Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00086 010870 7463738 na godz. na dobę w sumie
Magazyn Histeria 2015/6 PDF - ebook/pdf
Magazyn Histeria 2015/6 PDF - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Magazyn Histeria Język publikacji: polski
ISBN: 2015067777777 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> thriller, horror
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
Nowy magazyn internetowy dla fanów grozy. Naszą ideą jest promocja talentów pisarskich.
Znajdź podobne książki

Darmowy fragment publikacji:

LISTOPAD 2015/6 magazynhisteria.pl PO STYCZNEJ STEFAN GRABIŃSKI GOŚĆ SPECJALNY: SYLWIA BŁACH Guślarz,Ligeja i Wendigo Martyna Major CZERWONA FREA|JASNOWIDZ JESTEŚ SOCJOPATĄ|KARIN|LIMIT MARZENIE SPOWITE SMOGIEM|MOGIŁKI NIELUBA|WYPADEK PRZY PRACY ŻERTWĘ SWĄ ZŁÓŻ,GDZIE STARE CZCZONO BOGI LISTOPAD 2015/6GOŚĆ SPECJALNY:SYLWIA BŁACHPO STYCZNEJSTEFAN GRABIŃSKIGuślarz,Ligeja i WendigoMartyna Major SPIS TREŚCI: Słowo od redakcji Wyznania Histeryka CZERWONA FREA JASNOWIDZ JESTEŚ SOCJOPATĄ KARIN LIMITMARZENIE SPOWITE SMOGIEM MOGIŁKI NIELUBA WYPADEK PRZY PRACY ŻERTWĘ SWĄ ZŁÓŻ, GDZIE STARE CZCZONO BOGI PO STYCZNEJ Guślarz, Ligeja i Wendigo Antoni Nowakowski Jakub Zieliński Sylwia Błach Marianna Szygoń Marek Palutkiewicz Karol Zdechlik Olga Rot Martyna Konwińska Jarosław Jakubowski Justyna Lech Stefan Grabiński Martyna Major Redaktorzy naczelni: Błażej Jaworski, Maciej Zawadzki Projekt okładki i skład: Roman Panasiuk Ilustracje: Marcin Czarnecki, Stanislav Lament, Roman Panasiuk, Izabela Wojciechowska Korekta: Dagmara Adwentowska, Magdalena Kucenty email: magazynhisteria@gmail.com 2 345204249597076 80 88 97 107 118 Witajcie! Ten numer będzie wyjątkowo dziadowski. Oczywiście mamy na myśli ducha starosłowiańskiego obrzędu, który unosi się nad listopadowym wydaniem, a nie poziom tekstów w nim zawartych. W jedenastej Histerii oprócz sześciu opowiadań przyjętych w zwykłym trybie, znajdziecie teksty laureatów DZIAD(Y)owskiego konkursu. Podium zdominowały panie. À propos pań. Dokładnie rok temu gościliśmy na naszych łamach Sylwię Błach. Tym razem Jej Mroczna Wysokość zaszczyciła nas opowiadaniem: „Jesteś socjopatą”. W związku z 79. rocznicą śmierci Stefana Grabińskiego postanowiliśmy przypomnieć Wam opowiadanie „Po stycznej”, do którego ilustrację wykonała Izabela Wojciechowska, debiutująca wśród histerycznych grafików. Na deser jak zwykle publicystyczna wisienka na torcie w postaci artykułu „Guślarz, Ligeja i Wendigo”, czyli kreacje obrzędu dziadów w literaturze grozy, autorstwa Martyny Major. Radzimy jednak zacząć od wywiadu z wrześniowym Histerykiem Miesiąca – Pawłem Cieliczko, który zdobył ten tytuł po raz drugi. Życzymy strasznej lektury. B. Jaworski i M. Zawadzki WYZNANIA HISTERYka Paweł Cieliczko Absolwent historii UAM, doktor literaturoznawstwa w Instytucie Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk, pomysłodawca i redaktor almanachów: „Warszawski przewodnik literacki” oraz „Poznański przewodnik literacki”, prowadzi strony internetowe oraz profile na facebooku poświęcone tym projektom. Założyciel i prezes Fundacji na rzecz Badań Literackich, organizator wielu konferencji humanistycznych, redaktor tomów zbiorowych związanych z literaturoznawstwem. Głosami naszych czytelników zostałeś po raz drugi Histerykiem Miesiąca. Jakie to uczucie? Przyjemne, że aż strach. Przy pierwszym wyborze mogłem mówić o szczęściu debiutanta, niektórzy recenzenci podkreślali też, że dużo głosów przysporzyła mi dobrze napisana scena erotyczna. Powtórny wybór na Histeryka Miesiąca traktuję jako uznanie dla opowiadania oraz zobowiązanie do tego, żeby pisać kolejne i po raz trzeci zasłużyć sobie na nagrodę czytelników Magazynu Histeria. „Noblowski cyrograf” czy „Sędzia Dago”? Z którego opowiadania jesteś bardziej zadowolony i dlaczego? W poprzednim wywiadzie opowiadałem o „Noblowskim cyrografie”, więc tym razem – dla odmiany – muszę wskazać „Sędziego Dago”. „Sędzia Dago” to opowiadanie znacznie trudniejsze, jego akcja rozgrywa się pomiędzy połową XIX wieku a latami 30. XX wieku, ale poszczególne wątki nawiązują do czasów starożytnych, do początków państwa polskiego, a inne myśli sięgają do najświeższych wykopalisk prowadzonych przy poznańskiej katedrze. Do tego jeszcze cała ta skomplikowana konstrukcja została podlana sosem opowieści a’la Lovecraft i połączona kilkoma wątkami. Gdy rozrysowałem sobie konstrukcję opowiadania, to nie wierzyłem, że uda się tak skomplikowaną koncepcję zmieścić na piętnastu stronach i ująć w przejrzystej dla czytelnika narracji. Nagroda czytelników pokazuje, że mi się udało, co mnie bardzo cieszy. Z jakimi pisarzami chciałbyś znaleźć się w jednej antologii? Na razie piszę opowiadania konwencyjne. Magazyn Histeria ogłasza konkurs, daje piętnaście stron do dyspozycji i wskazuje, do czyjego pisarstwa należy nawiązać. Te opowiadania traktuję więc jako pewnego rodzaju wprawki literackie, jako ćwiczenia warsztatu. Miło by mi było znaleźć się w antologii z autorami Histerii, takimi jak Krystian Janik, Olga Haber, Przemysław Karbowski. A co będzie dalej, czas pokaże. Masz jakiś ulubionych autorów, którzy również publikują opowiadania w Histerii? Nie lubię grozy dla samej grozy, dlatego najbardziej podobają mi się opowiadania Przemysława Karbowskiego. Myślę, że wynika to z faktu, że nasza metoda pisarska –jeśli tak można powiedzieć – ma pewne podobieństwa. Bierzemy pewne zdarzenia z przeszłości, które są straszliwe, przerażające lub po prostu zupełnie niezrozumiałe, zdarzenia, przy których tradycyjne formy ich wyjaśnienia zawiodły, i staramy się o nich opowiedzieć w kategorii opowiadania grozy. Napisanie opowiadania grozy osnutego wokół barbarzyńskich eksperymentów na dzieciach w czasie okupacji, podobnie jak o samobójczej śmierci wybitnego wydawcy i intelektualisty, pozwala powiedzieć znacznie więcej o ludzkiej naturze, niżeli mogą wyrazić historycy czy biografowie ograniczeni warsztatem zawodowym czy powagą swojej publikacji. Opowiadanie grozy staje się nie tylko utworem literackim, daje przyjemność lektury, ale także podważa nasze schematy myślenia, postrzegania świata, narusza poczucie bezpieczeństwa, pokazuje, że psychopaci nie są tylko tworami fantazji pisarzy, ale łatwo znaleźć ich obok nas, wśród ludzi, których byśmy o takie skłonności nigdy nie podejrzewali. Wymień trzy książki z szeroko pojętej grozy, które zrobiły na Tobie największe wrażenie. Pytanie o szeroko pojętą grozę odsyła w zupełnie inne rejony. Prawdziwą grozę odczuwałem, czytając książki, które nie są i pewnie nigdy nie będą zaliczane do kanonu tego gatunku. „Malowany ptak” Jerzego Kosińskiego w paradokumentalny sposób relacjonuje traumatyczne przejścia żydowskiego chłopca ukrywającego się na polskiej prowincji, gdzie widzi ciemną stronę zwykłych ludzi. „Czarny potok” Leopolda Buczkowskiego, eksperymentalna powieść szkatułkowa opowiada o grupie ludzi, którzy w 1943 roku na Podolu walczą z Niemcami i ukraińską policją, uciekając, ukrywając się, żyjąc w ciągłym strachu, gdzie nawet szare krajobrazy widziane są przez pryzmat ich przydatności do ukrycia się przed pościgiem. Wreszcie „Pamiętnik z powstania warszawskiego” Mirona Białoszewskiego, który opisuje swoje przemieszczanie po bramach, piwnicach, podwórkach, świat, w którym wszystko uległo odwróceniu, dom stał się najbardziej niebezpiecznym miejscem, a piwnica azylem. Groza tych książek robiła na mnie największe wrażenie, bo pokazywały one, jak w wyniku nagłego zdarzenia, na które nie mamy żadnego wpływu, cały otaczający nas świat może runąć, wszystkie wartości ulegają odwróceniu, a życie sprowadza się do biologicznej walki o przeżycie. Najgorsze w nich zaś było to, że nie były do tego potrzebne żadne potwory, tylko czynili to zwykli, normalni ludzie. i k c e n r a z C n i c r a M . s y r CZERWONA FREA Antoni Nowakowski Pierwszy raz w życiu Ingrid drżała z trwogi. Pociła się z zawłaszczającego umysł strachu. Dłonie trzęsły się niczym liście osiki na wietrze, więc zacisnęła palce w pięści. Nie chciała patrzeć przez otwór okienny w murze komnaty – chłonęła tylko dźwięki dobiegające zza podwórca dworzyszcza. Pozostawało już tylko jedno – słuchać. Z oczyma wbitymi w posadzkę odbierać męczące uszy odgłosy krwawego starcia. Miarowy łomot tarana zagłuszał wrzaski i jęki walczących wojów. Nie ustawał. Ingrid wiedziała, że w końcu brama pęknie i napastnicy wedrą się do środka. Przełamią rozpaczliwą obronę pozostawionej przez Haralda garstki zbrojnych. Potężny bal uderzał bez chwili przerwy. Huk miarowych pchnięć przebijał się przez krzyki walczących, rzężenia konających i przeraźliwe zawodzenia tych, których trafił 5 strumień wrzącej smoły. To oznaczało, że wojownicy Rudego Svena uparcie nacierają. Ich bitewne okrzyki coraz bardziej nasycała pewność tryumfu. Okuta żelazem głowica kłody drewna uderzała coraz szybciej, brzmiąc niczym chrypliwy głos kruka, zwołującego pobratymców na ucztę z ciał poległych. Taran walił nieprzerwanie, a berserkerzy Svena już wyli w poczuciu bliskiego zwycięstwa. Istniał jeszcze cień nadziei na ocalenie; na odparcie wrogów. Może jej mąż, Harald, wróci z wyprawy i wysiecze w pień wrogów oblegających gródek. Ingrid wiedziała, co się stanie, jeśli wedrą się do środka. Wybiją rannych, złupią dwór, a potem spalą. Ją Rudy Sven weźmie siłą, i to nie raz. Potem odda swoim wojownikom, żeby też nasycili się jej urodą i młodością. Będą się sycili tak długo, aż męskie nasienie zacznie ciec po nogach gwałconej. Sven nie potrafił przebaczyć, że odrzuciła jego miłowanie i wybrała Haralda. Uraziła dumę wielkiego jarla, upokorzyła go, może nawet wystawiła na pośmiewisko. Teraz przybył, żeby się zemścić. Gdyby jej mąż i reszta wojów byli tutaj, napastnicy nigdy nie podjęliby szturmu. Harald jednak wyruszył przeciwko rabusiom, łupiącym kupców i kmiece chaty. Zuchwała wataha panoszyła się w jego domenie. Młody knel jarl nie mógł pozwolić na grabienie i wyrzynanie tych, którym przyrzekł opiekę. Teraz stawało się jasne, że Sven wymyślił chytry podstęp, aby wywabić męża Ingrid i w końcu zdobyć jej ciało. Ciosy tarana narastały. Trach… trach… trach… Walił coraz szybciej i szybciej, pchany wysiłkiem wielu ramion. – Pokażcie im głowę tego zdechlaka z mlekiem pod nosem! Pokażcie im, żeby nie liczyli na wybawienie! Potężny krzyk przebił się przez bitewny rejwach i dotarł aż do komnaty Ingrid. – Głowę i to, co mu jeszcze oderżnąłem! Ingrid dobrze znała ten władczy ton. Dobrze pamiętała głos Rudego Svena, jarla sąsiednich włości, pana wielu innych ziem. Podbiegła do okna. Ktoś za koroną wału wysoko wzniósł długą włócznię – wystarczająco wysoko, aby poznała zatkniętą na grocie głowę swego męża. Dostrzegała nawet oczy, wybałuszone w męce konania, wykrzywione usta, skrzepy krwi na poszarpanym fragmencie szyi. I wiszące niżej męskie przyrodzenie, które tak lubiła pieścić w łożu. Usłyszała też jęk, żałosny skowyt obrońców, cichnący wraz z zaciskaniem zębów z rozpaczy. Krzyki napastników nasilały się. Głowa Haralda zatoczyła łuk. Ktoś machał dzidą, obwieszczając bliskie rozstrzygnięcie walki. 6 Huk pękających wrót zagłuszył wszystko. Strumień zbrojnych wlewał się na dziedziniec. Błyskały ostrza mieczy i toporów. Wysoki mężczyzna bez hełmu, z grzywą rudych włosów biegł na czele, siekąc na lewo i prawo oszołomionych obrońców. Ich ciała padały na ziemię, jedno za drugim. Ingrid odwróciła się. Sven tryumfował… Zbliżał się koniec. Zbliżała się chwila próby. Spojrzała na leżący na stole sztylet, piękną broń o długim i mocnym ostrzu. Zostawił ją Harald przed udaniem się w drogę. Teraz posłuży do tego, o czym myślała od początku napaści. – Zabijcie wszystkich! Wyrżnijcie do ostatniego! – Mocny głos Rudego Svena przepełnił podwórzec. – Ja poszukam tej suki, żeby się nią nacieszyć! A potem nacieszycie się wy, dobrzy moi ludzie! Pamiętajcie też o reszcie niewiast i o skarbczyku Haralda! Zakrwawiona głownia miecza zamigotała czerwienią, gdy Sven jednym ciosem odrąbał głowę rannemu obrońcy. Ingrid chwyciła puginał. Nadchodził czas, by wbić sobie ostrze w pierś. Nadchodził czas próby. Rzuciła jeszcze okiem na starą służkę, Thargone, siedzącą w kącie izby. Kobieta z widocznym na pomarszczonej twarzy spokojem wiązała rzemień na pękato wypełnionym worku. Przedtem raz po raz dreptała do spiżarni, wynosząc bochny chleba, połcie wędzonego mięsa i garnce z kaszą. A teraz dłonie starowinki chciwie zacisnęły się na dostrzeżonym obok kominka krzesiwie i hubce. Thargone uśmiechnęła się radośnie. *** Drzwi do komnaty, wyważone naporem barku Svena, z trzaskiem walnęły o ścianę. – Teraz cię wreszcie zerżnę. Zapamiętasz tę chwilę, długą chwilę, do końca życia. – Sven wytarł o zapaskę Thargone umazaną krwią głownię miecza. Splunął. – Byłaś dla mnie wszystkim, a ty odrzuciłaś moje lubowanie… Gnido, wreszcie poznasz, aż do końca, smak mojej zemsty. Nareszcie się nią nasycę. Sztylet dziwnie ciążył w dłoni Ingrid, gdy przykładała go pod lewą pierś. Ostrze skierowała nieco do góry, by trafiło prosto w serce. Wystarczało mocno pchnąć, żeby umrzeć. Żeby Rudy Sven nie dopełnił swojej pomsty. Opuściła rękę. Z rozpaczą stwierdziła, że nie może zadać ciosu. Nie potrafiła przebić gorączkowo pulsującego serca. Jej serca. Nie przeszła próby. 7 Ingrid dobrze wiedziała, czemu tak się stało. Pragnęła żyć. Bezwładne dłonie nie słuchały poleceń umysłu. Uderzajcie! Uderzajcie! Wepchnijcie ostrze głęboko w ciało, żebym nie zaznała mąk długiego konania! Głownia przeszyła powietrze. Sven zadał cios płazem broni, celując w palce trzymające puginał. Ingrid jęknęła z bólu. Sztylet potoczył się po posadzce. – Wielce sprawny oręż… – Sven z uwagą oglądał podniesioną broń. – Zdradliwy i skuteczny jak jad żmii… Podarunek bezgłowego Haralda, co? Nie przydał ci się, a mi tak. Bardzo. Jednym cięciem puginału rozciął suknię Ingrid od szyi aż po brzuch, a potem z całej siły uderzył pięścią w pępek. Raz, drugi, trzeci… Półprzytomna z bólu Ingrid czuła, że unoszą ją mocne ramiona Svena. Że kładzie ją na stole, a potem zadziera nogi i zakłada sobie na barki. Czuła, że ostrze rozcina resztę sukni, pięknego przyodziewku, z którego była taka dumna. Próbowała wierzgać, rzucała się rozpaczliwie, jednak kolejny cios pozbawił ją resztek sił. Kątem oka zobaczyła postacie wojów w hełmach z rogami, trzymających w dłoniach umazane krwią topory. Kilku się oblizywało. Któryś zaśmiał się ochryple. – Nie łudź się, suko, że uderzę jeszcze raz. – Sven nachylił się nad rozpaczliwie drgającym ciałem kobiety. – Mogłabyś nic nie czuć… Będziesz czuła wszystko i zapamiętasz tę rozkosz do końca życia. Ingrid dostrzegła, że Thargone, drepcząc wzdłuż ściany, przemyka się do wyjścia. Nikt nie zwracał na nią uwagi. Trzymała w dłoni coś dobrze znanego Ingrid. Thargone wynosiła z izby rzucony przez Svena na kamienne flizy puginał Haralda. – Ród się o mnie upomni! – Ingrid podjęła ostatnią próbę obrony. W jej umyśle tłukła się jedna myśl: Nie przeszłam próby. Nie odważyłam się wyjść na spotkanie śmierci. – Zapłacisz za wszystko! – A tak... – Rudy Sven parsknął szyderczym rechotem. Rozerwał pętle nogawic i wyciągnął naprężonego członka. – Za każdego usieczonego dam sute pogłówne. Jeśli kapłani naszego nowego boga, Krysta, okażą niezadowolenie, wdzieję wór pokutny i będę leżał krzyżem w ich świątyni. Czemu nie? Ręce Svena rozwierały kurczowo zaciśnięte nogi Ingrid. – Ty zaś w końcu zgnijesz na garści grochowin. – Sven nachylił się nad twarzą kobiety. Skrwawiona dłoń zmierzwiła jej włosy, zostawiając czerwone plamy. – Któż zajmie się wdową, która odtrąciła miłość wielkiego jarla i poniosła słuszną karę? Sczeźniesz, 8 ropucho, jednak najpierw poznasz smak mojej pomsty aż po trzewia. Tak głęboko w ciebie wejdę. *** Ingrid z trudem otworzyła powieki. Nie chciała się zbudzić z tego stanu półsnu, dziwnej bezprzytomności, w której wiedziała, że nadal żyje, jednak nic nie czuła. Nie chciała wracać do świata złupionego dworzyszcza i rechoczącego z zadowolenia Svena. Łagodne uderzenia w twarz w końcu zmusiły ją do porzucenia tego dziwnego otępienia, w które zanurzyła się, gdy kolejny wojownik wcisnął swoje przyrodzenie w jej ciało. – Wreszcie się obudziłaś… Wypij ten kordiał, on ci pomoże. Wypij… Nie znała tego kobiecego głosu, słodkiego, a jednocześnie władczego. Ingrid wiedziała tylko, że leży na miękkim posłaniu, a nad nią rozpościerają się nisko zawieszone, poczerniałe od dymu, grube pnie powały. Wyraźnie słyszała teraz coś innego – świdrujące uszy jęki przerywane charczeniem. Brzmiały tak, jakby kogoś męczył niewyobrażalnie wielki w sile ból. Męczył kogoś, mającego niebawem wydać ostatnie tchnienie. – Słusznie sądzisz, że Thargone umiera. Poznałam jej imię, gdy cię tu przywlokła. – W głosie zabrzmiała niekłamana troska. Obraz belek przesłoniła wiotka dłoń o długich palcach, trzymających mokrą chustę. Ingrid poczuła, że kobieta wyciera jej czoło i policzki. – Jestem Frea, opiekunka kobiet i dobrych mężczyzn. Wstawaj! Rzężenie nasilało się. Ingrid wolno piła napój podany przez Freę. Miał słodki smak, jak wino z dobrze wystałego, przejrzałego już miodu. Dotychczas zamazany obraz nagle się wyostrzył, jakby kordiał przywrócił zdolność wyraźnego widzenia. Ingrid już dostrzegała wysoką kobietę o długich, kasztanowych włosach, szczupłej twarzy bez zmarszczek i wielkich oczach, patrzących bystro i uważnie. Widziała też wynędzniałą postać o siwych włosach, leżącą na sienniku, przykrytą derką ze skór. To była Thargone. Źrenice Ingrid spostrzegły nagle coś dziwnego – wir. Powietrze nad posłaniem umierającej zdawało się krążyć. Kręcić w kółko, w którym nagle pojawiły się liczne twarze, miłe albo wykrzywione w szyderczym uśmiechu. Pojawiały się i niknęły, jakby w skocznym tanie na święcie zbiorów. Oblicza kobiet, mężczyzn i dzieci, niezrozumiałe obrazy różnorakich zdarzeń, pogwarek, narodzin i śmierci. 9 Wstając, potrząsnęła głowa. Zobaczyła omam, złudę, pewnie wywołaną tym, co się jej przydarzyło; zmęczeniem i bólem. Lej powietrza zniknął. Nagle prysnął, niczym mydlana bańka. – Co się stało? Czemu umierasz!? Skrzywdzili cię? – pytania same spłynęły z ust Ingrid. – Nie, po cóż jurnym wojownikom stara służka… – Słowa Thargone brzmiały niewyraźnie i głucho. – Najwyżej ją kopną. Zmordowałam się, okropnie się zmordowałam. Słowa Thargone brzmiały teraz wyraźnie. Frea delikatnie wycierała pot z czoła konającej kobiety. – Byłaś bez czucia – podjęła po chwili Thargone. Jęknęła rozpaczliwie. – Wyniosłam cię. Oni szukali srebra i jantaru, gonili nagie dziewki, łupili skarbczyk… Ułożyłam cię na wózku. Zabrałam toboły z żywnością, żebyśmy miały spyżę. Wymknęłam się bez trudu. Powieki starej kobiety zamknęły się, jakby już nie chciała niczego oglądać. Jakby wystarczało jej, że swoją duszą widziała obraz ucieczki z dworzyszcza Haralda. – Ciągnęłam i pchałam wózek, aż w końcu pękło mi coś w środku. Nie ustawałam, chociaż krew dusiła mi gardło. Wiedziałam, że Frea nas uratuje. Thargone znowu zamilkła na chwilę. – Spłaciłam wszystko – podjęła, dysząc ciężko. – Kiedyś ktoś taki jak Sven obiecywał mi lubowanie. Kochanie… Posiadł mnie, a potem wygnał, gdy stałam się brzemienna. Dziecię urodziło się martwe. Ojciec Haralda przyjął mnie – ciągnęła wolno – szanował… Twój mąż też. Pytał się, jak zdobyć twoją miłość, Ingrid. Doradzałam mu. Dobrze mu doradzałam… Dobrze się na koniec odpłaciłam. Ingrid pokręciła głowa. Znała tę opowieść. Znała, chociaż nigdy jej wcześniej nie słyszała. Nie wiadomo, w jaki sposób, jednak wiedziała o wszystkim. Pamiętała. – Odeszła – głos Frei przerwał ciszę. – Musimy ją pochować. Trzeba wykopać głęboki dół, a ciało przywalić kamieniami, żeby go nie rozszarpały dzikie zwierzęta. Delikatnie nakryła derką skuloną, drobną postać. – Spójrz, oprócz swego życia, coś ci jeszcze ofiarowała… – W głosie Frei zabrzmiało zdziwienie. – Coś cennego… Ingrid nachyliła się nad ciałem starej służki. Thargone w dłoni ściskała sztylet Haralda. Długie, dwusieczne ostrze znaczyła głęboka bruzda: od rękojeści prawie do sztychu. Ingrid wiedziała, do czego służy, bo Harald 10 kiedyś jej o tym powiedział. Spływała nią krew, a ostrze łatwiej wbijało się w ciało. I bez trudu można było je wyciągnąć, żeby zadać kolejny cios. Ingrid w milczeniu patrzyła na oręż. I na twarz Thargone. Na jej usta. Wyraźnie słyszała słowa zmarłej, a przecież wargi Thargone nie poruszały się. Pozostawały zaciśnięte w skurczu bólu, tak jak teraz. *** – Zmienisz się, tak jak zmienia się strumień, gdy skuje go lód i zasypie całun śniegu. Nie poznasz, co pod nim się kryje. – Frea oblizała łyżkę. Poziomki i borówki, polane suto miodem, pysznie smakowały. – Staniesz się inna. Ten buhaj cię nie pozna. Nie może przejść mu przez głowę nawet cień myśli, że kiedyś się spotkaliście. Ingrid przytaknęła. Zadomowiła się w siedliszczu Frei, skrytym we wnętrzu pokaźnego pagóra porosłego drzewami. Opiekunka opowiadała kiedyś, że w dawnych latach, gdy bogami byli Odyn i Thor, ktoś wzniósł tutaj budowlę z pni, zagłębioną w gruncie, a potem suto osypał ziemią. Może byli to wygnańcy, a może wojowie łakomi na dobro innych, tego Frea już nie była pewna, chociaż wydawało się, że wie prawie wszystko. Ingrid polubiła też zajęcia wypełniające dzień od świtu do zmroku. Zbieranie ziół, poznawanie ich właściwości, sporządzanie wywarów, driakwi, mieszanin. Garnce i skopce z wytworami rąk Frei zapełniały ściany skrytej w leśnej głuszy sadyby, a teraz przybywało nowych. Ingrid polubiła opiekunkę – wysoką kobietę o długich, kasztanowych włosach, szczupłej twarzy i przenikliwym spojrzeniu. Ingrid z coraz większą uwagą słuchała jej słów: wytłumaczeń, co do czego służy, a także rozważań o naturze kobiet i mężczyzn, ich sile i słabościach, charakterach i nawykach. Czasami zastanawiała się, skąd Frea to wszystko wie. Nie wyglądała już na dzierlatkę, jednak nie sprawiała wrażenia dojrzałej kobiety. Trzeba było przecież wielu lat, żeby posiąść umiejętności znane Frei. Wielu tuzinów lat… Ingrid wnet porzucała te rozważania – mówiła sobie w duchu, że zapyta o to, gdy nadejdzie właściwy czas. Gdy zemści się na Svenie. Szybko zaprzyjaźniła się z wielkimi i groźnymi psami, Czarnym i Szarym, strzegącymi samotni wewnątrz wzgórza, chociaż początkowo budziły w niej trwogę. Szary i Czarny coraz częściej okazywali Ingrid swoje przywiązanie. Zwierzęta cechował nieomylny węch. Z daleka wyczuwały przybyszów, powiadamiając o nich szczekaniem i warczeniem. 11 Niebawem Ingrid ze zdziwieniem stwierdziła, że właściwie niczego im nie brakuje. Przybywały kobiety z prośbami o radę, o leki, a niekiedy po to, żeby szczerze porozmawiać. Odchodziły uspokojone, zadowolone, szczęśliwe. Zawsze przynosiły dary – wędzone i suszone mięso, płaty tkanin, suknie, srebrne ozdoby. Przybywali też mężczyźni, starsi i całkiem młodzi, równie sowicie odpłacając się za leki i rady Frei. – Dziwisz się, że tyle wiem… – stwierdziła nagle Frea. Po raz kolejny Ingrid czuła, że opiekunka zna jej myśli. – Bardzo wiele otrzymałam w darze – kontynuowała – równie dużo sama poznałam. Ty też niebawem dowiesz się wszystkiego. Prawie wszystkiego… Wtedy, gdy dopełnisz zemsty, przyjdzie ten czas. Oczy Frei niespodziewanie błysnęły. – Wtedy już tu nie wrócę… – odpowiedziała bez namysłu Ingrid. – Nie wiem, co później ze sobą pocznę. Może ród mnie przyjmie, a może nie… Krewni Svena będą mścili się za jego śmierć. Z ręki kobiety… Odłożyła łyżkę. Skopek borówek z miodem wyjadły już do czysta. – Pewnie wyślą mnie do klasztoru, żebym pokutowała do kresu swoich dni – ciągnęła wolno. – Nie, lepiej wywędruje gdzieś daleko. Frea uśmiechnęła się lekko. Powoli pokiwała głową. – Zostaniesz popychlem, służebną dziewką w jakimś gródku albo żoną parobka? – spytała kpiąco. – Ty, córka władyki i wdowa po jarlu? Pewnie w końcu skoczysz do studni z kamieniem uwiązanym u szyi. Jeśli dokonasz zemsty, wróć do mnie. – Głos Frei zabrzmiał tak mocno, że zaniepokojony Czarny podniósł łeb. – Twój los... inny los… wypełni się do końca. Ingrid nie chciała pytać, czemu Frea mówi z taką pewnością siebie. Woda w saganku zaczęła bulgotać. Gotowały tusze zajęcze, sarninę i dziczyznę, niedawno dostarczone przez żony kmieciów. Ingrid chochlą przemieszała zawartość kociołka. Ciągle przemyśliwała o sposobie pomsty. Wiedziała, jak jej dokona. Nie wiedziała tylko, jak przyciągnie do siebie Rudego Svena. Jarl zajmował spory gród, a okazałe podgrodzie wciąż się rozrastało. Wielu ludzi z jego domeny oglądało Svena tylko na jarlowskich sądach i rzadko już zwoływanych wiecach. – Staniesz się zielarką, kobietą biegłą w pomaganiu mężom i niewiastom – stwierdziła Frea, smakując wywar. Z uznaniem pokiwała głową. Zdawało się, że znowu z łatwością odczytuje myśli Ingrid. – Wyruszysz do kasztelu tego knura i prędko znajdziesz ciżbę chętnych na twoje zioła, maści i sposoby zdobycia miłości… 12 Ingrid słuchała w napięciu. To, czego nie potrafiła wymyślić, niespodziewanie stawało się naprawdę proste. – Wielki jarl Sven zechce poznać kogoś, o kim mówi wiele niewiast, młodzików i wojów… Mądrą i urodziwą niewiastę – dodała z uśmiechem Frea. – Rozkochasz go w sobie. Ogarnięty zwierzęcą chucią stanie się twój, a jego pierwszy pocałunek okaże się ostatnim. Pocałunkiem śmierci. Sięgnęła do skrzyni z sukniami. Do tego schowanka wkładała też trzosiki z krążkami srebra, ofiarowane przez możniejszych gości. Wyjęła dwa grube mieszki i zważyła w dłoni. – Potrzebni będą pachołkowie, trzech, czterech, żeby cię strzegli. Ludzie nieulękli i sprawni we władaniu tulichem albo siekierą. Znam takich… Dużo mi zawdzięczają. Paręnaście sztuk srebra wzmocni ich przywiązanie. Czarny przeciągnął się leniwie i szeroko ziewnął. Wydawało się, ze pilnie słucha Frei. Szary ułożył się obok. Z łbem wtulonym między przednie łapy wpatrywał się w obie kobiety. Zaskomlał. Frea czule pogłaskała go za uchem. – Kiedy wyruszę? – Ingrid poczuła nagłe uniesienie. Radość ogarniającą duszę na myśl, że dokona zemsty. – Nie wiedziałam, co począć – mówiła nieskładnie. – Nocami śniłam o Haraldzie, o jego głowie zatkniętej na włóczni, o tym buhaju, traktującym mnie jak jałówkę. A ty, moja opiekunko, znalazłaś sposób. Wstała od stołu i pokłoniła się głęboko. – Nieprędko, gołąbeczko, nieprędko… – Frea wyciągała z saganka kawały mięsiwa. Wcześniej uzgodniły, że sporą część dziczyzny uwędzą na zimę. – Minie wiele dni… Zmienisz się, bo on nie może cię poznać. Musisz posiąść wiele umiejętności, aby w swoich radach stać się nieomylna. Słaba jurność w łożu – pij wieczorami moje driakwie. Jeśli twoja luba lęka się spółkowania – lubczyk, inne zioła, miłe słowa, powolne pieszczoty ją ośmielą. Pokocha spełnienie. Podała Ingrid długi nóż. Obie wzięły się za dzielenie jeszcze parujących tusz. Frea rzuciła kiedyś ze śmiechem, że żywią się jak żony jarlów. – Zmienisz barwę włosów – ciągnęła. – Sok z łupin kasztana i grzebień z ołowiu uczynią cię płomieniście rudą. Najpierw niech urosną do pasa i przesłonią twarz. Wybierz sobie nowe imię. Ingrid wcierała sól w płaty mięsiwa i nacierała je wywarem z ziół. 13 – Stanę się Freą – stwierdziła Ingrid po chwili zastanowienia. – Czerwoną Freą. Powiem moim knechtom, żeby tak o mnie mówili. Z uwagą obejrzała sztylet Haralda. Trzymała go zawsze blisko łoża i nie używała do żadnych prac. Miał posłużyć tylko do jednego – poderżnięcia gardła Svenowi. Frea wytarła dłonie w płat sukna. Przez długą chwilę milczała. Zamknęła powieki. Zdawała się wsłuchiwać w głos niesłyszalny dla innych. Szary przytulił się do nóg swojej pani. Wielki pies podniósł łeb i wpatrywał się w jej twarz. – Dobrze, wezmą cię za moją następczynię – stwierdziła za słyszalnym namysłem. Niepodziewanie się uśmiechnęła. – Narodziła się nowa Frea. Opuściła knieję, górskie wąwozy i pustelnicze życie. Nowa Frea… porzuciła życie w głuszy. Rogowym grzebieniem przeczesała włosy. Mówiła dalej, z tym samym uśmiechem, jednak głos nagle nabrał mocy: – Coś za coś… Niewiele żądam. – Słowa padały wolno. – Pomogę ci, przygotuję, zmienię. Poznasz bardzo wiele. Gdy zaszlachtujesz Svena i wrócisz, wypijesz kordiał. Puchar z nim będzie na ciebie czekał, na tym stole. Przyrzeknij. Splotła dłonie i kciukami pogładziła się po kształtnej brodzie, jakby jeszcze coś rozważając. – Przyrzeknij! – powtórzyła z naciskiem. – Wypijesz likwor aż do dna. – Co zawiera? – Ingrid zbierała myśli. Nie spodziewała się, że opiekunka zażąda odpłaty za pomoc. Dziwne. Kordiał musiał mieć wielką moc, jeżeli Frea tak stanowczo żądała skosztowania go. – Będziesz przecież czekała na mnie? – Nie lękaj się, znajdziesz mnie tutaj. Znajdziesz… Likwor nie zawiera nic złego. – Frea zmrużyła oczy. Rzuciła zwierzęce gnaty psom. – Gdy go wypijesz, poznasz wszystko. Aż do końca. *** – Mój jarlu, skosztuj tego specjału. Wzmacnia jurność. – Ingrid uśmiechnęła się kusząco. – Przed nami długa noc… Podała Rudemu Svenowi złoty kielich. Był wart wiele, bardzo wiele, może nawet ze dwie wsie, jednak Frea ofiarowała go bez wahania. – Ten wieprz będzie podziwiał drogocenną czarę, więc nie zajmie się jej zawartością – stwierdziła stanowczo. – Pewnie ci ją zabierze. Może okaże łaskę i zechce odkupić za garść 14 lichego srebra. Oglądając cenny puchar i ciebie, niecierpliwie czekając na zaspokojenie chuci, wypije wszystko bez wahania. Sven przerwał rozpinanie kaftana. Pociągnął spory łyk napoju. – Cudownie słodki… Rozkosz dla podniebienia – stwierdził, obracając naczynie. – Taka czara w wozie wędrownej zielarki? Skąd ją masz? Z widocznym smakiem upił następny haust. – Często do mojego domostwa przybywają znamienici goście z prośbami o pomoc. – Ingrid luzowała zapinki sukni. Jeszcze jedno pociągnięcie, może dwa, a napój Frei obezwładni ciało Svena. Z utęsknieniem czekała na tę chwilę. – Wręczają cenne dary. Pośpiesz się, bo długo już czekam na spełnienia twojej i mojej żądzy… Poprawiła poduszkę na wezgłowiu posłania. Leżał pod nią sztylet wraz z długim i wąskim płatem futra. Ingrid odcięła go od wilczej dery, zabranej z sadyby Frei. Gruba i gęsta sierść ubitych basiorów wspaniale nadawała się do tego, co zamierzała zrobić. Sven jednym haustem dopił resztę likworu. Przetarł oczy i potrząsnął głową. – Zaiste, godny królewskiego stołu… – stwierdził, odkładając puchar. – Powinnaś mi go ofiarować za rozkosz, którą zaraz ci sprawię. I to nie jeden raz. Mówił ospale, jakby wypowiadanie słów sprawiało mu trudność. Znowu potrząsnął głową. Niezdarnie rozpinał kolejne guzy. – Mój byczku, spocznij na łożu. Zdejmę z ciebie resztę odzienia. – Ingrid delikatnie popchnęła jarla. – Sprawdzę, słodki mój panie, czy przyrodzenie nabrzmiało ci tak, jak oboje tego chcemy. Sven posłusznie przysiadł na skraju posłania. Uśmiechał się. Ciężki złoty kielich zatoczył łuk, gdy Ingrid uderzyła nim w głowę jarla. Raz, drugi, trzeci… Zdawało się, że Sven chce wstać. Już nie mógł. Zamierzał krzyknąć, otworzył usta, jednak tylko wybełkotał coś niezrozumiałego. Wpakowany między zęby futrzany knebel zdusił słowa. Jarl zwalił się na szerokie łoże jak pień drzewa, ścięty uderzeniem topora. – Poznajesz, wieprzu? – Ingrid przesunęła sztylet przed wybałuszonymi oczyma Svena. – Zaraz cię sprawię, tak jak ty sprawiłeś mnie i Haralda. Jednak najpierw zdejmę ci odzienie. Przecież przyrzekłam… Cięła nogawice, najpierw jedną, potem drugą. Sprawnie rozpruła skórzany mieszek, chroniący przyrodzenie Svena. 15 – Będziesz wszystko czuł, capie, chociaż nie tak, jakbym chciała! – wrzasnęła dziko Ingrid. – Takiej rozkoszy, przeklęty ogierze, nie oczekiwałeś! Oderżnięte przyrodzenie zostało w dłoni kobiety. Chlusnęła krew, plamiąc jej palce. Ciało Svena wyprężyło się w męce. Oczy stały się szkliste, jakby tracił przytomność. – Będziesz wszystko czuł, przyrzekłam to sobie, jak czułam ja i Harald! – Jednym ruchem Ingrid wyszarpnęła knebel. Dźgała ostrzem w umięśnioną pierś mężczyzny. – Nie zbiegniesz w otchłań bezczucia! Mnie tego nie dałeś! Nie zbiegniesz! Wsadziła przyrodzenie Svena do jego ust, tłumiąc próbę wrzasku, a potem wolno, uśmiechając się, poderżnęła mu gardło. Broczące krwią ciało jarla zwaliło się na polepę. Jeszcze chwilę charczał. – Zabrałabym z sobą, wieprzu, twojego kutasa, a później rzuciła Czarnemu i Szaremu na pożarcie, ale pewnie w drodze zacznie śmierdzieć. – Ingrid wycierała sztylet w kaftan. – Napój smakował ci, knurze, ale moja zemsta jest po wielokroć słodsza. Wiedziała, że musi się spieszyć, zostawić wszystko, zabrać tylko konie i wiernych pachołków, a potem gnać dzień i noc, aby ujść niechybnej pogoni. Zabierała też coś, co teraz coraz mocniej ogarniało jej duszę – poczucie ukojenia. Zaspokojenia. I dziwną dla niej samej chęć stania się dawną Ingrid – kochającą żoną wybranego męża, z nadzieją oczekującą na przyjście na świat wytęsknionego potomka. *** Gdy Ingrid zobaczyła porosłe krzewami i drzewami wzgórze, jej serce przeszył dreszcz niepokoju. Strużki dymu nie wydobywały się na zewnątrz, tworząc jak zwykle szarą zasłonę, rozwiewaną przez wiatr. Psy nie wybiegły na spotkanie, radośnie szczekając i skomląc z uciechy. Ciało Frei leżało na porządnie umoszczonym posłaniu, przykryte aż po brodę grubą opończą. Wnętrze skrytej w ziemi sadyby wyglądało tak, jakby zmarła przed śmiercią doprowadziła wszystko do ładu, a potem wygodnie się ułożyła, naciągnęła okrycie i skonała. Tylko wysunięta dłoń Frei, z palcami kurczowo zaciśniętymi na figurce kobiety, psuła wrażenie spokoju. Pięknie wyrzezany w drewnie posążek przedstawiał niewiastę o foremnych piersiach z dwoma naszyjnikami na smukłej szyi. Twarz zdobił zadumany uśmiech. Obok posłania leżały oba psy. Martwe. Szary opiekuńczo trzymał łapę na barku Czarnego. 16 Frea przesunęła stół na środek izby. Stał na nim kielich nakryty spłachciem białej tkaniny. Piękny, srebrny puchar, inkrustowany misternie wygładzonymi, grubymi bryłkami jantaru. Twarz Frei wyglądała staro, bardzo staro. Siwe pasma długich włosów otulały chude i pobrużdżone policzki. Na łożu spoczywała kobieta mająca już za sobą wiele dziesiątków lat życia. Ingrid odchyliła i uniosła górną część opończy. Zobaczyła rysujące się pod suknią obwisłe piersi, zapadnięty brzuch, wykrzywione nogi, jakby kolana i łydki okazały się już za słabe, aby nieść ciężar nawet tak chudego ciała. Gdy się żegnały, Ingrid patrzyła w oczy nadal jurnej kobiety, a teraz widziała kogoś, kto od dawna miał przed sobą tylko jeden gościniec – ścieżkę wiodącą ku śmierci. Podciągnęła derkę i uklęknęła. Coś za coś… Gdy wrócisz, wypijesz kordiał. Przyrzeknij… Przyrzeknij! Ingrid nie wiedziała, czy słyszy te słowa, czy tylko powraca do nich myślami. Brzmiały wyraźnie, dźwięcznie, jakby martwa Frea przypominała o złożonej obietnicy. Napój w pucharze błyszczał złocistą barwą. Ingrid odnosiła dziwne wrażenie, że emanuje z niego jasny blask. Piła powoli, z coraz większą rozkoszą smakując każdy łyk. Czuła tylko jedno – ogarniał ją szalejący wir. Wcale nie ciemny, wcale nie przytłaczający. Kręcący się niczym dziecinna fryga jasny lej twarzy, postaci, wspomnień najróżniejszych osób, ich doświadczeń, doznań i najskrytszych tajemnic. Dwa oblicza narastały, olbrzymiały, przybliżały się. Bez trudu poznała młodzieńcze lico Frei. Drugą twarz, też niewieścią, rozmywał blask wiru. Kobieta uśmiechała się przyjaźnie. Usta bezgłośnie się poruszały. Ingrid nie wiedziała, jak długo to trwało. Straciła rachubę czasu. Gdy wir w końcu się rozwiał, wiedziała jedno – poznała wspomnienia zmarłej. Poznała umysł Frei, wchłonęła go, nasyciła nim swoją duszę. Ingrid zrozumiała, że to się już raz zdarzyło. Nie domyśliła się, że zna myśli Thargone, przekazane po śmierci. Nie pomyślała wtedy, że likwor w pucharze służy nie tylko wzmocnieniu jej ciała. Umożliwił też wchłonięcie wspomnień starej służki. Chciałam się wówczas przekonać, czy możesz zostać moją następczynią. – Ingrid z łatwością odczytała niewypowiedziane słowa martwej opiekunki. Zdawały się jak ptak szybować w powietrzu. – Czyniłam tak z wieloma kobietami i żadna nie przeszła próby. Ty tak… Gdy dokonałaś zemsty, wiedziałam, że pojawiła się moja następczyni. Wtedy 17 postanowiłam odejść. Zbyt wiele lat już minęło… Czułam się zmęczona. Zabrałam ze sobą psy. Wiernie mi służyły. Pogrzeb nas wspólnie. Ciągle napływało coś nowego, jakby Frea pragnęła na pożegnanie przekazać najistotniejsze wieści. Ty też kiedyś odejdziesz, po wielu dziesiątkach lat, a może i później – gdy wyszukasz nową Freę. Gdy nauczysz się przyrządzania tego napoju, likworu przemienienia. Przeistoczenia… Ingrid wstała z trudem. Nagle poczuła zmęczenie. Czekał ją pochówek Frei, Czarnego i Szarego. Myśli Ingrid biegły ospale, jakby umysł jeszcze nie potrafił sobie poradzić z wielością wspomnień tak znacznej liczby osób. Nie czuła się jednak źle, męczył ją tylko ogrom poznanych myśli, doświadczeń, umiejętności. Znowu nadbiegały nowe słowa. Byłam ucieleśnieniem dawnej bogini, nadal nieumarłej. Odeszła wraz ze swoim bratem i innymi bogami, gdy nadszedł czas Krysta. Bogini miłości, płodności i wojny. Opiekunka kobiet. Nie śmiałam przybrać jej imienia. Nie śmiałam…. Nieco je zmieniłam. Zabierz jej posążek, kiedyś go przekażesz komuś innemu. Zabierz, poprowadzi cię dalej, wskaże drogę do poznania sposobu tworzenia napoju przemiany. Ingrid już wiedziała – wielka bogini Freya ucieleśniła się w niedawno tak prężnym i młodym ciele zmarłej. W jej duszy i sercu. Teraz ona, zabójczyni Svena, stała się jej następczynią. Teraz Ingrid rozumiała, czemu jej opiekunka nie ośmieliła się przybrać tego samego imienia. Wyjęła posążek z palców Frei, dziwnie łatwo, jakby zaciśnięta dłoń, skuta zamrozem śmierci, bez oporu poddała się jej woli. Na skrzyni w kącie ziemianki stało lustro, piękny wytwór rąk biegłego w swoim kunszcie mistrza. Frea i Ingrid lubiły się w nim przeglądać. Teraz Ingrid z uwagą wpatrywała się w swoją twarz, szczupłe oblicze młodej i urodziwej kobiety. W zielone oczy, jakby zasnute mgiełką smutku. W pełne usta, stworzone do całowania. Coś za coś – napłynęła kolejna myśl, a może tylko wspomnienie. – Coś za coś… – Martwa już opiekunka miała rację – z dziwną dla niej samej goryczą stwierdziła Ingrid. – Nie będę już miała męża. Czułego miłośnika, któremu oddałabym ciało i duszę. Nie ucieszę się z dzieci, napełniających mnie szczęściem. Coś za coś. Coś za coś… Mocno potrząsnęła głową, a potem przegładziła rude włosy. Zmieniły barwę – nie lśniły już płomienistym blaskiem. Wyglądały, jakby nasączyła je ludzka krew. 18 – Dawna Ingrid odeszła na zawsze – powiedziała sama do siebie – i to się już nie zmieni. Niespodziewanie westchnęła. – Narodziła się nowa Frea. Czerwona Frea... Kiedyś inna kobieta mnie zastąpi. Freyo, pomóż mi! Może nie będzie musiała, tak jak ja, odciąć komuś kutasa, poderżnąć gardła i ubroczyć dłoni krwią. Może ją to ominie… Ledwie słyszalny śmiech odpowiedział na błaganie nowej Frei. Czerwonej Frei. Tylko rozbawiony, dobiegający z daleka śmiech. 19 k u i s a n a P n a m o R . s y r JASNOWIDZ Jakub Zieliński Chwilę po zaparkowaniu samochodu na skraju pola i zamknięciu drzwi, wysiadający ze środka Jacek Tokarski wzdrygnął się z zimna i zapalił papierosa. Powiódł beznamiętnym wzrokiem po skutej lodem okolicy, starając się po raz kolejny odpowiedzieć sumieniu na pytanie: Dlaczego wciąż to robi? Czemu nie zaprzestanie, odpuści? Pozostawi zmarłych ich własnym, niebezpiecznym ścieżkom? Ale jak wcześniej, tak i w tej chwili nie był w stanie odnaleźć ukojenia. Rozcierając zmarznięte dłonie, zastanawiał się dodatkowo, co ma odpowiedzieć człowiekowi, który go tu zaprosił i oczekiwał natychmiastowej pomocy. Zgasiwszy czubkiem buta niedopałek, wyciągnął z kieszeni telefon i wybrał numer, czując zarazem gwałtowne skurcze w żołądku… *** Niecałe dwanaście godzin później, przemiła gospodyni burmistrza Żarek – pani Zofia – zaoferowała Tokarskiemu pomoc przy wnoszeniu do środka bagaży i skrzyni z jego aparaturą naukową. Pomimo silnego zmęczenia i dręczącego go od tygodnia bólu karku, 20 jasnowidz zdecydowanie odmówił, niemalże wyrywając spore pudło z rąk zaskoczonej kobiety. – Miła pani, dziękuję za chęci, ale sam się tym zajmę. To bardzo drogi sprzęt. I do tego ciężki. – Chciałam tylko pomóc – dodała, cofając się przed nim, niczym przed źródłem nowej plagi egipskiej. Ciężko sapiący mężczyzna ruchem głowy wskazał na białe drzwi obok stojaka i zapytał szorstkim głosem: – Tam mam pokój? – Nie, to wejście do spiżarni. Pan będzie spał na górze, w gościnnym – wyjaśniła, uśmiechając z politowaniem, gdy taszczył po schodach kolejne walizki i inne przedmioty. – Niby taki mądrala, a jednak się czasem myli – burknęła cicho pod nosem, machając ręką w geście rezygnacji i wróciła do przygotowywania obiadu. Rozpakowywanie i ustawienie przez mężczyznę aparatu trwało do późnego wieczora. Z racji małej liczby zleceń w ostatnich miesiącach zrezygnował z pomocy asystenta i zajmował się wszystkim samodzielnie. Zagryzając w akcie gorzkiej dumy zęby, tłumaczył to sobie przejściowym kryzysem „na rynku”. Jednakże, pomimo najszczerszych chęci i swego daru, w żaden sposób nie potrafił określić dokładnego momentu, gdy ponownie wyjdzie na prostą. Teraz jednak próbował skupić się na wyznaczonym zadaniu i stojących za nim korzyściach materialnych, obiecanych przez starego przyjaciela. Przez wszystkie lata dzielące ich od ostatniego spotkania, myślał o nim wręcz jako o byłym przyjacielu, jednak zaistniałe okoliczności miały najwyraźniej zweryfikować ten status. Ustawił budzik i zamknął okno, obserwując jeszcze przez moment ośnieżone drzewa i przesiekę między nimi, wiodącą do centrum miasteczka. W tej dokładnie chwili, wszystko zdało mu się tak zwyczajne… tak proste. Czemu zatem wciąż miotały nim dawne lęki? I dlaczego, gdy przejeżdżał obok rzeki, całym jego organizmem wstrząsnęła fala spazmów i mdłości? *** Nie tak wyobrażał sobie ich spotkanie po latach. Owszem, w głosie burmistrza Stachowiaka nie było już pokładu gorzkiego sarkazmu, jakiego nie szczędził w przeszłości 21 dopiero zaczynającemu karierę znajomemu, jednak… Czuł między nimi rodzaj niewidzialnej ściany, oddzielającej realia lokalnej polityki od zjawisk paranormalnych, którym teraz zawierzał bezgranicznie. Bardziej niż najsłodszym obietnicom z ust szczerego człowieka. Nic też dziwnego, że ich powitalny uścisk dłoni był tylko pustym gestem kurtuazji, popartym serią komunałów: – Jacku! Kopę lat! Nic się nie zmieniłeś. Dziękuję ci za szybki przyjazd. – Nie ma sprawy. W końcu, czego się nie robi dla dawnych znajomych? – łgał, mając teraz przed oczyma wyobraźni listę niezapłaconych rachunków i email, w którym uzgodnili pokaźną kwotę „znaleźnego” za usługi medium. – Jak się miewa twoja żona? Acha, mam się do ciebie od teraz zwracać: panie burmistrzu? – Nie przesadzaj, po imieniu, jak zwykle. A Maria… Pytała o ciebie kilka razy, chciała o czymś porozmawiać. Ale w tej chwili jest zbyt roztrzęsiona. Bardzo to wszystko przeżywa… – Przykre – odparł sucho Tokarski, zastanawiając równocześnie, czy nie pakuje się w aferę większą niż tylko rutynowe poszukiwanie osoby zaginionej. Spojrzał wnikliwie w oczy kolegi i delikatnym ruchem głowy wskazał stojącego obok burmistrza mężczyznę, ubranego w policyjny mundur. Polityk dostrzegł jego gest i szybko przedstawił swego towarzysza. – Wybacz, gdzie moje maniery? Komisarz Piotr Brzecki. Jacek Tokarski. To właśnie o nim ci niedawno pisałem. – Miło mi poznać. Słyszałem o pana niekonwencjonalnych metodach. I współpracy z policją na Pomorzu. To prawie moje rodzinne strony, urodziłem się w Grudziądzu – stwierdził, uśmiechając się nieszczerze, na co Tokarski odpowiedział dwuznacznym mrugnięciem oka. – Pan też zatem tutaj na gościnnych występach? Muszę przyznać, Waldku, że się nieźle ustawiłeś – zażartował jasnowidz, jednak obaj rozmówcy nie podzielili jego nastroju. Po chwili niezręcznego milczenia, burmistrz zdecydował się rozładować napiętą atmosferę, zapraszając gości do swego gabinetu na wstępną naradę. *** – Piotrek zna już wszystkie szczegóły, a tobie opisałem część z nich w korespondencji. Kilka dni temu dwójka nastolatków – Anna i Maciek – wyszła ze szkoły. Piątek, ostatni dzień 22 przed feriami. Wiadomo – młodzi lubią się wyszaleć, a okazji do tego ciągle pełno. Niedaleko stąd, w Goleniowie, była tego dnia dyskoteka. Kiedy nazajutrz matka chłopaka zadzwoniła na policję, myśleliśmy że pewnie się upił i teraz boi wrócić do domu, więc został u znajomych… W niedzielę wieczorem – kolejny telefon. Dalej nic, co gorsza – nikt ich nie widział na tej dyskotece. Wysłaliśmy dwa patrole i samochód, poszliśmy z psem pod szkołę. Wilczur nie chwycił jednak tropu… Za dużo świeżego śniegu. Dopiero w poniedziałek po południu babcia jednego z ich kolegów zadzwoniła z Jaworznika po tym, jak rozwiesiliśmy wszędzie ich portrety. Widziała, jak w tamtą noc dzieciaki wałęsały się po okolicy, blisko przecinki prowadzącej w dół, do rzeki… – Rzeki? Niedobrze… – mruknął skupiony Tokarski, unosząc wzrok znad szklanki herbaty. – Macie jakieś ich zdjęcia? Albo coś, co do nich należało? – Matka Tomka powinna tu być za jakieś pół godziny – odparł włączający się do rozmowy Brzecki, do tego momentu nieobecnym wzrokiem gapiący się na śnieg okrywający parapet za oknem. Jacek zmarszczył brwi i wpatrując w zbiór trofeów myśliwskich na ścianie za plecami burmistrza, zapytał głośno: – Mówisz o jego matce. A co z rodzicami tej dziewczyny? – Rozmawiasz właśnie z jednym z nich – odparł ponurym głosem Waldek, drżącymi palcami wkładając w usta papierosa. *** Resztę wieczoru spędzili na przygotowywaniu operacji, mającej na celu zbadanie wszystkich możliwych tropów prowadzących do znalezienia nastolatków. Tokarski nie potrzebował wcale swych paranormalnych zdolności, aby wyczuć zarówno niechęć ze strony Brzeckiego, jak i wielkie zaniepokojenie Waldka, u którego pod maską zaradnego polityka ukrywał się niepokój rodzica jedynaczki. Odwiedzająca ich zapłakana matka chłopaka nie była zbyt pomocna – owszem, dostarczyła sweter i podkoszulkę, jednak wyprane tuż po jego zaginięciu. Rozmawiała przez chwilę na osobności z gospodarzem domu, wprawiając go w spore zdenerwowanie. Zamykając drzwi za kobieciną, wciąż kręcił głową z niedowierzaniem. Wyjaśnił po chwili kompanom, że ich gość wierzył w nadprzyrodzoną ingerencję topielca, wciągającego dwójkę zaginionych w wodne odmęty… – Bo to, wiecie, był drugi lutego. Matki Boskiej Gromnicznej. A dawniej też ponoć jakieś inne, pogańskie święto. Naprawdę, panowie, niektórzy ludzie stąd dalej wierzą w takie zabobony 23 *** Kiedy tuż przed północą wyraźnie znużony policjant wstał od stołu i pożegnał się ze współpracownikami, Stachowiak poczęstował jeszcze Tokarskiego odrobiną brandy i zaproponował papierosa. – Nie wiedziałem, że palisz. Kiedy zacząłeś? – To ten ciągły stres. Jak nie polityka, to utarczki z dziennikarzami i miejscowymi watażkami, którzy obejrzeli za dużo filmów o mafii. Nawet na takiej prowincji trafiają się debile. – Jak ten Brzecki? Czy znasz go równie dobrze jak mnie? – spytał podchwytliwie Jacek, przypatrując się uważnie reakcji Waldka. Ten zapewnił go spokojnym tonem o profesjonalizmie swojego współpracownika, dodając: – Wypytałem o niego przełożonych. Same dobre opinie. Ponadto w Grudziądzu zajmował się sprawami dużo większej rangi. Gość burmistrza duszkiem wypił zawartość kieliszka, nie przestał jednak spoglądać na wyraźnie podenerwowanego towarzysza. – Tylko tyle… czy może coś jeszcze? – Jacku, ufam ci jak nikomu innemu. Słuchaj, tu chodzi o moje dziecko! Nigdy w życiu nie bałem się tak bardzo jak teraz. W każdej chwili myślę, co się z nią stało, gdzie może być… Nie mogę spać, co godzinę budzą mnie koszmary. – A Maria? Jak ona to przyjęła ? – O nią boję się nawet bardziej. – Uzupełnił zawartość kieliszków i wstał od stołu, podchodząc do okna. – Od początku tygodnia prosiła Ankę, żeby nigdzie się nie włóczyła po lekcjach, wracała od razu do domu... Opowiadała mi ciągle, że słyszała od ludzi wiele niepokojących plotek o Tomku. Rozmawiała też z ich nauczycielami. Ale wszyscy ją uspokajali, że to nic takiego, pierwsza miłość, każdy to przechodził i tym podobne… – Odwrócił się w stronę skupionego Tokarskiego, ocierając łzy z kącików oczu. Nachylił się nad stołem i dotknął jego ramienia, szepcząc: – Maria chciała z tobą porozmawiać, kiedy będziesz gotowy. Mam nadzieję, że nie odmówisz jej prośbie. To może być nawet ważniejsze… – Oczywiście, Waldku, zrobię to. Dziękuję za poczęstunek, ale chyba pójdę już spać, jeśli pozwolisz. Jutro czeka nas wszystkich cholernie ciężki dzień… Na twarzy Stachowiaka pojawił się teraz cień uśmiechu – pierwsze tego rodzaju zachowanie od momentu, gdy powitał starego druha. Łagodny ton głosu jasnowidza od razu 24 przypomniał gospodarzowi najlepsze chwile z ich przeszłości, gdy – wbrew przeciwnościom losu – starali się „zmieniać świat na lepsze”. Pomyślał nawet, że być może Tokarski nigdy nie porzucił tej idei, realizując ją na własny, nieszablonowy sposób? Nie przestając się uśmiechać, poklepał gościa po ramieniu i życzył dobrej nocy. W jego sercu pojawiła się kropla nadziei… *** Po zaledwie trzech godzinach snu, pragnąc wykorzystać energię związaną z pełnią Księżyca (powodującą u niego specyficzny niepokój), Jacek włączył całą przywiezioną aparaturę. Zaspana gospodyni, obudzona przez dziwne brzęczenie i głośne stukanie, pojawiła się na progu jego pokoju krótko po trzeciej nad ranem. Widząc jednak zaangażowanie Tokarskiego w obsługę urządzenia, którego zastosowania nie pojmowała, z lękiem w sercu wróciła do siebie, zamykając drzwi na klucz. *** Punkt dziewiąta rano, zgodnie z wcześniejszym ustaleniem, w kuchni tymczasowej stancji jasnowidza zjawił się Brzecki i jego młodszy asystent, sierżant Bielik. Poczęstowani uśmiechem gospodyni i mocną kawą z odrobiną świeżego mleka, na próżno jednak oczekiwali na przyjście Tokarskiego. Przekazali więc zdziwionej Zofii próbki materiałów dostarczone przez rodziców zaginionego i pożegnali się, obiecując wrócić po południu. Do tego czasu, zaspany i podirytowany wdzierającym przez szpary w oknach chłodem, stary znajomy burmistrza zajął miejsce na krześle i podłączył elektrody do swej głowy. Sprzęt, jakim operował, we wszystkich krajach Europy Zachodniej był już od dawna uznany za przestarzały. Tokarski odkrył jednak, że tylko za pośrednictwem takiego właśnie, zmodyfikowanego aparatu, może przedstawić bardziej namacalny schemat miotających nim „wizji”. Problem polegał na tym, że powstałe w efekcie wydruki – rodzaj mapy umysłu medium – potrafił odszyfrować tylko on sam, w dodatku używając określeń przypominających naukowcom bełkot szaleńca. Wyjątkowo upartego i skutecznego szaleńca. Dał Brzeckiemu znak ręką, że jest gotowy i poprosił o wręczenie przedmiotu należącego do zaginionego. Chwytając brudną koszulę Maćka, zamknął oczy i poddał się fali szybkich, jaskrawych obrazów, wypełniających całkowicie jego czaszkę. 25 – Wyczuwam tu związek z jakąś substancją. Z płynem organicznym. Nie jestem pewien, czy jedno z nich, czy oboje mieli z tym kontakt. – O jaką konkretnie substancję chodzi? – zapytał obserwujący go uważnie Brzecki. Skupiony jasnowidz drżał lekko, a maszyna rejestrowała kolejne impulsy pracy jego mózgu. Operowała równie głośno jak zwykle, kreśląc pionowe i poziome linie, w których wszyscy zebrani mieli nadzieję ujrzeć wskazówki pomocne w odnalezieniu zaginionego duetu. – Może to tylko pot. Może sperma lub krew. Wszystkie są ciepłe i związane z ludzkim ciałem. Przynależne dla życia i wysiłku włożonego w ich przepływ w organizmie… – Mniej filozofii, więcej konkretów, człowieku! Zmarnowaliśmy już dość czasu. Czy oni żyją? – dociekał policjant, jednak indagowany gość nie miał wcale zamiaru udzielić mu jednoznacznej odpowiedzi. Nienawidził, gdy przerywano mu trans – zwłaszcza tak szorstkim i bezczelnym tonem. Na sekundę przed ocknięciem, szepnął jedynie ponurym głosem: – Krew. I lód. Krwawy lód. Obmyci zimnem, oboje. Musimy szukać na dole… niżej, jeszcze niżej! *** Pół godziny później cała trójka siedziała już w salonie gościnnym burmistrza, jedząc przygotowane przez Zofię kanapki i rozkładając zebrany do tej pory materiał dowodowy. Jasnowidz słyszał wprawdzie głos burmistrza i co chwila przytakiwał, jednakże mętnym wzrokiem wpatrywał się w przeszklony blat stolika. Starał się ignorować siedzącego obok Brzeckiego, wciąż nie będąc pewnym, jak ma go traktować. Przyjaciel czy wróg? *** Policjant najwyraźniej wyczuł emocje jasnowidza, gdyż zapytał bez ogródek: – Gdyby nie chodziło o kasę, chciałoby ci się tutaj tłuc i ich szukać? – Nie rozumiem twojego pytania. Wierz mi lub nie – robię to dla tych dzieciaków. I dla Waldka. Do tej pory pomogłem w zlokalizowaniu ponad sześciuset ciał. Samych trupów. W każdym z tych momentów, przy każdym kolejnym śledztwie miałem nadzieję, że odnajdę wreszcie żywą osobę. I wiesz co? W tym przypadku wyczuwam coś innego niż do tej pory. Bardziej wyrazisty puls. 26 *** Moment grobowej ciszy, po którym padło następne pytanie drążącego temat Brzeckiego: – Z tych wszystkich ludzi… kogo najbardziej chciałbyś ocalić? Odnaleźć żywego? Tokarski wytarł tłuste palce w chusteczkę i sięgnął do kieszeni bluzy po papierosa. Chwilę przed udzieleniem odpowiedzi przygryzł górną wargę, jakby wahając się, czy może być szczerym wobec rozmówcy. Pomyślał jednak, że ten zapewne słyszał już to i owo od Waldka, postawił więc na bolesną szczerość. – Moją żonę. Wracała z pracy, gdy rozpętała się burza śnieżna – opowiadał beznamiętnym głosem, wpatrując się w ziemię – a jej samochód wpadł w poślizg i wyłamał barierkę zabezpieczenia mostu. Początkowo znaleziono tylko pusty wóz – jej ciało porwała woda. Cały czas żyłem nadzieją, że zdołała wyskoczyć. To trwało cztery dni i noce. Nie spałem, niemal wariowałem w tej matni. Godzinę po pogrzebie zemdlałem i trafiłem na OIOM. Ponoć przez kilka minut byłem w stanie śmierci klinicznej… Ale nie, nie spotkałem jej po tamtej stronie – zakończył, uprzedzając możliwe ironiczne pytanie ze strony Brzeckiego. Na policzku Tokarskiego pojawiła się teraz łza. Policjant był jednak niewzruszony i jakby ignorując te emocje, zadał szeptem trzecie pytanie: – Oboje żyją? Jedno z nich? – Nie mogę ci jednoznacznie odpowiedzieć. Tak i nie, czarne i białe, woda i ogień. Nic nie jest klarowne w tym momencie… Przerwał, zauważając wchodzącego do pomieszczenia burmistrza, ciężko dyszącego i rozcierającego zmarznięte dłonie. Przywitał się ze współpracownikami i wyjął z kieszeni małą kartkę, wręczając ją policjantowi. – Wracam z posterunku. Jeden z twoich ludzi – ten mały, rudy – przesłuchiwał dziś staruszkę. Podobno jest lekko szurnięta... ale znalazła to na śniegu, niedaleko swego domu. Wygląda na rysunek Tomka. Jasna cholera, oni naprawdę poszli nad tę jebaną rzekę! – Schował twarz w dłonie i przez chwilę zastygł w takiej pozycji, siadając na krześle. Gdy w końcu nieco oprzytomniał, spojrzał na Tokarskiego i podetknął mu kartkę niemalże pod sam nos, niczym doświadczonemu psu gończemu. – Zbadaj to, dobrze? Proszę cię. Za pół godziny robi się ciemno, więc nie ma sensu zaczynać teraz akcji poszukiwawczej. Wyruszamy o świcie. – Dzwoniłeś do Myszkowa? Przyślą tu kogoś? – zapytał Brzecki, jednak Stachowiak 27 zaprzeczył ruchem głowy, wstając gwałtownie od stołu i nachylając się w stronę policjanta. – Załatwimy to sami. Nie potrzebuję nikogo innego. Żadnych ćwoków od roboty papierkowej. Obu wam ufam. Im – ani trochę. Rozumiecie? O ile ponury komisarz dość niechętnie przytaknął słowom gospodarza, w sercu Jacka pojawiło się nagle pełne zrozumienie dla tej decyzji. Pobudek czysto osobistych, ale i tych bardziej materialnych. Sam nie darzył gliniarzy przesadnym uwielbieniem – zbyt często starali się bowiem przywłaszczyć sobie jego zasługi. A Brzecki stał się w tym momencie głównym wrogiem medium w rywalizacji o największy sukces w całej karierze... Rozstali się w milczeniu, uzgadniając miejsce i godzinę porannego wymarszu. *** Tej nocy, Jacek Tokarski śnił o emanującym dziwnym światłem ekranie telewizyjnym i spływającej po jego powierzchni szkarłatnej cieczy. Monitor przemienił się nagle w taflę lodu, pokrywającą się z każdą sekundą kolejnymi płatkami śniegu. Odbijały się w nim wizje drzew i nadrzecznego wału ziemnego, a widokom towarzyszył szum przepływającej wody. Wszystko się przemieszczało… Nie! Zrozumiał, że dostrzega obrazy oczami ofiar, niesionych przez lodowaty prąd w dół rzeki… Przez cały czas trwania koszmaru odczuwał w skroniach wyraźny puls, wciąż obecny w ciele jednego z zaginionych. Niczym światło latarni morskiej pośród najsilniejszej burzy, niczym potężny magnes… Obudził się cały zlany potem i przez dłuższą chwilę dochodził do przytomności, wpatrując się w jaskrawą tarczę Księżyca. Chwycił za leżące obok łóżka kartkę i ołówek, walcząc z czasem o zapisanie resztek umykających myśli. Kiedy skończył notować, o
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Magazyn Histeria 2015/6 PDF
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: