Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00357 008557 10455138 na godz. na dobę w sumie
Magazyn Histeria 2015/3 PDF - ebook/pdf
Magazyn Histeria 2015/3 PDF - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Magazyn Histeria Język publikacji: polski
ISBN: 2015037777777 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> thriller, horror
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
Nowy magazyn internetowy dla fanów grozy. Naszą ideą jest promocja talentów pisarskich.
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

MAJ 2015/3 Reymont wampiryczny Eliza Krzyńska-Nawrocka Dziwna opowieść Władysław Reymont www.magazynhisteria.pl GOSC SPECJALNY: OLGA HABER CIENIE NAD MIASTEM|LIMITHOLORIS MUR|NOBLOWSKI CYROGRAF|OJCZULEK DENKE OTCHŁAŃ WIDZĄCYCH|PAMIĄTKA Z DZIECIŃSTWA PANDUR|PO MOJE ZŁOTO, PO TWOJĄ KREW PRZESIADKA GOSC SPECJALNY:OLGA HABER SPIS TREŚCI: Słowo od redakcji Wyznania Histeryka CIENIE NAD MIASTEM LIMITHOLORIS MURNOBLOWSKI CYROGRAF OJCZULEK DENKE OTCHŁAŃ WIDZĄCYCH PAMIĄTKA Z DZIECIŃSTWA PANDUR PO MOJE ZŁOTO, PO TWOJĄ KREW PRZESIADKA DZIWNA OPOWIEŚĆ Reymont wampiryczny Cezary Fajfer Arkadiusz „Armiel” Mielczarek Olga Haber Paweł Cieliczko Angelika Januszewska Krystian Janik Ludwik Cyfer Olga Rot Dagmara Adwentowska Jarosław Jakubowski Władysław Reymont Eliza Krzyńska-Nawrocka Redaktorzy naczelni: Błażej Jaworski, Maciej Zawadzki Projekt okładki i skład: Roman Panasiuk Ilustracje: D awid Boldys, Stanislav Lament, Roman Panasiuk Korekta: Dagmara Adwentowska email: magazynhisteria@gmail.com 2 345202846616681 89100 109 118 124 Witajcie! Pisząc słowo od redakcji, za każdym razem zastanawiamy się, czy ktoś z Was choć raz dobrnął do jego końca, czy od razu zabieracie się za lekturę opowiadań. Emocje związane z wydaniem rocznicowej Histerii jeszcze nie opadły, a już piszemy wstęp do ósmego numeru, który wydaje nam się być równie dobry jak wydanie jubileuszowe. Może na okładce nie ma tortu, ale zapewniamy, że przy lekturze każdego z jedenastu opowiadań najecie się strachu. Wśród autorów znalazł się nasz Gość Specjalny – Olga Haber. W oczekiwaniu na jej nową powieść pt.: „Wyklęci”, będziecie mieli okazję przeczytać premierowe opowiadanie „Mur”. Jak już wiecie, konkursy literackie są stałą częścią naszego repertuaru. Majowa Histeria unosi się w oparach spirytyzmu i okultyzmu za sprawą trzech opowiadań z konkursu „Medium”, zorganizowanego ku czci Władysława Reymonta. Zanim przeczytacie „Dziwną opowieść” autorstwa naszego noblisty, zapoznajcie się z artykułem dr Elizy Krzyńskiej- -Nawrockiej „Reymont wampiryczny”, który ukazuje mroczną stronę pisarza. Swoje umiejętności zaprezentuje Wam również Olga Rot. Tym razem laureatka konkursu Love Cthulhu napisała opowiadanie przywodzące na myśl twórczość E.A. Poe. Na kolejnej stronie czeka na Was wywiad z Przemysławem Karbowskim, który po raz trzeci zdobył tytuł Histeryka Miesiąca. Tyle od nas. Bójcie się dobrze! B. Jaworski i M. Zawadzki WYZNANIA HISTERYka Przemysław Karbowski Od ostatniego spotkania z Czytelnikami wyszło mi trochę włosów, a broda bardziej posiwiała, poza tym w normie. Wciąż nadęty i pyskaty, z miłości do historii, muzyki i piłki nożnej ciągle niewyleczony. Gdy zostałem Histerykiem po raz drugi, żartowałem o etacie, gdy zostałem po raz trzeci, zalałem się zimnym potem. Ani chybi spisek, cobym wykończył się z nadmiaru emocji... Dziękuję za głosy i pozdrawiam Czytelników. Decyzją naszych Czytelników zostałeś Histerykiem Miesiąca po raz trzeci. Może nie jest to – używając terminologii piłkarskiej – klasyczny hat-trick, ale wynik naprawdę imponujący. Zdradź nam przepis na zwycięskie opowiadanie. Proszę bardzo: napisać i zebrać najwięcej głosów (śmiech). Poważniej i trzymając się futbolowej nomenklatury: mój ulubiony piłkarz – Frank Lampard – w barwach Chelsea F.C. ustrzelił kiedyś z Boltonem hat-tricka z rzutów karnych. Jak to z „jedenastkami” bywa: muszą pomóc koledzy, którzy dadzą się sfaulować w polu karnym; rywale, którzy się pogubią i popełnią błąd; ewentualnie sędzia, który da się nabrać. Wiem, że analogia nieostra, ale pomogą wygrać Czytelnicy, którzy dobrną do końca opowiadania, uznają, że im się podobało bardziej od dzieł rywali albo dadzą się nabrać, że jest lepsze i zagłosują. Ale strzelić trzeba samemu. A przepis? Opublikowałem tylko kilka opowiadań, więc nie będę się wymądrzał. Prawie wszystkie łączy zminimalizowanie prawie do zera elementów nadprzyrodzonych, szczypta historii, nutka kontrowersji i efekciarskie dialogi. Jak powstał pomysł na „Naprawiacza lalek”? Nie było czasu na pomyślunek, bo Szanowna Redakcja dała deadline, a ja miałem raptem godzinę na wysmażenie opowiadanka (śmiech). Punktem wyjścia był utajniony do końca XX wieku raport tzw. komisji Mazura, który czytałem kiedyś tam, a który opisuje w niewielkim wycinku sądowe bezprawie czasów stalinowskich w Polsce. Sporządzony jako element walki frakcji „Chamów” z „Żydami” w łonie PZPR po roku 1956. Gdzie można jeszcze przeczytać Twoje opowiadania? Debiutowałem w „Nowej Fantastyce” 12/2013 opowiadaniem „Śniadanie u Barabasza”. Antologię fantasy „Małe problemy wielkich bohaterów” wydawnictwa Craiis otwiera opowiadanie „Arnulf ma kłopoty”, a w e-bookowej antologii „Niedoczekanie”, wydanej przez RW2010, zawierającej historie alternatywne, przeczytać można „Klątwę biskupa Kaczmarka”. Zapraszam do lektury. Czytać, polecać, chwalić, ganić, byle po nazwisku. Dodam jeszcze, że u redaktora Michała Cetnarowskiego w kolejce do druku w „Nowej Fantastyce” czai się opowiadanie „Syn archanioła”. Już się bójcie... Gdybyś mógł zabrać ze sobą na bezludną wyspę tylko trzy książki, jakie byłyby to tytuły i dlaczego? Na bezludną wyspę to broń palną oraz białą, a nie książki, ale... Mimo że cierpię na amnesia in litteris, sporo książek znam prawie na pamięć, te zostawiłbym w domu. A zabrałbym książki pisane piękną polszczyzną i nie za krótkie: „Krzyżowców” Zofii Kossak i „Lód” Jacka Dukaja. Tą trzecią byłby „Niemcewicz od przodu i tyłu” Karola Zbyszewskiego, żeby w przerwach w polowaniach pośmiać się przez gorzkie łzy, bo co można robić na bezludnej wyspie? Z jakim pisarzem chciałbyś się znaleźć w jednej antologii? Z największymi, żeby świecić światłem odbitym i jaśnieć w blasku ich sławy. Z wymienionymi wyżej oczywiście. Z Sienkiewiczem, Lemem, Sapkowskim, Łysiakiem, Cortázarem, France’em, Lagerkvistem, Wolfe’em, wymienić nie sposób, braknie numeru, a pomarzyć można, dziękuję za umożliwienie. O, i z Adolfem Nowaczyńskim, żeby było jeszcze kontrowersyjniej. A tak poważnie i obcesowo, mój problem, który, być może, jest też błogosławieństwem, a na pewno przyczynił się do mojego „Histerykowania”, jest taki, że, z małymi wyjątkami, nie czytam literatury grozy. Zeszyty z cyklu „Nie czytać o zmierzchu”, „Twierdza” Wilsona, „Wyklęty” Mastertona, „Nekroskop” Lumleya – na tym skończyłem horror-edukację wieki temu. Kinga znam tylko z „Ballady o celnym strzale”, wydrukowanej w „Fantastyce” w roku 1988... Poe, Lovecraft czy Walpole to inna bajka, bo czy to się komuś podoba czy nie, jest to klasyka literatury w ogóle, a nie tylko grozy. I tak z odpowiedzi na pytanie o sąsiedztwo w antologii zrobił się manifest zgreda, co olewa horror, mimo że fani horroru głosują na jego opowiadania (śmiech). A idzie mi tylko o to, że warto sięgać po klasyków literatury, bo zyskujemy wtedy rzecz bezcenną i, niestety, zanikającą: kontekstowe spojrzenie. Na horror i grozę też. Dziękuję za uwagę. Kłaniam się. k u i s a n a P n a m o R . s y r CIENIE NAD MIASTEM Cezary Fajfer W cieniach zawsze się kryją straszne zjawy, noc ma wieczną swą tajemnicę. Władysław St. Reymont, „Wampir” Zima 1831 r. była nad wyraz mroźna, choć nie obfitowała w tęgie opady śniegu. Wrony krążyły ponad polami, przysiadając tylko niekiedy na przyprószoną białym puchem ziemię. Czarne ptactwo starało się znaleźć resztki pożywienia w zimowej zmarzlinie. Gdy któremuś udało się wygrzebać odrobinę ziarna, natychmiast rozpoczynała się wojna o życiodajne okruszyny. Niekiedy żołnierze rzucali krztynę pieczywa, aby nacieszyć oko ptasią bijatyką. 5 Ciemnoszare niebo ociężale górowało nad rozległym krajobrazem. Słońce w żaden sposób nie potrafiło przebić się poprzez zwały chmur. Pomimo południowej pory świat spowijała aura jakiegoś dziwnego mroku. Po dość trudnym początku powstanie zaczęło nabierać tempa. Po bohaterskiej nocy listopadowej, w której przebudzony naród ruszył do walki przeciwko bestialskiemu bezprawiu, ugodowcy padali na kolana, prosząc o łaskę i zmiłowanie. Ta marna grupa lojalistów usiłowała lizać stopy caratu. Istną hańbą było rozbrojenie ludności po zdobyciu warszawskiego Arsenału! Generał Chłopicki pozwolił ujść z Warszawy księciu Konstantemu, pod którego butem żyliśmy przez piętnaście lat! Na całe szczęście porażka jego polityki przyniosła nam detronizację cara. Po niepodległość musimy sięgnąć sami. Wystarczy wepchnąć nóż w ladacznicę Rosję, a wolność do nas powróci. Z rozmyślań wyrwały mnie słowa adiutanta: – Panie kapitanie, zbliżamy się do miasta! Czy będziemy wjeżdżać całą siłą? – Niech oddział Jabłońskiego ruszy w podjazd. Należy zbadać teren. Zapowiedz też, że żadnych gwałtów i rozbojów tolerować nie będę, niemniej staniemy obozowiskiem. – Tak jest! – zawołał porucznik, po czym zawrócił ostro konia, żeby przekazać rozkazy. Jako dowódca kompanii musiałem dbać o swoich żołnierzy. Byli zmęczeni długim marszem, dlatego zasługiwali na odpoczynek w lepszych warunkach. Powstanie miało rozszerzać się na kolejne tereny i zgodnie z dyspozycją pułkownika Krasickiego mieliśmy zająć Ostrów. Wąska droga coraz bardziej rozwidlała się. Po niedługim czasie, w oddali, zaczęły majaczyć mętne kształty miasteczka. Wtem ujrzałem podjazd Jabłońskiego. – Melduj! Jabłoński zdawał się być osobliwie pobladły, jakby coś go właśnie zatrwożyło. Z trudem próbował uspokoić konia. Wreszcie stanął przy mnie. – Jakaś morowa cisza panuje nad miastem… Ludzi nie widać… Pustka… Tylko wrony kraczą… – bełkotał Jabłoński. Jego oczy zdawały się odtwarzać jakieś straszne obrazy. – Weźże się w garść! – huknąłem natychmiast na podwładnego. Powoli zaczął wracać do naszego świata. – Cóżeście tam widzieli? – Nikogo. Ni mogiły, panie kapitanie. – A jednak Jabłoński wciąż chrypiał niedorzecznie. – I taka pustka was przeraziła? Wstyd! – prychnąłem na postawę doświadczonego żołnierza. – Chyba sam będę musiał przekonać się, co za dziwy tam panują. Piotrowski! Grotkowski! Za mną! – to mówiąc, ruszyłem w stronę zamglonego zarysu miasta. 6 Wkraczając między drewnianą zabudowę, zostaliśmy przywitani przez zimne powietrze. Zupełnie jakbyśmy wpełzli w jakąś lepką maź. Musiało to być jednak złudzenie. Zdarza się bowiem, że temperatura waha się na danym terenie, przybierając niekiedy chłodniejsze oblicze. Ostrów był nad wyraz skromnym miasteczkiem. Z wiadomości uzyskanych w pułku dowiedziałem się, że liczył około trzystu mieszkańców. Wjechaliśmy na niewybrukowaną drogę. Konie pewnie kroczyły po zamarzniętych grudach ziemi. Na ulicach panował senny ruch. Gospodynie załatwiały codzienne sprawunki, a rzemieślnicy pracowali nad swoimi wyrobami. Na rogach ulic ustawionych było kilka straganów. Drobni kupcy handlowali jakimiś garnkami, szmatami i towarami zwykłego użytku. Wszystko to, co mówił Jabłoński, było jego nierozumnym przywidzeniem. Tak jak myślałem. Nasz wjazd natychmiast ożywił mieszkańców. Wyglądali na przestraszonych. – My powstańce! Nie bójcie się, ludzie! My Polacy. Żadna krzywda wam nie grozi! – zawołał donośnie adiutant Piotrowski. Po chwili dogoniła nas reszta podkomendnych. W tym towarzystwie był również Jabłoński. – I cóż, mości weteranie, rzekniesz? Gdzie ta morowa cisza? – ostro przypiłem do sierżanta. W kompanii ceniłem dyscyplinę i powagę. Nie mogłem pozwolić sobie na jakieś dziecinne rozprzężenie obyczajów. – Nic nie rozumiem, panie kapitanie. Nie rozumiem… Wszak wszyscy z oddziałem widzieliśmy ten strach! Tę bladą trwogę… – Lica Jabłońskiego wciąż nie przybrały normalnego koloru. – Hejże! Wy tam! – rzuciłem w stronę ludzi Jabłońskiego. – I wy widzieliście, to, co nam opisuje pan sierżant? Odpowiedziała mi jednak cisza. Podlegli Jabłońskiemu żołnierze wpatrywali się tylko w ziemię. Mocno zagniewała mnie taka postawa. – Co jest! Zapomnieliście języka w gębie?! Mam wam przypomnieć, gdzie wasze miejsce?! – ryknąłem na wyraźnie zawstydzonych żołnierzy. – Panie kapitanie… bo to trochę inaczej było... – Niż się wydaje… Bo pan... – Bo sierżant... – Niech jeden mówi! – powiedziałem surowo. – Bo pan sierżant złamał szyk i wyrwał przed nas o kilka długości i nim myśmy zdążyli doń dojść, to pan sierżant już wracał ze spłoszonym koniem. – Za wyjaśnienia zabrał 7 się Głowacki. – Ale już byliśmy prawie w mieście i ludzi żeśmy widzieli – przerwał na chwilę relacjonowanie. – Zwyczajnie to wszystko wyglądało – dodał ze spuszczonym wzrokiem. – Na Boga żywego! – zakrzyknął Jabłoński. – Przecie tam nic nie było! Jeno strach i trwoga! – Musicie wypocząć, sierżancie. Droga była długa. Staniemy z kompanią obozowiskiem. – Nie chciałem pogrążać Jabłońskiego w oczach wszystkich żołnierzy, którzy właśnie wchodzili do wypełnionego chłodem miasta. Wokół zaczęła zbierać się kilkunastoosobowa grupa gawiedzi. Odziani byli w brudne, obdarte łachmany. Umorusane, bezzębne gęby gapiły się na nas tępym wzrokiem. W niewielkim tłumie dostrzegłem kilku kalekich, ni to mieszczan, ni żebraków. Podpierali się na drewnianych kulach. Kobiety i mężczyźni mieli na nogach drewniane chodaki. Wszystkie były mocno znoszone. Mimo dużego chłodu wielu spośród tejże biedoty założyło je na bose stopy. Tylko szczęśliwsi mieli je poobwijane obskurnymi szmatami. Wtem ozwał się Piotrowski: – Słuchajcie, ludzie! Przed wami ważna osobistość. To pan kapitan Jan Rakowski wiedzie kompanię powstańczą, aby was wyzwolić z carskiej niewoli. Tłum zdawał się w ogóle nie pojmować znaczenia słów mojego adiutanta. Liszajowate facjaty wciąż spoglądały na nas pustym spojrzeniem. Jeden z handlarzy rzucił do nas pytanie: – To co tera będzie? – W jego głosie wcale nie dawało się odczuć niepewności. Był raczej pełen pretensji. Lęk mieszczan zaczął się rozchodzić w mazistym powietrzu. – Teraz Polska tu nastanie! – zawołałem z powagą, choć moje słowa nie wywołały na mieszczanach żadnej entuzjastycznej reakcji. – Prowadzić pana kapitana do ławy miejskiej! – dorzucił się do moich słów Piotrowski. – A na co takiemu szlachetce chadzać do tych psubratów? – rzekł jeden z kalekich. – Toć wszyscy wiedzą, że oni złamanego grosza nie są warci! – powiedział ktoś inny. Bardzo zdumiał mnie stosunek mieszczan do władz Ostrowa. Wypowiedziany z nadzwyczajną bezczelnością i brakiem wstydu. Wszak zwierzchnictwu należy się stosowny szacunek! Po chwili jednak usłyszałem jeszcze bardziej zaskakujące słowa: – Oni tam z samym diabłem paktują. Miejcie baczenie – ozwała się młoda, może dwudziestoletnia dziewczyna. Mocno wychudzoną twarz oplatały kruczoczarne włosy. Jej oczy zionęły czernią, pełną smutku i bólu. Iskrzyły się wśród tłumu jak dwa kamienie węgielne. Chciałem sondować ją jakimś zapytaniem, lecz już nie dostrzegłem dziewki. Rzecz wyglądała, jakby rozpłynęła się wśród tłumu, choć wcale nie odwróciłem swojej atencji. 8 Szukałem jeszcze owej dziwnej istoty zagubionym wzrokiem, jednak nigdzie nie mogłem jej dostrzec. – Panie kapitanie, powinniśmy udać się do burmistrza – przypomniał mi powierzone zadanie Piotrowski. – A tak. Dokonamy tego niezwłocznie – odparłem w zadumie. Ból i smutek. To właśnie one stały w jej oczach niczym brat i siostra. Niczym zgodni kochankowie. Kim była? Nie mogłem oderwać od niej myśli. Dziewczyna pojawiła się nagle i równie nagle przepadła po tych tajemniczych słowach. Zawsze byłem człowiekiem racjonalnym. Nigdy nie dawałem oszukać swoich zmysłów zwykłym przywidzeniom i omamom wywoływanym przez przyrodę. Niezbicie wierzyłem w potęgę rozumu, starając się w sposób logiczny pojmować rzeczywistość otaczającą człowieka. Lecz jak, u licha, wyjaśnić ten przypadek? Wszak nie odwróciłem spojrzenia od miejsca, w którym stała owa dziewczyna, a jednak gdzieś zniknęła. I wciąż moją głowę świdrowały jej czarne oczy. Pełne bólu i smutku. Ratusz odnaleźliśmy bez żadnego trudu. Był to obskurny i brudny budynek, choć jako jeden z niewielu w miasteczku został prawie w całości wymurowany. Drewniana wieżyczka sprawiała wrażenie, jakby miała za chwilę runąć. Krążyły nad nią liczne stada wron, które po chwili przysiadywały na belkach. Jednak ciemne niebo i wtedy nie było puste, bowiem w powietrze wzbijała się kolejna chmara czarnego ptactwa. Schody wewnątrz ratusza były oparciem dla niejednego kroku. Obecnie pozapadały się ze starości, jakby chciały pochłonąć napotykanych wędrowców. W hallu przywitała nas jedynie cisza. Czyżby odźwiernego zwolniono ze służby? Cóż to za porządki! Sprężystym krokiem weszliśmy do sali ławniczej. Przy podłużnym stole siedziało kilku mężczyzn. Odziani byli w czarne, znoszone fraki. Podnieśli głowy na nasze wejście. – Panowie powstańcy? – zapytał jeden spośród ławników. Czyżby już ktoś zdążył im donieść o naszym wjeździe do miasta? – Widać po umundurowaniu, żeście wojskowi. – Najwyraźniej spostrzegli zaskoczenie na mojej twarzy. Słowa te wyrzekł ten sam mężczyzna, który przed chwilą zabrał głos. – Poza tym i do naszego Ostrowa dochodzą wieści o działaniach powstańczych – dodał po chwili. Zdawał się być postacią najmożniejszą spośród wszystkich siedzących. Trudno jednak mówić, iż w rzeczywistości wyglądał godnie. Wyróżniał się jedynie na tle ostrowskich ławników. – Kapitan Jan Rakowski herbu Trzywdar – przedstawiłem się pewnym głosem. – Prowadzę kompanię, aby utworzyć przyczółki zaopatrzenia. Lecz przede wszystkim 9 oznajmiam wam, że plugawy car Mikołaj został zrzucony z polskiego tronu. – Czyli cóż przynosicie? Tylko wojnę? – My niesiemy wam wolność, ludzie! Dzięki narodowemu zrywowi żyjemy w wolnej Polsce. – Na nic nam się nie przyda to oswobodzenie. W owym świecie jeno najbogatsi są wolni, a szary człowiek marnie trwa pod butem wielkiego pana – odpowiedział zuchwale. Nie chciałem jednak rozpoczynać rządów nowej władzy od ukarania jednego spośród ławników miejskich. – Jak to, waść jesteś przeciwnikiem prawowitego porządku? – A pan, mości kapitanie, wierzy w jedyny porządek na świecie? Jeden słuszny ład ustanowiony przez Boga? – Jest to należyty i święty porządek, którego strzec należy – odpowiedziałem nieco zmieszany. Nie wiedzieć czemu, ale odczułem pewne zakłopotanie. – A co jeśli świętości nie ma? Co jeśli niczego nie ma, poza tym, co widzimy i czujemy? – Nieznajomy ławnik świdrował mnie chłodnym wzrokiem. – Nie przyszedłem prowadzić tu dysput teozoficznych. – Chciałem odciąć się od rozmowy, która zaczęła wkraczać na zupełnie niespodziewane szlaki. – Moje przybycie ma zgoła inny charakter. Który z was jest burmistrzem Ostrowa? – Rozmawiasz z nim waść. Nazywam się Henryk Landau i przewodzę tej skromnej mieścinie, lecz coś mi się zdaje, że od teraz zaprowadzicie u nas powstańcze porządki. – Zgodnie z listem pana pułkownika Krasickiego, zostałem czasowo mianowany komendantem miasta. Rada ma obecnie pełnić jedynie obowiązki doradcze – powiedziałem z naciskiem. – Zatem przejmujesz władzę, mości kapitanie. Nie odczuwasz lęku? – Sprawy miejskie wam pozostawiam. Ja, na mocy nadanego mi prawa, będę pilnował spokoju i porządku. – A to dobrze się składa – rzekł oleistym głosem Landau. – Wszak jest w naszym mieście pewna sprawa wymagająca uregulowania. Otóż niedaleko cmentarza położony jest niewielki dworek. Stary to budynek, pamięta jeszcze czasy króla Sobieskiego, a może i starsze. Należał do szlacheckiego rodu Wałdowskich. Niegdyś była to bogata familia, posiadająca sporo zagonów ziemi, ale z biegiem czasu znacznie zubożeli, by ostatecznie stracić cały majątek. W zrujnowanym dworze żył jeszcze ostatni z rodu – Jakub Wałdowski. Był to człek osobliwy, egzystował zupełnie odcięty od świata, nikt go nie odwiedzał, a i sam dość rzadko opuszczał swoje domostwo. Pod koniec życia zupełnie postradał zmysły. Ponoć 10 parał się alchemią i czarną magią. Od czasu, jak powiesił się we własnym domu, zachodzą tam niezwyczajne zjawiska. Raz widziano tam jakąś kobietę w bieli, całą zakrwawioną od pasa w dół, innym razem ktoś napotkał dzieci błąkające się po zmroku. Podobno pytały przechodniów o drogę do domu. – I te wszystkie dziwy działy się w okolicach owego dworu Wałdowskich? – zapytałem z niedowierzaniem. – Te, i jeszcze inne, a strach o nich mówić – Landau ściszył głos. – Ponoć w nocy słychać tam wrzaski i jęki. Jakby tam jacyś ludzie w mękach konali. – A cóż ma do tego komendantura powstańcza? – Już się domyślałem, czego oczekuje ode mnie burmistrz ostrowski. – Wszak wy, jako przedstawiciele nowej władzy, winniście wyjaśnić tę niezwykłą sprawę, mości kapitanie. Sami powiedzieliście, że odpowiadacie teraz za porządek i spokój w mieście. – Zajmę się tym w najbliższym czasie, ale zapewniam was, burmistrzu, że przyczyna tych dziwnych wypadków okaże się całkiem prozaiczna – odrzekłem po chwili. Jakkolwiek żądania Landaua brzmiały kuriozalnie, nie mogłem jednak odmówić jego dezyderatom. Niestety, miał rację. Odpowiadałem za spokój w mieście. Chciałem już opuścić ratusz, lecz nagle przypomniała mi się jeszcze jedna sprawa. – Powiedz mi, burmistrzu, czy uważasz się za dobrego gospodarza? Cała gawiedź mocno narzekała na radę miasta. – A cóż to, mości kapitanie, wierzysz w słowa tych obdartusów? – odpowiedział Landau nieco oburzony. – Wszak zwolennik trwałego ładu społecznego powinien pamiętać, że lud zawsze będzie narzekał na swoją władzę. – Burmistrz ma swą odpowiedź na wszystko – odparłem oschle. Cała scena mojej rozmowy z burmistrzem była wyjątkowo dziwna. Nie byliśmy sami we wnętrzu ratusza, lecz mój adiutant, jak i ławnicy miejscy, sprawiali wrażenie nieobecnych, byli jakby skonfundowani milczeniem. Czyż mogło to być realne? Ależ tak! Wszak moi żołnierze wiedzieli, że nie mogę znieść, gdy ktoś wtrąca się do rozmowy prowadzonej przeze mnie. Przecie toż samo mogli myśleć podwładni Landaua. Wychodząc z owego ratusza, czułem do siebie żal, iż w ogóle zgodziłem się podejmować wyjaśnienia tej iście groteskowej sprawy, lecz słowo się rzekło. Za pomocą potęgi rozumu rozwikłam tajemną zagadkę spowitą wśród cieni niewiedzy ludzkiej. Grotkowski zajął w międzyczasie niewykorzystywane przez mieszkańców spichlerze. Znakomicie nadawały się na skoszarowanie kompanii. Żołnierze na pewno nabiorą sił do dalszej walki. 11 – Dobrze się spisałeś – pochwaliłem Grotkowskiego, gdy skończył meldować. Podziękował grzecznym ukłonem i oddalił się. – Panie kapitanie, Jabłoński jest niezdrów. – Tym razem to Piotrowski informował mnie o stanie kompanii. – Jak to? Cóż z nim? – Legł pogrążony w malignie. Wciąż majaczy o bladej trwodze i o wronach. Medyk mówi, że przyczyną jego słabości jest nadmierny szok, wywołany nagłym zjawiskiem. – Prowadź mnie. Po raz kolejny tego dnia pokonywałem zapadłe schody. Tym razem wiodły one wśród nieużytkowanych spichlerzy. Przeszliśmy przez kilka pomieszczeń, w których wypoczywali żołnierze. Niektórzy suszyli ubrania, bądź dokonywali ich reperacji. W wielu kotłach bulgotała strawa. Ze względu na niewielkie okna we wnętrzu było dość ciemno. Wreszcie znaleźliśmy się przy leżach Jabłońskiego. Pomimo gorączki był wyjątkowo blady, zaś jego ciało owładnęły drgawki. Wokół chorego znajdowało się kilkanaście świec, które jakoś nie potrafiły przebić panującego mroku. Wierny żołnierz wyglądał dość mizernie, jednak niespodziewanie rozwarł oczy. – Trochę zaniemogłeś, sierżancie – powiedziałem wesołym tonem. – W cieple szybko do siebie dojdziesz. Dobry moment wybrałeś na swoją chorobę – zaśmiałem się na koniec. – Wokół są tylko cienie… – powiedział grobowym głosem Jabłoński. Wzdrygnąłem się. – Krążą nad nami jak wrony. Zawładnęły naszymi zmysłami. Są jeszcze strach i blada trwoga… Nic więcej... – Znowu poddał swoje ciało chorobie, bowiem zamknął oczy. Wycofałem się niezwłocznie z zaciemnionej sali. Nie czekałem na słowa medyka. Scena ta zrobiła na mnie spore wrażenie. Jeszcze nie słyszałem, żeby osoba pogrążona w febrze majaczyła w ten sposób. Musiałem zaczerpnąć świeżego powietrza. We wnętrzu zapełnionych obecnie spichlerzy było dość duszno. U podnóży drewnianych budynków napotkałem zimową szarugę. Powoli nastawała gęsta noc. Cóż to się stało Jabłońskiemu, że tak nagle zachorował? Czy mógł zobaczyć coś tak upiornego, że niemal postradał zmysły? Przecież jego podkomendni dostrzegli zgoła zwyczajne obrazy. Zaczął prószyć lekki śnieg. Wszelki ruch na nieoświetlonych uliczkach Ostrowa zamarł. Dużo dziwnych wypadków zdarzyło się w tej mieścinie. Nazbyt wiele, by można wciąż mówić o zbiegach okoliczności. Nieprzerwanie nosiłem w głowie malowidło czarnych oczu naznaczonych cierpieniem. Czułem, że powinienem odnaleźć tę tajemniczą dziewczynę. Nie patrzyłem, dokąd idę. Nogi same mnie niosły. Przechadzając się wśród 12 zabudowań miasteczka, czułem, jakbym ich nigdy nie widział, a przecież dzisiaj przyjechałem i zdążyłem zobaczyć prawie cały Ostrów. Idąc przed siebie, napotykałem jedynie stada wron, które wirowały między płatkami śniegu. Skromne za dnia drewniane czynszówki wydawały mi się teraz strzeliste i złowrogie, jakby zamieszkałe przez niepojęte istoty. Zdawałem się być bezradnym wędrowcem w labiryncie bez wyjścia. Czyżby i mnie rozum zawodził? Nagle wyrósł przede mną gmach, którego z pewnością nie widziałem do tej pory. Domyśliłem się bez trudu, co ukazało się moim oczom. Zgodnie z opowieściami Landaua dwór Wałdowskich był bardzo zniszczony. Drewniane ściany oplatały gałęzie bluszczu. Kamienne fundamenty oblepiała zielona pleśń. Dom otaczały bezlistne drzewa, które przypominały rozczapierzone szpony. Wśród gęstwiny nocnej dwór sprawiał wyjątkowo upiorne wrażenie. – Niebezpiecznie jest tak chadzać po nocy, waszmość. Nie wiadomo, co może kryć się wśród cieni. Odwróciłem się natychmiast. Moje wnętrzności ścisnęły się, gdy usłyszałem lodowaty głos. Przede mną stała piękna i szykowna niewiasta. Odziana była w gustowny, czarny płaszcz wyszywany srebrnymi nićmi. Sięgał do jej kostek, a nawet dalej, gdyż dotykał śniegu. Jej blond włosy upięte były w wysoki kok. Zdecydowanie wyglądała na osobę szlacheckiego pochodzenia. – Zapomniałeś waszmość języka? – powiedziała znowu. Jej głos przeszywał mnie do szpiku kości. – Nie zapomniałem, pani, tylko nie spodziewałem się kogoś spotkać o tej porze – odrzekłem w końcu. – Zatem tym większe dla waszmości zaskoczenie. Cóż tu pana sprowadza? – Postanowiłem wybrać się na nocny spacer. – Nie wiedziałem, co odpowiedzieć na jej pytanie. – I nogi przywiodły cię pod dwór naznaczony krwią? Czy to może ciekawość twoja? Odpowiedz mi. – Jej blade lica spoglądały na mnie bez uśmiechu. Zupełnie traciłem przy niej wszelką śmiałość. – Burmistrz nalegał, abym zajął się dziwnymi wypadkami związanymi z owym domem, choć osobiście nie dowierzam w ich prawdopodobność. – Czyżbyś uważał, że rozumem możesz objąć cały świat? Już chciałem odrzec srebrnej pani jakieś słowa, lecz nagle posłyszałem wołanie: – Panie kapitanie! Panie kapitanie! – Z ciemności wyłaniały się sylwetki 13 Piotrowskiego i innych moich ludzi. – Myśleliśmy, że coś się stało niedobrego z panem! – powiedział na mój widok Piotrowski. – Jak widać, miewam się dobrze. Cóż cię sprowadza, poruczniku? – zapytałem zmarznięty. – Jabłoński umarł. Uznałem, że musi pan wiedzieć o tym natychmiast, kapitanie. – Nie sądziłem, że ta nagła gorączka jest stanem śmiertelnie poważnym – opowiedziałem z przejęciem. Żal mi było oddanego żołnierza, który skonał utraciwszy zmysły. Odwróciłem się, aby pożegnać napotkaną nieznajomą, lecz za moimi plecami nie ujrzałem nikogo! Piotrowski chyba dostrzegł moje zachowanie, bowiem zapytał: – Panie kapitanie, źle się pan poczuł? – Rozmawiałem tu z pewną niewiastą. Czyś nie widział, w którą stronę poszła? – Wciąż rozglądałem się wokół. – Wszak musiałeś ją widzieć. – Nikogo nie widziałem, panie kapitanie. Stał pan tu zupełnie sam – powiedział nieśmiało Piotrowski. Strzelista ciemność zawirowała mi w oczach, dokładnie jak płatki śniegu. I wrony. Liczne wrony, które tańczyły nad nami jak cienie. Tej nocy utraciłem nie tylko wiernego żołnierza. Utraciłem także swoją wiarę w potęgę rozumu. Nie pamiętam drogi powrotnej do koszarów. Pamiętam jedynie, że przechadzałem się wśród ruin, wielkich, czarnych szczytów. Byłem jak maleńka drobina wobec nieznanego i niepojętego wymiaru. Czy może o tym śniłem? W ten sposób zastanawiałem się następnego ranka. Siedziałem przy otwartym oknie, patrząc na szary krajobraz. Obecnie Ostrów wyglądał zupełnie zwyczajnie. Skromna i obskurna zabudowa nie odznaczała się niczym wyjątkowym, zaś mieszkańcy prowadzili swoje normalne życie, które zastaliśmy, wjechawszy do miasteczka. W pewnym momencie coś mną tknęło. Wśród obdartego tłumu ujrzałem dziewczynę o czarnych oczach. Tak, to niewątpliwie była ona! Niezwłocznie rzuciłem się ku schodom, a po chwili znalazłem się między ciżbą. Rozglądałem się rozpaczliwym wzrokiem, lecz oto znów błysnęła mi jej drobna sylwetka. Wybiegała właśnie w stronę jednej z wąskich uliczek. Pędem przecisnąłem się przez mieszczan i udałem się za nią. Przyspieszyła kroku, lecz mimo to jej wątła postać zaczęła się zwiększać. Wreszcie ją dogoniłem. Nie mogła już biec, odwróciła się z przestrachem i zawołała: – Nie czyń mi waść krzywdy! Oczy. Znów je widziałem. Ból, cierpienie, smutek i niezwykła żałość. Tonąłem 14 w czarnej rozpaczy jej spojrzenia. Wreszcie zobaczyłem jej całą sylwetkę. Była ode mnie znacznie niższa, poszarpane łachmany ledwie wisiały na chudych ramionach. Pofalowane włosy mizernie okalały wyschłe policzki. Obróciłem głowę wokół. Byliśmy na cmentarzu. Jedynymi świadkami naszej rozmowy będą powykrzywiane, kamienne nagrobki i karłowate topole. – Uspokój się! Nic ci się nie stanie. A może jesteś zjawą albo duchem? Jej twarz wykrzywił drobny grymas ironicznego uśmiechu. – Nie, waszmość. Jestem takim samym człowiekiem jak i ty, lecz cóż to za życie, które ja wiodę. – Widzę, żeś naznaczona męką. – Męką? Panie, ja każdego dnia i każdej nocy przechodzę katorgi. Widzę. Widzę i słyszę wszystko. Dostrzegam codziennie rzesze tułających się zjaw, które nie zostały przepuszczone na Tamtą Stronę. Krzyczą, wołają o pomoc. Taki jest mój dar. To dar pośredniczenia pomiędzy dwoma brzegami, choć dla mnie jest przekleństwem. Nigdy nie zaznam spokoju. – W jej czarnych oczach kipiały tortury. – Czyliż jest coś poza naszym rozumowym światem? – Ależ jest, waszmość. Ziemski padół przenikają cienie, które noszą wielką tajemnicę. Jest też wiele innych duchów, które nie potrafią trafić – urwała na chwilę, nie mogąc odnaleźć słowa – tam gdzie powinny się znaleźć – dokończyła cicho. – Zatem można nawiązać kontakt z Tamtą Stroną? – zapytałem niemal szeptem. Dziewczyna ożywiła się natychmiast. Potrząsnęła czarnymi włosami i odrzekła: – Można, ale nie warto tego czynić. Nie należy igrać z mocami, których zgoła nie pojmujemy, bowiem mogą nas pochłonąć w nieznaną otchłań. – Czyli to dlatego mnie ostrzegłaś? Wczoraj byłaś w tłumie. – A tyś już był waszmość w ratuszu? Nie mieszaj się do historii tego zaklętego dworu! Być może to cienie… być może to ich sprawka. – Czemuż to? Wszak mówiłaś, że niektóre duchy trzeba przeprowadzić na tę Drugą Stronę. – Chciałem jak najwięcej dowiedzieć się od dziewczyny. – Zbyt wiele tragedii jest związanych z tym domem. Zbyt wiele boleści. Nie znam ich, a jednak je wyczuwam. Nie mieszaj się, waszmość. – A jeśli cię nie posłucham? Może dla spokoju umarłych należy rozwikłać tę zagadkę? Widziałem wahanie w jej zachowaniu. Chwilę przestępowała z nogi na nogę, aż wreszcie wyrzekła: – Może masz słuszność. Czasem i ja tak myślałam o tej tajemnicy. Przyjdź pod dwór 15 przed północą. – Po czym szybkimi krokami zaczęła odchodzić ode mnie. – Zaczekaj! – zawołałem za nią. – Jak cię zwą? Odwróciła się, a ja znów utopiłem się w boleści jej oczu. – Nazywają mnie Małgorzatą. Zostałem sam wśród ruin cmentarnych obsypanych śniegiem. Biały puch zaczął właśnie popadywać. Otuliłem się szczelniej oficerskim płaszczem. Na połamanych nagrobkach siedziały wrony. Zacząłem przyzwyczajać się do ich nieustającej obecności. Jakże łatwo zmieniło się moje usposobienie wobec spraw kompanii w ciągu tych kilkunastu godzin. Gdy żołnierze przychodzili składać mi meldunki, zupełnie nie angażowałem się w ich słowa. Wędrowały jakoś obok mnie. Podwładni musieli dostrzec tę moją niezwykłą obojętność, lecz na razie nie dawali tego po sobie oficjalnie poznać. Cały dzień spędziłem gapiąc się przez okno. Ogromnie przeciągały się te chwile. Noc zbliżała się powolnie, małymi krokami. Któż wie, co jest po drugiej Stronie? Mrok rozszerzył swoje źrenice. Nad miastem zapadła martwa ciemność. Gwiazdy pozbawione były wszelakiej mocy. Na niebie panowała niemierzalna czerń. To już czas. Znów szedłem upiornymi ulicami miasta zupełnie mi nieznanego. Puste, powyginane ulice straszyły swym wyobcowaniem. Zastanawiałem się nawet, czy kroczę jeszcze po ziemskim padole. W otchłani nocy ukazywały się groźne kształty dworu Wałdowskich. Wiatr huśtał pazurami drzew. Dom zdawał się być opuszczony od lat. Jakie zna tajemnice? Tego zamierzałem się dowiedzieć. Zbliżyłem się do nieodgadnionych ruin. – Witaj, waszmość – usłyszałem nieśmiały głos Małgorzaty. Miała ze sobą przewieszony przez ramię płócienny worek. – Musimy chyba wejść do środka, aby obrzęd przeprowadzić – dodała jeszcze. Niczego zgoła nie odpowiedziałem na jej stwierdzenie. Skinąłem jedynie głową i razem z nią udałem się w kierunku spróchniałych drzwi. We wnętrzu przywitał nas zapach rozkładu i ciemność. Nieprzenikniona ciemność. Usłyszałem trzask potartej zapałki, a potem ujrzałem rozdygotane dłonie Małgorzaty, które rozpaliły niewielką świeczkę. W towarzystwie małego ognika światła wkroczyliśmy do rozległego pomieszczenia, które niegdyś pełniło funkcję salonu. Małgorzata zaczęła wyjmować z worka długie gromnice. Po chwili w pokoju pojawiło się nieco więcej światła, mimo wszystko wciąż otaczał nas ocean ciemności. Dziewczyna następnie narysowała na drewnianej podłodze jakieś dziwne znaki. Coś na kształt kilku przenikających się kręgów. – Na cóż te zawiłości? – zapytałem cicho. Czułem, że nie tylko ja lękam się 16 nieznanego. – To wszystko, aby duchy mogły nas dostrzec. – Zamilkła na chwilę. – Gotowyś, waszmość? – Gotów – odrzekłem skąpo. – Klęknij zatem tu, wśród tych świec. Kolana i dłonie przytknij do kręgu. Uczyniłem, co nakazała. Niemal natychmiast począłem słyszeć jakieś szepty, kroki i szmery. Małgorzata mówiła wyrazy, ale przestały być dla mnie zrozumiałe. Poczułem dotyk czyichś dłoni na swoich ramionach, mimo że nadal dostrzegałem wątłą sylwetkę dziewczyny. Jednak ciemność wirowała coraz mocniej. Słońce. Po raz pierwszy od dawna widziałem słońce. Błękitne niebo i beztroskie chmury wisiały ponad zadbanym dworem Wałdowskich. Zdawały się to być jakieś inne czasy, wyraźnie wcześniejsze od naszych. Dzieci ubrane w białe sukmany wesoło bawiły się wokół domu. Uśmiechnąłem się na ten widok. Nagle spokojny obraz zmienił się jak potłuczone lustro. Barwy przeminęły, słońce zniknęło, panował tylko krzyk! Jakieś wojsko wieszało na gałęziach drzew płaczące dzieci. Nienaturalnie powyginane ciała kobiet były brutalnie kaleczone przez niezaspokojoną chuć żołnierzy. Krzyczały. Lamentowały. Gdy któryś skończył, podrzynał gardło skatowanej niewieście. Pod ścianą domu leżała sterta pomordowanych mężczyzn. Z ciał sączyła się struga krwi. Apokalipsa. Zapadła na chwilę ciemność, lecz znów ujrzałem dwór Wałdowskich skąpany w ciepłych promieniach słońca. Roześmiani ludzie siedzieli pod drzewami. Mieli przed sobą kosze z jedzeniem oraz butelczyny z winem. Żartowali. Bawili się. Po prostu cieszyli się życiem. I znów czarna chmura zakryła niebo. Widziałem mękę, istną pożogę. Wojsko tratowało rozpędzonymi końmi uciekających w przerażeniu ludzi. Strach przybierał cielesne oblicze. Rozradowani żołnierze bezlitośnie cięli szablami struchlałe ciała. Dym. Kłęby gęstego dymu. Lamentujący ziemianie zostali przywiązani do drzew. Ogień wił się ostrymi płomieniami. Drzewa płonęły, a wyjący z bólu ludzie wraz z nimi. Ciemność. Na powrót przebłysk słońca, jasności i beztroski. Wszystko teraz działo się znacznie szybciej. Obraz był mniej ostry. Znowu jakieś wojsko mordowało, paliło i gwałciło. Słyszałem krzyki. Słyszałem wrzaski. Słyszałem błagania o litość. Zdawało mi się, że oprawcy mówią po rosyjsku. Wśród targu cierpienia stałem bezsilny. Płakałem wraz z umierającymi. Płakałem wraz z udręczonymi. Pożoga wirowała w moich oczach, aż w końcu zlała się z ciemnością. Nie dostrzegałem już niczego. Wyczułem płaskie i twarde kształty pod moją twarzą. W nozdrza wpadał mi zapach 17 znajomej stęchlizny. Znajdowałem się we dworze. Wreszcie zdołałem otworzyć oczy. Za oknami zdawało się świtać. Świece już dawno zostały wypalone. Małgorzata siedziała naprzeciwko mnie. Ledwie podtrzymywała się na rękach. Wyglądała na skrajnie wyczerpaną. Była upiornie blada. Zwróciła czarny wzrok w moim kierunku. – I cóż widziałeś, waszmość? – zapytała słabym głosem. – Ujrzałem zagładę. – Nie odpowiedziałem od razu. – Ujrzałem plagi wojenne. Ów dom jest naznaczony orężną hekatombą – rzekłem z przestrachem. – Jakże to tak? – Małgorzata zdawała się nie rozumieć, o czym mówię. – Przez Ostrów, jak przez cały nasz kraj, przewinęło się wiele klęsk wojennych. Najpierwej najechali Szwedzi. Okrutnie rabowali i mordowali ludzi. Ledwie pięćdziesiąt lat później gnębiciele ci powrócili z równie wielką mocą. Nie mieli sobie równych w swych zbrodniach. Pod koniec stulecia zeszłego biliśmy się z moskiewskim caratem o zachowanie wolności, jednak na próżno były wysiłki nasze. Klęska była nieuchronna. Również i wtedy mordy nie miały końca. Lecz cóż mogą znaczyć owe wizje? Czemuż je wdziałem? – pytałem pełny bezradności. – Nie wiem, waszmość. To rzecz niepojęta dla ludzkiego umysłu. Pozostaje nam się modlić za prochy umarłych – powiedziała niemal bezdźwięcznie Małgorzata. – A może to jakie ostrzeżenie? Tylko czemu Druga Strona mówi do nas tak tajemniczo? – Błąkającym się duszom nie wolno do nas przemawiać wprost. Nie znam przyczyny ukazania się tych strasznych obrazów, lecz możesz mieć słuszność co do jakiegoś ostrzeżenia. Aczkolwiek istnieją także i zwodnicze cienie. Tymczasem na zewnątrz słychać było jakiś niezwykły gwar, zupełnie niepasujący do małego miasteczka. Natychmiast wstałem, aby przekonać się co do źródła tego zgiełku. Dopiero gdy znalazłem się na nogach, poczułem zmęczenie. Jednak w chwilę później wyszedłem z nawiedzonego dworu. Uderzyło mą twarz mroźne powietrze. Stalowy nieboskłon królował ponad miastem. Dostrzegłem wielu ludzi, którzy biegali w popłochu, jakby miało zaraz nadjeść coś złego. Miasto pogrążone było w panice. Podążałem w stronę spichlerzy. Podążałem pośpiesznie w labiryncie strachu. Wreszcie dotarłem pod miejsce skoszarowania. Żołnierze także biegali w popłochu. Niektórzy nawet jeszcze nieubrani. Między lękiem i trwogą wirowały niezliczone stada wron. Miriady czarnego ptactwa gapiły się na przelękłych ludzi. Wreszcie znalazłem Piotrowskiego. Rozpaczliwie podbiegł do mnie i wykrzyknął w hałasie: – Mości kapitanie, Moskale! Wszędy Moskale! Miasto otoczone! Pożoga! 18 Zacisnąłem swoje pięści. Odetchnąłem głęboko zimnym powietrzem, by zagrzmieć piorunowym głosem: – Na stanowiska! Gotuj broń! Jeszcze nie umarliśmy! Zaiste. Żyliśmy jeszcze, choć nad miastem zebrały się cienie. 19 l s y d o B d i w a D . s y r LIMITHOLORIS Arkadiusz „Armiel” Mielczarek – To naprawdę nic wielkiego i mogło przytrafić się każdemu. Nie ma powodu do obaw. Tak sprawę tłumaczył lekarz. Jednak Adam swoje wiedział. To, że takie rzeczy przytrafią się właśnie jemu – Adamowi Pachniale, lat dwadzieścia sześć, urodzonemu pechowcowi – było łatwe do przewidzenia. Pewne tak, jak dziura budżetowa i kłamstwa polskich polityków. Adam często mawiał o sobie, że jego życie jest jakimś niezrozumiałym żartem pokręconych, okrutnych sił wyższych, które powinno zamknąć się w wariatkowie, dla dobra kosmicznego ładu i wszechświatowej harmonii – o ile coś takiego w ogóle istniało. Fakt faktem, że zawsze, kiedy Adam chciał zrobić coś dobrego ze swoim życiem, to podstawiało mu nogę i zasadzało potężnego kopa w dupę, gdy już leżał. Tak jak teraz. A zaczęło się, jak zawsze, od błahostki. Któregoś dnia, zaraz po przebudzeniu (czyli około dziesiątej), Adam stanął przed lustrem w łazience i spojrzał na swoją niezbyt przystojną (by nie powiedzieć: szpetną) twarz. 20 Krytycznie ocenił przerośnięty nochal, piegi i pryszcze, nierówne, lekko zbrązowiałe zęby i wyjęczał tradycyjne, „o ja pierdolę!”. Przede wszystkim jednak skupił uwagę na obwisłym, bladym brzuchu i wielkim, tłustym tyłku, ledwie mieszczącym się w przyciasnych bokserkach. A potem, zamiast jak zawsze wrócić do wyrka, ni z tego, ni z owego Adam postanowił zmienić coś w swoim bezwartościowym, szarym i nudnym życiu. Rzecz jasna, takie postanowienia Adam czynił co najmniej kilka razy w miesiącu, nigdy jednak nie podejmując rzuconej samemu sobie rękawicy. Tym razem jednak było inaczej, bowiem Adam poczuł jakiś wewnętrzny przymus, by dotrzymać słowa danemu temu szpetnemu kolesiowi patrzącemu na niego z lustra. Podbudowany tym mocnym postanowieniem Adam zjadł lekkie śniadanie, ubrał się w zapomniany dres, który kiedyś pasował na niego idealnie, a teraz nagle stał się w kilku miejscach nieco za ciasny – siedzenie przed komputerem, śmieciowe żarcie i napoje gazowane zrobiły swoje z jego ciałem – i wyszedł z mieszkania pobiegać. Może ze sto metrów dalej potknął się i upadł, tłukąc okulary i kolano. I na tym skończyła się kilkuminutowa przygoda Adama ze sportem i zdrowym trybem życia. Z rozbitym kolanem, ścigany szyderczym śmiechem kilku rozbawionych jego upadkiem gimnazjalistek, wrócił kusztykając do domu. Adam Pachniała nadal mieszkał z matką, jak znaczny procent rodaków w jego wieku, których nie stać było na opuszczenie rodzinnego gniazda i założenie własnej rodziny. Co prawda Adam nigdy nie czuł się orłem, więc nie miał ochoty za szybko rozwijać skrzydeł i latać zbyt daleko od kochającej matki, ciepłych obiadów i wypranych ubrań. Taką życiową bierność ułatwiał fakt, że Pachniała był jedynakiem, a jego matka przejawiała wyraźnie diagnozowalną i odrobinę niezdrową nadopiekuńczość, w głębi duszy ciesząc się z tego, że „jej ukochany Adasiek nadal mieszka ze swoją mamusią”. Obojgu pasował taki układ i przyjęty podział ról. Zenobia Pachniała była świetną księgową, a jej pracę doceniało kierownictwo jednego z największych i najlepiej płacących zakładów produkcyjnych w mieście, dzięki czemu ani ona, ani syn nie musieli martwić się o pieniądze. Dodatkowym atutem, przynajmniej dla Adama, był fakt, że matka bardzo często zostawała w pracy po godzinach, co pozwalało mu na spędzanie czasu przed komputerem oraz realizację ulubionych aktywności na tym polu: oglądania porno, masturbacji i grania w gry. To matka wygoniła w końcu Adama do lekarza, zaniepokojona bólami synka, więc młody Pachniała przez kilka krótkich, wyrodnych chwil właśnie ją obwiniał za to, co go spotkało. Co prawda diagnoza była dość dobra: Adam doznał lekkiej kontuzji kolana, która nie powinna w przyszłości skutkować poważniejszymi problemami. Jednak ta „lekka 21 kontuzja” niemiłosiernie bolała i Adam po prostu nie dawał sobie rady z cierpieniem, jakiego doświadczał. Pachniała od zawsze był wrażliwy na ból. Mdlał przy pobieraniu krwi lub u dentysty, a widok rozciętego palca wywoływał u niego falę osłabienia. Nic więc dziwnego, że cierpienie, jakie odczuwał przy chodzeniu, porównywał z najwymyślniejszymi torturami stosowanymi przez służby specjalne w tajnych więzieniach. Adam był gotów zrobić wszystko, by przestało go boleć. Nie pomagały mu jednak żadne środki przeciwbólowe kupowane w aptece i zjadane w tempie czekoladek pochłanianych przez dziecko uzależnione od cukru. Zawodziły nawet te lekarstwa przepisane przez lekarza na receptę, chociaż cholerny konował najzwyczajniej w świecie uznał Pachniałę za hipochondryka i mamisynka, czym zrobił sobie w Adamie śmiertelnego wroga. Kiedy mocniejsze leki przestały działać, a ból nie ustąpił, Pachniała oszukał matkę, że idzie znów do lekarza i zrobił to, co w swoim przekonaniu powinien zrobić już dawno temu. Skorzystał z największego cudu współczesnej cywilizacji. Internetu. *** Na wzmiankę o tym cudownym leku natrafił na jednej z przeglądanych stron internetowych o radzeniu sobie z cierpieniem fizycznym. Lekarstwo nazywało się „Limitholoris” i – jak zapewniał dystrybutor – było unikatowym rozwiązaniem w walce z bólem na skalę światową. Reklamowane jako łatwo przyswajalne, niegroźne dla zdrowia, naturalne i oparte na tajemnicach ziołolecznictwa starożytnych Sumerów, zwróciło od razu uwagę Adama. Użytkownicy korzystający z limitholorisu wystawiali mu wyjątkowo dobre opinie, nazywając specyfik takimi określeniami, jak: cudowny, niewiarygodny, wspaniały, anielski czy wręcz magiczny. To ostatnie porównanie wyjątkowo przypadło Adamowi do gustu. Uwielbiał gry cRPG dziejące się w światach fantasy i wszystko, co magiczne zawsze go fascynowało. Nie był jednak głupcem. Nie chciał wydać pieniędzy na witaminę C lub jakieś groźne dla zdrowia pastylki. Najpierw dokładnie przestudiował wszystkie zawieszone na stronie dystrybutora certyfikaty zdrowia. A było ich naprawdę sporo! Nie tylko te polskiego Ministerstwa i Narodowego Funduszu Zdrowia, ale również firm farmaceutycznych i ekspertów spoza kraju. Do tego dochodziły prestiżowe nagrody, wyróżnienia i trofea zdobyte w kilkunastu konkursach na najlepszy produkt medyczny ubiegłego roku. To przekonało Adama, który nie wahając się więcej zamówił darmową próbkę, pokrywając jedynie koszty przesyłki. 22 *** Czekał dwa dni, aż kurier przyniesie upragniony medykament, zabijając przez ten czas ból kolana pizzą i najnowszą częścią Far Cry. Podziwiał wytrzymałość jej wirtualnego bohatera, który mimo karkołomnych skoków jakoś nie odnosił bolesnych kontuzji. Na paczuszkę Adam rzucił się jak na nową grę CD Projektu, rozdzierając papier zaraz po tym, jak zamknął drzwi za kurierem. Na początku poczuł się trochę rozczarowany, nawet zawiedziony. Spodziewał się błyszczącego opakowania i bajeranckich ozdób na pudełku, a lekarstwo wyglądało niepozornie, wręcz nijako jak na lek stworzony przez sumeryjskich kapłanów, którzy wszak posiedli tajemnice nieznane nawet dzisiejszym farmaceutom, jak zapewniała strona limitholorisu. Pigułki były nieduże, lekko zielone, zamknięte w zwykłej, niepodpisanej, plastikowej fiolce. Darmowa próbka liczyła osiem sztuk limitholorisu. Zalecano dawkę trzech-czterech pigułek dziennie, co oznaczało, że leku nie wystarczy na długo. Adam wyjął jedną pigułkę z fiolki i powąchał, wyczuwając wyraźny zapach delikatnych ziół – zapewne pustynnych roślin znanych starożytnej cywilizacji Sumerów. Zielonkawa pigułka, popita obficie colą, gładko spłynęła do żołądka Pachniały, a kilkanaście minut później Adam zupełnie zapomniał o bólu. Lekarstwo faktycznie było takie, jak pisali użytkownicy. Rewelacyjne! Wszystkie wypisane przez doktora ketonale i inne kupowane w drogeriach apapy mogły się schować. Godzinę później Adam Pachniała zakupił trzy opakowania po dwadzieścia tabletek, nie przejmując się naprawdę wysoką ceną i wystawił następny pochlebny komentarz na stronie sprzedawcy. *** Adam spojrzał w lustro i uśmiechnął się do swojego odbicia. Odkąd brał limitholoris, jakoś łatwiej akceptował swój wygląd. Nie przeszkadzały mu już zbyt duży nos, przetłuszczona cera i włosy czy brzydkie zęby. Poza działaniem przeciwbólowym lekarstwo Sumerów poprawiało samopoczucie, nawet lepiej niż marihuana, którą zdarzyło mu się popalać na studiach, nim z nich zrezygnował. Pachniała połknął poranną pigułkę, rozkoszując się jej ziołowym, słodkawym posmakiem. Przeszedł go doskonale znany i wyczekiwany dreszcz przyjemności, a potem rozleniwiające gorąco rozlało się po jego ciele. Adam westchnął cicho, czując, jak sztywnieje mu członek i zamknął oczy. Jak zawsze po przyjęciu dawki, pod powiekami przelatywały mu 23 wielobarwne wzory: jakieś znaki, figury, splecione ze sobą trapezy, kwadraty i trójkąty, zmiennobarwne pentagramy i zwykłe koła, dziko pulsujące energią. Adam jęknął z zachwytu i wszedł pod prysznic, gdzie dokonał aktu szybkiego samogwałtu. Zawsze bawiła go ta nazwa. Samogwałt. Przecież gwałt wiązał się z brakiem zgody, a on najzwyczajniej w świecie chciał w tej chwili to zrobić. Musiał szybko rozładować napięcie, jakie odczuwał. Kiedy spojrzał w dół zobaczył, że jego nasienie ma lekko zielonkawy kolor. Podobnie zresztą jak mocz. Miał jednak zbyt dobry humor, by się przejmować takimi drobnostkami. Przecież nic go nie bolało, a zabarwienie wydzielin jego ciała związane było zapewne z zielonkawym kolorem pigułek! Limitholoris był spełnionym marzeniem o lepszym życiu. *** Adam obudził się w środku nocy zlany potem. Śnił jakieś nieprzyjemne, deliryczne sny, które jednak uleciały z jego pamięci zaraz po przebudzeniu. Mimo że umysł wyparł koszmary, to jednak Pachniała dygotał cały z odrazy i zgrozy. Wstał ciężko, zapalając światło trzęsącą się dłonią. Westchnął chrapliwie i wtedy wyczuł ten zapach. Jakby stare jajka, które przegniły na słońcu. Adam podszedł do okna, otworzył je, by trochę przewietrzyć pokój. I wtedy się zaczęło. Najpierw coś gwałtownie poruszyło mu się w żołądku. Zakotłowało, jakby połknął kilka żywych węży lub jednego, lecz niezwykle zwinnego i ruchliwego. Potem ujrzał, jak skóra na brzuchu napina mu się, jakby ktoś lub coś z jego ciała próbowało wydostać się na zewnątrz. Od razu przypomniała mu się kultowa już scena z filmu „Obcy: ósmy pasażer Nostromo”. Z tym, że tutaj coś napierało nie na splot słoneczny, lecz bezpośrednio na jego obwisły, blady i lekko owłosiony brzuch. Adam nie czuł bólu. Jednak widok rozciągającej się skóry spowodował, że o mało nie zemdlał. Szybko dotarł do łóżka, usiadł na nim ciężko i chwycił się obiema dłońmi za opuchliznę. Popychał ją szaleńczo paluchami, ugniatał, próbując wcisnąć wybrzuszenie na miejsce. Pod dłońmi czuł wyraźnie jakieś szybkie, energiczne ruchy, jakąś dziką, podskórną kotłowaninę. W końcu jednak przerażająca ruchliwość w jego trzewiach zamarła, a wybrzuszenie znikło. Rozdygotany z przerażania Adam położył się na łóżku, niezdolny do jakiejkolwiek aktywności. Mógł tylko zalegać płasko, niczym pozbawiony woli manekin lub porzucona, przygruba lalka z sexshopu dla ludzi o nieco pokręconych potrzebach seksualnym. Pocił się, dygotał i trząsł. Sam nie wiedział, kiedy ponownie zasnął. A kiedy Adam obudził się rano, nie 24 był pewien, czy scena z czymś żywym, co próbowało przedrzeć się przez jego bebechy, nie była kolejnym fragmentem koszmaru. Jedynym, jaki utkwił w poszarpanej pamięci Pachniały. Po wzięciu porannej pigułki limitholorisu Pachniała poczuł jednak przypływ samozadowolenia i nocne majaki ustąpiły miejsca nowej grze komputerowej. Dopiero po chwili zorientował się, że pokój jest wychłodzony, więc zamknął okno. *** – Co jest, kurwa? – Palce Adama nerwowo stukały po klawiaturze. W oszołomieniu wpatrywał się w litery układające się w czytelny, prosty komunikat: NIE ODNALEZIONO SERWERA. Bezduszny napis nie znikał, niezależnie od tego, ile razy Adam odświeżał stronę. Nie wyglądało to dobrze, a zapas tabletek powoli się wyczerpywał. Adam zmełł w ustach przekleństwo i wstukał nazwę specyfiku w okno wyszukiwarki. Potem spróbował jeszcze z połączeniami słów, takimi jak „tabletki Sumerów”, „sumeryjskie lekarstwo”, „sumeryjskie środki przeciwbólowe”. Też bez pożądanych efektów. Strona dystrybutora znikła. Wyparowała z sieci, zaprzeczając stwierdzeniu, że cokolwiek zostanie w niej umieszczone, nie ma szans zginąć. Rozpaczliwie, czując ogarniającą go panikę, Adam rozpoczął poszukiwania od nowa. To potrafił robić doskonale. Zawężał obszary tematyczne, przeszukiwał fora poświęcone specyfikom przeciwbólowym i medycynie niekonwencjonalnej, aż w końcu trafił na artykuł policyjny o zlikwidowanej, nielegalnej wytwórni środków chemicznych i dopalaczy. Pośród długiej listy specyfików widniała ta, której Adam poszukiwał. Limitholoris. Na stronie policyjnej, poza informacjami jeżącymi przetłuszczone, rudawe włosy na głowie Adama, znajdował się również plik wideo. Adam uruchomił go szepcząc szaleńcze „o kurwa, o kurwa, o kurwa” jak zapętloną mantrę, ale nagranie potwierdziło tylko to, co policja zamiesiła w swoim sieciowym komunikacie. Na ekranie umundurowany funkcjonariusz ostrzegał potencjalnych klientów przez zażywaniem jakichkolwiek produktów z załączonej listy. – Sprzedawane specyfiki były skrajnie niebezpiecznymi substancjami, mogącymi powodować ostre reakcje alergiczne, jak również poważne skutki uboczne, w tym również śmierć zażywających je osób – informował policjant głosem profesjonalisty. – O kurwa! – Tym razem Adam jęknął już głośno, czując, jak zalewa go zimny, cuchnący pot. 25 – Jak ustalono w trakcie prowadzonego śledztwa, serwer, na którym działała polskojęzyczna strona dystrybutora, należał do ugrupowania religijnego, nazywającego się „Nowe życie”, znajdującego się na liście najniebezpieczniejszych sekt świata, powiązanych z radykalnymi odłamami islamu. Dwa lata temu, także rozprowadzając nielegalne i niesprawdzone leki, sekta doprowadziła do śmierci kilkudziesięciu osób w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Ktokolwiek może podać jakieś informacje na temat osób mogących mieć styczność z produktami firmy znanej w Polsce pod nazwą TMS – Tajemnice Medycyny Sumeryjskiej, prosimy o niezwłoczny kontakt z policją. Jeżeli ktoś przyjmował jakikolwiek ze specyfików wymienionych na naszej liście, niech bezzwłocznie skontaktuje się z najbliższym szpitalem. Jeżeli ktokolwiek wie o osobach zażywających którąkolwiek z substancji znajdujących się na naszej liście, niech natychmiast poinformuje ją o tym fakcie i zawiadomi lekarza. Kiedy nagranie dobiegło końca, Adam poczuł niespodziewany, gwałtowny skurcz w jelitach i kotłowaninę w żołądku. Czując, że zaraz narobi pod siebie, poderwał się z krzesła i pobiegł najszybciej, jak tylko mógł w takich okolicznościach, w stronę ubikacji. *** Ledwie zdążył zdjąć ubranie i usiąść na sedesie, nieczystości chlusnęły z niego niczym wodospad płynnego łajna. Po niewielkim pomieszczeniu rozszedł się straszliwy odór, od którego zapiekły Adama oczy. Pachniała jęknął przeciągle, czując niepokojące ruchy perystaltyczne jelit, chociaż nadal nic go nie bolało. Pocił się jak pacjent w ostrym stadium malarii i trząsł jak przy wyjątkowo wysokiej gorączce, chociaż czoło miał lepkie od potu i bardzo zimne. Zamknął oczy, kiedy półpłynna, śmierdząca zgnilizną zawartość jego jelit, znów hałaśliwie bryznęła do toalety. Adam zakrztusił się własnymi wyziewami i poczuł, jak trzecia, niepowstrzymana fala płynów opuszcza jego ciało, tym razem jednak wybierając usta, jako drogę ucieczki z organizmu. Pachniała zwymiotował na swoje kolana i stopy, z przerażeniem widząc, że to, co wyrzucił jego żołądek, jest rozwodnioną, spienioną krwią. Płyn był jednak gęstszy, bardziej treściwy – przypominał rzadki kisiel żurawinowy – lepki i ciągnący się niczym smarki. Adam wydał z siebie przerażony kwik. Zadygotał konwulsyjnie na sedesie, płacząc i skamlając w napadzie absolutnej paniki. Spróbował podnieść się na nogi, zawołać matkę, ale szalejące jelita znów wymusiły na nim, by został w pozycji siedzącej. Tym razem Adam miał 26 wrażenie, że coś wielkiego przepycha się przez jego flaki, przeciska przez zwieracze, rozrywając je na strzępy i zmieniając jego tyłek w poszarpany kawał tłustego mięcha – ale nadal nie czuł bólu, tylko czyste, zwierzęce przerażenie. Atawistyczny strach przed tym, do czego doprowadzi koszmarna defekacja. W kilka sekund po wyrzuceniu zawartości jelit, nadciągnęła kolejna fala torsji. Pachniała nie miał już siły by nawet jęczeć. Nie był w stanie usiedzieć prosto, osłabiony i gwałtownie odwodniony. Jedyne, co mógł zrobić, to zgiąć się wpół i wyrzucić z siebie następną porcję gęstych, czerwonawych wymiocin. Te wyniszczające organizm sekwencje: rozwolnienie – torsje, rozwolnienie – torsje – pochwyciły Adama Pachniałę w niekończącą się karuzelę wydalania i szaleństwa. Nieszczęśnik nie miał już sił, by krzyczeć, by wołać o pomoc, która i tak nie miała szansy nadejść. Uwięziony w toalecie, płakał i modlił się bezgłośnie do bezdusznych, prześladujących go sił wyższych, by darowały mu życie. W pewnym momencie ucichł, zobojętniał, a potem osunął się powoli z toalety i dotknął głową zanieczyszczonej podłogi wyłożonej równo kafelkami, z których zawsze dumna była jego matka. W takiej pozycj
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Magazyn Histeria 2015/3 PDF
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: