Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00338 007721 11223401 na godz. na dobę w sumie
Malec. Część pierwsza - ebook/pdf
Malec. Część pierwsza - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Jamakasz Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-64701-09-2 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dla dzieci i młodzieży >> młodzieżowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Rok 1875, w Irlandii. Malec, porzucone dziecko, jak wiele o tamtych czasach, najpierw jest wyzyskiwane przez osobnika poruszającego marionetkami. Współczujący ludzie następnie umieszczają go w szkole dla dzieci odrzuconych, gdzie żyje mu się niewiele lepiej. Przeżywa dzięki Gripowi, młodzieńcowi, który wziął go pod swoją opiekę. Kiedy szkołę niszczy pożar, młoda ekstrawagancka komediantka zabiera go ze sobą, ale po pewnym czasie rozpieszczania, nagle się go pozbywa. Wzruszona nędznym życiem dzieciaka, adoptuje go rodzina Mac Carthych. Tam Malec spędza w towarzystwie cztery szczęśliwe lata.

Seria wydawnicza Wydawnictwa JAMAKASZ „Biblioteka Andrzeja” zawiera obecnie już 24 powieści Juliusza Verne’a i każdym miesiącem się rozrasta. Publikowane są w niej tłumaczenia utworów dotąd niewydanych, bądź takich, których przekład pochodzący z XIX lub XX wieku był niekompletny. Powoli wprowadzane są także utwory należące do kanonu twórczości wielkiego Francuza. Wszystkie wydania są nowymi tłumaczeniami i zostały wzbogacone o komplet ilustracji pochodzących z XIX-wiecznych wydań francuskich oraz o mnóstwo przypisów. Patronem serii jest Polskie Towarzystwo Juliusza Verne’a.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Okładka Strona tytułowa Juliusz Verne Malec Część pierwsza Przełożył i przypisami opatrzył Andrzej Zydorczak Strona redakcyjna Siódma publikacja elektroniczna wydawnictwa JAMAKASZ Tytuł oryginału francuskiego: P’tit Bonhomme © Copyright for the Polish translation by Andrzej Zydorczak, 2011 86 ilustracji i mapka: Léon Benett (zaczerpnięte z XIX-wiecznego wydania francuskiego) Redakcja: Marzena Kwietniewska-Talarczyk Korekta: Krzysztof Czubaszek, Marzena Kwietniewska-Talarczyk Skład: Andrzej Zydorczak Konwersja do formatów cyfrowych: Mateusz Nizianty Patron serii „Biblioteka Andrzeja”: Polskie Towarzystwo Juliusza Verne’a  Wydanie I  © Wydawca: JAMAKASZ Ruda Śląska 2014 ISBN 978-83-64701-08-5 (całość) ISBN 978-83-64701-09-2 (część pierwsza) Wstęp Po wielu obietnicach, w końcu oddaję do rąk Czytelników kolejny tom Biblioteki Andrzeja, w której publikuję nieznane i słabo wcześniej przetłumaczone utwory Juliusza Verne’a. Dwutomowa powieść Ma- lec, należąca do cyklu Niezwykłe podróże, po raz pierwszy ukazała się we Francji w roku 1893, najpierw, w styczniu, w „Magazynie Wiedzy i Rozrywki”, a następnie, w listopadzie, w formie książki z 86 ilustracjami Léona Benetta. To właśnie wydanie stało się podstawą obecnego tłumaczenia na język polski. Z tej książki zaczerpnięto też wszystkie ilustracje zamieszczone w tymże wydaniu. Powieść Malec już raz ukazała się w Bibliotece Andrzeja, nosząc numer 25. Okazało się jednak, że użyta czcionka (Garamond) nie sprawdziła się w druku cyfrowym (była zbyt delikatna i przez to niezbyt wyraź- na). Wielu wytrawnych Czytelników zwróciło mi na to uwagę i dlatego zadecydowałem, że ukaże się drugie wydanie, dodatkowo poprawione o zauważone usterki. Dołożono także jedną ilustrację na stronie przedty- tułowej. Poza tym, jak wiadomo, od tomu 32. zmienił się wydawca serii Biblioteka Andrzeja. Została nim jed- noosobowa firma JAMAKASZ, którą założyłem w celu wydawania wspomnianej serii, a także drugiej, czyli Biblioteka Andrzeja – Szlakiem Przygody. Wydawanie książek z tej serii, w której będą prezentowane utwory pisarzy francuskich z XIX wieku, takich jak: Louis Boussenard, Gustave Aimard, Adoulphe Galopin, Michel Zévaco czy Aleksander Dumas (ojciec), rozpocznie się w 2014 roku. Książka należąca do cyklu Niezwykłe podróże musi opowiadać o podróży, i tak w istocie jest. W tym wypadku towarzyszymy małemu chłopcu, sierocie, zwyczajnie zwanemu „Malcem”, w podróży dookoła Ir- landii. Razem z nim wzrastamy, uczestniczymy w jego trudnym życiu, od dwuletniego berbecia do piętna- stoletniego „handlowca całą gębą”, obserwujemy jego wytrwałość i upór w dążeniu do wytkniętych celów, dostrzegamy jego szlachetność i dobre serce. W twórczości Verne’a, znanego głównie z powieści fantastycz- nonaukowych, jest to książka na tyle nietypowa, iż Czytelnik może pomyśleć, że to jedna z powieści Karola Dickensa. I niewiele się pomyli, utwór ten bowiem został napisany w hołdzie wielkiemu angielskiemu pisa- rzowi, o którym Verne w wywiadzie, jaki przeprowadził z nim Robert H. Sherard, powiedział: uwielbiam go niezmiernie i w mojej przyszłej powieści pt. „P’tit bonhomme” daję tego dowód i przyznaję się, że jestem jego dłużnikiem. Życzymy przyjemnej lektury! Andrzej Zydorczak Część pierwsza Pierwsze kroki W głębi prowincji Connaught1 Irlandia, której powierzchnia wynosi dwadzieścia milionów akrów2, czyli około dziesięciu milionów hektarów, jest zarządzana przez wicekróla albo lorda namiestnika, wspomaganego przez przyboczną Radę, na mocy delegacji władcy Wielkiej Brytanii. Kraj ten dzieli się na cztery prowincje3: Leinster4 na wschodzie, Munster5 na południu, Connaught na zachodzie i Ulster6 na północy. Historycy twierdzą, że Zjednoczone Królestwo7 tworzyło niegdyś jedną wyspę. Teraz są dwie i to bar- dziej rozdzielone niezgodnościami moralnymi niż naturalnymi barierami. Irlandczycy, przyjaciele Francu- zów, od zawsze byli wrogami Anglików. Irlandia jest wspaniałą krainą dla turystów, ale mizernym krajem dla jej mieszkańców. Oni nie są w stanie sprawić, aby wydawała plony, ona nie jest zdolna ich wyżywić – zwłaszcza w swej północnej części. Nie jest to jednakże ziemia jałowa, skoro jej dzieci liczą się w milionach. I chociaż ta matka nie ma mleka dla swoich dzieci, to mimo to kochają ją bardzo żarliwie. Nie skąpią jej też najmilszych, najbardziej słodkich nazw, których często używają w stosunku do niej: „Zielone Źdźbło” – i rzeczywiście jest pokryta zieloną roślinnością, „Piękny Szmaragd” – szmaragd oprawiony nie w złoto, lecz w granit, „Wyspa Drzew” – lecz bardziej jeszcze skał, „Ziemia Pieśni” – choć pieśń ta wydobywa się jedynie z chorowitych ust… To także „Pierwszy Kwiat Ziemi” czy „Pierwszy Kwiat Morza” – choć kwiaty te szybko więdną pod wpływem uderzeń burz i huraganów. Biedna Irlandia! Jej nazwa powinna raczej brzmieć „Wyspa Nędzy” – a nazwę tę powinna nosić od wielu wieków, gdyż trzy miliony mieszkańców spośród ośmiu to nędzarze. W tej Irlandii, położonej na wysokości sześćdziesięciu pięciu sążni8 nad poziomem morza, dwa pasma wzniesień zdecydowanie oddzielają niziny, jeziora i torfowiska pomiędzy Zatoką Dublińską a zatoką Galway. Wyspa tworzy jakby miednicę – miednicę, w której nie brakuje wody, ponieważ powierzchnia jezior Zielonej Erin9 wynosi około dwóch tysięcy trzystu kilometrów kwadratowych. Westport, małe miasteczko w prowincji Connaught, jest położone w głębi zatoki Clew, usianej trzystu pięćdziesięcioma pięcioma wyspami i wysepkami, podobnie jak Morbihan na wybrzeżach Bretanii. Zatoka ta, ze swoimi przylądkami i cyplami ułożonymi jak zęby rekina gryzące fale otwartego morza, jest jedną z najpiękniejszych na wybrzeżu. Właśnie w Westport spotykamy Malca, gdy zaczyna się jego przygoda. Później zobaczymy, gdzie, kiedy Rozdział I i jak się ona zakończy. Ludność tej mieściny – w sumie około pięciu tysięcy mieszkańców – jest w większej części katolicka. Tego dnia, dokładnie w niedzielę 17 czerwca 1875 roku, przeważająca jej liczba udała się do kościoła na po- ranną mszę. Connaught, ziemia rodzinna Mac-Mahona10, zamieszkana jest przez Irlandczyków, potomków starych rodów, które przetrwały mimo licznych prześladowań. Ale jest to kraina uboga, choć nie odzwiercie- dla sensu powiedzenia, że udać się do Connaught, to znaczy pójść do piekła. Można być biedakiem żyjącym w miastach górnej Irlandii, a jednak jeśli nosi się łachmany na co dzień, jeśli nosi się łachmany nawet w dni świąteczne, to są to ubiory ozdobione falbanami i piórami. Ludzie wkła- dają to, co mają najmniej dziurawego: mężczyźni noszą połatane płaszcze, u dołu obszyte frędzlami; kobiety nakładają jedna na drugą spódnice zakupione w kramiku handlarza starociami, ozdabiają głowy kapelusza- mi ze sztucznymi kwiatami, z których pozostała jedynie żelazna oprawka. Wszyscy mieszkańcy przybyli boso aż pod próg kościoła, aby nie zużywać swego obuwia – bucików Connaught – angielska nazwa historycznej prowincji Connachta. 1 Akr – jednostka powierzchni ziemi w rolnictwie krajów anglosaskich (4046,9 m2). 2 Obecny podział obejmuje 26 hrabstw i cztery miasta wydzielone. 3 Leinster – angielska nazwa historycznej prowincji Laighin. 4 Munster – angielska nazwa historycznej prowincji an Mhumha. 5 Ulster – angielska nazwa historycznej prowincji Ulaidh. 6 Zjednoczone Królestwo – właśc. Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii, istniejące w latach 1801-1922. 7 Sążeń – miara długości równająca się długości rozstawionych ramion, także miara używana przy pomiarach głębokości wód; we 8 Francji rozróżniało się sążeń (toise) jako miarę długości, wynoszącą 1,95 m, oraz sążeń morski, nazywany brasse, równający się 1,63 m; sążeń angielski (fathom) wynosi 1,83 m; za pomocą tych dwóch miar określano głębokość wód; Verne użył w tym miejscu wyrazu toise. 9 10 1873-1879. Erin – starożytna nazwa Irlandii. Edmé Patrice Maurice de Mac-Mahon (1808-1893) – francuski marszałek pochodzenia irlandzkiego, prezydent Francji w latach zdartych aż do podeszew, butów rozdartych na przyszwach – bez którego, przez przyzwoitość, żaden nie śmiał przekroczyć przedsionka świątyni. W tym czasie na ulicach Westport nie było widać nikogo, jeżeli nie liczyć pewnego osobnika, który popychał wózek ciągnięty przez wielkiego, chudego psa, ceglasto-czarnego wyżła, o łapach zdartych na ka- mieniach i sierści zniszczonej przez uprząż. – Królewskie marionetki… marionetki! – wrzeszczał na cały głos ów człowiek. Kuglarz11 ten przybył tu z Castlebar, głównego miasta hrabstwa Mayo. Kierując się na zachód, przedo- stał się przez przełęcz we wzniesieniach stawiających czoła morzu, jak większość gór w Irlandii: na północy łańcuch Nephin ze szczytem wznoszącym się na dwa tysiące pięćset stóp12, a na południu Croagh Patrick13, gdzie wielki święty irlandzki14, który w V wieku wprowadził chrześcijaństwo, spędził, poszcząc, czterdzieści dni. Następnie zszedł stromymi ścieżkami na równinę Connemara i doszedł do dzikich okolic jezior Mask i Corrib15, ciągnących się aż do zatoki Clew. Nie skorzystał z kolei żelaznej Midland Great Western, którą można dotrzeć z Westport do Dublina. Nie załadował swoich bagaży do żadnego z dyliżansów, carts16 czy innych pojazdów, które przemierzają ten kraj. Podróżował jak wędrowny aktor, obwieszczając wszędzie swo- im donośnym głosem o spektaklu marionetek, podkreślając to od czasu do czasu gwałtownym uderzeniem batem wielkiego psa, kiedy ten przestawał ciągnąć. Tym razom zadawanym silną ręką odpowiadało wściekłe, pełne bólu szczekanie, a niekiedy z wnętrza wózka dało się słyszeć coś jakby przeciągły jęk. A kiedy ów człowiek wydzierał się na psa: – Będziesz ciągnął, ty sukinsynu!? – wydawało się, że zwraca się też do tego drugiego, ukrytego w skrzyni swego pojazdu, gdyż krzyczał jeszcze: – Zamkniesz się, ty psi synu!? Wtedy jęk ustawał i wózek powoli toczył się dalej. Mężczyzna nazywał się Thornpipe. Z jakiego kraju pochodził? Mniejsza z tym. Wystarczy wiedzieć, że był to jeden z tych Anglosasów, którzy na Wyspach Brytyjskich wywodzą się z niższych klas społeczeństwa. Thornpipe posiadał zaledwie tyle wrażliwości co dzikie zwierzę, a serce miał z kamienia. Kiedy tylko dotarł do pierwszych zabudowań Westport, skierował się ku głównej ulicy, przy której znaj- dowały się porządne domy i sklepy z okazałymi szyldami – tam jednak nie można było wiele zarobić. Od tej ulicy odchodziły brudne uliczki, wyglądające jak błotniste strumienie wpadające do rzeki toczącej czyste wody. Na ostrych kamieniach, którymi były wybrukowane, wózek Thornpipe’a trzeszczał i podskakiwał, niewątpliwie ze szkodą dla przewożonych w nim marionetek, mających zabawiać ludność Connaught. – Królewskie marionetki…! Marionetki! Nikt nie wyszedł ze sklepów, żadna głowa nie wychyliła się z któregokolwiek okna. Tu i ówdzie w przyle- głych uliczkach pokazało się kilka istot w łachmanach, spod których wyzierały mizerne i wygłodniałe twarze o zaczerwienionych oczach, osadzonych głęboko jak okienka piwniczne, przez które widać tylko pustkę. Następnie pojawiło się kilkoro prawie nagich dzieci i pięciu czy sześciu uliczników, którzy odważyli zbliżyć się do wózka Thornpipe’a, gdy ten zatrzymał się na głównej alei. Wszystkie dzieciaki krzyczały: – Copper… copper! Copper to miedziana moneta, drobniejsza część pensa18, o bardzo znikomej wartości. Do kogo wołały te dzieciaki? Do człowieka, który bardziej miał ochotę prosić o jałmużnę, niż na nią zarobić! Dlatego też powi- 11 12 13 14 15 16 17 18 Kuglarz – dawniej: wędrowny aktor, osoba kierująca ruchami marionetek. Stopa – jednostka długości używana w krajach anglosaskich, równa 0,3048 m. Croagh Patrick – odosobniona stożkowata góra wznosząca się na 765 m n.p.m., miejsce corocznych pielgrzymek. Chodzi o św. Patryka (IV/V w.) – biskupa, misjonarza i patrona Irlandii. Corrib – u Verne’a: Corril. Cart (ang.) – wóz, furmanka. Landlord (ang.) – ziemianin, dziedzic. Pens – drobna moneta brytyjska, do 1971 roku 1/240 funta szterlinga; obecnie 1/100. Ponieważ publiczność nadal się nie pojawiała, Thornpipe szedł dalej przed siebie, aż dotarł do szerokiej alei otoczonej podwójnym rzędem wiązów. Po jednej stronie tej alei rozciągał się park, którego wysypane piaskiem alejki, starannie utrzymane, prowadziły aż do portu, otwartego na zatokę Clew. Nie trzeba chyba mówić, że miasto, port, park, ulice, rzeka, mosty, kościoły, domy i rudery, wszystko to należało do jednego z bogatych landlordów17 – którzy są właścicielami prawie całej ziemi Irlandii – do mar- kiza Sligo, wywodzącego się ze starej szlachty irlandzkiej, który nie był wcale złym panem, biorąc pod uwagę jego stosunek do dzierżawców. Uszedłszy ze dwadzieścia kroków, Thornpipe zatrzymał wózek, rozejrzał się dookoła i głosem przypomi- nającym skrzypienie źle naoliwionego mechanizmu zawołał: tał malców groźnymi wymachami rąk i nóg oraz wściekłym spojrzeniem, a oni trzymali się przezornie poza zasięgiem jego bata, a tym bardziej z dala od kłów psa, prawdziwie dzikiego zwierzęcia, doprowadzonego zapewne do tego „stanu dzikości” złym traktowaniem przez właściciela. Thornpipe był wściekły także z innego powodu. Jego nawoływania nie przynosiły efektu. Ludzie nie gromadzili się przy jego królewskich lalkach. Paddy – określenie oznaczające Irlandczyka, tak samo jak John Bull oznacza Anglika – nie okazywał żadnej ciekawości. Nie wynikało to wcale z nieprzychylności dla dostoj- nej rodziny królewskiej. Nie! W wyniku wielowiekowego ucisku on nie kochał – on nienawidził z całych sił dziedziców, którzy uważali go za istotę stojącą jeszcze niżej niż byli niewolnicy w Rosji. A jeśli przyklaskiwał O’Connellowi19, to dlatego, że podtrzymał on prawa Irlandii przyznane jej w akcie zjednoczenia się trzech królestw z 1801 roku20, że później energia, upór oraz polityczna odwaga tego męża stanu doprowadziła w roku 1829 do uchwalenia Aktu Emancypacji Katolików21, że dzięki jego niezłomnej postawie Irlandia – kraj uzależniony od Anglii, jak ówczesna Polska uzależniona była od swoich zaborców – zwłaszcza Irlandia ka- tolicka, mogła wejść w okres quasi-wolności. Mamy więc prawo przypuszczać, że Thornpipe z pewnością zrobiłby lepiej, pokazując współrodakom O’Connella. Nie stanowiło to jednak podstawy do pogardzania wizerunkiem Jej Królewskiej Mości. Prawdę mówiąc, Paddy wolał – i to o wiele bardziej – portret swojej władczyni pod postacią sztuk bitych monet: funtów, koron, półkoron, szylingów22. Właśnie takiego portretu, bitego w mennicy brytyjskiej, na ogół brakowało w kieszeniach Irlandczyków. Ponieważ żaden poważny obywatel nie pojawił się na powtórne zawołanie obcego, wózek, ciągnięty z wielkim trudem przez wychudłego psa, potoczył się dalej. Thornpipe szedł alejkami biegnącymi wzdłuż drogi, w cieniu rozłożystych wiązów. Nikogo tu nie było. Nawet dzieci w końcu go opuściły. Wreszcie dotarł do parku, poprzecinanego wysypanymi piaskiem ścież- kami, które markiz Sligo przeznaczył do ruchu publicznego, aby uzyskać dostęp do portu, leżącego ponad milę23 od miasta. – Królewskie marionetki…! Marionetki! Nikt nie odpowiedział. Jedynie ptaki, przelatując z drzewa na drzewo, wydawały ostre okrzyki. Park był tak samo opustoszały jak aleja. Dlaczego właśnie w niedzielę, w porze mszy świętej, przybył zaprosić kato- lików na przedstawienie? Doprawdy można było pomyśleć, że Thornpipe nie znał tego kraju. Być może po południu, pomiędzy sumą a nieszporami, jego próby odniosłyby lepszy rezultat? W każdym razie nic mu nie przeszkadzało, aby ruszyć w stronę portu. I tak właśnie zrobił, przeklinając, w braku świętego Patryka, na wszystkie diabły Irlandii. Port ten, położony w głębi zatoki Clew, oblewany z jednej strony przez rzekę, był mało uczęszczany, chociaż bardzo rozległy i świetnie chroniony przez wysokie wybrzeże morskie. Jeśli nawet pojawiało się w nim kilka okrętów, to tylko przy okazji, kiedy Wielka Brytania, to znaczy Anglia i Szkocja, przysyłała do tego jałowego regionu Connaught produkty, które jej zbywały, pochodzące z jej własnych ziem. Irlandia była dzieckiem jedzącym z dwóch piersi, ale mamki kazały sobie słono płacić za mleko. Kilku majtków, paląc, spacerowało po nabrzeżu, ponieważ w tym świątecznym dniu, co rozumie się samo przez się, zawieszono wyładunek statków. Daniel O’Connell (1775-1847) – irlandzki przywódca narodowy, zwany Wyzwolicielem; prawnik, wybitny mówca, walczył o 1801 roku – u Verne’a: 1806 roku. Akt Emancypacji Katolików (ang. Catholic Emancipation Act) – ustawa wydana przez parlament, na mocy której katolicy w Irlan- 19 równouprawnienie katolików. 20 21 dii i Wielkiej Brytanii zyskiwali pełne prawa. 22 23 1 funt = 4 korony = 8 półkoron = 20 szylingów = 240 pensów. Mila – tu: mila angielska równa 1609 m, stosowana do wyrażania odległości na lądzie. Wiadomo, jak surowo pośród ludności anglosaskiej przestrzegane były zasady obowiązujące w niedzie- le. Protestanci wnieśli tu cały swój nieprzejednany purytanizm24, a w Irlandii katolicy rywalizują z nimi w rygorystycznym praktykowaniu wiary. Mimo to jest ich tu dwa i pół miliona, przeciwko pięciuset tysiącom zwolenników różnych odmian religii anglikańskiej. Zresztą nie spotykało się w Westport żadnych statków z innych krajów. Brygi, szkunery lub kutry25, kilka rybackich barek, które poławiały u wejścia do zatoki przy niskim stanie wody, stały z opuszczonymi żaglami. Statki te, przybywszy z zachodniego wybrzeża Szkocji z ładunkiem zboża, którego najbardziej brakuje w Connaught, po wyładowaniu towaru miały opuścić port obciążone jedynie balastem. Aby zobaczyć statki dalekomorskie, należało się udać do Dublina, Londonderry, Belfastu czy Cork, gdzie zawijają statki tran- satlantyckie, udające się do Liverpoolu czy też Londynu. Oczywiście Thornpipe nie spodziewał się znaleźć żadnych szylingów w głębi kieszeni tych pozostających bez zajęcia marynarzy, a jego okrzyki nie spotkałyby się z żadnym odzewem nawet na nabrzeżach porto- wych. Dlatego też postanowił zatrzymać na chwilę swój wózek. Padający ze zmęczenia, wygłodzony pies rozciągnął się na piasku. Thornpipe wyciągnął z torby kawałek chleba, ziemniaki i solonego śledzia, po czym zaczął jeść jak człowiek, który spożywa pierwszy posiłek po długiej podróży. Wyżeł spoglądał na niego, kłapiąc szczękami, spomiędzy których wysuwał się gorący język. Wydaje się jednak, że nie była to jeszcze pora jego posiłku, gdyż po chwili położył głowę między przednimi łapami i zamknął ślepia. Lekki odgłos, jaki dobył się ze skrzyni wózka, wyrwał Thornpipe’a z apatii. Podniósł się i rozglądał się, czy nikt go nie obserwuje. Dopiero wówczas, podnosząc matę przykrywającą pudło z marionetkami, wsunął pod nią kawałek chleba i odezwał się ostrym głosem: – Jeśli nie zamilkniesz…! Odpowiedział mu jedynie odgłos żarłocznego przeżuwania, jakby w tej skrzyni zaszyło się jakieś zwie- rzę, wyraźnie umierające z głodu. Thornpipe powrócił do swego posiłku. Wkrótce spożył śledzia i wszystkie ziemniaki, ugotowane razem ze śledziem dla dodania im smaku. Następnie podniósł do ust prostą manierkę pełną cierpkiej serwatki, będącej w tym kraju dość powszechnym napojem. Tymczasem dzwon kościoła w Westport rozbrzmiał z całą siłą, oznajmiając koniec nabożeństwa. Do południa brakowało pół godziny. Thornpipe uderzeniem bata poderwał psa i szybko skierował swój wózek ku alei, z nadzieją przycią- gnięcia kilku widzów spośród osób wychodzących po mszy z kościoła. Przez pół godziny, które pozostawało do obiadu, może znajdzie się jakaś sposobność do zarobku. Kuglarz zamierzał powtórzyć przedstawienie po nieszporach i dopiero następnego dnia udać się w drogę, aby pokazać swoje marionetki w jakimś innym miasteczku hrabstwa. W gruncie rzeczy pomysł nie był wcale taki zły. Z braku szylingów zadowoliłby się także miedziakami, a przynajmniej jego marionetki nie pracowałyby dla tego sławetnego króla pruskiego26, którego skąpstwo było tak wielkie, że nikt nigdy nie widział koloru jego pieniędzy. Nawoływania rozległy się na nowo: – Królewskie marionetki… marionetki! W ciągu dwóch, trzech minut wokół Thornpipe’a zgromadziło się około dwudziestu osób. Nie można było o nich powiedzieć, że była to elita tego miasteczka. W większości były tam dzieci, około dziesięciu kobiet i kilku mężczyzn. Prawie wszyscy nieśli swoje buty w rękach, nie tylko po to, by ich nie używać, lecz także z tego powodu, że byli przyzwyczajeni do chodzenia boso i po prostu to lubili. Jednakże należało zrobić wyjątek dla niektórych notabli27 Westport, należących do głupawej niedzielnej gawiedzi. Na przykład dla takiego piekarza, który zatrzymał się obok razem z żoną i dwójką dzieci. Co praw- da, jego tweed28 nosił ślady kilkuletniego noszenia, a wiadomo, że w deszczowym klimacie Irlandii lata liczą się podwójnie, a nawet potrójnie, w sumie jednak dostojny właściciel zakładu piekarniczego prezentował się Purytanizm – religijno-polityczny ruch reformatorski, propagujący surowy, wstrzemięźliwy styl życia. 24 Bryg – dwumasztowy żaglowiec z żaglami rejowymi; szkuner – żaglowiec o dwóch lub więcej masztach z ożaglowaniem gaflo- 25 wym; kuter – jednomasztowy jacht żaglowy mający dwa albo trzy przednie żagle (sztaksle); maszt na kutrze jest zazwyczaj usytuowany bliżej środka łodzi (mniej wysunięty ku przodowi) niż na slupie. 26 27 28 często w wielobarwne wzory. Chodzi o Fryderyka Wilhelma I (1688-1740), króla pruskiego, twórcę potęgi militarnej Prus. Notable – znakomitsi obywatele miasta. Tweed – szkocka tkanina wełniana, z grubej przędzy zgrzebnej o splocie skośnym i bardzo ścisłej strukturze, folowana i drapana, całkiem nieźle. Z pewnością zawdzięczał to swemu sklepikowi, ozdobionemu szyldem: „Centralna Piekarnia Publiczna!”. Rzeczywiście, człowiek ów tak rozprzestrzenił produkcję swoich wyrobów, że w Westport nie było innego piekarza. Wśród zgromadzonych widzów można też było zobaczyć właściciela drogerii, chęt- nie używającego tytułu aptekarza, chociaż w jego sklepiku nie znalazłbyś żadnych, nawet najzwyklejszych lekarstw. Mimo to na wystawie sklepowej widniał napis: „Hala Medyczna”, nakreślony tak wspaniałymi lite- rami, że sam ich widok mógłby już uzdrawiać. Należy też zaznaczyć, że przy wózku Thornpipe’a zatrzymał się również ksiądz. Duchowny nosił bardzo czysty ubiór: długą kamizelkę, której guziki były tak blisko siebie jak te w sutannie, oraz obszerny płaszcz z czarnego materiału. Był to prawdziwy przywódca parafii, w której sprawował liczne funkcje. Nie zado- walał się jedynie chrzczeniem, spowiadaniem, dawaniem ślubów, udzielaniem swoim wiernym ostatniego namaszczenia, ale także wspomagał ich radą i pielęgnował w chorobach. Działał całkowicie niezawiśle, po- nieważ nie był zależny od państwa ani z powodu pensji, ani też zakresu działania. Datki w naturze i hono- raria za ceremonie religijne – to, co w innych krajach jest dochodem ubocznym – zapewniały mu łatwe i szacowne życie. Był naturalnym administratorem szkół i domów pomocy, co nie przeszkadzało mu prze- wodniczyć konkursom hippicznym i zawodom wioślarskim, kiedy gonitwy albo regaty uświetniały święta kościelne. Mieszał się poważnie w wewnętrzne życie swoich owieczek. Szanowano go, był bowiem godny tego szacunku, nawet kiedy nie pogardził przyjęciem dzbana piwa przy ladzie w jakimś sklepiku. Czystość jego obyczajów nigdy nie doznała żadnego uszczerbku, a zresztą jakże jego wpływ nie miał być dominujący w owych okolicach tak przesiąkniętych katolicyzmem, gdzie, jak powiada panna Anne de Bovet29 w swoim godnym pochwały opisie podróży zatytułowanym Trzy miesiące w Irlandii: „Groźba odsunięcia od Świętego Ołtarza spowodowałaby, iż wieśniak zdolny byłby przecisnąć się przez ucho igielne”. Tak więc wokół wózka zgromadziła się publiczność, publiczność nieco bardziej płodna – jeżeli mogę użyć takiego słowa – i Thornpipe mógł żywić niejakie nadzieje na zarobek. Prawdopodobnie jego pokaz miał pewne szanse powodzenia, ponieważ mieszkańcy Westport nie mieli jeszcze nigdy okazji oglądać spektaklu tego rodzaju. Dlatego też kuglarz wydał jeszcze raz donośny okrzyk mający przyciągnąć widzów na great attraction30: – Królewskie marionetki… marionetki! Marie-Anne de Bovet (1855-po 1935) – francuska pisarka, feministka i patriotka, autorka powieści i opisów podróży, między 29 innymi Trzech miesięcy w Irlandii, wydanych po raz pierwszy w roku 1891. 30 Great attraction (ang.) – wielka atrakcja. Rozdział II Królewskie marionetki! Wózek Thornpipe’a był skonstruowany w bardzo prosty sposób. Stanowiły go: dyszel – do którego był zaprzęgany dziki wyżeł; skrzynia umieszczona na dwóch kołach – co ułatwiało ciągnięcie wózka po wybo- istych drogach hrabstwa; z tyłu dwa uchwyty – pozwalające go popychać, podobnie jak wózek wędrownego handlarza; nad skrzynią rozłożony był rodzaj płóciennego daszku rozciągniętego na czterech żelaznych prę- tach, chroniącego nie tyle przed niezbyt mocno grzejącym tu słońcem, co przed niekończącymi się deszcza- mi padającymi w Górnej Irlandii. Wózek był podobny do jednego z owych pojazdów na kółkach, jeżdżących po wsiach i miasteczkach, przewożących katarynki, w których przeraźliwy dźwięk fletów miesza się z głosem trąbek. Jednak Thornpipe wcale nie woził od miasteczka do miasteczka organów. W tej dość skomplikowanej maszynerii organy zostały sprowadzone do prostej pozytywki, jak to można było w jednej chwili ocenić. Skrzynia przykryta była wiekiem, które zakrywało też jedną z jej ścian. Gdy pokrywa ta została podnie- siona i odsunięta na bok, zebrani – nie bez pewnego zdziwienia – mogli zobaczyć, co kryje się na wewnętrz- nej półce skrzyni. Aby jednak uniknąć powtarzania się, posłuchajmy Thornpipe’a, wygłaszającego swoje zwykłe pochwal- ne frazesy. Nie było wątpliwości, że wędrowny kuglarz ze swoją niewyczerpaną gadatliwością przypominał sławnego Briochégo31, twórcę pierwszego teatrzyku marionetek, pokazywanego na targowiskach Francji. – Panie i panowie… Był to niezmienny początek występu, mający wzbudzić sympatię widzów, nawet jeśli był skierowany do najnędzniejszych obdartusów w miasteczku. – Panie i panowie, oto przed wami wielka sala balowa w królewskim zamku na wyspie Wight32. Istotnie, na półce znajdował się salon w miniaturze, zawarty pomiędzy czterema deszczułkami posta- wionymi na sztorc, na których namalowane były drzwi i udrapowane firankami okna. Gdzieniegdzie stały meble w dobrym guście, przyczepione do kolorowego dywanu. Stoły, fotele i krzesła ustawione były w taki sposób, aby umożliwić poruszanie się osobistości: książąt, księżnych, księżniczek, markizów, hrabiów, baro- netów, przechadzających się dumnie na tym oficjalnym przyjęciu. – W głębi – mówił dalej Thornpipe – możecie państwo zobaczyć tron królowej Wiktorii33, stojący pod karmazynowym aksamitnym baldachimem ze złotymi frędzlami, dokładny model tego, na którym siada Jej Królewska Mość podczas dworskich uroczystości. Wspomniany tron miał około czterech cali wysokości i chociaż aksamit był włochatym papierem, a frędzle pomalowanymi na żółto jego strzępkami, to przynajmniej dawał wyobrażenie tym zacnym ludziom, którzy nigdy nie widzieli owego mebla, służącego głównie władcom. – Na tronie możecie podziwiać królową, podobieństwo gwarantowane – ciągnął dalej Thornpipe – ubra- ną w odświętne szaty: królewski płaszcz na ramionach, koronę na głowie i z berłem w ręce. My, którzy nigdy nie mieliśmy zaszczytu widzieć w apartamentach władczyni Zjednoczonego Królestwa i cesarzowej Indii, nie możemy stwierdzić, czy ta figurka pokazywała Jej Wysokość taką, jaka ona była. Jed- nakże przyjmując, że wkładała na wielkie uroczystości koronę, to już nie było takie pewne, że groziła berłem przypominającym trójząb Neptuna. Najprościej jednak byłoby uwierzyć Thornpipe’owi na słowo i tak wła- śnie mądrze uczyniła otaczająca go publiczność. – Na prawo od królowej – oznajmił Thornpipe – zwracam uwagę widzów na Jej i Jego Książęce Mości, księcia i księżną Walii, którzy są tacy, jak mogliście to zobaczyć podczas ich ostatniej wizyty w Irlandii. Nie można było się pomylić: książę ubrany był w strój feldmarszałka armii brytyjskiej, a córka króla Danii w koronkową suknię wyciętą z kawałka srebrnego papieru, w jaki zawija się pudełka pralinek. Z drugiej strony tronu stali: książę Edynburga, książę Connaught, książę Fife, książę Battembergu, a tak- że księżne – ich żony, wreszcie rodzina królewska w komplecie ustawiona w taki sposób, aby tworzyć przed tronem półokrąg. Było pewne, że te lalki – podobieństwo cały czas gwarantowane – będące pomalowanymi figurkami ubranymi w ceremonialne stroje, odtwarzające żywe postacie, dawały bardzo jasne wyobrażenie Jean Brioché (właśc. Pierre Datelin, 1566-1671) – francuski marionetkarz. 31 Wyspa Wight – wyspa należąca do archipelagu Wysp Brytyjskich, oddzielona od brytyjskiego wybrzeża cieśniną Solent; kształtem 32 przypomina romb o wymiarach 26 na 39 km i powierzchni 381 km²; tam w roku 1837 królowa Wiktoria przeniosła swoją rezydencję. 33 Wiktoria (1819-1901) – królowa Wielkiej Brytanii i Irlandii od 1837 roku. pe, podnosząc głos, zawołał: znajdzie miejsce w sercach Irlandczyków! – Przedstawiam wam, panie i panowie, waszego sławnego patriotę O’Connella, którego imię zawsze o dworze Anglii. Dalej widać było naczelnych dowódców Korony, między innymi Pierwszego Lorda Admiralicji sir Geo- rge’a Hamiltona34. Thornpipe dbał o to, aby wskazywać poszczególne figurki końcem pałeczki i dodawał, że każda z postaci zajmuje miejsce zgodne ze swoim stanowiskiem i rangą, tak jak tego wymaga dworska etykieta. Przed tronem stał nieruchomo, w postawie pełnej szacunku, wysoki osobnik o iście anglosaskim wyglą- dzie. Nie mógł to być nikt inny jak jeden z królewskich ministrów35. Rzeczywiście, był to szef gabinetu z Saint James36, bardzo łatwy do rozpoznania po plecach, lekko zgar- bionych pod ciężarem różnych spraw do załatwienia. Następnie Thornpipe dodał: – W pobliżu premiera, na prawo, widzimy czcigodnego pana Gladstone’a37. Doprawdy, trudno było nie rozpoznać znakomitego old mana38, tego wspaniałego starca, zawsze pra- wego, zawsze gotowego walczyć o zwycięstwo idei liberalnych nad autorytarnymi. Być może jednak mogło dziwić sympatyczne spojrzenie, jakim ten człowiek obdarzał premiera, ale między marionetkami – nawet między marionetkami politycznymi – wiele może się zdarzyć. To, co mogłoby budzić wstręt u osobników z krwi i kości, nie przynosiło wcale ujmy aktorom z papieru i drewna. Oto jeszcze inne nieoczekiwane porównanie wywołane niesamowitym anachronizmem, kiedy Thornpi- Tak! O’Connell znajdował się pośród angielskiego dworu z roku 1875, chociaż od dwudziestu ośmiu lat już nie żył. Gdyby ktoś zwrócił na to uwagę Thornpipe’owi, kuglarz odpowiedziałby z pewnością, że dla Irlandczyków ów wielki obrońca praw ciągle żyje. W ten sposób można by wskazać równie dobrze na pana Parnella39, chociaż ten polityk nie był jeszcze znany w tamtych czasach. W różnych miejscach rozstawieni byli inni bywalcy dworu, których nazwisk zbytnio nie pamiętam, wszyscy udekorowani gwiazdami i wstążkami. Byli tam sławni politycy i wojskowi, między innymi Jego Dostojność książę Cambridge obok świętej pamięci lorda Wellingtona40 i nieżyjący już lord Palmerston41 obok świętej pamięci pana Pitta42. Na końcu stali członkowie izby wyższej, bratający się z przedstawicielami niższej izby parlamentu. Za nimi gwardia konna w paradnym szyku, oczywiście na koniach – co wyraźnie wskazywało, że chodzi o święto, ponieważ rzadko można ich było zobaczyć na zamku Osborne43. Cały ten zbiór zawierał około pięćdziesięciu małych ludzików pomalowanych jaskrawymi kolorami, które, wypro- stowane i sztywne, uosabiały wszystko to, co jest najbardziej arystokratyczne, najbardziej dystyngowane i oficjalne w wojskowym i politycznym świecie Zjednoczonego Królestwa. Można też było zauważyć, że nie zapomniano o flocie angielskiej i chociaż królewski jacht „Victoria and Albert” nie był pod parą, tym niemniej na szybach okien były wymalowane okręty, a nawet reda Spithead. Niewątpliwie, posiadając dobry wzrok, można by rozróżnić jacht „Enchanteress”44 i znajdujących się na po- kładzie Ich Dostojności lordów Admiralicji, z których każdy trzymał w jednej ręce lunetę, a w drugiej tubę. Trzeba podkreślić, iż Thornpipe wcale nie oszukiwał swej publiczności, mówiąc, że taki pokaz jest je- dyny na świecie. Niezawodnie pozwalał on zaoszczędzić na podróży na wyspę Wight. Widok ten wprawiał William Ewart Gladstone (1809-1898) – brytyjski polityk, początkowo konserwatysta, później liberał; premier w latach 1868- Old man (ang.) – stary człowiek. Charles Steward Parnell (1846-1891) – irlandzki przywódca narodowy, od 1877 roku przywódca ruchu na rzecz autonomii Irlan- George Hamilton (1845-1927) – Pierwszy Lord Admiralicji w latach 1885-1886, 1886-1892. Prawdopodobnie chodzi o Benjamina Disraeliego (1804-1881), premiera w latach 1868 i 1874-1880. Saint James – pałac w Londynie zbudowany przez Henryka VIII, od roku 1837 siedziba królewska i miejsce posiedzeń Rady 34 35 36 Królewskiej. 37 1874, 1880-1885 i 1892-1895. 38 39 dii. Arthur Wellesley Wellington (1769-1852) – książę, brytyjski wódz i polityk, pokonał m.in. Napoleona pod Waterloo. 40 Henry John Palmerston (1784-1865) – brytyjski polityk, torys, od roku 1828 wig; w latach 1830-1834, 1835-1841 i 1846-1851 mi- 41 nister spraw zagranicznych; 1855-1865 przywódca Partii Liberalnej oraz 1855-1858 i 1859-1865 premier; prowadził aktywną politykę europejską i imperialną. 42 43 latach 1845-1851. 44 William Pitt (1759-1806) – brytyjski mąż stanu, premier w latach 1783-1801 i 1804-1806. Zamek Osborne (ang. Osborne House) – była rezydencja królewska położona w mieście Cowes na wyspie Wight, wzniesiona w Enchanteress (właśc. Enchantress, ang.) – czarodziejka. w zachwyt i podziw nie tylko uliczników, ale również osoby w wieku dojrzałym, które nigdy nie opuszczały hrabstwa Connaught i okolic Westport. Być może tylko proboszcz parafii pozwolił sobie na uśmiech in petto45. Jeśli idzie o aptekarza-drogistę46, to nie krył się on ze stwierdzeniem, że postacie do złudzenia przy- pominają oryginały, chociaż nigdy w swoim życiu ich nie widział. Piekarz sam przyznawał się do tego, że przerastało to jego wyobraźnię, i nie chciał uwierzyć, że dwór angielski może wyglądać tak wspaniale, błysz- cząco i dystyngowanie. – Jednak, panie i panowie, to jeszcze nie wszystko! – mówił dalej Thornpipe. – Myślicie zapewne, że po- stacie królewskie i inne nie mogą ani gestykulować, ani się ruszać… Mylicie się! One są żywe, żywe, mówię wam, jak wy czy ja, i zaraz to zobaczycie. Wcześniej jednak pozwolę sobie wykonać małą rundkę, polecając się łaskawości każdego z was. To zawsze był krytyczny moment dla wszystkich pokazujących cudeńka, i nie tylko dla nich, kiedy drew- niana miseczka zaczynała krążyć pomiędzy szeregami gapiów. Generalnie obserwatorzy obwoźnych wystaw dzielą się na dwie kategorie: tych, którzy nie zamierzają wkładać rąk do kieszeni, i tych, których zamiarem jest zabawić się bez konieczności płacenia – ci ostatni, rzecz jasna, są znacznie liczniejsi. Istnieje jeszcze trze- cia kategoria – płacących, ale ona jest tak niewielka, że nie warto o niej wspominać. Było to wyraźnie widać, kiedy Thornpipe „robił małą rundkę” z uśmiechem, który starał się uczynić miłym, chociaż pozostawał on dziki. Jakże jednak miał to uczynić z tą twarzą buldoga, złym wzrokiem i ustami gotowymi kąsać zamiast całować? 45 46 In petto (wł.) – w głębi serca, w myślach. Drogista – sprzedawca specyfików i kosmetyków, drogerzysta.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Malec. Część pierwsza
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: