Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00316 004903 14690429 na godz. na dobę w sumie
Maski - ebook/pdf
Maski - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 362
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-937267-1-4 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> fantastyka >> science-fiction
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Zwycięstwo pod Bastionem okazało się dopiero preludium prawdziwej inwazji, która wkrótce miała rozpocząć się w Rubieży.

W rozdartym wojną sektorze, bohaterowie „Rubieży” powracają, by przy pomocy obcej technologii i nowych, niezwykłych, sojuszników spróbować stawić czoła Armadzie Ner’setrra i ostatecznie położyć kres jej krwawym podbojom.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Maski 1 MASKI Krzysztof Adamski, Swarzędz 2013 Maski 2 I 1. Nowa Anglia, Ziemia, AD1973 - Tato!!! Taaato! – Przerażona Maggie stała na środku swojej sypialni i z całych sił w płucach wzywała ojca. – Ta-to! – Skrzypienie podłogi oraz dźwięk dudniących na scho-dach ciężkich kroków odrobinę ją uspokoił. Kiedy w drzwiach pokoju ukazała się znajoma sylwetka ojca, strach dziecka zdążył już niemal całkowicie zniknąć. - Skarbie? Co się stało? – Dziewczynka momentalnie wtuliła się w przykucniętego rodzica, napawając się poczu-ciem bezpieczeństwa jakie dawał jej ojciec. – Już dobrze Meggs, to był tylko zły sen. - Tatusiu, tam jest Potwór! – Dziecko głową wskazało okno. – Widziałam go na polu za bramą… - Mężczyzna ze zrozumieniem pokiwał głową i wziąwszy córkę na ręce, przeniósł ją na łóżko. - Nie martw się, już sobie na pewno poszedł. Jeżeli jeszcze raz tu przyjdzie, to na pewno Ringo i Zoe nie po-zwolą mu cię skrzywdzić. Jak chcesz to jutro rano pójdzie-my z nimi poszukać jego śladów, może być? - Ale to jest Potwór… - Dziewczynka nadal nie była przekonana. – Jest taki duży… - Nie martw się już, idź spać. Widzimy się rano. - Kocham cie tatusiu. - Ja ciebie też skarbie, dobranoc. Mężczyzna jeszcze przez chwilę gładził córkę po gło-wie, a gdy był już przekonany że ta zasnęła, po cichu wy- Maski 3 mknął się z sypialni. Kiedy kroki na schodach w końcu uci-chły, dziewczynka otworzyła oczy i podkradła się do okna. Ciekawość w ostatecznie wzięła górę nad strachem i po chwili wahania, Maggie zdecydowała się ponownie wyjrzeć na zewnątrz. Potwora nie było już na polu. Stał teraz tuż przed bramą i rozglądał się dookoła. Dziewczynka zanurkowała pod parapet kiedy Potwór omiótł spojrzeniem ich dom. Przez chwilę trwała w bezruchu, starając się nawet nie od-dychać. Gdy ostrożnie wychyliła głowę ponad parapet, Po-twór nadal wpatrywał się w jej okno. Maggie była pewna, że ją widział. Jego oczy były takie wielkie i dziwne, ale jakby trochę mniej przerażające niż reszta jego ciała. Dziewczynka bezwiednie przycisnęła dłoń do szyby, na co ku jej zasko-czeniu, Potwór zareagował unosząc dłoń w geście pozdro-wienia. Po chwili obrócił się i pobiegł w kierunku lasu. xxxx Hirr’sa musiał się pospieszyć. Niepotrzebnie zmarno-wał tyle czasu, tylko po to by potwierdzić swoje pierwsze podejrzenia. Tego zapachu nie dało się pomylić z żadnym innym. Wróg już tu był, a im dłużej on sam miotał się poza lasem, tym bardziej ryzykował, że zostanie przez niego od-kryty. Musiał ostrzec resztę, musiał ostrzec Arr’at. Oferująca poczucie bezpieczeństwa ściana lasu była już coraz bliżej, jednak myśliwy zatrzymał się na moment, wiedziony kolejnym złym przeczuciem. Przypadł do ziemi dokładnie w momencie gdy od strony rosnącej nad brzegiem strumienia kępy krzaków dobiegł ledwo słyszalny, cichy trzask. Po pierwszym wystrzale nastąpiły kolejne, jednak Maski 4 Hirr’sa był zbyt szybki by pozwolić się trafić ukrytemu na-pastnikowi. Z każdą chwilą zmniejszał dystans do kryjówki wroga, ostrzem toporka odbijając te pociski, których nie byłby w stanie uniknąć. - Pokaż się tchórzu! – Wykrzyczał gdy był już kilka kroków od kępy roślin. Przeciwnik najwyraźniej uznał, że dotychczasową tak-tyką nic wskóra, gdyż po chwili krzaki poruszyły się, ukazu-jąc sylwetkę znienawidzonego wroga. - Nie nazywaj mnie tchórzem, zdrajco! – Napastnik nie czekając na odpowiedź rzucił się w stronę Hirr’sa tnąc powietrze ostrzem długiego noża. Już po pierwszym starciu Hirr’sa musiał przyznać, że intruz przewyższa go sprawnością i wyszkoleniem. Gdyby nie ostrzegawcze szepty w jego głowie, ostrze zwiadowcy już dawno by go dosięgło, podczas gdy on sam nie był nawet bliski zranienia przeciwnika. Świadomemu beznadziei swo-jego położenia myśliwemu pozostało tylko spróbować od-ciągnąć wroga od lasu i zmniejszyć tym samym szanse, że ten odkryje drogę do ich siedziby. - Nie rozśmieszaj mnie! – Widząc rozpaczliwy zryw przeciwnika, zwiadowca od razu zrozumiał co próbuje on osiągnąć. – Tutaj wszędzie unosi się smród zdrajców! Led-wo można oddychać! Twoi towarzysze pewnie już i tak nie żyją, więc oszczędź mi trudu i poddaj się. Zabiję cię szybko, obiecuję. – To powiedziawszy odskoczył do tyłu i opuścił ręce. - Kłamiesz! - Hirr’sa rzucił się w jego kierunku, de-speracko próbując dosięgnąć wroga ostrzem toporka. Jednak ten tylko na to czekał – wolną ręką błyskawicznie prze-chwycił oręż napastnika, podczas gdy nóż bezlitośnie zagłę- Maski 5 bił się w boku Hirr’sa. Po chwili zawiadowca obalił go na plecy i przytknął ostrze do jego szyi. - Tak kończą wszyscy zdrajcy! Może wam się wyda-wać, że uciekliście, ale prędzej czy później was znajdziemy. – Przez ból i wściekły syk przeciwnika przedzierał się inny dźwięk - w głowie Hirr’sa brzmiał ogłuszający krzyk, karzą-cy mu podjąć jeden, ostatni wysiłek. Zebrawszy resztki po-woli opuszczających go sił, myśliwy uderzył czołem w po-chylony nad nim łeb wroga. Ten zaskoczony odskoczył, da-jąc Hirr’sa okazję by podnieść się z ziemi. - Jak wolisz, zrobimy to po twojemu. – Zwiadowca zdawał się już nie tyle wściekły, co rozbawiony. – Sam tego chciałeś. – W jego dłoni pojawił się pistolet, który teraz ce-lował prosto w głowę słaniającego się na nogach Hirr’sa. Huk wystrzału zaskoczył myśliwego, tak samo jak wi-dok dwóch wielkich, krwawych dziur, które pojawiły się na piersi walącego się na ziemię przeciwnika. Dopiero po chwi-li ujrzał leżące parę metrów dalej dziecko Merhot. Podszedł bliżej chcąc upewnić się, że nic mu nie jest. Po-czątkowo myśliwy myślał, że odrzut leżącej teraz na ziemi broni tylko ogłuszył dziewczynkę, jednak zmienił zdanie na widok jej bezwładnie zwisającej ręki. - P… Panie Potworze… Niech pan ucieka… - Szept dziecka uświadomił mu jak mało zostało mu czasu. Hirr’sa przez chwilę walczył z myślami, naprzemian spoglądając w kierunku lasu i ciągle jeszcze widocznego domostwa Merhot. W końcu podjął decyzję. Wziął dziecko na ręce i ignorując brzmiące w głowie protesty ruszył w stronę zabu-dowań. xxxx Maski 6 Prawie się udało. Hirr’sa przemknął pomiędzy budyn-kami i był już gotów zostawić ciągle jeszcze nieprzytomne dziecko na progu domu , gdy niespodziewanie wiatr zmienił kierunek. Zwierzęta Merhot momentalnie zwietrzyły zapach intruza i wściekłym ujadaniem obudziły gospodarzy. Ciągle osłabiony walką myśliwy nie zdążył zareagować gdy drzwi budynku otworzyły się z trzaskiem, ukazując barczystą syl-wetkę uzbrojonego Merh. - Nie chcę ci zrobić krzywdy, ale masz minutę żeby się stąd wynieść. – Mężczyzna zaakcentował swoje słowa trzaskiem przeładowywanej strzelby. – Mary, przynieś latar-kę i obudź chłopaków! – Zmrużone oczy Merh najwyraźniej nie przywykły jeszcze do panującej na zewnątrz ciemności, dlatego Hirr’sa wykorzystał tą okazję by ostrożnie położyć dziecko na ziemi. - Powiedziałem już, wynoś się z mojej ziemi! – W tym momencie padający z wnętrza domu snop światła oświetlił wycofującego się powoli myśliwego. - Chryste… Czym ty do cholery jesteś...? - Oniemiały mężczyzna przez chwilę wpatrywał się w uciekającego in-truza. - Sam!!! – Przerażony krzyk żony oraz widok zawi-niątka leżącego na ziemi obok wyrwał go z zamyślenia. - Sam, to Maggie!!! Co on zrobił naszej córce!?! xxxx Wściekły na siebie samego, Hirr’sa przykucnął w za-głębieniu ziemi by przemyśleć dalszy plan działania. Bez problemu mógłby uciec pogoni, jednak istniało ryzyko że Maski 7 rozwścieczeni Merhot nie odpuszczą tak łatwo, a psy mo-głyby przypadkiem podchwycić jego trop i zaprowadzić ich do kryjówki. Nie mógł sobie pozwolić na taką lekkomyśl-ność, zwłaszcza w obliczu odkrytego niedawno niebezpie-czeństwa. Zbliżające się coraz bardziej okrzyki Merhot i ujadanie ich zwierząt pomogło mu podjąć ostateczną decy-zję. Poderwał się na nogi i zakosami pognał w kierunku miejsca swojej niedawnej walki ze zwiadowcą Ner’setrra. Huk wystrzałów i gwizd przelatujących niegroźnie obok po-cisków Merhot, oznaczał że złapali oni przynętę. Chwilę później Hirr’sa był już na miejscu. Z pewną ulgą spostrzegł, że ciało wroga znajduje się tam gdzie je zo-stawił. Szczęśliwie postrzał okazał się być śmiertelny i osz-czędził mu tym samym nieprzyjemnej konieczności dobija-nia przeciwnika. Słysząc, że pogoń jest już bardzo blisko, myśliwy na moment wyprostował się i wystawił na strzał Merhot. Na ich reakcję nie musiał długo czekać – kanonada, która rozpętała się po chwili była o tyle głośna, co niesku-teczna. Myśliwy ponownie przypadł do ziemi, by pospiesz-nie odczołgać się w kierunku strumienia. Chwilę później biegł już jego korytem, korzystając z osłony, jaką oferowała stroma skarpa na jego brzegu. Wyglądało na to że jego fortel zadziałał, gdyż nim zagłębił się w las, jego uszu dobiegły jeszcze okrzyki Merhot triumfujących nad ciałem zwiadow-cy. xxxx - Dziękuję, za to że tak szybko przybyłeś Czerwony Ptaku. – Arr’at położyła dłoń na piersi stojącego przed nią Maski 8 Merh. – Obawiam się, że tym razem to my musimy prosić ciebie o pomoc. - Arr’at, przez setki lat twój lud pomagał mojemu, o cokolwiek poprosisz, i tak nie będziemy w stanie spłacić tego długu. – Arr’at uśmiechnęła się smutno słysząc słowa starego wodza. - Przyjacielu, wygląda na to, że nasze drogi muszą się w końcu rozdzielić. Miałam nadzieję, że do tego nie dojdzie, ale obawiam się, że musimy opuścić wasz świat… - Wasi wrogowie..? - Nasi wrogowie, nasi bracia... Wiem co chcesz po-wiedzieć, ale walka nie wchodzi w grę, pochłonęłaby zbyt wiele ofiar. Musimy uciekać, zanim wasza planeta zapłaci zbyt dużą cenę za swoją gościnność. - Duchy mówią, że i tak nie uciekniecie przed prze-znaczeniem, ale rozumiem, że chcecie spróbować. Powiedz czego potrzebujesz? - Najpóźniej jutro w nocy musimy się dostać na wy-brzeże, tam będzie na nas czekał Ka’setrra. - Ciężarówki będą gotowe jeszcze przed świtem, coś jeszcze? - To wszystko stary przyjacielu, to i tak więcej niż śmiemy prosić. Dziękuję. – Arr’at położyła czule dłoń na ramieniu wodza, który również odwzajemnił ten gest. - Pomogliście nam przetrwać najczarniejsze godziny, teraz nasza kolej. To ja dziękuję, nigdy nie znikniecie z na-szej pamięci, przetrwacie w opowieściach mojego ludu. Niech duchy was prowadzą i pomogą wam wreszcie znaleźć dom. Maski 9 Przez chwilę trwali jeszcze w milczeniu, aż w końcu stary mężczyzna otarł wilgotne oczy i bez słowa zniknął pomię-dzy drzewami. - Dom? - Hirr’sa podszedł do wciąż zamyślonej Arr’at - Ile razy jeszcze będziemy musieli uciekać? - Nie wiem synu… Nie mam pojęcia… 2. Lete System Lete, Rubież, AD2937 - Nienawidzę tego cholernego zadupia! - Simms sze-rokim gestem wskazał powierzchnię planety na której aktu-alnie się znajdował. - Powtarzasz to codziennie, wyluzuj wreszcie. – Znu-dzony głos sierżanta Burnsa doskonale odzwierciedlał na-stroje wszystkich żołnierzy stacjonującej na Lete. – Źle ci kiedy wilkołaki grzeją do nas ze wszystkiego co mają, ma-rudzisz jak nam trochę odpuszczają. Mógłbyś się w końcu zdecydować. - To nie o to chodzi sierżancie. - Oświeć nas w takim razie. – Dyskusja, będąca miłą odmianą od bezczynności panującej od kilku dni na linii frontu, skupiła uwagę pozostałych żołnierzy. - To wszystko jest bez sensu! - Tak też myślałem… Sim, przebiegnij się może do bazy i przynieś nam trochę fajek. Postaraj się wrócić w cią-gu dwudziestu minut, inaczej dostaniesz karną nocną wartę. – W normalnych warunkach pokonanie tego odcinka w obie strony biegiem zajmowało pół godziny, tym samym polece- Maski 10 nie automatycznie skazywało siejącego defetyzm żołnierza na karę. - Pieprzę to… Panie sierżancie. Mogę mieć wszystkie nocki, zresztą ile ich nam tu jeszcze zostało? Greg? - Dwie, góra trzy noce zanim zacznie padać. – Gregori Tchaikovsky jako jeden z nielicznych żołnierzy pochodził z Lete, dlatego klimat tej jałowej planety nie stanowił dla nie-go żadnej tajemnicy. – Świetliki zaczęły już swój ostatni taniec. – To powiedziawszy, żołnierz wskazał na unoszącą się ponad ich głowami zorzę. - No właśnie! Rozumiem że pieprzeni Ner’setrra blo-kują systemy sąsiadujące z Perunem by odciąć nas od żarcia oraz by po przybyciu reszty ich floty od razu dobrać się do swoich krewniaków na Trójce. – Sierżant kiwnął tylko gło-wą, potwierdzając poprawność rozumowania żołnierza. - W takim razie nie bardzo łapię jak na obecną sytuację ma wpłynąć nasza obecność na tym, wybacz Greg, zapomnia-nym przez ludzi zadupiu? Jesteśmy tu już prawie pół roku i jedynie co robimy to na przemian ostrzeliwujemy się z sie-dzącymi po drugiej wilkołakami! I żeby to jeszcze była ja-kaś poważna wymiana ognia! Gdzie tam! Jedyne ofiary po naszej stronie to stary Doyle, który sam się postrzelił. Podej-rzewam że straty po drugiej stronie są równie drastyczne! - Simms, mam nadzieję że naprawdę do czegoś zmie-rzasz, bo coś mi mówi że tym razem bez karnej kompanii się nie obejdzie. – Mimo poważnych słów, sierżant zdawał się autentycznie rozbawiony wywodem żołnierza. - Już kończę, panie sierżancie. – Szeregowiec zapalił jakimś cudem zachowanego papierosa i upewniwszy się, że wszyscy go słuchają, ciągnął dalej. – Rozumiem, że ani my, ani oni nie mamy sił wystarczających by wywalczyć prze- Maski 11 wagę na powierzchni którejkolwiek Planety Niczyjej lub w kosmosie. Ale z każdym dniem który tutaj marnujemy, przybycie reszty Armady staję coraz bliższe. Słyszeliście przecież, za dwa dni cała planeta zmieni się w jedno, wielkie błotniste bagno, skutecznie uniemożliwiając zarówno nam jak i tamtym jakiekolwiek działania bojowe. Super, nikt już nie zginie, hura! Szkoda tylko, że kiedy za kolejne pięć mie-sięcy przestanie już padać, na orbicie może już na nas cze-kać cała Armada uroczo uśmiechniętych wilkołaków! Tak więc, panie sierżancie, proszę wyjaśnić nam na co my jesz-cze czekamy? Albo powinniśmy się stąd zmyć i przenieść gdzieś gdzie nasza obecność może się na coś przydać, albo wziąć się w końcu do roboty i rozwalić tych skurwieli! – Pozostali żołnierze przytaknęli pyskatemu koledze i wlepili pytające spojrzenia w dowódcę. - Właśnie robimy to drugie. – Spokojnie odparł sier-żant Burns, tajemniczo się uśmiechając i zaciągając zabra-nym Simmsowi papierosem. – Czekamy tylko na posiłki. - Oczywiście, że czekamy! Już od pół roku czekamy i co? Dostaliśmy pięć solfug i dwa kraby! Pewnie z bezczyn-ności już dawno się rozpadły. - Podobno mają przysłać Archona… - Wtrąciła mil-cząca dotąd Valdez, wywołując rozbawione sarknięcia pozo-stałych żołnierzy. - Daj spokój Val, chyba nie wierzysz w te bzdury o Archonie? Nie ma i nigdy go nie było, prawda sierżancie? - Prawda Sim, żaden z naszych nanopatów nie przeżył bitwy pod Bastionem. To wiedźmy Ner baserra wezwały do walki te wszystkie zwierzęta. - Ale Platfus Harper był tam i mówił, że widział jak… Maski 12 - Harper stanowczo za dużo mówi i za dużo pije, nie znajdziesz w jego opowieściach ani ziarna prawdy. – Sier-żant ostro uciął dalszą dyskusję, jednoznacznie oznajmiając, że temat uważa za zamknięty. Wszyscy żołnierze pogrążyli się w ponurym milczeniu, w tym również sam dowódca. W brew swoim słowom, sierżant Burns wiedział o czym chciała powiedzieć Valdez. W przeciwieństwie do tych dzieciaków, był drwalem, walczył pod Bastionem i na własne oczy widział coś co mogło świadczyć, że słowa Plat-fusa w tej kwestii nie do końca mijały się z prawdą. Pamię-tał jak wraz z kilkoma innymi drwalami uczestniczył w akcji ratunkowej załogi przewróconego tanka. Większość żołnie-rzy udało się wydobyć z wnętrza wraku, jednak kilku po-ważnie rannych nie byli w stanie wyciągnąć. Jak na złość w pobliżu nie było żadnego sprzętu inżynieryjnego, dlatego jedyne co mieli do dyspozycji to dźwignie, kołowrotki i li-ny. Aż do mementu gdy pojawił się ten chłopak. Wysoki, chudy - wyglądał jakby się zgubił. Toczył błędnym wzor-kiem po pobojowisku, cięgle mamrocząc coś pod nosem. Stanął z boku i przyglądał się ich żałosnym wysiłkom. Z po-czątku wszyscy go zignorowali, przynajmniej do chwili gdy z lasu wytoczył się kong. Ludzie zaczęli uciekać, tylko ten chłopak dalej tkwił w miejscu. Burns pamiętał, że obrócił się w biegu i, ku swojemu zaskoczeniu, zobaczył jak małpa próbuje postawić maszynę do pionu. Tank był jednak zbyt ciężki nawet dla niej. Zarówno sierżant jak i kilku innych drwali zatrzymało się by w zdumieniu oglądać tą niezwykłą scenę, jednak dopiero to co zobaczyli chwilę później oszo-łomiło ich najbardziej. Z przeciwnej strony lasu wybiegła druga małpa. Ponownie wśród drwali zapanowała panika – spodziewali się że samce Maski 13 rzucą się sobie do gardeł, niszcząc wszystko co stanie na ich drodze. Sierżant Burns pamiętał jak ze zdumienia przecierał oczy na widok dwóch wielkich samców, które bez najmniej-szego warknięcia, ramię w ramie postawiły pojazd na gąsie-nice. Chłopak stał między nimi, nie dalej niż kilka kroków, a nawet nie spojrzał w ich kierunku. Pięć minut później obie małpy wróciły do lasu, każda w swoją stronę, nie zaszczyca-jąc potencjalnego konkurenta nawet przelotnym spojrze-niem. Chłopak potem gdzieś zniknął, a sztab uciął wszelkie spekulacje na ten temat informacją, że to szamanki Ner ba-serra posiadają dar władzy nad zwierzętami. Wersja oficjal-na, wersją oficjalną, ale za sprawą plotkarzy pokroju Harpe-ra, historia ta stała się podłożem koszarowej legendy o Ar-chonie, cudem ocalałym, niezwykle potężnym nanopacie. -Sierżancie…? –Dowódca dopiero po chwili zoriento-wał się że Simms go znowu o coś pyta. - To co z tymi posiłkami? - Jutro mamy dostać wsparcie. Pułk drwali i kilka plu-tonów kawalerii i Ner baserra. Z samego rana szturmujemy Bazę 2 z zadaniem zniszczenia baterii planetarnych, to umożliwi lądowanie posiłków. Jeżeli wszystko się uda, na-stępnej nocy atakujemy Bazę 1. Zadowolony Sim? - Cholernie… Panie sierżancie. - To dobrze, masz dwadzieścia minut żeby wrócić z fajkami. xxxx Po porażce pod Bastionem, najeźdźcy zdecydowanie zmienili swoją dotychczas skuteczną taktykę. Zamiast pró-bować w walnej bitwie zniszczyć wszystkie siły Sojuszu Maski 14 Rubieży, postanowili wziąć przeciwnika na przeczekanie. Obrońcy Rubieży zadali Ner’setrra tak dotkliwe straty, że kolejne, znacznie szczuplejsze siły inwazyjne, które w na-stępnych miesiącach przybyły do sektora, nie ryzykowały otwartej konfrontacji. Do podjęcia tej decyzji bardzo przy-czyniła się Vespa, która otwarcie zaczęła kolaborować z na-jeźdźcami. Korzyści płynącą z tej współpracy dla Ner’setrra było wiele - od dostarczenia najważniejszych informacji na temat Rubieży, po wsparcie wroga sprzętem i siłami nanopa-tów włącznie. Skutecznie pozbawiło to obrońców sektora największej przewagi, jaką był element zaskoczenia oraz mieszanina niewiedzy i arogancji przeciwnika. Ner’setrra rozpoczęli sukcesywnie zaciskać pętlę wokół ważniejszych planet sektora, okupując przylegające do nich Systemy Ni-czyje. Wzmocniony przez zdobyczną obcą technologię, So-jusz zmuszony zostały do rozdzielenia swoich sił, za wszel-ką cenę próbując wyprzeć wroga z uchwyconych przez niego przyczółków. Żadna ze stron nie była w stanie wywalczyć trwałej przewagi, jednak chwilowy impas działał wyłącznie na korzyść najeźdźców - widmo zbliżającej się Armady kła-dło się długim cieniem na morale osaczonych w sektorze ludzi. Taką właśnie planetą była Lete. Pozbawiona jakich-kolwiek bogactw naturalnych, została tylko w minimalnym stopniu skolonizowana przez Holding Hudsona. Nieliczni osadnicy korporacji, przez długie lata z marnym skutkiem próbowali przekształcić powierzchnię planety w obszar uprawy jadalnych roślin. Przedsięwzięciu temu nie sprzyjał klimat planety, na której przez prawie pół roku padały ulew-ne deszcze, a przez jego resztę panowała susza. Te nieko-rzystne dla ludzi warunki, czyniły z Lete idealną bazę wy- Maski 15 padową dla sił Ner’setrra, skutecznie zagrażając transportom żywności Holdingu, a tym samym przetrwaniu wszystkich mieszkańców Rubieży. To właśnie dlatego tej nocy garnizon złożony głównie z ochotników i nielicznych drwali miał otrzymać wymarzone posiłki i spróbować wyprzeć wroga z powierzchni planety. xxxx - Trzęsiesz się Val… - Spadaj Sim, zimno jest – Wbrew swoim zapewnie-niom, Maria Valdez bała się tego co miało wkrótce nastąpić. W bladym świetle wstającego powoli dnia mogła już do-strzec kontury odległej o kilka kilometrów bazy wroga. Tuż za ich posterunkiem, technicy kończyli przygotowywać po-jazdy do mającej się wkrótce rozpocząć bitwy. Wbrew oba-wom Simmsa , zarówno transportery i ciężarówki, jak rów-nież kilkanaście solfug i pięć ciężkich krabów wydawało się być w całkiem dobrym stanie. - Mówiłam serio z tym Archonem, podobno od jakie-goś czasu jest już na planecie. Myślisz że to przypadek, że od kilku dni nas nie ostrzeliwują? - Ty znowu swoje! Skończ z tymi bzdurami, tylko niepotrzebnie robisz sobie nadzieję! Nikt nam nie pomoże, musimy liczyć tylko na siebie. - Wal się Sim, daj jej spokój. – Przydzielony do ich oddziału Lucas Harper wziął stronę dziewczyny. - A ty się w ogóle Platfus zamknij, wszyscy rzygają już tymi twoimi bajeczkami, dziwię się, że nie trafiłeś jesz-cze do karnej kompanii. Maski 16 - Stul pysk dzieciaku, szczałeś jeszcze w gacie, kiedy ja narażałem dupę pod Bastionem, wiem co widziałem i nikt nie wmówi mi, że było inaczej! - Wy dwaj, mordy w kubeł! – Niechybnie zmierzającą w kierunku bójki dyskusję przerwało pojawienie się sierżan-ta Burnsa. – Za dziesięć minut zaczynamy, upewnię się, by-ście obaj poszli na pierwszy ogień! - Ale panie sierżancie, oni… - Ruch na perymetrze! – Meldunek obserwatora mo-mentalnie przycisnął wszystkich żołnierzy do lornetek i przyrządów celowniczych karabinów. - Kurwa, co to za jeden…? - Mówiłem wa… - Zamknij się Platfus!!! Nikt nie zarejestrował skąd na przedpolu pojawiła się zakapturzona postać, która spokojnym krokiem zmierzała w kierunku bazy obcych. Samotny człowiek - bo budowa ciała przybysza wskazywała że nie jest to ani Ner, ani tym bar-dziej Inefarri, był już prawie w połowie odległości dzielącej obóz ludzi i Ner’setrra. Nieznajomy zdawał nic sobie nie robić z niebezpieczeństwa, do którego zbliżał go każdy krok postawionym na spękanej powierzchni planety. Nie wyko-nywał żadnych zbędnych ruchów, po prostu szedł jak na spotkanie ze starym przyjacielem. Oprócz, najwyraźniej sa-mobójczych zamiarów, kolejną rzeczą jaka rzuciła się w oczy obserwującym go żołnierzom, było wyraźne drganie otaczającego go powietrza. Z daleka wyglądało to jakby dziwnego przybysza bez przerwy owiewały podmuchy po-twornie rozgrzanego wiatru. Maski 17 - …Archon. – Spierzchniętymi wargami wyszeptała Valdez. Sekundę późnej nad linią umocnień ludzi zawyła syrena alarmu bojowego. xxxx Do fortyfikacji Ner’setrra został już tylko niecały ki-lometr. Vincent miał nadzieję, że lamie, które od kilkunastu dni niepostrzeżenie osuszały generatory i baterie zasilające ciężki sprzęt najeźdźców, skutecznie uniemożliwią wrogowi użycie broni energetycznej. Widział, słyszał i czuł zamie-szanie, jakie zapanowało na terenie bazy nieprzyjaciela, nie był tylko pewien czy spowodował je nagły ruch na pozy-cjach ludzi czy też wroga zaniepokoiła jego obecność. Nie było to zresztą już teraz ważne, za chwilę Ner’setrra mieli się przekonać kogo należy się naprawdę bać. - Gotowy? - Jakbym miał jakiś wybór? Miejmy to już za sobą i nie daj się zabić dzieciaku. – Vincent zdążył się już przy-zwyczaić do myśli obcej istoty brzęczących uciążliwie w jego głowie. - No to zaczynamy. – Pierwsze pociski wroga, wyraź-nie przeznaczone dla niego, minęły go i nieszkodliwie eks-plodowały w bezpiecznej odległości. Vincent nie miał już żadnych wątpliwości, że Ner’setrra w końcu go dostrzegli. Mężczyzna zatrzymał się i zdjąwszy kaptur z głowy, ukazał pomalowaną w dziwne, czarne znaki twarz. W tym momen-cie powietrze wokół niego jeszcze bardziej zgęstniało. Wiru-jące wokół miliardy owadów miały tylko jeden cel – chronić go przed ogniem wroga, odchylając tor pocisków, lub deto-nując je zanim zbliżyły się do nanopaty. Vincent spojrzał Maski 18 jeszcze przez ramię na mknące za nim wśród chmury pyłu i błysków eksplozji oddziały Sojuszu. Mając pewność, że wy-starczająco skupił na sobie uwagę żołnierzy po obu stronach , rozpoczął swoją część zadania. Jego umysł, w każdej sekundzie odbierający tysiące bodźców od zgromadzonych wokół zwierząt, skupił się na jego największym sojuszniku. Ukryta kilkanaście metrów pod zaschniętą gliniana skorupą, bezimienna bestia rozpro-stowała swoje monstrualne cielsko. Jej gwałtowny ruch spowodował rozpęknięcie się ziemi miejscu gdzie stworze-nie zbliżyło się do powierzchni planety. Kilka sekund póź-niej, długi na kilkadziesiąt metrów wał spiętrzonego błota i skał, pędził już kierunku bazy wroga. Ner’setrra momental-nie zapomnieli o jakimś cudem wciąż nietkniętym i ponow-nie idącym w ich stronę Vincencie, oraz o zbliżających się wojskach ludzi. Najeźdcy skoncentrowali cały ogień na no-wym, bezpośrednim niebezpieczeństwie. Artyleria oraz broń ciężka obcych za wszelką cenę próbowała powstrzymać nie-zidentyfikowane, ale wyraźnie wrogie im zwierzę. Jednak zmasowany ostrzał nie był w stanie wyrządzić jakiejkolwiek krzywdy Bezimiennemu, który nawet nie zwalniając wbił się w pierwszą linię umocnień wroga. Wielotonowe fragmenty fortyfikacji wylatywały w powietrze na kilkanaście metrów, by po chwili runąć na ziemię, grzebiąc pod sobą dziesiątki zaskoczonych żołnierzy. Będąc już wewnątrz właściwej ba-zy Ner’setrra, potwór rozpoczął prawdziwe dzieło zniszcze-nia. Budynki oparte na wkopanych kilkanaście metrów w ziemię, hydraulicznych wspornikach, pozbawione podpory zaczęły walić się jak domki z kart lub osuwać w głąb po-wstałej po przejściu Bezimiennego czeluści. W ciągu kilku-dziesięciu sekund ogień Ner’setrra niemal całkowicie za- Maski 19 milkł, pozwalając wojskom Sojuszu bez przeszkód dotrzeć do miejsca gdzie do niedawna znajdowały się umocnienia wroga. Zadowolony ze swojego dzieła Vincent obserwował jak żołnierze rozstawiają stanowiska ogniowe wokół niemal całkowicie przysłoniętej przez chmurę pyłu bazy obcych, w której wnętrzu nadal szalał Bezimienny. Dopiero po chwili do jego uszu dotarł huk silników lądujących w pobliżu stat-ków. W przeciwieństwie do zbieraniny niedoszkolonych i z pozoru przypadkowo uzbrojonych rekrutów, po żołnierzach, którzy wysypali się z lądowników od razu dało się poznać zaprawionych w bojach weteranów.Pierwsza na polu bitwy pojawiła się kawaleria. Kilkadziesiąt solfug i innych lekkich pojazdów błyskawicznie wzmocniło cienki pierścień ochot-ników, równocześnie osłaniając desant pozostałych oddzia-łów. Obciążeni ciężkim sprzętem drwale potrzebowali wię-cej czasu by zająć swoje pozycje, jednak nawet na Vincencie widok wspieranej przez kraby, ciężkiej piechoty Sojuszu zrobił wielkie wrażenie. Tym bardziej, że pierwszy raz miał okazję przyjrzeć się owianym sławą krabom. Te opancerzo-ne maszyny bojowe, będące wynikiem połączenia doświad-czenia JMC w konstrukcji solfug, oraz introwertycznego ge-niuszu Ineffari, potrafiły nawet w małej liczbie zaważyć na losach każdej bitwy. Masywne kadłuby pancernych potwo-rów, wyglądały niczym żywe skamienieliny rozrzucone po-między mniejszymi pojazdami Sojuszu. Ostatnie z wnętrza promów wybiegły oddziały Ner. Dowództwu Sojuszu dużo czasu zajęło podjęcie decyzji co do dalszych losów jeńców wziętych do niewoli pod Bastio-nem. Dopiero Pan Chang i Her’garr zdołali znaleźć sposób
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Maski
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: