Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00250 009845 7515204 na godz. na dobę w sumie
Magazyn Histeria 2015/5 PDF - ebook/pdf
Magazyn Histeria 2015/5 PDF - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Magazyn Histeria Język publikacji: polski
ISBN: 2015057777777 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> thriller, horror
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
Nowy magazyn internetowy dla fanów grozy. Naszą ideą jest promocja talentów pisarskich.
Znajdź podobne książki

Darmowy fragment publikacji:

WRZESIEŃ 2015/5 URODZINY MISTRZA dr Eliza Krzyńska-Nawrocka l p . a i r e t s i h n y z a g a m . w w w GOŚĆ SPECJALNY: ŁUKASZ RADECKI CZŁOWIEK TŁUMU E.A.POE ANOMALIA|JAK SŁODKO PACHNIE AKACJA KREW NA ŚNIEGU|NA GRANICY MIASTA OBRACHUNKI FATIMSKIE|OGRODNICZKA PLON|SĘDZIA DAGO|WĄPIERZ ZA WYJĄTKIEM BIAŁYCH KOŚCI WRZESIEŃ 2015/5GOŚĆ SPECJALNY:ŁUKASZ RADECKI CZŁOWIEK TŁUMUE.A.POEURODZINY MISTRZAdr Eliza Krzyńska-Nawrocka SPIS TREŚCI: Słowo od redakcji Wyznania Histeryka ANOMALIA JAK SŁODKO PACHNIE AKACJA KREW NA ŚNIEGU NA GRANICY MIASTA OBRACHUNKI FATIMSKIE OGRODNICZKA PLONSĘDZIA DAGO WĄPIERZ ZA WYJĄTKIEM BIAŁYCH KOŚCI CZŁOWIEK TŁUMU Urodziny Mistrza Karol Zdechlik Alicja Tempłowicz Lena Kozłowicz Piotr Borowiec Przemysław Karbowski Łukasz Radecki Dariusz Węgrzyniak Paweł Cieliczko Krystian Janik Artur Frysztacki Edgar Allan Poe Eliza Krzyńska-Nawrocka Redaktorzy naczelni: Błażej Jaworski, Maciej Zawadzki Projekt okładki i skład: Roman Panasiuk Ilustracje: Dawid Boldys, Paweł Chmielnicki, Stanislav Lament, Roman Panasiuk Korekta: Dagmara Adwentowska email: magazynhisteria@gmail.com 2 345101827455767 82100 111 127 136 Witajcie! Wspólnie z Wami doczekaliśmy numeru dziesiątego. Cieszy nas to tym bardziej, że wydanie przypada w dniu urodzin Stephena Kinga. Z tej okazji oprócz dziesięciu nowych Histerii mamy dla Was artykuł Elizy Krzyńskiej-Nawrockiej poświęcony Królowi Horroru. Oprócz tego, w ramach przypominania klasyki przeczytacie opowiadanie E.A. Poe – „Człowiek tłumu” w doskonałym przekładzie Bolesława Leśmiana. Pamiętacie jeszcze „Tuż obok piekła” Łukasza Radeckiego? Po roku autor powraca do nas jako gość specjalny z nowym opowiadaniem „Ogrodniczka”, które nie było wcześniej nigdzie publikowane. Czekają na Was również cztery opowiadania laureatów konkursu „Cztery pory grozy” poświęconego porom roku. Jak się okazuje, lato też może zmrozić krew w żyłach. W dziesiątej Histerii jest trochę weird fiction, trochę wampiryzmu i erotyzmu. Znalazło się również miejsce dla tekstu w cthulhowo-lovecraftowskim klimacie. Takich autorów jak: Przemysław Karbowski, Piotr Borowiec czy Paweł Cieliczko na pewno znacie z poprzednich numerów. A już na następnej stronie znajdziecie wywiad z Przemysławem Kyrczem, który po raz drugi został Histerykiem Miesiąca. Komu przypadnie następny tytuł? To już będzie Wasza decyzja. Ale najpierw zapoznajcie się ze wszystkimi opowiadaniami, wpadając z każdą kolejną stroną w histerię! Życzymy strasznej lektury, a my jak zwykle – wracamy do pracy nad kolejnym, tym razem listopadowym numerem! B. Jaworski i M. Zawadzki WYZNANIA HISTERYka Przemysław Kyrcz Od mojego ostatniego spotkania z czytelnikami Histerii nie zmieniło się wiele, a w zasadzie nic. Piszę, czytam, staram się być dobrym mężem i człowiekiem. Pracuję nad zbiorem opowiadań i kilkoma innymi projektami. W wolnych chwilach poświęcam czas rodzinie i mojej kotce. Pozdrawiam wszystkich czytelników! Głosami naszych czytelników zostałeś po raz drugi Histerykiem Miesiąca. Jakie to uczucie? Najpierw chciałem podziękować wszystkim za oddane głosy. Tym razem wynik głosowania otrzymałem od redakcji podczas urlopu w Polsce, więc ten tytuł kojarzy mi się jak najbardziej wakacyjnie i wywołuje uczucia związane z latem i relaksem. Chciałem w tym miejscu podziękować mojej żonie Justynie za to, że motywuje mnie do pisania. To ona po publikacji ,,Smakosza” dopingowała mnie jak nikt inny do dalszej pracy. Podziękowania należą się też moim pierwszym czytelnikom, Mateuszowi i Damianowi. To oni jako pierwsi czytają wszystko, co napiszę. Ich opinie są zawsze dla mnie bardzo cenne. „Wyobraźnia” czy „Smakosz”? Z którego opowiadania jesteś bardziej zadowolony i dlaczego? Podobno wszystkie swoje dzieci należy kochać jednakowo. ,,Smakosz” i ,,Wyobraźnia” to dwa zupełnie inne opowiadania. Opowieść o wyrafinowanym kucharzu powstała z mojej czystej ciekawości sprawdzenia, jak to jest w świecie gore. Od tamtego czasu się tam nie zapuszczałem, chociaż czułem się w nim komfortowo, i pewnie jeszcze nieraz się tam zapuszczę. Jeśli chodzi o ,,Wyobraźnię” to drzewo obwieszone maskotkami naprawdę istnieje. Rośnie przy deptaku na Weston Shore w Southampton. Zauważyłem je pewnego dnia podczas spaceru z moją żoną. Reszta przyszła sama, kilka dni później i jak zwykle... nie wiem skąd. Z którymi pisarzami chciałbyś znaleźć się w jednej antologii? Hmm… jeśli chodzi o polską scenę grozy, to na pewno Stefan Darda, Łukasz Orbitowski, Dawid Kain i Jakub Żulczyk. Bilety na ich ,,wycieczki” zawsze kupuję w ciemno, bo wiem, że podróż będzie pełna wrażeń. Jeśli chodzi o autorów anglojęzycznych, to oczywiście mistrz Stephen King, Graham Masterton, Edward Lee, Robert McCammon, John Everson i Jack Ketchum. Mam nadzieję, że kiedyś moje nazwisko zagości w spisie treści obok ich nazwisk. Pisanie jest dla mnie… Ucieczką do mojego świata, w którym czuję się bezpiecznie. Nie zawsze jest to świat przyjemny, ale znam go i wiem, co spotka mnie za zakrętem. Czasem codzienność jest największym z potworów, i myślę, że każdy ma takie swoje miejsce, gdzie może się przed nimi ukryć. Dla mnie jest to pisanie. Jest też czymś, bez czego nie mógłbym funkcjonować. Piszę, bo jest to coś, co lubię. Jest to coś mojego, co tworzę od początku tak, jak chcę. Gdzie można jeszcze przeczytać Twoją twórczość? Do tej pory ,,Histeria” była moją areną. Dała mi szansę zaprezentowania się szerszemu gronu. Jestem też aktualnie w kontakcie z magazynem ,,Szortal na wynos”, w którym ukaże się moje opowiadanie. O dacie premiery oczywiście powiadomię Szanownych Histeryków. Myślę, że do końca roku zakończę prace nad zbiorem opowiadań i zacznę poszukiwania wydawcy. Jeszcze raz dziękuję czytelnikom za głosy oddane na moje opowiadanie. Pozdrawiam! t n e m a L v a l s i n a t S . s y r ANOMALIA Karol Zdechlik Oczywiście zdawałem sobie sprawę ze stale i nieubłaganie narastającej siły Anomalii, ale zbagatelizowałem wszystkie niepokojące symptomy. Gdy drzwi do mojego mieszkania zniknęły z parteru, pozostawiając na swoim miejscu jednolitą, aczkolwiek nieco gąbczastą ścianę, stało się dla mnie jasne, że jest już za późno. Postanowiłem, zupełnie wbrew zdrowemu rozsądkowi, zostać w bloku do końca. Udało mi się zachować obojętność wobec dziwacznych zmian przemieniających już nie tyle mój blok, co całe miasto, a może i świat, według tylko sobie znanej logiki – lub jej braku. Zastanawiam się, jak udało mi się nie oszaleć w zetknięciu z manifestującymi się otwarcie przejawami narastającej Anomalii, skąd znalazłem w sobie na tyle wewnętrznej równowagi, by móc to wszystko przetrwać i odnotować, ogarnąć zimnym okiem, jakby postępujące we wrażliwej tkance rzeczywistości odkształcenia w ogóle mnie nie dotyczyły. Tymczasem byłem w ścisłym ich centrum. Nie znalazłem satysfakcjonującej odpowiedzi na to pytanie. Być może był to efekt 5 oddziaływania na mnie samej Anomalii. Być może chciała – o ile w jej przypadku można pozwolić sobie na tandetną antropomorfizację, próbę dopasowania czegoś wymykającego się możliwościom ludzkiego poznania do istniejących szufladek z pojęciami – by przetrwał ktoś, kto mógłby rzeczowo i obiektywnie opisać jej przebieg. Kto wie... Odnalazłem swoje mieszkanie na najwyższym piętrze. Jestem pewien, że tego piętra nie było wcześniej. Na chwilę obecną znajduje się tam tylko moje mieszkanie, drzwi otoczone gładkimi ścianami klatki schodowej, samotne na całej długości korytarza. Obawiałem się nieco, co za nimi zastanę, w jaki sposób Anomalia zniekształci moją ciasną kawalerkę. Jak się okazało, martwiłem się bezpodstawnie, gdyż poza jej umiejscowieniem w przestrzeni nic się nie zmieniło. Przez jakiś czas mieszkania w nowym-starym miejscu zakwitałem codziennie czarnymi kwiatami wypełzającymi z mojego ciała przez okrągłe jamy o brzegach otoczonych niebieskawymi włoskami. Z dnia na dzień zmieniały położenie, wędrowały po mnie, przenikały moją materię. Było mnie jakby mniej, gdy opadały na kurz i w pył gromadzący się w ogromnych ilościach w moim mieszkaniu, było mnie jakby więcej, gdy chwytałem je i chciwie wgryzałem się w mięso ich płatków, po czym rozsmarowywałem ciemną posokę po całym ciele. Cieniste postacie głaskały mnie po głowie, nieraz przyprowadzały ze sobą na smyczach z ludzkich jelit świniopsy i psoświnie. Najpierw nie wiedziałem, jak się odnieść do tych istot, potem doszedłem do wniosku, że mogą być przydatne. Rzucałem im bezkształtną breję czyichś zbutwiałych marzeń, rozmemłane, zbrylone lepsze jutra, które się nie urzeczywistnią. Było ich wszędzie pełno, wystarczyło umieć szukać. Wraz z postępami Anomalii widziałem więcej świata i wiedziałem więcej o świecie niż przedtem. Jakby pojawienie się w jego ramach czegoś absolutnie obcego spowodowało naprężenia rzeczywistości, której szwy zaczęły się rozchodzić. W międzyczasie blok rozrósł się, rozprzestrzenił na wielkie obszary, leżące gdzieś poza tym wszystkim, co codziennie widzimy wokół nas. Z zewnątrz wyglądał jak zawsze, dopiero w środku okazywało się, że pomiędzy moim ostatnim piętrem a piętrami dotychczasowymi pojawiło się kilka innych poziomów, z których dodatkowo wiodły korytarze do bloków równoległych, do spiralnych i kwadratowych klatek schodowych, kolejnych rzędów przejść i ciasnych korytarzy pełnych zamkniętych drzwi, prowadzących gdzieś w jeszcze odleglejszą przestrzeń skrytą w ciemności. Jak na złość wraz z postępami Anomalii przestało wschodzić słońce, przez co cały odkształcony blok zdany był na łaskę działających świateł. A te działały nie wszędzie lub świeciły blaskiem nieznanym wcześniej na Ziemi. 6 Spędziłem trochę czasu na samotnych wędrówkach po tym świecie skrytym w Anomalii, zapamiętałem stamtąd niestety tylko pojedyncze obrazy, jakby całość struktury, w którą się zagłębiłem, była zbyt przytłaczająca, by mój mózg zdołał ją wychwycić i zapamiętać. W wielu miejscach musiałem się czołgać, w innych krążyłem w strugach ulewnego deszczu padającego przez ogromne dziury w dachu. Nie miałem pojęcia, gdzie jest początek i koniec tego ogromnego, niesamowitego kompleksu, czy w ogóle w jego przypadku jest sens mówić o początku i końcu, czy też raczej trwał on po prostu wrzucony do naszego świata, urywek czegoś innego, większego, obcego, co dziwnym trafem zaczęło przesączać się w szarą rzeczywistość otaczającą nas na co dzień. Najbardziej pociągała mnie ciemność kryjąca się w najdalszych częściach Anomalii. Było w niej coś kuszącego i odstręczającego zarazem. Jakież wielkie tajemnice musiały skrywać się pod jej osłoną... W czasie długich wędrówek po splotach przejść i korytarzy (z których nieraz wracałem wcześniej niż o godzinie ich rozpoczęcia) trafiałem często do własnych wspomnień, pod łukowe sklepienia, w czerwony blask prześwitujący przez ogromne witraże, widziałem swoje odbicia w obsydianowych lustrach o ramach bogato zdobionych w symbole starsze niż ludzkość. Innym razem klatka schodowa doprowadziła mnie do ogromnej przestrzeni, którą pamiętałem tak dobrze. Jako mały dzieciak trącałem kijem martwą wiewiórkę w parku spowitym mgłą. Pies sąsiadki podszedł zaciekawiony do martwego stworzonka i odgryzł mu głowę. Obserwowałem, jak ją gryzie, po czym wypluwa mi pod nogi, zniesmaczony. Bezwiednie rysowałem spirale patykiem w mokrym żwirze ścieżki. Tym razem nie byłem tym chłopcem, lecz widziałem tę scenę z odległości. W jednym z korytarzy spotkałem moją babcię, nieżyjącą od lat. Niosła brytfannę pełną pachnących wakacjami na wsi babeczek z malinami. Nie zauważyła mnie, przeszła obojętnie, kryjąc się w mroku. Nie spotkałem jej więcej. Gdzieś tam, hen, głęboko, były też otwarte drzwi. W jednych z nich, w panującym półmroku – na tym piętrze nie świeciło się światło – widać było tylko urywek sylwetki dziewczynki siedzącej w letniej piżamie na wielkim, bujanym fotelu ustawionym w progu. Jej nogi były bardzo chude i tak blade, że aż sine. Góra jej ciała skryta była w ciemności, z której przebijał się tylko ogólny zarys, szczupły tułów, okrągła głowa i dwa warkoczyki. W innym mieszkaniu jakby nigdy nic trwała studencka impreza. Zza zamkniętych drzwi słychać było podniecone śmiechy pijanej dorastającej młodzieży. Dla kontrastu zza innych dobiegało wiele różnych odgłosów. Ciche szepty bez słów, głośne krzyki. Płacz. Uderzenia. Sapanie. Basowe pomruki. Nieokreślone piski, szumy, zgrzyty. 7 Dopóki odnajdowałem swoje mieszkanie i mogłem w nim prowadzić tyle z mojej codziennej egzystencji z czasów przed Anomalią, na ile mi Anomalia pozwalała, dopóty nie miałem większych problemów z przystosowaniem się do zmieniających się warunków. Byłem w tym momencie wdzięczny latom spędzonym w pracy w helpdesku, który do tej pory określałem żartobliwie mianem mojej małej anomalii. Jednak nastał w końcu ten dzień, kiedy nie mogłem już wrócić do swojego mieszkania. Podczas mojej nieobecności (swoją drogą, w pracy nikt nie widział kwiatów toczących moje ciało) drzwi wejściowe zamknęły się na stałe. Nie pozostał w nich nawet ślad po zamku czy klamce. To samo stało się z wszystkimi drzwiami do mieszkań w części trawionego Anomalią bloku, która pamiętała czasy sprzed jej wystąpienia . Zasmucony schodziłem po schodach otoczony wianuszkiem cieni, z których żaden nie należał do mnie. Chlupotało mi w butach. Zostawiałem za sobą rozbryzgi czarnej cieczy, odniosłem wrażenie, że spływa za mną po żelbetowych schodach, po żeliwnej barierce, że chce się ze mną ponownie zjednoczyć. Ktoś sapał mi uparcie do prawego ucha. Głosik może czteroletniej dziewczynki nucił mi pozbawioną słów melodię do lewego. Cieniste demony w wielkiej liczbie schylały przede mną głowy i ściskały mi dłoń. Pojawiały się nagle, stawały mi na drodze, rozlewały się na kształt wielkich, czarnych kleksów na odrapanych ścianach. Coś ciężko zsuwało się po schodach kilka pięter wyżej, klekocząc przy tym i uderzając czymś o każdy szczebel barierki. Zatrzymywało się wtedy, kiedy i ja się zatrzymywałem. Zanim wyszedłem z bloku, strona po stronie wydarłem w czasie wędrówki po schodach wszystkie zapisane strony w każdym z zeszytów, w których prowadziłem kronikę Anomalii. Z czasem przestałem notować słowa, gdyż nie były w stanie oddać kotłujących się myśli i tego, co działo się z rozpływającą się w szaleństwie rzeczywistością. Ze wszystkich swoich sił notowałem postępy obłędu. Przechodziłem obok śmierci i szaleństwa, obok zdychających wzniosłości i śmieszności. Miałem przeczucie, że od teraz nie było to już ważne. Strona po stronie oddałem kronikę prawowitym właścicielom, oddałem ją Anomalii. Wyszedłem przed blok i wziąłem głęboki oddech. Drzwi do klatki schodowej zniknęły, materia świata pękała, łuszczyła się jak farba, spadały z niebios cuchnące spalenizną anielskie pióra. Fasady mojego bloku oraz sąsiednich budynków, a także drzewa rosnące między nimi odkształcały się jak kulki zmiętego papieru, które ktoś próbował bezskutecznie rozprostować. Mój blok częściowo roztrzaskał się jak rozbita tafla szkła. W każdym z odłamków uwiecznione zostały fragmenty ich dawnej kompletności. Powietrze pachniało tak, jak wiele lat temu pachniała noc. Gdy jeszcze będąc 8 w szkole, włóczyłem się bez celu z paczką przyjaciół, młody i naiwny. Nie strzepywałem już z siebie czarnych kwiatów. Przestały się pokazywać. Przekwitłem. Gdy zdałem sobie z tego sprawę, zwinąłem się na chodniku w kłębek i zapłakałem. Straciłem coś pięknego. Coś się we mnie urwało. Cienie stanęły ciasno wokół mnie, nie wiedziałem, czy zlewają się w jedno, czy chwytają się za ręce, o ile je miały. Wibrujący w mojej głowie obcy głos wyjaśnił mi, że taka jest kolej rzeczy – najpierw zakwitłem, a potem wydałem owoc. 9 k u i s a n a P n a m o R . s y r JAK SŁODKO PACHNIE AKACJA Alicja Tempłowicz Kiedy ktoś wreszcie pootwierał okna, żeby wpuścić do mieszkania świeże, majowe powietrze, poruszone przeciągiem dreny zakołysały się lekko jak młode liście na drzewach. Zagrzechotały w nich cicho skrzepy krwi. Zapachniało akacją. Słodka, miodowa woń uderzyła bez ostrzeżenia w jego nozdrza, mieszając się z odorem gnijącego mięsa, fekaliów i butwiejącej wykładziny. Ugryzł się w język, żeby pobudzić ślinianki. 10 Widział coś takiego po raz pierwszy, a starał się – bardzo się starał – żeby nie dało się tego po nim poznać. Niewiele miało to jednak wspólnego z dumą starego wyjadacza. Po prostu – spokój szefa był teraz spokojem wszystkich. Gdyby stracił nad sobą kontrolę – i na przykład osunął się na… denatkę…? – puściłaby tama i nikt nie dokończyłby oględzin. Umarła, siedząc na dywanie, oparta o krzesło oplecione drenami. Dopiero potem, zanim stężenie pośmiertne zmieniło jej ciało w rzeźbę, osunęła się na bok. Zdążyła zamknąć oczy – pewnie zasypiała powoli, jak to przy wykrwawieniu. W pierwszej chwili wydawało się, że to po prostu bardzo dziwne i skomplikowane samobójstwo – drzwi do mieszkania były zamknięte, ani pokój, ani denatka nie nosili znamion szarpaniny. Zresztą założenie drenów, a potem dość długie czekanie, by uciekła przez nie cała krew, wymagało swego rodzaju… zaangażowania. Bierności. Zwłaszcza że kierunek ruchu płynów najwyraźniej przeczył grawitacji. *** Mówią, że wiosna to życie. Wiosną wszystko rozkwita i budzi się z zimowego snu śmierci. Mogłabym zabrać trochę tego życia dla ciebie, mój miły. Wykroiłabym je skalpelem, powoli, żeby nie uronić ani kropli, wypreparowała, pozwoliła mnożyć się na szkiełku, a potem wtłoczyła w twoje zapadłe żyły. (Wybacz, że nadal nie wiem, co poszło z nimi nie tak i dlaczego limfa nie chce płynąć.) Wtedy ocaliłabym twoje mięso przed gniciem. Myśli przed ucieczką w otchłań. Oczy przed ucieczką w tył głowy. Ciebie przed ucieczką przede mną. Czasem zastanawiam się, czy w ogóle jeszcze tam jesteś. Usłyszysz, kiedy zawołam cię wreszcie po imieniu? Byłam dzisiaj na zewnątrz. Przepraszam cię, czasem muszę wychodzić. Widziałam tę wiosnę. Jak pulsuje. Wychodzi pleśnią z zakamarków. Myślę, że to nie potrwa już długo. Jestem bliżej niż kiedykolwiek. Oboje jesteśmy. Założę ci kapcie, bo zmarzniesz, przecież mamy ledwie marzec. Tyle razy wkładałam ci do głowy, żebyś ich nie zdejmował. 11 *** Dopiero, kiedy przykucnął, żeby dokładniej przyjrzeć się twarzy martwej kobiety, zobaczył, jak wygląda jej druga połowa. To była głowa szmacianej lalki. Łysa, krzywo pozszywana, z guzikiem zamiast oka i namalowaną kreską w miejscu ust. Z bladą cerą łączyła ją niewprawna fastryga. Wtedy też dotarło do niego, że uschnięta gałąź leżąca pod ciałem została w jakiś sposób połączona z barkiem. Jak – tego przy obecnym układzie nie mógł ocenić. To wtedy zdusił pierwszy odruch wymiotny. Drobny szczegół – nieco zabrudzona biel w uchu i dziurce od nosa. Sięgnął do nich i ostrożnie wyjął maleńkie ruloniki papieru. Po kilka z każdego otworu. Tknięty przeczuciem, rozchylił martwe wargi. Trafił. Zwitki spod języka były jednak zupełnie rozmiękczone. – Ludwika Weiss, doktor biochemii – recytował obojętny głos nad jego uchem, gdy rozprostowywał papier. – Lat pięćdziesiąt trzy, samotna, bez nałogów, nic nie wiadomo o przewlekłych chorobach. O wrogach też nie za bardzo. Ogólnie lubiany wykładowca i uznany specjalista. Od czterech miesięcy na urlopie naukowym… *** No i stało się, mój miły. Obcięli mi dotacje. Twierdzą, że to dlatego, że program nie przynosi efektów, ale ja myślę, że to coś innego. Wiesz, co o mnie mówią? Że postradałam zmysły. Że ciebie wcale nie ma. Ale przecież jesteś, prawda? Śmieją się, że zachowuję się jak Geppetto i Pigmalion w jednej osobie, ale ty nie jesteś ani kukiełką, ani rzeźbą. Jesteś prawdziwy. Muszę ci to tylko odpowiednio wytłumaczyć. To też muszę ci włożyć do głowy. Chcieli cię obejrzeć, ale zaprotestowałam. Nie jesteś gotowy. Jak mogłabym pokazać im ciebie takiego? Z tymi zapadniętymi żyłami i nieruchomym sercem? Jakie ty masz suche dłonie… Nie bolą cię? Mnie by na pewno bolały. Tak pękają… 12 *** – …skromna, cicha, nie wchodziła nikomu w drogę – wymieniał profesor Rawski drżącym nie tylko ze starości głosem. Wzrok miał szklany, utkwiony w ścianie. – Trochę smutna, ale zawsze uważaliśmy, że taki jej urok. Nigdy bym nie podejrzewał… Nigdy bym… Trudno się prowadziło takie przesłuchania. Bez słowa komentarza podsunął świadkowi pudełko chusteczek. – Dziękuję… – Łączyła ją z kimś bliższa więź? Wiemy, że była samotna, że nie ma rodzeństwa ani żyjących krewnych w okolicy. Ale jacyś bliżsi znajomi? – Nie. – Rawski zdecydowanie pokręcił głową. – Ona zawsze była taka… trochę niedostępna. Jak tak myślę, to to by do niej nawet nie pasowało, wie pan. – Wiem – odpowiedział machinalnie, myśląc o swoim pustym mieszkaniu. Słuchał kolejnych zeznań, przeglądając bezmyślnie zdjęcia z miejsca zbrodni. Jakby liczył na to, że coś mu jednak umknęło. Że teraz, po czasie, znajdzie na fotografiach szczegół pozwalający rozwikłać zagadkę. Nic z tego. Znał już te widoki na pamięć – dziwna kukła z ludzkiego ciała, szmat i gałęzi śniła mu się po nocach i nawiedzała w wizjach na jawie, gdy tylko zamykał oczy. Czekała wyryta po wewnętrznej stronie powiek. Ciemny, duszny pokój także nie krył żadnych tajemnic. Nawet oplecione drenami jak bluszczem krzesło. Kolejne zeznania przyjmował już obojętnie – tu także nie pojawiało się nic nowego. Jedni darzyli doktor Weiss nieco pobłażliwą sympatią, inni uważali za dziwną i irytującą, ale niezależnie od emocjonalnego nacechowania stwierdzeń, ich treść mniej więcej się pokrywała. Cicha. Stojąca z boku. Skryta. I bardzo, bardzo samotna. To nie było coś, co mogliby zrozumieć – prawdziwa samotność. Widzieli w tym wybór albo nieporadność, ewentualnie splot niefortunnych okoliczności. A tymczasem to było fatum. Próbował to kiedyś tłumaczyć jednemu ze znajomych, kiedy zepsuły się podlane szotami hamulce. 13 – Idzie wiosna – usłyszał w odpowiedzi. – Wiosną wszystko się zmienia. Zwierzątka, wiesz, łączą się w pary. – Tu nastąpiło porozumiewawcze mrugnięcie, które ścisnęło wszystkie jego wnętrzności wielką, spoconą ordynarnie pięścią. Ach, oczywiście zostały jeszcze liściki z ucha i nosa. „Oddychaj.” „Żyj.” „Nie zdejmuj kapci.” *** Otworzę na chwilę okno, dobrze? Tylko na chwilę, wiem, że nie lubisz przeciągów. Może wpadnie przez nie trochę wiosny. Czujesz? Pleśń pachnie. I trawa. Zaczęła już wschodzić. Czasem mam wrażenie, że jestem taka samotna. Taka niechciana. Wszyscy są daleko. Odpycham ich, chociaż tego nie chcę. Wiesz, ja lubię ludzi. A oni chyba lubią mnie. Ale nikt nigdy nie podchodzi blisko. Siadam na krześle, patrzę na ciebie i czekam. Aż dasz mi jakiś znak. Tylko ty potrafisz mnie jeszcze kochać. Wiem o tym, że mnie kochasz. Wiem, że gdybyś miał serce, biłoby dla mnie. Całe życie czekałam na kogoś takiego. Z tego też się śmiali. Kiedy byłam młoda, mówili, że zachowuję się jak królewna, a lepiej zrobiłabym, gdybym brała, co dają. Nie rozumieli. To ja miałam rację. W końcu jesteś. Kocham cię. *** Nie krzyknął. Wystraszył się za bardzo, żeby krzyknąć. Maszynka do golenia wypadła mu z dłoni i uderzyła o umywalkę. To – ten zimny, głuchy dźwięk – wystarczyło, by wróciła rzeczywistość. Podniósł dłoń, żeby dotknąć policzka. Był ciepły i miękki. Wciąż pokryty zarostem i pianką. Spojrzał więc w lustro ponownie. 14 Materiał zniknął. Zniknęło oko z guzika i namalowane usta – znów miał całą twarz. Widział, jak ta twarz staje się czerwona, jak zaczynają drżeć wargi. Oparł się dłońmi o krawędź umywalki i, wciąż patrząc sobie prosto w oczy, wybuchnął płaczem. Sam nie wiedział – z przerażenia czy ulgi. A potem po prostu dopadł muszli klozetowej i gwałtownie zwymiotował. W łazience jednak wcale nie cuchnęło – rozchodził się po niej słodki zapach akacji. *** Mam! Chyba wymyśliłam! Teraz to już naprawdę nie potrwa długo. I nie potrzebuję tych durnych dotacji! Dam ci swoje życie. *** Zdjęcie za zdjęciem. Mieszkanie, kostnica, znowu mieszkanie. Papier zaczynał czernieć na brzegach od tłuszczu, potu i kurzu. Może lepsze byłyby cyfrowe kopie, ale tych nie dało się trzymać pod poduszką, za solniczką i na pralce. Nie golił się od kilku dni, bo bał się na dłużej wejść do łazienki, gdzie czekało na niego lustro. Nie dotykał też swojej twarzy. Zrobił to raz, odruchowo, leżąc w łóżku i próbując zasnąć. To wystarczyło. Wydawało mu się wówczas, że poczuł szorstki materiał i grubą nić. Zerwał się, otworzył gwałtownie ludzkie oko i zobaczył, że prawe ramię aż do nadgarstka oplecione jest wężowymi ciałami drenów. Wrzeszczał. Wrzeszczał tak głośno i długo, jak jeszcze nigdy, szarpiąc je nieporadną bardziej niż kiedykolwiek lewą dłonią, aż trysnęła jasna, tętnicza krew. Ale one wciąż się ciągnęły. Nie mógł znaleźć ich końca. Z każdym ruchem stawały się dłuższe, a od uczucia i wiedzy, że ocierają się o wewnętrzne strony żył, dostał spazmów. Drżał na całym ciele i bardziej wypełzł, niż wyszedł z cuchnącej świeżym moczem pościeli. Dopadł ściany, wspiął się po komodzie i zapalił światło. Resztę nocy spędził w fotelu, wpatrując się nieruchomo w przeciwległą ścianę. 15 Przyszło mu nawet do głowy, żeby do kogoś zadzwonić, ale lista kontaktów osobistych od wielu lat przecież pozostawała pusta. Miałby się zwierzać podwładnym? Albo – jeszcze gorzej – przełożonym? Pomyślał też, że dobrze będzie wyjść między ludzi, poprzebywać w tłumie, nawet jeśli zwykle tego nie lubił. Co jednak, gdyby to stało się ponownie? Tam? Na zewnątrz? *** Nie jestem pewna, czy tak to powinno wyglądać. Ale się nie boję. Patrzę, jak plątanina drenów powoli wypełnia się czerwienią. Moja krew płynie do twoich zapadniętych żył. Moje życie do spękanej skorupy twojego ciała. Spadnie na ciebie jak deszcz na spaloną słońcem pustynię. Teraz już naprawdę będziemy jednym. Nie mogłam oddać ci nic więcej. Więc proszę, chociaż spójrz na mnie. Twoje gałki oczne poruszają się powoli, niewprawnie. Spokojnie, nauczysz się. Och, nie dałam ci powiek, wiem, chciałam mieć pewność, że będę wiedzieć, kiedy na mnie popatrzysz. Poradzisz sobie bez nich. Nie masz też palców u dłoni. Nie będą ci potrzebne, przecież się tobą zaopiekuję. Jestem okrutna? Nie! Spójrz na nich! Na tych, którzy nie chcieli, żebyś żył! To oni są okrutni! Ja cię kocham, nie pamiętasz? Krew przepływa między nami powoli. Jasna, tętnicza i żywa. Nasza. Zasmakuje ci. Jest pełna życia i miłości. Och, jesteś doskonały… Doskonalszy z każdą kroplą. Czujesz to? Czujesz, mój miły? *** Pachniało miodową akacją. Zdjęcie. Zdjęcie. Zdjęcie. Wszystkie znane na pamięć. Nie. To jedno nie. Na nim gałąź-ramię kwitła niewinną, czystą bielą akacji. 16 Na nim oko było otwarte. I patrzyło wprost na niego. *** Nikt z nas nie musi być samotny. Jest wiosna. 17 k u i s a n a P n a m o R . s y r KREW NA ŚNIEGU Lena Kozłowicz Krew na śniegu. Czyja? Jej? Ich? A może wszystkich razem? Krew na śniegu połyskująca lśniącą czernią w blasku chudego księżyca. Zupełnie jak ich oczy. Martwe oczy ojca i… JEJ. Ale te drugie nie były martwe, o nie! Wciąż patrzyły na nią w ten sam zimny sposób – bez serca, bez duszy. Nawet gdy już rozłupała jej czaszkę siekierą, oczy nadal na nią patrzyły, nie chciały zgasnąć. 18 Krew na śniegu. Krew na ścianie, na podłodze i na suficie. Krew spływająca po schodach i boazerii. Krew kapiąca z lampy, wpływająca do kominka i gasząca buzujący ogień. Wszędzie krew – posoka różowa i świeża, szlachetnie rubinowa lub czarna jak noc. Krew, krew, krew. Uciekająca dziewczyna uniosła ręce i przyjrzała się im bezmyślnie w bladym świetle mroźnej zimowej nocy. Śnieg skrzył się niczym klejnoty i kusił jak miękka puchowa pierzyna, ale, niestety, nie ułatwiał biegu. Kleił się do cienkiej nocnej koszuli, wciągał bose stopy jak ruchome piaski. Wściekłe głosy za jej plecami narastały, pościg trwał i deptał jej po piętach. Światła błyskały wśród drzew, całkiem blisko rozległ się dziwny syk. Ktoś musiał upuścić pochodnię w mokry śnieg. Nie miała już dokąd uciekać. Mimo to po raz kolejny zerwała się do biegu. Zostawiała za sobą głębokie ślady w śniegu oraz ten jeden, najważniejszy. Krew. Krew na śniegu. *** Kiedy umarła matka, specjalnie nie rozpaczał. Trochę udawał przed ludźmi z wioski, bo tak wypadało, ale naprawdę wcale się nie przejął. Kasia uważnie go obserwowała. Jej życie w jednej chwili się skończyło, a on nawet nie zapłakał. Pewnie miał dość żony – jej smutnych oczu i ciągłego wymiotowania krwią. Nawet głupia kucharka plotkowała, że nie miał z niej pożytku, tylko wiecznie zapaskudzoną pościel. Kasia słyszała każde słowo i nienawidziła ich wszystkich. Mama była taka delikatna. Jak motyl albo przebiśnieg. Jak anioł. Wrażliwa, przezroczysta, niemal nierealna. Tuliła Kasię i obiecywała, że wszystko będzie dobrze, a potem długo kaszlała, aż na białej chustce pojawiały się czerwone kropelki. Krew. Krew na śniegu. Wtedy ojciec musiał siłą odciągać Kasię od półżywej matki i wyrzucać na korytarz. Płakała, histeryzowała i kopała w drzwi. Widziała, że nie ma zbyt wiele czasu, że musi wykorzystać każdą chwilę. A potem dostawała lanie. Jednak czerwone pręgi na twarzy i pośladkach nic nie znaczyły. Nie były tak przerażające jak kolejne czerwone prześcieradła. Im bardziej czerwone, tym bledsza stawała się mama, jakby pościel wysysała z niej kolory. Umarła. W lodowaty styczniowy poranek zgasła jak słońce, które na tyle miesięcy opuściło ten ponury padół. Ziemia była tak zmarznięta, że nie dało się wykopać grobu, więc leżała nadal 19 w swoim pokoju, przykryta białym prześcieradłem. Kasia zakradała się tam każdego dnia, tkwiła na straży w przejmująco zimnej sypialni, w której pootwierano wszystkie okna, i patrzyła, jak ciało matki zapada się w sobie. Tuliła się do lodowatej ręki, która powoli zaczynała dziwnie pachnieć. Tkwiła na posterunku, dopóki ojciec się nie zorientował i znowu jej stamtąd nie wyrzucił. W końcu zamknął ją w jej pokoju do czasu pogrzebu. Nawet nie zabrali jej na cmentarz. Kasia kaszlała i miała gorączkę. Krzyczała i błagała, aby wzięli ją ze sobą. Chciała się pożegnać. – Wariatka! – orzekł ojciec i przekręcił klucz w zamku. Kasia drapała drzwi paznokciami i tłukła w nie pięściami aż do krwi. Jej drobne rączki, bardziej przypominające dłonie dziecka niż dorastającej panienki, zostawiały krwawe ślady na białej farbie. Krew na śniegu. Nie minęły chyba nawet dwa miesiące od śmierci matki, gdy ją przywiózł. Taki był dumny, taki wesoły. Nowa żona: młoda, ładna, zdrowa. Płodna. Nie kolejny żywy trup rodzący wybrakowane córki. Nie powiedział, gdzie ją znalazł, ale na pewno nie pochodziła z okolicy, każdy by ją zapamiętał. Była piękna, ale w ten chłodny, groźny sposób. Pewnego dnia wyjechał w interesach i po prostu wrócił z nią do domu. Kasia obserwowała ją wielkimi, podkrążonymi oczami i drżała ze strachu. Ta twarz! Te ślepia! Nieludzkie, puste, nieruchome i dzikie. Czy nikt tego nie widział? Nikt nie zauważył, CO ojciec przywiózł do domu? Potwór. Jeszcze nie wiedziała dlaczego, ale zwyczajnie czuła, że nowa żona ojca jest zła. Nie pachniała jak człowiek ani tak nie wyglądała. Jej usta przypominały wielką, pękniętą ranę na bladej twarzy. Kasia podejrzewała, że gdyby w pełni się otworzyły, mogłyby ją wchłonąć w całości. Były czerwone jak krew na śniegu. Krew na śniegu. To od początku właśnie tak musiało się skończyć. Nie było innego wyjścia. Ludzie przychodzili, aby ją powitać. Gratulowali ojcu wyboru. Mówili, jaka jest piękna. Czy niczego nie widzieli? Wszyscy znaleźli się pod jej urokiem. Twierdzili, że ojciec wreszcie znalazł właściwą żonę, a nie… Nie taką jak pierwsza. Na Kasię tak nie patrzyli. Omiatali ją zaledwie wzrokiem i krzywili się z niesmakiem. – Nic z niej nie będzie – szeptali, gdy wydawało im się, że nie słyszy. – Taka sama jak matka. 20 Traktowali ją, jakby nie była w pełni sprawna umysłowo. Zbyt głupia, aby zrozumieć, co mają na myśli. Mama mówiła, że pójdzie do szkół, teraz nawet nie było o tym mowy. Po co? Na co? Dla nich to się nie liczyło. Ojciec miał wiele ziemi i był dobrym gospodarzem. Zapewniał pracę okolicznym mieszkańcom i lubił z nimi wypić, dlatego ludzie darzyli go sympatią. Cieszył się szacunkiem i popularnością. Ostrzegali go, że nie powinien brać za żonę wydelikaconej panienki z miasta, ale on się uparł i przywiózł matkę na ten paskudny koniec świata. Imponowało mu, że jest taka śliczna i wykształcona. Delikatna. Miała szczupłe i białe jak śnieg dłonie, którymi nie mogła się pochwalić żadna z okolicznych dziewuch. Wcześniej tylko haftowała serwetki, kaligrafowała i grała na fortepianie. Mąż zagnał ją do roboty i zorał na śmierć. Nie była przystosowana do ciężkiej pracy, nie przetrwała. Kasia była drugim dzieckiem i jedynym, które przeżyło. Pierwsze mama straciła… Tak jak trzecie, czwarte i piąte. Mimo to ojciec się nie poddawał. Chciał mieć syna, który odziedziczy ziemię i zamierzał go z niej wycisnąć. Jednak kolejni bracia i siostry Kasi raz za razem przemieniali się w zakrwawione prześcieradła. W sumie było ich siedmioro. Wypadali z matki jak dojrzałe wiśnie… Albo jak krople krwi padające na świeży biały śnieg, a mama bladła, gasła i powoli znikała. Wreszcie sprowadzony z miasteczka lekarz położył temu kres. – Prędzej życie z niej wyciśniesz niż dziecko! – krzyczał na ojca. A potem było jeszcze gorzej. Na wiosnę mama zaczęła kaszleć, na jesieni pluć krwią i umarła. Zjawiła się ona. Macocha. Tej nie kazał pracować. Siedziała w salonie i tylko na nich wszystkich patrzyła. I zawsze wyglądała na głodną… Tkwiła nieruchomo godzinami, skupiona, czujna jak polujący drapieżnik. Kasia nigdy nie słyszała jej głosu. Pewnie jej gardło nie było przystosowane do ludzkich dźwięków. Tylko te czarne ślepia poruszały się w bladej twarzy. Śledziły każdy ruch Kasi i czekały na właściwy moment. Potwór. Zmora. Koszmarny stwór, którego ojciec znalazł gdzieś w lesie i dał się omotać. Przywlekła się za nim jak upiór i tylko czyhała na okazję, aby wyssać z nich życie. Kasia to wiedziała. Kasia to rozumiała. Odkąd macocha pojawiła się w domu, czuła się coraz gorzej. Nie przespała spokojnie ani jednej nocy, miała wrażenie, że czarne oczy patrzą na nią przez ściany, wykwitają na suficie jak mroczne kwiaty i zerkają na nią. Czasami całymi dniami nie mogła podnieść się z łóżka, jakby przygniatał jej piersi jakiś olbrzymi ciężar. Była rozpalona, świat rozmywał jej się przed oczami w dziwnej mgle. Kaszlała coraz mocniej. Bolało ją serce. Brakowało tchu. Nie miała siły. 21 Potwór nie próżnował. Zajmował całą przestrzeń. Wielkimi nozdrzami wciągał cały tlen, tak że ani trochę nie zostawało dla Kasi. Nie było dla niej świeżego powietrza ani miejsca w domu. Macocha rozpychała się w nim i nadymała jak wielka ropucha. Najpierw Kasia straciła pokój, w którym się wychowała. Ojciec kazał ją przenieść na strych, a tam planował umieścić nowe dzieci, na których pojawienie się tak bardzo liczył. Silnych i w pełni sprawnych chłopców, a nie… Nie takie Kasie. Ale nawet upokarzająca przeprowadzka była tylko tymczasowym rozwiązaniem. – Dziewczyna dorasta – powiedziała pewnego dnia kucharka. – Wkrótce skończy czternaście lat. Trzeba ją wydać za mąż, wtedy te histerie na pewno się skończą. Ojciec kiwał głową. Wydawał się przekonany do tego pomysłu. Podsłuchująca pod drzwiami kuchni Kasia zaczęła rozpaczliwie krzyczeć: „nie, nie, NIE!”. Wiedziała, co oznacza małżeństwo. Krwawe ślady na prześcieradłach, krew na podłodze, bezkształtną krwawą miazgę, którą akuszerka wyciągała z jej matki, a potem w białej misce wynosiła do ogrodu i zakopywała pod płotem. Nie, nie, nie! Ojciec tłukł ją, dopóki się nie uspokoiła, a macocha przyszła popatrzeć. Krwawe usta wyginały się w głodnym uśmiechu, czarne oczy paliły skórę Kasi bardziej niż kolejne razy skórzanym paskiem. – A nie mówiłam? – dorzucała swoje kucharka. – To taki wiek. Mąż ją wyleczy z kaprysów. Nieużywane dziewki głupieją, z mózgiem im się coś dzieje. A ojciec tylko potakiwał. Nie kazał jej się zamknąć. Pewnie myślał podobnie. – Toż to dziecko jest chore! – Nieoczekiwanie wstawiła się za nią dziewczyna, która pomagała w gospodarstwie. – Z niej nic nie będzie. Nie wyżyje! Też dostała pasem. Sprawiedliwie. Ale Kasia była silna. Nie zamierzała dać się zamęczyć. O nie! Miała cel, dla którego chciała żyć jak najdłużej. Macocha. Potwór. Zemsta. Nadciągnęła ciężka zima. Najstraszniejsza w całym stuleciu, mroźna i brutalna. Jakby całe ciepło zniknęło ze świata i miało już więcej nie powrócić. Zima lodowata i bezlitosna jak macocha, która teraz wydawała się rozkwitać niby prawdziwa królowa lodu. Śnieg sypał całymi dniami, a mróz malował piękne obrazy na jedynej, niewielkiej szybie w wyziębionej 22 sypialni Kasi na strychu. Teraz nigdy nie opuszczała pokoju. Trzęsła się jak w febrze, gorączka niemal nie ustępowała. Nie mogła uwierzyć, że minął już prawie rok, odkąd… Inni również wyglądali źle. Pochylali się nad jej łóżkiem szarzy i rozmazani – jakby nie byli już ludźmi, ale cieniami dawnych siebie. Coś do niej mówili, ale nie zawsze rozumiała co. Obrazy i dźwięki nie pasowały do siebie. Kasia była zmęczona, tak strasznie, potwornie zmęczona. – Ona nie jest człowiekiem – szeptała uparcie do dziewczyny, która pomagała w gospodarstwie i jako jedyna wydawała się ją choć trochę lubić. Przynosiła jej jedzenie, gdy już wszyscy stracili nią zainteresowanie. – Nie pachnie właściwie. Rzeczywiście, macocha pachniała ziemią i zbutwiałymi liśćmi – jak coś, co zbyt długo leżało w lesie i zdążyło tam zgnić. – Ona potrzebuje lekarza, jest bardzo chora – mówiła błagalnie litościwa dziewczyna do ojca Kasi. – Majaczy. – Kaprysy! – prychał tylko. – Zupełnie jak matka. Kasia nie mogła znieść pogardy w jego głosie. „Matka” była dla niego teraz najgorszym wyzwiskiem, jej dom przejęła macocha. Kasia nie widywała już potwora, ale wciąż na nowo wyobrażała sobie, jak na jego usta wypływa ten zimny uśmieszek. Oddałaby wszystko, aby móc go zetrzeć. Macocha zamęczyła mamę, aby zająć jej miejsce, a teraz dzień po dniu zabijała Kasię, jedyną osobę, która wiedziała. Pewnego dnia zakradła się do ich sypialni i widziała wszystko przez szparę w drzwiach. Zmora siedziała na ojcu i całym swoim ciężarem przygniatała go do łóżka. Dyszała, jęczała i unosiła się nad nim raz za razem, by raz za razem spadać na niego, wgniatając coraz głębiej w pościel, jakby chciała wydusić z niego życie. Oplatała go rękami i nogami. Brała w posiadanie, zgniatała w mackach, a on pozwalał jej na to, kompletnie bezwolny. W pewnej chwili macocha uniosła oczy i napotkała spojrzenie Kasi. Uśmiechnęła się tryumfalnie krwawymi ustami. To koniec. Chciała zabić ich wszystkich! Kasia odskoczyła od drzwi oszołomiona i przerażona. Oczy zaszły jej mgłą, płuca paliły żywym ogniem. Padła na kolana, kaszląc straszliwie. Coś szarpało jej wnętrzności, coś zżerało ją od środka. Aż wreszcie stało się to, co nieuniknione. Krew. Polała się przez jej dłonie na biały mankiet koszuli. Krew na śniegu. Jej krew. Ich krew. Moja krew. Ale nie tym razem. 23 Kasia z trudem uniosła się z podłogi i powoli zeszła na dół. Musiała przytrzymywać się ściany, zostawiając na niej czerwone ślady. Drżała z zimna w cienkiej nocnej koszuli, ale mimo to szła przed siebie. Dobrze pamiętała, co widziała rano przez okno. Straszna zima pochłaniała zapasy węgla i drewna. Wciąż trzeba było rąbać nowe. Zimny wiatr szarpał włosy Kasi, lodowaty śnieg palił stopy jak rozżarzona blacha, płuca bolały jeszcze bardziej od mroźnego powietrza. Siekiera nadal tkwiła w pieńku, wbita gładko i stabilnie. Wydawało się prawie niemożliwe, aby słaba i chora Kasia zdołała ją unieść, ale coś dodało jej sił. Siekiera była ciężka, ale ostrze lśniło kojąco w świetle księżyca. Schłodzona stal doskonale łagodziła płonącą w niej gorączkę – jak kompres przykładany troskliwą dłonią matki. Dzisiaj to się skończy. Wreszcie. Uwolni ich od potwora i wszystko znowu będzie dobrze. Może nawet wróci mama… Droga z powrotem na górę zajęła jej całe wieki. Siekiera nie leżała dobrze w drobnej dłoni, Kasia musiała ją praktycznie ciągnąć za sobą. Sunęła cicho przez ciemne korytarze w uśpionym domu. Ostrożna. Milcząca. Jak duch, którym już niemal była. Księżyc oświetlał jej drogę i prowadził do celu. Leżeli uśpieni, nadzy, zaplątani w siebie… i obrzydliwi. Niczego się nie spodziewali. Siekiera Kasi uniosła się i opadła po raz pierwszy, ale trudno byłoby to nazwać ciosem. Ostrze zaledwie musnęło policzek ojca. Obudził się, spojrzał na nią – bladą, straszną w nikłym świetle księżyca – i zaczął krzyczeć. Nie było już odwrotu. Kasia zamachnęła się jeszcze raz, a on wyciągnął rękę, aby się osłonić albo odebrać jej broń. Dwa palce potoczyły się po łóżku. Mężczyzna zawył jak zarzynane prosię. Z każdym uderzeniem Kasia nabierała pewności siebie, jakby coś przejęło nad nią kontrolę, kierowało ręką, dodawało sił. Żuchwa. Szyja. Brzuch. Pierś. Wszystko było takie miękkie… Zrobione z puchu, który niemal nie stawiał oporu twardemu ostrzu. Świst. Łup. Trzask. Plask. Jakie to łatwe, jakie przyjemne. Wyzwalające. Nigdy nie kochał matki. Wolał to COŚ. Kasia nie miała dla niego litości. Sam wpuścił zło do domu, musiał ponieść konsekwencje. Krew tryskała na ściany, malując je w fantazyjne wzory, których zawsze brakowało w tym ponurym domu. Jasnoróżowa, rubinowa lub czarna jak smoła w zależności od tego, gdzie trafiła siekiera. Ojca już nie było. Zniknął, gdy jego twarz stała się krwawą miazgą. Przemienił się w krew na prześcieradle. Krew na śniegu. Dostał za swoje. 24 Macocha obudziła się niemal od razu, ale nawet nie próbowała krzyczeć czy uciekać. Usiadła na łóżku i spokojnie patrzyła, jak Kasia rozłupuje czaszkę swojego ojca, z której wycieka szara breja, wsiąkając w poduszki. Siedziała nieporuszona, a jej lodowate oczy śledziły ostrze siekiery i plamy na suficie. Usta otwarły się jak wielka, niegojąca się rana. Oblizała się. Kasia uderzyła na odlew. Siekiera miękko weszła w głowę macochy. I nagle te straszne, zimne oczy straciły symetrię, jedno opadło tylko nieco niżej, drugie zawisło pod oczodołem. Ale wciąż na nią patrzyły. Cięła jeszcze raz. I znowu, i znowu. W szyję, w bok, w kręgosłup. Jednak nadal czuła na sobie to spojrzenie, chociaż nie było już oczu ani twarzy, która mogłaby patrzeć. Nie tak powinno być, lecz TO nadal w jakiś sposób żyło i patrzyło. Moment nadludzkiej siły minął. Siekiera sama wypadła z rąk. Kasia cofnęła się o krok i obejrzała swoje dzieło. Coś zachlupotało pod jej nogami. Krew. Od podłogi aż do sufitu wymalowała pokój wspaniałą czerwienią. Czerwona pościel, czerwone ściany, czerwony dywan. Czerwone dłonie i jej sukienka. Krew spływała jej po twarzy i między palcami. Smakowała słono, ale ten smak Kasia już bardzo dobrze znała. Usłyszała głosy. Nie wiedziała, ile trwała rzeź potworów, ale hałas obudził innych mieszkańców zwykle cichego domu. Drzwi sypialni otworzyły się i migotliwe światło lampy padło zza pleców Kasi. – O mój Boże! – wrzasnęła kucharka. Kasia odwróciła się do nich. Zobaczyła blade twarze i uśmiechnęła się, ocierając z czoła krople krwawego potu. – Potwór! – zawołał stajenny. Pomoc kuchenna zwymiotowała gwałtownie na własne stopy. – Nie ma już potwora – wyjaśniła Kasia. – Zabiłam TO. Jednak gdy tak patrzyli w oniemieniu i cofali się przed nią ze strachem, zrozumiała swój błąd. Wyczytała to w ich oczach. Ich zdaniem to nie macocha była potworem, tylko ona. Kasia z siekierą. Krew na śniegu. *** Kapała z jej rąk, włosów i sukienki, gdy Kasia przedzierała się przez zaspy i ciemny las, próbując uciec przed pogonią. Wiejskie społeczności nie czekały na oficjalny sąd, znały 25 lepsze i skuteczniejsze metody wymierzania sprawiedliwości. Służyły do tego cepy, widły i płonące pochodnie. Oraz siekiery. Otoczyli ją na polanie. Działali i myśleli jak stado wilków. Metodycznie i sprytnie. Nadeszli ze wszystkich stron i odcięli jej drogę ucieczki. Krzyczeli. Nie miała żadnych szans. Mamusiu… Padła na kolana i pochyliła głowę, czekając na pierwszy cios. *** Daleko od polany, na której konała Kasia, coś uparcie pełzło w las. Długa, krwawa smuga ciągnęła się od dużego wiejskiego domu aż do pierwszych drzew nieprzebranej puszczy. Ciemny ludzki kształt pozbawiony był dłoni i sporej części brzucha, czaszkę miał rozłupaną do samej szyi. Cokolwiek to było, od dawna nie powinno żyć, ale ten fakt bynajmniej nie przeszkadzał stworowi brnąć przez białe połacie świeżego, skrzypiącego śniegu do ciemnego lasu, z którego kiedyś przyszedł, a teraz wracał do domu pożywiony i szczęśliwy. Została po nim tylko krew na śniegu. 26 l s y d o B d i w a D . s y r NA GRANICY MIASTA Piotr Borowiec 1. Miejsce Wszystko się zmienia, lecz jedna rzecz pozostawała niezmienna przez wieki. O Miejsce najczęściej upominało się Miasto. Zachłanne, ciągle potrzebujące kolejnych hektarów, które mogłoby zająć. Miejska zabudowa obrastała ten zakątek, otaczała szczelnym pierścieniem kamienia, betonu oraz stali. A wcześniej drewna. Miejsce musiało więc się bronić. Nikt z mieszczan nie wiedział, jaka była przyczyna pożaru, który zniszczył ich gród w czasach, gdy zaczął się on rozwijać bardzo dynamicznie. Kilkaset lat później grupa archeologów i historyków badających dzieje Miasta ustaliła, iż ogień zaprószony został na obszarze nieużytków oraz mokradeł na wschodnich rubieżach miejscowości. O Miasto natomiast upominała się historia. Budynki niszczył ogień artyleryjski, tory kolejowe zapełniały kolejne eszelony wypełnione mięsem armatnim. Na schodach 27 secesyjnych kamienic buciory sołdatów i gefreiterów zostawiały frontowe błoto, a kostkę brukową miażdżyły gąsienice czołgów. Skwery rozkopywano, najpierw pod okopy, później masowe groby. Po każdej katastrofie Miasto powoli powstawało z ruin, musiało najpierw uleczyć rany w swojej własnej tkance, zanim zacznie rozwijać się ponownie. Historia zniszczyła Miasto, po czym upomniała się o Miejsce. To musiało więc się bronić. Latem czterdziestego czwartego roku pod Miasto zaczęła podchodzić Armia Czerwona. Rozkaz wstępnego rozpoznania otrzymała 19. Gwardyjska Brygada Zmechanizowana. Dowódca kompanii, która poszła na zwiad, stwierdził, że jedynym pozbawionym obrony odcinkiem jest skrawek bagien na granicy miejscowości. Młody porucznik, dwudziestodwuletni chłopak kochający swoją narzeczoną oraz Matkę Rosję, chciał zostać bohaterem, zdobyć odznaczenie, a tym samym utwierdzić się w przekonaniu, że świat należy do takich jak on. Zdobywców w ślicznych mundurach. Świat może tak, lecz nie Miejsce. Musiało zapobiec ponownemu zdeptaniu, rozjechaniu, rozszarpaniu przez pociski dział – jak to zdarzyło się trzy lata wcześniej. Zwiadowcy weszli w zarośla i stwierdzili, że teren jest zdatny do przeprowadzenia przez niego lekkiego sprzętu. Z pewnymi trudnościami mogły przejechać samochody pancerne – podmokła ziemia i muliste stawy zajmowały wtedy tylko część Miejsca. Spotkali też jednego niemieckiego żołnierza. Wychudzoną postać w mundurze feldgrau, z oznaczeniami 308. batalionu 201. dywizji piechoty Wehrmachtu. Podniesione do góry ręce, błagalne spojrzenie i prośba: oszczędźcie mnie! Dezerter miał przy sobie mapy, z których wynikało, że teren, na który weszli sowieccy żołnierze, jest dalej dokładnie zaminowany, a jeszcze dalej czekają na atakujących CKM-y. Z dokumentów wynikało też, że obszar na północy pozbawiony jest min, a także wrogich wojsk. To samo twierdził jeniec, który obiecał przeprowadzić Rosjan przez luki w obronie. Faktycznie, wskazał drogę. Z dala od mokradeł, prosto na pole minowe, pod lufy osiemdziesiątek ósemek. Zginęli prawie wszyscy, stu siedmiu czerwonoarmistów. W sumie to mieli cholerne szczęście, zmarli już poza granicami Miejsca. Zazdroszczę im, naprawdę. Młody porucznik przeżył, okaleczony przez wybuch, który zmasakrował mu twarz i pourywał kończyny. Oficerowie NKWD, którzy go później przesłuchiwali, nie mogli uwierzyć, że jego oddział napotkał dezertera. A na pewno nie z jednostki, która walczyła na tym terenie w czerwcu 1941 roku. Wszystko się zmienia. Swoich zamiarów wobec Miasta odbudowanego ze zniszczeń 28 nie realizowali już fabrykanci i burżuje, ekspansją kierowali partyjni dyrektorzy, elita władzy ludowej. Mieli do dyspozycji maszyny budowlane, a do wypełniania plany industrializacji kraju. Miejsce miało być osuszone, wykarczowane i wchłonięte przez przemysłową dzielnicę Miasta pod hasłem rozwoju gospodarczego Polski Ludowej. Plany pozostały tylko planami, kierownik budowy, inżynier równie młody jak ów porucznik, który miał być zdobywcą Berlina, zaginął w czasie oględzin lokalizacji inwestycji. Niedługo potem przyszedł kryzys, dokumentację odesłano do archiwów, spychacze i koparki rdzewiały w garażach, unieruchomione brakiem paliwa oraz stagnacją gospodarczą. Zaprzestano również poszukiwań zaginionego. Ani człowieka, ani ciała. Znaleziono tylko zwłoki niemieckich żołnierzy zagrzebane w torfie. Następna wolta historii, kolejna zmiana ustroju. Miasto podupadło, odeszła władza, która dbała o fabryki na jego obrzeżach. Dawni robotnicy ze zlikwidowanych zakładów powyjeżdżali za chlebem na Zachód. Ci, którzy zostali, niszczyli siebie, a także swoje rodziny, użalaniem się, alkoholem, beznadzieją. Prawie wszyscy. Jeden z nich, aby ratować siebie, chciał zranić Miejsce. Nie unicestwić, lecz zdewastować. Opał jest drogi, bezrobotnego nie stać na zakupienie pełnych zapasów na zimę. A Miejsce, od którego mieszkał niecałe dwa kilometry drogi, całkowicie zarosło drzewami. Wierzbami, bukami, osikami, topolami. Nikt nie pozyskiwał stąd drewna, bowiem zmiany własnościowe, bankructwa i wywłaszczenia, korowody syndyków i biurokratyczny bałagan uniemożliwiały ustalenie właściciela. Może to było Miasto, a może któraś z upadłych spółek. Mężczyznę, który przychodził do Miejsca z piłą mechaniczną, mało to interesowało. Po dwóch tygodniach pracy miał już nadwyżki drewna, które mógł sprzedać. Stałe źródło dochodu, może i pochodzące z działalności bezprawnej, jednak pewne. Zaczął przychodzić tam z córką, sześcioletnią blondynką, która pokochała Miejsce równie mocno jak on. Palili ogniska, zbierali owoce, ojciec uczył swoją córeczkę gry w piłkę. Byli tam szczęśliwi, w przeciwieństwie do większości mieszkańców Miasta. Mężczyzna pracował i odpoczywał jedynie na obrzeżach terenu, bez wchodzenia w głąb. Po co niby miałby wchodzić w gąszcz krzewów, w siatkę cieni rzucanych przez kolonię zrośniętych wierzb, w zwartą ścianę trzciny rosnącej przy głębokim stawie? Stan wód zdecydowanie się tu podniósł przez ostatnie kilkadziesiąt lat. Tak więc tych dwoje pozostawało jedynie na krawędzi. Miejsce nie odstraszało upiorną atmosferą, nie budziło nieokreślonego niepokoju. A przynajmniej nie u nich, w przeciwieństwie do wielu, naprawdę wielu innych. To nie irracjonalna obawa, lecz względy praktyczne decydowały o tym, że oboje pozostawali na uboczu zdziczałego terenu. Trudności 29 z wywózką zdobytego drewna, córka zbyt łatwo mogła zgubić się w zaroślach. Były tam przecież stawy, w których dziecko mogło utonąć, oraz mokradła, które trzeba by omijać zdezelowanym GAZ-em, którym tu przyjeżdżali. Drzewa padały, lecz tylko na obrzeżach terenu, ciszę przerywał huk piły mechanicznej, ale jedynie na granicy Miejsca. To wystarczyło, żeby wzbudzić opór. Pewnego dnia ojciec z córką weszli głęboko w teren nieużytków, zarośli i zabagnionych stawów. Wystarczyła delikatna sugestia, uwaga osoby trzeciej, że bezpieczniej im będzie wycinać drzewa z głębi, z daleka od wzroku zawistników, mogących złożyć donos o nielegalnym pozyskiwaniu drewna z tego terenu. Człowiek, który poradził to mężczyźnie, wydawał się być życzliwy. Miał też rację. Miasto pełne było ludzi sfrustrowanych i niezaradnych, zazdroszczących innym zaradności. Środek lipca, słońce spacyfikowało ten dzień, przygniatając wszystko upałem. Temperatura przekroczyła trzydzieści stopni, świat już nie tyle tęsknił za deszczem, co wręcz o niego błagał. Jednak gdy dwoje ludzi weszło w podmokły obszar, niemal natychmiast zapomnieli o pogodzie i porze roku. Nisko rosła trawa, trzcina, pokrzywy, które parzyły przechodzących. Na średniej wysokości rządziły krzewy oraz ich owoce. Niedługo będzie można zebrać jeżyny, maliny już przejrzały. Najwyższe partie zajęły korony drzew. Konary odcinały się czarnym kolorem kory od zielonej masy liści, pędów i gałązek, których wierzchnia warstwa niż zdążyła jeszcze stwardnieć. Światło słoneczne docierało tu solidnie poszatkowane, jakby jedynym jego zadaniem było tworzenie mozaiki światłocieni. Nasiąkało innymi kolorami, nabierało niezwykłych właściwości. Miejsce tak jakoś naturalnie potrafiło oszukiwać, że światło i cień są czymś zupełnie innym niż w rzeczywistości. Oczywiście, to było złudzenie. Mężczyzna zdawał sobie z tego sprawę. Im głębiej wchodzili, tym więcej iluzji ich otaczało. Drzewa wydawały się wysokimi postaciami, pochylającymi się, aby spojrzeć na niespotykane zjawisko: wtargnięcie człowieka. Mężczyzna z córką szli po miękkiej ziemi, nasiąkniętej wilgocią, użyźnionej gnijącymi resztkami roślin. Sprawiała wrażenie żywej skóry, delikatnej i sprężystej. Jakby pod trawą nie było gleby, lecz ciało. Krew i mięśnie. Miejsce tworzyło świat nieprawdziwy z wprawą doświadczonego iluzjonisty. Chociaż weszli w głąb terenu o drugiej po południu, Miejsce uraczyło ich złudzeniem nocy – na niektórych odcinkach gęstwina odcinała zupełnie światło. Chociaż znajdowali się w granicach administracyjnych Miasta, mieli wrażenie, że idą przez dżunglę, a najbliższe zabudowania są setki kilometrów dalej. Im głębiej, tym bardziej roślinność Miejsca zasłaniała świat, do którego należeli ojciec z córką: rozpadające się kamienice robotniczego osiedla, 30 opustoszałe fabryki trwające w stanie między kompletną ruiną a zwykłym zaniedbaniem, hale magazynów, z których dawno wywieziono ostatnie towary. Chociaż temperatura powietrza nie pozostawiała wątpliwości co do pory roku, mogło się wydawać, że w samym centrum Miejsca spadł śnieg. Leżała tam powalona burzą wierzba. Gałęzie pokrywał biały puch. Drzewo rozsiewało nasiona, lipiec to przecież miesiąc, w którym ono kwitnie. Powalona roślina jeszcze przed swoją śmiercią (bowiem one nie „usychają”, one umierają) zdobyła się na ostatni wysiłek, aby przekazać życie dalej. Dziewczynka, zachwycona, podbiegła do wierzby. W tym momencie mocniej zawiał wiatr, dziecko zostało obsypane śnieżnymi kotkami. Zjawisko niespotykane, przy tym piękne, a więc zachwycające dla sześciolatki. Oraz śmiertelne. Śmiech i paplanina dziewczynki zostały szybko zdławione przez opuchliznę krtani. Bezradny mężczyzna nieudolnie próbował uratować córkę przed uduszeniem, lecz z Miejsca wyniósł sztywne już ciało. Zawiózł je do szpitala, gdzie dowiedział się, że zabił swoje dziecko. „Nie wolno było panu jej tam zabierać! Nie wiedział pan, że córka jest uczulona na pyłki wierzb?”. Ciężka alergia może mieć skutki śmiertelne. Jednak mężczyzna miał świadomość, że dziecko tak naprawdę zabiło coś innego niż ostry stan alergiczny. Wiedział też, że lekarze w pewnym sensie mieli rację. Nie powinien zabierać córki do Miejsca, o którym mówiono, że należy do zmarłych. Jakieś głupie plotki, jakieś dziwne opowieści. Resztę swojego krótkiego życia człowiek ten spędził z puszką taniego, mocnego piwa przed dyskontem spożywczym. Miejsca unikał, bowiem bał się, że spotka tam córkę. „Tato! Dlaczego posłuchałeś tego pana?” Mężczyzna wiedział, że jego córka zginęła, ponieważ naruszyli Miejsce. W jednym się mylił: to nie Miejsce należy do zmarłych. Jest wręcz odwrotnie. Tam właśnie spotkałem Joannę. 2. Ona Wściekła z powodu życia, którego wiele innych kobiet mogłoby jej pozazdrościć, samotna żona dwa lata po ślubie. Joanna była paradoksem. Przyszła ze swoim zabawnym szkicownikiem i warkoczem uplecionym przez matkę. „Jak ci tam, Joasiu, staracie się o dziecko? Powiedz, córuś, ale on nie będzie patrzył za jakimiś tam praktykantkami, co, będzie wierny, co?” Matka czesała ją, jakby ciągle opiekowała się małym dzieckiem, lecz pytań nie zadawała bynajmniej dziecinnych. Zainteresowanie matki, kolejny element życia, który zamiast cieszyć, frustrował. Pusty dom doprowadzał Joannę do szału. A przecież powinna być zadowolona, 31 przecież tylu jej znajomych ciągle marzyło o własnym mieszkaniu, marniejąc w wynajmowanych klitkach. Odwiedziny u matki również odpadały, oznaczałby konieczność kolejnego kłamstwa. „Tak, mamusiu, wszystko w porządku, jest mi dobrze”. Na wizyty u koleżanek, aż chorych z zazdrości, również nie miała najmniejszej ochoty. Nie musiała opiekować się dzieckiem ani pracować zawodowo. Raz dziennie sprzątała czyste mieszkanie, by potem zastanawiać się, co zrobić z resztą dnia przed powrotem Michała. A w zasadzie zwłok Michała. Mąż, pracujący czternaście go
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Magazyn Histeria 2015/5 PDF
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: