Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00308 005009 12225270 na godz. na dobę w sumie
Magazyn Histeria 2017/1 PDF - ebook/pdf
Magazyn Histeria 2017/1 PDF - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Magazyn Histeria Język publikacji: polski
ISBN: 2017111112 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> biografie
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
Magazyn internetowy dla fanów grozy. Naszym celem jest promocja talentów pisarskich.
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

STYCZEŃ 2017/1 magazynhisteria.pl GOŚĆ SPECJALNY PIOTR KULPA ORWELL PATRZY dr Eliza Krzyńska-Nawrocka PORTRET OWALNY E.A.POE FILM | GRANICA | LAURA W MAKOWISKU LEPSZA PRZYSZŁOŚĆ | LUNA MIASTO W CIENIU SKĄPANE PORADNIA LECZENIA BÓLU | RÓŻOWY KRÓLICZEK TEORIA RZECZY:CZARNY LAS | ZMYSŁY SPIS TREŚCI: Słowo od redakcji Wyznania Histeryka FILMGRANICA LAURA W MAKOWISKU LEPSZA PRZYSZŁOŚĆ LUNAMIASTO W CIENIU SKĄPANE PORADNIA LECZENIA BÓLU RÓŻOWY KRÓLICZEK TEORIA RZECZY: CZARNY LAS ZMYSŁY Orwell patrzy PORTRET OWALNY Dominik Kaniewski-Smulczyk Adam Loraj Kamila Modrzyńska Artur Grzelak Jarosław Jakubowski Marcin Mierzejewski Marianna Szygoń Sandra Gatt Osińska Piotr Kulpa Iwona Matacz Eliza Krzyńska-Nawrocka E.A. Poe Redaktorzy naczelni: Błażej Jaworski, Maciej Zawadzki Projekt okładki: Izabela Wojciechowska Skład: Maciej Zawadzki Ilustracje: Marcin Czarnecki, Marcin Kozierkiewicz, Roman Panasiuk, Alicja Tempłowicz, Joanna Widomska, Izabela Wojciechowska Korekta: Dagmara Adwentowska, Joanna Korytko, Alicja Podkalicka email: magazynhisteria@gmail.com Prawa autorskie do poszczególnych opowiadań oraz ilustracji są własnością ich autorów. 2 345162334436078 93101 121 130 136 Witajcie! Przed Wami styczniowa Histeria. Gościem Specjalnym osiemnastego numeru jest Piotr Kulpa, który prezentuje na naszych łamach niepublikowane dotąd opowiadanie „Teoria rzeczy: Czarny Las”. Wśród jedenastu opowiadań znajdziecie aż pięć finałowych tekstów grozy z konkursu „Czarno to widzę”, zorganizowanego ku czci G. Orwella. Na początek jednak kolejny wywiad z Histerykiem Miesiąca – Przemysławem Pilarkiem, który zdobył ten tytuł po raz drugi. Na koniec – artykuł dr Elizy Krzyńskiej-Nawrockiej pt.: „Orwell patrzy” oraz tekst klasyka, czyli „Portret owalny” E.A. Poe, którego 208. rocznicę urodzin obchodzimy w tym miesiącu. Tyle od nas. Wracamy do prac nad rocznicowy numerem. Życzymy strasznej lektury! B. Jaworski i M. Zawadzki WYZNANIA HISTERYka Przemysław Pilarek Mam 27 lat, ukończyłem Politologię na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach, aktualnie mieszkam i pracuję w Poznaniu. Piszę od wielu lat. Pierwsze opowiadanie grozy popełniłem bodaj w gimnazjum. Mam rozpoczęte dwie powieści i kilka(naście) opowiadań. Potrafię pisać przez osiem godzin bez przerwy, a potem nagle przypomnieć sobie o jedzeniu, piciu i ruchu. Przy życiu podtrzymywany muzyką i kawą. To już Twój drugi tytuł Histeryka Miesiąca. Pierwszy zdobyłeś za opowiadanie Z błękitu w czerń, drugi za Maszynistę. Który tekst cenisz sobie bardziej? Z błękitu w czerń. Więcej się przy nim napracowałem, jest mi bliższy zarówno klimatycznie jak i tematycznie. Nigdy wcześniej nie pisałem SF wobec czego tym bardziej się cieszę, że moje pierwsze podejście było co najmniej udane. Obydwa opowiadania pochodzą z konkursów literackich. Co sprawia, że decydujesz się na udział w takich pisarskich zmaganiach? Lubię pisać i dzielić się tym z innymi. Nie jest łatwo pisać na określony temat i to jeszcze pod presją czasu. To mobilizuje. Wolę poświęcić te kilka(naście) wieczorów na dopracowanie tekstu, niż grać na komputerze. Mam nadzieję, że sukcesów będzie z czasem więcej, co pomoże zaistnieć mi w świadomości czytelników. Czy masz w planach wydanie własnej antologii? Raczej nie. Myślę, że łatwiej jest się wybić publikując solidną powieść tym kierunku zmierzam. Opowiadania wymyślam przeważnie na konkursy. Natomiast antologia sama w sobie jest świetnym pomysłem na późniejszym etapie twórczości. i w Jaki jest Twój ulubiony horror filmowy? Nie ma jednego ;) Blair Witch Project, Tunele, Lake Mungo, Coś, Lśnienie, Obcy. Te są ulubione. Aha, i jeszcze It Follows ;) E.A. Poe czy H.P. Lovecraft? Lovecraft. Nie zrozumcie mnie źle, bardzo cenię Poego, tak samo zresztą jak Lovecraft, ale to jednak dokonania samotnika z Providence zrobiły na mnie większe wrażenie. Jego styl, umiejętność budowania napięcia, mroczna kosmologia - to wszystko dowody geniuszu. k u i s a n a P n a m o R . s y r FILM Dominik Kaniewski-Smulczyk Ostatni klient wyszedł przed siódmą, udając się na randkę z pornosami, które właśnie wypożyczył. Koleś należał do tego typu osób (facetów), którzy nie uważali swojego hobby za coś anormalnego czy wstydliwego. Michał lubił takich gości, konkretnych i zdecydowanych. Wiedzieli, po co przychodzili, brali to i wracali tam, skąd przyszli. Zdarzali się jednak klienci mniej pewni siebie, którzy wizytę w wypożyczalni płyt DVD traktowali jak randkę z cycatą, długonogą blondynką. Owi nieśmiali, oblewający się rumieńcem mężczyźni potrafili robić z siebie skończonych kretynów w drodze po upragniony film. Jedni twierdzili, że przyszli po pornola dla kolegi, który nie mógł tego zrobić osobiście. Sprawiali przy tym wrażenie zniesmaczonych, lecz wyrozumiałych, w końcu to nie oni obślinią ekran telewizora, na którym wyuzdana siksa będzie świecić gołą dupą. Drudzy, których Michał nazywał 5 Dezerterami, czaili się tak długo, aż w lokalu zrobiło się pusto. Swoje zamówienie składali szeptem, a po jego zrealizowaniu znikali w okamgnieniu. Byli też tacy (Detektywi), którzy przychodzili w ciemnych płaszczach i w kapeluszach z rondem przysłaniającym oczy. Incognito. Tak brzmiało ich motto. Kolejną grupę stanowili Samotni Mężowie, których małżonki przebywały akurat w delegacji, u mamusi albo były po prostu wymysłem napalonych facetów. Mężowie tłumaczyli, że niewinna płytka z nagą babą to tylko środek doraźny, póki ta cholerna delegacja się nie skończy. Do wypożyczalni zachodzili również Dobrzy Ojcowie. Za jednym razem prosili o „Nowe przygody Kubusia Puchatka” oraz „Ostrą jazdę z drapieżną Samantą”. Michał wyobrażał sobie takiego kochanego tatusia, jak przegania bachora sprzed telewizora pod pretekstem późnej godziny tylko po to, żeby zmienić płytę w odtwarzaczu, rozwalić się wygodnie na kanapie zasłanej zabawkami i brandzlować się, czując wpinające się w tyłek samochodziki Hot Wheels. Z zaplecza wyszedł Jasiek, drugi pracownik wypożyczalni. Gębę miał obficie obsypaną pryszczami, w dodatku szpeciły ją blizny po młodzieńczym trądziku. Na haczykowatym nosie spoczywały okulary z zatłuszczonymi szkłami, za którymi majaczyły rozbiegane zielonkawe oczy. Michał mógłby go zakwalifikować do elitarnej grupy Regularnych Onanistów, robiących to przynajmniej trzy razy dziennie – na śniadanie, na obiad i na kolację. Owe pory dnia nie były jednak sztywne, Janek preferował bowiem elastyczny czas dawkowania przyjemności, dlatego zamiast na papierosa, jak to robił Michał, wychodził do toalety na małe co nieco, po czym wracał na posterunek, by uściskiem dłoni pogratulować klientowi znakomitego wyboru filmu. Jasiek miał – podobnie zresztą jak Michał – bzika na punkcie kina klasy B. Bo oprócz pornografii drugą wielką pasją Jaśka była przemoc. Krwawy befsztyk i flaki – obu tych potraw nie mogło zabraknąć w każdej porządnej produkcji. Michał musiał przyznać, że jego kolega miał o kinie zdecydowanie większe pojęcie od niego. Chociaż obaj korzystali z dobrodziejstw wypożyczalni, mając możliwość obejrzenia każdego filmu, jaki znaleźli na półkach, to za Jaśkiem przemawiało doświadczenie nabyte podczas pracy w paru kinach. Mając już szesnaście lat, zatrudnił się w kinie pornograficznym jako bileter, skąd wyrzucono go, gdy odkryto jego prawdziwy wiek. – Zaraz siódma – Michał zabrzęczał kluczami. – Pora spieprzać do domu. – Zamknij lokal – zawołał Jasiek, znikając na zapleczu. – Muszę jeszcze… Ostatnie słowo zagłuszył zgrzyt otwieranych drzwi. W progu pojawiła się niska, pulchna kobieta z toną różowego pudru na okrągłej twarzy. Michał westchnął, zamierzając grzecznie przeprosić spóźnioną klientkę, ale ta odezwała się pierwsza. – Czy zastałam Jana? 6 Michał obejrzał się. – Wali konia – odrzekł sucho. – A pani kto? – Jego mama. Michał przewrócił oczami. – Jasiu Złota Rączka – oznajmiła. – Tak wołali na niego w szkole. Jasiu Złota Rączka. Tylko paradoks polegał na tym, że Jaś miał zarazem dwie lewe ręce. Do wszystkiego. No… może prawie do wszystkiego. Ale na hydraulika na pewno by się nie nadał. Za to praca w wypożyczalni to jego powołanie, pomyślał Michał i udał się po kolegę. Za chwilę głowa Jaśka wychynęła zza drzwi, zaś oczy rozszerzyły się na widok czekającej matki. – Co się czerwienisz, jak jakiś zafajdany nastolatek? – żachnęła się, kręcąc z politowaniem głową. – Umyj łapy i chodź tutaj. Mam ci coś ważnego do powiedzenia. Janek spełnił posłusznie matczyne polecenie i stanął przed nią jak przed generałem w oczekiwaniu na kolejny rozkaz. Ale kobieta tylko westchnęła ciężko i rzekła: – Twój ojciec nie żyje. *** Siedzieli w knajpie. Michał myślał początkowo, że wieść o śmierci ojca przygnębi Janka, dlatego zabrał go na parę drinków. Janek jednak nie wyglądał na przybitego. Na jego brzydkiej facjacie malował się wyraz zadumy, przez który prześwitywała ledwie zauważalna wesołość. – Jak się czujesz? – spytał Michał, przerywając trwające od kilku minut milczenie. Jasiek nie odpowiedział od razu. Kiedy w końcu podniósł mętny wzrok znad pustej szklanki, uśmiechnął się lekko. – Mój stary miał olbrzymią kolekcję pornoli – oświadczył głosem drżącym z podniecenia. – Istne królestwo. Teraz to wszystko będzie moje. Jaki ojciec, taki syn, pomyślał Michał i zapytał: – Myślisz, że ojciec zapisał ci tę kolekcję w testamencie? – Jeżeli nawet nie – Janek wzruszył ramionami – to przecież do grobu jej nie zabierze. 7 *** Pewnego dnia, układając na półce filmy z serii „Koszmar z ulicy Wiązów”, przyszedł Michałowi do głowy szalony pomysł. Zrazu poczuł się jak dzieciak, który marzy o tym, żeby zostać strażakiem. Ale do cholery, czy jako dorosły facet nie ma prawa do marzeń? Do tej pory wydawało mu się, że wszystkie jego ambitne plany legły w gruzach po tym, gdy jako szesnastolatek rzucił szkołę. Teraz niepomiernie wzburzyło go owe mylne przekonanie, które nosił w sobie od dawna. Czy do końca życia musi ustawiać na półkach cudze filmy? Zapragnął być jak Tarantino, jak Robert Rodriguez. Zapragnął zostać reżyserem. *** – Kamera… Akcja! Czerwona lampka zapłonęła złowrogo. Michał skierował obiektyw na cukiernię, przed którą stali dwaj zamaskowani mężczyźni. Jeden z nich, pan Blond, zaśmiał się w duchu, obserwując, jak ze sklepu wytacza się brzuchaty policjant z lukrowanym pączkiem w jednej ręce i z papierową torebką w drugiej. Gliniarz ruszył w stronę parkingu znajdującego się po drugiej stronie wieżowca, za rogiem kamienicy, gdzie jego partner czekał na świeże ciastka w policyjnym radiowozie. Był zbyt zaaferowany swoim pączkiem, by zauważyć, jak para napastników podąża w ślad za nim. Gdy wszedł w wąskie przejście pod wieżowcem, jeden z nich wyciągnął zza pazuchy kawałek ułamanego kija od szczotki (gumowego fiuta zakupionego w sex shopie na potrzeby filmu) i rąbnął nim grubasa w potylicę. Torebka wypadła mu z ręki i kilka pierników rozsypało się na chodniku. Facet w kominiarce ponowił uderzenie i tym razem stukilowe cielsko w granatowym mundurze runęło jak długie u stóp bandziorów. Michał patrzył przez wizjer kamery, jak dwaj mężczyźni związują ofierze ręce i ciągną ją do samochodu, w którym siedział. Wypadało mieć nadzieję, że nikt niczego nie zauważy i nie podniesie alarmu, póki nie odjadą. Nagle auto zachybotało się niebezpiecznie, gdy tłuścioch wylądował w bagażniku. Po chwili do pojazdu wsiedli napastnicy i ściągnęli kominiarki. – Cięcie! – Michał wyłączył kamerę. – Mamy pierwszą scenę. Dobra robota, chłopaki! 8 Jasiek zachichotał na tylnym siedzeniu. Rudzielec, jakiś znajomy Janka z Klubu Koniobijców, który przyjął rolę w ich filmie, nie odezwał się słowem. Michał odpalił silnik i zawołał: – To be continued! *** Kiedy dojechali na miejsce, którym wprawdzie nie było studio filmowe, a opuszczone magazyny pod miastem, policjant odzyskał świadomość. Janek i Rudy z wielkim trudem wyciągnęli go z bagażnika, który cuchnął teraz świeżymi wymiocinami. Grubas wylądował na piaszczystym podjeździe. Jasiek wpadł na pomysł, że łatwiej będzie im ciągnąć go na prowizorycznej smyczy. Zamocowali mu zatem pętlę na grubej szyi i chwycili za koniec sznura. Gliniarz wydał z siebie serię nieartykułowanych odgłosów. Chciał złapać za postronek wrzynający mu się w tłuste ciało, ale z bólem uprzytomnił sobie, że ręce również ma skrępowane. Począł rzęzić, charkotać jak zarzynana świnia (GRUBA, TŁUSTA ŚWINIA), rozpylając dokoła kropelki śliny. Po brodzie, umazanej zaschniętą marmoladą, spływała mu strużka szafranowej wydzieliny. Michał zbliżył obiektyw do jego twarzy, która przybrała śliwkową barwę, by uchwycić wyłażące z orbit oczy. Mógłby się założyć, że zaraz wypłyną z oczodołów jak dwa żółtka i ściekną wprost do ust, rozpaczliwie chwytających powietrze. Ostatnie ujęcie tej sceny ukazywało parę wierzgających dziko stóp, znikających w mrocznej bramie magazynu. *** Gliniarz, przywiązany do chwiejącego się krzesła, przesunął nieprzytomnym wzrokiem po trzyosobowej ekipie filmowej. Reżyser i operator zarazem głowił się nad kolejnym kadrem, a dwaj aktorzy przygotowywali się do swojej roli. Jeden z nich dzierżył gumowego penisa. – Zakneblujcie go – polecił Michał. – Macie szmatę? – Po co nam szmata? – W oczach Janka zatańczyły iskierki szaleństwa. – Mam inny pomysł. Cisnął gadżet z sex shopu w kąt sali, a policjant odetchnął z ulgą. Przedwcześnie. W ręku okularnika zalśniło ostrze noża (do zarzynania ŚWIŃ). 9 Szpic noża połaskotał drżące usta grubasa, po czym wślizgnął się subtelnie do jego jamy ustnej. Janek dźwignął za pomocą płaza górną wargę, dzięki czemu widział każdy zepsuty ząb. – Za dużo ciastek – syknął, dokonując przeglądu jego uzębienia, jakby znajdowali się w gabinecie stomatologicznym. Druga ręka Janka powędrowała ku szczęce gliniarza, ostrze ustąpiło miejsca palcom, które zacisnęły się na wijącym się jak piskorz języku i szarpnęły go gwałtownie. Michał nie mógł się nadziwić wielkości oczu, które znowu sprawiały wrażenie, jakby chciały opuścić swe ramy. Wiedział jednak, że to nie oczy są bohaterem tej sceny. Skierował obiektyw na język ściskany w garści Janka. Po jego nadgarstku spływał strumyczek gęstej śliny, niknąc pod rękawem flanelowej koszuli. Policjant zaskowyczał jak pies (JAK PIES!), gdy nie tyle zobaczył, ile poczuł, jak kuchenny nóż obrzyna jego najukochańszy języczek. Już nigdy nie poczujesz smaku toffee czy truskawkowej marmolady, tłusty wieprzu! Twoje życie traci właśnie sens, jeszcze go całkowicie nie straciło, ale TRACI. Nieuchronnie i bezpowrotnie. W pustym magazynie rozległo się echo kropel krwi rozbijających się o betonową podłogę. Chwilę później język pomknął w dół, ciągnąc za sobą ogon purpury. Dygotał przez moment na zakurzonym podłożu, jakby w pośmiertnych konwulsjach, aż w końcu zastygł niczym ślimak na rozgrzanej asfaltowej jezdni. *** Knebel w wykonaniu Janka okazał się szalenie skuteczny. Grubas milczał jak grób. Przerwa w zdjęciach do filmu trwała godzinę. Gdy Michał wrócił na plan, zdał sobie sprawę z tego, że pod jego nieobecność Janek i Rudy dokonali trwałych zmian w scenariuszu. Aby się przekonać jak bardzo były trwałe, wystarczyło spojrzeć na postać w poplamionym mundurze. Niesamowite oczy, którymi zachwycał się Michał, dopięły swego i wyszły. Karminowe smugi ciągnące się wzdłuż pulchnych policzków i czerniejące skrzepy zalegające w pustych oczodołach zdradzały subtelnie bliższą znajomość z Doktorem Skalpelem. – Pierdolony Jurand! Michał wybuchnął obłąkańczym śmiechem. Osunął się na kolana, a potem zaczął się wręcz tarzać ze śmiechu w kałuży krwi i moczu, która okalała grubasa. Wreszcie jednak się opamiętał i złapał za kamerę. 10 Jasiek chwycił metalowymi szczypcami okrągły węgielek – taki, jakim rozpalano kadzidło podczas kościelnych nabożeństw – a Rudy podłożył pod niego płonącą zapałkę. Janek dmuchnął, ile sił w płucach, wskutek czego chmura iskier wzbiła się ku górze, a węgielek rozgorzał jaskrawo pomarańczowym blaskiem. – Będziesz miał zajebiste oczy – powiedział Janek jadowitym tonem. – Dopóki się nie wypalą. Następnie wyciągnął rękę ze szczypcami w stronę gliniarza. Węgielek skwierczał złowieszczo, zbliżając się ku pustej zapadlinie nieco ponad kością jarzmową. W końcu, z upiornym sykiem, wtopił się w ciemny otwór po lewym oku, a głowa policjanta poderwała się gwałtownie. Okrąg płonącego światła wytapiał czarny skrzep, który ciurkiem spłynął ku szkarłatnym ustom. W powietrzu zagościła mdła woń przysmażanej skóry. Wydawało się, iż rozżarzony węgielek wsiąka w czaszkę i zaraz zniknie tuż pod zlasowanym mózgiem. *** Finałowa scena miała się rozegrać na tyłach magazynu, gdzie Rudy od dłuższego czasu pracował zawzięcie łopatą niczym wprawny grabarz. Michał zastanawiał się jeszcze nad atrakcjami, jakie miałyby tam spotkać grubasa poza różnej maści robactwem. Tymczasem filmował, jak Janek przecina sznury krępujące policjanta, który postanowił sobie uciąć komara. Musiał być wyczerpany swoją rolą. Michał zdecydował, aby zabandażować mu oczy (OCZY), gdyż uznał niesympatyczny widok nagich kości za niesprzyjający komfortowi dalszej pracy. Skrawki sznura opadły na podłogę. Ciało policjanta przechyliło się niebezpiecznie do przodu, lecz nim zdążyło runąć z krzesła, wpadło w objęcia Janka. I wtedy się zaczęło. Nagle Jasiek zdał sobie sprawę, że to nie on przytrzymuje grubasa, lecz grubas jego. Poczuł palce zaciskające mu się na biodrach i ogromny ciężar ściągający go w dół. Nóż wyleciał z ręki i upadł z brzękiem. Napór był zbyt silny. Twarz Janka przybrała kolor dojrzałych wiśni, nogi się pod nim ugięły i zwalił się na plecy jak kłoda pod ciężarem policjanta. Próbował się spod niego wysunąć, ale wtedy grubas wiedziony jakimś szóstym zmysłem, a może po prostu wyostrzonym słuchem, chwycił leżący obok nóż, uniósł go nad głowę drżącą ręką i opuścił momentalnie. Z gardła Janka dobył się upiorny wrzask, początkowo pełen zaskoczenia, a za chwilę niewyobrażalnego bólu. Gliniarz wyszarpnął nóż z jego brzucha i ugodził ponownie. Prosto w przyrodzenie. 11 Janek począł się trząść spazmatycznie, rycząc jak zarzynane prosię. Role się odwróciły! I co teraz powiesz, pieprzony zboczeńcu? Już nigdy więcej sobie nie strzepiesz. Twojego Freda już nie ma! Słyszysz? Zabawa skończona. To koniec! Koniec… Huknęło i tętnica grubasa eksplodowała profuzją krwi. Janek opuścił pistolet. Wypluł z ust to, co jeszcze przed chwilą krążyło w żyłach policjanta. Spojrzał z trwogą na rosnącą wokół ostrza purpurową plamę na jego spodniach. Czuł, jak zaszlachtowane genitalia pływają w posoce wypełniającej jego gacie niczym śliwki w kompocie domowej roboty. Ten skurwiel go załatwił! Machinalnie przystawił sobie lufę pistoletu do skroni. Krwawa miazga plunęła na szklany obiektyw kamery. Michał zamarł na chwilę. Oblizał usta z resztek mózgu i przetarł rękawem zbroczone posoką oczy. – To będzie hit! Nagle usłyszał warkot silnika, a potem czyjeś kroki na piaszczystym podjeździe. *** – O kurwa… Paweł patrzył ze śmiertelnym przerażeniem na ekranik kamery. Scena po scenie, jedna gorsza od drugiej, każda kolejna coraz bardziej krwawa. Czuł nieprzyjemny skurcz w żołądku i wymiociny podchodzące do gardła. Nie był jednak w stanie wstać i pójść do łazienki. Jeśli to się okaże konieczne, zwymiotuje na ten pieprzony ekran. Widział napaść na jakiegoś policjanta, jego porwanie, uwięzienie w pustym magazynie i straszliwe tortury: język, oczy, szamotanina, strzały… I krew, dużo krwi. Ostatnie ujęcie ukazywało dokładnie taki stan rzeczy, jaki zastał, gdy przyjechał na miejsce: dwa ciała unurzane w posoce, jedno z nich bestialsko okaleczone. Dzięki filmowi wiedział, jak do tego wszystkiego doszło. Przeklinał się w duchu, że tam dzisiaj pojechał. Opuszczone magazyny były idealnym miejscem do przechowywania rzeczy, których nie chciałbyś, aby zostały przez policję znalezione w twoim domu. Paweł w najgorszych koszmarach nie podejrzewał, że na miejscu znajdzie ofiary krwawej masakry… i coś jeszcze. Kamerę. Zwykła, niewielka kamera firmy Sony mrugała na czerwono z odległego kąta magazynowej sali. Paweł dostrzegł na niej rysę, która była pewnie efektem upadku. Teraz 12 ganił się za to, ze zabrał ją do domu i odtworzył nagrany film. Ze strachem zdał sobie również sprawę z kłopotów, w jakie się wpakował. Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Paweł poderwał się na równe nogi i przełknął głośno ślinę. Gliny już tu są… Przyjechali po mnie! Z rozkołatanym sercem i duszą na ramieniu zbliżył się do drzwi frontowych. Położył drżącą rękę na klamce. Zawahał się. Nie uda mu się wymknąć. Musi to zrobić, nie ma wyjścia. Odkręcił zamek i otworzył drzwi. W progu stało dwóch robotników w wysłużonych kombinezonach. – Dobry – przywitał się pierwszy z mężczyzn, unosząc nieznacznie daszek czapki z logo firmy budowlanej. – Jesteśmy zgodnie z umową. – Przepraszam, panowie – Paweł odetchnął z ulgą. – Musiała zajść jakaś pomyłka… Nim zdążył się wytłumaczyć, budowlańcy minęli go i weszli do środka. Paweł parsknął śmiechem, trzasnął drzwiami i podszedł do mężczyzn. – Panowie, pomyliliście mieszkania. Może to sąsiad z góry… – Cieszymy się – Mężczyzna, który go przywitał, rozejrzał się po mieszkaniu, a drugi z robotników otworzył skrzynię z narzędziami i zaczął w niej grzebać – że postanowił pan wziąć udział w naszym filmie. Paweł zamarł. Facet ze skrzynią zdjął czapkę. Rude włosy… – Dziękuję za opiekę nad kamerą – Pierwszy z mężczyzn podniósł ją ze stolika. – Tak nas pan przestraszył, że wypuściłem ją z rąk. Całe szczęście, że pojechaliśmy za panem i możemy odebrać naszą własność… i nakręcić scenę w pańskim mieszkaniu. Paweł przypomniał sobie zdezelowanego Forda zaparkowanego niedbale przed bramą magazynów. Rudzielec podłączył do gniazdka wyjętą ze skrzyni wyrzynarkę i nacisnął włącznik. Brzeszczot rozszalał się w zapalczywym tańcu pośród rozdzierającej muzyki. Paweł stał jak skamieniały. Świdrujący pisk wdzierał mu się boleśnie do uszu. W końcu urządzenie ucichło. – Nazywam się Boć. Michał Boć. A ten film zdobędzie Oscara – Reżyser skierował obiektyw na Pawła. – Będzie pan sławny! *** Na dywanie nasiąkniętym krwią spoczywały rozczłonkowane zwłoki. Nieruchome ciało naznaczone było licznymi ranami ciętymi, z których sączyły się kręte czerwone strumyczki. Głowa, nienaturalnie przekrzywiona na bok, leżała poza dywanem, na jasnym 13 parkiecie, a spod przylegającego do podłogi policzka wyrastał purpurowy okrąg. Plamki krwi zdobiły rude włosy, czyniąc je ognistymi. Paweł stał nad zmasakrowanymi zwłokami, oddychając ciężko. Był zmęczony i wściekły. Pot na twarzy mieszał się z krwią. Patrzył nieobecnym wzrokiem na dzieło, którego dokonał, próbując odtworzyć sobie w pamięci to, co przed chwilą zaszło. Przy jego nodze leżała siekiera. Machał nią, walił na oślep w dzikiej pasji, rąbał tego rudzielca nawet wtedy, gdy ten runął na podłogę bezwładnie niczym kukła. Jednak nie potrafił sobie przypomnieć, jakim sposobem broń trafiła w jego ręce. Być może przywiózł ją z działki, a być może przynieśli ją ci dwaj goście. To nie było istotne. Istotne było to, co wydarzyło się potem. Gdy dotarła do niego groza dokonanego czynu, zaczął usprawiedliwiać się koniecznością obrony przed psychopatami, którzy wtargnęli do jego mieszkania ze skrzynią pełną potencjalnych narzędzi tortur. Ale prawda była taka, że główną przyczyną było nagranie z kamery. Mordując, Paweł miał przed oczami bestialsko oprawioną postać grubego policjanta w magazynowej hali. Pracował zapamiętale siekierą, podsycany sforą negatywnych emocji: strachem, wściekłością, nienawiścią, cierpieniem. Coś w nim pękło. Puściły hamulce. Stał się bezradny, stał się narzędziem w rękach diabła. Obrzucił spojrzeniem ścianę spryskaną krwią, poplamioną sofę, przewróconą lampę i pobrużdżoną podłogę. Teraz na pewno przydałby się remont, pomyślał sarkastycznie. Uzmysłowił sobie, że wyrzynarka nadal jest włączona i wypełnia pomieszczenie świdrującym dźwiękiem. Dziwne, że szaleństwo, które go ogarnęło, jakby wyłączyło zmysły. Nawet nie słyszał hałasu, jaki wydawało urządzenie. Podszedł do kontaktu i wyciągnął wtyczkę. Zapanowała błoga cisza. Paweł odwrócił się. Fałszywy robotnik z kamerą nadal tu był i ani myślał uciekać. Na jego twarzy malował się wyraz chorobliwego podniecenia. Czerwona dioda świeciła ponuro. Ta kurwa ciągle się gapi! Tyle już dzisiaj widziała i jeszcze nie miała dość. Paweł patrzył prosto w obiektyw, widział swoje zniekształcone odbicie na ciemnym szkle. Zacisnął pięści. – To było fantastyczne – Ręce mężczyzny drżały, gdy zwrócił kamerę ku trupowi. – Co prawda scenariusz był inny, ale ufam moim aktorom i daję im dużo swobody na planie, pozwalam na improwizację. Ma pan wielki talent. Ta szczerość, ta prawdziwość… Stęknął, wypuszczając z ręki kamerę, która upadła głucho na dywan. Osunął się na kolana i złapał za brzuch. Z twarzy znikła dzika fascynacja, zamiast tego zagościł na niej grymas bólu. Paweł trzymał siekierę. Cios obuchem w podbrzusze nie był silny, ale wystarczył, by pozbawić pana reżysera oddechu. Ten łapał ustami powietrze i kulił się na 14 podłodze. Po chwili wyciągnął rękę w stronę kamery, ale Paweł powstrzymał go, przygniatając dłoń podeszwą buta. Mężczyzna pisnął. Wyrwał się i przyjrzał ręce, jakby chcąc się upewnić, czy wszystkie kości są całe. Paweł złapał pewniej trzonek siekiery. Spoglądał na płaszczącą się u jego stóp kreaturę. Wiedział, jak to musi się skończyć. Obaj wiedzieli. Nie było innego wyboru. – Dobrze – wysapał facet w roboczym ubraniu. – Zrób to. Niech to będzie spektakularny koniec mojej kariery. Mam tylko prośbę. Nagraj to, nagraj tę ostatnią scenę. Skończ mój film. Żeby ludzie go obejrzeli, żeby pamiętali… Paweł schylił się i podniósł kamerę z mrugającą lampką. Na ten widok Michał rozpromienił się, jego oczy zalśniły. Obserwował z wyraźnym zadowoleniem, jak Paweł obraca kamerę w dłoni, jak dotyka przycisk zoomu i jak filmuje coś na przeciwległej ścianie. A potem podnosi kamerę nad głowę, bierze zamach… i ciska nią z całej siły w okno. Brzęk tłuczonej szyby zlał się z przeraźliwym wrzaskiem Michała, wrzaskiem pełnym niewyobrażalnej rozpaczy i cierpienia. Nawet rudy tak nie krzyczał, kiedy ginął od ciosów siekierą, nawet gliniarz na filmie… Choć trudno było krzyczeć, nie mając języka w gębie. Michał dźwignął się na równe nogi, pragnąc rzucić się ku oknu, za którym zniknęła kamera, za którym zniknął jego film i cała jego kariera. Paweł nie zamierzał pozwolić mu na opłakiwanie utraconej sławy. Rąbnął go znowu głowicą siekiery w brzuch, tym razem zdecydowanie mocniej. – Trzeba dokończyć remont – Paweł wcisnął wtyczkę do gniazdka i uruchomił wyrzynarkę. *** Andrzej Maliniak spod dwudziestki na szóstym piętrze siedział w fotelu przed telewizorem z puszką piwa w ręce i klął na idiotę, któremu zebrało się na remont w to spokojne piątkowe popołudnie. 15 a k s m o d i W a n n a o J . s y r GRANICA Adam Loraj Dla Basi I. Stoję na krawędzi, tuż przede mną roztacza się niebyt, pustka, granica świata. Czubek buta ściera się z sięgającą nieba ścianą czerni. Wystarczy, bym zrobił zaledwie jeden niewiel- ki krok, a znalazłbym się po drugiej stronie. Oddycham miarowo powietrzem, które drażni płuca. Uśmiecham się delikatnie, unosząc kąciki ust. W gruncie rzeczy wiem, że tego nie zro- bię. Nie boję się, ale zwyczajnie wstrzymuje mnie wiedza, co takiego naprawdę rozciąga się tam dalej. Wypalam papierosa i rzucam go przed siebie. Pet zostaje pochłonięty przez pustkę. Wypuszczam obłok dymu. 16 Odwracam się na pięcie, moje plecy ocierają się o chłód czarnej ściany. Robię stanow- czy krok i stopniowo oddalam się od Granicy. Przed sobą mam niewielki budynek o szarych od smogu ścianach. Nie powinienem wychodzić bez filtra, ale co on mi da, skoro palę regu- larnie od przeszło dziesięciu lat. Wchodzę do mojego miejsca pracy. Witam się ze strażni- kiem, który stoi przy drzwiach i obserwuje przetaczających się przed szybą ludzi. Ci kotłują się, czekając aż okienko zostanie otwarte. Biorę z wieszaka zieloną czapeczkę i zasiadam na skórzanym fotelu. Przybieram wymuszony uśmiech i poprawiam garnitur. Pierwszą osobą, której udaje się dopchać do okienka jest mężczyzna w sile wieku. Według dokumentów: Krzysztof Portys. Najpierw sprawdzam, czy dokument jest aby na pewno prawdziwy. Pieczęć Metropolii fluoryzuje, chip reaguje na sygnał. — Wszystko w porządku. Proszę jeszcze okazać przepustkę — odzywam się przyjaź- nie. Pan Krzysztof uspokaja się, widoczne rumieńce powoli schodzą z jego policzków. Podaje mi plik sześciu kartek i niewielką książeczkę w skórzanej okładce. Na każdej stronie, jak i na grzbiecie książeczki widnieje pieczęć Metropolii. Przeglądam je od niechcenia. Nie interesuje mnie ich prawdziwość. Mam polecenie przepuszczać każdego, kto tylko chce przejść. — Wszystko w porządku — informuję, oddając wszystkie zebrane dokumenty. Wci- skam zielony guziczek, a czerwono-biały szlaban wznosi się ku górze. Mężczyzna przechodzi z szerokim, szczerym uśmiechem. Zastanawia mnie, co takiego myśli w takich sytuacjach człowiek? Planuje swoje nowe życie w lepszym świecie? A może boi się zmiany, która go czeka? Może myśli, że podjął decyzje zbyt pochopnie. Nie, z pewnością nie. Wystarczy spoj- rzeć na lśniące od łez oczy pana Krzysztofa. Pokłada wielkie nadzieje w przedostaniu się przez Granicę. Zatrzymuje się na krańcu asfaltowej drogi i patrzy przed siebie na ścianę pust- ki. Domyślam się, że strażnicy przy monitoringu obstawiają, czy stchórzy. Wreszcie robi krok. Zamyka przy tym oczy, wiele osób tak robi. Przenoszę wzrok na kolejną osobę, młodą dziewczynę, może dwudziestoletnią. Ubrana jest w zwiewną, białą sukienkę, niepasującą do tego miejsca. Takie dziewczęta widzi się wokół Parku Centralnego bądź Akademii Przyszło- ści, ale nie tutaj! Uśmiecha się do mnie, co tym bardziej porusza delikatne struny żalu. Szkoda mi jej, ale nic nie mogę uczynić. Ostatnio coraz więcej młodych osób opuszcza Metropolię. Kiwam głową i rzucam sympatyczne dzień dobry. Pragnę, by później wracała do tego wspomnienia jak najczęściej. — Proszę dokumenty. — Posłusznie podaje mi je. Barbara Karszyk. Zapamiętuję per- sonalia. Dalsza kontrola przebiega zgodnie z procedurami. Sprawdzam autentyczność doku- mentów, pytam o przepustkę. Podnoszę szlaban i przepuszczam dziewczynę. Ta jednak stoi w miejscu. Niepewnie patrzy w stronę czarnej ściany. 17 — A pan… — Pochyla się, prawie szorując zgrabnym noskiem o szybę. — Panie Amadeuszu... — Wyczytuje imię z plakietki zawieszonej na piersi. Wydaje mi się, że śmieszy ją moje imię. Unoszę brwi, oczekując na dokończenie pytania. — Chciałby pan przejść przez Granicę i zobaczyć świat na zewnątrz? Rozglądam się na boki. Póki co nikt nie reaguje na stojącą znacznie dłużej dziewczy- nę. — Już ten świat widziałem. Wolę pozostać tutaj — odpowiadam zgodnie z prawdą. Basia kiwa głową z szeroko otwartymi oczyma. Wydaje się nie wierzyć w moje słowa. Od- chodzi, ale po dwóch krokach odwraca się ku mnie i macha. Słyszę, jak strażnik za mną się porusza. Uspakajam go niedostrzegalnym dla ludzi na zewnątrz gestem. Funkcjonariusz po przeciwnej stronie drogi również przepuszcza urodziwą brunetkę. Ta jednak nie zwraca już uwagi na Metropolię, piętrzącą się za nią. Rusza biegiem i wskakuje do pustki. Wzdycham ciężko. Kolejne osoby zlewają mi się w jedną szarą masę. Jeden twór prezentuje wszystkich przyjętych dzisiejszego dnia wyjeżdżających. Frankenstein ma haczykowaty nos, krzywe usta częściowo się uśmiechające, a częściowo smutne. Ogolony jest nieregularnie, gdzieniegdzie błyszczą łyse placki, a w innych miejscach skórę głowy pokrywają bujne, kruczoczarne wło- sy. Sylwetkę ma wątłą, jest zgarbiony i śmierdzi, a twarz jego wykrzywiona pozostaje w nie- nazwanym grymasie. Wyłącznie Krzysztof i Basia stanowią osobne istoty, ustawione tuż za stworem powstałym z szarej masy. Wracając do domu w pamięci będzie mi brzęczało pytanie zadane przez dziewczynę. *** Przekręciłem klucz w zamku. Powitały mnie puste cztery ściany. Państwowe mieszka- nie było przestronne, ale chłodne. Ceglane mury pozbawione tynku, proste meble, puste rega- ły i szafa, w której znaleźć można było wyłącznie cztery garnitury do pracy. Łóżko znajdowa- ło się tuż pod oknem, dzięki czemu w każdy poranek promienie słońca padały na moją twarz. Rozebrałem się do majtek i przeszedłem do kuchni. Z lodówki wyciągnąłem zieloną butelkę piwa. Czekał mnie trzydniowy weekend i sześć sześciopaków. Ległem na łóżko, włą- czyłem telewizor naścienny. Emitowano wiadomości. W lewym dolnym rogu podawano licz- bę nowo narodzonych obywateli Metropolii, a po przeciwległej stronie drugą, przedstawiającą wyjezdnych. Była ona znacznie mniejsza niż w rzeczywistości. Później nastała krótka prze- rwa na reklamy. Po jej zakończeniu przemówił znany konserwatywny polityk o sporym brzu- 18 chu, krytykujący agresywnym tonem wszystkich, którzy tylko pomyślą o odejściu z Metropo- lii. Przełączyłem na kanał rozrywkowy, gdzie właśnie leciał kabaret. Sąsiad, policjant, wrócił, co dało się rozpoznać po dość głośnej rozmowie z żoną. Po- głośniłem telewizor i dopiłem zawartość butelki. Odleciałem koło północy, zaraz przed tym, jak żona sąsiada zaczęła wołać o pomoc. Odkąd zacząłem pracę jako państwowy funkcjonariusz, znienawidziłem sny, a poko- chałem błogo rozciągającą się ciemność, która kończyła się po otwarciu oczu. W sennych majakach ukazywali mi się wyjeżdżający. Zazwyczaj mieli oni twarze członków mojej rodzi- ny, a w szczególności byłej żony, która ostatecznie także zdecydowała się opuścić Metropo- lię. Gdy tylko Eliza zjawia się w moich snach, budzę się z krzykiem. Na takie sytuacje trzy- mam butelkę wódki pod łóżkiem. Alkohol, choć nie powodował zaniku problemu, to skutecz- nie go głuszył, dzięki czemu w spokoju mogłem dotrwać do poranka. Nienawidzę dni wolnych, ale według lekarzy każdy z funkcjonariuszy nie powinien przekraczać czterech dni pracy z rzędu. Koło południa wychodzę biegać. Ludzie patrzą na mnie z zazdrością zza szyb sklepów i fabryk. Wdycham filtrowane powietrze. Docieram do Parku Centralnego, gdzie przechadzają się inni funkcjonariusze. Znam tu prawie każdego, witamy się skinieniem głowy lub nieznacznym gestem dłoni. Zdyszany siadam na ławeczce przed fontanną. Marmurowa rzeźba wypluwa szarą wodę w powietrze. Pamiętam czasy, gdy przychodziłem tu z Elizą, podziwialiśmy wtedy tęczę malującą się nad posągiem. Wracam po godzinie i biorę prysznic. Resztę dnia spędzam w łóżku, oglądam telewizję, nadrabiając zale- głości w tym, co takiego ostatnio wydarzyło się w Metropolii. Grupa radykałów demonstro- wała przed gmachem władz, domagając się zniesienia Granicy. Otworzono nową szkołę na obrzeżach. Newsem dnia było rozbicie przez policję grupy złodziei. Wieczorem otworzyłem butelkę piwa. Sąsiad wrócił do mieszkania. Jego żona znów zaczęła krzyczeć, zagłuszając przyjem- ny głos urodziwej reporterki. Zrezygnowany poszedłem spać znacznie wcześniej niż zazwy- czaj. Ostatni dzień weekendu rozpocząłem od mszy w kościele Wszystkowidzącego Boga Naszego, resztę wolnego postanowiłem spędzić nad alkoholem, który mi pozostał. Sześciopak leżał sobie pod łóżkiem. Sięgałem po kolejne butelki. Rutyna pozostawała niezachwiana. Otula mnie przyjemna ciemność, którą tak ko- cham. Budzę się wcześnie rano, gdy za szybami jest jeszcze ciemno. Głowa nieprzyjemnie pulsuje. Stawiam nogi na podłodze, puste butelki brzęczą, wprawione w ruch. Jedna toczy się pod same drzwi. Wstaję chwiejnie. Zbieram się do pracy. Biorę długi prysznic, mający spłu- 19 kać ze mnie kaca. Częściowo się udaje. Ubieram doskonale skrojony garnitur i sprawdzam, czy nie zapomniałem niczego wziąć: portfel, przepustka, telefon. Układam jeszcze z butelek szereg pod ścianą. Po powrocie z pracy nie powinno już ich być. Wychodzę przed próg. Na klatce panuje dojmująca cisza. Chłód koi rozpalone skronie. Drzwi do mieszkania sąsiada są otwarte na oścież. W pomieszczeniu kręcą się poli- cjanci. Przełykam narastającą w gardle gulę. Jeden z nich spogląda na mnie, zaczyna się zbli- żać. Powolnym ruchem wydobywam przepustkę i pokazuję ją nim zdąży się odezwać. Za- trzymuje się w pół kroku, odwraca na pięcie i odchodzi. Na półpiętrze stoi dwójka starych funkcjonariuszy, już dawno emerytów. Rozmawiają pomiędzy sobą, niechętnie spoglądają na mnie i ściszają głosy. Przechodzę obok wyostrzając słuch, chcąc posłyszeć, o czym dywagują sąsiedzi z piętra niżej. Jestem pewien, że mówią o policji. Podsłuchuję wyłącznie cztery sło- wa: żona, krzyczała i nie wytrzymał. Skinąłem, domyślając się, co takiego musiało wydarzyć się w czasie mojego snu. II. Pierwszy dzień po weekendzie nigdy nie jest łatwy. Wchodząc do budki czuję się jak więzień. Siadam na skórzanym fotelu, zakładam czapeczkę. Jest duszno, wsuwam palec pod krawat i delikatnie go luzuję. Pierwsi wyjeżdżający ustawili się już godzinę temu przy szlaba- nie. Przyjmuję kolejne osoby. Tym razem nikt nie pozostaje na dłużej w mojej pamięci. Ich sylwetki zlewają się w pozbawioną cech charakterystycznych szarą masę. Ale może to przez kaca, który wciąż zaznacza swoją obecność poprzez spowalnianie ciała. Oddaję dokumenty. Kolejna osoba, następna, i tak przez godzinę. Do budki wpada funkcjonariusz, cały czerwony na twarzy. Staje jak na baczność tuż za moimi plecami. Pochyla się, na uchu czuję jego oddech. — Wzywają na dół. Stanę za ciebie. Kończę odprawiać starszą kobietę i zwalniam miejsce koledze. Wychodzę z budki i przechodzę do głównego gmachu. Dominuje tu biel marmuru. Flagi Metropolii rozciągają się na całą wysokość ścian. Filary tworzą dwa rzędy, a pomiędzy poszczególnymi stoją wartownicy w czarnych mundurach. Przy pasie zwisają pistolety w ka- burach. Kiwam do tych z wyższą rangą, ci odpowiadają. Chwilę czekam na windę. Wciskam guzik oznaczony piątką. Winda rusza w dół na najniższe piętro podziemne- go kompleksu. Jakby dla kontrastu z głośników sączy się radosna melodyjka, umilająca czas jazdy. Wychodzę do rozległej sali, z której rozchodzi się wiele bliźniaczych korytarzy. Znam 20 ich rozmieszczenie na pamięć, wybieram ten naprzeciw mnie. Funkcjonariusze w ogóle nie zwracają na mnie uwagi. Zajęci są swoimi obowiązkami. W korytarzu słychać ciche dudnie- nie. Zmierzam do centrum Metropolii, pod sam Parlament. Lewa ściana promieniuje ciepłem. Delikatnie muskam stal, uśmiecham się wiedząc, co się za nią znajduje. Staje przed metalo- wymi wrotami, nie przecinam jednak linii wyznaczonej przez czujniki ruchu. Poprawiam gar- nitur i podciągam krawat pod samą szyję. Wyrównuję oddech. Drzwi rozsuwają się. Wchodzę do przestronnej komory, pachnie tu octem. Osiem kroków do przodu. Posadzka ma kształt pierścienia, środek jest pusty. Na wysokości mojej twarzy wznosi się ogromne Oko o setkach macek rozchodzących się po bokach, te rozgałęziają się na tysiące innych. Jedna potężna macka wznosi się ku górze, wchodząc w segment gmachu Parlamentu. Oko ma granatową tęczówkę, a zamiast rzęs czarne szpony. Moja sylwetka odbija się od lśniącej tkanki. Oko mruga, posyłając podmuch. Wydaje mi się, że uśmiecha się ono do mnie, chociaż to niemoż- liwe. Wpatruje się prosto we mnie, czuję się malutki. Zimna kropla potu spływa pomiędzy łopatkami. W butach jakby wybuchają wulkany, tak jest mi gorąco. Pochylam głowę na znak uległości. — Wzywałeś… — mówię spokojnym głosem. — Dobrze się spisujesz — odzywa się w mojej głowie. — Zasługujesz na awans… — Kolejne słowa przepływają przez mój umysł jak wodospad. Ich znaczenie jednak dociera do mnie z zdwojoną siłą. Byłem najbardziej efektywnym funkcjonariuszem, przepuszczałem najwięcej przejeżdżających i nigdy nie było ze mną problemów. Nawet po odejściu żony. Stoję, słuchając pochwał, a w pamięci ukazują mi się kolejno minione weekendy z butelką wódki bądź twarze tych, którzy wryli się w moją podświadomość. Służę Metropolii, powta- rzam pomiędzy zdaniami brzmiącymi w umyśle. Wychodzę z komory, a później przechadzam się bocznymi korytarzami. Docieram pod elektrownię zasilającą całą Metropolię. Podziemna komora przypomina szpital. Tysiące szklanych kapsuł stoi w szeregu niczym regulaminowy żołnierz. Za szybami spoczywają ci, którzy chcieli wyjechać. Z ust wystają im wąskie, przeźroczyste słomki wypełnione czerwo- nym płynem. Wyrastają one z macki zawieszonej pod sufitem. Wyjeżdżający oddychają led- wo widocznie, para skrapla się na powierzchni szyb. Pragnęli opuścić Metropolię, swój dom, swoje miejsce. Nie chcieli pracować dla dobra wszystkich, więc zasługiwali na drugą szansę, na odpokutowanie swego grzechu: egoizmu. Przechodzę naprzeciw metalowych puszek przy- pominających trumny, przyglądam się każdej osobie. Gdzieś tu powinna się znajdować, my- ślę. 21 Jest. Barbara Karszyk, jeżeli pamięć mnie nie myli. Jej cera stała się znacznie bledsza, a skóra zaczynała zwisać na kościach policzkowych. Patrzę na numerek, którym opatrzony jest nowy świat dziewczyny: czterdzieści siedem. Wcześniej leżała tutaj moja była żona. Przychodziłem do niej codziennie, aż całkowicie nie oddała się Metropolii i Oku, które widzi wszystko. I teraz każdego dnia mam zamiar przychodzić do Basi, dopóki nie zmyje swojego grzechu. Odruchowo sięgam po srebrny krzyżyk zwisający z cienkiego łańcuszka. Zaciskam go w pięści i wyszeptuję słowa modlitwy, prosząc, by Oko przyjęło w przyszłości jej duszę. 22 k u i s a n a P n a m o R . s y r LAURA W MAKOWISKU Kamila Modrzyńska Zemdlałam chyba. Wstaję, otrzepuję się. Dziwne. Nigdy mi się coś takiego nie zdarzyło. Nie wiem, co się dzieje, jestem zmieszana. Zmarzłam przeokropnie i jeszcze coś mi śmierdzi, jakiś nieznośny zapach, nie wiem, co to może być, nie odstępuje mnie na krok i choć mój nos męczy się szybko, on trwa przy mnie jak nieodłączny cień. Skąd się to bierze? Wciąż jeszcze kręci mi się w głowie, siadam więc i czekam, aż mi przejdzie. 23 *** Rozejrzałam się wokół siebie. Zemdlałam w jakichś przeklętych krzakach, niedaleko cmentarza komunalnego, otoczonego czarnymi żeberkami. Nawet widać go stąd, proszę, tam na lewo, obok starej mleczarni. Kręci się tam kilka osób, przyszli pewnie na czyjś pogrzeb. Potrzebowałam chwili, a może dwóch, by zorientować się, że ktoś ukradł moją torbę. Obeszłam krzaki naokoło, kulejąc, a smród podążył za mną. Kto w ogóle robi coś takiego, widzi nieprzytomną dziewczynę i zamiast jej pomóc, ucieka z jej dobytkiem? I to w naszym Makowisku! – Zaraza jedna – wymamrotałam pod nosem i poczułam się trochę lepiej. Otrzepałam czarną sukienkę z grudek piasku i błota. Musiałam leżeć w krzakach dość długo, cała byłam obolała i słabo się czułam. Słońce schodziło już z zenitu, bez telefonu nie potrafiłam jednak powiedzieć, która jest godzina. Pewnie wczesne popołudnie. Pora obiadu lub leżakowania po nim. Zadrżałam. Nie wiem czemu, ale na widok czystego nieba przeszedł mnie dreszcz, jakby wróciło do mnie dawno zagubione wspomnienie. – Antoni – szepnęłam. Mój dom leżał na drugim końcu Makowiska, małej wioski zagubionej w mazurskich lasach, gdzie nie chciało się przyjeżdżać nawet najbardziej skąpym warszawiakom. Za kilka miesięcy opuszczę to nudne miejsce – kilka dni temu dostałam się na medycynę do Olsztyna. Zamiast jednak przejść przez całe Makowisko, skręciłam w najbliższą uliczkę, w stronę domu mojego chłopaka. Stamtąd dam znać rodzicom, gdzie jestem, poza tym Antoni z pewnością pomoże mi szukać komórki. Pal licho dokumenty, ja miałam w tym telefonie takie rzeczy, które… No, sami rozumiecie. Różana, ciągnąca się na czterdzieści numerów, była pusta. Zmarszczyłam brwi. Panowała cisza, żadnych dzieciaków sprawdzających wydolność swoich płuc, żadnych szwagrów dyskutujących o Lewandowskim nad ociekającymi tłuszczem kiełbaskami ani puszek piwa otwieranych z sykiem. Przez chwilę miałam wrażenie, że na całej Różanej jestem tylko ja jedna sama, samiutka, i uczciwie przyznam, prawie zaczęłam się bać. Ale tylko prawie. Przeszło mi zupełnie, gdy z podwórka Łukaszewskich wybiegł stary Janek, pięćdziesięcioletni podrywacz dyskotekowy. Byłam przygotowana na słodkie „dzień dobry” i ofertę kawuni, więc odruchowo przewróciłam oczami. Dopiero po chwili zorientowałam się, że trzyma w ręku siekierę i unosi ją na mój widok. 24 Wrzasnął bojowo. Ja też wrzasnęłam, wcale nie bojowo, raczej histerycznie, i zaczęłam uciekać przed siebie. Ucieczka była trudna, wciąż kulałam i wlokłam za sobą prawą, chorą nogę. – Pomocy! – próbowałam zawołać, ale gardło odmówiło mi posłuszeństwa. – Pomocy! – spróbowałam jeszcze raz, dziwnie chrapliwym i wątłym głosem. Janek podbiegł do mnie i uniósł siekierę. – Pomocy! – zapiszczałam, nakrywając głowę dłońmi. – Ratunku! Z domu Nowickich wybiegł Antoni. Trzymał w ręku kij bejsbolowy, pamiątkę po wizycie wujka z Ameryki i jednocześnie prezent na ósme urodziny. Znałam ten kij. Cały był kolorowy, poobklejany serduszkami z WOŚP–u. Antoni zaczął biec w naszą stronę, podczas gdy brnęłam przed siebie ślamazarnym krokiem. Raczej nie miał szans dotrzeć do nas na czas. – Janek, czekaj! – zawołał mój chłopak, najmilsze stworzenie na świecie, ale było już za późno. Mężczyzna musiał się zawahać, być może omsknęła mu się ręka, ale poczułam uderzenie gdzieś na łopatce i straciłam równowagę. Chwilę później moja szczęka dość gwałtownie wyrżnęła w asfalt. *** Duszę się. Otwieram oczy, ale nic nie widzę, otacza mnie mrok inny niż ten, który zapada nocą, mrok gęsty i kleisty, jakby nic nigdy nie mogło się przez niego przedostać. Leżę. Próbuję się podnieść, ale moje ręce, głowa, uderzają w coś. Powoli dociera do mnie, że jestem uwięziona w ciasnej skrzyni. Nim panika obezwładni moje ciało, przykładam dłonie do wieka i zaczynam drapać. *** Sen rozwiał się, ale strach nadal pulsował w moich żyłach. Zemdlałam. Znowu? Nie, tym razem to nie była moja wina. Pamiętam przecież doskonale psychopatę Janka i jego siekierę. W półśnie dotknęłam szczęki. Czułam pod palcami szorstką miękkość bandaża, Antoni musiał opatrzyć ranę. Będę miała piękną bliznę na rozpoczęcie roku w Olsztynie. A co z plecami? Nic mnie nie bolało. Może uderzył trzonkiem od siekiery. 25 Dopiero po chwili otworzyłam oczy. Byłam w domu Nowickich, w sypialni Marty, starszej siostry Antoniego. Spojrzałam na moje dłonie, blade i wychudzone, niemal anemiczne. Ostatni rok wiele mnie kosztował. Było warto. Zdałam maturę tak jak trzeba i wkrótce wyjadę… Przepraszam, powtarzam się. Po prostu nie mogę się doczekać. Byłam sama w pokoju, ale słyszałam stłumione odgłosy kłótni. Telefon, muszę powiedzieć Antoniemu o telefonie. Podeszłam do uchylonych drzwi i zamarłam. – To zagrożenie! – mówił Janek. – Nie możemy tego tolerować! – Synu, on ma rację. – Rozpoznałam głos pana Nowickiego, Antoniego seniora. – Musimy się jej pozbyć. – Tu chodzi o nasze życie! – wtrącił Janek. – Widzisz, co się dzieje. Niegłupi z ciebie chłopak. Wiesz, co musisz zrobić. Antoni milczał. – A jeśli ty tego nie zrobisz, my się nią zajmiemy. Brzmiało to poważnie. O kim mogli mówić, bo przecież nie o mnie? Zeszłam do nich po schodach, przystając co kilka stopni. Naprawdę źle się ostatnio czułam i mówiłam już, że w powietrzu unosił się jakiś okropny zapach? No więc nadal śmierdziało. W pewnym momencie nawet zatrzymałam się i sprawdziłam, czy to nie moja sukienka. (Nie, pachniała w porządku.) Gdy weszłam do kuchni, milczeli. Janek Łukaszewski opierał się o parapet, piwny brzuch sterczał przed nim, obciągnięty białym podkoszulkiem. Kilkudniowe kępki brody porastały jego twarz, a łysa głowa błyszczała od potu. Na mój widok zacisnął palce na rączce siekiery, ale może mi się tylko wydawało. – Laura! Mój chłopak stał wraz z ojcem na środku pomieszczenia. Antoni odziedziczył całą urodę pana Nowickiego. Obaj byli wysocy, o gęstych, jasnych włosach i wydętych, różowych wargach. Antoni ruszył do mnie i choć ojciec próbował go powstrzymać, odepchnął go. Złapał mnie w ramiona i zaczął uważnie mi się przyglądać. Kątem oka zauważyłam, jak grube brwi pana Nowickiego nastroszyły się na mój widok. Nigdy mnie nie lubił. – Jak się czujesz? – Najmilszy chłopiec na świecie patrzył na mnie troskliwie. Spróbowałam się odezwać, ale wycharczałam tylko kilka nieskładnych głosek. Odchrząknęłam i położyłam rękę na gardle. – Dobrze – wyrzęziłam wreszcie, ale nie brzmiało to najlepiej. – Telefon. 26 – Co? – Ktoś mi ukradł telefon. Musimy go poszukać. Wypowiedzenie tych dwóch zdań zajęło mi zbyt wiele czasu. Nie wiem, co stało się z moim gardłem, ale nie działało dziś poprawnie. Jakby coś blokowało dźwięki, które opuszczały moje usta. Głoski składały się w słowa, ale te nie brzmiały tak, jak powinny. Zmarszczyłam brwi, starając się wychwycić różnicę. Być może wcale nie zemdlałam, może to był udar i moja twarz jest sparaliżowana? – Tak, oczywiście – powiedział Antoni bezmyślnie. Znałam tę minę, chodziłam z nim od gimnazjum. Nie słuchał mnie naprawdę, był czymś rozkojarzony. – Co się stało? – spytałam powoli, czując się, jakby papier ścierny sunął po moim gardle. – Co pamiętasz, Laura? Długo byłaś nieprzytomna – wyjaśnił Antoni. – Tato, panie Janku, możecie się zająć mamą? Zaraz do was dołączę. – Pilnuj się – powiedział na odchodnym pan Nowicki, rzucając mi niechętne spojrzenie. – I weź nóż przed wyjściem. Opuścili kuchnię. Chwilę później usłyszałam jakieś szuranie w głębi domu, jakby ciągnęli po podłodze coś ciężkiego. – Co pamiętasz? – spytał Antoni, obserwując moją twarz. Wzruszyłam ramionami. – O co chodzi? – spytałam. Zabrzmiało to jakby lepiej i nie potrzebowałam już kwadransa na każde słowo. Pogratulowałam sobie w myślach. To na pewno nie udar. – Co jest ostatnią rzeczą, jaką pamiętasz, zanim się obudziłaś? Szukałam podpowiedzi w jego twarzy, ale była obojętna. Owszem, spoglądała na mnie z zatroskaniem, Antoni był ogólnie troskliwym człowiekiem, ale poza tym nie wyrażała żadnych uczuć. Spróbowałam się do niego przytulić, ale zatrzymał mnie ręką. – Myśl, Laura. Ostatnia rzecz, zanim się obudziłaś. – Janek. – Nie. Przedtem, kiedy obudziłaś się, a twój telefon zniknął. – Przy cmentarzu – dopowiedziałam dumna, że mogę coś dodać od siebie. Wiem, trochę to żenujące. Choć moje usta nie nadążały z formułowaniem słów, głowa działała w jak najlepszym porządku. – Obudziłaś się przy cmentarzu? Pamiętasz, jak się tam znalazłaś? 27 Rozchyliłam wargi, gotowa do odpowiedzi, gdy uświadomiłam sobie, że nie wiem. Musiałam mieć zdziwienie wypisane na twarzy, bo położył dłonie na moich ramionach, jakby chciał mnie uspokoić. – Nic się nie martw, dużo przeszłaś. Z pewnością wspomnienia wrócą. Byłaś zaginiona od… od wczoraj. Myślałem, że coś się stało. Zmarszczyłam brwi. Nie, to z pewnością nie był udar. To nie zdarza się młodym ludziom, którzy są w idealnym zdrowiu. – Wczoraj – powtórzyłam niepewnie. Byłam nieprzytomna od kilkunastu godzin?! – Dużo cię ominęło – dodał, uśmiechając się nerwowo. – Dużo? – Już ci wyjaśniam. Milczał jednak. Wyglądał, jakby się dusił, jakby szukał jakichś słów, ale one stawały mu ością w gardle, jakby chciał mi powiedzieć wszystko – a jednocześnie, jakby nie chciał mi mówić nic. Odwrócił się ode mnie i wyjął z szuflady nóż kuchenny. – Antoni? – ponagliłam go. – Jesteśmy gotowi! – krzyknął z korytarza jego ojciec. – Chodź! Mój chłopak złapał mnie delikatnie za rękę i pociągnął. Pozwoliłam mu się prowadzić, ale stanęłam na chwilę w przedpokoju. Na wprost od drzwi zawsze wisiało duże lustro. Teraz ściana była pusta i jedynie jaśniejszy prostokąt na środku był śladem, że coś na niej wisiało. Pokazałam to miejsce palcem, ale nim zdążyłam wykrztusić choć słowo, Antoni zrozumiał. – Stłukło się. Ach, poczekaj, mam coś dla ciebie. Podał mi laskę, własność jego dziadka, który zmarł tej wiosny. – Będzie ci łatwiej chodzić. Oparłam się na lasce i uważnie obejrzałam nienaturalnie wykrzywioną nogę. Wyglądała podejrzanie, ale wcale nie bolała. – Trzeba… – Mój tata ją obejrzał. Nic ci nie jest, stłukłaś ją tylko. Wyszliśmy przed dom. Do roweru trzymanego przez Janka w przedziwny sposób przymocowany był zwinięty w rulon dywan. Podejrzanie gruby rulon. – Laura nie może iść z nami! – oburzył się pan Nowicki. Na widok mojej miny zmitygował się nieco i dodał spokojniejszym tonem: – Twoja noga jest stłuczona. To zbyt duży wysiłek. 28 – Wyjaśnię ci wszystko po drodze – obiecał mi Antoni. Zeszliśmy ze schodów. – Co to? – spytałam, pokazując palcem dywan. Dopiero wtedy zauważyłam, że pan Nowicki trzyma w ręku dwie łopaty. Z plecaka natomiast wystawały mu główki siekier, co zupełnie nie miało sensu. – Och, to moja mama – powiedział spokojnie Antoni. *** Na widok pana Nowickiego przypomina mi się ten dźwięk, dźwięk wbijanej w zeskorupiałą ziemię łopaty. Słyszę stukot grudek ziemi rozbijających się na drewnianej skrzyni, opuszczanej w dół, dół, jeszcze niżej, aż powoli znika mi z oczu. Niebo jest błękitne, czyste, bez najmniejszej chmurki, a ja staram się nie spuszczać z niego oczu, by nie widzieć tego, co dzieje się pod nim. Niebo odwzajemnia moje spojrzenie, ale nie potrafi mnie pocieszyć. *** Nie mogłam się ruszyć. – Laura, wszystko w porządku? – spytał Antoni. Widziałam, jak unosi dłoń i opuszcza ją szybko, jakby bał się mnie dotknąć. Dziwny sen rozwiał się i nie potrafiłam już powiedzieć, czy to jakiś majak, czy stary koszmar. – Rodzice – wyleciało z moich ust mimowolnie. – Zadzwoń. – Już z nimi rozmawiałem. Odprowadzę cię do nich po wizycie na cmentarzu. Janek prychnął, poprawiając zawiniętą w dywan panią Nowicką. Wraz z tatą Antoniego ruszyli przed siebie, a my podążyliśmy za nimi. – Cmentarz? – Tak, idziemy na cmentarz – powiedział, uśmiechając się do mnie pocieszająco. Od tego gestu topniało mi serce. – Ty nic nie pamiętasz, prawda? Pokręciłam głową. Nadal źle się czułam, choć nie mogę powiedzieć, że coś mnie bolało. Cały organizm miałam jak sparaliżowany, jakby ktoś posadził mnie za ster ciała dziewięćdziesięciolatki. Miałam nadzieję, że to odrętwienie wkrótce minie. 29 – Moja mama zmarła w wyniku epidemii, która zabiła większość ludzi w Makowisku – mówił tymczasem Antoni zupełnie spokojnym głosem. Na te słowa poślizgnęła mi się laska i niemal się przewróciłam. – Już, już spokojnie. Naprawdę tego nie pamiętasz? Oglądaliśmy wtedy telewizję w twoim domu. Leciały wiadomości. Obraz pojawił się w mojej głowie, przywołany jego słowami. Byliśmy w salonie, oboje schowani pod moim różowym kocykiem, a moja mama przyniosła nam gorące kakao. Oparzyłam sobie język i Antoni śmiał się ze mnie. W pokoju roznosił się zapach czekolady. Oglądaliśmy jakiś film, gdy zamiast przerwy na reklamy pojawiła się główna prezenterka wiadomości, kojarzycie, ta blondyna z sukowatą miną i obwisłymi policzkami. Gdy po raz pierwszy przeczytała komunikat, zaśmialiśmy się oboje, ale chwilę później wołaliśmy już moją mamę. Katastrofa w fabryce produkującej lekarstwa w Kaliningradzie, tak brzmiała pierwsza wersja. Należy zachować spokój, być może na jakiś czas odwiedzić krewnych mieszkających na południu Polski. Było coś jeszcze... Coś, czego nie mogłam sobie przypomnieć. Druga wersja, która pojawiła się kilka dni później, mówiła, że był to sabotaż. Zdecydowanie zalecano opuszczenie skażonych terenów, ale rodzice nie dostali wolnego w pracy. Byli oboje nauczycielami – nie mogli zostawić dzieci w środku roku szkolnego. Kazano im czekać do końca czerwca. – Który dzisiaj? – spytałam przytomnie. – Piąty lipca. – Nie zdziwił się chyba, że o to spytałam. Trzeciej wersji już nie było, wkrótce po tym przestały działać telewizja i radio. Trzecią wersję stworzyliśmy sobie sami. Widzieliśmy samoloty, które opryskiwały czymś Makowisko. – Pamiętam – powiedziałam słabo. – Epidemia. Twoja mama? – Tak. Jedziemy zawieźć ją na cmentarz. – Przykro mi. – Spróbowałam złapać go za rękę, ale unikał jej. Dotarliśmy na cmentarz. Mężczyźni poprowadzili nas do rodzinnego grobowca, w którym leżało kilku Nowickich. Usiadłam na ławeczce niedaleko i patrzyłam, jak ściągają z nagrobka marmurową płytę. Co ja właściwie robiłam wczoraj na cmentarzu? Śmieszne. Podczas gdy oni wykopywali ze środka ziemię, ja rozglądałam się bezmyślnie wokoło. Wydawało mi się z początku, że byliśmy sami. Wiatr szumiał między topolami, które wytyczyły główną alejkę między grobami… Och, i jeszcze jakiś delikatny dźwięk, lekkie postukiwanie – nie wiem, co to może być. Oprócz Nowickich w zasięgu wzroku nie było 30 żywej duszy. Ale gdy zamknęłam oczy, poczułam coś więcej. Poczułam serca pulsujące pod ziemią, walczące o to, by pompować krew do żył. Usłyszałam płytkie, pośpieszne oddechy. A wreszcie zrozumiałam, że chrobotanie, które roznosiło się po całym cmentarzu, było skrobaniem paznokci na wiekach trumien. Antoni spoglądał na mnie z troską. – Pamiętasz? – spytał znad marmurowej płyty. Podniosłam się, ale nim zdążyłam odpowiedzieć, zobaczyłam w oddali kilku mężczyzn. Zbliżali się do nas. Pisnęłam ze strachu, a mój chłopak i jego ojciec odwrócili się gwałtownie. Gdy zobaczyli przybyszy, złapali za siekiery i stanęli w rozkroku, gotowi do walki. Janek uniósł łopatę jak kij bejsbolowy i przygotował się do zamachu. Zaskoczyło mnie to. Choć teraz, gdy o tym myślę – oczywiście! – to nie był ich pierwszy raz. Dlatego Janek zaatakował mnie bez wahania. Mężczyźni idący w naszą stronę wyglądali, jakby właśnie odgrzebali się spod ziemi i wciąż słysząc odgłosy walki pod moimi stopami, nawet w to nie wątpiłam. Mieli twarze pomarszczone i wyschnięte, i wydawało się, że skóry im nie wystarcza, by oblec całe kości. Cofnęłam się kilka kroków. Nowiccy i Janek szybko rozprawili się z obcymi. Kilka uderzeń łopatą, kilka chrupnięć siekiery i oto leżeli na ziemi, w kawałkach. Martwi nie stawiali większego oporu – wyciągali ręce przed siebie i próbowali zacisnąć swoje dłonie na żywych ramionach, ale byli zbyt ślamazarni, by stanowić jakiekolwiek zagrożenie dla mojego chłopca. – Zabiliście ich – wyjąkałam, mimo że coś mi się nie zgadzało. Nie spuszczałam wzroku z odrąbanych nóg i rąk. Czekałam, aż krew wytryśnie z żył i tętnic, aż obryzga Nowickich, ale nic takiego się nie stało. Antoni podszedł do mnie, podczas gdy jego ojciec i Janek za
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Magazyn Histeria 2017/1 PDF
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: