Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00130 009792 7505774 na godz. na dobę w sumie
Magazyn Histeria 2016/2 PDF - ebook/pdf
Magazyn Histeria 2016/2 PDF - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Magazyn Histeria Język publikacji: polski
ISBN: 2016027777777 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> thriller, horror
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
Nowy magazyn internetowy dla fanów grozy. Naszą ideą jest promocja talentów pisarskich.
Znajdź podobne książki

Darmowy fragment publikacji:

magazynhisteria.pl ODBICIE CZARNEGO KOTA Martyna Major MARZEC 2016/2 GOŚĆ SPECJALNY: PIOTR ROZMUS CÓRKA WETERANA|CZARNA KAWKA HORROR DOMU RACZYŃSKICH|KARASU KRWAWY ROMEO|MARTWE,MŁODE KOBIETY NIELUBA|NIM OPADNIE KURTYNA|PIECZARA PIERWORODNY|PIŁKA|POWRÓT RĘKOPIS CMENTARNY MARZEC 2016/2GOŚĆ SPECJALNY:PIOTRROZMUS ODBICIE CZARNEGO KOTA Martyna Major SPIS TREŚCI: Słowo od redakcji Wyznania Histeryka CÓRKA WETERANA CZARNA KAWKA HORROR DOMU RACZYŃSKICH KARASU KRWAWY ROMEO MARTWE, MŁODE KOBIETY NIELUBA NIM OPADNIE KURTYNA PIECZARA PIERWORODNY PIŁKA POWRÓT RĘKOPIS CMENTARNY Odbicie czarnego kota Przemysław Karbowski Marek Zychla Paweł Cieliczko Agnieszka Barańska Piotr Rozmus Piotr Borowiec Martyna Konwińska Piotr Borlik Antoni Nowakowski Anna Musiałowicz Jarosław Jakubowski Dominik Derkacz Krzysztof Katkowski Martyna Major Redaktorzy naczelni: Błażej Jaworski, Maciej Zawadzki Projekt okładki i skład: Roman Panasiuk Ilustracje: Dawid Boldys, Czarny, Roman Panasiuk, Izabela Wojciechowska Korekta: Dagmara Adwentowska, Magdalena Kucenty email: magazynhisteria@gmail.com 2 345163449607388 94104 120 127 138147157 Witajcie! Przed Wami marcowo-rocznicowa Histeria! Marcowa – wiadomo dlaczego, a rocznicowa, ponieważ w tym miesiącu minęły dwa lata od wydania pierwszego numeru. Bardzo się cieszymy, że już od dwudziestu czterech miesięcy nieprzerwanie możemy dostarczać Wam solidną dawkę polskiej grozy, odkrywając i promując jednocześnie coraz to nowe talenty pisarskie. Gościem Specjalnym trzynastej Histerii jest Piotr Rozmus. Autor „Bestii” i „Kompleksu Boga” na naszą prośbę zmierzył się z krótką formą. Efekt końcowy nosi tytuł „Krwawy Romeo”. Wśród trzynastu opowiadań znajdziecie również trzy teksty finałowe z konkursu „A to pech” oraz uznane w drodze głosowania za najlepsze w historii naszego magazynu, czyli: „Horror domu Raczyńskich”, „Czarna Kawka” oraz „Nieluba”. Na początek jednak wywiad z Histerykiem Miesiąca – Pawłem Cieliczko, który zdobył ten tytuł już po raz trzeci. Na deser – artykuł Martyny Major pt.: „Odbicie czarnego kota”. Tyle od nas. Wracamy do prac nad kolejnym numerem, żeby mieć co świętować za rok. Życzymy strasznej lektury! B. Jaworski i M. Zawadzki WYZNANIA HISTERYka Paweł Cieliczko Absolwent historii UAM, doktor literaturoznawstwa w Instytucie Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk, pomysłodawca i redaktor almanachów: „Warszawski przewodnik literacki” oraz „Poznański przewodnik literacki”, prowadzi strony internetowe oraz profile na facebooku poświęcone tym projektom. Założyciel i prezes Fundacji na rzecz Badań Literackich, organizator wielu konferencji humanistycznych, redaktor tomów zbiorowych związanych z literaturoznawstwem. Ostatnio rozmawialiśmy z Tobą jako dwukrotnym Histerykiem Miesiąca. Teraz masz na koncie już trzy takie tytuły, a dodatkowo Twój „Horror domu Raczyńskich” wygrał w głosowaniu na najlepsze opowiadanie w historii naszego magazynu. Jak się z tym czujesz? Jest mi z tym bardzo miło, a czuję się zaskoczony. Jest coś niezwykłego, wręcz magicznego w wymyślaniu i pisaniu opowiadań już samo konstruowanie opowieści sprawia mi ogromną frajdę, a tu jeszcze już po kilku dochodzi przyjemność z tygodniach opowiadanie można w internetowym magazynie i – last but not least – inni ludzie to czytają i im się podoba. Dzięki wam doświadczam całej serii fantastycznych uczuć. przeczytać i tego, że Jaka jest Twoja definicja słowa „groza”? Groza jest w szczelinach. Groza narasta w głowie bohatera i czytelnika, tam to wszystko się dzieje. Nie są istotne atrybuty zewnętrzne, nieważne, czy „nośnikami grozy” będą tajemniczy Cthulhu, wampiry, rewolucjoniści, magowie, masoneria czy wyznawcy tajemniczych kultów. Ważne jest, by autor zawarł z czytelnikiem pakt, umowę – że wierzy w to, co znajduje się w opowieści. Swoje opowiadania staram się zawsze budować tak, by były rzetelnie osadzone w biografiach bohaterów oraz związanych z nimi miejscach. Chciałbym, żeby czytelnik miał pewność, że fakty są prawdziwe, a moim wkładem jest połączenie ich w opowieść spójną narracją. Wtedy dopiero czytelnik może poczuć, czym tak naprawdę jest groza. Groza wpisana w biografię autentycznych postaci wydaje mi się najciekawsza. Myślałeś nad wydaniem zbioru opowiadań? Pierwsze opowiadanie,„Horror domu Raczyńskich” opublikowane zostało na łamach Magazynu Histeria ponad rok temu, teraz zebrało ich się już dziesięć i mógłby z tego powstać zbiór opowiadań. Jednak nad ich wydaniem póki co nie myślę, wolę tworzyć kolejne historie i mieć radość z publikowania ich w Histerii. Jeśli faktycznie będą dobre, to wierzę, że pojawi się wydawca, który sam będzie chciał je wydać, a może Histeria rozwinie działalność o wydawanie książek. Ulubiony horror filmowy? „Ulubiony horror filmowy” to bardzo dziwna kategoria. Jeśli bowiem ma to być ten film, którego najbardziej się bałem, to tutaj bezkonkurencyjni wydają się Freddy Krueger oraz koszmarna laleczka Chucky, ale to wynika chyba z je w zbyt wczesnym dzieciństwie. Jeśli zaś chodzi o film, który lubię oglądać, to jest nim „Dziecko Rosemary”. Choć w przypadku horrorów kategoria „lubię oglądać” wydaje się dość niestosowna i dobry horror to chyba taki film, którego nie chce się już drugi raz obejrzeć. tego, że oglądałem ciekawych lepszych opowiadań, Czego chciałbyś życzyć Histerii na jej 2. urodziny? autorek Coraz liczniejszej grupy czytelniczek i autorów, coraz i czytelników. Widzę, że Magazyn Histeria się rozwija, wykupił domenę internetową na kolejny rok. Ja jestem jednak przedstawicielem nieco analogowego pokolenia, więc nie będę życzył Histerii, by wychodziła w wersji 5D i dostępna była na wszelkich nośnikach, ale żeby znalazła partnera, które sprawi, że Magazyny Histeria dostępne będą także w wersji papierowej. Wierzę, że najpełniejszy kontakt z literaturą, a literaturą grozy w szczególności, ma czytelnik papierowej książki. Tylko on, kiedy historia zbyt go przerazi, może rzucić książką, by oddalić od siebie potwory wyłaniające się z mroku czarnych liter. Bo jak tu rzucać czytnikiem czy tabletem? l s y d o B d i w a D . s y r CÓRKA WETERANA Przemysław Karbowski Kusunga płonął wraz z zarzuconą mu na szyję oponą. Nie wrzeszczał, nie usiłował zrzucić „naszyjnika”. Stał i płonął. Sierżant Mgane obudził się i poczuł benzynę. Śnił ten sam sen po wielekroć, nigdy nie obudził się po nim z krzykiem, nigdy nie zerwał się z łóżka zlany potem, nigdy też koszmar nie dostarczył mu wrażeń zapachowych. Dzisiaj pierwszy raz. Właściwie, czy to aby na pewno był koszmar? Chyba nie. Mgane o śmierci Kusungi dowiedział się od dawnych towarzyszy broni. Wątpliwe, aby mieli interes w tym, żeby ubarwić męczeństwo porucznika. 5 Przekazali, poinformowali. Wiedzieli, że Mgane nie jest już zdolny do zemsty na komunistach; że żadne opowieści nie wyzwolą w nim chęci powrotu do walki. Że nie dołączy do kolegów ani w Mozambiku, ani w Sierra Leone. Nigdzie. Chociaż równie dobrze członkowie Włóczni Narodu mogli dopaść Kusungę i zastrzelić pod płotem. Zarąbać maczetą albo zatłuc kijem. A nie zadawać sobie trud znalezienia opony, marnowania paliwa i zapałek... Widocznie uznali, że porucznik Kusunga zasłużył na coś spektakularnego. Przeklęta benzyna cały czas śmierdziała... – Dziecko! – jęknął Mgane i odciągnął Emmę od otwartego kanistra. Zabrał dziewczynce korek i zakręcił plastikowy pojemnik. – Dlaczego wujek nie wyniósł tego gówna do garażu? – Wujek poszedł do kościoła. – Emma podała ojcu rękę i oboje wyszli z tonącej w półmroku izby na podwórze. Czyli nawalony leży pod barem, pomyślał gorzko Jonathan Mgane. Taki to kościół, do którego chodzi. Właściwie czemu ja jeszcze do tej pory nie wpadłem w pijaństwo? Kopnięty w dupę sługus reżimu, żona odeszła, córka choruje... Bieda i smród, a ja jestem trzeźwy? Jak to możliwe? – Posmarowałaś oczy? – Tak, tatusiu. – Serduszko cię nie boli? – Nie, tatusiu. Dlaczego chore dziecko jest tak przerażająco dojrzałe psychiczne? Dlaczego jest takie poważne? Dlaczego dziewięciolatka na pytanie o samopoczucie odpowiada jak oskarżony przed ławą przysięgłych? – Tatusiu... – Emma potarła zaczerwienione powieki. – Ja się wczoraj pomodliłam za kota i on dzisiaj zdechł... – Pewnie zeżarł szczura razem z ogonem. Znajdę ci nowego. *** Hofwegen nieśpiesznie manewrował toyotą po uliczkach Pomfret. Podróż z Pretorii tak go rozleniwiła, że gdyby mógł, najchętniej nie zmieniałby biegów. Niestety, w cholernej wersji 22R dla mieszkańców Afryki nie było innej możliwości; to nie Stany, gdzie jeżdżą 6 podobno same automaty. Wszyscy sobie ułatwiają życie, myślał Hofwegen. Dołączyłby człowiek do wszystkich, ale nie wychodzi. Zawsze coś... Zapuszczone miasteczko miało jedną pozytywną cechę – regularną zabudowę na planie prostokąta. Główną ulicę przecinało około trzydzieści przecznic, a Hofwegen wjeżdżał już bodaj w piętnastą, bo indagowani o dom Jonathana Mgane mieszkańcy twierdzili, że stoi w następnej uliczce. Albo celowo wprowadzali w błąd białego człowieka. – Jak łazisz, dupku! – ryknął Hofwegen na pijaka, który nie wiadomo skąd wytoczył się przed maskę samochodu. Siwy Murzyn wybełkotał kilka wulgarnych słów i dość szybko, jak na nietrzeźwego, pozbierał się z zapiaszczonej drogi. Przy tak nikłej prędkości auta, pod które wleciał, nawet nic sobie nie połamał albo nie poczuł w alkoholowym oszołomieniu. – Następnym razem rozjadę jak psa! *** – Co napiszemy na nagrobku? – spytała Emma. – Zmarł dwunastego lutego 1993 roku. Nie wiem, kiedy się urodził... – Może tylko, że tu spoczywa Tygrys? – Mgane skończył wynosić kanistry do garażu. Skąd je ukradł jego ukochany szwagierek? Jak spienięży, to będzie miał na półtora miesiąca chlania albo i więcej. – Może... Rano modliłam się za wujka. A jak on też umrze? – Nic mu nie będzie. Jest dobrze zakonserwowany. Emma pytająco spojrzała na ojca, ale Mgane nie rozwinął myśli. Związał na krzyż dwa patyki i zatknął w małym kopczyku. Na podwórze wjechał szary pickup. Jonathan odruchowo sięgnął do kabury, ale przecież nie miał ani kabury ani pistoletu. – Córeczko, idź do domu, posmaruj oczy i się pobaw. I nie wychodź. I nie módl się za mnie. Dziecko zniknęło w drzwiach rudery. Z toyoty wysiadł mężczyzna, który mógłby służyć za żywy eksponat na wystawie modelowych Afrykanerów. Piegi, cofnięte w głąb czaszki oczy, wystające kości policzkowe i odstające uszy. – Na ramię broń, sierżancie Mgane! – zażartował Hofwegen. – Odpierdol się, bo wezwę policję – Johnatan też zażartował, ale zachichotał tylko biały gość. Uścisnęli sobie ręce. Krótko, zdawkowo. 7 – Wciąż wykuwasz się w boju? – Hofwegen uśmiechał się ironicznie, omiatając spojrzeniem koszulę sierżanta z naszytym emblematem trzydziestego drugiego Batalionu: głową bawołu i napisem „Proelio procusi”. – Nie. – Mgane podsunął Afrykanerowi skrzynkę i gestem zaprosił go, by usiadł. – Po prostu nie stać mnie na cywilne łachy. – Nikt ci jeszcze nie napluł na ten mundur? – Jeden napluł. – Sierżant rozsiadł się na drugiej skrzynce. – Pluć może do dzisiaj, nie może natomiast strzykać śliną przez zęby. Z chodzeniem też ma problemy. Podobno. Reszta nie pluje. – Rozumiem... *** Mark Mazibuko mówił po angielsku całkiem płynnie, ale przekleństwa wtrącał w języku ndebele. Błyskał żółtymi od papierosów zębami, choć kontrast z czarną skórą sprawiał wrażenie, że uzębienie ma niemal śnieżnobiałe. Wiceminister Bruwer zwrócił na to uwagę. Bodaj pierwszy raz z tak bliska widział Murzyna. – Nie zgadzamy się na czarnoskórego! – Mazibuko stukał zapalniczką w stół. – Uważamy, że to jest bez sensu! – Wręcz przeciwnie – zaoponował Webster, wydelegowany na to niecodzienne spotkanie przez Biuro Bezpieczeństwa Narodowego. – Poza tym już wdrożyliśmy procedurę. Badamy temat. Jonathan Mgane nadaje się jak nikt inny. Weteran z Angoli, nasz wierny kundel z trzydziestego drugiego Batalionu, pacyfikował demonstracje z waszym udziałem, czego chcieć więcej? Poza tym medialnie będzie to wyglądało bardzo dobrze. Kontynuował krucjatę przeciw komunie, i tak dalej... Czwarty uczestnik konwentyklu, chudy Zulus w przydużym garniturze, parsknął śmiechem znad teczki z aktami. – Kontynuował... – powtórzył. – Krucjatę... Wyście się mamie udali, komisarzu Webster. Wziął odprawę, wegetuje z chorą córką i zapijaczonym szwagrem w Pomfret, wdycha azbest i nie dał się wyciągnąć na żadną akcję z udziałem byłych członków trzydziestego drugiego Batalionu. Stoi jak byk w tych waszych papierach: „niezdolny do ponownego wykorzystania operacyjnego”. Śmiechu warte... – Panie Thulani. – Webster skrzywił się niesympatycznie. – Proszę nieco zmienić ton. Jeszcze nie rządzicie... 8 – A wy już nie rządzicie. – Zulus zamknął teczkę. – To się nazywa bezkrólewie. A zebraliśmy się, żeby ustalić, kto królem być nie może. Zmiana tonu nie ma tu nic do rzeczy. Wiceminister Bruwer odkaszlnął, chcąc zwrócić na siebie uwagę. Czuł się pominięty w tej wymianie zdań. – Wciąż nie mamy potwierdzenia, że Mandela plan zaakceptował – zauważył. – I nie będziecie go mieli. – Mazibuko zapalił papierosa. – Nie jest moją rolą potwierdzać cokolwiek. Ciszę, która zapadła, zakłócał tylko szum wirującego na suficie wiatraka. Dwóch białych i dwóch czarnych nieufnie mierzyło się wzrokiem w sali konferencyjnej pretoryjskiego biurowca. *** Kurt Hofwegen wachlował się gazetą i popijał colę. Zaschło mu w gardle. Dawno tyle się nie nagadał. Mgane wgapiał się w skromny grób kota. – Odpowiedź brzmi nie – powiedział stanowczo. – Nie chcę. – A ze względu na pamięć Kusungi? – Biały użył ostatniego argumentu z dość skromnego arsenału. – Cóż to znaczy? Porucznik Kusunga uratował mi życie, to prawda. Ale to wy powinniście byli uratować jego. Powinniście byli go chronić. – Robiliśmy, co mogliśmy... – Nie byłbym tego taki pewny... Kapitanie, posłuchaj sam siebie. Poupychaliście nas w jakichś zapomnianych przez Boga zakątkach, gdzie zdychamy sobie, jak tu, w Pomfret. Obiecywaliście fundusze emerytalne, a gówno z tego wyszło. Kto miał siły, uciekł by walczyć, ale jak ma walczyć ktoś, kto nie ma obu nóg? Kapral Nkuna, mówi ci to coś? Bohater spod Savate. Mieszka w następnej uliczce. Udaj się do niego i zaproponuj mu interes życia. – Ty masz obie nogi... – I bardzo chore dziecko. Myślisz, że jak rozdawano nam te domki, to my wiedzieliśmy, że kiedyś tu była kopalnia azbestu? Emmę ciągle bolą oczy i serce, cały czas męczą ją infekcje, a płuca ma już praktycznie do wyrzucenia. A ja nie mam siły i pieniędzy, żeby ją stąd zabrać. Bo niby gdzie? Do Mozambiku? Nosić ją na plecach w buszu, żeby podawała mi magazynki? Kapitanie! 9 – Wiesz co? – Hofwegen łyknął coli. – Mi się zdaje, że ty chcesz po prostu, żeby to dziecko umarło. Abyś mógł potem odnaleźć byłą żonę i powiedzieć jej: „zobacz, głupia kurwo, co narobiłaś!” Mgane zacisnął pięści. – Kiedyś za te słowa bym cię zabił – wyszeptał. – Gołymi rękami. A potem poćwiartował. Widzisz? Nie jestem już zdolny do niczego. – Przepraszam... – Niepotrzebnie... Nieszczerze... A to brat mojej żony, poznajcie się. Na podwórko wtoczył się siwy mężczyzna, przytrzymując obolałe udo. Zionął alkoholem i klął szpetnie. Hofwegen zmrużył oczy. – My się już znamy... *** Chwilowa przerwa w dostawie prądu wyhamowała obroty wentylatora. Komisarz Webster wmawiał sobie, że to dlatego spocił się ponad swoje zwykłe możliwości. Chociaż pot lał mu się po plecach, zanim Thulani z Mazibuko opuścili salę. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek był tak bezsilny. – Dwa lata temu nakarmiłbym nimi psy... – westchnął, sprawdzając włącznik wiatraka. – A za tydzień dostanę na piśmie służbowe polecenie uśmiechania się do nich... – Co też pan opowiada? – obruszył się Bruwer. – Międzynarodowa presja jest już za silna. Ustąpimy, zachowamy wpływy... – Wpływy na co? To będzie rzeźnia, proszę pana. Rzeźnia i zemsta. – Dlatego negocjujemy odstrzał radykałów. Oni to wiedzą tak samo dobrze jak i my. Myśli pan, że ONZ ich pogłaska, jak zaprezentują stosy trupów białych ludzi? – Myślę, że ONZ ma głęboko w dupie stosy trupów o dowolnym kolorze skóry... *** Emma wybiegła z mieszkalnej budy i przytuliła się do pijanego wuja, który w jednej chwili utracił swój pijacko-chamski anturaż. – Modliłaś się za mnie? – Szwagier Jonathana starał się nie chuchać na dziewczynkę. – Bo wpadłem pod auto... 10 – Przepraszam... – Dziecko pocierało załzawione oczy. – Muszę przestać się modlić... Wszystko wychodzi na odwrót... Jak było w kościele? – Tak samo jak zawsze. – Pijak wyprostował się z trudem i ruszył do drzwi domostwa. Hofwegena i Mgane nie zaszczycił nawet spojrzeniem. – Potrąciłeś go? – zapytał białego sierżant. – Bez wielkiej szkody, jak widać. O czym to mówiliśmy? – Że wracasz do Pretorii z niczym. – Na pewno? – Na pewno. – Przykro mi... – Bo się zaraz rozpłaczę... Mi też jest przykro, że mój dawny dowódca nie jest ze mną szczery. Zmieniłeś się, kapitanie. W Angoli i Namibii mieliśmy do ciebie wielki szacunek, rasa nie grała roli. Wspólnie strzelaliśmy do czarnych, do Rosjan, do Kubańczyków... Na wojnie walczyliśmy ramię w ramię, ale ty już nie jesteś wojskowym. Zostałeś urzędnikiem, który od przełożonych dostał polecenie znalezienia głupiego czarnucha, który zastrzeli innego czarnucha. Wiesz dobrze, że zostałbym kozłem ofiarnym. Nie ochroniliście niemal równego ci stopniem Kusungi, a ochronicie sierżanta Mgane? Hofwegen dopił colę. – Rozsądny Murzyn... – pokiwał głową. – Wiesz, że większość moich znajomych uznałaby cię za bardzo dziwne zjawisko? – Wiem... Powtarzaliby, że czarni są głupsi, bo przez tysiące lat przygrzewało im w mózgownice afrykańskie słońce. Coś w tym jest. Wy siedzicie tu raptem kilka wieków z okładem i wiele można o was powiedzieć, tylko nie to, że zmądrzeliście... Piszesz jeszcze te okropne wierszydła? Afrykaner roześmiał się mimo fiaska swojej misji. – Czasem, jak już odnoszę wrażenie, że od słońca zgłupiałem do reszty. Ładna fraza. Zacytuję cię w ministerstwie. Nastały czasy, że można już zacząć takie dowcipy opowiadać. Jadę na komisariat zadzwonić do zwierzchników. – Podrzuć nas do lekarza, to zaraz obok posterunku. Muszę kupić Emmie leki. Zakłopotany Hofwegen przez moment się zawahał, ale sięgnął do portfela. – Nie krępuj się – zachęcił kapitana Mgane. – Niech wiem, że stać was chociaż na doraźną pomoc. – Nas? 11 – No, dobra... ciebie. Ciebie, w dupę jebany biały towarzyszu broni, z wojny przegranej zanim się zaczęła... *** Telefony w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego urywały się, a wszystkie paradoksalnie też dotyczyły telefonu. Tego jedynego, na który czekał komisarz Webster. – Nie mam jeszcze żadnej wiadomości od kapitana Hofwegena. – Webster sam już dobrze nie wiedział, komu po raz kolejny się tłumaczy. Koszula lepiła mu się do pleców, a ból głowy wzrastał wprost proporcjonalnie do ciśnienia. Komisarz upewnił się, że jego rozmówca już się rozłączył i wściekły, rzucił słuchawkę na biurko. Zastępca Webstera spojrzał pytająco na pąsowego z furii przełożonego. – Powiedział... – wycharczał komisarz. – Ten skurwysyn powiedział, że Mark Mazibuko na moim miejscu poradzi sobie lepiej... *** – Jest bardzo religijna – opowiadał Mgane Hofwegenowi, zerkając na tylne siedzenie, gdzie drzemała Emma. – Tylko jakoś dziwnie wszystko się plecie wbrew jej intencjom. A to pomodli się, żebyśmy zawsze byli razem, a za dwa tygodnie moja żona odjeżdża w siną dal z jakimś palantem. Za kota się pomodliła, a ten zdechł... Ja wiem, że to przypadki, ale co ma myśleć dziecko? – No tak... – Kapitan skręcił zgodnie z tabliczką z napisem „POLICJA”. – Jeszcze ten twój szwagier, który mi na maskę wskoczył... – Właśnie... To tutaj. Poczekaj na mnie, kupię lekarstwa, a potem my poczekamy na ciebie. Nie będę jej budził, przecież nas później odwieziesz? – Jasne. Jonathan Mgane zniknął za drzwiami lecznicy, a Kurt Hofwegen zawstydził się dzisiaj po raz kolejny. Przecież mógłbym mu to dziecko porwać... i zmusić do wszystkiego... Jest taki głupi czy ufny i naiwny? Emma ocknęła się i zaczęła na przemian ziewać i pokaszliwać. – Gdzie tatuś? – spytała zaniepokojona. – Zaraz wróci. – Afrykaner wyciągnął ze schowka gazetę i podał ją dziewczynce. – Wiesz co, moja mała? Pomódl się za tego pana na pierwszej stronie. 12 – Chris Hani – przeliterowała Emma, wpatrując się w okrągłą twarz z umieszczonej na łamach fotografii. – Kto to? – Nieważne. Ważne, że prosi o modlitwę. Mgane z paczką medykamentów opuścił przychodnię i wsiadł do toyoty. – Dałem ci szansę, kapitanie – wycedził głucho. – O czym ty mówisz? Jaką szansę? – Szansę na lepsze życie dla tego dziecka... – Uspokój się! – syknął Hofwegen. – Ona nie śpi. Sierżant spojrzał na córkę, która z zainteresowaniem przeglądała gazetę. – Wysiadaj! – Szturchnął zdziwionego białego. – Mam propozycję. *** Webster z przyciśniętą do ucha słuchawką zapamiętale notował wyimki z rozmowy, którą od kwadransa toczył. Wiceminister Bruwer pofatygował się do niego osobiście i teraz wlepiał wzrok w komisarza, który automatycznie przytakiwał będącemu na drugim końcu łącza kapitanowi Hofwegenowi. Spocony urzędnik zapisał numer telefonu komisariatu w Pomfret i rozłączył się. – Mgane wstępnie się zgodził. Mamy dwie godziny na rozważenie jego żądań... – Taki konkretny? – zdziwił się Bruwer. – Czego chce? – Przeszczepu płuc dla swojej córki... – Czego? – Wiceminister osłupiał. – Pan słyszał, żeby przeszczepiano płuca? – Nie. Ale podobno w Wiedniu robią to od czterech lat... Oficjel nie dowierzał i kręcił głową na wszystkie strony. – Skąd czarny na zasranym zadupiu ma takie informacje? – Sam chciałbym wiedzieć. – Wzruszył ramionami Webster. – Dwie godziny... *** Miejscowi policjanci nadskakiwali Hofwegenowi, jakby był co najmniej wizytatorem komisariatów na całą prowincję. Bez szemrania wynieśli przed schody budynku parasol, pod którym od słońca schronili się i kapitan, i Mgane, i Emma. Na prośbę o oranżadę też zareagowali zupełnie prawidłowo. Przynieśli, i to schłodzoną. 13 – Nie mąć dziecku w głowie. – Jonathan zabrał szepczącej modlitwy córce gazetę i oddał Hofwegenowi. – I bez tego ma o czym myśleć. – Ta banda w Pretorii też... *** Wiceminister Bruwer wiedział wszystko już po godzinie. – Nie ma na to najmniejszych szans. – Rozłożył ręce, patrząc w okno. – Za te pieniądze to mógłbym od ręki wynająć ludzi do zabicia Clintona i Jelcyna, a co dopiero jakiegoś lokalnego komucha. Jeszcze by forsy zostało na Mandelę i Slovo... Takiego budżetu nie mamy. – Tak przeczuwałem. – Komisarz łyknął zimnej kawy. – Swoją drogą, cenią się te wiedeńskie konowały... – Fakt. Zresztą, dostałem informację od Mazibuko i Thulaniego. Absolutnie nie może być to czarny. Wdrażamy plan „B”. Webster wyciągnął z biurka zieloną teczkę i zaczął wykładać na blat jej zawartość. Wiceminister przyjrzał się mężczyźnie pozującemu na niewielkim zdjęciu. – Na miejscowego to on nie wygląda – zauważył. – Bo to Polak... *** – Nie zgodzili się. – Kapitan Hofwegen patrzył w oczy dawnego podkomendnego. – Trudno... Zawieź nas do domu. Będziemy czekać. – Na co? – Na podpaloną oponę na mojej szyi. Na śmierć Emmy. Na łaskę w Trójcy Świętej Jedynego... *** Przedmieścia Boksburga tonęły w promieniach słońca. Ciemnoskóry, pucułowaty mężczyzna wysiadł z auta na ulicę. Przez chwilę szukał kluczy do domu. – Panie Hani! 14 Zawołany odwrócił się. Padł strzał, potem drugi. Do leżącego napastnik strzelił jeszcze dwa razy. Słońce beztrosko świeciło, a na chodniku od kul umierał Chris Hani – przywódca Południowoafrykańskiej Partii Komunistycznej, bojownik o wolność i równość, zaczadzony Marksem i Leninem czarnuch, nadzieja na nowe jutro dla prześladowanych Murzynów, wyszkolony w Związku Sowieckim zbrodniarz, bohater narodowy, specjalista od zarzucania wrogom na szyję podpalonych opon, prawy człowiek i idealista, krwawy oprawca, marzyciel. Nad trupem Haniego stał z pistoletem Janusz Waluś – wierny członek Partii Narodowej, durny Polaczek, młot na komunistów, niezrównoważony rasista, mistrz Polski w rajdach samochodowych, bestialski zabójca, dumny syn białej rasy, morderca bezbronnego, człowiek honoru, tchórz, bohater walki z komuną. I wszystkie telewizje nadawały tylko o tym, i groza tego wydarzenia rujnowała dobre samopoczucie widzów, i był płacz i zgrzytanie zębami. A w zapadłym Pomfret cienkie włókna azbestowe pruły płuca małej Emmy Mgane, płuca te trzeszczały i zwłókniane, hodowały międzybłoniaka opłucnej, który miał to dziecko zabić w strasznych męczarniach. I nikt się tą grozą nie przejął, bo przeważnie nikt nie przejmuje się grozą, która stoi na każdym rogu i za każdym rogiem się czai. Niespełniony literat – kapitan Kurt Hofwegen – usiłował ubrać w słowa myśl o grozie powszedniej i przelać ją na papier. Wyszło mu: Ta kurwa ma na imię Codzienność. Usługi świadczy kiepskie, ale płacimy jej jak luksusowej prostytutce. Było to tak słabe, że omal się nie roześmiał. 15 k u i s a n a P n a m o R . s y r CZARNA KAWKA Marek Zychla Nastolatek wyłączył gaz pod garnkiem z rosołem, po czym krzyknął w stronę przedpokoju: – Obiad! Po chwili w kuchni pojawił się wyraźnie pobudzony młody mężczyzna. – Dawaj, bo pędzę na trening! – krzyknął od progu. Wyciągnął z szuflady łyżkę, wrzucił do talerza garść makaronu i nalał do niego zupę. Jadł szybko, łapczywie, co jakiś czas wycierając brodę w kuchenną ścierkę. – Jesz jak świnia – odezwał się młodszy. 16 – Nie każdy śmiga do liceum. Wybacz barbarzyńcy bez szkoły, który uprawia seks… – Odpuść. Jedz. Pusty talerz wylądował w zlewie, balansując na krawędzi stłuczenia. Mężczyzna oblizał dokładnie łyżkę, rzucił ją na blat, i klepnął chłopaka w plecy. – Muskulatura, brachu! – ryknął. – Idź już, dobra? Sam będziesz sobie obiadki odgrzewał, kiedy o tobie zapomnę. – Powiedz lepiej, braciak, czy ładne pierwszoklasistki macie. – Setki – zaśmiał się chłopak. – I wszystkie lecą na hydraulików. – Zdziwiłbyś się. Trzasnęły drzwi napędzone przeciągiem. Nie ma za co, pomyślał licealista. Włączył stare, kuchenne radio Jowita, które tak bardzo lubiła mama, i wziął się za zmywanie. Talerz brata wyglądał na czysty, lecz i tak wypłukał go dla pewności. Złościło go, że nie może się powstrzymać przed robieniem czegoś tak głupiego. – Black, black, black, black, black, black, black, I go back to, I go back to… – zaśpiewała Amy Winehouse, z którą zgadzał się w stu procentach. – Przecież on nawet nie istnieje – westchnął, odrywając się od piosenki. – Nigdy nie miałem rodzeństwa. Pomyślał o nadchodzącej maturze, o uroczej, milczącej Kasi, która siedzi przed nim na majcy oraz o drobnej Ani, uwielbiającej jazdę na rowerze. Z pierwszą chodził na cudowne randki, w drugiej wciąż bał się zakochać. – Nie pasujecie do mojego świata – szepnął. Sięgnął po najmniej ubrudzoną ze ścierek, powąchał kratkowany materiał, skrzywił się z obrzydzeniem i szybko wytarł w niego rozgrzane ręce. Zamierzał wyłączyć radio i pójść do pokoju, kiedy jego uwagę przykuło delikatne stukanie w okienną szybę. Na parapecie podskakiwała kawka. Ni to wesoło, ni smutno. Ptak próbował wepchnąć ciekawski łepek w szczelinę niedomkniętego okna. Wyglądał komicznie i przyjacielsko. Chłopak podszedł bliżej, starając się nie spłoszyć niewielkiego gościa. Ojciec opowiadał mu o niesamowitej wręcz towarzyskości tych z wyglądu ponurych ptaków. Chłopak cmokał, sięgając do chlebaka po okruszki. Miał nadzieję, że to się dzieje naprawdę. A może woli żreć robale albo owoce? – pomyślał. Odsunął firankę, klnąc w duchu na przerdzewiałe żabki i stare, przypominające tory kolejowe, szyny karnisza. Kawka przyglądała mu się, łypiąc raz lewym, raz prawym okiem. – Śmieszna jesteś – szepnął, uchylając szerzej okno. 17 Ptaszek odskoczył na koniec parapetu. Poczekał, aż okruszki wylądują na blasze. Chłopak kątem oka dostrzegł jakiegoś pijaczka, który przyglądał się im z uwagą. Nastolatek cofnął się o krok, nie chcąc stresować kawki. Sporo okruszków zostawił po swojej stronie okna, by zachęcić ptaka do odwiedzin. Co jakiś czas pogwizdywał cicho. Kawka zajęła się chlebem, uderzając rytmicznie dziobem w blachę. Chłopak przyglądał się jej uważnie. Spodobała mu się czarna czapeczka na popielatej głowie i białe oczka, których kolor powoli ulegał zmianie. Niepokoił go zaś ten mężczyzna z podwórka. Wyglądał znajomo, a jednocześnie wzbudzał coś na kształt odrazy. – Ja bym jej nie karmił! – usłyszał wykrzyczane z dołu. Kawka obesrana. – Dosłownie poczuł, że czyta pijaczkowi w myślach. – Niczym to obesrane życie! Postanowił zlekceważyć żula. Odprowadził mężczyznę wzrokiem, po czym wrócił spojrzeniem na parapet. – Co jest? – jęknął, wyrwany z zamyślenia. Patrzył, jak róż z czerwienią wpływają w niewielkie tęczówki ptaka. – Cześć, Kosma – zaskrzeczała kawka. Chłopak odskoczył, przewrócił się, po czym zaczął histerycznie krzyczeć. – Wpuść mnie, bo sama wejdę. Nastolatek wrzasnął i zamilkł. Zemdlał. – I died a hundred times, You go back to her, and I go back to black. – Amy Winehouse dośpiewała piosenkę do końca. Ptak dziobem uderzył w radio – bezdźwięcznie, jakby któregoś z nich tam nie było. *** – Dawaj z nami! – Dwaj mężczyźni wynurzyli się zza śmietnikowej wiaty chwiejnym krokiem. – Chodź, Jurek! Pójdziemy po Staszka! – Te zachrypnięte głosy dotarły i do uszu chłopca. Tak wyraźnie, jakby sam stał na podwórku. – Dogonię was – odpowiedział zagadnięty mężczyzna, na co jeden z żuli machnął brudną ręką. Jerzy Turpiński stał przy piaskownicy, zadzierając niegoloną od tygodnia twarz. Wpatrywał się w jeden z czterech tworzących betonowy prostokąt bloków, w malutkie okno w samym środku szerokiej linii najwyższego piętra. Wpatrywał się w Kosmę. – Ja bym jej nie karmił! – Zaśmiał się, wziął głęboki oddech i podążył za kompanami od taniego wina. W myślach narzekał na życie. 18 Kosmie zdawało się, że poczuł zapach alkoholu. Trochę wbrew sobie spojrzał w stronę mężczyzny. Jego wzrok zatrzymał się na nieskazitelnie czystych butach; po chwili powędrował w stronę spodni, z których, pomimo niemal pewnej dekady intensywnego używania, nie zniknął kant. Chłopak mógłby się założyć, że zaledwie przed chwilą widział na nich plamy wyschniętego błota. Obesraniec, pomyślał, choć nigdy nie używał takich słów. Zastanawiał się, czy przypadkiem nie powiedział tego na głos. Ostatnio robił to coraz częściej, co bardzo niepokoiło mamę. I wtedy zajrzał kawce w przekrwione oczy. *** Do kuchni wrócił po kwadransie, po ochłonięciu na zimnej klatce schodowej. – Wariuję – szepnął, otwierając oszklone drzwi. Jej nie ma. Nie może być. Tak mówią… W ręku ściskał ciężki roboczy but, znaleziony pod wieszakiem z kurtkami. W sercu czuł strach, w ciele determinację, by rozprawić się z – miał nadzieję – przywidzeniem. W żółwim tempie pokonał niepełne trzy metry linoleum. Parapet świecił pustkami, częstując wiatr okruszkami chleba. Kosma otworzył szeroko okno, wypatrywał ptaka na sąsiednich parapetach. Podwórko tętniło osiedlowym życiem, pełnym tragedii, plotek i alkoholu. Na niebie czerniały jaskółki, ziemię szpeciły psie kupy. Zamknął okno. Spojrzał na radio, które migało niczym zepsuty hologram. Wzdrygnął się. – Żegnaj, ptaszku – westchnął. – We only said goodbye with words – w odpowiedzi usłyszał zawodzenie Amy. Długo nie mógł się uspokoić. *** – Jak było w szkole? – zapytał tata przy piątkowym obiedzie. – Przygotowują was do matury? Cisną? Straszą? Kosma wymruczał zdawkowe okej, przeżuwając kapustę z gołąbka. – Nie matura, a chęć szczera! – Zaśmiał się starszy brat i beknął. – Wykształciuchy! – Krzysiek! – skarcił go ojciec. – Jak nie chcesz, to nie musisz z nami mieszkać. – Zaraz mi powiesz, że się do niczego nie dokładam, jestem prostakiem, któremu tylko 19 wóda i panienki w głowie. Starszy z mężczyzn złożył gazetę, za którą chował się od lat. – Jeszcze jedno zdanie i możesz sobie szukać kawalerki albo miejsca na dworcowych schodach! Hydraulik zawahał się, lecz wygodnictwo zwyciężyło. Rozłożył ramiona teatralnym gestem, po czym zabrał się za kolejnego gołąbka. Polał go grubą warstwą keczupu. Twarz ojca ponownie zniknęła za gazetową maską. Kosma westchnął. Czasami miał serdecznie dość brata i jego głupich odzywek. – Nie usłyszałem przeprosin. – Ojciec nie dawał za wygraną. Widelec Krzyśka wylądował na talerzu. W uszach Kosmy zabrzmiał jak uderzenie w dzwon. – Nie kłóćmy się przy stole – szepnął licealista. – Nie przy stole. Proszę. Mama spojrzała na niego ze smutkiem. Milczała. Powiedziałem to na głos? – pomyślał, wściekły na siebie. Tymczasem Krzysiek włączył telewizor. – Słyszałeś o „Matrixie”? – zagadał do brata. – Trzeba się będzie bujnąć do kina. Tato? – Trącił gazetę, zza której wyłoniła się naburmuszona twarz. – Macie jeszcze w firmie te darmowe bilety? – A pensje wam w „El-Delcie” wstrzymali? Krzysiek mruknął coś pod nosem i skupił się na emitowanej w Polsacie „Interwencji”. – „El-Delta” – powtórzył zamyślony Kosma. Zebrał talerze i wyniósł je do kuchni. Obesrana „El-Delta”. Zerknął na parapet. Czarna kawka pojawiała się i znikała, podobnie do „Jowity”. Ten sam soulowy głos zaciął się na fragmencie piosenki „Rehab”: I just ooh I just need a friend… I just ooh I just need a friend… I just… – W kółko, chociaż Kosma nie znosił tego chorego kawałka. I tak od paru dni. Muzyka z „Jowity” płynęła nieustannie, czasem głośniej, najczęściej ciszej. Kawka za to zwykle migała, niekiedy śnieżyła jak monitor bez sygnału, wgapiając się w niego przekrwionymi oczami. Często coś dziwnego mówiła. Pojedyncze słowa, wulgaryzmy, sprośności. – Kasia, Ania, Kasia, suka – skrzeczała dzisiaj, stukając dziobem w szybkę. – Kasia odejdzie, wiesz? Do kuchni weszła mama i zabrała się za mycie naczyń. – Kasia, Ania, mama, suki trzy. – Kawka przez chwilę mówiła nawet donośniej, by wreszcie zamilknąć i zniknąć. Skrzekliwy śmiech Amy Winehouse popłynął z głośników. 20 Kosma zbladł. Wstydził się za to ptaszysko, nawet jeśli tylko on mógł je widzieć. – Wszystko dobrze, synku? – Kobieta uśmiechnęła się do niego. – Dajesz sobie radę… w szkole? Dajesz sobie radę w szkole? Dajesz sobie… – do soulowego rytmu powtarzała ostatnie zdanie, a przynajmniej tak to teraz słyszał. Chłopak przyzwyczaił się już do powtórzeń. Odwzajemnił uśmiech i zamknął się w swoim pokoju. Zasłonił okno, starając się nie zwracać uwagi na irytujące stukanie w parapet. Głos matki powoli cichnął. Kosma potrzebował pomocy. Innej niż ta, którą mu oferowali. *** Wgapianie się w klatkę schodową nie należy do najciekawszych zajęć, lecz wyglądało na to, że Turpiński i tak nie miał nic lepszego do roboty. Siedział na odrapanej ławce, tuż pod przechyloną jarzębiną i starą latarnią na betonowej nodze. Takiego zauważył go Kosma. Zwolnił. Zmęczony chłopak szedł z plecakiem przewieszonym przez ramię, za dużą kurtką na plecach i znienawidzonym mętlikiem w głowie. Nie omijał kałuż, nie przejmował się błotem, nie patrzył na mężczyznę, choć doskonale zdawał sobie sprawę z jego obecności. Zastanawiał się, czy tylko on. Kroczył zamknięty w sobie i zamyślony. Starał się jak najszybciej minąć zajętą ławkę. Bał się. Brzydził się swojego tchórzostwa. – Chodź tu na słówko – odezwał się Turpiński tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Tak, do ciebie mówię, ptaszyno. Kosma przestał wpatrywać się w popękane płytki chodnikowe. Mężczyznę coś najwidoczniej ubawiło. – Podejdź, nic ci nie zrobię. Nastolatek zachował bezpieczny dystans. – Jak się nazywasz? – Kosma – szepnął. – Z capiej dupy to twoje imię. Chłopak nie odpowiedział. Spojrzał na ubłocone buty rozmówcy, na jego przetarte na udach dżinsy. – Jak się żyje? – spytał mężczyzna. – Nie potrzebujesz pogadać? Śpieszysz się gdzieś? – Kolejne z pytań nie doczekało się odpowiedzi. Turpiński wstał. Podszedł bliżej. Ciężkie ramię opadło na młode barki, zmuszając do 21 wspólnej przechadzki. – Mój tata powinien zaraz wrócić z pracy… – wydukał Kosma, machając ręką w stronę malejącego bloku. – Muszę mu… nam wszystkim odgrzać zupę. – Gówno musisz – prychnął Turpiński. – Twój tata nie potrzebuje żreć. Tak samo jak wymyślony brat. Przeszli na koniec niewielkiego osiedla, kierując się w stronę ogródków działkowych i znanej wszystkim „górki”, usypanej tuż przy wałach kolejowych, gdzie w pojedynkę lepiej się było nie zapędzać nawet za dnia, a tym bardziej nocą. – Powinienem… Powinniśmy wracać. – Urodziłem się w Bieniowie – zagaił mężczyzna. – Ojciec nie pił, przynajmniej nie więcej niż inni, i nie tłukł dzieci, chociaż wszyscy tak mówią. Matka nas kochała, żarcia nie brakowało nawet w najgorszych latach. Wysłali mnie na studia, gdzie się, niestety, rozpiłem. – To super – bąknął chłopak, głośno przełykając ślinę. – Znaczy się… Proszę pana… – Super, kurwa, hiper – zgodził się Turpiński. Przeszli za wały. Usiedli na kryjącej się za nimi górce. Trochę dalej alkoholowe trio osuszało tanie wina. Pomachali z szacunkiem do Jerzego, a on pozdrowił ich machnięciem ręki. Za sobą pozostawili ścieżkę, ogródki działkowe oraz długie rzędy garaży. – Siadaj – polecił młodemu. Kosma położył plecak i usiadł na nim, czując pod sobą zeszyty oraz książki. – Strasznie żeś delikutaśny. – Mężczyzna wyciągnął zza pazuchy dwie puszki z mocnym marketowym piwem. – Pijesz, czy dopiero zaczniesz? Nastolatek pokręcił głową, po czym odwrócił twarz. – Zaczniesz, zaczniesz. A wtedy będzie jeszcze gorzej. Kosma próbował zachować spokój, jednak wydarzenia ostatnich dni i coraz silniejszy odór bijący od Turpińskiego zrobiły swoje. – O co panu chodzi? – spytał na granicy krzyku. – Tata pewnie już wrócił i… – Będzie cię szukać. Święty ojczulek zza tej samej, starej popołudniówki… – Proszę przestać! – krzyknął chłopak. – Jak sobie życzysz. Pierwsza pusta puszka stoczyła się po łagodnym zboczu. Mężczyzna beknął cicho. Zabrał się za opróżnianie kolejnej. Kosma milczał, gotowy do natychmiastowej ucieczki. – Rodzice mnie nie lali, ksiądz mnie żaden nie zgwałcił, nawet koń mnie w łepetynę nie kopnął. Coś mi się jednak w głowie poprzestawiało i zacząłem opowiadać ludziom o rzeczach, o których lepiej nikomu nie mówić. 22 Licealista w tym momencie kichnął, przeprosił i wytarł oplute dłonie w rzadką trawę. – Nie na wodę – skwitował Turpiński, wciąż zatopiony we wspomnieniach. Trio pijaczków postanowiło do nich dołączyć, raczej z miłości do alkoholu niż ze względów towarzyskich. Puste butelki po „Turze” dzwoniły w pełnej zacieków bawełnianej siatce. Jednemu z nich przy szlufce paska bez przerwy pobrzękiwały zamknięte w pęk klucze. – Czołem! – Najstarszy machnął czerwoną dłonią, przywdziewając imitację szczerego uśmiechu. Śmierdziało od niego moczem. – Idźcie dalej – zagadnięty powiedział to takim tonem, że Kosmie ciarki przebiegły po plecach. – Czołem – dodał szeptem, lecz tamci zniknęli tak szybko, jak tylko mogli. Mężczyzna pozbył się drugiej puszki, wstał i podał rękę chłopakowi, który podniósł się jednak bez jego pomocy. – Młodość! – westchnął Turpiński. – Ponad poziomy ulatuj… Kosma nie zamierzał go poprawiać, choć pamiętał ten wiersz z powtórek do matury. Otrzepał plecak i ruszył za pijaczkiem. Przez cały czas zastanawiał się nad słowami, które wcześniej od niego usłyszał. Postanowił zaryzykować. – Czyli pewne rzeczy lepiej zachować dla siebie? – zapytał, gdy zrównali się na przygarażowej ścieżce. – Wkrótce będzie gorzej, chłopcze – mężczyzna wolno przeżuwał słowa – i nikt tego nie zrozumie, nikt cię nie wysłucha. Zarzucą tabsami. Chemiczną bielą. Przyjdź wtedy do mnie. Spróbuję pomóc. – Sam sobie nie poradzę? Minęli tych samych żuli, starających się prawdopodobnie wyłudzić parę złotych od roztrzęsionej staruszki. Skinęli pokornie w stronę Jerzego, dając kobiecie spokój. – Robactwo – mruknął mężczyzna i splunął. – Musisz mi, chłopcze, zaufać. Razem damy radę. – A skąd mam wiedzieć… – Kosma zawiesił głos. – Czy jestem prawdziwy? – zaśmiał się Turpiński. – A czy to w ogóle ważne? Wyciągnął z kieszeni papierosy bez filtra i zapalił, nie częstując nastolatka. – Ja sobie poradziłem – powiedział, wypuszczając mlecznoszary dym, który doleciał do Kosmy. Zamienili się miejscami, ku widocznemu rozbawieniu pijaczka. – Delikukurwataśny. Weszli pomiędzy szare bloki, usiedli na tej samej, paskudnej ławce, pod kaleczoną nożami i wiatrem jarzębiną. – Męczyłem się przez dwadzieścia lat – Jerzy podjął wątek. – Może nigdy nie pokonasz 23 tej kawki, dzieciaku. Spojrzeli sobie w oczy. Turpiński wyrzucał kolejne zdania z prędkością karabinu maszynowego: – To twoja walka. Znajdź mnie, gdy już będzie naprawdę źle. Wiesz, kiedy możesz mi zaufać? Wiesz, kiedy? – uciszył Kosmę gestem. – Na pewno wiesz. A gdy będziesz się chciał zabić, to pamiętaj, że nawet wtedy możesz wygrać. Być kimś. Kimś lepszym niż ja. Turpiński podniósł się z ławki wraz z serią stęknięć, bez słowa ruszając w stronę pobliskiego blaszaka, transporterów z winami i piwem. Zmieszany licealista patrzył, jak cień Jerzego znika za betonowym zakrętem. Niepewnym krokiem zaczął wspinaczkę po schodach. Nic z tego nie rozumiał. Co gorsze nie wiedział, komu zaufać. Pewność miał co do tego pijaczka, nieważne, prawdziwego czy nie. Wystarczyło zwracać uwagę na spodnie i buty. *** – Pani Kasiu, faza owładnięcia ma to niestety do siebie, że najtrudniej jest najbliższym chorego. Nawet małżeństwa z długim stażem nie radzą sobie, ukochani nie poznają domowników, nadają im nowe imiona, zdarzają się przypadki fizycznej agresji. Te wszystkie wypowiedziane zdania i słowa pozornie bez sensu mogą ranić… Ranią. Zachowania, nowe irytujące nawyki, wrogość, wstyd… – Niech mu pan pomoże – młoda kobieta przerwała kolejny z wykładów lekarza. – Dla mnie to… – Nie dokończyła, powstrzymana łzami. – Proszę się o nic nie winić – dodał psychiatra. – Zrobimy, co w naszej mocy. – Bardzo proszę – westchnęła. Po raz ostatni wyszła z gabinetu. Za drzwiami spojrzała na otrzymaną od lekarza wizytówkę: PSYCHIATRA lek. med. Jerzy Turpiński, Specjalista... Nie dała rady doczytać do końca. *** Kosma rozsunął zasłonki, zerkając na czekającego za szybą ptaka. Wciąż powtarzał w pamięci słowa Turpińskiego. Zamierzał pokonać największe lęki, pozbywając się kawki raz na zawsze. Walczyć o życie, o zaszczutą chorobą miłość. – Cześć – skrzeknęła, gdy klamka okienna powędrowała w górę. – Wpuść mnie. Kasia, 24 suka. Kasia odeszła. Kosma czy Krzyś? – Cześć. – Chłopak otworzył okno. – Będę musiał cię zabić. – Nie ma okruszków? – Kawka zabawnie poruszała łebkiem. – Weź od suki, która wszystkim daje. – Nie ma. – Suki? – Okruszków. I wtedy zaatakowała. Rozrosła się w oka mgnieniu, jakby poszerzana od środka uderzeniami coraz większych pięści. Twardy dziób kaleczył dłonie i twarz chłopaka, szpony wbijały się w jego ramię. Ostre lotki cięły mu skórę, spijając z ran świeżą krew. Kosma krzyczał i walczył, aż do utraty przytomności. Nie wiedział, ile czasu leżał na podłodze. Ocknął się na pachnącym krochmalem tapczanie, a białe ściany pokoju rozjaśniały mrok. Mebli nie było, zaś za oknem straszyły kraty. Mruknął coś do siebie. Zaczerpnął głęboki oddech i głośniej powiedział: – Kawka obesrana suka. Znów zamknął oczy, by otworzyć je dopiero rano. Z trudem usiadł na tapczanie; na ściany wróciła tapeta przytrzymywana przez szafki z biurkiem. Wstał i poszedł do łazienki przemyć twarz. Na ramieniu siedziała mu kawka. – Siemaneczko – zaskrzeczała. Kosma uderzył w płacz wsparty krzykiem. Próbował walczyć, lecz w pewnym momencie – po wyjątkowo bolesnym dziobnięciu w szyję – nie był w stanie wykonać najmniejszego ruchu. Zesztywniały mu mięśnie; poruszenie nienaturalnie przekręconą głową graniczyło z cudem. Wszystko go bolało. Z palców i po policzkach ściekała krew. – Wygrałam – oznajmiła kawka, zaciskając szpony. – Kasia, Ania, mama, kurwy trzy. Radio rozwyło się czarnym śpiewem. *** Mama opatrywała mu rany, nucąc przy tym kołysankę, której nie słyszał od lat. Tata stał w drzwiach łazienki, gniotąc w dłoniach ulubioną gazetę, szelestem zdradzając zdenerwowanie. Co minutę rzucał w ich stronę jakieś zdawkowe zdanie, w stylu: „Będzie dobrze, ale trzeba jak najszybciej powiadomić szpital” albo „Poradzimy sobie, chłopcze”, „Lekarstwa pomogą”. Krzysiek wszedł w do domu i od progu krzyknął: 25 – Wszystkim w pracy mówiłem, że mam pieprzniętego brata! Ojciec nie wytrzymał. Pchnął go na ścianę, na starą boazerię zbitą z pociągniętych ciemnym lakierem desek. – Jesteśmy rodziną, gówniarzu! – syknął. Hydraulik bąknął zdawkowe przeprosiny, po czym zaszył się w kuchni. Na spranej koszulce miał wyrysowaną markerem kawkę dotykającą dziobem jednego z metalicznych pokręteł Jowity. Smoliste nuty rozrzucone były aż po rękawki. – Dlaczego uderzałeś pięściami w ścianę i skąd ten pomysł z nożem? – szepnęła mama. – Jak mogę ci pomóc? Kosma nie chciał opowiadać o ptaku, który z ciekawością przyglądał się tym wszystkim plastrom oraz bandażom na młodych dłoniach. Próbował nawet chwycić jasne loki kobiety, jednak te wyślizgiwały się z błyszczącego dziobu. – Nie wiem, mamo – wydukał Kosma, który chciał zostać sam. – Chyba nie możesz. – Czy wszytko w porządku? Czy wszystko w porządku? Czy wszystko… – To zdanie kręciło się po jego obolałym umyśle. Przyjął podane przez mamę tabletki. – Co to? – spytał. – Paroksetyna i Lorazepam. Pomogą ci się uspokoić i zasnąć. – Przecież dopiero wstałem? – zdziwił się. – Która godzina? – Już znowu noc, synku. Już znowu noc. Już… Kawka chwyciła go za ucho i wykręciła mu na bok głowę. Mamie po policzkach spływały łzy, jemu krew. Tata wraz z Krzyśkiem zniknęli, jakby nigdy nie istnieli. Cisza przepędziła muzykę. Cisza bolała najmocniej. *** Niepokój drążył korytarze pod skórą Kosmy. Przed zaśnięciem chłopak słyszał krzyki Jurka pod oknem lub pragnął je słyszeć. Kawka czasem odlatywała, zwykle zabierając ze sobą radio, natomiast wciąż czuł jej szpony zaciśnięte nad łopatką i pod obojczykiem, w dalszym ciągu słyszał mniej lub bardziej jazzowe dźwięki. – Wielkie szpony małego ptaka – nucił pod nosem. – Co tam, kujonie? – Krzysiek wpadł do pokoju niczym letnia burza, jakby żadne drzwi nigdy nie były dla niego zamknięte. – Radzisz sobie czy przynieść ci nóż? – Najlepiej biegiem i spróbuj się potknąć. – Kosma z trudem podniósł się z łóżka. 26 Opuchniętymi dłońmi macał świeżo zmienione opatrunki, naciskał na gojące się zadrapania. – Jest dobrze. – Uśmiechnął się, rozdmuchując mgłę smutnych myśli. – Wciąż mnie bolą, a to ją najwyraźniej odpędza… To pomaga – poprawił się. – Podobno uderzałeś pięściami w ściany, rzucałeś się na matkę i meble. Stajesz się prawdziwym mężczyzną! Kosma dotknął stopami dywanu, który zdawał się być chłodny. – Bratu możesz o wszystkim opowiedzieć. – Krzysiek szturchnął go w ramię. – Znasz mnie. Przecież nie rozgadam. Nawet, gdybym chciał. Zaśmiali się. Kosma zaczął brzydko kaszleć. – Nie w formie? – rzucił starszy brat, siadając tuż obok. – Wiem, że mnie nie lubisz i czasem… dość często nawet, zachowuję się jak skończony głupek, ale to nie przez ciebie, chłopie. Tak wyszło. Kosma słuchał w milczeniu. Kawka wróciła, zacisnęła szpony, wpatrując się w nielubianego gościa. Na parapecie „Jowita” brązowiała w ciszy. – Nigdy nie ciągnęło mnie do książek, jednak możesz na mnie liczyć. Czuję, że to trochę i moja wina. Że my, to tak naprawdę nie my, to… – Milcz! – rozkazał Kosma lub ptak. Kawka dziwnie zacharczała, wypluwając grubego, włochatego pająka, który od razu rozpoczął wspinaczkę po szyi i policzku Kosmy, co jakiś czas składając kilka czerwonych jaj. Wreszcie, wychudzony, schował się gdzieś za uszami. Chory nie zareagował. Ptaszysko ostatnio robiło takie rzeczy i jakiekolwiek próby oporu wiązały się z bólem. Kosma zdążył się przyzwyczaić. Wieczorami mama, na prośbę ukochanego syna, wyczesywała mu włosy. Pająki zbiegały po grzebieniu, na jej dłoń, by zniknąć pod szerokim, białym rękawem. Może to nie mama? – pomyślał i przestraszył się jeszcze bardziej. – To nie twoja wina – zagaił do brata. – Ja nawet chciałbym być taki jak ty. Tylko inteligentniejszy. Mógłbym? To chciałeś mi powiedzieć? Krzysiek udał obrażonego. – Kiedyś się dowiesz, co to praca i seks, choć z tym drugim, to nie jestem pewien. Zaśmiali się po raz trzeci i zamilkli na dłuższą chwilę. Kawka włożyła dziób do ucha chłopca, szepcząc najpaskudniejsze przekleństwa. – Jak ci pomóc? – Krzysiek przeszedł do sedna. – Odejść? – Mógłbyś? 27 – To ty tak naprawdę mógł… – Nie – wdarła się w ich rozmowę kawka. – Nie możesz. Ptak rozkrakał się na dobre, rozegrały się głośniki radia. Kosma i Krzysiek poczuli, jak napinają się im wszystkie mięśnie, dostali drgawek, by na koniec zemdleć w upiornej harmonii. Na ziemi leżał tylko jeden z nich. Gdy odzyskał świadomość, drugiego już przy nim nie było. Mama siedziała w kącie – na fotelu, którego nigdy nie mieli – robiąc staromodny szal na drutach. Kawka przycupnęła na parapecie. Wyrywała sobie pióra, które od razu odrastały. Dekorowała nimi „Jowitę”, chlapiąc wokoło ciemną, okradzioną z krzepliwości krwią. Spojrzała na niego, skrzecząc: – Mnie nie da się pokonać. Zobaczymy, pomyślał chłopak. Kim jestem? Kosmą czy Krzyśkiem? – Nikim – pisnęła w odpowiedzi, bryzgając krwią. *** Słyszał, jak o nim rozmawiają. Nie wiedział, kto, i czy na pewno dotyczy to jego, jednak słuchał. Wraz z nim nasłuchiwała boleśnie milcząca kawka. – Klozapina w większości przypadków czyni cuda, szczególnie w pierwszych fazach choroby. Cóż, zdarzają się pacjenci, na których najzwyczajniej nie działa. – I jak to będzie teraz wyglądać, doktorze? – Jest jeszcze jedna metoda, którą napiętnowało kino… Wystarczy wspomnieć scenę z filmu „Lot nad kukułczym gniazdem”, lecz jeśli go pani nie widziała, to lepiej nie oglądać. Mija się z prawdą. Kosma skupiał się na rozmówcach. Pierwsze, co ujrzał, to nieskazitelnie czyste buty lekarza. – Na dniach przedstawię wszystkie szczegóły, bo myślę, że jest to nasza ostatnia deska ratunku. Pacjent ucieka w inne osobowości, wyimaginowany świat dawno przysłonił rzeczywistość, a do tego doszły samookaleczenia… Będziemy potrzebowali pani zgody, tylko nie chcę, by udzieliła jej nam pani zbyt pochopnie. – Nie wygrasz – szepnęła kawka do chłopięcego ucha. – Nie jesteś Kosmą, nie jesteś Krzyśkiem. Jesteś nikim. Na Amy można było liczyć. Zaśpiewała: – Stop makin’ a fool out of me... 28 Ostatnie słowo ciągnęło się niemal bez końca. *** – Chcę z nim porozmawiać! – Kosma zdzierał sobie gardło. – Zaprowadźcie mnie do Turpińskiego! Za garaże! Na górkę! Tata wszedł do pokoju szybkim krokiem. Gazetę odłożył na biurko, po czym podbiegł, by przytrzymać syna. – Chcę rozmawiać z Jerzym! Ta kawka… – Kosma zamilkł, siadając z powrotem na łóżku. – Turpiński, kawka, górka – powtarzał w dziwnym transie. Nagle tata zmienił się, młodniejąc w oczach. Stanął prosto, choćby z samej postawy nabierając pewności siebie. Wyglądał jak oficer z amerykańskich filmów wojennych. Brakowało tylko skórzanej kurtki. Kolaż prywatnego detektywa i komiksowego herosa w jednym. – Znajdziemy go, synku – zapewnił. – Potrzebuję twojej pomocy. To ty za nas stoczysz tę walkę. Walkę – dodał i powtórzył to słowo raz jeszcze, trochę ciszej. Kosma też je wyszeptał, podając ojcu drżącą, zimną dłoń. Wyszli poza pierwsze i poza kolejne – te najcięższe – drzwi. Klatka schodowa uderzyła w nich chłodem żelbetonowych schodów oraz kocim smrodem. – Znajdziemy go, synku – powtarzał ojciec, w którego ręku pojawił się bejsbolowy kij. Chłopak przypomniał sobie o przygodzie z dzieciństwa, kiedy to jeden z pijaczków wymuszał drobne od małego Kosmy. Mężczyzna zawsze czekał na niego na dole klatki schodowej, jednak pewnego dnia zamiast chłopca zszedł jego tata. Z tym samym kijem i chęcią pomocy. Nigdy więcej nie mieli podobnych problemów. – On mi pomoże, tato. On jest inny. Nie możesz go bić. Ufam mu, chociaż musimy uważać. – Znajdziemy go, synku. Znajdziemy! – Zaśmiał się, zdecydowanie zbyt głośno. Wkroczyli na podwórko. Kawka pojawiała się i znikała w nierównym rytmie, trzymając w dziobie rozwijający się bez końca kabel od radia. Szpony zaciskały się na obu ramionach Kosmy w rytm zaciemnianego soulem R B. Kolejny pająk dołączył do braci, biegających po od niedawna strzyżonych przy skórze włosach. – Idziemy na górkę – zarządził chłopak, prowadząc ojca w stronę wałów kolejowych. Szare chmury wisiały wyjątkowo nisko, rozpięte pomiędzy nachylonymi w ich stronę blokami. Ptak puścił kabel, wzbił się w niebo, skrzecząc przekleństwa i groźby. Co jakiś czas 29 zlatywał – często większy niż zwykle – atakując ich twarze i ręce. – Wytrzymaj, synku! – W oczach ojca pojawiły się łzy. Machał kijem, by odstraszyć natrętne ptaszysko. W kwadrans dotarli do wałów, które przypominały wyrwane kadry z filmu grozy. W tym miejscu zieleń traw pokrywało robactwo, ziemia strzelała ropą niemalże przy każdym kroku. Cuchnęło zapomnianą śmiercią. Ponownie skropliła się krew. Gęstniała na spoconej skórze Kosmy. Turpiński stał na wzgórzu. W jednej ręce trzymał puszkę piwa, drugą pomachał w ich kierunku. Uśmiechnął się, nie zwracając uwagi na cały ten koszmar. – Spalimy ją! – krzyczał, przesiąknięty alkoholowym śmiechem. – Zabijemy tę czarną, obesraną kurwę! Prądem! Sama przytargała kabel! – Nie! – wrzeszczała kawka, podwajając wysiłki, aby zatrzymać Kosmę. W pewnym momencie wzbiła się wysoko w powietrze i zaczęła rosnąć, karmiona porywistym wiatrem. Przesłoniła niebo od garaży po ogródki działkowe. Skrzeczała tak głośno, że musieli osłonić uszy dłońmi. Podchmielony Jerzy machał w jej stronę zaciśniętymi pięściami, krzycząc ile sił w płucach, czego Kosma nie mógł usłyszeć. Ptak zaatakował mężczyznę, przybijając go dziobem do ziemi. Chłopak upadł na kolana, wprost w jedną z największych kałuż ropy, czując chłód sięgający aż do serca, a z niego, wraz ze zmrożoną krwią, do całego ciała. Kawka krzyknęła: „Nie wygrasz!”, po czym odfrunęła przysłonić niebo komuś innemu. – Tato, nie dam rady – szepnął, mimo że ojca już przy nim nie było. Zniknął też bejsbolowy kij, w którego miejscu leżał najzwyklejszy długopis. Kosma podniósł przedmiot i ścisnął go mocno w drżącej dłoni. Złość narastała w nim od wielu tygodni, miesięcy, być może i lat. Nie miał pewności – dawno się w tym pogubił. W jednej chwili pomyślał o tych strzępkach rozmów, które czasem do niego dolatywały, o początkach, gdy jeszcze sam siebie o wszystko pytał, kiedy doszukiwał się oznak choroby, potrafił oddzielić od siebie stare – realne – i nowe – niemniej rzeczywiste światy. Patrzył na długopis, widząc w nim wyjście z sytuacji. Ratunek, drogę do unicestwienia czarnej kawki i wszystkiego, co ze sobą niesie. Poczłapał w stronę górki, w stronę wyróżniających się czerwienią na zaropiałym tle zwłok Jurka. Jego ubłocone buty oraz dłonie pokrywały się krwią. – Zwyciężę – mruknął bardziej do siebie, nie spoglądając więcej w stronę zmasakrowanego ciała. – Dla ciebie. 30 Wiedział, że nie będzie miał wiele czasu. Z daleka, pełna energii, nadlatywała kawka. Położył lewą rękę na udzie i zaczął wbijać długopis w przedramię. Rytmicznie i głęboko, raz za razem. Cienkie strużki krwi spływały na obie strony, łącząc się plamą na spodniach. Z daleka słyszał podniesione głosy. Trio pijaczków – tych samych, co parę dni, a może i lat wcześniej – biegło do niego od strony wałów. Ból był wciąż zbyt mały, nieistotny, niepoważny. Wtedy wpadł na kolejny pomysł. Przełożył długopis wkładem do góry, ponownie zaciskając na nim palce. Myślał tylko o jednym; nie zamierzał dłużej oglądać tego świata. Uderzył, celując w prawe oko, lecz w ostatniej chwili powstrzymał go największy z mężczyzn. Kosma poczuł chłód na policzku; boleśnie wykręcono mu ręce. Zabolało ukłucie – kolejne z wielu – i nadciągnął sen, jeszcze bardziej pokręcony niż życie. I zalał go smutek, który nazwałby najzwyczajniej pustką. Tracił przyjaciół, tracił urojenia, ojca, a wraz z nim miłość. Cisza połączyła się z muzyką w przeciągły, irytujący jazgot. *** Nie przypominał sobie wzgórza, garaży ani ogródków działkowych, gdzie pito nie mniej niż na pobliskich wałach, a może najzwyczajniej nie wracał do tego myślami. Nie dostrzegał kawki, „Jowity”, zwłok Jerzego i długopisu, który zostawił ojciec. Biały opatrunek szerokim pasem pokrył podziurawioną skórę. Nie bolało. Kosma leżał na łóżku, kołdra unosiła się w powolnym rytmie głębokich, na wpół sennych oddechów. Biała i pachnąca szpitalem, ze wskazaniem n
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Magazyn Histeria 2016/2 PDF
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: