Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00272 011004 7495613 na godz. na dobę w sumie
Magazyn Histeria 2016/1 PDF - ebook/pdf
Magazyn Histeria 2016/1 PDF - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Magazyn Histeria Język publikacji: polski
ISBN: 2016017777777 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> thriller, horror
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
Nowy magazyn internetowy dla fanów grozy. Naszą ideą jest promocja talentów pisarskich.
Znajdź podobne książki

Darmowy fragment publikacji:

STYCZEŃ 2016/1 magazynhisteria.pl SERCE OSKARŻYCIELEM E.A.POE GOŚĆ SPECJALNY: KRZYSZTOF MACIEJEWSKI UGRYŹĆ TOPORA dr Eliza Krzyńska-Nawrocka BEZPIECZEŃSTWO PRZEDE WSZYSTKIM KLATKA SCHODOWA|PRZEZ ŻOŁĄDEK DO SERCA TEORIA KOSZMARU|UKŁAD IMMUNOLOGICZNY TAJEMNICE ZIMOWYCH NOCY URZECZYWISTNIENI|W MROKU SEMAFORÓW WDŻ|ZAGADKA BLIŹNIACZYCH MIAST STYCZEŃ 2016/1GOŚĆ SPECJALNY:KRZYSZTOF MACIEJEWSKI SERCE OSKARŻYCIELEM E.A.POE UGRYŹĆ TOPORAdr Eliza Krzyńska-Nawrocka SPIS TREŚCI: Słowo od redakcji Wyznania Histeryka BEZPIECZEŃSTWO PRZEDE WSZYSTKIM KLATKA SCHODOWA PRZEZ ŻOŁĄDEK DO SERCA TAJEMNICE ZIMOWYCH NOCY TEORIA KOSZMARU UKŁAD IMMUNOLOGICZNY URZECZYWISTNIENI W MROKU SEMAFORÓW WDŻZAGADKA BLIŹNIACZYCH MIAST SERCE OSKARŻYCIELEM Ugryźć Topora W ŚWIĄTYNI TRYGŁAWA (fragment) Radosław Dąbrowski Magdalena Lewańska Piotr Borlik Paweł Cieliczko Damian Zdanowicz Damian Zdanowicz Norbert Góra Krystian Janik Michał Stonawski Krzysztof Maciejewski E. A. Poe Eliza Krzyńska-Nawrocka Małgorzata Saramonowicz Redaktorzy naczelni: Błażej Jaworski, Maciej Zawadzki Projekt okładki i skład: Roman Panasiuk Ilustracje: Stanislav Lament, Czarek Marciński, Roman Panasiuk, Izabela Wojciechowska Korekta: Magdalena Kucenty email: magazynhisteria@gmail.com 2 345132028435365 73 83 100 113 119126 Witajcie! Przed Wami pierwsza Histeria w 2016 roku! Jest to numer wyjątkowy m.in. ze względu na to, że pierwszy raz w historii naszego magazynu w jednym wydaniu pojawiły się dwa opowiadania napisane przez jednego autora (Damiana Zdanowicza). Wszystko za sprawą TOPORnego konkursu literackiego. Trzy finałowe teksty przeczytacie na kolejnych stronach. Gościem Specjalnym noworocznej Histerii jest Krzysztof Maciejewski, który napisał dla nas wcześniej niepublikowaną „Zagadkę bliźniaczych miast”. W związku z dwieście siódmymi urodzinami E.A. Poe przypominamy Wam opowiadanie „Serce oskarżycielem”. Oprócz opowiadań debiutantów i osób, których nazwiska pojawiały się już na łamach Histerii, znajdziecie tu również wywiad z Histeryczką Miesiąca – Justyną Lech, laureatką poprzedniego, DZIAD(Y)owskiego konkursu, autorką „Żertwę swą złóż, gdzie stare czczono bogi”. Na deser – artykuł dr Elizy Krzyńskiej-Nawrockiej pt.: „Ugryźć Topora” o autorze „Chimerycznego lokatora” i przedpremierowy fragment najnowszej powieści Małgorzaty Saramonowicz! Tyle od nas. Wracamy do prac nad marcowo-rocznicowym wydaniem. Życzymy strasznej lektury! B. Jaworski i M. Zawadzki WYZNANIA HISTERYka Justyna Lech Pochodzi z Wrocławia i być może kiedyś jeszcze tam zamieszka. Polonistka i religioznawczyni, miłośniczka zwierząt i koneserka irlandzkiej pogody. Feministka i typowa matka Polka z tendencją do przekarmiania najbliższych. Bez czytania nie wyobraża sobie życia. Drugie miejsce w DZIAD(Y)owskim konkursie, a teraz nagroda dla najlepszego tekstu numeru. Czy wysyłając opowiadanie „Żertwę swą złóż, gdzie stare czczono bogi”, spodziewałaś się takiego sukcesu? Oczywiście, przecież to doskonały tekst! Żartuję. Myślę, że każdy uczestnik miał nadzieję zająć miejsce na podium – inaczej nie wysyłałby opowiadania na konkurs. Jednak liczyłam się z tym, że konkurencja może być duża. I że jeśli tekstem numeru zostanie któreś z DZIAD(Y)owskich opowiadań, to raczej będzie to utwór z pierwszego miejsca. Dlatego taki sukces jest miłym zaskoczeniem. chciałam pociągnąć temat w Jak wyglądała praca nad tekstem? Od początku wiedziałam, że ma to być krwawa baśń z elementami słowiańskich rytuałów. Jestem z wykształcenia filologiem polskim i religioznawcą, więc stronę obrzędowości, a do tego nie mogłam oprzeć się pokusie użycia pięknych, ale już zapomnianych słów, takich jak „żertwa” czy „trzebiszcze”. Jednak ciągle czegoś mi w tekście brakowało: miałam wrażenie, że nie ma ciężaru; że jest taką sobie zabawą słowami. Dopiero później postanowiłam osadzić go w konkretnym miejscu i czasie, dodając kontekst historyczny. Sama pochodzę z Dolnego Śląska i jego skomplikowana historia wydaje mi się niesłychanie interesująca. Gdzie można przeczytać więcej Twoich opowiadań? Chwilowo niemal nigdzie, ale mam nadzieję, że to się niedługo zmieni. Jedno z moich opowiadań trafiło do listopadowej „Herbasencji”, poza tym jestem literacko związana z forum Nowej Fantastyki. Jednak nowsze teksty dopiero czekają na publikację. Pisanie to hobby czy coś więcej? Na razie jedynie hobby i nie wiem, czy kiedykolwiek rozwinie się w coś więcej. Nie chcę wróżyć z fusów, czy może – co by bardziej pasowało do „Histerii” – z wnętrzności. Piszę, bo sprawia mi to niesamowitą radość – zarówno zabawa językiem, jak i to, że mogę z pomocą literatury opowiedzieć coś o świecie. A jeśli kiedyś wyniknie z tego coś więcej, to tym lepiej. tego Z czym kojarzy Ci się słowo histeria? Przede wszystkim z Freudem i z długą, momentami zabawną historią Ta magazynowa „histeria” to dla mnie synonim jakiegoś szaleństwa, strachu, ale też wezwania do działania, nawet bezładnego. Sądzę, że to doskonałe połączenie dla opowieści grozy. I na koniec – bądź co bądź – z własnym debiutem. To wyjątkowo miłe skojarzenie. terminu. t n e m a L v a l s i n a t S . s y r BEZPIECZEŃSTWO PRZEDE WSZYSTKIM Radosław Dąbrowski Dziurawa droga przez bagna wiodła środkiem grobli. Zapach soli był tak intensywny, że czułem jej smak. Obrośnięte porostami drzewa chyliły się ku wodzie. Mgła gęstniała. Włączyłem reflektory. Widząc drogowskaz, przystanąłem, by sprawdzić na mapie, gdzie jestem. Nagle usłyszałem bulgot, a potem przeraźliwy chrzęst. Zastygłem w bezruchu. Nie dalej niż sto metrów przede mną groblę przekroczył obły, ciemny kształt wielkości ciężarówki. Co to było?! Miałem szczęście, że w „to” nie uderzyłem. Nerwowo zapaliłem papierosa. Nie pierwszy raz zostałem zesłany na zadupie tuż przed podpisaniem umowy gwarantującej poprawę warunków pracy nurków. Wiedziałem, że podczas mojej nieobecności dokument trafi do kosza. Pieprzony zarząd związku! Wycierali sobie gęby szlachetnymi frazesami, ściskając pod stołem dłonie dyrektorów lokalnych firm. Poczucie obowiązku 5 wygrało z chęcią zawrócenia i zdemaskowania spisku. Nie potrafiłem zawieść pracowników małej firemki, którzy czekali na wsparcie. Po śmierci swoich dwóch kolegów odmówili schodzenia pod wodę. Sprawa była o tyle zagadkowa, że nie działał numer telefonu, pod który kazali dzwonić. Wrzuciłem bieg. Przyhamowałem, widząc na asfalcie szeroki, ciemny ślad. Tłumnie obsiadły go owady. Dodałem gazu, opony nieprzyjemnie mlasnęły, buchnął smród siarkowodoru. Kaszlałem i przecierałem załzawione oczy. Musiałem przystanąć. Wysiadłem, żeby zwymiotować. Odwróciłem się, słysząc szczęk odbezpieczanej broni. – Ręce do góry! – Siwy mężczyzna w masce płetwonurka celował do mnie z myśliwskiej strzelby. Kompletnie zaskoczony, posłusznie uniosłem dłonie nad głowę. Nie spuszczając mnie z muszki, nieznajomy usiadł za kierownicą, zawrócił i odjechał. *** Przerażony pobiegłem w przeciwnym kierunku. Zanim zdążyłem się zasapać, zobaczyłem stalową kratownicę mostu. Pod nogami zadudniły deski. Minąłem podziurawioną kulami tablicę: „SŁONE MOCZARY Witaj w krainie najsmaczniejszych krewetek”. Niszczejące, pokryte białawym nalotem domy, stały na palach przy „głównej ulicy”, będącej przedłużeniem grobli. Choć minęła dopiero czternasta, panował szary półmrok. Zatrzymałem się przed drewnianym pałacykiem o strzelistym dachu. Dawno temu odwiedzały go pewnie tłumy amatorów wędkowania z Arkadiany, a nawet Starego Deloreanu. Pośród mlecznych oparów zdawały się rysować kontury bocznokołowców o wysokich kominach, widma murzyńskich orkiestr bezgłośnie grających ragtime, duchy dżentelmenów w melonikach i dam dzierżących koronkowe parasolki. Uniosłem dłoń ku zaśniedziałej kołatce w formie rybiej głowy, lecz nim zdążyłem zastukać, wewnątrz ktoś podbiegł do drzwi. – Co pan tu robi?! – spytał zdenerwowany, kobiecy głos. – Szukam Grega Szkunera. – Szkunera?! Pan ze związku? – Tak, Bertrand Keson. – Chwileczkę! – Za drzwiami rozległo się szuranie i łomot przesuwanych mebli. 6 Zgrzytnął zamek. Młoda brunetka stała przede mną, trzymając strzelbę. Trwożliwie rozejrzała się dookoła. – Szybko! Niech pan wchodzi. Starannie zabarykadowała drzwi. Poprowadziła mnie skrzypiącymi schodami na piętro. Elegancki niegdyś apartament zagracały sterty mebli. Przy oknie stały cztery łóżka i stół na którym leżała broń: rewolwery, karabiny oraz rakietnice. Obok pudełka amunicji, a nawet laski dynamitu. – Przepraszam, że się nie przedstawiłam: Berta Szkuner. Wymieniliśmy uścisk dłoni. Miała krzepę. – Co się tu dzieje?! Jakiś dziad ze strzelbą zabrał mi wóz! – Odjechał? – spytała z nadzieją w głosie. – Niestety. Westchnęła z ulgą. – Bałam się, że będę musiała go zastrzelić. Mąż i pozostali lepiej to panu wytłumaczą, jak przypłyną. – Czemu wypływają?! Co ze strajkiem? – Strajkiem? – Machnęła dłonią. – Pan Spinaker, ich szef, oszalał. To jego pan spotkał. – Czemu nie uciekliście? Nie wezwaliście pomocy? Pokręciła smutno głową. – Chłopcy uparli się, że muszą pomścić kolegów i ocalić zatokę, a może i całe wybrzeże. Poza tym linie telefoniczne i elektryczne są zerwane, ciężarówka ma zatarty silnik, a ucieczka pieszo nie wchodzi w grę. – Też wolałbym nie spotkać potwora, którego widziałem po drodze. Zostawił cuchnący ślad na asfalcie. Ciarki przechodzą, jak sobie przypominam. – W biały dzień?! – Tak. Odłożyła broń, zabrała laskę dynamitu i lont. – Szybko! Chodźmy! – Co się tu do cholery… – Sam pan zobaczy. Wybiegliśmy przed hotel. 7 Zbladłem, widząc, że z mgły wyłania się znajomy, upiorny kształt. Sunął prosto na nas, obrzydliwie skrzypiąc i mlaskając. Podpaliła lont. Celnie rzuciła. – Musiał przywlec się za panem. Uciekamy! Schowani za drzwiami hotelu, daremnie czekaliśmy na eksplozję. – Cholera, zgasł. Na górę! – zakomenderowała. Błyskawicznie pokonaliśmy meblowy labirynt. Otworzyła okno i strzeliła w dynamit. Wybuch był słabszy, niż się spodziewałem, ale unicestwił chrzęszczące „coś”. Z daleka usłyszeliśmy stłumione przez mgłę buczenie okrętowej syreny. – Wracają! – Po raz pierwszy jej twarz rozjaśnił cień uśmiechu. *** Pobiegliśmy na pomost. Z mgły wyłonił się niewielki holownik. Za okienkami sterówki dostrzegłem zarys męskiej sylwetki. – Greg! Spinaker uciekł! Zabrał auto pana ze związku – krzyknęła na powitanie, wskazując mnie skinieniem głowy. – Gdzie Makarel i Szyper? Brodaty mężczyzna wyłączył silnik, spuścił głowę i rzucił nam cumy. Zaczęła szlochać. Skoczyłem na pokład. Dopiero teraz zauważyłem dwa podłużne kształty zawinięte w brezent. Greg podał mi gumowe rękawice. Przerzucił na pomost wąski trap. – Pomoże mi pan? Trzeba to zrobić tak, żeby nie dotknąć ciał. Musimy je zanieść do chłodni. Skinąłem bez słowa. Berta poprowadziła nas ku postawionej na cegłach, izotermicznej budzie zdjętej z ciężarówki. Przystanęła przed blaszanymi wrotami. Głęboko nabrała powietrza i szarpnęła za klamkę. Smród uderzył mnie w twarz. Na hakach wisiały wyschnięte resztki stworów o wielkich kłach. Z niepokojąco doskonałych hybryd płaszczek i nietoperzy odłaziła płatami skóra, liniały ryby pokryte futrem, schły pozbawione pigmentu, ślepe, głębinowe węże. Ciała Makarela i Szypra złożyliśmy na podłodze. Przez ułamek sekundy zobaczyłem potwornie okaleczoną dłoń jednego z martwych nurków. Od lat zajmowałem się wypadkami przy pracy – tego rodzaju głębokie oparzenia powodował kontakt z silnie żrącymi substancjami. – Co się tu dzieje? – spytałem Szkunera w drodze do pałacyku. – Potem, potem, proszę… 8 Na ponad godzinę zniknął w łazience. W międzyczasie zapadły ciemności. Bez przerwy słychać było złowieszcze „bę, bę, bę” boi kołyszącej się na martwej fali. Berta przyniosła trzy talerze fasoli z boczkiem, suchary i whisky. Zasiedliśmy do kolacji przy świecach wstawionych w kandelabr pochodzący z czasów świetności rezydencji na palach. – Greg Szkuner. – Bertrand Keson. – Stuknęliśmy się szklankami. Rozmowę kontynuowaliśmy dopiero po opróżnieniu butelki do połowy i wmuszeniu w siebie jedzenia. Państwo Szkuner chciwie zaciągali się zaproponowanymi przeze mnie papierosami. – Niepotrzebnie pana w to wplątaliśmy. Przepraszam. – Greg potarł palcem skroń. – Alarmując związek, myśleliśmy, że to wina starego sprzętu. – A co pan myśli teraz? Wychylił jednym łykiem zawartość szklanki, po czym gestem poprosił o jej uzupełnienie. – Miesiąc temu marynarka zorganizowała manewry. Zamknęli dla żeglugi pas wybrzeża prawie do Starego Deloreanu. Całą dobę brzęczały samoloty, widzieliśmy łodzie podwodne. Nie wiem, co wyczyniali, ale raz huknęło tak solidnie, że musieliśmy wymienić część szyb. Trzy tygodnie później zamiast ryb na obiad, zaczęliśmy wyławiać paskudztwa, które pan widział w chłodni. Rumpel i Hanza pierwsi zeszli pod wodę. Nie odpowiadali na wezwania przez telefon nurkowy. Wyciągnęliśmy ich najszybciej jak się dało, ale obydwaj już nie żyli. Policjanci kazali czekać na wyniki sekcji zwłok. Wtedy zadzwoniliśmy do związku. Spinaker dowiedział się o tym i chciał nam udowodnić, że jest bezpiecznie. Osobiście zszedł wczoraj pod wodę. Z początku wszystko wydawało się być w porządku. Potem zaczął przeraźliwie krzyczeć. Natychmiast wydobyliśmy go na powierzchnię. Wrzeszczał bez przerwy, toczył pianę z ust. Nie powiedział ani jednego sensownego słowa. Pod wieczór opadł z sił i zasnął, zresztą może tylko udawał. Rano chwycił za strzelbę. Dobrze, że spudłował. Wymknął się, gdy próbowaliśmy go obezwładnić. – Co jest pod wodą?! Widział pan to? – Nie. Ubezpieczałem ich z powierzchni. Pilnowałem pomp dostarczających powietrze. Obsługiwałem wyciągarkę. – A oni? Greg westchnął ciężko. – Makarel opowiadał, że jest wielkie jak zbiornik gazowni. Wygląda jak… jak pulsująca, galaretowata szyszka, otoczona nitkami czarnej mazi. Twierdził, że jej „łuski” to 9 szybko dojrzewające larwy potworów. Podejrzewał, że nocami uwalnia ich kolejne warstwy. Po śmierci Rumpla i Hanzy ciągle o niej mówił. Często bez sensu. – Jak to bez sensu? – Zamęczał innych pytaniami, czy „matka oceanu” ich woła – wtrąciła się Berta. – Albo mamrotali coś z Szyprem o potworach strzegących wraków galeonów na dnie zatoki. – Sam pan słyszy. Mogę jeszcze jednego? – Wyjął papierosa z podanej mu paczki, pstryknęła zapalniczka. – Rumpel i Hanza zginęli podczas zakładania ładunków dookoła tego „czegoś”. Spinaker, zanim oszalał, podpiął kable. Makarel oraz Szyper połączyli je z głównym przewodem i odciągnęli na bezpieczną odległość. Chwilę po tym, gdy przestali odpowiadać, wypłynęła pława z uwiązanym do niej przewodem. Jutro musimy ją wyłowić, podpiąć kabel do detonatora, odpłynąć jak najdalej i wysadzić to coś. Niech pan obejmie pierwszą wartę. Spokojnej nocy. – Ziewnął szeroko i zachichotał, chowając się pod koc. Podzieliłem się z Bertą papierosem. Na zewnątrz coraz częściej rozległy się wysokie, przenikliwe dźwięki. Wyobraźnia natychmiast podsunęła ohydne sylwetki latających płaszczek. Kobieta zdmuchnęła świece. – Światło je przyciąga – szepnęła. – Jeśli cokolwiek się tu wedrze, albo będzie próbowało, proszę strzelać. Niech mnie pan obudzi o drugiej. Graniu boi coraz głośniej wtórował nienaturalny szum i chlupot. Od czasu do czasu rozlegał się, odległy na szczęście, brzęk tłuczonej szyby, trzask pękających desek i głuche uderzenia. Bum! Coś łupnęło w okiennice. Serce przyspieszyło. Zaschło w ustach. Dźwięk się nie powtórzył. Oblany zimnym potem, pociągnąłem prosto z butelki. Odbezpieczyłem rewolwer. Nie potrafiłem przestać wyobrażać sobie grasujących na zewnątrz bestii. Obudziłem Bertę o ustalonej porze. Ciemność w pomieszczeniu lekko się rozproszyła. Harmider na zewnątrz zaczął cichnąć. Wracający do wody ostatni, potworni maruderzy przewrócili z hukiem coś blaszanego. Szkuner wstał raźno, otworzył okno i uchylił okiennice. – Dobra jest. Holownik stoi. Zbieramy się! *** Uzbrojeni po zęby opuściliśmy pałac. Dookoła widać było ślady czarnej mazi. Starannie ich unikając, odcumowaliśmy i wskoczyliśmy na pokład. Wolno opuściliśmy przystań. – Niech pan wypatruje pławy. – Greg podał mi lornetkę. 10 Dłuższą chwilę obserwowałem martwą niczym ołów taflę zatoki. Czerwona kula unosiła się po prawej, nie dalej niż sto metrów od holownika. – Tam. – Wskazałem dłonią kierunek. Podpłynąwszy bliżej, zauważyliśmy, że pokrywają ją nitki czarnego śluzu. – Co robimy? – Berta zgasiła papierosa. Szkuner nałożył kaptur sztormiaka, zabrał bosak oraz kanister. – Spróbujemy to spalić. Niech pan przejmie stery! Jeśli zobaczycie, że coś mi się stało, dawajcie całą naprzód. Musicie odpalić ładunki! Oczy Berty wypełniły łzy, lecz powstrzymała szlochanie, skarcona surowym spojrzeniem męża. Wyszedł ze sterówki. Puścił do nas oko i zaczął rozlewać benzynę za burtą holownika. – Pława nie zatonie? – krzyknąłem przez uchylone okienko. – Nie. Powoli wstecz! Wykonałem polecenie. – Jeszcze, jeszcze. Dobra, stop! Odpalił zapalniczkę. Mocno rzucił ją ku odległej o kilkanaście metrów, oleistej plamie. Buch! Zapłonęła woda. Niebieskawe płomyki na szczęście nie sięgały burty. Greg odwrócił się do nas z uśmiechem. Triumfalnym ruchem podniósł bosak. Nagle dookoła plamy zaczęły wyskakiwać spod powierzchni latające płaszczki. Jedna, druga, trzecia! – Ogień je przyciągnął! – wrzasnęła Berta. Szkuner wywijał bosakiem, opędzając się od nisko przelatujących bestii. – Niech pani trzyma ster! – Sięgnąłem za siebie po karabin, ostrożnie wychyliłem się ze sterówki. Trudno było precyzyjnie celować w poruszające się z prędkością myśliwców maszkary. Spudłowałem za pierwszym razem. Za drugim też. Przeładowałem. Strzeliłem. Jeden z potworów opadł bezwładnie w płonącą wodę. Szkuner dosięgnął drugiego bosakiem. Wrzasnął nieludzko, gdy płaszczka spadła wprost na niego. Trzecia zanurkowała pod powierzchnię. Potrzebowałem chwili, by dotarło do mnie to, co widziałem. Berta zemdlała. Ubranie i skóra Grega dymiły. Konwulsyjnie miotająca się, kąsająca go ryba, znieruchomiała po chwili, intensywnie brocząc czarną mazią. – Pani Szkuner! Otworzyła oczy. Trzęsła się i szczękała zębami, bezskutecznie próbując coś powiedzieć. Mogłem liczyć wyłącznie na siebie. Obok nadbudówki znalazłem kilka bosaków, nałożyłem rękawice. Zdumiony swoją nadludzką siłą, błyskawicznie wyrzuciłem za burtę 11 sczepione zwłoki Szkunera i latającej płaszczki. Pława sczerniała, ale unosiła się na powierzchni. Po kilku próbach ją wyłowiłem. Scyzorykiem odciąłem od niej przewód i połączyłem jego końcówkę z detonatorem. Wróciłem do nadbudówki, ostrożnie dałem pół naprzód. Obserwowałem, jak głębiny pochłaniają kolejne zwoje kabla. Szpula rozwinęła się niemal do końca. Zastopowałem maszynę. Wyszedłem na pokład i opuściłem wajchę detonatora. *** Słup wody upstrzonej porwanym z dna odłamkami wystrzelił ku niebu. Grzmot przetoczył się nad zatoką. Po pierwszym wybuchu nastąpiły kolejne. Wysokie fale mocno zakołysały holownikiem. Miałem nadzieję, że ostatecznie załatwiłem sprawę. Podziwiałem odwagę tych, którzy bez wahania zeszli na dno, by przygotować ładunki. Przecież mogli wyjechać zaraz po śmierci Hanzy i Rumpla. Nic ich nie łączyło z tym miejscem na zadupiu, które miało do zaoferowania jedynie słabo płatną, niebezpieczną robotę. Pomściłem ich, przynajmniej tyle. Znalezionym w bakiście kocem okryłem drżącą Bertę. Mgła powoli ustępowała błękitowi. Pierwsze promienie słońca rozświetliły fale. Rozejrzałem się dookoła. Jedyną pozostałością Słonych Moczarów były resztki drewnianego mostu. Płynęliśmy wzdłuż brzegu, wypatrując przystani. Od strony Starego Deloreanu dobiegło narastające, minorowe buczenie. Hydroplan przeleciał nisko nad wodą. Wychyliłem się ze sterówki. Zacząłem machać. Błękitno-szara, wojskowa maszyna zawróciła. Lufy karabinów na skrzydłach bez ostrzeżenia plunęły ogniem. Skoczyłem do wody, zanim druga, celniejsza seria zabiła Bertę i posiekała mostek. Najwyraźniej armia zdecydowała, by nikt nie mógł opowiedzieć o tym, co zdarzyło się w Słonych Moczarach. Na próżno usiłowałem ukryć się za burtą. Trzecia seria ostatecznie załatwiła wszystkie moje sprawy. Bezpieczeństwo przede wszystkim, zwłaszcza narodowe. 12 k u i s a n a P n a m o R . s y r KLATKA SCHODOWA Magdalena Lewańska Sebastian wracał do domu. Późnym wieczorem, z knajpy, gdzie pił. Ale niewiele. Mimo to nie obyło się bez problemu. Z niedowierzaniem przetarł oczy: – No przecież wypiłem niewiele! Stał przed bramą, a właściwie przed dwiema identycznymi bramami i w tym właśnie tkwił ów problem. Sąsiadka, starsza pani, wyprowadzała jamnika. Pies sikał na latarnię. – Nie jest pan pijany, sąsiedzie? – spytała. – Trzeźwy? – Jak świnia, jeśli mi wolno użyć tego określenia. – Ale widzi pan dwie bramy? – Identyczne. Jedna obok drugiej – przyznał i zainteresował się: – Skąd pani wie? – Znam się na tym. 13 Pies przestał sikać, powęszył i szarpnął się na smyczy. – Duduś potrzebuje ruchu przed snem. Do końca ulicy i z powrotem. Zaraz wracam. Wejdziemy razem. Pan na mnie poczeka, bo... Niecierpliwy jamnik pociągnął ją w mrok zaułka. Sebastian wzruszył ramionami. Dlaczego miałby czekać, aż jakiś Duduś się wybiega? Sytuacja wydawała się prosta: jedna brama prowadziła do klatki schodowej, druga natomiast była złudzeniem zmęczonych oczu – projekcją na ścianie budynku. – Jabłuszko, truskawka i śliwa, ta brama być musi prawdziwa – odliczył i wyciągnął rękę w stronę klamki, na którą padło. – No, proszę, udało się! Wszedł. Drzwi zatrzasnęły się za nim z ogłuszającym łomotem. Wewnątrz panowały nieprzeniknione ciemności. Sebastian obmacywał ścianę. Gdzieś tu powinien być przełącznik. Może wyżej? Może niżej? Może dalej? Potknął się o pierwszy stopień. Aua! Wpełzł na czworakach na półpiętro. Zadudniło na schodach. Ktoś zbiegał w szalonym tempie. Sebastian nie zdążył cofnąć dłoni. – Aua! Właściciel ciężko obutej nogi nie zatrzymał się. – Co za idiota czołga się po ciemku? – burknął Sebastian i potruchtał na dół. Nagle usłyszał pstryknięcie przełącznika i prawie jednocześnie łomot zatrzaskiwanej bramy. Zajarzyła się żarówka. Zgasła po paru sekundach, chłopak zdążył jednak zarejestrować w pamięci położenie przełącznika na pierwszym piętrze i ruszył po ciemku w tamtym kierunku. Trzymał się poręczy i stawiał ostrożnie stopy. Liczył stopnie. Stanął na dziewiątym, gdy gdzieś na wyższej kondygnacji rozległ się wrzask. Trwał dwie sekundy i umilkł. Cisza. Nie otworzyły się żadne drzwi, nie odezwały się zaniepokojone głosy sąsiadów. Sebastian podjął wędrówkę. Myśli miał zajęte wrzaskiem i brakiem reakcji mieszkańców – zapomniał o liczeniu schodków. Gdy się skończyły, puścił poręcz, wyciągnął rękę i szurając nogami, żeby nie potknąć się o coś, ruszył przed siebie. Trafił dłonią w przełącznik. Pstryk i zaświeciła się żarówka. Cały, przed chwilą jeszcze pusty podest, pomiędzy mieszkaniem z lewej a tym z prawej, roił się od ludzi. Sebastian nie znał nikogo z tłumu. Wszyscy stąpali cicho w filcowych bamboszach. Ci, którzy wychodzili z mieszkania po prawej, nieśli parujące naczynia kuchenne: garnki, rondle i patelnie. Znikali w ciemnej czeluści lokum po lewej stronie, skąd wychodził skierowany w odwrotnym kierunku strumień niosących mięso: ogromne, krwawe ochłapy ze sterczącymi gdzieniegdzie kośćmi. 14 – Dobry wieczór – witali Sebastiana, ale nikt się nie zatrzymał z wyjątkiem jednej kobiety. Stanęła przed nim. – Światło zgaśnie za dwadzieścia sekund. Niech pan się lepiej pośpieszy. Nieznajoma w obu dłoniach trzymała serce i chyba płuca. Przyciskała organy do bluzki. Na jednym guziku zawisły jakieś różowobiałe, wilgotne włókienka. Sebastian pośpieszył się, ale choć przeskakiwał po parę stopni, nie zdążył na następne piętro. Spadła na niego ciemność i zatrzymała gdzieś pomiędzy pierwszym, a drugim piętrem. Jak poprzednio, tak i teraz, uchwycił wzrokiem położenie następnego przełącznika. Stał bez ruchu. Nasłuchiwał. Cisza. W myślach analizował zapamiętany obraz. Pusty podest, na ścianie przełącznik. Tak jak piętro niżej. A potem: skąd wzięli się nagle ci wszyscy ludzie? – Kanibale! – podpowiedziała podświadomość. Tchórzliwa, zabobonna podświadomość. Co zobaczy teraz, gdy znów zrobi się jasno? Sebastian niechętnie podjął wędrówkę. Skończyła się poręcz, skończyły stopnie, dosięgnął przełącznika. Pstryk. Jasno. Pusto. Cisza. Rozejrzał się. Klatka schodowa wyglądała jak zawsze. Zwyczajnie. Po lewej stronie na drzwiach wizytówka: „Klimczak”. Sebastian zamieniał czasem parę uprzejmych słów z profesorem Klimczakiem, słynnym psychologiem. Zgasło światło. Pstryk. Jasno. Pusto. Cisza. Po prawej stronie mieszkają Mellerowie. Nic się nie zmieniło. Sebastian zaczął się odprężać. Zgasło światło. Pstryk. Jasno. Pusto. Cisza. Sebastian stał niezdecydowany. Iść w górę, czy zejść piętro niżej i sprawdzić, czy znów pojawi się ten cichy, makabryczny pochód? Zgasło światło. Pstryk. Jasno. W otwartych drzwiach po lewej stał profesor Klimczak. W ręce trzymał procę. – Dobry wieczór, panie profesorze! Psycholog zmierzył Sebastiana chłodnym spojrzeniem, wycelował w niego zabawkę: – Spierdalaj gnoju – wysyczał. Uniósł widełki, strzelił i roztrzaskał żarówkę. Drugi pocisk trafił Sebastiana w czoło. Trzeci w szyję, czwarty w ucho. Następne 15 padały jak grad, trafiając w różne części ciała uciekającego chłopaka i stukając o drewniane stopnie. Sebastian potykał się, padał, czołgał. Kanonada ustała, gdy znalazł się za zakrętem. Podczołgał się do kolejnego pietra. Nie odważył się wstać, by sięgnąć do przełącznika. Skóra piekła go w wielu miejscach, nie był jednak poważnie ranny. Bardziej zabolało go obraźliwe, pełne nienawiści zachowanie profesora;, tego przemiłego przecież, trochę nieśmiałego pana starej daty. Co tu się działo u licha? Już tylko dwie kondygnacje dzieliły Sebastiana od własnego mieszkania. Postanowił przemierzyć je po omacku. Chwycił poręcz i natychmiast ją puścił, gdy poczuł drganie. Oparcie brzęczało jak szyny, gdy zbliża się pociąg. Dźwięk wzmógł się, coś zjechało w szalonym pędzie, powiew powietrza rzucił Sebastiana o ścianę. Podparł się dłońmi i zaraz odskoczył z obrzydzeniem, bo zagłębiły się w jakiejś cuchnącej mazi. Wytarł je o podłogę. Pragnienie znalezienia się we własnych czterech kątach przesłoniło wszelkie inne myśli. Pełzł środkiem schodów, nie próbował już zapalać światła. Dusząca woń przyprawiała go o mdłości, ból i zawroty głowy. Bał się stracić przytomność. Parł naprzód. Gdzie ja jestem?, przestraszył się w przebłysku świadomości. To nie jest mój dom, to nie jest moja rzeczywistość! Przerażenie uderzyło go w żołądek jak pięść. Zwinął się z bólu i krzyknąłby, ale przerażenie zaparło mu dech w piersi, zasznurowało krtań. Serce tłukło o żebra i przeponę, jakby miało eksplodować. Mózg usłużnie zwizualizował myśl: przywołał pod powieki klatkę schodową zachlapaną krwią, krwawe fragmenty tkanki rozpryśnięte i spływające po ścianach. Sebastian zobaczył siebie rozerwanego na strzępy, kończyny i głowę nie połączone korpusem – bo korpusu już nie było – zsuwające się, turlające po schodach. Widział rozwarte grozą oczy, ciągle świadome tego, co się stało. Przez długie minuty leżał skulony, w każdej sekundzie spodziewał się straszliwego końca. Nic się nie działo. Serce stukało coraz spokojniej. Gdzieś cicho grało radio. Na wyższym piętrze marudził dziecięcy głosik. Burczał odkurzacz. Zaszczekał pies i zaraz ucichł, bo ktoś zawołał: „Leżeć Bubu, spokój!”. Wszystko było jak zawsze – zwyczajne. Sebastian odprężył się. Co go właściwie tak przestraszyło? Ludzie z garnkami, którzy przechodzili z jednego mieszkania do drugiego? Co w tym dziwnego, że sąsiedzi odwiedzali się? Że częstowali się potrawami? Co z tego, że trafił rękami na zabrudzoną akurat w tym 16 miejscu ścianę? A mięso? Mięso? Czy rzeczywiście widział mięso, jakieś ochłapy? Ile można zobaczyć w ciągu paru sekund jasności, żeby zrozumieć, co się widzi? – Sto lat, sto lat! – odezwał się śpiew skądś z dołu. Oto odpowiedź, ucieszył się Sebastian. Na dole odbywa się przyjęcie urodzinowe. Wnoszono potrawy, a wynoszono jakieś przedmioty, żeby nie zawadzały w niewielkim mieszkanku. A profesor Klimczak? Może żartował? Może zachował się tak niecodziennie w ramach eksperymentu psychologicznego? Sebastian znów wsłuchał się w otaczającą go ciemność. Nadal nic się nie działo. Gdzieś cicho grało radio, a może telewizor. Marudził dziecięcy głosik. Burczał odkurzacz. Zamiauczał kot. Gdzieś wyżej trzasnęły drzwi. Kroki. Znów drzwi. Kobiecy głos: „Zapomniałeś zabrać śmieci!”. Mężczyzna: „To podaj”. Kroki, ktoś zbiegał po schodach. Wszystko było jak zawsze – zwyczajne. Uff… Tylko dlaczego… Dlaczego ten sąsiad nie zapalał światła? A jednak biegł tak pewnie... Kroki dudniły coraz niżej. Zaraz tu będzie. Stratuje mnie, pomyślał Sebastian i zaczął wstawać. Jedną ręką podparł się o ścianę – suchutką, zwyczajną ścianę, drugą akurat zmacał poręcz, gdy zbiegający znalazł się w tym samym miejscu. Kroki zadudniły na schodach, na których stał Sebastian, a on, choć zastawiał całą przestrzeń od poręczy po ścianę, nie poczuł nic. Ani zderzenia, ani szturchnięcia, ani nawet powiewu powietrza.... Nic. Ze wszystkich mieszkań buchnął śmiech, złośliwy, rozbawiony rechot, a chłopak zrozumiał, że został oszukany. Nic nie było jak zawsze. Najbliżej miał do własnego mieszkania, zaledwie parę kroków. Przemierzył je po ciemku. Dotknął drzwi, przesunął po nich dłonią. Tak, tu mieszkał – rozpoznał metalowy uchwyt kołatki; on jeden miał na drzwiach kołatkę. Z kieszeni wygrzebał klucz, zmacał palcem dziurkę i w tej samej chwili ból przeszył mu palec. Powietrze zadrżało brzęczeniem, wściekłym brzęczeniem setek os. Odskoczył z okrzykiem, upuścił klucz. Uciekał. Po ciemku, na oślep, schodami w górę, potykając się i padając, czołgając na brzuchu lub na czworakach. Gdy natrafiał na podłogę podestu, nie miał już pojęcia, czy znajduje się na półpiętrze czy piętrze, ani na którym. Wreszcie, gdy zabrakło mu sił, zwolnił i wstał. Nikt go nie gonił. Po lewej stronie powinna być ściana. Wysunął rękę na wysokość ramienia. Szedł dalej, aż natrafił na przełącznik. Pstryk. Jasno. 17 Na stopniach siedzi młoda kobieta. Patrzy na Sebastiana pięknymi, smutnymi oczami. Sebastian znał tę dziewczynę, to była jego dawna sąsiadka, Marta. Mieszkali drzwi w drzwi, a potem... Kobieta uśmiechała się, przyciskając dłoń do szyi. Spomiędzy bladych palców sączyła się krew. – Jesteś ranna! – To nic – odpowiedziała ona. – Wezwę pogotowie – odparł Sebastian, zdziwiony, że dotychczas nie pomyślał o telefonie. Wsunął rękę do kieszeni. Wymacał smartphone’a. Ratunek. Połączenie z realnym światem. – Nie trzeba. Najważniejsze, że tu jesteś. Usiądź koło mnie. Sebastian usiadł. Światło nie gasło. – Nie widziałem cię od roku. W twoim mieszkaniu mieszka ktoś inny. Nie pożegnałaś się. – Sebastian... Jak dobrze, że tu jesteś. Jeszcze w kieszeni nacisnął przycisk i wyciągnął jarzące się blado urządzenie. Z ekranu patrzyły na niego smutne, piękne oczy Marty. – Nie uda ci się nigdzie zadzwonić – rzekła głosem zniekształconym przez mikrofon. Marta, siedząca obok, milczała. Marta w telefonie przyciskała dłoń do szyi. Spomiędzy palców sączyła się krew. – Jesteś ranna – załkał Sebastian. – To nic – odpowiedziała Marta w telefonie, odejmując dłoń od szyi. Odsłoniła w ten sposób długą, czerwoną szramę. Z taką raną nie można było żyć. Marta to wiedziała i odchylała głowę, rozwierając cięcie szerzej i szerzej. Telefon wypadł Sebastianowi z ręki, uderzając ze stukiem o schody. Telefon i coś jeszcze, coś znacznie cięższego toczyło się w mroczną otchłań. Sebastian odwrócił się ku Marcie. Dziewczyna nie miała głowy. Sebastian nie czuł już strachu, a jedynie rozpacz, bezbrzeżną rozpacz. Światło wciąż nie gasło. Sebastian zszedł na półpiętro, otworzył okno i wyskoczył na ulicę. *** Wokół ciała zebrało się parę osób. – On jeszcze żyje – zawołał ktoś i zadzwonił na pogotowie. 18 Podeszła starsza pani z jamnikiem na smyczy. Przykucnęła przy rannym. – Dlaczego pan nie poczekał, aż wrócę? – spytała. Pies chłeptał świeżą krew. 19 k u i s a n a P n a m o R . s y r PRZEZ ŻOŁĄDEK DO SERCA Piotr Borlik Stał przed otwartą szafą i zastanawiał się, w co ubrać mamę. Zdołał już przemóc nieśmiałość względem jej nagości, lecz kobieca garderoba wciąż stanowiła dlań wielką tajemnicę. Sukienki, spódnice, żakiety, bluzeczki, kamizelki, nie wspominając o mnogości wzorów i kolorów, od kilku tygodni spędzały mu sen z powiek. Skąd miał wiedzieć, czy koszula z żabotem pasuje do sztruksowych spodni, a luźna sukienka w maki nie powinna zostać uzupełniona przyciągającym oczy dodatkiem? Przynajmniej tu nie pozostawiono mu wyboru – mama dawno spieniężyła większość biżuterii, pozostawiając sobie jedynie dwie pary pozłacanych klipsów z ciemnozielonymi kamieniami. 20 Ostatecznie zdecydował się na grantową sukienkę. Zdjął ją z wieszaka i ostrożnie przebrał rodzicielkę z nocnej koszuli, po czym cofnął się o krok i przyjrzał krytycznym okiem. Niestety, ostatnimi czasy mama znacznie schudła, przez co wszystko wisiało na niej jak na wieszaku. Nie, żeby za życia była otyła, po prostu sprawiała wrażenie jakby bardziej… kościstej. To była jego wina. Nie opiekował się nią prawidłowo, zaniedbał regularne przynoszenie pełnowartościowych posiłków. Mama zawsze powtarzała, że najważniejsze to zjeść porządne śniadanie. Była idealną rodzicielką. Przykładała szczególną wagę, by podawać jedzenie o stałej porze, codziennie przyrządzając pożywną porcję owsianki. Ktoś mógłby pomyśleć, że trąca to monotonnością, ale nie, nic z tych rzeczy. Płatki gotowane na mleku, na wodzie, na ciepło i zimno, z jogurtem – a to dopiero początek! Do tego dochodziły wszelakie dodatki – banan, maliny, siemię lniane, odtłuszczone kakao, miód albo jego ulubione tarte jabłko i szczypta cynamonu. Na samą myśl poczuł, jak cieknie mu ślinka do ust. Z czułością pogłaskał mamę po nieco zapadniętym policzku i ruszył do kuchni, by przygotować dwie porcje owsianki. Bose stopy nieprzyjemnie kleiły się do wyłożonej terakotą podłogi. Spojrzał na lodówkę, na drzwiach której poprzyczepiał taśmą klejącą widokówki z ich wspólnych podróży. Mama latem zawsze zabierała go do nadmorskiego kurortu, gdzie spędzali całe dwa tygodnie. Kołobrzeg, Ustka, Mielno… Aż łezka kręciła się w oku. Kobieta zawsze dbała o niego, smarowała plecy kremem, czuwała, gdy wchodził do wody, nawet kupowała potrawy przyrządzane przez niego z mokrego piasku. Razem z nim wymachiwała plastikową łopatką, by dokopać się do wody. Może powinien ją gdzieś zabrać? Będzie potrzebowała nowego stroju kąpielowego, wszak niegdyś pokaźny biust prawie całkowicie zanikł, a biodra straciły w obwodzie. Tylko jak tu dobrać odpowiedni rozmiar? Westchnął w zadumie i otworzył szafkę z garnkami. Tu niestety czekało go rozczarowanie – półki były puste. Rzucił wzrokiem na zalegające w zlewie naczynia i aż się wzdrygnął. Ze wszystkich obowiązków domowych najbardziej nie cierpiał zmywać. Przez moment rozważał, czy dla śniadania warto się poświęcić i zakasać rękawy, czy też wytrzymać o pustym brzuchu. Po chwili jednak przypomniał sobie o mamie, cierpliwie czekającej na smaczną owsiankę. Zdecydował się na kompromis – za zakupami także nie przepadał, ale lepsze to niż zmywanie brudnych naczyń. Jutro. Pozmywa jutro. – Skoczę do sklepu – oznajmił, wkładając buty. 21 Nie odpowiedziała, co odebrał jako zgodę na skorzystanie z maminego portfela. Wciąż miał problemy ze znalezieniem pracy, ale na szczęście jej limit debetowy pozwalał na zakup podstawowych produktów. – Może po drodze wpadnę do Ali, ale to jeszcze zobaczę – skłamał na odchodne. Mama od dawna wspominała, jak to marzy o wnuczku, więc pewnie się ucieszy, że ma dziewczynę. Drobne kłamstewko nie zaszkodzi. Ostatnio wprawdzie była mniej rozmowna, lecz on dobrze wiedział, że co wieczór modli się o rozkosznego bobaska, którego będzie mogła rozpieszczać. Przynajmniej jego słowa sprawią kobiecie przyjemność. W sąsiedztwie miał Biedronkę i piętrowe centrum handlowe, gdzie nie dość, że ceny były niskie, to liczbą asortymentu przebijali wszystkie okoliczne sklepiki. Nie przepadał jednak za supermarketami, w których spotykał stanowczo zbyt wielu ludzi. Wolał przewietrzyć umysł i przejść nieco dalej, by wesprzeć interes pani Aldony, tak narzekającej na nieuczciwą konkurencję. Poza tym nie mógł wrócić zbyt szybko do mieszkania, jeśli chciał sprawiać wrażenie, że rzeczywiście spotykał się z Alą. *** Odkąd pamiętał, pani Aldona zawsze wyglądała tak samo. Krótko obcięte włosy w odcieniu wściekłego pomarańczu, intensywny makijaż i to wrogie spojrzenie, jakby każdego klienta podejrzewała o potworne zbrodnie. Jedyne zmiany w wyglądzie widoczne były na podbródku kobiety, który z podwójnego rozrósł się w potrójny, lekko kołyszący się przy każdym ruchu. – Dzień dobry – rzucił, wchodząc do sklepu. Nad głową usłyszał irytujący odgłos dzwoneczka, nieodmiennie towarzyszący przekroczeniu progu. Od dziecka dźwięk działał mu na nerwy, uniemożliwiając przemknięcie do środka sklepu niezauważonym. Skromne kieszonkowe nie pozwalało mu wzbogacać drugiego śniadania andrutami czy gumą Turbo, toteż musiał pomagać sobie drobnymi kradzieżami. Przez ten cholerny dzwoneczek zawsze błąkał się między półkami dobre kilkanaście minut, czekając na kolejnego klienta, który przejmie wzrok wścibskiego babska. Wystrój sklepu na wzór swojej właścicielki nie szedł z duchem czasu. Kobieta nie uległa powszechnej modzie, by odmalować mu ściany lub choćby zamiatać kurz ze wszystkich półek, nie tylko tych na wysokości wzroku. Niemniej pani Aldonie należały się słowa uznania za wyjątkową umiejętność upychania towaru w każdym możliwym zakamarku, dzięki czemu w ofercie miała praktycznie wszystko, co tylko człowiek mógł sobie wymarzyć. 22 – Panie Mireczku, a jak tam małżonka? – Usłyszał jej szorstki głos, gdy zwracała się do innego klienta. – Dawno do mnie nie zachodziła. – Umarła w zeszłym roku – odpowiedział niewzruszony mężczyzna, jakby rozmawiał o prognozie pogody na nadchodzący tydzień. Pani Aldona odchrząknęła i podała przez ladę siatkę z zakupami. – To będzie dwadzieścia złotych i osiemdziesiąt groszy. Że też nie mogła być taka rozmowna dwadzieścia lat temu. Pewnie przeczytała kilka książek o obsłudze klienta. Kiedyś milcząco wbijała niechętny wzrok w każdego, kto zaszedł do jej sklepu, patrząc mu na ręce, podczas gdy teraz każdy mógł spokojnie napychać kieszenie czym popadnie. – Mogę być winna końcówkę? – Jej głos nagle zabrzmiał słodko niczym śpiew ptaków. Pan Mirek odmruknął coś potakująco. No no, pani Aldona rzeczywiście nauczyła się marketingu, w efekcie czego właśnie zainkasowała całe dwadzieścia groszy napiwku. On będzie musiał być czujny, by nie naciągnęła go w podobny sposób. Na wszelki wypadek schował do kieszeni kurtki dwa odświeżacze toaletowe i kuchenną gąbkę. Teraz nawet jeśli zostanie złapany na handlową sztuczkę, to i tak będzie do przodu. Garnki na półce niczym się od siebie nie różniły, toteż wziął najtańszy i spokojnym krokiem podszedł do kasy. Pan Mirek z siatką pełną towaru skinął głową w jego kierunku, po czym ruszył w stronę wyjścia. Dzwoneczek nie omieszkał wszystkich o tym poinformować. – O, Jacuś, jak miło cię widzieć. – Wypowiedziane słowa nijak nie pasowały do wyrazu jej twarzy, która zdawała się wołać „Czego, śmieciu?!”. – Co, mama garnek przypaliła? Skinął głową, unikając spojrzenia sprzedawczyni. – Swoją drogą dawno jej nie widziałam. Co u niej? Wszystko w porządku? – Umarła w zeszłym roku. – Przez chwilę patrzył na nią z grobową miną, po czym rozciągnął wargi w uśmiechu. – Żartowałem, chciałem nawiązać do wcześniejszego klienta. Kobieta parsknęła przez nos i zacisnęła usta. Wyrwała rondel z jego ręki, jakby chciała go nim zdzielić. Na wszelki wypadek odsunął się o krok. – Coś jeszcze? – spytała, cedząc słowa przez zęby. – Piętna… – Płatki owsiane – wszedł jej w słowo. – Tylko nie błyskawiczne, bo mama mówi, że są do niczego. Ma pani górskie? – A co mam nie mieć? Łącznie dziewiętnaście złotych i piętnaście groszy. 23 W maminym portfelu znalazł jedynie dwudziestozłotowy banknot i karty płatnicze. Pani Aldona wycwaniła się i nie przyjmowała płatności kartą, więc został skazany na gotówkę. Ale był dobrze przegotowany na pertraktacje. – Mogę być winna…? – rzuciła pewna siebie, nie wyliczając nawet dokładnej kwoty. – Nie. Spojrzenie, którym go obrzuciła, dało mu jasno do zrozumienia, że nie ma po co więcej tu przychodzić. Nie zamienili ani słowa więcej, ale czuł się w pełni usatysfakcjonowany. Utarł nosa babsztylowi żerującemu na mieszkańcach okolicznych bloków. Gdyby nie fakt, że nie było jeszcze południa, a mama czekała na obiecane śniadanie, to z chęcią wypiłby za zwycięstwo. *** Czekała tam, gdzie ją zostawił. Leżała przodem do telewizora, choć twarz opadła jej na poduszkę. Albo była bardzo zmęczona, albo nieuważnie ułożył pozbawioną włosów czaszkę, skazując mamę na nieplanowaną drzemkę. Chcąc jak najszybciej przypodobać się rodzicielce, włączył palnik i położył na nim nowy garnek. Niestety czekała go kolejna przykra niespodzianka – mleka wystarczyło zaledwie na jedną porcję. Powinien był przed wyjściem na zakupy sprawdzić zawartość lodówki, ale najważniejsze, że mama nie będzie już głodna. Mieszając łyżką zawartość garnka, ponownie zaczął rozważać pomysł wspólnego wyjazdu. Czemu nie? Założy rodzicielce słomiany kapelusz, ubierze ją w długi rękaw i dresowe spodnie, w efekcie czego nikt nie zauważy tej chwilowej niedyspozycji. Znowu spędzą miło czas. – Wolisz bardziej czy mniej rozgotowane? – krzyknął w kierunku pokoju, choć dobrze wiedział, że mama woli gęstszą konsystencję. Po cichu liczył na rozmowę, ale widocznie wciąż była obrażona za pozostawienie w niewygodnej pozycji. Zaraz mu wybaczy. Zobaczy cieplutką, pyszną owsiankę posypaną płatkami kokosowymi, to od razu polepszy jej się humor. Potem wspólnie coś obejrzą i będzie jak dawniej. Podbudowany tą myślą zdjął garnek z palnika, po czym rozejrzał się i zaklął cicho pod nosem. Na śmierć zapomniał o kupnie miseczek, których również zabrakło wśród czystych naczyń. Nie wróci przecież do pani Aldony, zresztą ta pewnie i tak ze złości zamknęła sklep i poszła wyżyć się na kotach. 24 Z duszą na ramieniu ruszył do salonu. Może widok smakowitego śniadania zrekompensuje mamie brak odpowiedniego naczynia. Jedzenie owsianki prosto z garnka nie było niczym przyjemnym, ale przecież nie mogła oczekiwać, że będzie skrobał te ohydne, brudne garnki i talerze w niedzielny poranek! – Mamuś, przygotowałem pyszne śniadanko. Nie czekając na odpowiedź, postawił rondel na stoliku, złapał ją za ramiona i delikatnie podciągnął do pozycji siedzącej, opierając bezwładną głowę o oparcie. Zdawało mu się, że coś strzyknęło jej w kościach. – Przepraszam, że nie w miseczce, ale za to zobacz, czym posypałem. Nabrał pełną łyżkę owsianki i ostrożnym ruchem włożył jej do otwartych ust. Większość spłynęła po kościstej twarzy, brudząc ubranie i kanapę. Zaklął w myślach, ale ze stoickim spokojem wytarł dekolt kobiety chusteczką i nabrał drugą łyżkę. W takim skupieniu obserwował owsiankę, starając się zmieścić wszystko pomiędzy wargami, że zauważył ruch dopiero, kiedy wyschnięta ręka dotknęła jego dłoni. – Mamo? – Odruchowo odskoczył, upuszczając łyżkę, która z brzękiem potoczyła się po podłodze. – Jakim cudem… – Kożuch, kurwa! – krzyknął trup, wycierając brodę. 25 k u i s a n a P n a m o R . s y r TAJEMNICE ZIMOWYCH NOCY Paweł Cieliczko Trudno sobie wyobrazić piękniejszy widok niż podalpejskie niemieckie miasto kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia. Przekupnie oferują świąteczne prezenty i ozdoby, tłumy przechodniów ciągną pomiędzy straganami stylizowanymi na góralskie chatki, choinki rozświetlają kolorowe lampki, a dachy domów opatula śniegowa pierzynka. Do tego jeszcze dobiegające zewsząd dźwięki najpiękniejszej kolędy świata – „Cicha noc”, lodowe sople wiszące malowniczo pod rynnami oraz rozchodzące się wokoło cudowne aromaty cynamonu, goździków, szafranu i sosnowych igieł. Tak zapamiętałem moje ukochane zimy spędzone 28 czterdzieści lat temu w Monachium, podobnie wygląda świąteczny czas na wiedeńskim Praterze u progu 1944 roku. Pięćdziesiąt lat mija od ostatniej dobrej zimy w moim życiu. W 1894 roku mieszkałem w Monachium, miałem wtedy niespełna trzydzieści lat, nie musiałem troszczyć się o rodzinne majątki, nie musiałem spełniać niczyich oczekiwań, mogłem zostać artystą. Wszystkie drogi stały przede mną otworem. To był czas, gdy wszystko było jeszcze możliwe i nic nie zostało jeszcze przesądzone. To była ostatnia taka zima w moim życiu. Dlatego tak bardzo lubię Wiedeń zimą, bo przypomina mi Monachium tamtej zimy, kiedy nikt nie słyszał o Hitlerze, a określenie Polak znaczyło tyle co artysta, było przepustką do najlepszych lokali i afrodyzjakiem, działającym na najpiękniejsze dziewczęta. Tamtego cudownego czasu nikt mi nie podarował. Musiałem zań zapłacić bardzo wysoką cenę. By poczuć się przez chwilę wolnym człowiekiem, odrzuciłem to, co oferowało mi moje szlachetne urodzenie. Myślę czasem, że może właśnie wtedy, ponad pół wieku temu, zgrzeszyłem tak ciężko, że wszystko, co się potem wydarzyło, było tylko karą za tę pierwszą winę, za ten grzech rodem ze Starego Testamentu. Nikt nie ma wszak prawa do zmieniania boskich planów, nikt nie może bezkarnie rezygnować ze swego pierworództwa. Ja swojego nawet nie sprzedałem za miskę soczewicy, jak Ezaw Jakubowi, ja jeszcze dopłaciłem by przekazać je Ignacemu. Ojciec długo się wahał, zanim dał wiarę moim zapewnieniom, że młodszy brat będzie najlepszym dziedzicem starożytnego nazwiska, tytułu i majątku Mielżyńskich. Zgodził się w końcu, bym oddał się sztuce, a w ręce Ignacego złożył przyszłość rodu. Znałem mego brata jak zły szeląg i wiedziałem, że z hrabiowskich atrybutów posiadł tylko pychę, rozrzutność oraz skłonność do hazardu i rozpusty. Nieraz spłacałem jego karciane długi, wykupowałem z burdeli, ale nigdy go nie wydałem. Każdy występek brata brałem na swoje barki, a on kochał mnie za to. Nie wiedział, że tak naprawdę robię to tylko dla siebie. Ojciec uwierzył, że mam naturę artysty i utracjusza, pozwolił mi studiować malarstwo w Monachium, a Ignacego uczynił dziedzicem i spadkobiercą. Przyjaciołom z monachijskiej kolonii artystycznej imponowałem hrabiowską fantazją, studia prawnicze szły mi gładko, a do malowania pejzaży miałem prawdziwy talent. Polska kolonia artystów zgromadzona wokół Józefa Brandta to była moja prawdziwa rodzina, to byli moi bracia, to było moje wymarzone życie. Malowaliśmy, spieraliśmy się o sztukę, bawiliśmy z aktorkami, słowem: żyliśmy. Szczęście zbudowane na oszustwie nie może jednak trwać zbyt długo. Moje skończyło się nagle, tej pamiętnej zimy 1894 roku. Tłumaczyłem sobie 29 potem, że nie podejrzewałem nawet, iż ojciec może postąpić tak nieroztropnie i oddać bratu pełnię władzy nad majątkiem. Ale wiem, że to nieprawda. Zawsze przeczuwałem nadciagający dramat, od początku wiedziałem, że musi nadejść, jednak poświęciłem wszystko dla tych kilku chwil osobistego szczęścia. Nie znajdowałem się wtedy w Poznaniu, ale o tamtej zimowej nocy słyszałem tylekroć, że czuję, jakbym tam był. Jakbym cucił matkę, gdy straciła przytomność, jakbym ratował siostrę przed podcięciem żył, jakbym opatrywał ojca, który z rozpaczy wraził sobie nóż w pierś, a zwłaszcza – jakbym siedział obok brata, podbijając stawki przy pokerowym stoliku. Stawki były niezwykłe, przez dziesiątki lat wspominano te pamiętne rozdania i licytacje w Hotelu „Bazar”, podczas których Ignacy przegrał swój majątek i posag siostry. Całe dwieście pięćdziesiąt tysięcy marek. Można było za nie wtedy kupić kilkanaście wiosek. Tej zimowej nocy, gdy ja piłem grzane wino w monachijskiej winiarni, a potem zaległem w łóżku z aktorką, której imienia, twarzy ani ciała nie pamiętałem, moja siostra straciła posag, rodzice przeklęli syna, syn przegrał majątek, a ja wolność. Brat został wydziedziczony i musiałem wrócić, by ratować to, co pozostało z rodzinnych włości. Tej zimy na moich barkach spoczęła przyszłość rodu. Gdyby ojciec wiedział, jak się z tej roli wywiążę, wydziedziczyłby raczej mnie, a z powrotem przywołał brata. A może wcale by tak nie postąpił? A może byłby ze mnie zadowolony? Wszak na powrót uczyniłem nasze nazwisko sławnym, przywróciłem ród Mielżyńskich do rzędu największych w Wielkopolsce, a jakimi uczyniłem to sposobami… myślę, że to mego ojca szczególnie nie kłopotało. *** Kilka dni brakuje do Bożego Narodzenia. Przedświąteczny czas to okres gdy (z)widuję ją znacznie częściej. W tych dniach nie mogę przestać o niej myśleć. To, że od jej śmierci minęło już trzydzieści lat, niczego nie zmieniło. Wydaje mi się nawet, że z każdym rokiem moje napięcie narasta, jakby coraz silniej przywoływała mnie ku sobie, jakby wiedziała, że nieubłaganie zbliża się czas, gdy przejdę na drugą stronę i znajdę się w jej mocy. Jest silniejsza ode mnie, staram się o niej nie myśleć, zapomnieć, wygnać ją z pamięci, a ona powraca jeszcze mocniejsza. Alkohol już od dawna nie pomaga mi wyłączyć świadomości. Leki już też nie działają. Szczęście, że o morfinę w czasie wojny znacznie łatwiej. Tylko morfina potrafi uśmierzyć mój ból. Tylko morfina pozwala mi wytrzymać. Jednak, gdy nadchodzi zima, nawet morfina nie jest w stanie jej odpędzić. 30 Znałem takiego malarza, który zachwycał się przyprószonymi bielą wiejskimi pejzażami, a namalować potrafił kilkadziesiąt rodzajów śniegu. Nie rozumiałem jego fascynacji, dla mnie zima na wsi to najokropniejsza z pór roku. Chłopi lubią tę porę roku, bo nie muszą wychodzić w pole, a gdy oporządzą inwentarz, mogą zalec na zapiecku i bezmyślnie popatrywać na swe baby. Ja zimą wypadałem z kieratu codziennych obowiązków i wtedy wracały do mnie wspomnienia o życiu, które utraciłem i za którym tak bardzo tęskniłem. Spoglądając przez okno na brnących w śniegowym błocie parobków, myślałem że bliżej mi do nich, niż do moich przyjaciół z artystycznej kolonii w Monachium. Patrzyłem na wiejskie dziewki, z których każda chętnie rozgrzałaby moje łoże, nie oczekując niczego w zamian, lecz nie mogłem się przemóc do tych, znanych przecież od wieków, sposobów na przepędzanie zimowej chandry. Zatrudniłem się jako elew u najbogatszego wielkopolskiego ziemianina, mego wuja, hrabiego Bolesława Potockiego. Ojciec chciał, bym praktykował, bym nauczył się nowoczesnej uprawy, hodowli i zarządzania wielkimi majątkami – majątkami, jakie należne były naszemu rodowi. Nie wiem, jak ojciec chciał sprawić, by nasza, zbankrutowana rodzina znów powróciła do bogactwa przodków. To go nie nurtowało, był głęboko przekonany, że do tego dojdzie. Chciał, abym umiał rządzić na rodzinnych włościach, gdy wreszcie je posiądziemy. A może wiedział już wtedy o mojej skazie i próbował ułatwić mi dokonanie tego, co i tak miało nastąpić. Łudzę się takimi myślami, zawsze łatwiej uwierzyć, że to przeznaczenie, posłuszeństwo ojcu, rodowe narowy czy złe geny, a nie tylko własna decyzja kierowały zbrodniczą ręką. Hrabiemu Potockiemu szczęściło się we wszystkim, czego dotknął. Miał największe majątki ziemskie w księstwie, ufundował miejski teatr, posiadał kamienice, a nawet własny bank. Dzieci – dwaj synowie i dwie córki – również mu się nadzwyczajnie udały. Ludzie gadali, że takie szczęście musi być wynikiem działania sił nieczystych. Jak to bowiem możliwe, że gdy inni tracili majątki i dobre imię, a problemy topili w alkoholu, jemu tak dobrze się układało? Od chwili, gdy mnie zatrudnił, szczęście się od niego odwróciło. Chcę myśleć, że byłem tylko narzędziem w ręku Boga, który postanowił doświadczyć hrabiego, tak jak przed wiekami doświadczył wiernego Hioba. Pierwsza zatruta strzała ugodziła w starszą córkę wuja, która zmarła w wyniku powikłań chorobowych, zarażona jakąś zamorską chorobą, osierocając maleńkiego synka Teofila. Po niej zły los spotkał synów hrabiego, służących w armii najjaśniejszego pana. Nieszczęśliwe wypadki z bronią się zdarzają, ale żeby tak rok po roku, bez żadnej wojny, ginął kolejny syn wielkiego pana, to wyglądało niemal na przekleństwo. Po synach pozostały 31 listy pochwalne od samego cesarza i białe trumny w rodzinnej krypcie. Klątwa jest wytłumaczeniem dobrym dla maluczkich, bliscy tłumaczą to zwykle tragicznym zbiegiem okoliczności, a mądrzy wiedzą, że kadeci nie giną ani od klątwy, ani od zbiegu okoliczności. Zaliczałem się do mądrych, wiedziałem, że kuzyni nie postrzelili się przy czyszczeniu broni; broń, z której zginęli, nie była nawet w ich rękach. Spędziłem wszak kilka lat w sztabie pruskiej armii i miałem tam oddanych przyjaciół. Wiedziałem... Nienawidziłem wuja Potockiego i jego rodziny. Nienawidziłem go czystą nienawiścią. Nie, nie chciałem go zabić. To byłoby zbyt proste. Chciałem zniszczyć to, co kochał najbardziej. Chciałem patrzeć, jak będzie wił się w cierpieniach. Musiał odpokutować za moje złamane życie. Pozbawił mnie marzeń i sławy, a moją rodzinę pozycji i majątku. On przecież potwierdził czek mego brata wystawiony w jego banku; powiedział, że czek ma pokrycie w złocie złożonym na posag mej siostry, a brat może nim swobodnie dysponować. Pragnąłem być niewinny, nie chciałem, by winnym był mój brat, więc całą odpowiedzialność zrzuciłem na najbogatszego pana w Wielkopolsce. Na nim mogłem dokonać pomsty, na nim mogłem szukać rewanżu. Zemsta smakowała słodko. Hrabia nie wiedział, skąd przychodzą ciosy. Nie mógł się przed nimi obronić ani nawet uchylić. Był najpotężniejszy, ale wobec mojej zemsty był bezsilny jak dziecko. *** Ona towarzyszy mi w każdej chwili dnia. Gdy przymykam powieki, widzę jej twarz, jej uśmiech, jej skórę, każdy detal jej ciała. Wydaje mi się, że mógłbym ją odmalować tak idealnie, że oddałbym każdy włosek, każdą zmarszczkę, najdrobniejszy grymas. Jednak gdy otwieram oczy i staję przed sztalugami, nic z tego nie wychodzi. Staje się nieuchwytna, eteryczna, rozpuszcza się w powietrzu. Gdy jestem o ruch pędzla od uchwycenia jej istoty, jej duszy, znika, a to, co pozostaje po niej na moim płótnie, nie jest nawet jej namiastką, nie jest warte zachowania. Hrabiemu Potockiemu pozostała tylko najmłodsza córka. Na nią przelał całą rodzicielską miłość. Rozpieszczał ją do niemożliwości, a ona pozwalała się rozpieszczać. Była najpiękniejszą, najbogatszą i najbardziej pożądaną panną w Wielkim Księstwie, a może nawet w całym cesarstwie. Jej uroda, pozycja i majątek czyniły z niej wymarzoną partię dla najbogatszych hrabiów, ba, nawet książąt Rzeszy. Postanowiłem jednak inaczej rozporządzić jej ręką. Postanowiłem, że piękna hrabianka Felicja wyjdzie za mnie, że zostanie żoną 32 najbardziej zbankrutowanego hrabiego w cesarstwie, żoną mężczyzny, który jej nie kocha, który jej nie pożąda, mężczyzny, który pojmie ją za żonę tylko po to, by zniszczyć jej szczęście, upokorzyć ją i zemścić się na jej ojcu oraz odbudować potęgę swego rodu. Służba w sztabie pruskiej armii nauczyła mnie, że projekty najbardziej nawet zuchwałych operacji należy skrupulatnie planować i rzetelnie realizować, a wówczas także te zupełnie szalone mają szanse powodzenia. Nigdy nie można się poddawać emocjom, nie można ulegać przy pierwszych przeszkodach, trzeba mieć warianty awaryjne. Taktykę można modyfikować, ale zawsze trzeba mieć przed oczami cel, do którego się zmierza. Do akcji pojęcia za żonę kuzynki Felicji zabrałem się jak do planowania wojennej operacji. Zarządzałem częścią mienia jej ojca i były to jego najlepiej zarządzane majątki. Wuj wielokrotnie wystawiał moją uczciwość na pokusy i nigdy się na mnie nie zawiódł. Matce hrabianki godzinami opowiadałem o jej tragicznie zmarłych synach, mówiłem o nich, jakbym był ich najlepszym i najwierniejszym przyjacielem. Najwięcej czasu jednak spędzałem z Felicją. Mówiłem jej o literaturze, o sztuce, jeździłem z nią na konne przejażdżki, zabierałem do Poznania. Nie czyniłem przy tym żadnego gestu, który mogłaby odczytać jako wyraz mego zainteresowania. Obojętnie przyglądałem się umizgom paniczyków zabiegających o jej uwagę, uczucie, rękę i majątek. Byłem niewzruszony jak kamień, kompletnie nią niezainteresowany
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Magazyn Histeria 2016/1 PDF
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: