Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00871 011060 7491824 na godz. na dobę w sumie
Magazyn Histeria 2016/3 PDF - ebook/pdf
Magazyn Histeria 2016/3 PDF - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Magazyn Histeria Język publikacji: polski
ISBN: 2016037777777 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> thriller, horror
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
Nowy magazyn internetowy dla fanów grozy. Naszym celem jest promocja talentów pisarskich.
Znajdź podobne książki

Darmowy fragment publikacji:

MAJ 2016/3 SZKIEŁKIEM I OKIEM Eliza Krzyńska-Nawrocka GOŚĆ SPECJALNY: MACIEJ KAŹMIERCZAK l p . a i r e t s i h n y z a g a m DYM|JEDNO ŻYCZENIE|KOSZMAR LOT DIABŁA|NOC PAJĘCZA|POTWORY PRZEŁĘCZ|SUFLER|SYCHEM PRAWDZIWYCH ZNAK PIĘCIU MAJ 2016/3 SZKIEŁKIEM I OKIEM Eliza Krzyńska-Nawrocka SPIS TREŚCI: Słowo od redakcji Wyznania Histeryka DYM JEDNO ŻYCZENIE KOSZMAR LOT DIABŁA NOC PAJĘCZA POTWORY PRZEŁĘCZ SUFLER SYCHEM PRAWDZIWYCH ZNAK PIĘCIU Szkiełkiem i okiem NIEZWYKŁA KOBIETA (fragment) Antoni Nowakowski Iwona Grodzka Krzysztof Katkowski Martyna Walerowicz Anna Musiałowicz Piotr Białomyzy Tomasz Krzywik Kamil Adrian Kornatowski Maciej Kaźmierczak Michał Lipka Eliza Krzyńska-Nawrocka Dagmara Adwentowska Redaktorzy naczelni: Błażej Jaworski, Maciej Zawadzki Projekt okładki i skład: Roman Panasiuk Ilustracje: Dawid Boldys, Marcin Czarnecki Czarny , Marcin Kozierkiewicz, Asia Jedlińska, Roman Panasiuk, Izabela Wojciechowska Korekta: Dagmara Adwentowska, Magdalena Kucenty email: magazynhisteria@gmail.com 2 345213341596981 99110 125 136 142 Witajcie! Przed Wami majowa Histeria, nad którą unosi się duch Sir A. Conan Doyle’a i Sherlocka Holmesa Gościem Specjalnym czternastego numeru jest Maciej Kaźmierczak. Autor „Zwierzyny” prezentuje na naszych łamach niepublikowane dotąd opowiadanie „Sychem prawdziwych”. Wśród jedenastu opowiadań znajdziecie również trzy teksty finałowe z konkursu „Pod lupą”, a także fragment opowiadania Dagmary Adwentowskiej z wydanej niedawno słowiańskiej antologii grozy „Krew Zapomnianych Bogów”. Na początek jednak wywiad z Histerykiem, a raczej Histeryczką Miesiąca – Anną Musiałowicz. Na deser – artykuł dr Elizy Krzyńskiej-Nawrockiej pt.: „Szkiełkiem i okiem”, czyli szkic o Sherlocku Holmesie w rocznicę urodzin jego twórcy. Tyle od nas. Wracamy do prac nad kolejnym numerem, a szykujemy dla Was prawdziwą „bombę”. Życzymy strasznej lektury! B. Jaworski i M. Zawadzki WYZNANIA HISTERYka Anna Musiałowicz żona Przede wszystkim i matka. Absolwentka pedagogiki UAM. Zawodowo zajmuję się pracą socjalną. Grywam w szachy, nawiedzam zamki, czytam głównie fantasy, rysuję gdzie popadnie i co popadnie, słucham zazwyczaj ciężkiego rocka i jego odmian. Opowiadania zaczęłam pisać przypadkiem – w dodatku całkiem niedawno. tematu na Skąd pomysł na „Pierworodnego”? Decydując się na udział w konkursie na opowiadanie, którego motywem przewodnim miały być przesądy, poszukiwałam tyle oczywistego, by związane z nim zabobony były powszechnie znane, a w gruncie rzeczy odnoszącego się do wąskiej grupy osób, które mogłyby się z nim identyfikować. Ciąża to szaleństwo – fizjologiczne i psychiczne. Każda kobieta, która miała okazję być w ciąży, doskonale zdaje sobie sprawę, że ten stan nakazuje jej brzuchowi stać tylko prowizorycznie pozwalając na zachowanie względnej intymności. Chciałam przełamać pewne tabu – ciąża to nie tylko szczęście i ekscytacja z chwilowego stania się Bogiem i stworzenia nowego życia, lecz to także czas lęków i obaw, niepewności i dostosowywania się do całkiem nowej sytuacji, nie zawsze wygodnej i przyjemnej. Przesądy są nieodłączne dla tego stanu. I nawet jeśli się w nie nie wierzy, na wszelki wypadek unika się wykonywania pewnych czynności. się niejako „dobrem publicznym”, zapisków w Jak wyglądała praca nad tekstem? Praca nad tekstem to czas spędzony z długopisem w dłoni, dokonywanie zeszycie (oczywiście czarny kot na okładce, jak przystało na „pechowe” opowiadanie) w każdej wolnej chwili, a potem zarywanie nocy i składanie nieujarzmionych myśli przed ekranem monitora. Nad „Pierworodnym” od pierwszej litery ciążyło fatum: nie obyło się bez kilku problemów natury technicznej, gdy na przykład mój komputer umarł śmiercią nagłą i nienaturalną, zabierając ze sobą do wirtualnego nieba całą zawartość dysków. Tym silniejsza stawała się moja motywacja, by opowiadanie dokończyć – wbrew nękającemu je pechowi. Temat był mi na tyle bliski jako kobiecie, że nie musiałam nabywać żadnej dodatkowej wiedzy. Wystarczyło przypomnieć sobie siebie sprzed kilku lat, podeprzeć historiami znajomych, dodać szczyptę fantazji... i się narodziło. Skąd czerpiesz inspiracje do pisania? Zewsząd. Słyszę słowo, czasem zdanie – dopisuję kolejne. Widzę obraz – układam do niego historię. Idę ulicą i wyobrażam sobie, co mogłoby się na niej wydarzyć. Opowieści są wszędzie, wystarczy tylko uważnie słuchać i patrzeć, a gdy do tego pobawić się wyobraźnią, może powstać coś interesującego. Pisanie to hobby czy coś więcej? Pisanie dziś to dla mnie przygoda. Sprawdzam siebie w nowej roli. Tworzenie pochłania mnie, zawłaszcza. Mario Vargas Llosa napisał o powołaniu literackim: „Jest poświęceniem wyłącznym i wyłączającym, sprawą pierwszorzędną inne, dobrowolnie przyjętym poddaństwem, które swoje ofiary (swoje szczęśliwe ofiary) czyni niewolnikami”. Nie jestem jeszcze niewolnikiem, choć sługą już tak. Moja przygoda z pisaniem dopiero się rozpoczęła. Może przerodzi się w dłuższą podróż. Z czym kojarzy Ci się słowo histeria? To szaleństwo. Śmiech przeplatany z płaczem, strach i podniecenie, trwoga i euforia. To pewien nienormalny aspekt osobowości ujawniający się zazwyczaj w lub oczekiwanych długo i z napięciem. W dawnych czasach wierzono, że histerię w człowieku wywołuje diabeł. Może coś w tym jest? Kto wie, czy histeria nie jest drogą do ujawnienia mrocznej strony człowieka? sytuacjach nagłych i nieoczekiwanych przesłaniającą wszystko l s y d o B d i w a D . s y r DYM Antoni Nowakowski „Być – znaczy być postrzeganym”. (George Berkeley) – To wszystko jest dla pana. Wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna położył na obrusie cztery grube zwitki dwustuzłotowych banknotów, ściśniętych banderolami. Wyróżniał się szykownym garniturem, mocno wysklepioną klatką piersiową i krzykliwym kolorystycznie krawatem. Kręcone włosy przyprószyła już siwizna. Starannie wygładził obrus, jakby nie chciał naruszyć sztywnej gładkości pięknego nakrycia stołu. Wykonano je z koronki. Lśniło prawie nieskalaną bielą. Tylko kilka 5 nikotynowych przebarwień psuło odczucie świeżości pachnącej jeszcze krochmalem. Serweta sprawiała wrażenie kupionej niedawno, jednak przy dokładniejszym spojrzeniu wrażenie niweczyły naderwane nitki misternego haftu, sterczące w wielu miejscach. Pośrodku mebla leżała duża popielniczka z drewna, zdobiona na obrzeżu esowatym żłobieniem. – Jeżeli za mało złociszy, powie pan tylko jedno słowo – kontynuował człowiek o potężnych barkach, układając paczki obok siebie. Chrząknął. – Dostarczę tyle, ile pan zażąda. No i jeszcze coś przyniosłem. Mężczyzna, siedzący przy stole w milczeniu, przyglądał się paczkom pieniędzy. Pociągła, starannie wygolona twarz nie zmieniła wyrazu. Zdawało się, że myślami jest zupełnie gdzie indziej. Widok stosiku banknotów spowodował tylko lekki uśmiech. Właściwie, łagodnie wygiął wargi, w milczeniu kwitując sowity dar. Przełożył sztywne w swojej nowości paczki w miejsce, gdzie jasny połysk obrusa szpeciła brązowa plamka. Zdawała się go irytować. Teraz było widać, że długie palce pokrywa żółty nalot nikotyny, jedyna cecha wyróżniająca jego postać. Wyglądał bardzo zwyczajnie – nieco już znoszona marynarka, popielate spodnie, szara koszula i ciemnogranatowy, też podniszczony krawat. Węzeł ozdoby męskiego stroju sprawiał wrażenie, jakby został zawiązany dawno temu, a potem tylko luzowano go każdego wieczora i ściągano następnego ranka. Patrząc na tego człowieka, w pierwszej chwili odnosiło się wrażenie, że jest pospolitym urzędnikiem, zawsze przychodzącym do pracy piętnaście minut wcześniej i wychodzącym kwadrans po jej zakończeniu. Uważny obserwator prędko jednak skorygowałby początkowy osąd, napotkawszy jego wzrok. Przenikliwe spojrzenie szarych oczu, taksujące i badawcze. Zdawało się poprzez skórę, mięśnie i żebra przenikać w głąb duszy, poznawać najgłębsze jej tajniki i penetrować umysł. Teraz natomiast obojętnie przyglądał się paczkom pieniędzy, nie zwracając uwagi na kobietę w czerwonej sukience, bojaźliwie kryjącą się za plecami towarzysza. Nawet nie rzucił okiem na dwóch innych mężczyzn, stojących przy wejściu do pokoju. Też sprawiali wrażenie, jakby starali się nie zwracać na siebie uwagi. Wyraźnie unikali zerknięcia w oczy człowieka, zajmującego miejsce przy pięknym stole. – Przesadza pan…. To za dużo. – Wyglądająca na biuralistę postać odsunęła trzy zwitki. – Cieszę się, że pomogłem. Wyraźnie dostrzegałem wszystkie fragmenty zdarzeń po kolei. Zwykle mi się to udaje, chociaż nie zawsze. Nie zawsze… Przez twarz przeleciał dziwny grymas, może smutku. 6 – Mam jeszcze coś. – Mężczyzna w pięknym garniturze położył obok popielniczki plik studolarówek. Dwie płaskie i mocne gumy, stosowane do uszczelniania słoików wekowych, zabezpieczały banknoty przed rozsypaniem. – Nie ma ceny za pana moc. Nie ma ceny… Poprawił węzeł krawata. – Wie pan, teraz pieniądz jest niestabilny. – Głośno odkaszlnął. – Dolary są pewną walutą, co by o nich nie opowiadano – ciągnął silnym, nieco zachrypniętym głosem. – Raz stoją wyżej, następnego miesiąca niżej, jednak zawsze pozostaną w obiegu. Ale, jeżeli pan sobie tego życzy, mogę je wymienić na złote sztabki. Albo krugery. Przez chwilę nad czymś się zastanawiał. – Krugerrandy – poprawił się pośpiesznie. – Monety. Sporo złota zawierają, każdy bank je kupi. Człowiek w znoszonej marynarce potrząsnął głową. – Ja nie potrzebuję dużo. – W głosie nie zabrzmiał nawet cień emocji. – Niech pan to zabierze. Łagodny uśmiech pogłębił się. Szczupłe palce przesunęły niechciane rulony na brzeg stołu. – Wystarcza mi na życie… – kontynuował nieśpiesznie. – Więcej stanowi dla mnie zbędny zbytek. Naprawdę bardzo się cieszę, że pomogłem. Z kieszeni wyjął opakowanie kubańskich cygaretek. Wyłuskał jedno i zaczął delikatnie ugniatać palcami. Bardziej postawny z dwóch mężczyzn przy drzwiach postąpił kilka kroków do przodu. Zamaszyście kroczący dryblas o potężnych barach wyróżniał się słusznym wzrostem. Obaj – zdawało się, że trzymają wartę przy wejściu do salonu – byli do siebie bardzo podobni. Rozrośnięte torsy bez reszty wypełniały gładkie kurtki ze sztucznego tworzywa. Przypominali prostokątne bryły mięśni, z wyrośniętymi w dół i na boki rękoma i nogami, masywnymi niczym betonowe słupy energetyczne. Uwagę zwracały ich nienaturalnie bycze karki. Właściwie, różnili się tym, że na głowie wyższego pyszniła się gęsta czupryna, zaczesaną na jeża, a czaszka drugiego została starannie wygolona. Wcale nie posiadali tępych twarzy. Twarde rysy ich oblicz znamionowały doświadczenie, czujność i gotowość do działania. Człowiek, podchodzący teraz do stołu, przegładził grubymi palcami włosy. Szeroka pięść, naznaczona rozległą szramą, może śladem uderzenia nożem albo kastetem, wyjęła 7 z kieszeni czarnej kurtki dużą zapalniczkę. Ktoś, kto obserwowałby tę scenę, zauważyłby, że paznokcie palców zostały niezwykle starannie opiłowane i uformowane. Położył ją przed mężczyzną w szarej marynarce. – Proszę, jest ogień… Ton głosu wyrażał szacunek, a może też pilnie skrywany lęk. Ten mocny baryton brzmiał uniżenie, jakby mężczyzna czuł respekt przed szczupłą postacią w znoszonej marynarce. Jakby też cieszył się, że niespodziewanie wyświadcza drobną przysługę. Gospodarz domu nieznacznie się uśmiechnął. Wziął do ręki srebrzycie lśniący przedmiot. Kciuk odsunął wieczko, a potem przekręcił karbowane kółko. Zapalił się żółtawy płomyk. Nad stołem uniósł się kłąb dymu. – Miałem kiedyś podobną… – stwierdził mężczyzna z namysłem, przesuwając pomiędzy palcami platerowany metal. – Dawno temu… Później nigdzie nie mogłem takiej nabyć. Jego wzrok stał się nagle uważny. Badawczy. W szarych oczach mignął wyraźny cień zastanowienia. Namysłu. Dokładnie oglądał zapalniczkę, ozdobioną po obu bokach wypukłą sylwetką cwałującego konia. Przyglądał się żłobieniom krótszych boków. Przesunął ją między palcami, może badając, czy dotykanie pięknie wykonanego przedmiotu sprawia to samo wrażenie, co kiedyś. Pochmurna twarz nagle zmieniła wyraz: rozświetlił ją uśmiech zadowolenia. – Właśnie taką kiedyś zgubiłem – podjął po chwili. – Prawie identyczną… Ta pewnie pochodzi z tej samej serii. Idealnie pasuje do dłoni jak mój dawny nabytek. Tak się z niego cieszyłem… Niespodziewanie skrzywił się. – Kupię ją od pana za każdą cenę – zakończył niespodziewanie silnie brzmiącym głosem. – Za każdą. Szczupła dłoń, obramowana pieczołowicie wyprasowanym mankietem szarej koszuli, wyciągnęła z pliku trzy banknoty dwustuzłotowe, a po chwili jeszcze jeden. Potem przesunęła je na brzeg obrusa. – Tę naruszoną paczuszkę zatrzymam, pozostałe można zabrać. Przecież już o tym mówiłem. – W głosie zabrzmiał wyrzut. – Pieniędzy mi wystarcza. Znowu mocno zaciągnął się tytoniowym dymem. Człowiek, który niedawno kładł na obrusie zwitki banknotów, mocno chrząknął. Mężczyzna z czupryną zaczesaną na jeża w lot pojął znaczenie nieartykułowanego dźwięku. 8 – Pan ją sobie weźmie – obwieścił. W głosie drgał wyraźny odcień dumy, że i on niespodziewanie wyświadczył przysługę. – Podarunek… Tyle pan dobrego zrobił dla szefa. Kupię nową, ze złota. Palcem przetarł nos naznaczony śladami wielu ciosów. Zegar w kącie pokoju tykał monotonnie. Gospodarz domu rzucił na niego okiem, jakby sprawdzał czas. Przez twarz przewinął się wyraźny grymas zniecierpliwienia. – My z mężem naprawdę dajemy wszystko z serca, niechże pan uwierzy. – Kobieta niespodziewanie przerwała chwilę milczenia. Stukając wysokimi obcasami, przeszła kilka kroków w stronę stołu. Położyła na krześle torbę. – Zapalniczka niech dobrze służy. Widać było, że wyraźnie onieśmielona, zastanawia się, co jeszcze powiedzieć. – Wskazał pan miejsce, w którym te łachudry więziły naszego synka – kontynuowała po chwili, pośpiesznie, łykając sylaby. – Zaraz po pierwszym spotkaniu. Niepojęte, ale przekonaliśmy się, że pan nigdy się nie myli. Głos przeszedł w piskliwy, spazmatyczny dyszkant. – Trzymali go w pustym szambie: skutego, ze związanym nogami, z kapturem na głowie. Zaczęła płakać. Przetarła dłonią powieki, rozmazując gruby makijaż. Pod oczyma pozostały ciemne smugi. – Łapsy szukały go tyle czasu, i nic – kontynuowała. – Mąż ofiarował się suto ich opłacić, żeby przyłożyli się do roboty, ale nie chcieli brać. Wiadomo, kurwa, dlaczego. I to jest sprawiedliwość!? Człowiek w pięknym garniturze pogardliwie wzruszył ramionami. – Niektórzy wzięli, i to dużo, ale i tak nic nie zrobili – zauważył sucho. – Wypełniali tylko papiery. Z tymi gnojami kiedyś się rozliczę… Cieszyli się z naszego nieszczęścia, śmiali się, chcieli, żebym zmiękł. Patałachy bez pojęcia. Siedzący za stołem człowiek rozciągnął usta w uprzejmym, łagodnym uśmiechu. Z uwagą przypatrywał się zapalniczce. Nie mógł oderwać od niej wzroku. – Tak go męczyli, żebyśmy zapłacili okup. Tyle pieniędzy! – Kobieta znowu zaczęła łkać. – A potem i tak by go zabili. Skurwysyny. Wzięliby się za uczciwą bandytkę, a nie za te numery. Jebańce. Znowu zapalił się płomyk. Nowy właściciel ciągle obracał zapalniczkę w palcach. – Po prostu dokładnie widziałem, gdzie go trzymają. – Wolno pokiwał głową. – Zostawił w domu ulubioną bransoletę. Często ją nosił. Rzeczy zmieniają posiadaczy, ale chyba każdy z nich zostawia ślad… Ja je dokładnie widzę. 9 Znowu uśmiechnął się powściągliwie. – Jeżeli państwo pozwolicie – dodał po kilku sekundach – zrobię trochę przewiewu. Dużo palę, a nie chcę, żeby dom przesiąkł dymem. Zwłaszcza ten pokój. Często go wietrzę. To dla mnie bardzo ważne. Przez uchylone werandowe drzwi przedostał się powiew wiatru. Dym z cygaretki zaczął się rozwiewać. Mężczyzna w szarej koszuli znowu rzucił okiem na zegar. Kurant uderzył, wybijając upływ połowy godziny. Kobieta wyjmowała z torby pakunki różnej wielkości z firmowymi znakami renomowanych sklepów spożywczych. – Wiem, że pan niewiele je, więc kupiłam, co mogłam tylko dostać najlepszego. Wargi pokryte grubą warstwą karminowej szminki wykrzywił uśmiech. Potem usta kobiety zacisnęły się w wąską kreskę. – A oni go głodzili. Wyszedł na wolność taki chudziuteńki. I dzięki panu żyje. Tylko dzięki panu, zbawco. Znowu zaczęła spazmatycznie łkać. Upadła na kolana. – Tacy jesteśmy wdzięczni. Boże mój, żeby pan wiedział, jacy wdzięczni! Uchwyciła szczupłą dłoń i zaczęła ją całować, zostawiając czerwone ślady pomadki do ust. – Uspokój się, kobieto! Mężczyzna we wspaniałym garniturze położył dłoń na ramieniu żony. Posłusznie wstała. – Pójdziemy już – dodał, wysmarkując nos w chusteczkę. – To wszystko jest pańskie. – Przełożył zwitki banknotów na środek stołu, umieszczając je obok popielniczki. – Co pan z tym zrobi, to już nie moja sprawa. Dam jeszcze coś. Wyjął z kieszeni spodni telefon komórkowy. – Na klawiaturze pod jedynką jest mój numer. Niewielu ludzi go zna. Jeżeli będzie pan czegoś potrzebował, proszę dzwonić. Często zmieniam kartę, jednak pan się o tym dowie. Mówił krótkimi, urywanymi zdaniami. – O każdej porze dnia i nocy… Abonament jest opłacony. Będzie opłacany stale. Pan może rozmawiać z tego aparatu, ile chce…. Ja wiele mogę. Bardzo dużo. Znowu głośno chrząknął. – Pomogę w pańskiej sprawie, jeżeli pan coś zobaczy – kontynuował ostrym głosem. – Jestem pewien, że do tego dojdzie. Wtedy zrobię wszystko, czego pan sobie zażyczy. Za darmo. Jedno słowo wystarczy. 10 Kobieta wyjęła z torebki puderniczkę i kilka chusteczek higienicznych. Starannie usuwała z twarzy ślady rozmazanego tuszu. – Ja bardzo rzadko telefonuję… – Mężczyzna w znoszonej marynarce znowu uśmiechał się tym łagodnym, nieobecnym uśmiechem. – To raczej ludzie do mnie dzwonią. Palcem wskazał na stary aparat, stojący na brzegu kredensu. – Jednakże bardzo dziękuję – zakończył, znowu uśmiechając się powściągliwie. Mie patrzył na rozmówcę – przyglądał się zapalniczce. Pochłaniała jego uwagę. Nieuważnym gestem wyciągnął dłoń, pewnie chcąc już zakończyć spotkanie. Gość w przyciągającym wzrok stroju uścisnął ją mocno. Potem ruchem ręki dał znać, że towarzyszący mu mężczyźni mają iść przed nim. Wyszedł zdecydowanym krokiem, przepuszczając przed siebie siebie żonę. – Niech pan chwilę poczeka! – Człowiek w zniszczonej marynarce, wstając od stołu, machnął ręką w powietrzu. – Należność za zakup! Coś się panu należy… Wziął ze stołu leżące luzem cztery dwustuzłotówki, złożył na pół i włożył do górnej kieszeni kurtki. Niedawno spoczywała tam zapalniczka. Kieszeń pozostała niezapięta. Nagle potrząsnął głową. – Niech pan nie idzie do pubu na umówione spotkanie. – Głos człowieka w popielatych spodniach brzmiał tylko nieco głośniej od szeptu. – Może wydarzyć się… coś złego. Twarz przybrała wyraz skupienia. Ciągle trzymał rękę na ramieniu ostatniego z gości. Teraz, kiedy podniósł się z krzesła, było widać, jak bardzo jest szczupły. – Jeżeli pan tam pójdzie, dostanie pan przed wejściem trzy kulki w głowę. Ja to widzę… Tylko to, nic więcej. Obaj stali w milczeniu, patrząc na siebie. Twarz człowieka z gęstą, sterczącą czupryną pozostawała nieruchoma i bez wyrazu. Z kieszeni sterczał rożek banknotu. Szeroka dłoń mężczyzna, naznaczona blizną, wsunęła go głębiej. Potem grube knykcie ze starannie przyciętymi i dokładnie opiłowanymi paznokciami wolno przeczesały sztywne włosy. Szczupła postać w szarej marynarce znowu przesuwała między palcami metalowy przedmiot. Potężny mężczyzna kilka razy zamrugał szybko, a potem przestąpił z nogi na nogę. – Z nikim się nie umawiałem na takie spotkanie – powiedział wolno. – Naprawdę nie… Z nikim. Dłonią otarł kilka kropel potu z czoła. 11 – A jednak pan się umówi… – Głos gospodarza brzmiał teraz mocniej. – Zobaczyłem to… Niech pan tam nie idzie. Ostrzegłem, wystarczy. Nie widzę nic więcej. Dzięki za podarunek. Człowiek z czupryną zaczesaną na jeża głośno przełknął ślinę. Jeszcze raz otarł czoło. – Tak zrobię, proszę pana. Na pewno tak zrobię. Ja też dziękuję – stwierdził po chwili milczenia i cicho zamknął za sobą drzwi. Benzynowy płomyk nagle błysnął, jakby nowy właściciel ciągle coś sprawdzał. Szczupłe palce, pokryte nalotem nikotyny, czule głaskały srebrzysty metal nowego nabytku; rzeczy, która, jak przypuszczał, mogła wiele zmienić. Na taką chwilę czekał osiem lat i teraz, jak sądził, w końcu nadeszła. *** W popielniczce żarzyła się niedopalona cygaretka. Mężczyzna w szarej koszuli starannie ją zgasił. Rzucił okiem na zegar – wskazywał pięć minut po jedenastej. Miał jeszcze czas na zwykłe czynności, na przygotowanie się do czegoś, co powtarzał w dniu, podkreślonym w kalendarzu na czerwono; najważniejszej czynności każdego miesiąca. Bardzo uważnie obejrzał pokój, sprawdzając, czy wszystko jest tak, jak powinno być. Oglądał niezmieniony od lat widok – spore pomieszczenie wyglądające skromnie, jednak bardzo schludnie. Pośrodku brązowego kredensu z litego drewna stał stary telewizor z wypukłym ekranem. Przy drugiej ścianie etażerka skąpo zapełniona książkami i porcelanowymi bibelotami. Tapczan z wysokim oparciem wyściełały wilcze skóry, podobnie jak sąsiadujące fotele. Kilka roślin na parapecie okna wyciągało listki do światła. Jedną z półek etażerki zajmował tylko fotografia w skórzanym etui z podparciem. Chłopiec na zdjęciu, z zaczesanym na czoło klinem jasnych włosów, wykrzywiał usta w tym samym nieśmiałym, trochę nieobecnym uśmiechu mężczyzny w znoszonej marynarce. Stojący zegar z wahadłem ozdabiał kąt pokoju. Szafkowa obudowa błyszczała blaskiem często przecieranej politury. Obok wisiał ścienny kalendarz tygodniowy. Jedna z dat została obwiedziona czerwoną krechą. Połysku mebli nie psuła nawet smużka kurzu. Lśniły wilgotnawym blaskiem codziennego pielęgnowania. 12 Mężczyzna szeroko otworzył drzwi na werandę. Powkładał kilkanaście pakuneczków do pozostawionej torby. Po chwili namysłu położył ją na tapczanie. Zwitki banknotów włożył do szuflady kredensu. Leżało tam jeszcze kilka innych. Przyglądał się im w zamyśleniu. Nie przywiązywał wagi do pieniędzy, chociaż doskonale wiedział, jak bardzo są ważne. Posiadał ich dużo, bardzo dużo, bez wahania wydałby jednak wszystkie aż do ostatniego grosza, żeby tylko osiągnąć to, czego pragnął. Pomyślał, że gotówka jednak nie powinna bezużytecznie spoczywać w pachnącej kamforą szufladzie – musiał wpłacić ją do banku. Westchnął. Postanowił zrobić to jutro. W rogu etażerki umieścił ofiarowany aparat komórkowy. Uważnie rozglądał się po pokoju. Doszedł do wniosku, że jeszcze nie wszystko jest tak, jak było wtedy, tego dnia, gdy zmieniło się jego życie. Coś przeszkadzało, a on pragnął mieć czystą duszę i umysł, aby móc się skupić. Coś nie wyglądało tak jak osiem lat temu. Fragment istniejącej teraz rzeczywistości nie do końca odpowiadał zapamiętanemu obrazowi. Szybkim krokiem, z popielniczką w ręku, poszedł do ubikacji. Wyrzucił niedopałek. Strzępem papierowego ręcznika wyczyścił wgłębienie w ciemnym kawałku drewna. Torbę przeniósł do kuchni. Teraz już nie czuł niczego fałszywego w widoku pokoju – wtedy też starannie usunął resztki tytoniu i popiół. Obracając w palcach zapalniczkę, wpatrywał się w fotografię w skórzanej obwolucie – zdjął ją z etażerki i postawił na stole. Znowu przeniósł wzrok na przedmiot trzymany w dłoni. Syn, którego zdjęcie miał przed sobą, osiem lat temu wyszedł kupić zapałki, bo on rankiem w ogrodzie zgubił zapalniczkę. Ta, którą trzymał w dłoni, wyglądała prawie identycznie. Nie była dokładnie taka sama, różniła się zdobieniem wąskich boków, lecz niczym więcej. Ten szczegół nie powinien mieć znaczenia. Jak zwykle przypominał sobie ten dzień, chociaż pamiętał go minuta po minucie. Była sobota, a on skończył już prace domowe i pielenie grządek. Syn pobiegł do kiosku położonego parędziesiąt metrów dalej, po drugiej stronie ulicy. Chciał sprawić mu przyjemność. Człowiek w szarej marynarce doskonale pamiętał cienki, zuchowało brzmiący głos: „Tatku, kupię ci zapałki, żebyś się nie martwił! Caluteńką paczkę. Mam pieniążki!”. Nie 13 zapomniał słów dobiegających zza ogrodzenia: „Będziesz mógł zapalić sobie cygarko! Zaraz wrócę!”. Słyszał niecierpliwy tupot bucików i trzask furtki. Wtedy, już ponad osiem lat temu, czekając na powrót malca, wypalił jednak cygaretkę. Potem następną. Przypomniał sobie, że w kuchennej szafce wraz ze świecami leży pakiet zapałek. Z rozkoszą zaciągał się tytoniowym dymem. Zgasił wówczas niedopałek i dokładnie przewietrzył pomieszczenie. Nie chciał, aby chłopczyk oddychał oparem nikotyny i dbał o to. Skrupulatnie wyczyścił popielniczkę, tę samą, która stała przed nim. Syn nigdy nie wrócił. Mężczyzna w zamyśleniu obracał w palcach gładki, przyjemny w dotyku metal. Przez całe osiem lat myślał o jednym – o tym dniu. Codziennie siadał przy stole i odtwarzał w pamięci tamte wydarzenia. Wytężał umysł. Starał się zobaczyć każdy szczegół. Analizował każdą chwilę. Żona go porzuciła, obwiniając o zaginięcie dziecka. Sprawiła mu ból, jednak szybko o nim zapomniał, zajęty próbami odtworzenia przebiegu zdarzeń. Że zdziwieniem spostrzegł wtedy, że dostrzega wiele spraw, zupełnie dla niego obojętnych, lecz ważnych dla innych ludzi – i nieraz bardzo dziwnych. Zrozumiał, że po prostu je widzi. Wiele osób zaczęło się do niego zwracać z prośbami o pomoc. Przynosili pieniądze, coraz więcej pieniędzy. Rzucił pracę, co przyjęto z ulgą, bo przez osiem godzin siedział za biurkiem i tępo wpatrywał się w ścianę. Początkowo żył ze zgromadzonych oszczędności, ale szybko przestał się martwić o swoje finanse. Ta zdolność postrzegania fragmentów oddalonej od niego rzeczywistości z każdym rokiem poszerzała się. Dostrzegał coraz więcej, pewnie i bez wysiłku. Swobodnie sięgał w przeszłość, a potem odkrył, że równie naturalnie penetruje wyimki przyszłości, coraz bardziej rozległe. Nie za bardzo pamiętał, co działo się, gdy stwierdził, że syn już nie powróci. Wyrzucił wszystko ze swojego umysłu. To nie miało znaczenia. Zapamiętał tylko, że musiał przychodzić do kilku budynków, odpowiadać na pytania i czytelnie podpisywać wiele dokumentów. Z wysiłkiem niekiedy przywoływał obraz korytarzy, twardych albo miękkich krzeseł i dłoni wskazujących miejsca, które zapomniał zaparafować. Kilkanaście dłoni najrozmaitszych kształtów. Człowiek w znoszonej marynarce ciągle obracał w palcach zapalniczkę. To mógł być ważny element, przełamujący jego niemoc w najważniejszej sprawie. Od dawna sięgał 14 w przeszłość i przyszłość, ale nadal nie mógł spostrzec, co się stało, kiedy syn doszedł do kiosku. Do tej pory widział w tym miejscu tylko dym – zawłaszczający obraz opar. Rozprzestrzeniające się kłęby dymu, zasnuwające wszystko. Zapalniczka mogła być brakującą cząstką minionej rzeczywistości. Zgubił ją tamtego dnia, a teraz trzymał w palcach prawie identyczny przedmiot, chociaż nie ten sam. Szczupły mężczyzna wierzył, że wszystkie części wizerunku wydarzeń sprzed ośmiu lat może w końcu połączą się w całość. *** Rozejrzał się po pokoju. Wyglądał tak jak wtedy. Obrus nadal emanował świeżością, tylko nieco się już przyniszczył. Mężczyzna w szarej koszuli sądził, że jego nieuchronne zużycie nie powinno mieć większego znaczenia, ale starannie poślinił palec i wyrównał sterczące nitki. Rośliny na oknie mocno wyrosły, jednak na to nie mógł nic poradzić. Często je przycinał, lecz znowu szybko się rozwijały. Zegar tykał jednostajnie. Rok temu złamała się duża wskazówka, ale jej spojenie zegarmistrzowskim lutem nie sprawiło trudności – nie pozostał nawet ślad uszkodzenia. Zbliżała się jedenasta trzydzieści – czas, gdy syn wyszedł. I był ten sam dzień miesiąca. Starannie podkreślał je w kalendarzu. Rozległ się wysoki, metaliczny ton – zegar wybił pół godziny. Dźwięk kuranta zabrzmiał niczym dzwon, obwieszczający coś ważnego. Tak jak wtedy, używając zapałek, zapalił sprasowany zwitek tytoniu. Zaciągnął się mocno. W dłoni ściskał zapalniczkę, coraz cieplejszą od nacisku suchej dłoni. Zamknął oczy. Potem je otworzył. Widział. Po raz kolejny widział tę scenę. Jasnowłosy chłopczyk niecierpliwym krokiem szedł w kierunku furtki. Nieco podskakiwał. Machał zaciśniętą piąstką, w której trzymał monety o drobnych nominałach. Mężczyzna z rękoma opartymi o koronkowy obrus po wielokroć już sprawdzał, jakie są to pieniądze. Na chodniku malec uważnie się rozejrzał, bacząc, czy nie nadjeżdża samochód. Niecierpliwym gestem poprawił niesforny kosmyk włosów. Ponownie zwrócił głowę w prawą stronę jezdni, a potem przebiegł ulicę i zbliżył się do kiosku. Położył monety na stosie gazet. 15 Tak jak zawsze mężczyzna w znoszonej marynarce ujrzał teraz dym. Kłębiący się szaro-siny obłok, zamazujący i zacierający wszystko. Nie mógł dostrzec niczego więcej. Jeszcze mocniej zacisnął kłykcie na zapalniczce. Nagle tuman szarości zaczął się rozwiewać. Znikał. Przestrzeń przed oczyma człowieka za stołem stawała się coraz wyraźniejsza. Szczupła dłoń kurczowo ugniatała metal w paroksyzmie niespodziewanej i nadludzkiej siły. W skroniach pulsowała krew. Czuł zawrót głowy. Wreszcie mógł przeniknąć mgłę, której nie potrafił do tej pory przejrzeć. Czas oczekiwania nareszcie się kończył. Zobaczył tył samochodu zaparkowanego na chodniku. Rękę wykonującą zapraszający gest w stronę malca, pakującego kilka paczek zapałek do kieszeni spodenek. Mocne ramię okrywał czarny rękaw kurtki ze sztucznego tworzywa. Dostrzegło się starannie przycięte i wyrównane paznokcie grubych palców. Szramę szpecąca silną pięść. I ciemną czuprynę, zaczesaną na jeża. Mężczyzna wytężył wzrok. Obraz nagle zmienił się. Patrzył teraz na spękane flizy innego chodnika. Szeroką twarz bez wyrazu, z gęstymi włosami zaczesanymi do góry. Kieszeń w ciemnej kurtce tym razem została starannie zapięta. Usta oblicza o twardych rysach poruszały się gorączkowo. Drgający język artykułował zgłoski. Ten człowiek coś mówił. Z podbródka ciekła gęsta strużka śliny. Mężczyzna siedzący za stołem nie słyszał słow. Nie mógł się też zorientować, czy widzi przeszłość czy przyszłość. Na razie nie miało to znaczenia. Ważne było tylko jedno – wreszcie przeniknął zasłaniającą wszystko mgłę. Spoglądał teraz na lufę rewolweru trzymanego w ręku szczupłej postaci, stojącej trzy kroki dalej. Długi cylinder tłumika dochodzący aż do muszki. Niebieskawy neon, migający za plecami obu mężczyzn, formujący w oku napis „Pub”. Nikłe ogniki trzech strzałów, oddawanych raz za razem. Mężczyzna w znoszonej marynarce nagle coś jednak usłyszał – tępy łoskot ciała padającego na popękane płyty. Okrzyk człowieka z bronią, przypominający ostre szczeknięcie psa: – To za tamto przy kiosku, skurwysynu! To za mojego syna! Zobaczył ludzki czerep z czarną, nadal nienagannie zaczesaną czupryną, leżący na rancie krawężnika, podskakujący w rytm uderzeń kolejnych pocisków. Dłoń o długich 16 palcach, obwiedziona dobrze wyprasowanym mankietem szarej koszuli, rzuciła na ciało metalowy przedmiot. Srebrzystą zapalniczkę z wizerunkiem pędzącego konia. *** Nie dostrzegał już niczego więcej. Widok zamazywał się. Zanikał. Znowu zasnuwał go obłok szarości. Wolno zwolnił nacisk palców. Czuł ciepło metalu rozgrzanego kurczowym ściśnięciem nadal suchej dłoni. Wiedział, że ujrzał przeszłość, ale i przyszłość, po raz pierwszy tak wyraźnie. Spoglądał w niej na siebie, wymierzającego sprawiedliwość. Obraz bezpowrotnie się rozwiał, jednak mężczyzna miał teraz pewność, że wizja znowu się powtórzy, może i bogatsza w szczegóły. Przywoła ją, gdy tego zapragnie, we właściwym dniu i właściwej chwili. Dowie się więcej, znacznie więcej, jeżeli tylko uzupełni fragmenty minionej rzeczywistości… Po raz pierwszy od wielu lat radośnie się uśmiechnął. Czule pogłaskał srebrzystą zapalniczką z pięknym wizerunkiem. Pędzący cwałem rumak zmierzał przed siebie, w przyszłość i jego też poprowadził w tę stronę. *** Znużonym ruchem odsunął krzesło. Zawsze po widzeniu czuł się bardzo zmęczony, jakby przywołanie obrazu przeszłości – i przyszłości – wysysało z niego siły witalne. Sądził, że z tego powodu tak bardzo zeszczuplał. Ten stan mijał, gdy zajmował się powszednimi czynnościami. To było dobre remedium na otępiający bezwład mózgu i mięśni. Zmusił się do nakręcenia zegara. Dbał o szafkowy relikt zegarmistrzowskiej sztuki, bo prawidłowy czas wywoływania obrazu syna, jak sądził, posiadał znaczenie, i to duże. – Dwanaście obrotów w otworze z lewej strony, siedem dla sprężyny kuranta – mruknął, uchylając drzwiczki obudowy. – Za pięć dni to samo. Zapiszę to… Grubym pisakiem starannie podkreślił kolejną datę w ściennym kalendarzu. Nerwowym ruchem obracał teraz w palcach niedawno przekazany telefon komórkowy. 17 Uśmiechał się swoim łagodnym, nieco nieobecnym wygięciem warg. Nagle i ten podarunek okazał się bardzo przydatny. Musiał zdobyć rewolwer i amunicję. Nie znał się na broni, jednak miał pewność, że szybko się z nią zaznajomi. Zapewne odbędzie naukę strzelania. Wiedział, że prędko opanuje tę umiejętność, bo w widzianym obrazie za każdym razem trafiał bezbłędnie. Niebawem spotka się z mężczyzną, od którego kupił zapalniczkę. Pomyślał, że to też nie będzie problemem. Miał zresztą na to czas – dużo czasu. Czekał osiem lat, więc mógł trochę przedłużyć ostatnie chwile życia tego, z kim się spotka – i dowiedzieć się znacznie więcej. To był zaufany człowiek bossa gangu, którego gościł niedawno i któremu ocalił syna. Pewnie właśnie ten ochroniarz dostarczy broń i naboje, a potem on poprosi jeszcze o tłumik. I wtedy spotkają się przed pubem… Sukinsyn przyjdzie, ufny, nie pamiętający o wcześniejszym ostrzeżeniu. Jeśli je zapamiętał, zlekceważy przestrogę. Tak musiało się stać, bo przecież w przyszłości stanęli blisko siebie na zniszczonym chodniku. Palce czule głaskały chłodny już metal przedmiotu nabytego kilkadziesiąt minut wcześniej. Okazał się niezwykle ważny. Umożliwił projekcję innej rzeczywistości, jednak związanej z synem. Pewnie, osądził człowiek w szarej marynarce, zapalarka spoczywała w kieszeni kurtki, gdy niedawny gość spotkał malca przed kioskiem. Potrząsnął głowa. Pewnego bardzo istotnego elementu jednak nadal brakowało… Poczuł przypływ złości, że wcześniej nie odtworzył ważnego fragmentu minionego czasu. Mocno zagryzł wargi. Kilka lat temu kiosk opustoszał. Początkowo straszył brudnymi szybami, zabazgranymi wulgarnymi napisami, potem zniknął. Pozostała wyrwa w chodniku, porastająca zielskiem. Postanowił, że szybko odtworzy ten nieistniejący już fragment obrazu, możliwie jak najdokładniej. Zatrudni sprzedawcę i pokryje straty przy sprzedaży, pewnie nieuchronne. Sterta gazet będzie leżeć z przodu tak jak dawniej. Część funduszów, którymi dysponował, nareszcie zostanie właściwie wykorzystana. Sądził, że nowy, jednak łudząco podobny do starego punkt sprzedaży zamknie tamtą rzeczywistość aż do końca. Umożliwi zobaczenie całej postaci zapraszająco wyciągającej dłoń. Może nawet pozwoli na odcyfrowanie numeru rejestracyjnego samochodu. Westchnął. Zdał sobie sprawę, że zżera go zwykła ciekawość. Pragnął uzyskać więcej informacji, a przecież wiedział, że i tak bez wysiłku je zdobędzie. 18 Ludzie zawsze chcieli odwlec chwilę śmierci. Dostrzegał to wielokrotnie, w przeszłości i przyszłości. Opowiadali o wszystkim, co wiedzieli, zyskując upragnione minuty istnienia. Może kiedyś bywało inaczej, ale on się z tym nigdy nie zetknął. Człowiek z ciemną czupryną, zaczesaną na jeża, przed niebieskim neonem „Pub” gorączkowo poruszał ustami. Mówił… Opowiadał. Przekaże wszystko, co do najdrobniejszego szczegółu, srając w gacie ze strachu. Takie sceny też już oglądał; tak często, że zaczynał odczuwać zmęczenie. Niedawny gość wyjaśni też, jak malec zakończył życie. Tak, człowiek tego również się dowie, a może po prostu zobaczy. Nawet cień wątpliwości nie zmącił umysłu mężczyzny siedzącego przy pięknym stole. Nie mogło stać się inaczej. Nie mogło, bo on nigdy się nie pomylił. Obrazy zdarzeń, które oglądał, przywoływał, nikogo przecież jeszcze nie oszukały. Nigdy nie kłamały. Jego też nie zawiodą. Zobaczył to, co się zdarzyło, i to, co się stanie. Na pewno się wydarzy. Całą swoją rozpaczliwie tęskniącą za utraconym dzieciakiem duszą wierzył w prawdziwość niedawno oglądanego obrazu. On przecież nie mógł kłamać. Po chwili zastanowienia włożył zapalniczkę do wnętrza zegara. Nie chciał znowu jej zgubić. Rozumiał, że nie powinien zbyt często używać cennego przedmiotu, bo każda zmiana niekorzystnie wpływała na tak wytęskniony ogląd czasu minionego i przyszłości. Srebrzysty prostopadłościan platerowanego metalu stanowił okruch rzeczywistości spinający wszystko w całość. Przy jego pomocy spełni też pragnienie wypełniające teraz umysł. Rzuci przedmiot na ciało mężczyzny z czarną czupryną. Przedtem pokaże, żeby ten człowiek zrozumiał, który element przeszłości naprowadził na jego trop. Prowadził do jego śmierci. Fotografia jasnowłosego chłopca nadal stała na stole. Mężczyzna w szarej marynarce ujął ją delikatnym ruchem szczupłej ręki. Uśmiech nagle stał się czuły. Tkliwy. Łagodnie przetarł rąbkiem serwety osłonkę zdjęcia. – Byłbyś pewnie szczęśliwy, wiedząc, że tata nareszcie doczekał chwili, o której marzył od tak dawna. Głos brzmiał cicho. Westchnął ciężko. Z przyjemnością zapalił kolejną cygaretkę. Otworzył okno, a potem drzwi werandowe. 19 Szary kłąb tytoniowego dymu, niesiony powiewem powietrza, wolno przemieścił się do ogrodu. Rozwiał się bez śladu. Mężczyzna uśmiechnął się lekko. Szaro-sina chmura, jeszcze wczoraj zakrywająca obraz przeszłości, też się rozpłynie, bezpowrotnie zniknie, gdy on nareszcie zamknie fragment zbliżającej się przyszłości, strzelając jednemu z niedawnych gości trzy razy w głowę. 25 kwietnia 2016r. 20 a k s ń i l d e J a i s A . s y r JEDNO ŻYCZENIE Iwona Grodzka Długo milczała. W jej błękitnych oczach nie dostrzegał niczego więcej poza podekscytowaniem. Nie rozumiał, jak można nie zdawać sobie sprawy z niebezpieczeństwa, które wiązało się z podjęciem takiej decyzji. Dorośli ludzie nie powinni działać pochopnie, a tym bardziej w takiej sytuacji. Nie raz widział, jakie żniwa zbierała chciwość. – Dobrze to sobie przemyślałaś? – postanowił po raz ostatni zasiać w niej chociaż maleńkie ziarenko niepokoju. – Nie ma nic za darmo. Może zdarzyć się tak, że cena, jaką przyjdzie ci zapłacić, będzie nader wysoka, aniżeli jesteś sobie w stanie to teraz wyobrazić. – Popatrzył na nią z nadzieją, szukając w choćby najmniejszym jej ruchu potwierdzenia, że wreszcie się wycofa. – Nic nie rozumiesz! – prychnęła, krzyżując ręce na piersi. – To dla mnie naprawdę sprawa życia i śmierci! Nic nie zdarza się dwa razy. To moja szansa i zależy mi, mój panie, na 21 tym, by pozostać w pamięci tego świata przez dekady, jak nie stulecia! – Uśmiechnęła się na tę myśl. – I nieważne, jaką cenę przyjdzie mi zapłacić... Mężczyzna westchnął z rezygnacją. Już nie raz przeprowadzał taką rozmowę i wiedział, że gdy ktoś jest tak uparty i próżny, nigdy nie kończy się to dla niego dobrze. – Zatem, jak sobie życzysz... zorganizuję to spotkanie. *** Patrzyłem na swojego towarzysza już dłuższą chwilę. Widać było, że bardzo znużyła go ta podróż. Zresztą nie tylko jego. Niemniej jednak było niezwykle kuszącą perspektywą wyrwanie się z zakurzonego i nudnego w ostatnim czasie Londynu. Słyszałem co nieco o Warszawie, ale nigdy nie sądziłem, że dane mi będzie odwiedzić to miasto. Okazja pojawiła się nader niespodziewanie, kiedy to do mojego drogiego przyjaciela Sherlocka Holmesa przyszedł list. Było to właśnie zaproszenie od jego starego znajomego, Dionizego Grabińskiego, którego to poznał wiele lat temu podczas swojej podróży po Europie. Grabiński, naczelnik sądu w Łące pod Samborem, pomagał rozwiązać zagadkę śmierci służącej jednego z tamtejszych sędziów. W okresie zimowym, gdy na Ukrainie robi się nieco spokojniej, Dionizy Grabiński przenosi się z rodziną na kilka miesięcy do swojego drugiego mieszkania, właśnie do Warszawy. Postanowił chyba odświeżyć swoje relacje z dawnymi pobratymcami i stąd to zaproszenie. Gdy nasz powóz zajechał pod pięknie zdobioną kamienicę na Nowym Świecie było późne popołudnie dziesiątego stycznia 1899 roku. Marzyłem już tylko o tym, by rozprostować kości i się odświeżyć. – Mój drogi Watsonie, wyglądasz na bardzo zmęczonego – stwierdził, wysiadając z karety. – Cóż, nie jestem już takim młodzikiem, żeby kilkudniowa podróż nie robiła na mnie żadnego wrażenia. Uśmiechnął się na moje stwierdzenie. – A sądziłem, że tak jak ja jesteś żądny wrażeń. – Traktuję pobyt tutaj jako swego rodzaju urlop. To ty, Holmesie, szukasz wrażeń. 22 Naszą wymianę zdań przerwał młody, najwyżej szesnastoletni chłopak, oznajmiając, że pan Grabiński już na nas czeka. Sam obiecał zająć się naszymi bagażami. Małżeństwo zajmowało cale piętro, na którym mieściło się osiem pokojów, w tym dwa dla służby, spora kuchnia i jadalnia. Służąca od razu wskazała nam kierunek do salonu, w którym to przebywał gospodarz i jego towarzysze. – Drodzy państwo, a oto moi szanowni goście, Sherlock Holmes i doktor John Watson – powiedział to nawet przyzwoitą angielszczyzną. Następnie przedstawił nam swoją żonę, Eugenię, całkiem urodziwą kobietę po trzydziestce oraz dwunastoletniego syna Stefana. Tuż obok chłopca, jak się chwilę później okazało, stali państwo Raciborowscy – Bronisław i Anna. Przybyli na obiad do Grabińskich w towarzystwie córki Heleny. Lusia, bo tak prosiła, by ją nazywać, była niespełna dwudziestoletnią pięknością o przenikliwym spojrzeniu. Muszę przyznać, że w tamtej chwili nie mogłem sobie przypomnieć, bym kiedykolwiek widział cudniejszą pannę. Długie blond loki opadały na ramiona, okalając śliczną porcelanową twarz. Była dość wysoka jak na kobietę i szczupła, ale nie brakowało jej krągłości. Miała w sobie coś magicznego, co zdawał się zauważyć również mój przyjaciel. Podczas obiadu żartom i uprzejmościom nie było końca. Okazało się, że Państwo Raciborowscy również nader dobrze władają naszym językiem i szybko wyszło, że mamy wiele wspólnych tematów. Tylko mały Stefan zdawał się wyobcowany w starszym towarzystwie. Bacznie obserwował dorosłych i przysłuchiwał się im. Nie byłem w stanie stwierdzić, czy równie dobrze jak rodzice rozumie, o czym mówimy. – Doktorze Watson, panie Holmes... – zaczął pan Bronisław. – Jutro urządzamy bal zimowy w naszej posiadłości pod Warszawą. Byłbym bardzo rad, gdybyście zaszczycili nas swoją obecnością. Zbierze się cała śmietanka towarzyska miasta i okolic. – Rodzice organizują to przyjęcie co roku, ale to będzie wyjątkowe – dodała Helena. – Owszem, tym bardziej byłbym bardzo zobowiązany, gdybyście chcieli towarzyszyć Dionizemu i jego żonie podczas wizyty u nas. – A cóż to takiego niezwykłego się szykuje? – zaciekawił się Holmes. – Na przyjęciu ojciec ogłosi moje zaręczyny z Franciszkiem Lisowskim – powiedziała uradowana. – Co więcej, w dniu balu wypadają osiemnaste urodziny mojej córki – dodał Raciborowski. – Zatem nie wypada nam odmówić, prawda, Sherlocku? – przytaknąłem ochoczo. 23 *** – To bardzo miłe ze strony Bronisława i jego żony, że postanowili nas zaprosić, nie sądzisz, drogi Holmesie? – Owszem, aczkolwiek miałem nadzieję, że Warszawa przywita nas jakąś inną formą rozrywki – odparł znudzony. – Już tak długo nic się nie działo, że zaczynam popadać w marazm. Wiedziałem, jak na niego działa brak zagadek. Niektórym wydaje się nie do pomyślenia, że ktoś może życzyć sobie śmierci innych. Niestety, to właśnie zbrodnie działają na mojego przyjaciela pobudzająco. Od długich tygodni nie widziałem błysku w jego oku i zaczynało mnie to martwić. Nie trudno było zauważyć, że zwiększył dawki i częstotliwość zażywania kokainy. Wielokrotnie powtarzałem mu, jakie to niezdrowe, jednak on chyba wolałby doznać uszczerbku na ciele aniżeli popaść w jeszcze głębszą depresję. – Mam nadzieję, że stolica cię nie rozczaruje i wkrótce będziesz mógł się wykazać – próbowałem go pocieszyć. – Watsonie, ja nie muszę się wykazywać – prychnął. – Wiesz dobrze, że nie zależy mi na rozgłosie, a jedynie na tajemnicy do rozwiązania. – Za to ty zdajesz sobie sprawę z tego, że tajemnice zawsze cię znajdują i to nawet bez kuszenia losu. Nim się obejrzysz na pewno coś się wydarzy – stwierdziłem z przekonaniem. Mówiąc to jednak nie życzyłem nikomu śmierci. *** Posiadłość Raciborowskich oszałamiała swoim pięknem i jednocześnie subtelnością – zupełnie tak, jak Lusia. Muszę przyznać, że mimo iż w swoim życiu widziałem tak wiele zachwycających miejsc, to Polska i jej dobra potrafiły mnie miło zaskoczyć. Nocne opady śniegu przykryły puchową pierzyną ogromny ogród wokół posiadłości, który mienił się milionem srebrnych kryształów w popołudniowym słońcu. Z tego, co zdążyłem dowiedzieć się od Grabińskiego, bal zimowy był najważniejszym wydarzeniem tej pory roku. Nawet obchody noworoczne czy Boże Narodzenie nie miały dla najznamienitszych ludzi tej części kraju takiego znaczenia, jak spotkanie u Raciborowskich. Nie przeszkodziło to jednak gościom zajeżdżać pod dom gospodarzy w saniach. Okryci grubymi futrami i skórami, bardziej wyglądali, jakby wybierali się na wiejską potańcówkę, aniżeli wyrafinowane przyjęcie. Dionizy wyjaśnił mi, że sanie bardzo ułatwiają 24 przemieszczanie się poza miastem, kiedy spada tyle śniegu. Sami zresztą skorzystaliśmy z tej formy transportu, dzięki czemu dane mi było podziwiać tę uroczą okolicę. Pan domu wraz z małżonką przywitali nas serdecznie zaraz od progu. Wewnątrz posiadłość bogatymi detalami niczym nie ustępowała temu, co prezentowała sobą na zewnątrz. Dzieła sztuki i antyki spotykało się tu na każdym kroku. Pomieszczenia były ozdobione ręcznie malowanymi tapetami, które doskonale komponowały się z drewnianymi komponentami w domu, w tym pięknie rzeźbionymi schodami, które u szczytu kończyły się kotarą zajmującą szerokość ściany, najpewniej ręcznie wyszywaną. W ten sposób gospodarze zapewne oddzielali część domu przeznaczoną na użytek gości od tej, która stanowiła ich prywatną przestrzeń. Ten przepych zdawał się nie robić wrażenia na Holmesie. Mój przyjaciel popijał szampana i z zadowoleniem pozwalał się oprowadzać Dionizemu po salonach, gdzie poznawał coraz to więcej osób. – Sherlocku, podejdź, podejdź! Doktorze Watson, zapraszam tutaj! – rzekł uradowany Grabiński. – Poznajcie proszę Franciszka Lisowskiego i przyjaciela rodziny Raciborowskich, Aleksandra Fediora. – Wskazał skinieniem głowy dwóch młodzieńców. Mężczyźni wymienili długie uściski dłoni. Franciszek był wysokim, postawnym paniczem z kruczoczarnymi włosami. Wyglądał na jakieś dwadzieścia pięć lat, a jego prezencja nie pozostawiała żadnych wątpliwości, dlaczego Helena się nim zainteresowała. Jego towarzysz był nieco starszy, miał może ze trzydzieści lat i twarz naznaczoną wieloma przeżyciami. Wzrostem dorównywał przyszłemu narzeczonemu Raciborowskiej, jednak zdawał się znacznie poważniejszy. – Franciszek, jak już wiecie panowie, to wybranek serca naszej Lusi. Jego ojciec zajmuje się importem najwyższej jakości win z Francji do naszego kraju – zachwalał Dionizy. – Aleksander za to jest w połowie Włochem. Jego rodzice przyjaźnili się z Bronisławem i Anną, nim chłopcy jeszcze przyszli na świat. Po ich śmierci Raciborowscy przygarnęli Aleksa i wychowali jak swojego syna – to mówiąc, zerknął na młodego, sprawdzając, czy ten aby nie ma mu za złe tego, co powiedział, ale Aleksander nie wydawał się urażony. – Zdaje się, że pan dużo podróżuje, panie Fedior? – zagadnął Holmes. – Owszem, skąd pan wie? – wbrew swojemu pytaniu nie wyglądał na zaskoczonego. – Da się to zauważyć po pana skórze. W tym kraju nie ma aż takiego słońca, żeby uszkodziło jej strukturę. Ma pan również gdzieniegdzie plamy o ciemniejszym odcieniu, co oznacza, że nie szczędził sobie częstego przebywania na świeżym, ale jakże gorącym 25 powietrzu. Do tego strój, który pan dziś przywdział nieco różni się od wyjściowych ubrań obecnych tu mężczyzn. Z zaciekawieniem wszyscy trzej pozostali przyglądaliśmy się ich wymianie zdań. Nie raz słyszałem wywody mojego przyjaciela, który potrafił zawsze trafić w samo sedno, jednak stale zaskakiwała mnie jego spostrzegawczość. – Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem. – Fedior uśmiechnął się z uznaniem. – Faktycznie mój surdut inspirowany jest nieco innymi kulturami. Wzory wyhaftowane na kołnierzyku i mankietach są typowo francuskie, natomiast te tutaj spinki do owych mankietów – wskazał na dwa kolce odstające od materiału przy każdym z jego nadgarstków – to inspiracja kulturą starych plemion afrykańskich. Niedawno wróciłem z kilkumiesięcznej podróży po Afryce. – Aleksander bardzo interesuje się wierzeniami i różnymi gusłami, stąd te podróże – wtrącił Franciszek. Widziałem, że Holmes ze zdziwieniem podnosi brwi. Nie wierzył w takie rzeczy. Podobnie, jak do mnie, do niego również docierały jedynie rzeczowe argumenty i nauka. Dalsza część przyjęcia przebiegała spokojnie do momentu, w którym pan domu nie zapowiedział przybycia swojej córki. Ochom i achom nie było końca, kiedy to Helena dumnie wystąpiła zza kotary i ruszyła powoli w dół schodów. Miała na sobie przepiękną esowatą suknię z długim trenem, która w świetle lamp mieniła się niczym śnieg z ogrodu. Jej talia była nienaturalnie smukła, a piersi uwydatnione misternie wykonanym żabotem. Gdy szła, wyglądało to tak, jakby fale poruszonego oceanu spływały schodek po schodku. Wszystkim, aż zaparło dech. Po raz kolejny w swoim życiu musiałem przyznać, że czegoś takiego na oczy nie widziałem. Gdy opadły pierwsze emocje, pan Bronisław z – jak wywnioskowałem – ojcem Franciszka połączyli młodych za ręce i ogłosili uroczyście, że tego oto dnia oficjalnie Lusia wydana zostanie za młodego Lisowskiego. Uczczono to toastem i gromkimi brawami. Dla mnie było to aż nadto emocji jak na dzisiejszy wieczór, ale Holmes zdawał się być coraz bardziej znudzony. Dla niego wszystko, co miało się wydarzyć, już się wydarzyło, a i rozmowa z gośćmi coraz bardziej upojonymi winem jakoś się nie kleiła. Szumiący w głowach alkohol nie ułatwiał im posługiwania się innym językiem. Jedynie Dionizy Grabiński, mimo upływu kilku godzin i pochłoniętej już chyba drugiej butelki wina, wciąż dotrzymywał nam towarzystwa. Coraz to kolejne tematy i żarty wyciągał niczym magik z rękawa. Holmes grzecznie uśmiechał się w odpowiedzi i od czasu do czasu wydusił z siebie 26 pojedyncze słowo, chyba tylko z grzeczności. Gotów byłem przysiąc, że byłby w stanie zaraz zasnąć na stojąco, gdyby nie krzyk. A zaraz za nim drugi i następny, i następny... *** Poruszony tłum tłoczył się wokół schodów. Kobiety zaczęły histeryzować i mdleć. Zaaferowani panowie łapali swoje towarzyszki i odciągali od miejsca tragedii. Gdy ja i Holmes byliśmy już na tyle blisko, by zobaczyć, co się stało, Bronisław Raciborowski zaczął wzywać medyka. I już chciałem rzucić się na ratunek, gdy zrozumiałem, że nie będzie to konieczne. Na podłodze, obok klęczącego i zrozpaczonego gospodarza, leżała Helena Raciborowska. Była martwa. – Proszę się odsunąć i niczego nie ruszać! – krzyknął detektyw. Odpowiedziało mu zawodzenie zrozpaczonego ojca i szloch jego żony. – Niech pan zabierze panią Annę do innego pokoju! – rozkazał. Raciborowski zawahał się chwilę, ale pod naciskiem spojrzenia Holmesa wiedział, że sprzeciw nic tu nie da, więc się zastosował. Inni też nieco się odsunęli. Lusia spoczywała z luźno rozpostartymi ramionami u podnóży schodów. Jej oczy były szeroko otwarte, jakby przepełnione strachem, lecz martwe. – Co myślisz Watsonie? – Przyklęknął przy ciele dziewczyny, nie odrywając od niej wzroku. – Sądząc po tym, jak nienaturalnie wykręcona jest jej szyja, złamała kark. – Po pomieszczeniu przebiegł jęk. – Nie inaczej, jak spadając ze schodów. – Czy ktoś coś widział? – zwrócił się do zebranych, wstając z kolan. – Ja widziałam, sir. – Wystąpiła przed zgromadzonych służąca o rudych włosach i piegowatej buzi. – Stałam tutaj niedaleko, przy stoliku i nalewałam wina do kieliszków. Panienka Lusia rozmawiała chwilę z paniczem Franciszkiem, a potem powiedziała, że zapomniała czegoś z pokoju i miała na chwilę wrócić na górę. – To prawda – dodał jej narzeczony. Stał pod ścianą, wsparty o ramię Aleksandra, po jego policzkach spływały łzy. – Co było potem? – zapytał Holmes. – Później chwilę jej nie było, może jakiś kwadrans. – Zamyśliła się. – Kończyłam ustawiać kieliszki na tacach, gdy usłyszałam, jak spada i ona już leżała o tak, jak to panowie widzą. – Nic prócz odgłosów spadania nie słyszałaś? – dociekał mój przyjaciel. 27 – Nie sir. Nawet nie pisnęła. – A może ktoś się tutaj kręcił? – Panicz Lisowski, jak się rozstawali, poszedł tam na salony. A tak to kręciło się tutaj parę osób. No, na przykład pani Anna z kilkoma przyjaciółkami, widziałam też pana Bronisława z panem Dionizym i panicza Fediora. Do tego kilku innych gości i służących.– Wzięła głęboki wdech. – Tylko przecież oni nie mogliby panience w żaden sposób zaszkodzić! – zreflektowała się. – Tutaj nikt by nie mógł! Ona była taka miła, taka dobra – zaczęła szlochać. Holmes i ja poleciliśmy odprowadzić służącą do kuchni i dokładnie obejrzeliśmy dziewczynę, potem schody. Żadnych śladów szarpaniny czy czegokolwiek, o co mogłaby się potknąć. – Jakieś spostrzeżenia, Watsonie? – Oprócz tego, co oczywiste i co już wiesz, żadnych. – Wzruszyłem ramionami i spojrzałem jeszcze raz w martwe oczy, zastygłe na pięknej, porcelanowej buzi. Wciąż wyglądała, jak żywa. – A ty, co myślisz? – Cóż mój drogi.... – Zastanowił się chwilę. – Szanowni państwo, chyba mamy tu na pokładzie mordercę! – mówiąc to, rozejrzał się po zgromadzonych. Zapadła grobowa cisza. Ludzie nie dowierzali, przecząco kręcili głowami, niektórzy zaczęli między sobą szeptać. – Jak to mordercę? – oniemiałem. – Jak wpadłeś na takie wnioski? Przecież w takiej sukni to nic trudnego, najzwyczajniej nieumyślnie się potknąć i spaść. Sam widzisz, jaki długi tren ma ta suknia. Wystarczy jeden nierozważny ruch i tragedia gotowa. Nie chcę być niemiły, Holmesie, ale chyba tym razem nieco się zagalopowałeś. – Pamiętasz, jak na początku naszej znajomości powiedziałem ci, że to, co jest w sprawie nietypowe i dziwne, z reguły okazuje się wskazówką, nie przeszkodą? – Tak, mówiłeś też wówczas, że przy rozwiązywaniu spraw najważniejsze jest „rozumowanie wstecz”. Dalej jednak nie pojmuję, do czego zmierzasz. Przecież nie ma tutaj nic nietypowego. To właściwie typowe potknięcie się na schodach, zatem przeszkód w prowadzeniu dochodzenia brak. – Tutaj, drogi Watsonie, również mamy coś nietypowego. – Przyklęknął po raz kolejny. – Spójrz na jej nogę. – Podążyłem wzrokiem za jego palcem wskazującym i ujrzałem tylko materiał, który owinął się wokół kostki. – To, że spódnica zaplątała się między nogami jest już chyba największym dowodem na to, że sama spadła. 28 – Nie mówię o materiale, przyjrzyj się dobrze. – Wskazał ponownie na kostki dziewczyny. Przykląkłem i dopiero wówczas, nachylając głowę pod odpowiednim kątem, zobaczyłem dwie niewielkie ranki, znajdujące się w jednej linii w dość znacznym odstępie. Ulało się z nich parę kropel krwi. Przy ranach widać było delikatne obtarcie, jakby od jakiejś liny czy łańcucha. – To nie są ugryzienia komara, mój drogi – zadrwił. – Czyli, jak mniemam, wiesz już, co doprowadziło do tej tragedii? – Więcej! – Zerwał się z kolan. – Wiem, kto jest mordercą! – Po raz kolejny, odkąd się znamy, zobaczyłem w jego oczach blask podekscytowania. Sam fakt, że tak szybko rozwiązał tę sprawę chyba napawał go dumą. – Proszę zawołać państwa Raciborowskich, chciałbym by przy tym byli – zwrócił się do służącego stojącego nieopodal. Młodzik ruszył pędem do pomieszczenia obok i chwilę później wrócił z roztrzęsionymi rodzicami dziewczyny. Holmes przywołał jeszcze gestem Grabińskiego i jego żonę oraz paniczów Franciszka i Aleksandra. Pozostali w wyczekiwaniu patrzyli na zgromadzonych na środku ludzi. Wiedziałem, że po swoim współlokatorze mogę spodziewać się wszystkiego. Sam byłem ciekaw, co tym razem wydedukował i jak doszedł do swoich wniosków. – Wszyscy czekamy, mów proszę – ponagliłem go. – Nie będę owijał w bawełnę. Mordercą jest pan Fedior! Tłum westchnął poruszony, gdzieniegdzie słychać było głosy oburzenia i niedowierzania, gdzie indziej śmiech. – Pan oszalał! – krzyknął roztrzęsiony Franciszek. – To niedorzeczne i szalone! – zawtórowała mu Anna Raciborowska. – Sir, pan postradał zmysły! To taka
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Magazyn Histeria 2016/3 PDF
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: