Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00485 011689 7455529 na godz. na dobę w sumie
Magazyn Histeria 2015/4 PDF - ebook/pdf
Magazyn Histeria 2015/4 PDF - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Magazyn Histeria Język publikacji: polski
ISBN: 2015047777777 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> thriller, horror
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
Nowy magazyn internetowy dla fanów grozy. Naszą ideą jest promocja talentów pisarskich.
Znajdź podobne książki

Darmowy fragment publikacji:

LIPIEC 2015/4 www.magazynhisteria.pl GOSC SPECJALNY: PIOTR FERENS Groza Dumasa Eliza Krzyńska-Nawrocka Kochanka Szamoty Stefan Grabiński DZIECKO REWOLUCJI|DZIEŃ OPIEKUNA FEMINISTKI|FRANCINE|MORT-VIVANT PIEŚŃ WILKÓW|TRUSKAWKI|WIARA|WYOBRAŹNIA ZAPACH CIENIA I SMAK DUSZY GOSC SPECJALNY: SPIS TREŚCI: Słowo od redakcji Wyznania Histeryka DZIECKO REWOLUCJI DZIEŃ OPIEKUNA FEMINISTKI FRANCINE MORT-VIVANT PIEŚŃ WILKÓW TRUSKAWKI WIARAWYOBRAŹNIA ZAPACH CIENIA I SMAK DUSZY KOCHANKA SZAMOTY Groza Dumasa Magdalena Kucenty Tomasz Graczykowski Piotr Borlik Marta Lasik Dariusz Węgrzyniak Antoni Nowakowski Barbara Mikulska Marta Kucharska Przemysław Kyrcz Piotr Ferens Stefan Grabiński Eliza Krzyńska-Nawrocka Redaktorzy naczelni: Błażej Jaworski, Maciej Zawadzki Projekt okładki i skład: Roman Panasiuk Ilustracje: D awid Boldys, Roman Panasiuk Korekta: Dagmara Adwentowska email: magazynhisteria@gmail.com 2 345183445597592104111 121 137 149 Witajcie! Lato w pełni, a my serwujemy Wam świeżą, równie gorącą porcję grozy. Wakacyjna Histeria pełna jest debiutów. Aż ośmiu autorów pojawia się na naszych łamach po raz pierwszy. Histeryczne debiuty różnie się kończą. W tym miejscu warto wspomnieć Piotra Borowca. Jakiś czas po tym, jak opublikowaliśmy kilka bardzo dobrych tekstów jego autorstwa, wydał on antologię na papierze. Ze starej gwardii gościmy Antoniego Nowakowskiego (autora m.in. „Czarnej wódki”) oraz Przemysława Kyrcza. Opowiadanie „Smakosz” zapewniło mu tytuł „Histeryka Miesiąca”. Skoro o Histeryku mowa... Tym razem został nim Paweł Cieliczko. Jego „Noblowski cyrograf” zdobył najwięcej głosów w majowej ankiecie. Więcej o samym autorze w „Wyznaniach Histeryka”. Nie byłoby Histerii bez gościa specjalnego. Tym razem jest nim Piotr Ferens. Autor powieści „Na krańcach luster” przygotował dla Was wcześniej niepublikowane opowiadanie „Zapach cienia i smak duszy”. W ramach odświeżenia klasyki przypominamy „Kochankę Szamoty” Stefana Grabińskiego. Ci, którzy nie czytali wcześniej tego opowiadania, mogą odrobić lekcję z historii grozy. Nie bez powodu wybraliśmy właśnie ten tekst. Niebawem mają rozpocząć się zdjęcia do jego filmowej adaptacji. Magazyn Histeria dołączył do grona patronów tego projektu. Nad wakacyjnym numerem unosi się duch rewolucji francuskiej. Wśród opowiadań znajdziecie trzy finałowe teksty z konkursu „Wolność, Równość, Histeria!”, a na deser polecamy lekturę artykułu dr Elizy Krzyńskiej-Nawrockiej „Groza Dumasa”, przybliżającego mroczną stronę twórczości autora „Trzech Muszkieterów”. Życzymy miłej lektury, a my wracamy do pracy nad kolejnym numerem. Do zobaczenia we wrześniu! B. Jaworski i M. Zawadzki WYZNANIA HISTERYka Paweł Cieliczko Absolwent historii UAM, doktor literaturoznawstwa w Instytucie Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk, pomysłodawca i redaktor almanachów: „Warszawski przewodnik literacki” oraz „Poznański przewodnik literacki”, prowadzi strony internetowe oraz profile na facebooku poświęcone tym projektom. Założyciel i prezes Fundacji na rzecz Badań Literackich, organizator wielu konferencji humanistycznych, redaktor tomów zbiorowych związanych z literaturoznawstwem. Najpierw wygrałeś PO(E)dojrzany konkurs (razem z Agnieszką Kwiatkowską), później zająłeś drugie miejsce w konkursie Medium, a teraz decyzją czytelników zostałeś Histerykiem Miesiąca. Nie za dużo tego dobrego w ostatnim czasie? W tym samym czasie nie odniosłem sukcesów w konkursie „Love Cthulhu” ani w konkursie „Wolność, Równość, Histeria”. Są więc sukcesy, ale są i porażki, słowem – równowaga. Porażkami staram się nie przejmować, a sukcesami bardzo się cieszę i motywują mnie do pisania kolejnych opowiadań. Najwięcej satysfakcji sprawił mi „Noblowski cyrograf”, który nagrodziło jury, a czytelnicy wybrali opowiadaniem miesiąca. Jak wyglądała praca nad „Noblowskim cyrografem”? Reymont to najmniej znany nasz noblista, a jest to postać niezwykle barwna. Pomyślałem, że warto wykorzystać konkurs na opowiadanie, któremu on patronuje, do opowiedzenia mrocznej historii osnutej wokół jego biografii. Wziąłem na warsztat kilka zdarzeń z życia pisarza, dodałem nieco ludzkich, niekoniecznie szlachetnych emocji, przyprawiłem to magią i okultyzmem, którymi się parał, a także odrobiną erotyzmu. Zaskoczyło mnie, że otwierająca opowiadanie scena inicjacji wywołała tak wiele przychylnych komentarzy, bo o seksie pisze się szczególnie trudno. Była groza i niesamowitość, był erotyzm, była rywalizacja pomiędzy wybitnymi pisarzami, była najważniejsza nagroda literacka, nieślubna córka oraz tajny pakt z wysłanniczką piekieł. Po wymieszaniu powstał „Noblowski cyrograf”. Gdzie można przeczytać więcej Twoich opowiadań? Do pisania opowiadań zmotywował mnie PO(E)dejrzany konkurs „Magazynu Histeria”. Potraktowałem go jako pretekst do przedstawienia alternatywnej wersji zniknięcia hrabiego Edwarda Raczyńskiego. Hrabia odstrzelił sobie głowę z armatki wiwatowej i pozostał po nim bezgłowy korpus, trudny do identyfikacji. Wobec takiej grozy rzeczywistości wersja alternatywna – „Horror domu Raczyńskich” – to było raczej soft. Sukces tego opowiadania skłonił mnie do napisania kilku kolejnych. Wszystkie wiążą się z niezwykłymi historiami rozgrywającymi się w Poznaniu lub jego najbliższej okolicy. Poznań uwielbiam i uważam za niesamowite miasto, które aż pulsuje od nadzwyczajnych opowieści i tylko czeka, by ktoś je opisał. Zakładam właśnie stronę www.niesamowitypoznan.pl, na której chciałbym prezentować niesamowite historie z Poznaniem w tle. Pisanie to hobby czy coś więcej? Pisanie sprawia mi ogromną frajdę i trudno mi sobie wyobrazić życie bez pisania, dotąd jednak nie zajmowałem się fikcją literacką, pisałem zawodowo teksty absolutnie „non-fiction”. Przypadek noblisty Reymonta pokazuje bowiem, że z literatury trudno się utrzymać, wszak podstawą jego majątku nie były prawa autorskie do „Chłopów”, „Ziemi obiecanej” czy „Komediantki”, ale odszkodowanie wypłacone przez carskie koleje. Jestem z Poznania, a „poznaniacy piszą po pracy” i podobnie jest ze mną, nie umiałbym chyba potraktować pisania literatury jako zawodu. Z czym kojarzy Ci się słowo histeria? Od kilku miesięcy wyłącznie z „Magazynem Histeria”. Bardzo spodobał mi się pomysł przyjęcia nazwy kojarzonej z kobiecą ekstrawertycznością i wyeksponowania jej zapomnianego znaczenia związanego z opętaniem, nawiedzeniem. Podobnym tropem staram się iść w swoich opowiadaniach. Starych mistrzów gatunku traktuję jako punkt wyjścia. Nie wydaje mi się bowiem interesujące pisanie kopii klasycznych opowiadań grozy, ale zapożyczenie z nich klimatu, sztafażu i opowiedzenia w tej konwencji zupełnie nowych opowieści. l s y d o B d i w a D . s y r DZIECKO REWOLUCJI Magdalena Kucenty Daremnie prosiła o dodatkowy koc. A gdy mimo przeszywającego na wskroś zimna i przygniatającego pierś niepokoju zdołała wreszcie zasnąć, zaraz ją obudzili, by zaciągnąć przed oblicze kolejnej z marionetek Robespierre’a. Armand spoglądał na nią z pogardą właściwą ludziom święcie przekonanym o słuszności swoich czynów. Właściwą rewolucjonistom. Ze stoickim spokojem, wręcz obojętnie, wysłuchała zarzutów oskarżyciela. Większość z nich znała już na pamięć. Czy potajemnie przekazywała pieniądze bratu? Oczywiście, że nie. Czy knuła spisek przeciwko Francji? Nigdy. To może uczestniczyła w legendarnej orgii październikowej? Ależ skądże. Na koniec spytali, czy życzy sobie mieć adwokata. Szubrawcy dali jej niepotrzebną 5 nadzieję, a ona naprawdę chciała żyć, chociaż cały czas czuła to coś, co powoli zżerało ją od środka. Następnego dnia, ledwie słońce wysunęło się znad horyzontu, została zaprowadzona do komnaty, w której ongiś król odczytywał edykty. Jej obecność wywołała natychmiastowe poruszenie w zgromadzonym na sali tłumie, każdy z rozradowanych widzów chciał zobaczyć siwe włosy, o których mówiły plotki, i bladą twarz o ściągniętych rysach, tak odmienną od oblicza zapamiętanego przez większość. Dla nich była austriacką wilczycą, z lubością obwieszającą się drogimi klejnotami. Na karykaturach przedstawiali ją jako strusia o twarzy harpii, nie jako zmęczoną kobietę w znoszonej, wiele razy łatanej sukni żałobnej. Ze względu na jej stan, mimo protestów stłoczonych za barierami przekupek, Trybunał zezwolił, by po złożeniu przysięgi usiadła. A potem znowu przyszło jej odpowiadać na długą listę oskarżeń. Czy…? Nie pamiętam. To może…? Nie sądzę. Ale przecież…? Nie mam nic do powiedzenia na ten temat. Dopiero na widok wprowadzanego do komnaty chłopca poczuła, że ucisk w piersi nasila się. Jej syn wyraźnie podupadł na zdrowiu, miał podkrążone oczy i blade lico. A gdy usłyszała, jakie według zeznającego w jego imieniu Héberta są powody tego osłabienia, z trudem powstrzymała się przed zgłoszeniem sprzeciwu. – Matka i ciotka nauczyły go nieprzyzwoitego plugawienia – powiedział twardo żurnalista. – Oskarżoną i jej syna łączyła nie tylko czysta miłość rodzicielska, ale również ohydny związek… Wzrok jej twardniał, gdy wysłuchiwała niedorzecznych insynuacji dziennikarza, a serce miękło, kiedy kolejne potwierdzenia padały z ust jej syna. Milczała, toteż oskarżyciel spytał, dlaczego nie zaprzecza zarzutom postawionym jej przez Héberta. – Sama natura odmawia odpowiedzi na takie kalumnie wysunięte przeciwko matce – rzekła, a po krótkiej pauzie dodała z rozmysłem: – Zwracam się o zrozumienie do wszystkich matek, które mogą być obecne na sali. Zadziałało. Raptem zmienne w nastrojach przekupki, które jeszcze niedawno żądały, by dla nich stała, zaczęły przekrzykiwać się w wyrazach współczucia i oburzenia. – Jak tak można?! Co za paskudne oszczerstwa! – Przerwać proces! Przerwać! – Biedna kobieta… Każda matka ją zrozumie. – Patrzcie, chłopiec się boi! 6 Bez złości, bez żalu spojrzała w błyszczące wilgocią oczy. Nie obwiniała syna o żadne z okropności, które wypowiedział. Była świadoma, kto mu je włożył w usta. Po czterdziestym świadku przyszła wreszcie kolej na ostatnie przesłuchanie. Jej przesłuchanie. Czuła się wyczerpana, ale nie pozwoliła ramionom opaść ani głosowi osłabnąć. Nie znając tajnego zalecenia Héberta, które tenże skierował do Konwentu, mówiła wyraźnie i pewnie, a z czasem coraz śmielej, gdyż w tłumie zaczęły pobrzmiewać szepty aprobaty. Nic to jednak nie znaczyło. Wszakże los jej głowy był z góry przesądzony. *** Nie pamiętała, jak z powrotem trafiła do celi. Ktoś ją chyba podtrzymywał, gdy szła, ktoś inny coś do niej mówił. Rozejrzała się po skromnym pomieszczeniu. Jak zawsze w kącie czuwało dwóch żandarmów – milczący, o ponurych obliczach, obserwowali ją bez ustanku, jakby jakimś cudem mogła jeszcze uciec. A ona leżała tylko na posłaniu, wciąż w tej samej sukni, którą nosiła podczas rozprawy. Wpatrzona w okratowane okno, dotykała z niedowierzaniem policzka, jakby chciała sprawdzić, czy jest jeszcze żywa, czy może już umarła. Nagle poczuła znajomy, ostry ból w podbrzuszu, a ciepła wilgoć spłynęła jej po udzie. Znowu miała krwotok. Widać żyjący w niej potwór odgryzał kolejne kęsy ciepłego ciała, nie bacząc, iż lepka czerwień spływa mu po brodzie i dalej, na łono żywicielki. Nic dziwnego, że apetyt jej nie dopisywał, kiedy Rosalie przyniosła posiłek. Za namową służącej wypiła trochę bulionu, ale nic więcej nie zdołała przełknąć. Potem poprosiła dziewczynę o osłonienie jej przed oczami żandarmów, by mogła się przebrać. Wciśnięta w niewielkie zagłębienie między ścianą a łóżkiem, zaczęła ściągać z siebie szatę, gdy jeden z mężczyzn podszedł bliżej i zaczął jej się przyglądać. – Monsieur – podjęła, zakrywając chustą ramiona – przez wzgląd na przyzwoitość, pozwól mi zmienić strój na osobności. Ale żandarm tylko prychnął wzgardliwie. – Nie będę łamał wydanych mi rozkazów dla jakiejś Capet. Popatrzyła na szczerby między jego zepsutymi zębami, na triumfalny uśmiech wykrzywiający brzydkie usta i już wiedziała, że mężczyzna miał za zadanie ostatecznie ją upokorzyć. Westchnęła, w duchu żegnając się z resztkami godności, i na oczach mundurowca 7 wyciągnęła spod siebie zakrwawiony materiał, który zaraz wepchnęła w szczelinę muru. Następnie, najskromniej jak potrafiła, zamieniła czarną suknię na białą. Niedługo później Charles Sanson, kat w czwartym pokoleniu, przyszedł, by ostrzyc jej cienkie włosy. Nożyce, które trzymał w wielkich jak bochny chleba łapskach, sprawiały wrażenie wystarczająco ostrych i długich do ścięcia głowy. Spostrzegłszy je, Rosalie zastąpiła drogę mężczyźnie, jakby obawiała się, że ten zamierza wykonać wyrok tu i teraz. – Spokojnie, dziecko. Przecież nie zrezygnują z widowiska. – Ależ, pani… – jęknęła rozpaczliwie służka, odwracając ku niej oblicze. W oczach o kształcie migdałów czaił się słabo skrywany lęk, obsiane punkcikami piegów jak nocne niebo gwiazdami lico ściągał grymas trwogi. – Zasmakowałam już rewolucyjnej sprawiedliwości, w której werdykty są z góry ustalone, a procesy robione na pokaz – uspokoiła dziewczynę. – Nic gorszego nie może mnie już spotkać, drogie dziecko. Po wyjściu kata skryła szare, krzywo przycięte kosmyki pod lnianym czepkiem i podeszła do żandarmów, oznajmiając swoją gotowość, jednak ci stwierdzili, że muszą jej jeszcze związać ręce. – Z Ludwikiem tego nie robiliście – zaprotestowała, ale bez przekonania, nie sądziła bowiem, by sprzeciwami mogła cokolwiek osiągnąć. Miała rację, mundurowcy zachowali się, jakby nie usłyszeli ani słowa. Kazali jej skrzyżować nadgarstki za plecami, a kiedy wykonała polecenie, jeden z mężczyzn złapał ją za ramiona i odgiął boleśnie do tylu. Już niedługo, pomyślała, gdy zaczął wiązać powróz. Tym razem się jednak myliła. *** Została posadzona na wozie jak zwykła zbrodniarka, plecami do ciągnących go perszeronów. Powolna, acz mająca zakończyć się szybką śmiercią procesja była niczym spektakl teatralny dla gawiedzi zebranej wzdłuż drogi wiodącej na Plac Rewolucji. – Oto haniebna Austriaczka! Już po niej, przyjaciele! – głosił jadący na czele orszaku aktor, stając w strzemionach i wymachując szablą. – I gdzie teraz są twoje ciastka, Messalina!? – szydziła z niej znajomo wyglądająca przekupka. – To koniec, Madame Deficyt! – ryknął jakiś mężczyzna. – Giń, Capet! Giń, wdowo! – krzyczało roześmiane dziecko uniesione na rękach 8 matki. W ciżbie znajdowały się również smutne oblicza ci-devant. Byli arystokraci zaciskali usta w bezsilności, nie okazując wyrazów sympatii względem skazanej, a jedynie wodząc pociemniałymi oczami za jej wiotką i białą niczym duch postacią. Ale ona nie wyglądała na przestraszoną, a wręcz przeciwnie – była spokojna, nawet szczęśliwa. Tylko raz w czasie procesji zachwiała się, zdradzając emocje – widok ogrodów Tuileries przyniósł jej wspomnienia słodkiej przeszłości, ukochanych dzieci i drogich przyjaciół, a oczy same wypełniły się łzami. Zanim orszak dotarł pod szafot, opanowanie znów zagościło w jej rysach, a nowa siła wstąpiła w serce, dodając ciału niewidzialnych skrzydeł. Zeszła z wozu niemalże bez niczyjej pomocy i mimo związanych rąk, krocząc lekko, ruszyła na spotkanie śmierci. Po drodze zatrzymała się tylko na krótki moment, by przeprosić kata, gdyż w euforii przydeptała mu stopę. Potem skwapliwie ułożyła szyję w objęciach świętej gilotyny rewolucjonistów, opiekunki patriotów. Nie czuła już bólu skrępowanych nadgarstków ani ugryzień żerującego w trzewiach plugastwa. Gdy drewniana rama zatrzasnęła się na jej karku, Maria Antonina przymknęła powieki i z uśmiechem powitała dźwięk opadającego ostrza. *** Pracownicy cmentarza przy ulicy d Anjou nie mogli narzekać na brak zajęć. Wozy przyjeżdżały codziennie, czasami nawet kilkukrotnie w ciągu doby, po wierzch wyładowane zdekapitowanymi symbolami sprawiedliwości ludowej. Obcięte głowy zazwyczaj docierały na cmentarz razem z ciałami, często jednak były niesparowane – w takich przypadkach grabarze musieli dopasowywać części nieboszczyków. Benjamin nawet lubił to zajęcie. Miało w sobie namiastkę jego dziecięcych marzeń, w których, jako cieszący się powszechnym poważaniem konsyliarz, składał okaleczonych i połamanych ludzi do kupy. Jako dorosły, niespecjalnie poważany grabarz, mógł chociaż przyszywać głowy ofiarom rewolucji. Starał się więc, by ściegi były równe i nie szpeciły zmarłych podczas ich ostatecznego spoczynku, a za usługę nie doliczał nawet jednego sous, w końcu wykonywał ją z dobrej woli, której nikt chyba poza martwymi nie potrafiłby docenić. A już na pewno nie Jean. Benjamin nie rozumiał, co kobiety widziały w chudym blondynie o wiecznie smutnych, wodnistych oczach. Nie przepadał za chłopakiem, nie tylko dlatego, że podczas 9 pracy ten przechwalał się swoimi nocnymi podbojami, wyliczając, ile już złamał niewieścich serc. Jean nie krył się również z faktem, że trupy znaczą dla niego tyle samo co śmieci – najchętniej wrzucałby je do jednego dołu, a nie składał w trumnach i każdemu kopał osobny grób. Nie potrafił nawet docenić piękna przybyłej tego popołudnia la tête royale. – Paskudna – prychnął tylko, odkrywając ciało ułożone na poczerniałych od krwi deskach. W przeciwieństwie do mniej ważnych osobistości arcyksiężna miała cały wóz dla siebie. – Mhm – mruknął Benjamin. Oczywiście nie zgadzał się z towarzyszem, co nie znaczyło, że zamierzał cokolwiek mówić. Wolał przyglądać się głowie kobiety – jej ostrym wciąż rysom, woskowej cerze i niemalże białym włosom. Co ciekawe, sine usta wykrzywiał lekki, a jednak wyraźnie widoczny uśmiech. – Pora na obiad – stwierdził wpatrzony w bezchmurne niebo Jean. – Idziesz ze mną? – dodał pytająco, ale nie czekając na odpowiedź, okręcił się na pięcie. – A zmarła? – Przecież nigdzie nie ucieknie. Benjamin znowu spojrzał na twarz nieboszczki, wzdrygnął się i zamrugał gwałtownie, myśląc, że wzrok go mami. Jednak kilka uderzeń serca później wargi Austriaczki wciąż były szeroko rozwarte, jak do krzyku. – Nie, idź sam… – powiedział bardziej do siebie, gdyż Jean był już daleko. Potem poszedł szukać zwłok jakiejkolwiek kobiety wśród tych dostarczonych na innych wozach. To nie było wcale proste – rewolucyjne żniwa zbierały zdecydowanie więcej męskich głów, toteż Benjamin zmitrężył trochę czasu. Zaczął nawet żałować, że wpierw nie schował zwłok arcyksiężny, a dopiero później nie wziął się za poszukiwania. Tylko jak wytłumaczyłby brak ciała, jeśli Jean zdążyłby wrócić? Gdy wreszcie znalazł kobiece truchło, i to nawet odziane w biel, włożył je do trumny przygotowanej dla byłej królowej, po czym szybko zakrył wiekiem. Ręce mu się trzęsły i okrutnie pociły, ledwie zdołał utrzymać młotek, gdy wbijał gwoździe, a w tym czasie arcyksiężna spoglądała na niego z wozu. Znowu się uśmiechała. *** Rozedrgane płomyki świec zalewały duszne wnętrze grobowca ciepłym, kojącym 10 światłem. W pomieszczeniu znajdowały się dwie bliźniaczo podobne tumby – męża i żony, dawno zmarłych i zapomnianych przez świat. Na jednym Benjamin ułożył narzędzia, na drugim głowę oraz ciało arcyksiężnej. Potem ostrożnie, niemal pieszczotliwie dotknął pergaminowej skóry jej dłoni i przyjrzał się pociemniałym paznokciom. Jeden z palców drgnął nieznacznie. Z dreszczem ekscytacji przebiegającym po plecach odwrócił się na chwilę, by sięgnąć po leżące na kamiennej płycie nożyce. Ręce znowu mu drżały, gdy rozcinał biały materiał sukni i pośpiesznie ściągał go ze zwłok, jednak momentalnie uspokoiły się, kiedy chwycił igłę i zaczął przeciągać nić przez wąskie oczko. Zazwyczaj najpierw obmyłby ciało, ale tym razem czuł, że nie może marnować czasu. Pierwsze nakłucie wykonał bardzo powoli, ponieważ zimna skóra okazała się nienaturalnie ciągliwa, a niemalże czarna krew – wbrew prawom rządzącym martwymi – popłynęła z malutkiej rany. Benjamin wpadł w trans. Wsłuchany w kapanie wody, łapczywie wciągał wilgotne powietrze, a światło płomieni tańczyło w jego rozszerzonych euforią źrenicach. Gdy pracował igłą, gruba nić mieniła się złocistymi refleksami, na powrót łącząc równo przeciętą szyję, zaś ciemna posoka zdawała się ożywać, dodatkowo spajając tkanki. Przytrzymaj, wbij, przewlecz. Przytrzymaj, wbij, przewlecz. Przytrzymaj… Grabarz nie potrafił powiedzieć, ile czasu minęło. Kiedy skończył swoje dzieło, duma rozpierała mu pierś i unosiła zwykle zgarbione ramiona. Nigdy nie wykonał równie pięknego ściegu. *** Było ciemno. Tak strasznie ciemno. Nie czuła już ani zimna, ani gorąca; ból również przestał dla niej istnieć, a jednak odnosiła wrażenie, że zostaje uniesiona, chociaż jednocześnie leży na mokrych deskach. Czyjeś palce chciwie obmacywały jej twarz, uradowane głosy wdzierały się do uszu, a metaliczny zapach krwi wypełniał nozdrza, mimo że nie była w stanie zaczerpnąć powietrza. Na dobrą sprawę nie była w stanie nic zrobić. Uwięziona w klatce własnego ciała, przekazywana z rąk do rąk, mogła tylko pytać Boga, czy trafiła do piekła i modlić się o łaskę zbawienia. Bóg milczał, lud wznosił okrzyki. Wolność, równość, braterstwo! Szczęśliwie świadomość rozpływała się w mroku, świat tworzył chaotyczną 11 mieszaninę dźwięków i zapachów, aż wreszcie wszystko zniknęło. To był koniec. A raczej miał być. Nagle poczuła czyjś dotyk, potem lekkie szarpnięcie. Jedno, drugie, trzecie… Głos całkiem uwiązł jej w gardle, nie potrafiła wydobyć z siebie choćby najlżejszego westchnienia. Próbowała unieść powieki, ale coś musiało je zlepiać, trwała więc bezczynnie, zatraciwszy poczucie czasu. A gdy w końcu otworzyła oczy, była pewna, że nie zrobiła tego z własnej woli. Coś kontrolowało ją, jak zwykłą marionetkę. Z przerażeniem dostrzegła pochylającego się nad jej nagim ciałem mężczyznę. Wyglądał bardzo przeciętnie, a zarysowująca granicę kędzierzawych włosów łysina i krzywy, płaski nos nadawały mu poczciwego wyrazu. Jednak nigdy tak nie przestraszyła się zwykłego człowieka. – I co? Żaden docteur nie byłby w stanie uleczyć zmarłej… – mruczał pod nosem, zmywając wilgotnym gałganem zaschniętą krew z jej piersi. A gdy zauważył, że jest obserwowany, zrobił szybki krok w tył, poślizgnął się i upadł. – Ja… Wasza Miłość… – mamrotał pobladły, wpatrując się w jej szyję. Uniosła się na łokciu i podążając za wzrokiem nieznajomego, wolną dłoń położyła na gardle. Nadal nie mogła wydusić słowa, nie wiedziała też, czy ma władzę nad swoim ciałem, czy jednak podąża za pociągnięciami niewidzialnych sznurków. – Przyznaję, że nie jestem rojalistą, Wasza Wysokość – podjął na nowo mężczyzna, powoli zbierając się z ziemi – ale nie rozumiem, jak można zabijać tak piękne i delikatne istoty, jakimi są kobiety. Zawsze kupuję dla nich najlepsze nici. Przyniosłem również świeżą suknię dla Waszej Miłości. To znaczy, najświeższą, jaką zdołałem znaleźć wśród… Nie zrozumiała do końca o czym, ale mówił długo i chaotycznie. Nie wiedziała również, dlaczego obsypywał ją tymi wszystkimi tytułami. Nagle uświadomiła sobie, że zupełnie nie pamięta, kim jest. Niemniej jednak nie zapomniała twarzy tych wszystkich ludzi, którzy chcieli jej głowy. Nie zapomniała bolesnych oszczerstw, poniżających gestów i doznanego cierpienia. Nie zapomniała okrzyków ludu. Wolność, równość, braterstwo. To wszystko można odnaleźć w śmierci. *** Benjamin dawno nie czuł się taki szczęśliwy. Na dobrą sprawę, odkąd przestał być dzieckiem i dotarło do niego, że nie zdoła spełnić żadnego ze swoich marzeń. Od dłuższego czasu odnosił również wrażenie, iż nie jest potrzebny nikomu poza 12 zmarłymi. Ale teraz to się zmieniło. Poniekąd. Nie mógł nazwać arcyksiężnej ani żywą, ani martwą. Wydawała się tkwić w swoistym zawieszeniu między tym a tamtym światem, niema, chłodna w dotyku, aczkolwiek nie zimna jak trup, z zastygłym w bezruchu sercem, lecz z pulsującymi życiem trzewiami. Benjamin czuł promieniujące z brzucha kobiety ciepło, gdy oczyszczał jej ciało, zaś od czasu do czasu coś poruszało się pod szarą skórą, delikatnie muskając mu palce. Ku własnemu zaskoczeniu tym razem nie zląkł się, a jedynie zawiódł, pojąwszy, że to nie w jego drogich niciach i idealnym ściegu tkwiła przyczyna cudownego ożywienia Austriaczki. Aczkolwiek w mig się rozpogodził, gdy już nocą zasunął sztabę ciężkich, zaśniedziałych drzwi prowadzących do grobowca. Przecież znalazł wreszcie kobietę, która będzie na niego czekać. *** Było głodne. Tak strasznie głodne. Żerowało w jej wnętrznościach, a gdy te obumarły, jako lalkarz domagało się od niej świeżego pożywienia. Nie wiedziała skąd, nie wiedziała jak, ale była tego pewna. Pogrążona w całkowitych ciemnościach, leżąc na twardej płycie nagrobnej, nie potrafiła myśleć o niczym innym. *** Następnego dnia słońce świeciło jakby jaśniej, dzięki czemu Benjamin zaczął dostrzegać rzeczy, których dotąd nie zauważał. Szary, ponury cmentarz zapłonął barwami narodowymi: błękitne niebo rozpościerało się nad umrzykami, czerwień ich krwi wsiąkała w deski wozów, a ciała bieliły się od sypkiego wapna. Oczywiście Jean musiał zakłócić tę wspaniałą harmonię swoim niedbalstwem. – No, skończyłem – oznajmił, układając w trumnie ostatnie z dostarczonych zwłok i nic nie robiąc sobie z faktu, że ułożył głowę ciemnowłosej kobiety o ustach niczym płatki róż przy barczystym karku przechodzącym w kudłatą pierś i wydatne brzuszysko. – Ale… przecież… – Benjamin wskazał palcem na rozsypane w nieładzie pukle, na czarne oczy pusto wpatrzone w firmament i westchnął. – Proszę, zajmij się kopaniem, a ja tu dokończę. Blondyn rzucił mu ponure spojrzenie, ale zastosował się do prośby. Po jego odejściu 13 Benjamin rozpoczął pracę – odbił wieka trumien i uporządkował ciała, opierając się pokusie, by zabrać ciemnowłosą do grobowca. Mógłby tym urazić arcyksiężną, a może nawet wywołać w niej zazdrość? Ta myśl sprawiła, że zatęsknił do kobiety. *** Usłyszawszy dźwięk odsuwanej sztaby, odwróciła głowę i zmrużyła oczy. Snop światła wdarł się do wnętrza krypty, a pospieszne kroki odbijały pustym echem od kamiennych schodów i ścian, potęgując narastający w niej lęk. Zmusiła się, by popatrzeć na mężczyznę i poczuła jednocześnie ulgę oraz rozczarowanie. Ulgę, gdyż wbrew własnym obawom nie rzuciła się na niego w szaleństwie głodu. Rozczarowanie, bo choć żołądek dawno przysechł jej do kręgosłupa, widok piętki czerstwego chleba i miski z polewką nie przyniósł żadnej radości. – Wybacz, pani, jestem tylko skromnym grabarzem… – powiedział z zawstydzeniem mężczyzna, podając jej naczynie. Postarała się uśmiechnąć i chociaż pieczywa nie tknęła, to wzięła kilka łyków zupy. Zaraz jednak zemdliło ją, więc odstawiła miskę. Nie chodziło o to, że posiłek był skromny, po prostu żyjąca w niej istota potrzebowała czegoś zgoła odmiennego do przetrwania. Ale czego? Spojrzała w rozświetlone uwielbieniem oczy mężczyzny, jakby szukając w nich odpowiedzi, i nagle zasłabła. – Coś się stało, pani? – spytał, podtrzymując ją. – Jedzenie ci nie odpowiada? Pokręciła głową, potem przytaknęła. Wreszcie poruszyła wargami w niemym podziękowaniu. Nie wiedziała, jak ma bez słów opisać swoje rozterki. Najwyraźniej mężczyzna zdołał odczytać część emocji wymalowanych na jej obliczu. Gdy tylko położyła się z powrotem, ruszył do wyjścia, żarliwie zapewniając: – Już rozumiem, pani. Już wszystko rozumiem! Znowu cisza i ciemność zapanowały w jej świecie. Nie miała pojęcia, ile czasu minęło, ale senne otępienie zdążyło na dobre zagłuszyć głód i po raz kolejny to mógł być koniec. Jednak coś w niej drgnęło na dźwięk obcego głosu. – Nie rozumiem, czemu jakieś nietoperze miałyby przeszkadzać umarlakom. A pewna gorąca kuchareczka tęskni za… – To nie potrwa długo, Jean. 14 Chwilę później zobaczyła obu mężczyzn. Grymas niezadowolenia na twarzy pierwszego ustąpił wyrazowi czystego oszołomienia. Młodzieniec rozwarł szeroko usta, jednak zamiast krzyku w zatęchłym powietrzu rozbrzmiało głuche uderzenie łopaty roztrzaskującej czaszkę. Dopiero wtedy dostrzegła podłużne narzędzie w rękach drugiego grabarza. Tym razem nie uwielbienie, a zła radość rozświetlała mu oczy. – Proszę, pani, to dla ciebie… Tego potrzebujesz, prawda? – spytał, odkrywając przed nią swe szaleństwo. Tak, czuła jego nienawiść. Jego zazdrość. Niczym zahipnotyzowana uniosła się z kamiennej płyty, stopy same poniosły ją w stronę mężczyzny. Widząc to, rozpromienił się radośnie, a kiedy ujęła stylisko łopaty w kościste palce, posłusznie oddał jej narzędzie. Ale gdy wzięła zamach, uśmiech spełzł mu z ust. *** Wreszcie ujrzała marionetkowe sznurki. Czarne niczym otchłań wychodziły z wnętrz jej dłoni i wślizgiwały w ranę na czole grabarza. Mężczyzna wciąż żył. Wpatrywał się w nią, łzy swobodnie spływały mu po policzkach, broda drżała w bezsilności. Tak jak ona nie był w stanie się poruszyć. Tak jak ona należał już do lalkarza. Czarne pnącza gęstą siecią oplotły poczciwe oblicze, łapczywie wyciągając na wierzch najgorsze z ludzkich emocji. Grymas zazdrości. Nienawistne skrzywienie warg. Spojrzenie pełne gniewu. Aż wreszcie w mężczyźnie pozostał tylko żal za utraconym życiem. – Przepraszam – ułożyła usta w słowo, które tak bardzo chciała wypowiedzieć, podczas gdy sznurki lalkarza na powrót chowały się pod skórą. Potem zaczęła biec. Jej ciało na złudny moment znów słuchało się woli, nowa siła wypełniała członki. Na zewnątrz było całkiem widno, księżyc wyszedł słońcu na spotkanie. Mimo to potykała się o kamienie, o własne stopy grzęznące w spulchnionej ziemi, aż któregoś razu upadła na kolana. Bezdźwięczne łkanie wstrząsnęło jej piersią, gdy w duchu spytała Niebiosa, za co została tak okrutnie ukarana. Popatrzyła na swoje dłonie, na zarys poczerniałych żył i omiotła nekropolię spłoszonym spojrzeniem, wsłuchując się w zawodzenie wiatru. Na razie towarzyszyli jej tylko 15 martwi, ale czym prędzej podniosła się z ziemi. Musiała znaleźć jakieś okrycie. Po chwili już ściągała poszarpaną kapotę ze znalezionego nieboszczyka, a zmówiwszy krótką modlitwę za jego duszę, nałożyła płaszcz na siebie i naciągnęła głęboko kaptur. Skoro Bóg wciąż milczał, gdzie indziej musiała szukać odpowiedzi. Wraz ze zmierzchem opuściła cmentarz. Dopóki była pośród świeżych grobów i oczekujących na pochówek ciał, dopóty wszechobecny zapach śmierci wydawał jej się czymś naturalnym. Jednak im bardziej oddalała się od ulicy d Anjou, smród zepsucia zamiast zelżeć, gęstniał i przybierał na sile. Niesiony podmuchami wiatru, wymieszany z cuchnącą wonią szczurzych odchodów i wylewanych na trotuar ekskrementów, zduszony obecnością chylących się ku ziemi budynków i ciasnotą wijących się między nimi przejść, niczym wartka rzeka zalewał Paryż. A przecież w jej mglistych wspomnieniach stolica była piękna, pachniała świeżymi kwiatami i wytwornym jedzeniem, rozbrzmiewała muzyką fortepianu i perlistym śmiechem dzieci. Jednakże, klucząc wąskimi uliczkami, dostrzegała tylko ściągnięte głodem, brudne oblicza, słyszała dalekie odgłosy kłótni, chrapliwe rzężenie gruźliczego kaszlu i kwilenie niemowlęcia skrytego w objęciach żebrzącej kobiety. Widziała dziewczynę, która ledwie odrosła od ziemi, a już wystawiała swoje ciało na sprzedaż. Długo spoglądała na chłopca, który z rozpalonymi gorączką oczami bawił się pośród śmieci. Dopiero, gdy idąc, rozchlapała kałużę, zauważyła krople drobnego deszczu skapujące z nagle zachmurzonego nieba. Szybko wpadła w ślepy zaułek, spękany mur zastawił jej drogę, z czerwonych cegieł spoglądał struś o twarzy harpii. Nie miała wątpliwości, że karykatura przedstawiała ją, więc gdy odczytała wymalowane białą farbą napisy, zadrżała z obrzydzenia. Czy naprawdę zrobiła to własnemu synowi? Czy potwór, który żył w jej trzewiach, był owocem tego ohydnego grzechu? Nie, to niemożliwe. Uciekła stamtąd, nie oglądając się za siebie. Otoczył ją świat szarych smug, siekącego deszczu i chlupoczącego błota. Nie wiedziała, czy po policzkach spływają jej tylko krople wody, czy dołączyły do nich łzy. Nie, powtarzała w duchu. To niemożliwe. Nigdy bym tego nie zrobiła. W ślepym amoku dotarła na Plac Rewolucji – poza szumem ulewy słyszała teraz ciche łkanie i złośliwy śmiech wielogłosów. Zamarła na widok stojących pod szafotem ludzi, ledwie dostrzegając odcinające się na tle mroku bielą gołej skóry, szeroko rozłożone stopy, których podrygi wymuszały brutalne pchnięcia męskich lędźwi. – Kurewka arystokratów – wydarł się któryś z gapiów. 16 – Teraz ja! – krzyknął drugi. Mogła tylko patrzeć, jak kolejni mężczyźni wspinają się na szafot, by dać upust swoim żądzom. I nagle do jej myśli wsączyły się wspomnienia, przed którymi próbowała uciec jeszcze za życia. Pamięć pierwszego upokorzenia, które nie zostało zaplanowane z bezlitosną precyzją jak wszystkie inne, a zrodziło się ze zwierzęcej chuci i pierwotnego pragnienia dominacji. O tamtej nocy wiedzieli tylko ona i dwaj żandarmi. Pochyliła głowę, dłonie złożyła na brzuchu. Czekała. Niebo zdążyło się rozpogodzić, na granatowym firmamencie zalśniły srebrzyste punkciki gwiazd. A gdy wreszcie zbiorowisko nasyciło się cierpieniem zgwałconej dziewki, porzucając ją na mokrych deskach niczym znoszony płaszcz, podeszła bliżej i przyjrzała się udręczonemu ciału. Nagie piersi unosił płytki, urywany oddech, oczy w kształcie migdałów skrzyły się od nienawiści i bólu. Z czułością przyłożyła dłoń do wilgotnego policzka, a czarny bluszcz oplótł piegowatą twarz, przebił skórę i zatopił się w przesiąkniętym bezsilnym gniewem umyśle. Potem delikatne rysy stężały na moment, by w ostatniej sekundzie życia wygładzić się w wyrazie smutnej rezygnacji. Antonina przymknęła powieki ongiś drogiej jej sercu dziewczynie i wstając powoli, rozejrzała się po zalanym deszczem placu. Jeszcze wiele razy miała odwiedzić to miejsce, by skryta w tłumie obserwować egzekucje kolejnych bojowników o wolność. By odprowadzić wzrokiem Héberta i Robespierre’a i tak jak teraz złożyć dłoń na swoim pęczniejącym brzuchu, w duchu prosząc Niebiosa o przebaczenie dla jej ludu. Bowiem wiedziała już, że to nie Bóg jest ojcem żyjącej w niej istoty. Wiedziała, że nosi w łonie dziecko Wielkiej Rewolucji. Dziecko człowieka. 17 k u i s a n a P n a m o R . s y r DZIEŃ OPIEKUNA Tomasz Graczykowski Czwartego września rano do Azylu przywieziono kolejną dziewczynkę. Była to ładna blondynka o fiołkowych oczach, ubrana już, jak wszystkie podopieczne, w granatowy mundurek. Kiedy po raz pierwszy usiadła z innymi w stołówce przy śniadaniu, z jej niewinnej twarzy biła dezorientacja. Oraz zdziwienie, gdyż widok około pięćdziesięciu dzieci zebranych w jednym miejscu i siedzących w absolutnej ciszy był dla niej nienormalny. Dom Dziewczynki w Easting nazywano właśnie Azylem. Najpierw mówili tak o nim Opiekunowie, twierdząc, iż jest to bezpieczna przystań porzuconych i osieroconych dzieci, schronienie przed okrucieństwem świata zewnętrznego. Później także dziewczynki nauczyły się tak nazywać swój kolejny dom, jednakże myślały o nim w kategoriach różnych od tego, 18 co mówili Opiekunowie. One wiedziały, że jest to schronienie tylko dla nich, dla Opiekunów. Ich prawdziwy azyl. Nowa mieszkanka nie wiedziała niczego o Azylu. Była nieśmiała i zagubiona, lecz w jej fiołkowych oczach nie gościł lęk. Rozglądała się ciekawie wokoło, podczas gdy inne dzieci siedziały ze spuszczonym wzrokiem, wbijając go w swe dłonie i talerze. Nie odzywały się i nie rozglądały, siedziały tylko w ciszy, jakby nie były wcale małymi dziewczynkami. Nazywała się Alison. Ona jedna patrzyła na trójkę Opiekunów przechadzających się między stołami. Przyglądała się starej pannie Horefox i jej zaszytemu grubą, czarną nicią lewemu oku, spoglądała na pozbawioną palców prawą dłoń kulejącego pana Staxa, i zastanawiała się, cóż takiego mogło im się przytrafić. Pokrywających cały brzuch blizn pani Nemedy nie widziała, ale i ona wydała jej się okaleczona. Może takie wrażenie sprawiała jej ciągle wykrzywiona w gniewnym grymasie twarz i zimny wzrok. A może nie. Mimo tego, że Opiekunowie uśmiechali się do niej od czasu do czasu i patrzyli na nią z ciekawością, ona z jakiegoś powodu szybko przestała im się przyglądać i nie odwzajemniała już uśmiechów. Może zawstydzało ją ich widoczne kalectwo, może zaczynała wyczuwać ich dwoistą naturę. A może nie. Trafiła do Azylu w nieodpowiednim czasie, choć jeszcze o tym nie wiedziała. Niedługo, bo już pierwszego października, wypadał obchodzony tylko tutaj Dzień Opiekuna. Gdyby przybyła miesiąc później, miałaby niemal cały rok do następnego. A tak i ona musiała teraz w nim uczestniczyć. Czy tego chciała, czy nie ... *** Pierwszy dzień w Domu Dziewczynki minął jej szybko, choć większość czasu spędziła w przydzielonym pokoju całkiem sama. Po śniadaniu wraz z innymi dziewczynkami poszła na lekcje do dużej, wypełnionej stolikami sali. Stara panna Horefox mówiła przez całe cztery godziny, a żadne z dzieci nie pisnęło ani słowa. Wszystkie siedziały tylko i słuchały, bo i panna Horefox o nic nie pytała. Opowiadała i opowiadała, raz o jednym, raz o drugim, a z tego całego monologu Alison zapamiętała tylko historię o Mary i Opiekunie. Przed dwudziestu laty w Domu Dziewczynki była czwórka Opiekunów. Stara panna Horefox, pan Stax, pani Nemedy i pan Oliver. Przebywało tutaj wtedy kilkakrotnie więcej dziewczynek niż obecnie, jako że Azyl był bardzo dużym budynkiem. Obydwa jego trzypiętrowe skrzydła były zajęte i wykorzystywane, a teraz wszyscy mieszkańcy mieścili się w jednym, w którym i tak było jeszcze sporo pustego miejsca. 19 Pewnego pochmurnego, wrześniowego dnia 1880 roku jedna z dziewczynek zniknęła. Jej siostra, Mary, obudziła się, a łóżko Susie było puste. Po krótkim czasie Opiekunowie rozpoczęli poszukiwania, ale nie odnaleziono ośmioletniego dziecka. Mary była zrozpaczona. Płakała i płakała, aż po kilku tygodniach ból przyprawił ją o szaleństwo. Niesłusznie, opowiadała panna Horefox, obwiniła za zniknięcie siostry pana Olivera. Podczas kolacji, kiedy ten przechodził obok jej stolika, Mary nagle rzuciła się na niego i wbiła mu widelec w głowę. Później, wrzeszcząc, wybiegła ze stołówki i zniknęła, do dziś nie wiadomo gdzie. Od tamtego wieczoru nikt jej nie widział. Dziwną i straszną wydała się Alison ta historia. Nie rozumiała, dlaczego stara panna Horefox mówiła dziewczynkom o śmierci pana Olivera. Dorośli nigdy nie mówili o takich rzeczach w obecności dzieci, jednak zaraz się to wyjaśniło, bo Opiekunka dodała, że pan Oliver zginął pierwszego października i dlatego wtedy obchodzi się w Azylu Dzień Opiekuna. Jak?, chciała zapytać Alison. Jak się go obchodzi? Ale nie miała odwagi. Siedziała cicho jak inne dzieci, ciągle rozmyślając o śmierci pana Olivera oraz losie Susie i Mary. Mimo tego, że spędziła w Azylu dopiero pierwszy dzień, panująca w nim atmosfera tajemniczości i dziwaczność tego miejsca sprawiały, że jak inne dziewczynki stawała się wyciszona. Czuła już także niechęć do kalekich Opiekunów i spoglądała na nich nieufnie, choć jeszcze rano nie była do nich uprzedzona. Wydawali jej się krańcowo różni od ludzi, z którymi stykała się dotychczas. Biła od nich jakaś złowróżbna aura nienaturalności, co tylko utwierdzało Alison w przekonaniu, że jej nowy dom jest miejscem... innym. Była tutaj obca i tak też się czuła. Azyl był dziwny. Niesamowity. *** Dzieliła pokój z dwiema innymi dziewczynkami. Jego skąpy, ascetyczny wystrój robił ponure wrażenie. Nic nie wisiało na pożółkłych, pokrytych pajęczynami ścianach, stały w nim trzy łóżka, trzy małe szafki i jedna szafa. Był to jeden z tych dużych, dwudrzwiowych mebli koloru ciemnego brązu, w jakich wieszało się płaszcze i kurtki. Jedyne okno wychodziło na gęsty las, lecz szyby były tak brudne, że drzewa wyglądały, jakby wiecznie otulała je mgła. Nie wiedziała, jak nazywają się jej dwie towarzyszki. Był już wieczór, a do niej nikt nie wyrzekł jeszcze ani słowa. Ona także nikogo nie zagadnęła, przytłoczona panującą w Domu Dziewczynki atmosferą. Poza tym bała się reakcji dziewczynek, które by zaczepiła. 20 Były jej rówieśniczkami, ale wydawały się nie mniej dziwne niż trójka Opiekunów. Tyle że one nie wywoływały w niej lęku. Otworzyła małą walizkę i zaczęła wkładać swoje rzeczy do szafki przy łóżku. Nie miała ich dużo, więc wszystkie oprócz jej starego ubrania się zmieściły. Mundurek powiesiła w szafie obok dwóch innych, należących do dziewczynek przebywających z nią w pokoju. Mały zbiorek opowiadań różnych autorów położyła na szafce. Książeczka ta była jej najcenniejszym skarbem, jedyną rzeczą, do której była przywiązana. Czytała ją już dziesiątki razy, ale wiedziała, że zrobi to jeszcze niejednokrotnie. Zauważyła szybkie spojrzenia, którymi dwie leżące w łóżkach dziewczynki obrzuciły jej książkę. Wzbudziły jej niepokój, więc schowała ją do szuflady szafki. Zawsze przecież mogła wyciągnąć ją wtedy, kiedy będzie miała ochotę poczytać. Położyła się na łóżku i popatrzyła na swe towarzyszki, które wpatrywały się w sufit, leżąc pod kołdrami. Po chwili odwróciła wzrok, ale tylko po to, by zaraz znowu na nie spojrzeć. – Jak się nazywacie? – zapytała, lecz na próżno; tamte udały, że nie słyszą. Alison westchnęła, zdmuchnęła świecę i naciągnęła kołdrę pod brodę. Nie podobał jej się pierwszy dzień w Azylu. *** Nie mogła zasnąć. Dom Dziewczynki wydawał się żyć własnym życiem po zapadnięciu ciemności. Zewsząd dobiegały ją jakieś odgłosy. Rozlegały się ciche kroki za drzwiami, coś szurało i zgrzytało, skrzypiały deski podłogi. Leżała i leżała, wodząc wzrokiem w mroku i czekając, aż wreszcie zmorzy ją sen. Ciągle jej się wydawało, że ktoś przystaje pod drzwiami jej pokoju, nasłuchuje, odchodzi i wraca, by odejść i wrócić znowu. Nie chciała wychodzić z łóżka, by to sprawdzić, więc naciągnęła tylko kołdrę na głowę i czekała na nadejście poranka. *** Minęło kilka dni. Takich samych, nacechowanych dziwacznością dni. Alison nadal z nikim nie rozmawiała, gdyż dziewczynki, z którymi próbowała nawiązać kontakt, milczały jak zaklęte. Opiekunowie uśmiechali się do niej, ale ona wolała unikać rozmów z nimi. Bała się ich odmienności i spojrzeń, jakimi ją obrzucali. 21 Siódmy dzień jej pobytu w Azylu skończył się tak samo szybko jak poprzednie. Znowu znajdowała się w swym łóżku, jednak w przeciwieństwie do jej dwóch towarzyszek ciągle miała kłopoty z zasypianiem. W pokoju panowała ciemność, spod ściany dobiegały ją ciche oddechy śpiących dziewczynek. Alison słuchała trzeszczenia starego budynku, wpatrując się w mrok i rozmyślając, kiedy nagle w korytarzu rozległy się jakieś dźwięki. Zaintrygowana zaczęła nasłuchiwać uważniej i po chwili dotarł do niej odgłos cichych, zanikających kroków. Przez kilka następnych minut nie słyszała niczego, lecz później kroki powróciły. Coś stuknęło, mlasnęło i rozległ się wyraźny odgłos szurania. Coś szurało i szurało, raz i drugi plusnęła woda, a ciekawość Alison nasilała się coraz bardziej. W końcu cicho wstała z łóżka i boso, w samej koszuli nocnej, podeszła do drzwi pokoju. Jej drobne ciało przeniknął chłód i pokryła je gęsia skórka, a w trzewiach zagościł strach. Położyła dłoń na gałce drzwi i zaczęła wolno, bardzo wolno ją obracać, mówiąc sobie, że musi dowiedzieć się, co się dzieje w tym dziwnym miejscu. Walcząc z przemożną chęcią powrotu do łóżka, obróciła gałkę do końca i pociągnęła lekko drzwi do siebie. Uchyliła je na kilka centymetrów, potem jeszcze na kilka, a szuranie stało się wyraźniejsze i jeszcze bardziej intrygujące. Wystawiła ostrożnie głowę za drzwi i rozejrzała się. Na korytarzu paliły się dwie lampy, oświetlając go wystarczająco, by dziewczynka mogła ujrzeć odwróconego do niej plecami pana Staxa. Klęczał na podłodze w odległości dwóch metrów od niej, tuż pod drzwiami sąsiedniego pokoju, a obok niego stało blaszane wiadro z różową wodą. W lewej ręce Opiekun trzymał mokrą szmatę, którą wycierał podłogę korytarza, a przedramię prawej miał owinięte bandażem. Alison wychyliła się bardziej i zobaczyła pokrywające deski ciemne plamy i rozmazane smugi, które pan Stax usiłował zmyć. Skupiony na swej pracy, ciężko oddychając i sapiąc, nie dostrzegł jej obecności. Dziewczynka cofnęła głowę i wolno zamknęła drzwi, ostrożnie przekręcając gałkę. Udało jej się zrobić to bezszelestnie, czego dowodził nieprzerwany odgłos szurania. Wróciła do swego łóżka i nakryła się cała kołdrą, próbując uspokoić myśli kłębiące się w jej głowie. *** Wychodząc rano do łazienki, Alison spojrzała na podłogę, na której nie widniały już żadne ślady. Kiedy po kilku minutach wracała, miała ochotę zajrzeć do pokoju swych sąsiadek, lecz drzwi były zamknięte. Nocne zachowanie pana Staxa bardzo ją intrygowało, dlatego zatrzymała się przed drzwiami i przekręciła gałkę. Pchnęła je i weszła do środka, udając po chwili zmieszanie, rozglądając się i mówiąc, że się pomyliła. Puste spojrzenia 22 dwóch dziewczynek odprowadzały ją, kiedy ze spuszczonym wzrokiem opuszczała pokój. Dwóch, pomyślała, stojąc na korytarzu, a nie trzech, jak było jeszcze wczoraj. Co się z nią stało? Co przydarzyło się trzeciej, szatynce? Weszła do swego pokoju i zamknąwszy za sobą drzwi, zaczęła ścielić łóżko. Skonstatowała, że mimo wczesnej pory łóżko szatynki z pokoju obok było już równiutko pościelone. Ubrała przepisowy mundurek, rozczesała długie blond włosy, choć bez lustra nie mogła zrobić tego dokładnie, po czym udała się do stołówki na śniadanie. *** Ani w stołówce, ani na wykładzie starej panny Horefox nie widziała dziewczynki z sąsiedniego pokoju. Żaden z Opiekunów nie wspomniał też ani słowem o nocnych wydarzeniach, których była świadkiem, a tym bardziej o nieobecności szatynki. Jednak Alison była pewna, że przydarzyło jej się coś złego. Utwierdzał ją w tym przekonaniu widok białego bandaża na przedramieniu pana Staxa. Dziewczynkę ciekawiło, co stało się Opiekunowi, jak się zranił. Najbardziej prawdopodobnym wytłumaczeniem wydawało jej się to, że to szatynka właśnie zraniła go czymś, może nożyczkami, kiedy ten ją gdzieś zabierał. I znacznie bardziej obawiała się teraz trójki dziwacznych Opiekunów, gdyż nie wiedziała, czego może się po nich spodziewać. *** Minęło siedem dni od zniknięcia sąsiadki Alison, a każdego kolejnego ranka tych siedmiu minionych dni okazywało się, że brakuje następnej dziewczynki. Alison bała się zasypiać, nigdzie nie czuła się bezpieczna. Ciągle miała świadomość tego, że i ją Opiekunowie mogą gdzieś zabrać i nie wiadomo co z nią zrobić. Ich winę zdawało się potwierdzać to, że nie powiedzieli absolutnie niczego o ośmiu brakujących dziewczynkach. Udawali, że nie zauważają ich zniknięcia, że nie dzieje się nic niezwykłego. Zachowywali się, jakby wszystko było w porządku, a dziewczynki obwiniały ich o tajemnicze zniknięcia, więc nie miały nawet zwrócić się do kogo o pomoc. Zresztą Alison miała wrażenie, że tylko ją to obchodzi, gdyż pozostałe mieszkanki Azylu cechowała ciągle ta sama apatia. Nadal żadna z nich się do niej nie odezwała, nadal traktowały ją jak powietrze. Było jej z tego powodu bardzo smutno. Nie miała z kim porozmawiać, nie mogła podzielić się z nikim swoimi 23 troskami. Czuła się wyobcowana i odtrącona, a bardzo potrzebowała kontaktu z kimś, czyjejś bliskości. *** Po czterech kolejnych zniknięciach Alison doszła do wniosku, że w Azylu dzieje się coś, o czym nie wie tylko ona. Była przekonana, że dziewczynki potrafią wyjaśnić zniknięcia swych towarzyszek, że wiedzą, gdzie zabierają je straszni Opiekunowie. Nie wiedziała czemu, ale była także pewna, że te dziwne wydarzenia mają związek z nadchodzącym Dniem Opiekuna. Był dwudziesty drugi września, więc zostało do niego zaledwie osiem dni. Czuła przez skórę, że coś się wtedy wydarzy. Nie wiedziała tylko co. Otrząsnęła się z tych ponurych rozmyślań i rozejrzała się. Była w sali wykładowej, głos starej panny Horefox docierał do niej jak zza ściany, a miejsca dwunastu zaginionych dziewczynek były puste. Nikt ich nie zajmował, jakby wychowanki Azylu wyszły tylko na chwilę i miały zaraz wrócić. *** Zaginęło dwanaście dziewczynek. Ta myśl nie dawała Alison spokoju nawet teraz, kiedy dzień dobiegał końca, a ona kładła się do łóżka. Nikt o nich nie mówił, wszyscy udawali, że nie zauważają ich nieobecności. Ale ona nie potrafiła przestać o tym myśleć, nie mogła zrozumieć, dlaczego Opiekunowie gdzieś je zabrali i co z nimi zrobili. Wcześniej tego dnia, po kolejnym nużącym wykładzie starej panny Horefox, z którego znowu niczego właściwie nie pamiętała, próbowała porozmawiać z jedną z dziewczynek. Zadała drobnej, wylęknionej brunetce kilka pytań, ale ta tylko spuściła wzrok i mruknęła coś cicho pod nosem. Nie chciała lub bała się nawiązywania kontaktu, a Alison nie naciskała. Drobna brunetka i tak już była zamknięta w sobie, więc uporem mogłaby tylko pogorszyć sprawę. Jak zwykle nie mogła zasnąć. Leżąc w pogrążonym w ciemności pokoju i słuchając regularnych oddechów śpiących towarzyszek, zastanawiała się, czy i ją porwą Opiekunowie. Rozmyślała nad tym, czy zniknie jak dwanaście dziewczynek, czy będzie trzynastą lub jedną z kolejnych. Nie wiedziała. Nie wiedziała także, dlaczego Opiekunowie zabierali z łóżek niewinne dzieci i – co ważniejsze – co działo się z nimi już po zniknięciu. Bała się tej wiedzy, jednak 24 znacznie bardziej męczyła ją bezsilność. Czuła, że musi zrobić cokolwiek. Spróbować odnaleźć zaginione dzieci, dowiedzieć się, jaki los je spotkał. Bezradność i bierne oczekiwanie na to, co się jeszcze w Azylu wydarzy, były ponad jej siły. Wstała z łóżka, starając się zrobić to jak najciszej, by nie zbudzić śpiących towarzyszek. Zdziwiła się przy tym, że mogą spać tak spokojnie, kiedy inne dziewczynki znikają ze swych łóżek. Podeszła boso do drzwi, a chłód ogarnął całe jej drobne ciało. Była w samej koszuli nocnej, jednak nie chciała robić hałasu, wyciągając ubrania z szafki. Wydało jej się nagle, że cały stary budynek zamarł w oczekiwaniu, tak nienaturalna i głęboka nastąpiła cisza. Mnogość odgłosów, które słyszała każdej nocy, leżąc w łóżku, teraz gdzieś zanikła. Alison zamierzała wyjść z pokoju, a Dom Dziewczynki zdawał się na to czekać. Jej przyspieszony oddech brzmiał w uszach niczym szum wiatru, serce waliło tak bardzo, że jego dudnienie powinno zbudzić dwie śpiące towarzyszki. Przekręciła wolno gałkę drzwi i uchyliła je. Rozległo się ciche i krótkie skrzypienie zawiasów, a Alison pociągnęła drzwi mocniej i wyszła na ciemny korytarz. Paliła się tylko jedna lampa na jego końcu, przy schodach, niemal wcale nie rozpraszając nocnych ciemności. Alison nie wiedziała, gdzie ma iść. Ruszyła w kierunku schodów. Sądziła, że może ujrzy porywających kolejne dziecko Opiekunów. Może też zobaczy, dokąd je zabierają. Nawet takie przypadkowe działanie było dla niej lepsze niż bezczynność. Długi, tonący w mroku korytarz wydawał się być miejscem z innego świata. Szła w kierunku lampy, której światło podtrzymywało ją na duchu i dodawało odwagi. Dotarła do schodów i zatrzymała się niezdecydowana. Na dole znajdowała się stołówka i kilka pomieszczeń, w tym pokój pana Staxa, na górze zaś kilka pokoi zajmowały dziewczynki, pani Nemedy i stara panna Horefox. Postanowiła udać się na drugie piętro i zaczęła wchodzić po schodach. Z każdym kolejnym stopniem światła ubywało, a gdy znalazła się na półpiętrze, przed nią była już tylko ciemność. Przystanęła na chwilę, ale zaraz znowu podjęła przerwaną wędrówkę. Nie po to wychodziła z pokoju, by już teraz do niego wracać. Weszła na drugie piętro. Pusty korytarz rozświetlała słabo lampa wisząca w połowie jego długości. Wokoło panowała ciągle ta sama, nienaturalna dla nocnego oblicza Azylu cisza, która teraz wydała się Alison złowróżbna. Dziewczynka zaczęła iść przed siebie, stawiając bezgłośnie bose stopy na dywanie pokrywającym podłogę korytarza. Minęła pierwsze zamknięte drzwi, potem drugie, trzecie i czwarte... Pokonała korytarz i stanęła na jego zakręcie, wyglądając ostrożnie zza ściany. Kolejny odcinek był równie pusty i cichy, zadający kłam temu, co działo się w Domu Dziewczynki. 25 Wyszła zza rogu, zrobiła kilka kroków i usłyszała jakiś dźwięk. Stanęła jak wryta, zaskoczona przerwaniem całkowitej ciszy, ale już w następnej chwili opamiętała się i z duszą na ramieniu przylgnęła płasko plecami do drzwi jakiegoś pokoju. Spojrzała w bok i na drugim końcu korytarza zobaczyła wchodzącą po schodach panią Nemedy. Jej serce zaczęło walić jak oszalałe, struchlała ze strachu przed odkryciem. Wstrzymała oddech, zastygając niczym kamienna rzeźba, gdyż wiedziała, że jeśli zostanie zauważona, podzieli los kilkunastu zaginionych dzieci. Była tego pewna jak niczego innego. Opiekunka weszła po schodach i szła teraz korytarzem, z każdym kolejnym krokiem zbliżając się do stojącej pod drzwiami Alison. Na szczęście lampa oświetlająca ten odcinek korytarza wisiała przy schodach, obramowując teraz swym światłem sylwetkę pani Nemedy. Dziewczynka pozostawała w głębokiej ciemności, nie mogła być widoczna z drugiego końca korytarza. Ale Opiekunka ciągle się zbliżała. Alison nie mogła oderwać wzroku od konturów jej idącej postaci. Twarzy pani Nemedy nie widziała, okrywała ją czerń, gdyż lampa znajdowała się za jej plecami. W głowie Alison zalęgła się myśl o ucieczce. Równocześnie odczuła przymus, by oderwać się od drzwi i pobiec z powrotem, jak najdalej od Opiekunki. Wiedziała, że wtedy zdradzi swą obecność, ale już napięła się, podjęła decyzję. Ruszyła, lecz w pół kroku zastygła, ponieważ pani Nemedy otworzyła jakieś drzwi i zniknęła w nich. Po chwili na korytarz wypłynął prostokąt światła, a dziewczynka wypuściła z płuc wstrzymywane powietrze i na powrót przylgnęła plecami do powierzchni drzwi. Jej uszu dobiegł dźwięk lejącej się z kranu wody, a potem niewiele głośniejszy plusk. Pani Nemedy była w łazience, skonstatowała dziewczynka. Tylko dlaczego myła się w środku nocy? Ciekawość przezwyciężyła strach i Alison zaczęła wolno iść w stronę prostokąta światła. Wiedziała, że Opiekunka jej nie usłyszy, gdyż stawiała stopy bezszelestnie. Kiedy znalazła się w odległości dwóch kroków od drzwi łazienki, przylgnęła do ściany, a plusk wody stał się głośniejszy. Dziewczynka przesunęła się i wyjrzała ostrożnie zza ściany. Pani Nemedy stała bokiem do niej, myjąc nad umywalką twarz, z której skapywała... krew. Od podbródka Opiekunki do połowy czoła ciągnęła się długa i głęboka rana, wyglądająca jak kilkucentymetrowa, czerwona gruba linia. Brzegi rany były postrzępione, obficie broczące krwią. Pani Nemedy wpatrywała się w ranę, zaciskając z bólu wargi, przemywając ją i oglądając w lustrze. Myślami wydawała się być gdzieś daleko, spłukując krew mechanicznie, bez udziału woli. 26 Alison przyglądała się jej z szeroko otwartymi oczami. Dziewczynka po raz pierwszy widziała tyle cieknącej krwi, tak czerwonej i hipnotyzującej. Patrzyła, jak woda zmienia kolor na jasnoczerwony, jak kolejne strużki krwi ściekają po szyi i dłoni Opiekunki. Mogłaby tak patrzeć i patrzeć, gdyby w jej umyśle nie pojawiła się myśl, że tę okropną ranę musiała zadać dziewczynka, którą pani Nemedy porwała dzisiejszej nocy. Znowu opadł ją obezwładniający strach o siebie samą, zaczęła gwałtownie dygotać na całym ciele. Przez chwilę myślała, że straciła władzę nad własnymi członkami, lecz już moment później poczuła, że jej drobne ciało rwie się do instynktownej ucieczki. Odwróciła się i pobiegła w kierunku schodów. Pani Nemedy jej nie usłyszała. Po minucie odbierającego oddech biegu znalazła się przed drzwiami swojego pokoju. Były uchylone, nie zamknięte, ale ona nie zwróciła na to uwagi. Fakt, że coś jest nie tak, dotarł do niej dopiero wtedy, gdy jej bose stopy stanęły na czymś mokrym. Alison zatrzymała się strwożona i spojrzała w dół, ale w zalegających ciemnościach nie mogła niczego zobaczyć. Pomyślała o stojącej na szafce przy jej łóżku świecy i ruszyła ostrożnie w tamtym kierunku. Po kilku krokach wymacała drżącymi dłońmi świecę i zapałki. Kiedy zapalił się knot, odwróciła się z płonącą świecą w ręku. Tańczący płomień rozjaśnił nocne ciemności na tyle, że ujrzała przerażający wygląd pokoju. Cała podłoga, łóżko jednej z dziewczynek i meble poplamione były krwią, odbijającą światło świecy i błyszczącą złowieszczo. Co gorsza, brakowało jednej z dwóch współlokatorek Alison. Tej, której łóżko było zakrwawione. Druga dziewczynka siedziała na swoim łóżku, podciągając kołdrę pod brodę i patrząc na nią szeroko otwartymi oczami. Alison zemdlała. *** Leżała w łóżku, kiedy odzyskała przytomność. Nie wiedziała, kto ją w nim położył, czuła się też otępiała. Krew. Odwróciła głowę i spojrzała najpierw na łóżko współlokatorki, która zniknęła, potem zaś na podłogę. Łóżko było równo pościelone i czyste, a pokrywające podłogę plamy krwi ktoś usunął. Zmyto także czerwone ślady z mebli i ścian, nie pozostawiając żadnego dowodu makabrycznych nocnych wydarzeń. Jej współlokatorki nie było w pokoju. Może znajdowała się na zajęciach starej panny Horefox lub jadła właśnie posiłek. Alison nie wiedziała nawet, która jest godzina, ale panował dzień, gdyż za oknami było jasno. 27 Powróciła myślami
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Magazyn Histeria 2015/4 PDF
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: