Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00113 007371 15948149 na godz. na dobę w sumie
Magazyn Literacki KSIĄŻKI - dodatek Książki dla dzieci i młodzieży - ebook/pdf
Magazyn Literacki KSIĄŻKI - dodatek Książki dla dzieci i młodzieży - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Biblioteka Analiz Język publikacji:
ISBN: Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kultura, sztuka, media
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

 

Zachęcamy do lektury dodatku poświęconego literaturze dla niedorosłych, w którym znajdziecie Państwo artykuł Michała Zająca na temat rynku książki dla dzieci i młodzieży, rozmowę z Joanną Kulmową oraz recenzje

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Uwaga, łobuziaki! Okropny Maciuś nadchodzi! nr 5/2013 (200) • maj 2013 Bezpłatny dodatek • ISSN 2083-7747 • Indeks 334464 W K R Ó T C E KOLEJNE C Z Ę Ś C I ! Książki dla dzieci i młodzieży f o t . E w a T e n d e r e n d a - O ż ó g Pora już chyba przestać liczyć na mega bestsellery na rynku książ- ki dla dzieci i młodzieży. Kolejny rok z  rzędu obiera wydawców i  księga- rzy z  nadziei na nowego Pottera czy na nową Meyers. Ale czy to oznacza, że nie jest ciekawie? Wcale nie! Ostat- nie 12 miesięcy przyniosło sporo inte- resujących wydarzeń na scenie dziecię- cej, takich, którym naprawdę warto się przyjrzeć. Zacznijmy jednak właśnie od bestsellerów. Co kupowaliśmy najczęściej, czyli bestsellery Dwa nazwiska zdominowały zestawie- nia najlepiej sprzedających się tytułów dla najmłodszych: Suzanne Collins i Holy Webb. Dystopijna trylogia Collins okupu- je listy bestsellerów od dłuższego cza- su, dobrze przyjęty film na podstawie „Igrzysk śmierci” utwierdził zaś moc- ną pozycję cyklu. Z  łatwością można przyjąć, że ekranizacje kolejnych to- mów („W pierścieniu ognia” i „Koso- głos”) spowodują, że nazwisko autor- ki jeszcze bardzo długo będzie wymie- niane na listach bestsellerów. Mimo co najmniej godnych pozazdroszczenia wyników sprzedaży, trylogia nie jest jednak fenomenem na miarę „Harry- ’ego Pottera”, choć niektórzy wydawcy zastanawiają się, czy nie będzie począt- kiem swoistej mody na młodzieżową li- teraturę typu „dark future” („mroczna przyszłość”). Optymizm w  tej mierze chłodzi dostrzeżenie, że sukces Col- lins nie ma daty wczorajszej, a naśla- downictw – brak (z jednej strony) oraz że trudno byłoby w  jakiś prosty spo- sób zdefiniować poetykę takiej poten- cjalnej dystopijnej, młodzieżowej mo- dy (z drugiej strony). Z  pewnego rodzaju zaskoczeniem (i chyba lekkim zażenowaniem…) zo- stał przyjęty przez część komentato- rów sceny dziecięcej sukces drugiej au- torki – Holly Web. Jej książeczki kie- rowane są do trochę innej grupy od- biorców niż historia łuczniczki Kat- niss (dziewczynek w wieku 8-10). Wy- dawnictwo Zielona Sowa publikuje rozchwytywaną serię tanich, krótkich i wzruszających książeczek, pozbawio- nych ilustracji, opublikowanych na ni- skiej jakości papierze, z lakierowany- mi okładkami, w treści swojej odno- szących się przeważnie do smutnych losów kotków i  piesków (najchętniej szczeniaczków!). Opowiastki Webb są czułostkowe i  niezbyt wyrafinowane literacko, ale trafiają w oczywisty spo- sób w  zapotrzebowanie emocjonalne dziewczynek. Pojawiły się już pierwsze rodzime produkty inspirowane suk- cesem Holly Web (Agnieszka Stelma- szyk, seria „Kto Mnie Przytuli”, Wil- ga). Na listach bestsellerów pojawiła się (i utrzymała przez parę miesięcy!) również nowa odsłona „Jeżycjady” Małgorzaty Musierowicz („McDusia”, Akapit Press). Coraz częściej w inter- netowych (i  nie tylko) wyznaniach czytelniczek pojawia się jednak – za- miast ukontentowania z kolejnego to- mu – poczucie trochę męczącego obo- wiązku wynikającego z wierności pa- nieńskiej miłości czytelniczej. Coraz więcej opinii czytelniczek, że Musiero- wicz pisze pseudorealistyczne opowie- ści fantasy o  świecie i  ludziach, któ- rych dzisiaj już nie ma … Książka Agnieszki Chylińskiej (czy każda celebrytka przeżywa ten mo- ment w  życiu, kiedy MUSI napisać książkę dla dzieci?) była poniekąd ska- zana na sukces: „Zuzia i Giler” prze- mknęła więc przez notowania, nie za- grzała tam jednak miejsca na długo! Mocne pozycje trzymają produkty spod znaku publikowania sentymen- talnego („jako dziecko sam czytałem/ sama czytałam – kupię”): „Najnow- sze przygody Mikołajka” (Znak), „Po- czytaj mi mamo” (Nasza Księgarnia) czy „Przygody Bolka i Lolka” (Znak – w tym przypadku „jako dziecko oglą- dałem”). I  wreszcie kolejny tom cyklu fan- tasy – „Magiczne Drzewo” Andrzeja Maleszki – „Pojedynek” (Znak). Ko- lejne tomy serii powieściowej wspie- k s i ą ż k i • b e z p ł a t n y d o d a t e k • m a j 2 0 1 3 1 Książki dla dzieci i młodzieży ranej przez sukces telewizyjnej ekra- nizacji pojawiają się na listach najle- piej sprzedających się tytułów dla naj- młodszych. W efekcie Andrzej Malesz- ka – doskonały na spotkaniach autor- skich! – porzucił nawet swój zawód, reżyserię, i poświęcił się twórczości li- terackiej. Księgarstwo dziecięce Zjawisko, które na polskim rynku nie jest nowe (być może jego zwiastunem był start wiekowego już przecież „Czu- łego barbarzyńcy” w Warszawie), ale o którym warto napisać więcej w kon- tekście właśnie rynku książki dla dzie- ci i  młodzieży, to wyspecjalizowane księgarnie. Oto nieomalże z  każdym miesiącem przybywa u nas placówek, które zajmują się nie tylko sprzedażą publikacji dla najmłodszych, ale sta- ją się w pewnej mierze centrami kul- tury skierowanymi dla tej grupy. Jest to szczególna oferta dedykowana ro- dzicom z  klasy średniej, którzy chcą nie tylko znaleźć dla swoich pociech inspirującą i  nietuzinkową lekturę, ale również starają się spędzić cieka- wie czas. W Warszawie najważniejszą placówką realizującą taki program jest niewątpliwie „Badet” na Wilanowie. Odbywają się tutaj spotkania z auto- rami, zajęcia aktywizujące, warszta- ty, ale można po prostu napić się her- baty czy kawy. Działalność Badetu (od wiosny 2012) wkroczyła w  nową fa- zę: została założona fundacja „Dzie- ci Czytają”, której główną (jak na ra- zie) akcją jest konkurs „Uzupełnij Ka- non Lektur”. Inne podobne miejsca w stolicy to: „Efka”, „Bajbuk”, „Tarabuk”, „Słowo daję”, we Wrocławiu – „Pociąg do ba- jeczki”, w Toruniu – „Bajarka”, w Swa- rzędzu – „Pinokio”, w Olsztynie – „Za rogiem”, w Lublinie – „Fika” i „Tajem- niczy ogród”… i wiele, wiele innych. Wspomniane tutaj firmy oprócz dzia- łalności księgarskiej prowadzą także często inne asortymenty „dziecięce” – głównie zabawki, ale także np. ubran- ka czy środki pielęgnacyjne. Księgar- nie tego rodzaju są szczególnie cen- nym partnerem dla małych wydaw- nictw („lilipucich”): oferują nie tylko zbyt książek, ale także lokale na dzia- łania promocyjne (spotkania z autora- mi!), stymulują w środowiskach lokal- nych zainteresowanie książką dla naj- młodszych, w  szczególności tą bar- dziej wysmakowaną. Prawdziwym mi- strzem w  wykorzystaniu takich dzie- cięcych księgarni są poznańskie Zaka- marki, które potrafiły w oparciu o nie zbudować imponujący system działań marketingowych. W internecie… Zjawiskiem w pewien sposób związa- nym z  powyższym (i  również nieno- wym, ale nabierającym w ostatnich la- tach intensywności) jest „społeczno- ściowa” promocja książek dla dzieci. Od lat (co najmniej 20) gremia zawo- dowo zajmujące się literaturą/ilustracją dla dzieci narzekały na brak zaintere- sowania mediów tą problematyką. Za- nurzenie się w internecie udowadnia, że nieomalże niepostrzeżenie, po ci- chu powstała znacząca i często nawie- dzana plejada wirtualnych „miejsc”, w  których osoba (najczęściej matka) poszukująca rekomendacji lekturowej znajdzie naprawdę profesjonalne pora- dy. Jako przykłady można tu przywo- łać choćby miejsca najbardziej znane: bogaty w treści wortal Qlturka.pl, kul- towe i opiniotwórcze forum dyskusyj- ne przy „Gazecie Wyborczej”, profe- sjonalny i awangardowy blog Moniki Obuchow „Znak Zorro”, strona „Mały pokój z książkami”, strona (i profil na FB) „Polska Ilustracja dla dzieci” i bar- dzo wiele, wiele innych profili, blo- gów, stron, forów. Podobnie jak przy- wołane powyżej „dziecięce” księgar- stwo, tak i rekomendacje internetowe docierają do elitarnego odbiorcy z kla- sy średniej, jakkolwiek warto pamię- tać, że każdy kto chce znaleźć informa- cję o wartościowych publikacjach mo- że z łatwością i przy niewielkim wysił- ku mieć do nich dostęp. Ta uwaga od- nosi się przede wszystkim do bibliote- karzy, zbyt chyba łatwo i często narze- kających na brak dostępu do wiedzy o dobrej literaturze dla najmłodszych. Miarą zasięgu „społecznościowej” pro- mocji jest zaś prawie 6000 abonentów fejsbukowego profilu witryny „Polska Ilustracja dla dzieci”! Rzecz jasna – szukając optymizmu w internecie nie sposób zaprzeczyć, że telewizje i  znakomita większość pro- gramów radiowych konsekwentnie ignorują istnienie literatury dla dzie- ci. Czasami nachodzi taka refleksja: a gdyby tak czas antenowy (a bywa to tzw. prime time) przeznaczony na pu- blicystyczne biadania nad stanem pol- skiego czytelnictwa oddać na audycje popularyzujące literaturę… Może by- łoby lepiej z tym czytaniem? Targi książki dziecięcej Relacjonując polskie imprezy tego ty- pu należałoby wziąć określenie „tar- gi” w  widoczny cudzysłów. De fac- to są to bowiem kiermasze książkowe z bardzo silnymi akcentami festynowy- mi, ludycznymi. Stwierdzenie takie nie ma oczywiście na celu deprecjonowa- Poznańskie Spotkania Targowe – Książka Dla Dzieci i Młodzieży mocno wpisały się już w kalendarz rodzimych imprez branżowych – w tym roku od- była się XII edycja tej imprezy. Spiritus movens Spotkań jest niezmordowana Olcha Sikorska. Dobrym posunięciem (realizowanym po raz kolejny) było po- łączenie Spotkań z Targami Edukacyj- nymi – dzięki temu manewrowi impre- zę odwiedziło w  tym roku ponad 37 tysięcy osób. Impreza poznańska ma jednak w dominującej mierze charak- ter wystawowy i edukacyjny: wystawy ilustracji, spotkania autorskie i poka- zy stanowią o jej obliczu. Stosunkowo niewielu wydawców decyduje się na wykupienie stoisk. Atrakcyjność oferty niekomercyjnej jest jednak tak duża, że w Poznaniu po prostu być trzeba! We Wrocławiu odbędą się po raz czwarty  Targi Książki dla Dzieci i  Młodzieży „Dobre Strony” które – trochę wbrew nazwie – oferują boga- ty program o  charakterze festynu li- terackiego, bardzo atrakcyjny dla naj- młodszych gości. Gwoździem progra- mu imprezy jest wręczenie Nagrody Prezydenta Wrocławia „Dobre Książ- ki” (podczas ostatniej edycji targów nagroda ta przypadła wydawnictwu Media Rodzina za „Pamiętnik Blumki” Iwony Chmielewskiej). nia tych wydarzeń, a jedynie określe- nie ich charakteru! Krakowskie Targi Książki dla Dzie- ci mają krótszą historię niż wydarze- nia wspomniane powyżej. W tym ro- ku impreza odbędzie się po raz trzeci, w dniach 7-9 czerwca, weźmie w niej udział ponad 120 wystawców – oprócz wydawców, producenci zabawek, gier, ale także muzea, kina i ośrodki kultu- ry. Obserwując krakowskie targi moż- na odnieść wrażenie, że są najbardziej dynamicznie rozwijającą się imprezą w sektorze wystawienniczym. Wydarzenia Niewątpliwie do miana najciekawsze- go wydarzenia na polskim rynku książ- ki może pretendować seria edukacyjna Egmontu „Czytam Sobie”. Firma zna- na dotychczas z wysokiej jakości pro- duktów popularnych, skierowanych do najszerszej publiczności, opartych głównie na licencjach medialnych (Di- sney, Mattel) zdecydowała się na moc- ne otwarcie na zupełnie innego rodza- ju działania edytorskie. Do stworze- nia poszczególnych tomów serii zaan- gażowano najbardziej znanych pisa- rzy (Grzegorz Kasdepke, Wojciech Wi- dłak, Zofia Stanecka, Ewa Nowak, Jo- anna Olech i Rafał Witek) i ilustrato- rów (Ewa Poklewska-Koziełło, Jona 2 k s i ą ż k i • b e z p ł a t n y d o d a t e k • m a j 2 0 1 3 Jung, Emilia Dziubak, Joanna Rusinek i Daniel de Latour), w dużej mierze ko- jarzonych dotychczas z małymi, awan- gardowymi wydawnictwami. W efek- cie powstało 9 książek, wysoko ocenia- nych przez specjalistów, ale także chęt- nie kupowanych przez rodziców. Se- ria (zgodnie ze swym sygnetem „Edu- kacyjny Egmont”) ma wysokie ambicje pobudzenia czytelnictwa dzieci w Pol- sce. Do każdego tomiku załączono na- klejki i  dyplomy sukcesu czytelnicze- go, dla łatwiejszej identyfikacji poten- cjalnych czytelników tytuły zestawio- ne są w trzy poziomy trudności odbio- ru. Serię wspiera ciekawie prowadzo- na akcja promocyjna na Facebooku. Inicjatywa „Czytam Sobie” otrzyma- ła Nagrodę im. Kallimacha oraz Komi- tetu Ochrony Praw Dziecka w konkur- sie „Świat Przyjazny Dziecku”, wyróż- nienie w polskiej sekcji IBBY (nagroda Dong „w uznaniu świetnego pomysłu wydawniczego na samodzielną aktywi- zację czytelniczą”). Bardzo dużo emocji wywołały przy- gotowania do kampanii „Pierwsza książka mojego dziecka”. Do realizacji rozdawania swoistej „wyprawki” czy- telniczej dla każdego nowonarodzone- go przymierzano się już w Polsce wiele razy. Działania tego rodzaju przynio- sły znaczące sukcesy w  Skandynawii czy w Wielkiej Brytanii (akcja „Book- start”). Projekt realizowany przez Fun- dację ABC XXI otrzymał pełne wspar- cie finansowe Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, w sprawę zaangażował się sam minister Zdro- jewski. W tym roku mają ruszyć dzia- łania pilotażowe. Jednak, o ile sam po- mysł „rozdawnictwa” nie budzi już szczególnych wątpliwości, o tyle część środowisk artystycznych i  literackich z  rezerwą przyjęła sam produkt wy- dawniczy, będący przedmiotem akcji. Zainteresowanie wreszcie wzbudził fakt pojawienia się edukacyjnych ksią- żek na licencji Disneya w ofercie firmy braci Olesiejuków. Dotychczas mono- polistą w publikowaniu takich tytułów był w Polsce Egmont (jakkolwiek bodaj- że 10 lat temu, w okresie największych swych sukcesów kilka tytułów miało Wydawnictwo Prószyński i S-ka). Ekscytujace nowości z zagranicy Interesującym wydarzeniem było poja- wienie się na w grudniu 2012 roku po- wieści holenderskiego autora, laure- at zeszłorocznej edycji nagrody ALMA (Astrid Lindgren Memorial Award), Gu- usa Kuijera „Księga wszystkich rzeczy” (Dwie Siostry). Opowieść o  przemocy domowej, połączonej z silnie zarysowa- nym wątkiem religijnym, wzbudziła go- rące dyskusje tak wśród recenzentów, jak i rodziców (forum „Gazety”). Książ- ka odrzuca część dorosłych czytelników brutalnością scen bicia matki przez oj- ca rodziny-tyrana (a jednocześnie fana- tyka uzasadniającego swą agresję naka- zami religijnymi), wzbudza zachwyt in- nych, ujętych siłą pozytywnego przeka- zu, nasyconego miłością i nadzieją. Drugim zagranicznym tytułem, któ- ry warto dostrzec, to opublikowana przez oficynę Bukowy Las a  przezna- czona dla starszych nastolatków po- wieść Johna Greena „Gwiazd naszych wina”. Tytuł ten przyszedł do nas oto- czony nimbem sławy i miesiącami po- bytu na amerykańskich listach bestsel- lerów. Maria Nikołajeva (najwybitniej- sza chyba na świecie specjalistka od lite- ratury dla dzieci i młodzieży) przekony- wała na swym blogu, że jest to najlep- sza książka dla „young adults” jaką kie- dykolwiek czytała. Minęły jednak już prawie dwa miesiące od polskiej pre- miery i… nie wydaje się, aby – rzeczy- wiście znakomita – powieść miała od- nieść większy sukces. Może nasze na- stolatki nie są gotowe na trudną, szar- piącą wrażliwość opowieść o  miłości młodych skazanych na śmierć przez no- wotwory? Nagrody Zdążyliśmy się już przyzwyczaić do nagród zagranicznych przyznawanych naszym ilustratorom. Ostatnia edy- cja nagród przyznawanych na Targach w  Bolonii utrwala to przyzwyczaje- nie – swoją klasę potwierdziła Iwona Chmielewska otrzymując (co prawda w koreańskich barwach) nagrodę Bolo- gna Ragazzi Award za „Oczy”. W  kraju Nagroda Książka Roku (Polska Sekcja IBBY) przypadła Mi- chałowi Rusinkowi za książkę dla dzie- ci „Wierszyki domowe” a parze pisarek ukrywających się pod pseudonimem Marcel A. Marcel za książkę dla mło- dzieży  „Oro”. Nagrody „ilustracyjne” zostały zaś wręczone Iwonie Chmie- lewskiej za ilustracje i tekst „Pamiętni- ka Blumki” oraz Agacie Dudek za ilu- stracje do książki „Wędrując po niebie z Janem Heweliuszem” Anny Czerwiń- skiej-Rydel. Kolejna nagroda PS IBBY, Dong, (za rok 2012) trafiła do Wydawnictwa Czarna Owieczka za książkę „Doktor Proctor i koniec świata. Być może” Jo Nesbø z ilustracjami Pera Dybviga. Ma- łym Dongiem (nagroda jury dziecięce- go) zostało uhonorowane Wydawnic- two Dwie Siostry za wspomnianą już wcześniej „Księgę wszystkich rzeczy” Guusa Kuijera. Martyna dla Dzieci setki ciekawostek i zagadek pomysły na gry oraz zabawy porady psychologa, jak rozmawiać z Dzieckiem jak rozmawiać z Dzieckiem Więcej na: www.dzieciakiswiata.pl, www.zwierzakiswiata.pl facebook.com/martynawojciechowska PATRON: Książki dostępne w księgarniach, Znajdź nas na Facebooku: G+J Książki. na www.gjksiazki.pl i w sprzedaży wysyłkowej: tel. 22 360 37 77. Niezwykła podróż do świata muzyki z Justyną Steczkowską i Anną Kaszubską i Anną Kaszubską i Anną Kaszubską i Anną Kaszubską i Anną Kaszubską i Anną Kaszubską i Anną Kaszubską i Anną Kaszubską i Anną Kaszubską i Anną Kaszubską i Anną Kaszubską i Anną Kaszubską i Anną Kaszubską i Anną Kaszubską i Anną Kaszubską i Anną Kaszubską i Anną Kaszubską i Anną Kaszubską i Anną Kaszubską i Anną Kaszubską i Anną Kaszubską i Anną Kaszubską i Anną Kaszubską i Anną Kaszubską i Anną Kaszubską i Anną Kaszubską i Anną Kaszubską i Anną Kaszubską i Anną Kaszubską i Anną Kaszubską i Anną Kaszubską i Anną Kaszubską i Anną Kaszubską i Anną Kaszubską i Anną Kaszubską i Anną Kaszubską i Anną Kaszubską i Anną Kaszubską i Anną Kaszubską i Anną Kaszubską i Anną Kaszubską i Anną Kaszubską i Anną Kaszubską Ta historia zabierze Was na wszystkie kontynenty, byście poznali ich miesz- kańców, muzykę, legendy, instrumenty, a nawet smaki i kolory. Przeczytajcie jak Babcia Helenka obudziła muzykę świata, by ta mogła rozkołysać wszystkich i wszystko. Jak za pomocą drewnianej łyżki do mieszania powideł zbliżyć do siebie ludzi, kraje i kontynenty, by mogli cieszyć się jedną melodią i tęczą kolorowych motyli na tle nieba. A to wszystko po to, by zbudzić małego Leona zawiniętego szczelnie w kołdrę w niebieskie kwiatki... polecamy PATRONI: Książki dostępne w księgarniach, Znajdź nas na Facebooku: G+J Książki. na www.gjksiazki.pl i w sprzedaży wysyłkowej: tel. 22 360 37 77. Jury Ogólnopolskiej Nagrody im. Kornela Makuszyńskiego (pod prze- wodnictwem prof. Joanny Papuziń- skiej) przyznało statuetkę Kozioł- ka Matołka Renacie Piątkowskiej za „Wieloryba” (Literatura). Statuetka Pippi Langstrumpf dźwi- gającej swojego konia (czyli główne trofeum organizowanego przez Fun- dację ABC XXI konkursu literackie- go im. Astrid Lindgren) trafiła w  rę- ce Marcina Szczygielskiego w uznaniu jego (przygotowywanej do druku) po- wieści „Arka czasu”. W  Warszawie nagrodę Literacką m.st. Warszawy 2013 w  kategorii „Li- teratura dziecięca – tekst i  ilustracje” otrzymali Dorota Sidor za tekst oraz Aleksandra i Daniel Mizielińscy za opra- cowanie graficzne do książki „Gdzie jest wydra? – czyli śledztwo w Wilanowie” (Wydawnictwo Dwie Siostry). I wreszcie nagroda Empiku Przeci- nek i Kropka, której laureatką za 2013 rok została „Niebieska Niedźwiedzica” Joanny M. Chmielewskiej z ilustracjami Jony Jung (Bajka). Appsy Cyfrowa rewolucja i moda na aplikacje książkowe do urządzeń mobilnych (czy- li tzw. appsy) cały czas nie może do nas dotrzeć. Można tylko powtórzyć te sa- me wyjaśnienia – niewielka liczba iPa- dów w rękach polskich dzieci oraz ocze- kiwanie, że „appsy” winny być tanie – paraliżują rozwój tej dziedziny ryn- ku wydawniczego w Polsce. Jakkolwiek, z  drugiej strony faktem jest, że coraz więcej firm próbuje swoich sił na tym polu. Trudno wyrokować jednak o wy- nikach tych prób. Być może jakąś wska- zówka byłby fakt, że Facebookowy pro- fil Egmontu dedykowany ich aplikacjom polubiło przez pięć miesięcy zaledwie 60 osób. Inna sprawa, że oferta tego wy- dawcy wygląda obecnie raczej na testo- wą. Warto jednak zwrócić w niej uwa- gę już teraz na ambitniejszą próbę w po- staci aplikacji „Basia i słodycze” opartej na książce duetu Zofia Stanecka (tekst), Marianna Oklejak (ilustracje). Sko- ro mowa o ambitniejszych produktach, wspomnieć należy działania Fundacji Festina Lente – aplikacja „Dziad i  ba- ba” przygotowana na podstawie klasy- ka Kraszewskiego może zadowolić naj- bardziej wyrafinowane gusta estetyczne. Co słychać u wydawców? Subiektywny (i ograniczony brakiem informacji) wybór Dość trudno powiedzieć co słychać… W czasach kryzysu na rynku „twarde” dane udostępniane są raczej niechęt- nie, mało kto chce się chwalić spadka- mi sprzedaży czy liczby opublikowa- nych tytułów/egzemplarzy. Z pewnością nie ma się czego wsty- dzić Media Rodzina! Poznańskie wy- dawnictwo uczciło swoje dwudziesto- lecie sprzedażą 230 tysięcy egzempla- rzy książek Suzanne Collins, publika- cją sensacyjnego nowego tłumaczenia „Pinokia” ilustrowanego przez słynne- go Roberto Innocentiego oraz konfe- rencją na temat swojego „steadysellera” pt. „Jak mówić, żeby dzieci nas słucha- ły, jak słuchać, żeby dzieci do nas mó- wiły” (jeden z pierwszych tytułów tego wydawnictwa, sprzedający się dobrze przez całe 20 lat). O sukcesie wydaw- nictwa wszystko mówią wyniki finan- sowe za 2012 rok: przychód ze sprze- daży książek sięgnął 13,76 mln zł, co daje 42,1 proc. wzrostu w stosunku do 2011 roku. Pozytywne wiadomości płyną tak- że ze Znaku: w  2012 roku wydawca  chwali się 28,6 proc. wzrostem w sto- sunku do 2011 roku. Jednak w poda- nym przez firmę zestawieniu bestsel- lerów, które ten wzrost uczyniły moż- liwym… brak jest tytułów dziecię- cych. Z jednej strony na listach najlepiej sprzedających się tytułów dziecięcych pojawiają się (jak wspomniano wyżej) tytuły krakowskiej oficyny: najnowszy „Mikołajek” i  „Bolek i  Lolek”, z  dru- giej jednak można mieć trochę wraże- nie, że katalog dziecięcy nie jest w Zna- ku przedmiotem tak wielkiej dumy jak w czasach „Nowych Przygód Mikołaj- ka” oraz szczytowej sprzedaży „Kosz- marnego Karolka”. Nasza Księgarnia nie może po- chwalić się tak pozytywnymi wynika- mi jak te z Media Rodziny czy Znaku; z  16,46  mln zł  przychodów ze sprze- daży książek w 2012 roku odnotowała spadek rzędu 8,1 proc. w stosunku do roku 2011. Najważniejszym wydarze- niem handlowym dla wydawcy w 2012 roku było powołanie wraz z  sześcio- ma innymi wydawnictwami Platformy Dystrybucyjnej Wydawnictw Sp. z o.o.  Najlepiej sprzedającymi się tytułami Naszej Księgarni w 2012 roku były po- wieści dla dorosłych Małgorzaty Gu- towskiej-Adamczyk: „Podróż do mia- sta świateł. Róża z Wolskich”, „Cukier- nia Pod Amorem. Zajezierscy”, wspo- mniana seria „nostalgiczna” „Poczy- taj mi, Mamo” (Księga pierwsza oraz Księga trzecia), powieść Jeffa Kinney- ’a „Dziennik cwaniaczka. Biała gorącz- ka”. Warto dostrzec, że wydawnictwo Nasz Księgarnia najbardziej chyba in- tensywnie spośród polskich oficyn dziecięcych inwestuje w rozwój i sprze- daż e-booków: w 2012 sprzedaż ta po Książki dla dzieci i młodzieży raz po raz pierwszy przekroczyła 100 tys. zł). Brak jest informacji na temat wyni- ków finansowych Egmontu pewne jed- nak jest, że długoletni lider naszej sce- ny dziecięcej szuka nowych kierun- ków rozwoju. Tezę taką potwierdza przede wszystkim pojawienie się pre- zentowanej wyżej serii „Czytam Sobie” (jak również staranność przyłożona do marketingowej oprawy tej serii). Wydawnictwo Olesiejuk – obec- ny lider sektora – także do chwili, kie- dy pisałem ten tekst nie podał swoich wyników finansowych, wydaje się jed- nak, że oferta firmy: konserwatywna w  swym wymiarze estetycznym, bar- dzo szeroka i tania, realizowana przez sprzedaż supermarketową sprawdza się cały czas. Nowe tytuły Disneya, sprze- daż przez własną platformę detaliczną mogły tylko tutaj pomóc! Łódzka Literatura konsekwentnie, od lat i ze sporymi sukcesami, pracu- je z polskimi autorami i ilustratorami. W ostatnim czasie polem szczególne- go zainteresowanie oficyny stał się ry- nek powieści dla starszych nastolat- ków. Wydawana przez Literaturę se- ria „Plus Minus 16”, cieszy się dużym powodzeniem. Nic dziwnego: udało się dla niej zebrać najlepszych polskich autorów piszących powieści obyczajo- we dla młodzieży i zdobyć nastoletnie- go czytelnika tematyką najbliższą jego codzienności. Od sierpnia 2011 roku wydawnic- two Wilga wchodzi w skład wydawni- czej części Grupy Empik (NFI EMF). W 2012 roku połączyło się z Wydaw- nictwem W.A.B. i  Wydawnictwem Buchmann, tworząc Grupę Wydawni- czą Foksal.  W  roku ubiegłym oficy- na wydała 391 tytułów, w tym 203 no- wości. Łącznie sprzedano 3,8 mln egz. W głównej mierze za pozytywne wy- niki finansowe Wilgi „odpowiedzial- ne” są tytuły o charakterze edukacyj- nym takie jak: „Zabawy edukacyjne dwulatka. Akademia Malucha”, „Ćwi- czenia dla dwulatka”, „Filemon” czy „Bałwanek” (książka z wykrojnikiem). Bardzo interesującą pozycją z katalo- gu Wilgi jest seria utworów z klasyki literatury dla dzieci opublikowanych w niezwykle ciekawych pod względem artystycznym edycjach („Alicja w Kra- inie Czarów”, „Pinokio”). Nie traci formy wydawnictwo Baj- ka: na swojej stronie internetowej chwali się coraz dłuższą listą nagród. Obrana od początku strategia łączenia wysmakowanej, na wysokim poziomie, ale nie straszącej awangardą ilustracji z  tekstami dobrych autorów, przyno- si cały czas pozytywne efekty. Nowo- ścią w działaniach oficyny (otwarciem na nową grupę czytelników?) jest pu- blikacja książki Marcina Szczygielskie- go „Czarownica piętro niżej”, bardzo dobrze przyjętej przez recenzentów, a skierowanej do 9-11 latków. Na mar- ginesie zauważyć trzeba, że twórczość tego autora przeznaczona dla dzieci i młodzieży rozwija się w coraz bardziej efektowny i interesujący sposób. Wydawnictwo Dwie Siostry wyszło już zaś chyba z grupy wydawnictw li- lipucich, choć estetyczne i ideologicz- ne korzenie ma zapuszczone w tę gru- pę głęboko. Jednakże tak rozmach działań, jak i wielkość katalogu zbliża „Siostry” do mainstreamu. Oprócz pu- blikacji „Księgi wszystkich rzeczy” na- leży gratulować oficynie współpracy z małżeństwem Mizielińskich owocu- jącej wieloma cennymi, nagradzanymi a przede wszystkim eksportowymi ty- tułami! Seria zaczynająca się na „D.O- .M.K.u” a kończąca się na tomie „M.O- .D.A”  jest w  tej mierze prawdziwym przebojem. Michał Zając k s i ą ż k i • b e z p ł a t n y d o d a t e k • m a j 2 0 1 3 5 Książki dla dzieci i młodzieży Rozmowa z Joanną Kulmową Harmonia poszła do lasu –  Jest pani poetką, pisze prozę, jest au- torką utworów scenicznych, reżyserką,  aktorką oraz autorką książek dla dzie- ci i młodzieży… Sporo tego. Ciekawa  jestem, w jakiej roli czuje się pani naj- lepiej? – Jeśli się przyznam, że najlepiej się czuję gdy mówię wiersze, to będzie trochę dziwne, ale ja wtedy jestem w swoim żywiole, bo właściwie mogę się w pełni wypowiedzieć. Moje wier- sze są jakby pisane do czytania, ponie- waż mają swoją melodię, jakiej wiersze współczesne nie mają i nie chcą mieć. A ja, jak piszę, to czuję tę falę melodii, i jak mówię, to nareszcie ona ze mnie wypływa. Lubię to wszystko robić, bo nic innego nie potrafię. –  I robi to pani świetnie! Słyszałam, że  oboje z panem Janem jesteście rodzica- mi chrzestnymi Sceny Kameralnej Fil- harmonii  Narodowej,  przemianowa- nej w 1966 roku na Warszawską Ope- rę Kameralną.  – Tak, założyliśmy ją w sporej grupie. Najpierw przyszedł do nas Stefan Sut- kowski i  zapytał Janka o  repertuar. Mówił, że chciałby założyć taką sce- nę, ale nie bardzo wie, jaki jej kształt nadać. Janek wtedy miał w TVP dużo pracy operowej. Wyciągał jakieś stare opery polskie i niepolskie i robił z nich bardzo oryginalne przedstawienia. Po- wiedział: „Wiesz co Stefan, to ja ci dam trochę tego i zrobimy do spółki”. –  A  który  z  kompozytorów  klasycz- nych jest bliski pani sercu? – Zaczęłam moje miłości muzyczne od Mozarta, ale „on” jeszcze wtedy powie- dział mi: „jestem lekki, a weźże sobie kogoś cięższego”. Przez Mozarta, przez Haydna i Haendla, przez Schuberta do- szłam do Beethovena. Na Beethove- nie moja miłość się zatrzymała. Muzy- ki współczesnej nie trawię. Uważam, że jest to zabawa w robienie czegoś na od- wrót. Tak samo jest ze współczesną po- ezją i  ze współczesnym malarstwem. Za wszelką cenę zrobić tak, żeby było oryginalnie, niekonwencjonalnie. Mu- si być dodekafonia, musi być powykrę- canie wszystkich zasad muzycznych. A harmonia? Poszła do lasu! –  Należy pani do osób, które nie bo- ją się zadawać trudnych pytań. Myślę  o pani współpracy z opozycją i konse- kwencjach, jakie musiała pani ponieść.  i d w r e B a t a z r o g a M ł . t o f – Współpraca z  opozycją nie była ni- gdy poświęcana, nigdy nie była ofi- cjalna, tylko gdy gdzieś nasi przyja- ciele mieli kłopoty, to myśmy poma- gali. I cała ta Solidarność była bardzo biedna, więc postanowiliśmy za dar- mo robić różne przedstawienia, jeź- dziliśmy na msze, ja mówiłam psalmy, które wtedy przełożyłam dla Jana, bo Jan został organistą, ostatecznie, w ko- ściele, u nas na wsi. Został organistą, ponieważ nie mieliśmy z czego żyć, bo wszystkie zarobki literackie urwały się, jak nożem uciął. Jan poszedł do księ- dza i zdobył u niego etat (śmiech) księ- żowski. Tam robiliśmy także przed- stawienia; Jan muzykę, ja tekst. Zro- biliśmy najpierw „Jasełka”, a  potem to się rozrosło. Najlepsze były „Gorz- kie żale”. Wzięliśmy te cudowne me- lodie i teksty oryginalne, które zresztą przypisane są do Kościoła Św. Krzyża w  Warszawie. No i  potem zaczęliśmy jeździć z  tym towarzystwem, z  dzieć- mi. Musiałam się nauczyć „wysadzać” dzieci, ponieważ nigdy tego nie robi- łam (śmiech), nie mieliśmy dzieci tylko mnóstwo kotów. I były przygody prze- dziwne, bo jak na przykład Jan dla tych pociech wynajmował cały wagon sy- pialny, to wchodziła milicja, albo jacyś inni panowie i robili kontrolę i spraw- dzali, kogo on tu wiezie (śmiech), ale jak widzieli dzieci, to tracili cały ani- musz. –  Tworzycie państwo niezwykłą parę  z panem Janem… – Trafiło się nam, że się znaleźliśmy. Na zasadzie przyjaźni bliskiej małżeń- stwa się udają wszystkie. –  Myślę,  że  państwo  razem  „gracie  w jednej orkiestrze”… – Różnie bywa, bo jak małżeństwo się starzeje, to zaczyna mieć mnóstwo róż- nych pretensji; gdzie postawiłeś, po- łożyłeś książkę a  dlaczego nie śpisz? I rozmaite inne pretensje. Po 60. latach wspólnego pożycia można mieć takie pretensje, gorzej jak ludzie mają po roku pretensje do sie- bie o  byle bzdurę. Żona musi pamię- tać, że jest kobietą, więc musi ustąpić, co jest bardzo niemodne dzisiaj. Po- winnam już właściwie skończyć z  po- pularyzowaniem siebie, ale nawet jak ja słabnę i przestaję o sobie myśleć, co jest rzadkie, to myśli o  mnie Jan. To on mnie „wykopał w górę”, jeśli moż- na tak się wyrazić (śmiech), bo ja czę- sto się boję, wstydzę, mam kompleksy, nie mam ochoty, a on mówi: „musisz to zrobić, musisz tam iść, musisz publiko- wać, zrobię ci występ, musisz mieć ‘le- cie’ jakieś tam”, i tych „leci” było mnó- 6 k s i ą ż k i • b e z p ł a t n y d o d a t e k • m a j 2 0 1 3 Książki dla dzieci i młodzieży stwo, wszystkie własnym sumptem, po- nieważ nikt się o nas nie stara poza Jan- kiem. Jan sam rezygnuje z siebie, bar- dzo. Robił świetne rzeczy w  telewi- zji, miał wielkie nagrody, a potem na- gle powiedział – nie, nie chcę tego jar- marku próżności, będę pisał swoją pra- cę filozoficzną. I pojechaliśmy na wieś. Janek, bez którego nie byłoby żadnych publikacji, wymógł na mnie, żebym ze- brała wiersze ze „Stacji nigdy w życiu” – to jest pierwsza moja książka dla dzie- ci. Nie wiem, czy wiesz Małgosiu, ale… –  Znam tę kreskę… – „Stacja nigdy w życiu” jest ilustrowa- na przez Bohdana Butenkę. Ja wtedy Butenkę wprowadziłam w  świat. Sie- dział w Naszej Księgarni i był strasznie „deptany” przez starszych grafików, a mnie się spodobały te jego śmieszne rysuneczki, powiedziałam, że on musi ilustrować. Ja mu rysowałam plan, a on go rozrysowywał. Na każdej stronie jest Janek. Za każdym razem jest tro- chę inny (śmiech). I Butenko ilustrował tę książkę cztery lata bodajże. Książka „Wio Leokadio”, która była napisana potem, wyszła jako pierwsza, bo Boh- dan tak strasznie długo doglądał, że- by było dobre. Wyszła śmieszna książ- ka i nawet miała powodzenie. –  A  „Topografia  myślenia”?  To  nie- duża i jakże mądra książka. Wprowa- dza nas w pani świat, świat wrażliwej  dziewczynki, która zwracała uwagę na  lewą i prawą stronę. – Dla mnie książka powinna być roz- postarta na jakimś kręgosłupie. Naj- pierw trzeba wymyślić dla niej jakąś zasadniczą oś, szkielet, dopiero potem można pisać prozę. Tutaj szkieletem stała się lewa i  prawa strona. To dla mnie są najważniejsze strony, siedzą we mnie od wczesnego widzenia, słyszenia i smakowania. A druga sprawa to jest jazda po tych wszystkich smakach. Tu nie ma układu akcji. To się leje, dzię- ki temu że jest inny kręgosłup, to się przelewa po tym kręgosłupie. Widzia- łaś kiedyś jak jest zrobiony sękacz? –  Tak. – To właśnie ja w ten sposób piszę mo- ją prozę, jeżeli w ogóle piszę, rzadko to robię, bo jestem krótkodystansowcem, chcę pisać krótko, a nie długo… –  Czytając  „Topografię  myślenia”  wczuwałam  się  w  pani  emocje.  I  nie  ukrywam, że trudno było mi się ode- rwać  od  tej  książki.  Podzielenie  się  osobistymi smakami – jak pani mówi –  zmysłami powoduje, że czytelnik moc- niej może się z książką identyfikować. – A jak można pisać bez zmysłów? Tro- chę mnie to zawsze dziwi. Teraz każdy, kto ma umiejętność stawiania literek mówi, że pisze pamiętnik. No dobrze, ale Boże zlituj się, na czym on to opie- ra! I te opisywanie: „wszedłem do po- koju, nacisnąłem klamkę, klamka ugię- ła się pod moją ręką, drzwi się otwo- rzyły”. Na miłość Boską! Nie można pisać wszystkiego po kolei. Dzieci ma- ją za mało zmysłów w swoich książkach dziecięcych. A tu one są. To właśnie zmysły pobudzają od razu wyobraźnię i  tak właśnie odebrałam „Topografię myślenia”. –  Tak  sobie  myślę,  że  ta  książka  jest  dla  dorosłych,  ale  też  dla  dziecka  od  8 lat, do wspólnego czytania. – To mi nie przyszło do głowy. –  Chwilę  porozmawiajmy  o  poezji.  Pani  wiersze  są  zmienne  w  nastroju,  oprócz liryzmu i refleksji zawierają ele- menty dowcipu i groteski. Chętnie też  odwołują się do świata wyobraźni i hu- moru, np. wiersz „Pies i ogon”, bardzo  mi się podoba. – „Lepiej mieć zadrę w jaźni, niźli żyć bez ogona”. –  Tak, właśnie tak. Albo o nie fruwa- niu nie skrzydeł… – To już jest z innej topografii, że tak powiem. Siedzi to wszystko we mnie. Jakaż jestem pełna rozmaitych skłon- ności. To wszystko jest wzięte z życia i jest życiem przeżarte, i dlatego piszą się takie wiersze. Mój wiersz o Januszu Korczaku miał trzy części, z  których dwie są „do chrzanu”, tylko jedną kol- portuję. Chociaż ostatnio zrobiono mi fan klub (śmiech) i tam poszła właśnie jedna część „Wycieczki”, zupełnie inna, której ja nie chwalę. –  Są  też  wiersze  żartobliwe  i  bardzo  zabawne: „Lwi pazur”, „Igła”… – Taka jestem. To nie jest tak, że sia- dam i myślę, że dzisiaj napiszę zabaw- ne, albo dzisiaj napiszę poważne wier- sze… Wylewa się to ze mnie. –  Proszę opowiedzieć o „Milczeniu ja- jecznic”. To wiersz poświęcony Anto- niemu Słonimskiemu. – To było straszne, że wtedy w  ogóle zlekceważono wszelkie struktury poetyc- kie. A zaczął to Przyboś, którego teorii ja szczerze nie znoszę. Z którym rozma- wiałam zresztą. Dziwny to był człowiek, pewno strasznie zakompleksiony i chyba miłość do poezji zaczęła się mu od nie- chęci do innych poetów, którzy byli wiel- cy (śmiech). Wiele w nim było niechęci. Tak mi przykro powiedział o Tuwimie, że ja wolę tego nie pamiętać: „Nie jest takim kokietem jak Tuwim”. Tuwim nie był kokietem! Tuwim był świetnym po- etą! Teraz za mało się o nim mówi. –  Mamy  rok  Tuwima,  więc  może  nie  będzie  tak  źle.  A  dlaczego  ten  wiersz  poświęcony  jest  Antoniemu  Słonim- skiemu? – Dlatego, że właśnie Słonimskiego bolało to odrzucenie wszelkich rygo- rów, bolało go to, że poeci silą się pi- sać oryginalnie, a piszą „ble,ble”. „Po- rządni poeci” trzymają się zasad po- etyckich i  starają się coś powiedzieć. Wiersz piszą wtedy, gdy chcą prze- mówić do człowieka. I  mówią to ję- zykiem hermetycznym, w  sposób ta- ki, żeby człowiek słabo zrozumiał. Mi- łosz i  Szymborska pisali kiedyś wier- sze, które trzymały się tych wszystkich zasad struktury i w pewnym momen- cie powiedzieli sobie: „a nie, to ja pofi- gluję” i zaczęli zupełnie inaczej. Wtedy dopiero zaczęto mówić: „no tak, to jest współczesny poeta”. A „W Rzymie na Campo di Fiori…”? Przecież to jest cu- downy wiersz, ale zniknął sobie gdzieś w tym wszystkim, spokojny, grzeczny, zrytmizowany, zrymowany. Zniknęły pierwsze wiersze Szymborskiej. Jest ta- ki wiersz: „Imiona krzyczą z pociągu” piękny… Z Wisławą rozmawiałam, ale nigdy nie zapytałam, dlaczego tak zro- biła. Podobno taką poezję lepiej tłuma- czy się na inne języki. –  To  co  wydaje  się  troszkę  niezrozu- miałe,  ludziom  wydaje  się  nowocze- sne…  – Ale nie czytają tego! Przyszedł do nas Władysław Kopaliński, świętej pa- mięci, był z nami zaprzyjaźniony, czę- sto tu do nas zaglądał i  mówi: „Słu- chajcie, ja nie rozumiem, mnie się bar- dzo podobają niektóre wiersze Szym- borskiej, ale ja ich nie potrafię z pamię- ci powiedzieć, to jest nie do zapamię- tania. A  wiersz musi stać się własno- ścią człowieka, żeby on go z pamięci, z siebie wydobywał”. I tu się z nim zga- dzam. To chyba jest główna przyczyna słabego odbioru poezji w tej chwili. Po- ezja jest zadeptana, nie ma jej. Zadep- tana przez samych poetów, zaczęli tu- pać nogami i tym tupaniem zadeptali własną poezję. –  Kiedy pani zaczęła pisać wiersze? – Pisałam od dawna, od chwili, kiedy skończyłam pięć lat. Typowo, dziecięco. Wiersze stawały się coraz lepsze. Dzięki temu, że było tyle tego pisania, to zdaje się zrobiłam sobie całą skrzynkę rymów. I już nie muszę ich szukać. Ale żeby nie Jan, to ja bym prawdopodobnie nie wy- lazła poza pisanie do poduszek. Janek powiedział: „Ty się wygłupiasz, Piszesz wiersze i nigdzie ich nie drukujesz. Te- raz już zrobimy porządek. Zaprowadzę cię do jakiegoś wydawnictwa”. I nie za- prowadził, bo myśmy byli w  Zakopa- nem. Tuwim umarł tego dnia, napisa- łam o tym w poemaciku „Notatnik Za- kopiański”. Jan kazał mi posłać ten po- emacik do Wisławy Szymborskiej, która była wówczas kierownikiem działu po- ezji „Życia Literackiego”. Ona odpisała, nie pamiętam całego listu, ale było tam tak: „proszę jeszcze pisać, nie zamiesz- czę tego, ale ubawił mnie fragmencik: k s i ą ż k i • b e z p ł a t n y d o d a t e k • m a j 2 0 1 3 7 Książki dla dzieci i młodzieży warkoczyki cienkie jak mysie ogonki, Język w ruchu, żeby lepiej szło. Podłożyli pod pupkę dwa tomy Żeby palce dosięgły rameau…” A to kuzynka Janka grała na fortepia- nie. (śmiech) A w ogóle to skandal, pi- sarz, który opisuje ze swoich przeżyć rzeczywistość o  jakichś głupich spra- wach, że dziewczynka siedzi za ni- sko i w dodatku do rymu, i w dodatku z rytmem, i jeszcze pisze tam w tym sa- mym fragmenciku o  śmierci Tuwima. To trochę za dużo na raz dla współcze- snych poetów… –  Podobno przeczytała też pani Wisła- wie Szymborskiej inny swój wiersz… – To była króciutka fraszka o tym, że czas jest okrutny: „Oto czas, Od którego wszyscyśmy zależni Albowiem biegnąc Nas Używa jako bieżni…”. „O co chodzi?” – zapytała Wisława. Ja jej odpowiedziałam: „Czekaj no, nie- wyraźnie powiedziałam, to może wy- raźniej powtórzę”. I  jeszcze dwa ra- zy powiedziałam. A ona nadal: „Nie, nie rozumiem”. Myślę, że może ona nie była wrażliwa na tę krótką for- mę, że nie czuła, że to jest zmieszcze- nie w czterowierszu całej myśli… By- ła świetna poetką, ale zupełnie inne- go rodzaju. –  Spotkała pani Czesława Miłosza? – Nie wiem czy ja się spotkałam z Mi- łoszem, w każdym razie Miłosz się nie spotkał ze mną. Zostałam nagle nie- spodziewanie przewodniczącą war- szawskiego oddziału Stowarzysze- nia Pisarzy Polskich. Usiłowałam być bardzo czynna i wymyśliłam, że spro- szę tych największych, żeby mieli spo- tkanie autorskie. To był kłopot, bo kogo zaprosić jako wielkiego pisa- rza, żeby się inni nie obrazili. Wia- domo było, że się nie obrażą, gdy bę- dzie Miłosz i  Szymborska. Szymbor- ska nie chciała, powiedziała, że już nigdy nie będzie miała spotkania au- torskiego. No, tylko przyrzekła jednej osobie i jeszcze z tą osobą musi gdzieś być. Janek pyta: „A z kim?” Ona po- wiedziała: „Z Czesławem Miłoszem”. A Jan na to: „Aleś wpadła, właśnie on ma być”. Musiała ustąpić, przyjecha- ła. Gdy podpisywała książki wszyscy się na nią pchali, krzyczała do mnie: „Joanna ratuj, bo mnie zgniotą, ratuj bo mnie zgniotą”. Musiałam ludzi do- słownie łokciami odpędzać (śmiech). Byłyśmy w  dobrych stosunkach. Ale Miłosz w  ogóle nie wiedział, że to ja go sprowadziłam, że ja jestem. I w ogóle cały czas mnie nie dostrze- gał. Ale w ostatnim roku jego życia je- go bratowa, która jest naszą sąsiad- ką, powierzyła mi klucze od mieszka- nia żebym nakarmiła jej koty. Poszłam o właściwej godzinie, dobieram się do zamków, dobieram i nic. Cztery klu- cze pasują, piąty nie chce się przekrę- cić. Myślę sobie – o Boże, przecież ko- ty umrą z  głodu. Miałam telefon do Miłosza w  Krakowie, zadzwoniłam. Miłosz zapytał, kto dzwoni. Jego bra- towa powiedziała, że to ta osoba, któ- ra sprowadzała cię na spotkanie z Wi- sławą. Miłosz dopytywał się: „A  co ona robi?”. Bratowa mówi: „Jest po- etką”. „A  jak się nazywa?” dopytuje się Miłosz. „Kulmowa” – słyszy w od- powiedzi. I  nagle, gdy już dochodzi godzina wigilijna, telefon. „Pani po- znaje kto mówi?” – Ja na to: „Chyba tak, pana głos jest znany”. „Tutaj mó- wi Czesław Milosz. Pani jest tą osobą, która napisała te trzy wiersze zamiesz- czone w  ‘Tygodniku Powszechnym’? Bardzo dobre wiersze, bardzo dobre wiersze” – trzy razy powtórzył. Od- powiedziałam: „Zrobił mi pan wielki prezent gwiazdkowy, nigdy nie myśla- łam, że będę miała taką miłą niespo- dziankę w samą wigilię”. Na tym się skończyła nasza znajomość, tak jak się zaczęła, ale ja nigdy nie słyszałam tyle zdumienia w czyimś głosie. Ale muszę powiedzieć, że przyjemność była du- ża. Ktoś mnie nie widzi, nie zauważa, a  potem mówi aż taki komplement, a w dodatku się nazywa Czesław Mi- łosz. To jest frajda. –  Czy pisała pani piosenki?  – Moją najpiękniejszą piosenkę za- śpiewała Anna German. Wymienia- ją jej wszystkie piosenki, a mojej nikt nie reklamuje, a ona mówiła, że bar- dzo ją kocha. I, że jej mąż podobno oświadczył się o tę piosenkę. „Kiedy wszystko zgaśnie” to jedyny erotyk, jaki w  swoim życiu napisałam. Mu- zykę skomponowała Katarzyna Gart- ner, a German to cudownie, tym swo- im jasnym, ale i płaczliwym leciuteń- ko głosem zaśpiewała. Człowiek ma pewne marzenia w dzieciństwie, wy- daje mu się, że musi być wielki, sław- ny i znany, potem to się zaczyna reali- zować, albo nie. U mnie się nie reali- zowało, przez długie lata mnie nie by- ło, teraz nagle wyskoczyłam, już jest za późno właściwie. Jest za późno że- bym ja umiała to docenić, mnie to ra- czej śmieszy jak się robię taka strasz- nie ważna. Nie jestem ważna i  nie chcę nic więcej, wystarczy. –  Warto jednak mówić o pani poezji. – Chciałabym żeby do dzieci i  mło- dzieży trafił dobry tekst, wiersz, któ- ry ma melodię, ma rytm. Dzieci lubią wiersze, lubią mówić wiersze. Dobre wiersze. Chodzi też o to, żeby wiersz miał taki rytm, żeby nie łakomili się na niego muzycy, bo jak muzyk zaczy- na dorabiać swoją melodię, to właści- wie oznacza to podłą jakość wiersza, jeżeli mu nie wystarcza bycie wierszem. Mnie się to zdarzyło parę razy, ale nie jestem wtedy szczęśliwa. „Lubię – powiada – smutek mój dobrze mi z sobą, bom ja słowiański, coś z tych odwiecznych – powiada – drański – dram. Idzie ulicą, idzie ulicą sam. Choćby ze światem było Bóg wi co idę ulicą, idę ulicą sam”. –  W  wierszach  dla  dzieci  łączy  pani  humor i głęboki liryzm. – Co ja mam na ten temat powiedzieć? To po prostu jestem ja. –  Stosuje  pani  eksperymenty  słow- ne, odwołuje się pani do dziecięcych  przeżyć i wyobraźni. Ma pani chyba  w sobie cały czas takie dziecko, praw- da? – Właśnie mi to uświadomiłaś, bo nie wiedziałam (śmiech). –  Tak? – Profesor Miodek ostatnio się bardzo ładnie wyrażał o tym, co ja piszę, „że ja tak sobie dobrze dłubię w polszczyź- nie”. To jest dla własnej przyjemności. U diabła, wiersze się pisze dla własnej przyjemności. Człowiekowi coś zaśpie- wa, zagra w duszy, to musi to wyrazić, najlepiej jak umie, jakby chciał. –  Jakie swoje książki lubi pani najbar- dziej? – Na pewno „Wio Leokadio” i  „To- pografię myślenia”. Jeszcze napisałam jedną książkę, której w  ogóle nigdzie nie ma, nie będzie i prawie jej nie by- ło. To była powieść. Iskry zamówi- ły u mnie powieść dla młodych dziew- cząt. Powieść jest o dziewczynce, to się nazywa „Trzy”, bo tam są trzy jej oso- bowości. Jak to zaniosłam do Iskier, to usłyszałam: „No dobrze, ale to nie jest dla nastolatków, to jest dla dorosłych, no ale skoro jest to wydajemy”. I wtedy się zaczął Marzec’68… I  strasznie się denerwowali fragmentami, ponieważ to jest napisana monografia strachu. Krzyczą holokaust, holokaust. A to jest inaczej powiedziane, ani razu nie było słowa na „ż”…. –  Zrobiła pani i robi wielką literaturę  dla dzieci: dojrzałą, mądrą… – Nie dla dzieci, dla ludzi. –  Ale dziecko jest „ludziem”. – Twierdzę, że w ogóle jest mądrzejsze. Do pięciu lat to ono jest znacznie mą- drzejsze od dorosłego, bo zadaje pyta- nia, a nam się wydaje, że wszystko wie- my. My nie wiemy niczego. RoZMawiała MałgoRZata j. BeRwid 8 k s i ą ż k i • b e z p ł a t n y d o d a t e k • m a j 2 0 1 3
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Magazyn Literacki KSIĄŻKI - dodatek Książki dla dzieci i młodzieży
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: