła do sypialni, Przemek znów spał głębokim, spokojnym snem. Musiałam się przesłyszeć, pomyślała, wtulając się w ciepłe plecy męża. *** – Może jednak masz rację... no wiesz, z czym. – Przemek wrzucił do koszyka paczkę chrupków i nachylił się do ucha żony, by wyszeptać: – Z lustrami. Zerknęła na synka, czy ich nie słyszy, ale Kamil jak zaczarowany, z oczami utkwionymi w miniaturkę Batmobilu, wędrował już do działu z zabawkami. Mieli chwilę na spokojną rozmowę – o ile zatłoczony supermarket to miejsce na rozmowy o problemach psychicznych siedmiolatka, który stracił brata bliźniaka. Skoro jednak Przemek zdecydował się wreszcie poruszyć ten temat, nie zamierzała odpuścić. Postawiła na podłodze ciężki kosz i odgarnęła włosy z czoła. – Mam przeczucie, że tak właśnie jest – odpowiedziała również szeptem. – Wydawało mi się, że mnie nie słuchałeś... – Słuchałem, ale mnie teraz tknęło. – Aha. Dlaczego właśnie teraz? – westchnęła Agnieszka i sięgnęła po koszyk, tracąc wiarę na konstruktywną rozmowę o Kamilu. – Bo tam przy wędlinach stoi Kuba, mój kumpel z podstawówki. – Wskazał palcem wysokiego mężczyznę w eleganckim, drogim płaszczu. – W zeszłym roku doktoryzował się z psychologii dziecięcej. Pogadać z nim, czy by nie przyjął Kamila na wizytę? I tak musimy, albo ta wiedźma Kostecka nie da nam spokoju. Agnieszka kiwnęła głową. – Idę po małego. Kamil na jej widok odłożył na półkę samochodzik, którym się bawił i wstał z pachnącej leśnym płynem do podłóg posadzki. Poszedł za nią bez słowa. Odezwał się dopiero na widok ojca rozmawiającego z obcym mężczyzną. 21 – Z kim tatuś mówi? – Z kolegą z klasy. Tata też miał przyjaciół, jak chodził do szkoły. Tak jak ty. – Nie. – Kamil pokręcił głową. – Co nie, kotku? – Ja nie mam kolegów. Nie zdążyła odpowiedzieć, bo Przemek pomachał do nich i ponaglił gestem, żeby podeszli. Agnieszka przywitała się, lekko speszona, gdy Jakub uścisnął jej rękę. Miał duże, ciepłe dłonie, przyjazny uśmiech i zielone oczy o miłym spojrzeniu. Musiał posiadać też jakiś naturalny talent, niemal magiczną moc, która sprawiała, że dzieci do niego lgnęły. Kamil, zazwyczaj wycofany, sam wyciągnął do psychologa rękę. – Kuba twierdzi, że wie, jak pomóc. – Przemek urwał, zerknąwszy na syna. – W naszej sprawie – dokończył gładko i mrugnął do żony. – Kamilku, idź wybrać sobie samochodzik. Jeden. – Agnieszka popchnęła chłopca delikatnie w stronę działu dziecięcego, a gdy odszedł, zwróciła się do Jakuba: – Dziękuję. Ratuje pan nam życie. – Złapała go za rękę i ponownie nią potrząsnęła. – Jaką terapię chce pan nam zaproponować? – Na początek musimy przeprowadzić starcie z lękiem. – Jakub wyzwolił dłoń z uścisku Agnieszki i wyjął z kieszeni smartfon. – W moim gabinecie. Może jutro? Przed czy po południu? Może być nawet później, gabinet jest w moim prywatnym mieszkaniu. – O osiemnastej – zdecydowała. – Doskonale. Zatem jesteśmy umówieni. – Psycholog wrzucił do koszyka kawałek szynki i skinął im na pożegnanie. – Panie doktorze – zatrzymała go z wahaniem Agnieszka – nie wiem, czy to ważne, ale lepiej, żeby pan wiedział. Przy porodzie jednemu z chłopców zanikło tętno i musiał być reanimowany. Czy to może być powodem tego, że...? Urwała, bo mąż zgromił ją wzrokiem i wymownie rozłożył ręce, przypominając jej, gdzie są. W pełnym przypadkowych ludzi sklepie. Złym miejscu na intymne zwierzenia i pytania. – Nie. To raczej nie ma znaczenia w tym przypadku – ocenił jednak Jakub. – A teraz przepraszam państwa, naprawdę się spieszę. Ukłonił się uprzejmie i ruszył w stronę kas. Agnieszka poczuła, jakby kamień spadł jej serca. Albo jakby po długiej zimie wreszcie zaczęła się wiosna. Może jutrzejsze spotkanie nic nie da, ale chciała wierzyć, że będzie przynajmniej pierwszym małym krokiem do wyleczenia jej synka. Radości tej nie mącił jej nawet marudzący mąż. – I po co ten poród wyciągałaś, to nie ty idziesz na kozetkę, tylko Kam... Uciął zdanie jak nożem i zakaszlał, speszony. Agnieszka odwróciła się, podążając za jego 22 wzrokiem. Tuż za rogiem regału stał Kamil. Możliwe, że był tam przez cały czas, gdy rozmawiali z psychologiem. Teraz dygotał jak w febrze, twarz miał bladą i wystraszoną, a wokół jego buta rosła kałuża moczu. *** Po schodach prowadzących do gabinetu Kamil wlókł się pomału, wspierając się ciężko o drewnianą, wygładzoną setkami rąk poręcz. Jakby uciekły z niego wszystkie siły, a jego nogi ważyły tony. Usta zacisnął w wyrazie, który Agnieszka w duchu nazywała ponurą rezygnacją. Nie chciał iść, ale wiedział, że i tak zostanie zmuszony, więc godził się na wszystko, by oszczędzić sobie szarpania z rodzicami. Stosował za to zasady strajku włoskiego i robił wszystko tak wolno i ślamazarnie, jak się tylko dało. Na spotkanie z psychologiem wyszli dwadzieścia minut wcześniej, a Agnieszka już cała była mokra od potu, ze zdenerwowania i z napięcia, od nieustannego napominania i popędzania buntującego się biernie syna. Wreszcie ujęła klamkę wysokich drzwi, opatrzonych lśniącą, mosiężną tabliczką „dr Jakub Wierzbicki, psycholog dziecięcy”. – Pospiesz się, synku – poprosiła Kamila, który stanął na piętrze i udawał żywe zainteresowanie wiekowym fikusem ustawionym pod oknem na klatce schodowej. Ociągał się, ale wreszcie zaczął dreptać w jej kierunku. Agnieszka odetchnęła, nacisnęła klamkę i... stanęła twarzą w twarz z ładną brunetką w modnym, kusym płaszczyku w kolorze musztardy. W ręku kobiety pobrzękiwał pęk kluczy, a za jej plecami gabinet ział ciemnością i chłodem. – Dobry wieczór, pani do doktora? Pani nazwisko? – spytała nieznajoma szybko, zarzucając torebkę na ramię. – Agnieszka Mastalerz, byłam dziś umówiona. – Tak, tak. Przepraszam najmocniej. Przyszłam właśnie zadzwonić do wszystkich pacjentów doktora Wierzbickiego. Jestem jego sekretarką. Poinformowałabym i panią, ale nie zapisał mi numeru telefonu do kontaktu, tylko nazwisko. Niestety, doktor dziś pani nie przyjmie. I trudno mi powiedzieć, kiedy będzie to możliwe. Mocowała się już z drzwiami i zamkiem. Agnieszka pociągnęła nosem. Powoli zdawała sobie sprawę, że szansa na szybkie – już tu, teraz – wyjaśnienie, co się dzieje z Kamilem oraz jego wyleczenie właśnie rozwiewa się jak dym. – Mamo? To może pojedźmy do kina? Grają teraz taki film... Spojrzała na syna. Grzebał czubkiem buta w szparze pomiędzy deskami parkietu. Wydawało jej się, że zanim opuścił głowę, na jego twarzy pojawił się wyraz bezbrzeżnej ulgi. Na pewno był spokojniejszy niż jeszcze przed chwilą, kiedy zachowywał się tak, jakby spotkanie z psychologiem 23 wisiało nad nim jak wyrok śmierci nad skazańcem. Ciemnowłosa sekretarka przy akompaniamencie zduszonego przekleństwa zamknęła wreszcie drzwi. Schowała klucze do torebki i zamaszystym gestem poprawiła zwichrzoną grzywkę. Rzuciła okiem na stojącą nieruchomo jak posąg Agnieszkę i jej syna, ze skurczonymi ramionami badającego przebieg słoi na deskach parkietu. – Jeśli to coś, przy czym ważny jest czas, to radzę pani poszukać innego specjalisty – powiedziała ze współczuciem w głosie. – Byliśmy zdecydowani na Jakuba, znaczy doktora Wierzbickiego. Możemy poczekać tydzień lub dwa. – To nie będzie tydzień lub dwa. Nie wiem, kiedy doktor wróci do pracy – westchnęła sekretarka. Miał wypadek. Poważny wypadek. Tylko tyle mogę powiedzieć. – Hm. Dziękuję pani. Agnieszka nie mogła pokonać uczucia zawodu. Takie nadzieje pokładała w koledze Przemka! Jej wzrok zahaczył o twarz synka. Tym razem była pewna, że usta małego wykrzywiły się w zadowolonym uśmieszku. – Idziemy! – huknęła na niego, nagle rozgniewana. – Do kina? – Nie, do domu! *** Nie odezwała się do syna przez całą drogę powrotną. Chłopiec też milczał i zaczynała podejrzewać, że robił to w odwecie; że milczenie było karą za podniesienie na niego głosu i w ogóle za zabranie go do psychologa. Poczuła się zmęczona. Tylko dlatego nie zareagowała, gdy Kamil przywitał się z ojcem, zdjął buty oraz kurtkę i ignorując ją, bez słowa ruszył do dużego pokoju. Po chwili już siedział po turecku przed swoim prywatnym bogiem – telewizorem – i oglądał bajkę. – Jak poszło z Kubą? – spytał Przemek z kuchni. – Wcale nie poszło. Bo nie przyszedł. Przygotowując obiad, opowiedziała o tym, czego dowiedziała się od sekretarki. Przemek, zmartwiony, próbował dodzwonić się do kolegi, ale ten nie odbierał komórki. – Chyba faktycznie to coś poważnego. Znajdziemy kogoś innego. – Nie, to bez sensu – mruknęła zrezygnowana Agnieszka. – Dlaczego? Przecież uzgodniliśmy, że potrzebujemy lekarza. Źle się stało, szkoda faceta 24 i nas szkoda, bo po znajomości pewnie mniej by policzył. – Przemek rozłożył ręce i uśmiechnął się bez zażenowania. – Ale jak nie ten, to inny. Na pewno nie był jedyny w Tomaszowie. Psychologów jest jak psów! – Pomyślimy o tym, ale później, dobrze? – Agnieszka potarła czoło dłonią. Znów czuła się zmęczona. Bolała ją głowa. – Nakładaj już, pójdę tylko przemyć twarz. Idąc do łazienki, zerknęła do salonu. Kamil z przejęcia akcją bajki obgryzał paznokieć kciuka. Nie odwrócił się, gdy zawołała, że zaraz obiad. Na ekranie superbohater okładał pięścią bliżej nieokreślonego superzłoczyńcę. Agnieszka miała nadzieję, że złoczyńcę, że ta teatralna agresja ma jakiś powód, choćby przekaz. Ale telewizję to mu ograniczymy, postanowiła. Ograniczymy ją natychmiast, pomyślała ze zniechęceniem w łazience, gdy uniosła twarz znad umywalki i nie ujrzała swojego odbicia w lustrze, które do połowy wysokości, bardzo dokładnie i sumiennie zostało zamazane czarnym markerem. Poskrobała czarną warstwę paznokciem. Jeszcze miała ochotę to zignorować. Zjeść najpierw obiad, razem, jak normalna rodzina. Jednak wtedy zobaczyła ciśnięte pod umywalkę jeansy i sweter Kamila, poplamione zeschniętym błotem. Poruszyła stosik odzieży stopą, odsłaniając swoją ulubioną, jedwabną bluzkę. Kołnierz ozdobiony falbanami również szpeciły plamy z gliniastej ziemi, która musiała ściec ze spodni Kamila. Agnieszka zaklęła, zalała ją fala bezsilnej wściekłości. Z hukiem otworzyła szafkę, wyciągnęła płyn do mycia szyb i szmatkę. Kiedy w przeczyszczonym z grubsza lustrze było już cokolwiek widać, wiedziała, co powinna zrobić. – Kamil! – krzyknęła w stronę dużego pokoju. – Kamil, chodź tu! Przyszedł po chwili, podciągając przyduże spodnie od dresu. Podniósł na nią spojrzenie ciemnych oczu. Takich, jakie miał jego zmarły brat i sama Agnieszka. – Tak, mamo? Złapała go za kaptur bluzy i wciągnęła do łazienki. Wyrywał się i szarpał, ale była silniejsza. Zastawiła sobą drzwi i zasunęła zasuwkę. Siłą obróciła jego twarz w kierunku lustra. W lustrze zaś widziała jego-Sebastiana twarz. Skurczoną ze strachu, z zaciśniętymi szczelnie powiekami. Nie chciał patrzeć. – Otwórz oczy! – powiedziała. Kamil krzyczał rozpaczliwie i wierzgał nogami. Do drzwi zaczął dobijać się Przemek, ale go zignorowała. Tu i teraz, to musi się stać. Nie ma na co czekać, to się pogłębia i z każdym dniem jest coraz gorzej. Każdy powinien stawić czoła swoim upiorom. – Zobacz, nie ma się czego bać. Spokojny ton jej głosu dotarł do walczącego na oślep dziecka. Kamil znieruchomiał w jej uścisku. Pociągnął jeszcze raz nosem. I otworzył załzawione oczy. Stali obok siebie, wpatrzeni w swoje odbicia. Agnieszka trzymała ręce na ramionach syna. Zobaczyła, że chłopiec w lustrze podniósł ku niej głowę. 25 – Mamusiu? – wyszeptał Kamil płaczliwie. Zacisnął rączkę na jej dłoni, tak kurczowo, aż poczuła paznokcie wrzynające się w jej skórę. Mała lampka nad lustrem zamigotała. Wszystko wokół pociemniało i zszarzało, jakby ktoś sypnął na ściany i sprzęty drobnym popiołem. Ucichł głos Przemka, wołającego ją po imieniu z drugiej strony drzwi. Gdzieś za nią z mokrym plaskiem rozpryskiwały się krople kąpiącej z góry wody. Cuchnęło. W lustrze trwała zatrzymana w pół oddechu scena, nieruchoma jak obraz. Odbicie Agnieszki w starannym koku, lawendowym swetrze i wąskiej spódnicy, lewą dłonią trzymającej rączkę swojego syna. Prawa spoczywała na jego ramieniu. Na policzku Kamila, w pół drogi do krzywizny żuchwy, zastygła w bezruchu wielka łza. W lustrze otaczały ich kafelki w seledynowe kwiatki, przyozdobione tu i ówdzie naklejkami, poprzyklejanymi przez bliźniaków, gdy jeszcze było ich dwóch. Zwykła łazienka, normalna matka i jej synek, zaraz ona obetrze mu łezkę i umyją wspólnie zęby. Jednak gdy oderwała wzrok od podobizny samej siebie, ujrzała obraz odmieniony i przerażający. Ściany obłaziły z farby, która łuszczyła się płatami pod wpływem wilgoci. Po suficie śladem zacieku pełzły czarne plamy grzyba. Z sufitu na gołym kablu zwisała żarówka. Było ciemno, kąty pomieszczenia ginęły w mroku, czaiły się w nich cienie. Może przedmiotów, a może czegoś innego. Jej prawa ręka spoczywała na czymś zimnym i oślizgłym. Wokół lewej dłoni zaciskały się lodowate i lepkie jak galareta, ale przerażająco silne palce. Jeszcze raz rzuciła okiem na lustro. Tam ciągle stała obok syna, w tej samej pozie. Łza na policzku Kamila nie przesunęła się ani o milimetr. Jednak gdy spojrzała w bok, nie zobaczyła synka. Obok niej stała przeraźliwie chuda, długonoga i długoręka, jakby rozciągnięta istota. Jej skóra była czarna, ale była to czerń całkowita, ciemność pożerająca światło. Szczegóły budowy jej ciała umykały postrzeganiu, jakby uciekały przed wzrokiem, chowając się jeden za drugi, w wiecznym ruchu, zapamiętałym niedookreśleniu. Agnieszka nie mogła stwierdzić z całą pewnością, czy ten obcy twór ma twarz, oczy albo usta. Ale wiedziała – czuła to jakimś szóstym zmysłem – że istota właśnie na nią zerka. Badawczo, sondując jej reakcje. Oślizgłe palce przesunęły się po jej dłoni, poprawiając i wzmacniając chwyt. Dopiero wtedy krzyknęła, wysoko i cienko. Wyrwała dłoń z uścisku obcej istoty. Rzuciła się całym ciężarem ciała na drzwi. Obskurne, czarne i – z czego zdała sobie sprawę dopiero, gdy nacisnęła klamkę – tak samo pulsujące niedookreśleniem formy, uciekające przed pojmowaniem jak skóra stwora, który zajął miejsce jej dziecka. Na zewnątrz zamiast znajomego korytarza ujrzała ciemny, obły tunel. Po wgłębieniach pokarbowanych ścian ściekał gęsty, przypominający ślinę śluz. Przejście drgało spazmatycznie i miarowo, niczym przełyk jakiejś wielkiej bestii. W głowie Agnieszki kołatała się jedna myśl: jeśli 26 tam wejdę, zostanę pożarta. Pożarta i strawiona. Za sobą wyczuła poruszenie. Jeden rzut oka wystarczył, by się upewnić, że czarna istota nie znikła. Że nadal tam jest i właśnie dała krok w jej kierunku. Że wyciągnęła drapieżnie dłonie, a każdy ruch był taki jak ona sama – ukradkowy, wymykający się postrzeganiu, jakby zawieszony na krawędzi pola widzenia. Agnieszka odepchnęła się od futryny i skoczyła w wilgotny, ciemny tunel. Poślizgnęła się na krzywiźnie ociekającej śluzem ściany i padła na podłoże. Poderwała się ze zduszonym krzykiem. To na czworaka, to czołgając się, brnęła przed siebie, byle dalej od skradającego się za nią stwora. Tunel robił się coraz węższy, musiała więc się skulić. Metr za metrem, łkając ze strachu i z wysiłku, posuwała się w głąb lepkiej ciemności, której bała się jednak mniej niż istoty za swoimi plecami. – Znaleźliśmy pustą skorupę... Głos nie rozlegał się w tunelu. Zdawał się rozbrzmiewać wprost pod sklepieniem jej własnej czaszki. Ani kobiecy, ani męski, bezosobowy i pozbawiony emocji. – Znaleźliśmy pustą skorupę i wypełniliśmy ją. Agnieszką targnął dre
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Magazyn Histeria 2015/2 PDF
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: