Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00197 009793 7506262 na godz. na dobę w sumie
Magazyn Histeria 2016/5 PDF - ebook/pdf
Magazyn Histeria 2016/5 PDF - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Magazyn Histeria Język publikacji: polski
ISBN: 2016057777775 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> biografie
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
Magazyn internetowy dla fanów grozy. Naszym celem jest promocja talentów pisarskich.
Znajdź podobne książki

Darmowy fragment publikacji:

345213238525669 78 93 109 116 SPIS TREŚCI: Słowo od redakcji Wyznania Histeryka BAZAR CIEMNA STRONA LUNY MAMUSIA PERSUS 2030 POPĘKANE NIEBO PRZYPADEK PILOTA FABISIAKA REJS COLUMBUSA W IMIĘ OJCA Z BŁĘKITU W CZERŃ ZŁY DOTYK Lema widzenia świata Paweł Cieliczko Agnieszka Kwiatkowska Anna Musiałowicz Tomasz Kempski Kazimierz Kyrcz Jr Jarosław Jakubowski Sylwia Bylicka Damian Cieślik Przemysław Pilarek Karol Mitka Eliza Krzyńska-Nawrocka Redaktorzy naczelni: Błażej Jaworski, Maciej Zawadzki Projekt okładki: Dawid Boldys Skład: Maciej Zawadzki Ilustracje: Anusza, Marcin Czarnecki, Olga Czarnecka, Agnieszka Grocholska, Grzegorz Marcholt, Alicja Tempłowicz, Joanna Widomska, Izabela Wojciechowska, Kosma Woźniarski, Korekta: Dagmara Adwentowska, Magdalena Kucenty email: magazynhisteria@gmail.com Prawa autorskie do poszczególnych opowiadań są własnością ich autorów. 2 Witajcie! Przed Wami wrześniowa Histeria. Unosi się nad nią duch Stanisława Lema, którego 95. rocznicę urodzin obchodzimy w tym miesiącu. Gościem Specjalnym szesnastego numeru jest Kazimierz Kyrcz Jr, który prezentuje na naszych łamach niepublikowane dotąd opowiadanie „Popękane niebo”. Wśród dziesięciu opowiadań znajdziecie cztery finałowe teksty grozy science fiction z konkursu „Cyberiada”. Na początek jednak wywiad z Histerykiem Miesiąca – Damianem Zdanowiczem. Na koniec – artykuł dr Elizy Krzyńskiej-Nawrockiej pt.: „Lema widzenia świata”. Tyle od nas. Wracamy do prac nad kolejnym numerem. Życzymy strasznej lektury! B. Jaworski i M. Zawadzki WYZNANIA HISTERYka Damian Zdanowicz lata. Piszę od czasów Mam 23 liceum. Pierwsze opowiadania szczęśliwie zbierają kurz w szufladzie, chociaż kilka się wydostało i jako potencjalny materiał do szantażu nie pozwalają w nocy spać. Zwrot w podejściu do pisania nastąpił po przeczytaniu pokonkursowej antologii „Po drugiej stronie”, którą otrzymałem w ramach wyróżnienia. Nowsze materiały wysyłam na konkursy albo cierpliwie gromadzę w nadziei, że coś z tego będzie. Skąd pomysł na „ Zbierali się w piwnicy tego budynku wieczorami”? Miała to być historia o medytacji. Moja pierwsza medytacja (za wskazówki techniczne dziękuję old weirdmanowi z pessimus.pl) zakończyła się dość dziwnym poczuciem obcości we własnej skórze. Chociaż słowo medytacja nie pada, to opowiadanie, mimo ewolucji pomysłu, pozostało tekstem o poznawaniu siebie, zaglądaniu w głąb siebie i w rezultacie odkrywaniu czegoś, co można określić jako grozę nadprzyrodzoną. Takie ujęcie poznania ludzkiej natury nie będzie obce dla czytelników Ligottiego. Medytacja umożliwiła też dodanie aspektu psychotopograficznego, który grał pierwsze skrzypce (albo pierwszą wiolę – jak mógłby powiedzieć ktoś po lekturze pewnego opowiadania H.P. Lovecrafta). Jak wyglądała praca nad tekstem? Domyślam się, że nie był to ciekawy widok. Na szczęście nikt nie musiał go znosić. Moim zdaniem praca nad tekstem wizualnie nie może równać się z np. grą na instrumencie muzycznym. A poważnie to nie pamiętam, jak długo powstawała pierwsza wersja tekstu. W każdym razie była skończona i zdążyła wystygnąć, zanim ogłosiliście konkurs. Później wprowadziłem poprawki, zastąpiłem trzecią część starej treści nową – nie dlatego, że tak każe jakiś pisarski regulamin, ale uznałem, że pewne akapity są zbędne, za to innych brakuje. Piszę wolno, często zatrzymuję się na długo, bo nie wiem, co dalej napisać, a jeśli wiem co, to nie wiem jak. Jakich pisarzy szeroko pojętej grozy cenisz sobie najbardziej? Czytam mało grozy, głównie klasyków wydawanych przez C T. Mogę polecić „Za sprawą nocy” Thomasa Glavinica To jedna z najbardziej przerażających książek, jakie czytałem. „Powrotem” zaimponował mi Wojciech Gunia. Uwielbiam Houellebecqa, bardzo podobały mi się „Historie o zwykłym szaleństwie” i w mieście” Bukowskiego. Ci dwaj autorzy na pierwszy rzut oka nie mają wiele wspólnego z horrorem, ale wyczuwa się w ich dziełach pesymizm, szczerość. Z podobnych powodów czytam Nabokova. W doborze lektur kieruję się przede wszystkim pokrewieństwem w widzeniu świata. Chociaż preferuję horror jako konwencję najbardziej adekwatną do opisu rzeczywistości, to mimo wszystko sprawą drugorzędną. „Najpiękniejsza dziewczyna konwencja pozostaje Pisanie to hobby czy coś więcej? To sposób na zabicie czasu i czucie się dobrze. W gruncie rzeczy w życiu nie robi się niczego więcej. To też sposób na zajrzenie do własnej głowy. Z czym kojarzy Ci się słowo histeria? i próbuje uciszyć. Chyba nikt nie Z wrzeszczącą kobietą, którą towarzystwo ma za wariatkę lubi histeryków. Społeczeństwo woli zimnych i opanowanych bohaterów, którzy radzą sobie z przeciwnościami, w ostateczności pogodzonych z losem cyników, bo jeśli już musisz narzekać, to przynajmniej w zabawny sposób. Zazwyczaj nie lubimy myśleć o tym, że drzemią w nas pokłady depresji i przerażenia, a świat zna milion zaklęć, żeby je obudzić i wydobyć na powierzchnię. Trudno o lepszą nazwę dla magazynu grozy. i k s r a i n ź o W a m s o K . s y r BAZAR Paweł Cieliczko Przedmowa Autora prezentowanych tu opowiadań poznałam w okresie, kiedy przechodziłam kryzys własnej twórczości literackiej. Takiego początku opowiadania oczekiwaliby pewnie czytelnicy. Byłby to znakomity uchwyt dla opowieści o tym, jak to dzięki spotkaniu z nim mój kryzys minął, a natchnienie powróciło. Tak jednak nie było. Nasze spotkania nie 5 odbywały się w zadymionych kawiarniach, w których słuchałabym jego opowieści i nie kończyły się nad ranem, kiedy zamykano lokal. Nie przechodziłam wówczas żadnego kryzysu twórczego. Gdy go spotkałam, byłam rezolutną, nastoletnią dziewczynką z ogromnymi kokardami na myszatych warkoczach. Każdego miesiąca przyjeżdżałam wraz z matką do majątku pana Jana Komornickiego. Doradzał jej w sprawach finansowych, z nim konsultowała rodzinne inwestycje, nazywała go „przyjacielem rodziny”. Prawdziwym powodem naszych przyjazdów nie były jednak familijne interesy, ale gorące uczucie, jakim matka darzyła tego mężczyznę o sumiastych wąsach, który tak bardzo różnił się od mego ojca, chudego urzędniczyny średniego szczebla. Obecność rozszczebiotanej dziewczynki, którą wtedy byłam, sprawiała, że nikt nie podejrzewał, żeby mógł istnieć jakikolwiek pozabiznesowy powód do regularnych wyjazdów mojej matki. Kiedy jednak już byłyśmy w Grabowie, natychmiast traciłam swoją funkcję doskonałego alibi, a stawałam się rozbrykanym i nazbyt wścibskim balastem. Pewnego dnia w przypałacowym parku spotkałam starego mężczyznę, który kazał się nazywać „dziadkiem Piotrem”. Na dworze, na folwarku oraz we wsi uchodził za szaleńca, odmieńca i odludka, dzieci śmiały się z niego, a dorośli spluwali, gdy ich mijał. Ja polubiłam go od pierwszego wejrzenia. Był jakimś krewnym naszego gospodarza, który się nim zaopiekował, utrzymywał go i pozwalał mieszkać na stryszku nad dworem. Pan Jan skwapliwie przystał na to, bym spędzała z dziadkiem Piotrem całe popołudnia, pozwalał nam nawet jeździć bryczką do pobliskiego miasteczka, gdzie zamawiałam sobie lody w kawiarni. Mój stary kompan raczył się wówczas zimnym piwem i snuł przede mną niezwykłe opowieści, których słuchałam jak zaczarowana. Gdy matka pytała mnie potem, o czym mi opowiadał, nie potrafiłam ich streścić, jakbym przeczuwała, że kryje się za nimi jakiś tajemniczy świat, do którego nikt poza mną nie powinien być dopuszczony. Matka patrzyła na mnie znacząco, ale nigdy się nie dopytywała. Sądzę, że to było takie nasze kobiece porozumienie; ja nie pytałam, co robiła w pałacu z panem Janem, ona nie oczekiwała, że zdradzę jej przebieg moich spotkań z dziadkiem Piotrem. Patrząc na to z perspektywy lat, jestem przekonana, że moja tajemnica była znacznie ważniejsza, bo i moje wykroczenie przeciwko społecznym normom było znacznie większe niżeli banalny romans mojej matki. Dzisiaj myślę, że to właśnie opowieści dziadka Piotra wdarły się do mego dziewczęcego mózgu, zalęgły się w nim i sprawiły, że stałam się tym, kim jestem. Uważałam się zawsze za kobietę niezależną, samodzielną, która sama decyduje o swym życiu. Dziś myślę, że to te letnie popołudnia, które z nim spędziłam, sprawiły, że się zmieniłam, że to on 6 zasiał w moim nieukształtowanym jeszcze umyśle ziarno myśli, które zakiełkowało i wydało plon, jakiego sam się nie spodziewał, ale tak bardzo pragnął. Nie byłam kreatorką swego życia, a tylko podążałam jak somnambuliczka za nikłą poświatą, jaką przede mną zapalił. Jego słowa zapadły głęboko w moją pamięć i ukształtowały mnie na całe życie, jako kobietę niezależną, przede wszystkim niezależną od mężczyzn. Pewnej letniej niedzieli, kiedy jak zwykle przybyłyśmy do dworu, okazało się, że dziadka Piotra już w nim nie ma. Powiedziano mi, że jest w szpitalu. Chciałam go natychmiast odwiedzić, ale wówczas wyjaśniono mi, że to szpital dla obłąkanych i umysłowo chorych, a pacjentów w nim zamkniętych nie można odwiedzać. Świat bez dziadka Piotra stał się niebezpieczny, pałacowy park nie był już przyjazną przestrzenią, a miejscem, w którym czaiły się złe demony. Bałam się parku, bałam się wsi, bałam się pól i lasów. Cicho wróciłam do dworu i wkradłam się na stryszek, gdzie znajdował się pokoik zajmowany przez dziadka Piotra. Napisałam do niego długi list, w którym opisywałam swoje dziewczęce przemyślenia i rozterki, zdradziłam przed nim najbardziej intymne tajemnice; wiedziałam, że jest jedyną osobą, której mogę zaufać. Pisałam do niego, ale równocześnie myślałam, że nigdy nie powróci ze szpitala, nigdy nie przeczyta moich wyznań, a ja zniszczę ten pamiętnik podczas kolejnej wizyty. Tak myślałam jeszcze w sierpniu, ale we wrześniu wybuchła wojna. Miałam wówczas dziewiętnaście lat, historia nagle przyspieszyła, zaczęły się dziać rzeczy tak ważne, że moje pensjonarskie notatki pozostawione pod materacem na strychu dworu w Grabowie, przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. *** Dziesięć lat to nie jest jakiś szczególnie długi okres, jednak dekada rozpięta pomiędzy rokiem 1939 a 1949 rokiem bogatsza była w zdarzenia niż niejedno stulecie. Gdy listonosz położył przede mną grubą, szarą kopertę, nie miałam wątpliwości, skąd ona pochodzi. Pachniała słońcem, żywicznymi belkami, starym siennikiem, wilgocią, kurzem, wykroczeniem, przeszłością, czasami, które bezpowrotnie już odeszły, o których już prawie zapomniałam, a teraz sam zapach tej koperty pobudził moje myśli i sprawił, że obrazy stanęły mi przed oczami, tak jakbym wczoraj wyjechała z Grabowa. Gdy tylko doręczyciel opuścił mój pokój w instytucie, uniosłam ją i wciągnęłam jej woń, nie chciałam uronić nic z zapachu przeszłości. Stara koperta przenosiła mnie w inne czasy, czasy, gdy nie byłam młodą, przebojową działaczką marksistowską, przed którą otworem stały wrota kariery na uczelni, w organizacjach kobiecych, w partii, gdziekolwiek 7 sobie wymarzę. Wciągałam każdy pyłek, który osiadł na kopercie, a te mikrocząstki starego świata pędziły ku zwojom mego mózgu i zmieniały go; stary świat jawił się na nowo i był tak odmienny od tego, co pokazywano w kronikach filmowych, pisano w książkach czy propagandowych referatach, które sama tworzyłam. Nie miałam jednak odwagi otworzyć tej koperty. Wiedziałam, że to, co w niej jest, może zmienić moje życie, a wówczas wcale nie chciałam go zmieniać. Miałam jasną wizję i nie chciałam jej zakłócać, a skoro sam zapach tej przesyłki z innego świata tak mnie oszołomił, to co dopiero mogły uczynić słowa, które w niej odnajdę. Nie miałam też odwagi jej zniszczyć, schowałam ją pod materacem, tym razem był to materac w moim pokoju. *** Minęło siedem lat nim zrozumiałam, że nowy wspaniały świat, w który tak bardzo wierzyłam, okazał się ułudą, i to zbrodniczą ułudą. Po tym, czego się dowiedziałam w Moskwie, po tym, co zobaczyłam w Poznaniu, zrozumiałam, w jak morderczej maszynerii byłam trybikiem. Odarta ze złudzeń, marzeń, nadziei, którymi się karmiłam przez ostatnie lata, nie potrafiłam dalej żyć. Sięgnęłam pod materac, gdzie trzymałam mały pistolet TT, który zabierałam, gdy jeździłam na rekwizycje. Zamiast na zimny metal pistoletu, trafiłam na ciepły, szorstki papier koperty. Wobec decyzji, którą podjęłam, to, co w niej znajdę, nie miało już teraz znaczenia, rozdarłam ją i zaczęłam czytać notatki poczynione starannym, kobiecym pismem. Rzeka Płeć determinuje to, kim jesteśmy, kim będziemy i jak zostaniemy zapamiętani przez świat – pierwsze słowa, jakie przeczytałam, nie pozostawiały wątpliwości, tak mówił do mnie tylko dziadek Piotr. – Czas płynie jak rzeka, która obmywa nas i szlifuje jak rzeczne kamienie. Sprawia, że upodabniamy się do siebie i na koniec jedyne, do czego się nadajemy, to puszczanie kaczek po wodzie. Nasze wszelkie chropowatości, ostrości, nieoczywistości zanikają. Stajemy się obłym, twardym kamieniem. Kamieniami stają się mężczyźni, bo kobiety nie są nawet rzecznymi kamieniami, one zamieniają się w miękki piasek, całkowicie znikają. Warszawskie Powiśle w czasach mojej młodości to była dzielnica zakazana, w której nie pokazywały się raczej panienki z dobrych domów. Panienki z dobrych domów nie miały prawa w ogóle wiedzieć o istnieniu takich miejsc. Była to dzielnica nędzy, brudu, bandytów, 8 pokątnych handlarzy, sutenerów i prostytutek. Tak opisywali ją pozytywiści. My, nowi ludzie z początku nowego stulecia nie ulegaliśmy takiej mieszczańskiej presji. My byliśmy gotowi łamać kołtuńskie przekonania, burzyć stereotypy, przenikać przez klasy społeczne i budować związek wolnych ludzi. Bolek wielokrotnie opowiadał mi o swoich wyprawach na Powiśle. Nie mieliśmy przed sobą żadnych tajemnic. Słuchałam o nastoletnich prostytutkach, które potrafiły wyczyniać rzeczy, o jakich nie śnili mężowie w swoich alkowach. Opowiadał o mężczyznach, którzy ciężko pracowali na swoje życie, ale potrafili też z niego korzystać pełnymi garściami. Brali z niego to, co najlepsze, bo nie wiedzieli, czy następny dzień da im jeszcze cokolwiek. Bolesław był dla mnie namiastką tego tajemniczego i niezwykłego świata, do którego dostęp mieli tylko najodważniejsi, ci, którzy sami kierowali swoim życiem, a za żadną cenę nie dawali sobą kierować. To była kolejna noc, podczas której nie mogłam zasnąć. Nie mogłam znieść porzucenia. Chciałam, żeby powrócił do mnie, chciałam, żeby był ze mną, żeby był przy mnie cały czas. Postanowiłam pójść nocą do jego domu, wyznać jego żonie, jak bardzo się kochamy i że jesteśmy dla siebie stworzeni, a on czuje się spętany w tym ich rozsądnym, mieszczańskim małżeństwie. Tak bardzo pragnęłam wyrwać go stamtąd. Nie mogłam wyjść główną bramą, konsjerż nie wypuściłby mnie nocą z kamienicy. Przeszłam do służbówki, zarzuciłam palto i chustkę służącej i wyjściem dla służby opuściłam budynek. Pierwszy raz w życiu szłam sama warszawskimi ulicami, późnym wieczorem, ledwie rozświetlanym przez gazowe latarnie. Byłam rozgrzana od emocji, ale pewna swojej decyzji. Nasza miłość musiała zatriumfować nad mieszczańskimi przekonaniami. Z każdym krokiem traciłam jednak przekonanie o słuszności. Zaczęłam wyobrażać sobie, jak stanę przed drzwiami jego mieszkania, jak będę wypowiadała swoje kwestie, a on i jego żona będą słuchali w nocnych koszulach i szlafmycach na głowach. Zaczął padać deszcz. Chustka nie chroniła mnie dostatecznie. Widziałam, jak stoję przed nimi, jak zmoknięta kura, jak służąca, która zakochała się w panu, panu, który skorzystał z jej uczucia, a ona przychodzi i domaga się, żeby porzucił żonę i odszedł z nią. Nie mogłam już wrócić po inny strój, w tym nie mogłam się pokazać. Powrót nocą do domu byłby dla mnie upokorzeniem. Ruszyłam ku Wiśle. Szłam pewnym krokiem ku zakazanej dzielnicy. Chciałam zobaczyć, jak wygląda prawdziwe życie, które znałam tylko z opowiadań. Czułam zapach rzecznego szlamu, fetor nieświeżych, rozkładających się ryb, smród lepianek pozbawionych kanalizacji, odór śmieci, które wysypywano nad rzeką, a które ona zabierała dopiero z wiosennymi powodziami. Powietrze przestawało być mroźne i rześkie, stawało się coraz bardziej lepkie. Latarnie 9 uliczne pojawiały się coraz rzadziej. Poczułam, jak mój but trafił na coś miękkiego, jak osuwam się, krzyknęłam przerażona, poderwałam się i pobiegłam ku najbliższemu światłu. Nie otaczała mnie już wówczas tylko ciemność, nie otaczała mnie tylko mgła. Wiedziałam, że dziesiątki oczu z bram, zaułków i ciemnych okien przypatrują się mi, taksują mnie wzrokiem, czekają, bym się znowu potknęła. Podążały za mną spojrzenia, ale i głosy, a właściwie jeden głos, szept, który rozrywał mi czaszkę – „Jesteś nasza, jesteś nasza, jesteś nasza”. Światło latarni gazowej wyznaczało kilkumetrowy krąg bezpieczeństwa. Za nim błyskały złe oczy, zza linii tego jasnego kręgu dochodziły przerażające szepty. Wyjście z niego równało się wpadnięciu w ich łapy. Nie miałam pojęcia, kim oni byli, nie pokazywali swych twarzy, dostrzegałam tylko ich cienie majaczące na granicy jasności i ciemności. Stałam pod latarnią, wiedząc, że wychodząc poza wąski krąg jaki roztaczała, wpadnę w ich macki, z których już się nie oswobodzę. Nagle usłyszałam brzęk tłuczonego szkła i obok mnie spadły odłamki szkła. Ktoś rzucił kamieniem. Drugi kamień trafił w metalowy słup. Trzeci stłukł kolejną szybkę. Otaczające mnie cienie postanowiły zgasić chroniące mnie światło, nie mogłam się wyrwać z ich zacieśniającego się kręgu. Ukrywanie się było tylko odwlekaniem tego, co nieuniknione. Chciałam krzyknąć, ale głos uwiązł mi w gardle, z którego wydobyło się tylko cienkie popiskiwanie. Odpowiedział mi rechoczący śmiech zjaw. Poleciał kolejny kamień. I wtedy zobaczyłam światełko majaczące w oddali. Poruszało się. Zbliżało się ku mnie. Oni też je dostrzegli. Zamilkli. Rozproszyli się. Odsunęli się z półcienia i zapadli w ciemności. Warszawska policja wydawała mi się zawsze instytucją przychylną, życzliwą, na której pomoc mogłam zawsze liczyć. Ta noc sprawiła, że nigdy tak już nie pomyślałam. Zrozumiałam, że policja dba tylko o bogatych mężczyzn, ich majątek, żony oraz dzieci. Kobieta, która nie była niczyją córką ani żoną, nie zasługiwała na zainteresowanie, na nic nie zasługiwała. Stójkowi nie znali mnie. Uznali, że jestem niezarejestrowaną prostytutką. Zabrali mnie do swojej dorożki i zawieźli do cyrkułu, gdzie miałam być przesłuchana, zbadana i wszystko miało się wyjaśnić. Zamknęli mnie w celi i kazali mi się rozebrać, nie chcieli mi pobrudzić odzieży. Poddali mnie badaniom, a potem przez całą noc wdrażali mnie do najstarszego zawodu świata. Zaciskałam palce, aż zbielałe knykcie rozrywały skórę. Szeroko otwartymi oczami patrzyłam w sufit. Marzyłam o tym, żeby poderwać się z łóżka, podbiec do okna, rzucić się z niego i rozbić głowę o kamienny bruk. Gdy zrozumiałam, że nie mam po co iść do Bolesława, też zamierzałam porzucić świat. Pozostawić go. Zaciągnąć się do flisaków. Płynąć z nurtem rzeki, spławiać towary Wisłą, być niezależną, samodzielną. Myślałam, że życie na wodzie uwolni mnie od tego, co pęta mnie przy każdym kroku, jaki czynię na ziemi. Gdy teraz 10 leżałam bez ruchu na drewnianej ławie, wiedziałam, że uwolnić mnie może tylko szum powietrza owiewający me skronie, zanim zderzę się z kamiennym brukiem przed komendanturą policji. Przez zakratowane okno nie mogłam nawet wyskoczyć, byłam kompletnie zniewolona, nie mogłam nawet odebrać sobie życia. Zacisnęłam powieki. Nie chciałam zalać się łzami. Nie chciałam dać im tej satysfakcji. To takie kobiece, takie słabe, a ja czułam się człowiekiem. Nie kobietą, powolną i podporządkowaną, tylko wolnym, niezależnym człowiekiem. Nie chciałam im niczym pokazać swej słabości, swej kobiecości. Chciałam, by widzieli we mnie człowieka. Nie widzieli. Przyszedł cały zastęp policjantów. Badali mnie po kolei. A ci, którzy akurat nie brali udziału w badaniu, trzymali mnie, bym się nie wyrwała. Po godzinie tego badania już nie musieli mnie trzymać. Sama trzymałam się brzegów drewnianej ławy, na której mnie gwałcili. Nigdy tego nie zapomniałam. Nigdy o tym nie opowiadałam. Moja matka i tak się o tym dowiedziała, ale to ja byłam winna temu, że znalazłam się nad rzeką sama, ja byłam kobietą. Gdy następnego dnia wydano mnie rodzinie, musiałam dygać przed grubym policmajstrem i dziękować mu za to, że uratował mnie z rąk rzezimieszków, którzy dopadli mnie, gdy samotnie włóczyłam się po Powiślu. Gdy wsiedliśmy do dorożki, ojciec tylko spojrzał na mnie i nie zamienił ze mną nawet słowa. Słyszałam tylko równomierny stukot dorożki, który przeradzał się w jednostajny szum „nie masz szans, nie masz szans”. Dworzec Schodząc ostrożnie ze stopni wagonu, rozglądałam się spod kapelusza. Nowy dworzec z czerwonej cegły, ładnie ułożone i starannie zamiecione bruki, równo przycięte rośliny w klombach, to wszystko składało się na pierwszy obraz tego polsko-niemiecko-żydowskiego miasta garnizonowego. Słyszałam, że panuje w nim pruski porządek, wiedziałam jednak, że im bardziej zadbana fasada, im staranniej przycięte trawniki, im dokładniej zaciągnięte firanki, tym więcej kryje się za tymi firankami. Nie chciałam, żebyśmy zatrzymywały się w Poznaniu. Pragnęłam jak najszybciej dotrzeć do wód, do Kolbergu. Przeczuwałam, że w tym mieście czyha na mnie jakieś nieodgadnione, przerażające niebezpieczeństwo. Wiedziałam, że najstraszniejsze rzeczy grożą mi w starych, polskich miastach. Tak było w Krakowie i Warszawie, przed tym drżałam teraz w Poznaniu. Nad Wartą gnieździły się przecież jeszcze starsze i jeszcze straszniejsze demony niż nad Wisłą. 11 Kwestie narodowe i patriotyczne nie były dla mnie istotne. Polska, Rosja, Niemcy, Austria, Anglia czy Francja. Nie miało znaczenia, jak nazywa się kraj, w którym mieszkam. Unosiłam się wysoko ponad tak przyziemnymi sprawami jak państwo czy naród. Byłam prawdziwą artystką, a sztuka nie uznaje granic, nacji ani żadnych ograniczeń. Czułam się obywatelką świata sztuki, tylko w tym świecie byłam u siebie; gdy nie miałam w pobliżu rodaków-artystów, czułam się osamotniona. Przebywanie na ziemi traktowałam jako przykry obowiązek. Musiałam się z nim jednak mierzyć każdego dnia, by móc na chwilę zanurzyć się w swoim prawdziwym świecie. Dlatego i teraz nie sprzeciwiłam się matce. Zgodziłam się na jej wybór. Nie chciałam wdawać się z nią w niepotrzebne spory. Wiedziałam, że to już pewnie jeden z ostatnich razów, kiedy muszę poddać się jej woli. Jeszcze kilka tygodni i zakończy się postępowanie spadkowe po ojcu. Za kilka miesięcy wreszcie otrzymam swoją część dziedzictwa. Odliczałam te dni, które dzieliły mnie od prawdziwej wolności. Żeby ją zdobyć, musiałam jeszcze raz spuścić oczy, przełknąć cisnące się na usta słowa, grzecznie rozłożyć parasolkę i posłusznie wsiąść do dorożki, która zawiozła nas do najlepszego w tym mieście polskiego hotelu. Wiedziałam, że każdy mój gest, każdy ruch, każdy krok jest pilnie śledzony, że nieżyczliwe oczy czekają tylko na jakieś moje potknięcie. Podsłuchałam przypadkiem rozmowę brata z adwokatem. Moi najbliżsi byli gotowi poświęcić reputację rodu, żeby pozbawić mnie schedy po ojcu. Nie chciałam dać im do tego żadnego pretekstu. Słyszałam słowa prawnika, który perorował, że gdyby mógł wykazać przed sądem, że jestem psychicznie rozchwiana i nie potrafię samodzielnie zarządzać majątkiem, to wówczas brat przejąłby moją część spadku, zostając moim prawnym opiekunem. Nie chciałam sobie nawet wyobrażać tego zniewolenia. Musiałam dołożyć starań, by nie było żadnych przesłanek do uznania mnie za wariatkę. Bardzo, bardzo się starałam. Wiedziałam, że nie mogę nikomu ufać, a każde niewłaściwe zdanie może być użyte przeciwko mnie. Przestałam pisać. Poezja mogłaby zostać przed sądem przedstawiona jako wyraz moich tajemnych, szczerych przemyśleń. Sędzia, nie mając zrozumienia dla poezji, mógłby mnie uznać za niepoczytalną. Jeśli nawet gdzieś ukazywały się moje utwory czy pisma krytyczne, to nie podpisywałam ich własnym nazwiskiem. Autorem tych myśli, podpisanym pod tekstem, był Piotr Odmieniec. 12 Hotel Ten hotel nie podobał mi się od pierwszego wejrzenia. – Bazar – szeptałam półgłosem, nie mogąc pojąć, jak można mianem wschodniego targowiska ochrzcić tak luksusowy przybytek. Jak ktoś kulturalny i wykwintny może chcieć stanąć w hotelu o tak pospolitej nazwie. Rozumiałam, że to najlepszy polski hotel w Poznaniu, ale skoro wszystkie inne były niemieckie i patriotyzm nie pozwalał mej matce w nich zamieszkać, to przecież mogła wynająć apartament w jakimś prywatnym pensjonacie, a nie brać pokój w pretensjonalnym, poznańskim hotelu „Bazar”. Odźwierny ukłonił mi się nisko i poprowadził mnie do windy. Za nim podążał hotelowy boj, który niósł moje bagaże. Szliśmy długim korytarzem, a gruby dywan tłumił nasze kroki. Zatrzymał się przed drzwiami apartamentu. Już miał je otworzyć. Nagle zawahał się. Jego dłoń z kluczem zawisła w powietrzu, nie docierając do zamka. Spojrzał na mnie. Gdy podniosłam na niego spojrzenie, przeniósł wzrok na hotelowego boja, jakby chciał coś z nim skonsultować. Nie widziałam chłopca stojącego za moimi plecami, ale poczułam, że kiwnął głową, jakby przytaknął. Klucznik cofnął rękę. Wykonał sztywny zwrot i ruszył dalej wzdłuż korytarza. Nikt mi niczego nie wyjaśnił. Nikt mi nic nie wytłumaczył. Jakbym nie była członkinią tej trzyosobowej ekspedycji podążającej z recepcji do hotelowego pokoju. Jakbym nie mogła o niczym decydować. Jakbym nie była hotelowym gościem. Gościem, który płaci i wymaga, ale… więźniem. Ciarki przeszły mi przez plecy. Poczułam się jak skazaniec eskortowany przez dwóch strażników. Jeden szedł przede mną, drugi za mną. Nikt ze mną nie rozmawiał. Nikt ze mną niczego nie konsultował. Byłam aresztantką, która miała być doprowadzona do właściwej celi. Dreszcz wstrząsnął mym ciałem. Odwróciłam się za siebie i spojrzałam na hotelowego boja. Uśmiechnął się. Nie był to jednak usłużny uśmiech chłopca na posyłki. Nie towarzyszyło mu nawet lekkie skłonienie głowy. Patrzył na mnie hardo, bezczelnie, jakby nie mi usługiwał. Apartament był iście królewski. Byłam przekonana, że matka nie zamówiła dla mnie tak luksusowego pokoju. Chciałam zaprotestować, powiedzieć że to pomyłka, jakieś nieporozumienie, lecz zanim zdążyła cokolwiek wyjaśnić, nikogo nie było już w pokoju. Nawet hotelowy boj nie poczekał na swoją markę za wniesienie bagaży. Nie zależało mu na tej marce. Ile zarabia taki boj – pomyślałam niepewnie – skoro nie chce poczekać na zwyczajowy napiwek. A może nie czekał, bo już mu ktoś inny zapłacił, znacznie więcej, żeby zniknął, żeby pozostawił mnie samą. W wielkim apartamencie. W hotelu o dziwnej nazwie i z dziwną 13 obsługą. Żebym nie mogła do nikogo się odezwać, niczego zweryfikować, bym została sama. Tylko ze swoimi myślami. Poczułam się osaczona. Zaczęłam tracić dech. Byłam uwięziona. Puszysta wykładzina tłumiła każdy krok. Ciężkie kotary zasłaniały widok. Zdobne tapety przytłaczały. Szarpnęłam zasłony. Resztki słonecznego światła zalały czerwienią śnieżnobiały pokój. Na szczęście apartament miał balkon. Stanęłam na nim. Spojrzałam na krwawą kulę, która czerwienią oblewała postać cesarza stojącego na wysokim postumencie, na zadrzewiony plac, na którym dawniej prezentowały się pruskie pułki, po których teraz pozostały budynki komendantury i dowództwa armii. Uniosłam wzrok i wreszcie ujrzałam słońce znikające za gmachem niemieckiego teatru. Wiedziałam, że za nim jest budynek policji. Nienawidziłam budynków policyjnych. Wzdrygnęłam się i spojrzałam w drugą stronę, w dół, ku Staremu Rynkowi. Brukowana ulica wiodła do miejskiego ratusza. Światło lamp gazowych połyskiwało migotliwie. Odbijało się w nierównościach ulicznych kamieni. W tle majaczyły rynkowe kamieniczki. Byłam na pograniczu dwóch światów. Od Alei Wilhelmowskich zaczynało się nowe miasto niemieckie, poniżej było stare miasto polskie. Stałam na balkonie i byłam pomiędzy. Uświadomiłam sobie, że bycie pomiędzy jest kondycją przypisaną do mojego życia, tutaj, na balkonie tego hotelu, odczułam to najbardziej fizycznie. Na złocistej, wykładanej jakby starożytnymi mozaikami ścianie, dostrzegłam egipski fresk. Poznań chciał być miniaturą Berlina, nawet poznańskie muzeum nawiązywało do berlińskich wzorów. Poczułam czyjeś spojrzenie. Uniosłam wzrok. Starożytni myśliciele z fasady muzeum przyglądali mi się badawczo. Mierzyli mnie wzrokiem. Uśmiechy błąkały się na ich mozaikowych ustach. Chciałam cofnąć się ku apartamentowi. Coś mnie jednak powstrzymało. Ujrzałam coś, co nie pasowało do otoczenia. Coś, co było skazą na tym idealnym obrazku. Skazą, w której ukazuje się pobłysk prawdziwego obrazu rzeczywistości. Szukałam tego, tak jak się czasem szuka zapomnianego słowa. Słowa idealnego, słowa, które będzie rozstrzygające. Słowa, które zamknie dyskusję. Nie mogłam jednak znaleźć tego obrazu, który przez ułamek sekundy ukazał mi cały fałsz skrywany pod puchatymi dywanami, secesyjnymi zdobieniami i ciężkimi kotarami. Zrezygnowana cofnęłam się do apartamentu. I wtedy właśnie to dojrzałam. Stłuczony, przeszklony daszek, który znajdował się u moich stóp. Mój apartament znajdował się ponad bramą przejazdową, a nad nią znajdował się przeszkolony dach, z potłuczonym szkłem i brunatnym zaciekiem. – Co tu się stało? – spytałam wieczorem dziewczynę grzebiącą przy kominku. 14 – Pani hrabina się z okna rzuciła, jaśnie panienko – odparła flegmatycznie, jakby popełnianie spektakularnych samobójstw było w tym mieście codziennością. – Kiedy? – zapytałam. – Tej niedzieli – odpowiedziała rzeczowo. – Przedwczoraj? – zapytałam z niedowierzaniem. – Tak – stwierdziła krótko i wzruszyła ramionami, wyrażając tym krótkim ruchem swoją dezaprobatę dla mego zainteresowania sprawą niezrównoważonej samobójczyni, której nawet nie znałam. Przez okno widziałam szklany daszek nad wejściem. Przypatrzyłem mu się dokładniej, był jakby niedomyty, rdzawa plama rozlewała się po nim w nieregularny kształt, przypatrywałem się jej. W tym mieście, gdzie trotuary były codziennie myte, pozostawienie takiej brudnej plamy na daszku wydało mi się niemożliwym do wytłumaczenia przeoczeniem. Ta plama nie dawała mi spokoju. Długo nie mogłam zasnąć. W końcu przyśniła mi się, jak rozlewa się po tym daszku, skapuje na ziemię, a gdy podniosłam głowę, zobaczyłam broczącą krwią kobietę leżącą w pokracznym kształcie na tym daszku. Spojrzałam na jej wykrzywioną bólem twarz i rozpoznałam w niej siebie. Obudziłam się zlana zimnym potem. Do rana już nie zasnęłam. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego nie umyto tej krwawej plamy. Ostrów Tumski Po śniadaniu matka stwierdziła, że musimy skorzystać z okazji i wybrać się na przejażdżkę, żeby poznać miasto. Długo opisywać bym mogła te widoki, którym dziwiły się moje, nienawykłe do takiego niemieckiego porządku na polskich ziemiach. Napisałam już jednak o tym, więc po cóż powtarzać: Dźwięczny bruk pomnę, przydługi parkan, na nim litery Olbrzymie: „Szlachtuz”. Dalej zbrzydzony Tum starożytny U którego świetnych nagrobków, w pielgrzymce zaszczytnej Bohatersko drżąc z zimna, małej dostałem cholery. Place banalne, schludny trotuar i porządne gmachy, Świadczące, że Berlin, choć niedokładnie, jest im znany. Hotel „bequem” z okna Egipski fresk i strojne ściany – 15 doktór dworny jak poseł, ulica fanfary, Wachy, I Kościółek pamiętam – stary, jak Orle legendy; W reparacji; pięciu żonglerów raczej, niż mularzy Krzątało się z cegłą. Myślałem, że oczom się marzy, Patrząc na błyskawiczne spokojnych ruchów rozpędy. O takich czartach, co w mig budują dom, Adam gwarzy w Pani Twardowskiej. Może z nich który zawadził tedy… Tutaj napiszę o tym, czego nie napisałam w wierszu. O tym, co zobaczyłam z Ostrowa Tumskiego, gdy spojrzałam na rzekę. Rzeka była czerwona. Czerwona od płynącej nią posoki. Metaliczny zapach krwi unosił się w powietrzu. Patrzyłam na to oszołomiona. Jakiś starzec powiedział do mnie, że to w miejskiej rzeźni było wielkie sprzątanie i woda zmieszana z krwią oraz kawałkami mięsa spuszczona została wielką rurą wprost do rzeki. Machinalnie przytaknęłam mu ruchem głowy i nadal patrzyłam, zafascynowana bulgocącą wodą. Podziwiałam wielkie ryby, których grzbiety raz po raz wyłaniały się z wody, bo żerowały, a miały wspaniałą ucztę. Przymknęłam powieki i pomyślałam o protoplaście naszego rodu, o Piotrze Właście, który pojawił się nagle na arenie dziejów, bo postanowił sam kształtować swój los i zostać tym, kim sobie zamarzy. Pomyślałam, że podobnie musiała wyglądać ta rzeka przed niemal sześcioma wiekami, gdy młodzi książęta rozbili pod Poznaniem armię swego najstarszego brata, księcia Władysława. Rzeka też spłynęła wówczas krwią, a ryby przez długie tygodnie miały żerowisko na ciałach rycerzy oraz ich koni. Mój przodek jednak tego już nie widział. Zamiast oczu miał puste oczodoły. Zawistny książę pozbawił go oczu i języka, by nie widział jego niegodziwości i nie mówił mu, co powinien czynić. Nie mając zaufanego, mądrego doradcy książę błądził, co skończyło się jego klęską pod Poznaniem. Piotr Włast nie mógł zobaczyć jego klęski. Ja ją widziałam, patrząc na spływającą krwią rzekę. Patrzyłam na buszujące wśród skrawków mięsa ryby, wyobrażając sobie, że to samo, w tym samym miejscu musiał oglądać ten, który zniszczył mego przodka. Poczułam niezwykłą więź, jak biegła przez pokolenia, czułam się Piotrem Włastem patrzącym na upadek księcia Władysława, który po tej bitwie zyskał sobie przydomek Wygnańca. 16 Metamorfoza W recepcji czekał na mnie list. List od mojego Maga. Miriam przesłał mi go na poste restante. Zależało mu. Napisał do mnie. Zgadzał się na mój plan. Drżałam z podniecenia. Czułam, że za chwilę będę miała u stóp cały świat. Zdobędę to, co sobie zaplanuję. Dokończę dzieło, jakie zapoczątkował mój przodek. Stanę się najważniejszą postacią swojego narodu. Kiedy żył Piotr, ten naród miał swoje państwo. Teraz, gdy nie było państwa, najważniejszy był rząd dusz, a władzę nad duszami sprawują poeci. Już nie będę modernistyczną poetessą, będę wydawczynią, będę redaktorem. Ze mną będą się musieli wszyscy liczyć, ja będę ustalała hierarchię, ja dźwignę polską literaturę i podniosę ją do rangi największych literatur świata. Ja będę królem kultury polskiej – myślałam i szłam bardzo wolno korytarzami hotelu Bazar, żeby nikt nie dostrzegł rozszarpujących mnie emocji. Leżałam na hotelowym łóżku, wpatrywałam się w hotelowy sufit. Widziałam żyłkowania jego ścian. W ręku gniotłam list od Miriama. Ściskałam go tak mocno, że stał się małą kulką papieru. Miriam był jedynym człowiekiem, który rozumiał głębię sztuki. Doceniał moją twórczość. Pojmował sztukę w jej istocie. Rozumiał, co to znaczy artysta. Liczyłam się z każdą jego opinią. Miriam pisał jednak, że nie może przekazać „Chimery” w ręce kobiety, że raczej zamknie pismo, niż pozwoli, by redagowane było przez kobietę, bo zaprzepaściłby cały swój dorobek. Nie pojmowałam. Nawet on. Najbardziej nowoczesny mężczyzna w Europie. Czy on też uważał, że moje recenzje, moje poezje, moje szkice, moje myśli straciłyby na wartości, gdybym podpisała je własnym nazwiskiem, gdyby ich autorką była Maria Komornicka, a nie Piotr Włast? Chciałam się poderwać. Chciałam pobiec do okna. Chciałam się przez nie rzucić, by moja krew powiększyła tę plamę na szklanym daszku, ale nie mogłam wstać. Leżałam bez ruchu. Byłam sparaliżowana. Czułam się gwałcona. Jeszcze boleśniej niż wówczas na cyrkule. Nie potrafiłam się przed tym obronić. Jeśli nawet on, mój Mistrz, mój Mag uważa, że nie jestem godna dostąpić literackiego uznania, że nie jestem godna szacunku, i to tylko dlatego, że pomiędzy nogami nie mam penisa. On, najwrażliwszy człowiek, jakiego znałam. On, który prowadził mnie po ścieżkach prawdy, sztuki i estetyki. Wtedy, to byli zwykli stójkowi, którzy wzięli mnie za upadłą dziewczynę, niezarejestrowaną ulicznicę i nałożyli na mnie karę, jaką uznali za właściwą za uprawianie najstarszego zawodu świata bez licencji. Pewnie byli zdziwieni, że mnie już więcej nie spotkali. Po tym, co zaszło na posterunku, mogłam się czuć już bezpieczna, „zarejestrowana”, miałam prawo odrobić sobie ból i cierpienia tej nocy. 17 Z Miriamem było inaczej. On podeptał wszystkie zasady, o których mnie zapewniał. Wszystkie opowieści o łączności dusz, o tym, że kontaktują się tylko duchy wyższe, że my jesteśmy takimi duchami. O tym, że gdy się spotkają dwa wrażliwe duchy, to wówczas nikną granice pomiędzy nimi, nieważne jest pochodzenie społeczne, nieistotny majątek, bez znaczenia jest wiek, odcień skóry czy płeć. Płeć. Przez lata żyłam w iluzji tego, że te wszystkie rzeczy nie mają znaczenia. Nie uważałam, że moje utwory byłyby gorsze, gdybym podpisała je swoim nazwiskiem. Piotr Włast nie był przecież w niczym lepszy od Marii Komornickiej. Tymczasem okazało się, że jest. On mógł zrobić wszystko i ze wszystkiego mógł zrezygnować. Ja nie mogłam nic. Wiele potem powstało opowieści o tej nocy w poznańskim Hotelu „Bazar”, każdy chciał w niej odnaleźć coś innego, każdy chciał jej mnie pozbawić, chciał z niej zrobić element pasujący do jego opowieści. Ale to była moja noc i tylko ja mogę o niej opowiedzieć, choć nie potrafię. Nic z niej nie zapamiętałam. Egipskie postaci na fasadzie Muzeum Cesarza Fryderyka spoglądały na mnie z otchłani wieków. Oni już wszystko przeżyli, oni już wszystko wiedzieli, ich już nic nie mogło zaskoczyć. Podglądali mnie z ciekawością przechodnia, który przygląda się wypadkowi. Wiedziałam, że za chwilę odwrócą wzrok, pójdą dalej, zapomną o tym, co widzieli. Matka podobno weszła do mojego pokoju. Zobaczyła mnie śpiącą i znużoną. Poszła na ciastko do Rollego, potem na kolację. Uznała, że trudy podróży tak mnie umęczyły. Wieczorem nawet do mnie nie zajrzała. Przysłała tylko służącą, żeby napaliła w kominku. Tak samo jak wówczas. Wtedy nie weszła do mego pokoju. Uważała mnie za zbrukaną. Nie chciała mnie dotknąć. Nie chciała mnie widzieć. Wysyłała tylko służbę, by przyniosła mi przybory toaletowe, jedzenie, napaliła w kominku. Za oknem panował mrok, a ogień wesoło buzował w kominku. Patrzyłam na pełgające po polanach ogniki. W wibrujących płomieniach dostrzegałam budynki, postaci, zdarzenia. Widziałam Cambridge, ten wyemancypowany uniwersytet, na którym studiowałam z dziewczętami, które nie chciały jednak przekroczyć żadnej normy społecznej, a po studiach marzyły o tym, żeby wrócić do swych dworków i służyć swoim mężom. Po semestrze wiedziałam, że to miejsce najgorszego niewolenia kobiet; inne niewolone były przemocą, te zdobywały wiedzę, która nakazywała im dobrowolnie zamieniać się w niewolnice. Pamiętam jak zamieszkałam u Nałkowskiego, jego socjalistyczne poglądy, równość między ludźmi bez względu na płeć i stan, pamiętam tę jego nastoletnią córkę, która patrzyła na mnie swoimi ciemnymi oczami; okazało się, że jednak i ten socjalista ma rodzinę i do 18 rodziny musi powrócić. Zobaczyłam tego starca Jellentę, którego lubieżnym chuciom oddałam swe młode ciało, który tak wzniośle mówił o łączności, a nie był w stanie się nawet połączyć. Zawsze gdy stawałam o krok od przełomu, krok od przejścia do innego świata, gdy właśnie miałam się przeistoczyć, stać się równą największym artystom, najwybitniejszym umysłom, zawsze padałam, na ostatnich metrach, tak jak ten maratończyk, co biegł przez czterdzieści kilometrów, by zakomunikować Ateńczykom dobrą wiadomość. Mi także nigdy nie udawało się dotrzeć z dobrą wiadomością. Zawsze padałam o krok od przejścia. Zawsze mi czegoś brakowało. Zawsze siebie winiłam za to niepowodzenie. Teraz wreszcie zrozumiałam, na czym polegała moja wina. Byłam kobietą. Jako kobieta nie mogłem wejść na parnas, nie mogłem zdobyć szczytu, nie mogłem zdobyć miejsca, na które zasługiwałem. Maria Skłodowska… przemknęło mi przez głowę. Maria Skłodowska i Maria Komornicka, myślałam o tym wielokrotnie; ona mogła zostać królową nauki, ja mogłam zdobyć szczyt sztuki. Nie mogłam. Ona też nie mogła. Nikt nie znał Marii Skłodowskiej, Maria Skłodowska nie odniosła sukcesów, splendory spadły na Marię Curie, żonę Piotra Curie. Ja jednak nie chciałam zostać Marią Jellentą, Marią Nałkowską, Marią Przesmycką. Chciałam być sobą, ale bez przyporządkowania swojemu mężczyźnie nie mogłam niczego osiągnąć na tym świecie. Nie chciałam być kobietą żadnego mężczyzny. Chciałam być sobą. Posłowie Podobnie jak Maria Komornicka w poznańskim hotelu Bazar, tak ja w moim pokoju wpatrywałam się w pęknięcia sufitu układające się w szlaki żyłek i zmarszczek. Czekałam. Nie potrzebowałam już pistoletu ukrytego pod materacem. Umierałam. Umierałam jako kobieta, umierałam jako komunistka, cofałam się. Unosiłam się. Patrzyłam na swoje życie z góry, a film przewijał się, cofał się. Widziałam czerwień sztandarów podczas pochodów, czerwone szturmówki na akademiach i akcjach, czerwień krwi rozlewanej szeroko podczas wojny, wreszcie czerwoną plamę na białym prześcieradle, która była śladem bolesnego przejścia z dziecięctwa w kobiecość. Wreszcie pojawił się on. Przygarbiony dziadek Piotr uśmiechał się do mnie swoją bezzębną twarzą. Nie mógł być wolny, będąc kobietą, zdecydował się zostać mężczyzną. Założenie męskiego stroju nie uczyniło go wolnym, strój nie czynił go mężczyzną. Wybił sobie wszystkie zęby, oszpecił się, chodził zgarbiony, chciał zamknąć sobie wszelkie drogi powrotu. Nie chciał być nigdy na powrót wtłoczony w rolę kobiety. 19 Maria miała niespełna czterdzieści lat, kiedy postanowiła zostać starcem. Myślała, że będzie wolnym starcem. Życie nie dało jej wiele wolności. Porządek świata nie przewidywał, że kobieta może wybrać sobie, jak będzie żyła, nawet jeżeli wybierze dla siebie życie na całkowitym marginesie świata. Byłam w podobnym wieku jak ona wówczas. I tak jak ona, zamknęłam kobiecy rozdział mego życia. Poczułam się wolna. Nie wiedziałam, czy tak jak ona nie trafię do psychuszki. Los okazał się dla mnie szczęśliwszy. Na zawsze pozostałam dłużnikiem Marii, nigdy nie potrafiłabym spłacić długu, jaki zaciągnęłam u dziadka Piotra. 20 t l o h c r a M z r o g e z r G . s y r CIEMNA STRONA LUNY Agnieszka Kwiatkowska Pmcy. Przslicie tu kgos. Zabją mnie. (zapis wiadomości, 8 grudnia 2035 r., godz. 01.43. Nad: baza księżycowa „Luna”. Kod wiad: czerwony) 1. – Mamy nadzieję, że to jakaś pomyłka. Albo głupi żart – powiedział szef TechnoBasics, jednak jego głos nie brzmiał zbyt pewnie. Siedząca naprzeciwko niego kobieta uniosła brwi. 21 – Wszystko jest możliwe – odparła. – To trzeba natychmiast sprawdzić! – wybuchnął Pasini. – Dyskretnie, rzecz jasna! Może to jakiś błąd na łączach? Awarie się zdarzają! Na litość boską, co tam w ogóle napisano? Co to za bełkot? I co się tam wyrabia? Detektyw Laura Mancini skrzywiła się lekko. – Treść wiadomości jest chyba zrozumiała – odparła. – A co się tam dzieje, cóż, ja się tym zajmę. – Nikt nie może o tym wiedzieć! Nikt! To byłaby katastrofa! To ogromny projekt, nowatorski! Włożyłem w niego tyle lat pracy, tyle pieniędzy… – Pasini zerwał się z fotela i zaczął krążyć po pokoju, bezładnie gestykulując. – Gwarantuję całkowitą dyskrecję. – Detektyw wstała, ucinając tym dalszy potok żalów. – Czy jest jeszcze coś, o czym powinnam wiedzieć? Na pewno przekazał mi pan wszystkie informacje? Świetnie. Proszę więc o natychmiastowe nadanie mi wszelkich uprawnień oraz o otworzenie teleportu. – Jasne. Jasne. Natychmiast! – Pasini trzęsącymi się dłońmi chwycił tablet i zaczął wystukiwać odpowiednie sekwencje. Mancini czekała cierpliwie, gotowa bezzwłocznie wyruszyć. – Już wszystko jest. Teleport też działa. Ja nie wiem, co się tam dzieje, ten teleport również nie działał… – Zepsuł się? Czy blokada z tamtej strony? – Jakaś awaria – odparł prędko Pasini, ocierając wierzchem dłoni spocone czoło. – Ale technicy mówią, że jest już sprawny. Kiedy pani wyruszy? Już teraz? – Nie ma na co czekać. – Detektyw wsunęła do kieszeni kurtki kostkę informacyjną i ruszyła do wyjścia. Już w drzwiach odwróciła się i posłała swojemu rozmówcy chłodne spojrzenie. – Dwie rzeczy, panie Pasini. – Tak? – Po pierwsze, niech pan nigdy więcej nie próbuje mnie okłamywać, tak jak w sprawie teleportu. Za dobrze czytam ludzi, aby dać się nabrać. A po drugie, bardzo źle dobrał pan załogę. – Co pani…? – Dwie z siedmiu tych osób nie powinny być zakwalifikowane do udziału w takim projekcie – odparła Mancini zimno. – Jedna z nich ma na koncie parę epizodów psychotycznych. 22 Detektyw opuściła gabinet, pozostawiając szefa TechnoBasics w stanie osłupienia. Nie było czasu na jałowe dyskusje – coś złego zdarzyło się na księżycowej stacji badawczej, a dywagowanie o cudzej przeszłości nie mogło cofnąć czasu. Dla Mancini były to jednak istotne informacje. Zaburzenia psychiczne, kilka ostrych epizodów, kilkumiesięczny pobyt na zamkniętym oddziale w klinice – nie miała pojęcia, jakim cudem ktoś taki został zakwalifikowany do programu. Wiedziała jednak, jak zachowują się ludzie odcięci od świata i skazani na przebywanie na małej, zamkniętej przestrzeni z grupą przypadkowo dobranych osób. Znała dwóch członków załogi. Wiedziała sporo o ich przeszłości. Pamiętała też, dlaczego jeden z nich spędził prawie pół roku w klinice. Halucynacje. Zwidy. Omamy słuchowe. Ale czy to właśnie ta osoba była autorem bezładnego ostatniego komunikatu? Mancini układała w głowie kilka teorii, wchodząc do teleportu. Gdy zatrzasnęły się za nią drzwi, a ucisk w całym ciele potwierdził, że teleportacja właśnie się rozpoczęła, miała już dwie wstępne teorie. Szaleniec, którego agresja i problemy psychiczne znów dały o sobie znać. Lub też morderca wśród załogi. 2. Mancini spodziewała się wszystkiego. Opustoszałej stacji, trupów, krwi, śladów walki. A jednak gdy tylko wyszła z kabiny teleportacyjnej, uderzyła ją zupełna normalność tego miejsca. W otwartych drzwiach pomieszczenia stała kobieta z plikiem wydruków w dłoniach i patrzyła na nią ze zdumieniem. Mancini błyskawicznie zerknęła na plakietkę na jej kombinezonie. Rosetta Galbiati. – Kim pani jest? – spytała technik. – Co się tu dzieje? Obie teorie Mancini rozsypały się jak domek z kart. Nie na darmo była jednak jednym z najlepiej opłacanych i doświadczonych detektywów. Wiedziała, że jej twarz nie pokazała zaskoczenia. – Mancini z TechnoBasics. A co tu się dzieje, o to chyba ja powinnam pytać. – Błyskawicznie zdecydowała, ile może powiedzieć. – Od kilku dni zero łączności, teleport nie działał, a pani się dziwi, że firma w końcu tu kogoś przysłała? – Posłała kobiecie surowe spojrzenie. – Zero łączności? Przecież to wy… – zająknęła się Galbiati. 23 – Co „my”? – No, przecież zgłaszaliśmy problemy… była awaria i różne takie… – Galbiati urwała. Nagle wyprostowała się, a jej twarz przybrała zupełnie inny wyraz. – Proponuję, aby porozmawiała pani z szefem. – To dobry pomysł – zgodziła się Mancini, odniósłszy wrażenie, że panuje tu atmosfera niedomówień. – Może mnie pani do niego zaprowadzić? Przy okazji, jakie to były problemy? Galbiati nie odpowiedziała. – Mamy zastrzeżenia do jednego z członków załogi – powiedziała poufale Mancini. – Nie, nie do pani. Pani praca została bardzo wysoko oceniona. Ale obawiam się, że ktoś nawalił w dziale rekrutacji. Galbiati wypuściła powietrze z płuc. – Jeszcze by tego brakowało, abym miała przez niego problemy! – Nie może być o tym mowy – zapewniła Mancini. – W rekrutacji już poleciały głowy. Galbiati wyglądała, jakby miała zamiar coś powiedzieć, ale zacisnęła usta i nie odezwała się ani słowem. Mancini wiedziała już, że niczego z niej nie wyciągnie. Westchnęła. – No dobrze. To gdzie jest pan Acardi? Chciałabym porozmawiać i z nim, i z resztą załogi. – Załoga śpi. – Galbiati popatrzyła na nią jak na kogoś niespełna rozumu. – Przecież to pora snu. – Proszę więc obudzić pana Acardiego. – Nie ma potrzeby. On nie śpi. Nie zmrużył oka, odkąd… – urwała Galbiati i już nie powiedziała ani słowa więcej. 3. Lorenzo Acardi niewiele się zmienił przez tych dziesięć lat. Na powitanie obrzucił ją mało przyjaznym spojrzeniem. Najwyraźniej nie zapomniał wydarzeń sprzed lat, co wcale Mancini nie zdziwiło. Znała Acardiego jako pamiętliwego człowieczka z manią wielkości, średnio uzdolnionego, za to wyjątkowo zazdrosnego o sukcesy innych, lepszych od siebie. – Prywatę odkładamy na bok – uprzedziła go Mancini. – Pierwsze pytanie: gdzie jest Daniele? Acardi posłał jej wrogie spojrzenie. – Jeśli zaraz nie odpowiesz, ściągam tu służby specjalne – ostrzegła Mancini. – Co tu się, do cholery, dzieje? 24 – Nie wiem. Daniele nie żyje – odparł Acardi, a jego twarz nagle złagodniała. Opadł ciężko na fotel, a Mancini odruchowo przysiadła obok. – Cholera. Nie wiem, co mu się stało. – A co się konkretnie wydarzyło? – spytała Mancini spokojnie. – Nie wiem. Nic się nie działo! – Acardi podniósł głos. – Wszystko było w porządku, a on nagle zaczął bredzić. Zamknął się w swoim pokoju, nie chciał wyjść. Potem biegał po całej bazie jak oszalały. Nie miałem pojęcia, że uszkodził teleport, rozwalił przekaźnik. – Ale jak umarł? – Mancini starała się zachować cierpliwość. – Popełnił samobójstwo? – Nie wiem. Nie wiem… Leżał przy teleporcie. – Chcę go zobaczyć. W milczeniu przeszli do pokoju, w którym leżał Daniele. Mancini pochyliła się nad zmarłym, świadoma tego, że stojący za nią Acardi patrzy na nią z nienawiścią. Nie rozumiał, dlaczego nie okazała żadnego żalu, smutku, żadnych emocji, a przecież cała trójka znała się od lat. Nie wiedział – bo nie wiedział o tym nikt, oprócz ludzi, dla których pracowała – że Mancini jest pierwszą z wersji próbnych androida, tak udaną, że nie do odróżnienia od zwykłego człowieka. Nie wiedział, że nie odczuwała emocji i posługiwała się jedynie rozumem. – Zostaw mnie tu samą – poleciła. Acardi wyszedł, a ona pochyliła się nad zmarłym. Gdy tak leżał, wyglądał, jakby spał. Powoli i metodycznie Mancini zaczęła badać ciało Daniele, bo nie wierzyła, aby młody jeszcze człowiek zmarł ot tak, nagle. Szukała wszędzie, zbadała każdy zakamarek ciała, ale nie znalazła żadnych śladów przemocy. Zabiją mnie. Wyprostowała się z westchnieniem. Ciało trzeba będzie poddać sekcji. Gdyby znalazła choć jeden ślad wskazujący na samobójstwo, uwierzyłaby, że Daniele miał nawrót choroby. Sekcja zwłok. Badanie toksykologiczne. Przeszukać pokój. Sprawdzić, co z teleportem i łącznością. Pokój. Daniele nigdy nie był pedantem. W całym jego życiu zawsze panował większy lub mniejszy nieład i tak też wyglądał jego pokój. Ale Mancini miała tę przewagę, że znała Daniele i jego zwyczaje bardzo dobrze. Bałagan na biurku. Porozrzucane książki, pędzel do golenia, długopisy. Błąd. Duży błąd. 25 Jedyną rzeczą, o którą dbał Daniele, były jego książki. Jego pokój mógł przypominać miejsce po przejściu tornada, ale książki trzymał zawsze ułożone równo, jak pod linijkę, w porządku alfabetycznym według autorów. Chyba że się bardzo spieszył, spanikował albo faktycznie miał nawrót choroby, pomyślała Mancini. Przysiadła na krawędzi łóżka, analizując fakty. Ale wciąż miała za mało danych. – On się bał, że go zamkną. Nie usłyszała, że Acardi wszedł do pokoju. – Skąd mu to przyszło do głowy? – W osamotnieniu różne rzeczy przychodzą człowiekowi do głowy. – Acardi umykał wzrokiem w bok. – Sama widzisz, jak tu jest. Pustka. Wszędzie pustka. Wyjrzysz przez okno i widzisz pustkę. – Czy Daniele mówił ci, że bał się zamknięcia? Powrotu do zakładu? – Tak. Możemy stąd wyjść? Nie chcę tu siedzieć. – Acardi wzdrygnął się i nie czekając na odpowiedź, wyszedł. Mancini bez słowa podążyła za nim. Przeszli do oddzielnego, sporego pomieszczenia z dużym, prostokątnym stołem i kilkoma krzesłami. Jadalnia. Jedną ze ścian zajmowało wysokie od ziemi do stropu okno. – Patrz! – powiedział szorstko Acardi. – Patrz, jaka pustka. Ciemno. Wieczna noc. Tu naprawdę można dostać kota. Wyglądasz przez okno i zawsze widzisz to samo. Daniele bardzo źle to znosił. – Potarł dłonią czoło. – Umiesz naprawić teleport i nadajnik? – Studiowaliśmy z Daniele ten sam kierunek techniczny – przypomniała Mancini. – Skoro on dał radę je zepsuć, ja postaram się naprawić. Lorenzo – dodała z naciskiem – Daniele miewał epizody psychotyczne i dobrze o tym wiesz. Czy zdarzyło się coś, co wywołało kolejny? Acardi skrzywił się. – Czy pieprzony pan Pasini wyjaśnił ci, co to za miejsce? I po co tu jesteśmy? – Nie mogę mówić o… – Dobra, dobra, widzę, że pełna dyskrecja! No więc możemy mówić wprost. Budowa osiedla księżycowego, pierwszy taki projekt w historii Ziemi. Tak nam powiedziano i też, rzecz jasna, nakazano dyskrecję. Mancini wolno skinęła głową. – Gówno, a nie osiedle! – wybuchnął Acardi. – Tu ma powstać kolonia karna, rozumiesz? Miejsce zsyłki dla wszelkiego rodzaju ziemskich mętów, morderców, gwałcicieli, pedofilów. I dla szaleńców. Zaczynasz rozumieć? Rozpoczął się plan oczyszczania Ziemi ze 26 zbędnego elementu. Tam pozostaną jedynie ci idealni, odpowiedni, wspaniali członkowie społeczeństwa. A tu, po ciemnej stronie księżyca… – I Daniele myślał… – Jakimś cudem przechwycił komunikat. Łaził struty przez cały dzień, dopóki nie wydusiłem z niego prawdy. Już wtedy zaczął panikować, że jak ta kolonia powstanie, to może go tu kiedyś ześlą. Mancini milczała. Teraz sprawa wydawała się jeszcze bardziej skomplikowana, a może się rozjaśniła. Zabiją mnie. Do tej pory obstawiała problemy psychiczne Daniele bądź mordercę wśród załogi. W tym momencie ów niepokojący komunikat stał się bardziej zrozumiały. O ile Acardi mówił prawdę. Mancini wiedziała, że nigdy nie należy brać niczyich słów za pewnik. – Sprawdzę teleport – odezwała się. – Choć nie daję gwarancji, że uda mi się go naprawić. W oczach Acardiego pojawiło się na moment coś, jakiś błysk, który po chwili zniknął. Wyraz ulgi. Mancini nie miała pojęcia, czy to ulga na myśl, że przestaną być odcięci od Ziemi i w razie czego będą mogli się stąd wynieść, czy raczej na jej słowa, że może nie uda jej się naprawić teleportu. Ale ta druga opcja nie miała sensu. Chyba że sens istniał, ale ona go jeszcze nie dostrzegała. 4. O tak, Daniele był specem w swoim fachu. Niepozorny, drobny okularnik miał znakomitą rękę do urządzeń. Mancini pokiwała głową w zadumie. Pamiętała lata studiów, kiedy to Daniele zgarniał pochwały i wyróżnienia, a uniwersytet ukończył z tak dobrym wynikiem, że proponowano mu dalszą pracę naukową. Pamiętała też zadufanego w sobie Lorenza Acardiego, który był studentem dość miernym – nie dość, że nie posiadał większego zmysłu technicznego, to jeszcze nie przykładał się do nauki i uczelnię ukończył zapewne jakimś cudem. A może owym cudem był Daniele, który uważał Acardiego za przyjaciela i starał mu się pomagać, jak tylko potrafił? W końcu praca dyplomowa Acardiego była naprawdę dobra. Zbyt dobra, jak na jego możliwości. 27 Nawet jeśli Daniele przechodził kolejny epizod psychotyczny, to nie stracił niczego ze swych umiejętności. Mancini, drugiej studentce na roku, dobry kwadrans zajęło zorientowanie się, co tak naprawdę zrobił Daniele z teleportem. Nie zniszczył go, ale zablokował w sposób, którego Mancini wcześniej nie znała. Nic więc dziwnego, że Acardi nie poznał się na tym. Wiedziała, że jeśli się postara, uda jej się naprawić teleport. Póki co, działał tylko w jedną stronę, a nie zależało jej na tym, aby jak najszybciej wyprawić stąd załogę. Ważniejszy był nadajnik – nie zepsuty, a również zablokowany. Najwyraźniej Daniele zablokował oba urządzenia po wysłaniu dramatycznego komunikatu. I o ile wiadomość była chaotyczna – najwidoczniej pisał ją w panice – tak przy skomplikowanych urządzeniach nie zadrżała mu ręka. Ostrożnie wzięła się do pracy i po półgodzinie udało jej się naprawić nadajnik. I wtedy odkryła też coś, czego się nie spodziewała. Wiadomość od Daniele, z godziną nadania o pięć minut wcześniejszą niż ta, która dotarła na Ziemię. Ta wiadomość była wprawdzie krótka, ale rzeczowa i konkretna. Najwyraźniej coś zaszwankowało, ponieważ nigdy nie dotarła do odbiorców. Kolejna, ta chaotyczna, musiała być pisana na szybko i w panice. Teraz wszystko rozumiała. Wysłała krótką wiadomość w trybie czerwonym, a następnie zablokowała nadajnik. Póki co musiała odciąć załogę od wszelkiej łączności z Ziemią. Gdy wyszła na korytarz, zdawało jej się, że w oddali ktoś przemknął. Zawołała, ale nikt nie odpowiedział. Ruszyła więc korytarzem, a ten zaprowadził ją znów do jadalni. Tam siedzieli Galbiati i Acardi. Na jej widok oboje wstali. Wyglądali na spiętych. – I jak? – spytała Galbiati pozornie lekkim tonem. – Udało się? – Nie. – Mancini potrząsnęła głową i us
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Magazyn Histeria 2016/5 PDF
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: