Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00122 004820 14643085 na godz. na dobę w sumie
Melanże z żyletką - ebook/pdf
Melanże z żyletką - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 200
Wydawca: Biblioteka Analiz Sp. z o.o. Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-62948-30-7 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Xenna, poprzednia powieść Łukasza Gołębiewskiego, wprawdzie wyuzdana i obsceniczna, była ledwie pisarskim ćwiczeniem przed skokiem na naprawdę głęboką wodę, który teraz, po Melanżach z żyletką, autor ma już za sobą. Postanowił on sprawdzić wytrzymałość czytelników, czy będą w stanie przełknąć historię związku znanego z Xenny bohatera z nastoletnią dziewczyną - sfinalizowana horrorem opowieść, którym w równym stopniu kształtuje literatura, co alkohol, narkotyki i punk rock. Po książkę tę nie powinni sięgać ci, którzy mają jeszcze opory przed literacką pornografią, jak również osoby, którym wydaje się, ze życie to coś więcej niż zabawa do upadłego, i że nie da się na okrągło chlać, ćpać i uprawiać seks, a z intelektualnych rozrywek preferować grę w lotki i oglądanie meczów futbolowych. Bez obaw, da się.

 

Melanże z żyletką to świat kłamstw, złudzeń i niespełnionych pragnień. Seks, alkohol, punk rock oraz wielka, niespełniona miłość, którymi autor książki Xenna moja miłość karmi bohaterów swojej drugiej powieści. Ta znacznie bliższa niż poprzednia prozie Charlesa Bukowskiego, z którym autor był porównywany.
Krzysztof Masłoń, „Rzeczpospolita”.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Jirafa Roja Warszawa 2008 © Copyright by Łukasz Gołębiewski, 2008 © Copyright by Jirafa Roja, 2008 Korekta: Magdalena Rejnert Projekt okładki: Agnieszka Herman Zdjęcie autora na IV stronie okładki: Anna Gołębiewska Łamanie: Tatsu ISBN 978-83-62948-30-7 www.melanze.com.pl Wydanie I Warszawa 2008 Współistotne jest mi wszystko, co sprawia, że jestem w niezgodzie ze światem. Bardzo niewielu rzeczy nauczyłem się przez doświadczenie. Zawsze wyprzedzały mnie moje rozczarowania. Można sobie wszystko wyobrazić i wszystko przewidzieć z wyjątkiem tego, jak nisko można upaść. Przeznaczeniem każdego jest realizacja kłamstwa, jakie ucieleśnia, osiągnięcie stanu, w którym jest się już tylko zużytym złudzeniem. (Émile Cioran) Wołali na nią Zuzka Gruby mężczyzna szczupła dziewczyna W domu grubego Ona zdejmuje swoje ryże rajstopy A on śliniąc się pyta: Do której chodzisz szkoły? Ile masz lat? Jak masz na imię? Ona nie mówi nic* Wołali na nią Zuzka, ale ja wolę ksywkę Żyletka, bo lubiła się chlastać. Jak jej się nudziło, brała nóż i cięła sobie ręce, nogi, piersi, brzuch. Dobrze, że nie chlastała się na twarzy. Cięła się delikatnie, tak żeby nie zrobić sobie krzywdy. Po prostu lubiła mieć ciało w pajęczynach strupów i szram. Jedni robią sobie tatuaże, inni się tną. Taki świat. Nic nie wiedziałem o tej chorej pasji. Kiedy pierw- szy raz ją zobaczyłem zakrwawioną na kanapie, serio się przejąłem. — Po chuj to zrobiłaś? — Bo ja tak lubię. * „Gloria”, Van Morrison; tekst polski: Grabaż i Marcin Świetlicki. 7 — Lubisz? To rób to gdzie indziej, nie w moim miesz- kaniu! Trzasnąłem drzwiami i zszedłem na dół do monopo- lowego. Kupiłem pół litra bolsa i paczkę czerwonych spi- ke’ów. Najbardziej lubiła to pić. Najbardziej lubiła to pa- lić. Dzień jej upływał na paleniu papierosów i piciu gorza- ły. Chlastała się tylko w nocy. Wróciłem do mieszkania, wsadziłem do lodówki pół litra, rzuciłem paczkę szlugów, powiedziałem „cześć” i ponownie trzasnąłem drzwiami. Po chwili przyszedł sms. „Czemu mi na to pozwalasz? Na zabijanie…”. Tylko spokojnie, pomyślałem. „Bo to twoje życie, więc decyduj o nim sama” — odpisałem i wsiadłem do samochodu. Odpaliłem silnik, kiedy przyszedł następ- ny sms. „Sama rady nie dam… A ty mogłeś mnie wziąć za łeb chociaż… ”. Ciekawe jak? — tak też jej napisałem. „Normalnie… ale łatwiej mi wódkę kupić… ”. Z lekka się wkurwiłem. Nie lubię jak mi ktoś tak wywala praw- dę prosto w oczy, w dodatku prawdę, którą świadomie od siebie odpycham od wielu dni. Pognałem z powrotem do mieszkania. Leżała tak jak ją zostawiłem, tylko z petem w dłoni. — Wczoraj wypiłaś ostatnią butelkę, więc kupiłem następną. Nie zmarnuje się. — Nie chcę wódki. — Teraz nie chcesz, ale co będzie za godzinę? — Dzisiaj nie piję. Ha, ha. Mieszkaliśmy razem od kilku miesięcy i nie było dnia, żeby nie piła. — Powodzenia. Dać ci jakieś plastry, bandaże? — wskazałem na krwawe szramy. — Po co? Umyję się, to wystarczy. 8 — Pewnie wystarczy. Zrobiłaś to na złość? — zada- łem głupie pytanie. — Może po to, żeby cię zranić, może, żeby sprawdzić, ile sama wytrzymam, a może, by się ukarać? Wybierz właściwą odpowiedź, a niepotrzebne skreśl. Chyba każda z tych opcji była możliwa. Ukarać mnie za to, że miałem wrócić o drugiej w nocy do domu, a nie wróciłem. O 2.40 wysłała mi smsa: „nie ma cię chuju”. O 2.50 zaczęła się chlastać, systematycznie, rana przy ranie. A czy coś sobie udowodniła? W to wątpię. Do bólu była przyzwyczajona. Poszła do wanny, ja wyszedłem. Zawsze wychodzi- łem. Ma 19 lat I biegnie skrajem lata Próbuje dogonić swój cień Zamieszkała ze mną tuż przed maturą. Od tamtej pory z łóżka wstawała tylko do kibla, lodówki, no czasami też do knajpy. Do szkoły już nie wróciła. Kupiłem jej telewizor, że- by się nie nudziła. Siedziała i gapiła się na westerny. Twier- dziła, że uwielbia filmy z Clintem Eastwoodem i książki Charlesa Bukowskiego. Lubiła mocnych facetów. Kiedy następnym razem pocięła sobie nadgarstki har- cerską finką, nie zwracałem na to uwagi. Była czwarta nad ranem. Porządni ludzie o tej porze śpią. Po potężnej dawce alkoholu spałem od dwóch godzin. Zazwyczaj cho- dziłem spać przed nią, z zatyczkami w uszach, żeby nie słyszeć jak tłucze kolejne kieliszki. Co tydzień trzeba było kupować nowy komplet szkła. 9 Przyszła mnie obudzić. — Zobacz, co sobie zrobiłam. — Spadaj, chcę spać. Nie poszła. Zaczęła wycierać zakrwawioną rękę o mój policzek. Odwróciłem się twarzą do poduszki. Wyszła. Spałem dalej. Po pewnym czasie wróciła z wielkim nożem w dłoni. Jezu, jeszcze mi utnie kutasa, pomyślałem i próbowałem jej odebrać. Była pijana, zła, nieobliczalna. Uderzyłem ją w twarz. Zaśmiała się. — Uderz jeszcze raz, wycedziła. Prask. — Jeszcze. Prask. — A teraz weź mnie od tyłu. Na to nie miałem ochoty. Rozpłakała się. Była już piąta rano. Przytuliłem i zacząłem uspokajać. Zasnęła z głową wtuloną w moje ramię. Zostawiłem ją i poszedłem sprzą- tać potłuczone kieliszki. Ojciec wyszedł zarabiać pieniądze Matka wyszła wydawać pieniądze Ojciec biologiczny siedział w więzieniu, odszedł, kiedy miała pięć lat i na szczęście już nie wrócił. O dzieciń- stwie opowiadała różne smutne historie. Jak się upiła, to zaczynała płakać i wciąż na nowo relacjonować swoje ży- cie. Nie było przyjemnie tego słuchać. Czasem ludzie na- prawdę mają przesrane. Mówiła, że ma dobry kontakt z ojczymem, że traktu- je ją jak własną córkę. Wielki kościsty facet, z długimi włosami, w różowych okularach. Stary hipis. Wesoły, łagodny, tyle że nie często miał pracę. Tyrał dorywczo na budowach, naprawiał samochody, robił co popadnie. Nawet nie popijał za często. Mieszkała z dziadkami, rodzicami 10 i dwójką rodzeństwa, w siedem osób plus królik w trzech pokojach. Matka, atrakcyjna blondynka, równie rzadko, co skutecznie, ingerowała w życie córki. Z czego żyli? Głównie z emerytury dziadków i rozmaitych zasiłków oraz z tego, co zarobił ojczym. Rzecz jasna, na wiele tego nie wystarczało. Chciała uciec ze swojego małego pokoju, chciała zobaczyć wielki świat. Za wszelką cenę chciała być kimś innym. Tylko nie bardzo wiedziała kim? Po- trzeba odmienności, jak nałóg, zabójcza, chorobliwa, de- strukcyjna. Dla każdego inna twarz, nowa bajka przygo- towana na każdy kolejny dzień. Moja mała Żyletka, dziewczynka pędząca ku prze- paści. Raniła z uśmiechem, płakała, gdy głaskałem jej włosy. Wroga każdemu, kto jej dobrze życzył. Ciepła unikała jak zarazy. — W domu nikt mnie nigdy nie przytulał — powiedziała mi kiedyś, jakby tłumacząc dlaczego się odsuwa. Moja mała Żyletka nie przyjmo- wała miłości, wystarczał jej alkohol i dach nad gło- wą. Tolerowała mnie, bo dawałem jedno i drugie. Ko- lejne dni z pełną lodówką alkoholu. To był jej świat. A z nudów tworzyła nowe światy, wymyślała życio- rysy i zdarzenia. Czasem jej się to wszystko mieszało, fantazja z rzeczywistością. Sama nie łapała się w tym, co wcześniej mówiła, sama nie łapała się w tym, kim naprawdę jest. Zróbmy to szybciej Podejrzewam, że zrobisz we mnie więcej dziur Niż jakikolwiek mężczyzna Ona tak myśli ale nic nie mówi 11 Nie wiem które z nas miało bardziej niszczący wpływ na drugie. Ja jej dawałem alkohol, ona mi swoje młode cia- ło. Pożerałem je łakomie. Piękne młode ciało. Mężczyźni to kanibale. Pochowałem wszystkie noże i żyletki, nawet nożyczki, tak na wszelki wypadek. Zapomniałem jednak o młotku. W furii zaczęła nim kiedyś rozwalać drzwi. — Po co to robisz? — spytałem, głupio jak zwykle. — Zamek się zacina. Każda odpowiedź jest dobra. Odebrałem młotek i wy- rzuciłem do śmieci. Wiedziałem, że za kilka dni znowu coś wymyśli, wciąż dostarczała nowych atrakcji. — Powinnaś się leczyć. — Już to robiłam. — I? — Psychiatrzy to idioci. Podobała mi się jej lakoniczność. Po co mówić za dużo. Ma krótkie i szalone linie papilarne Nosi obcisłe dżinsy pali popularne Jak ją poznałem, opowiadała, że gra w punk rockowym zespole. Jak ją poznałem, opowiadała wiele niestworzonych historii. Lubiła zmyślać. Olewałem to. Sam lubię. Jej ty- łeczek ślicznie wyglądał w czarnych obcisłych dżinsach. Leżała półnaga, z butelką piwa przy ustach, z potargany- mi włosami, świadoma ponętnego ciała, świadoma tego, że narasta we mnie pożądanie. Mówiła, że gra na wiolonczeli. Mówiła, że gra na gi- tarze. Mówiła, że jest wokalistką. Nigdy nie słyszałem, żeby choćby cokolwiek nuciła. Przyniosła do mnie gitarę 12 i nigdy nie otworzyła pokrowca. Czasem na niej spała. Spała gdziekolwiek. Tam gdzie akurat upadła. Kiedy patrzę się na nią Ona leży koło mnie Tak swobodna i wolna Mruży oczy do słońca Wokół niej gęstnieje tłum Miała cholernie dużo wdzięku. Przyciągała samców swoim niewinnym uśmiechem. Lecieli jak ćmy do świa- tła. Wisiało mi to. Młodość ma swoje prawa. A ją mo- ja obojętność wkurzała. Chciała, żebym był zazdrosny. Chciała, żebym bił ją po twarzy. Szukała wciąż zwady. Za stary jestem na to. Trzasnęła drzwiami z całej siły. Wypadła klamka. Po chwili wróciła. — Pozwalasz mi tak wychodzić w nocy? — Wiem, że daleko nie dojdziesz. — A gdyby mi się coś stało? — W każdej minucie coś się dzieje. — Nie kochasz mnie. — Nie. — Dlaczego? — Bo po co mam kochać? — Bo tak chcę. — A ja chcę spać. — Jak pójdziesz spać, to rano już mnie nie będzie. — Aha. Znowu trzasnęła drzwiami. Miałem nadzieję, że nie wróci. Była z powrotem po dwóch minutach. 13 — Nadal cię nie obchodzę? — Obchodzi mnie, żeby się wyspać. — Chcę żebyś mnie kochał. — Będę cię kochał jutro rano, jak mi teraz pozwolisz spać. Wróciła do łóżka i cichutko zasnęła wtulona. Wiem, że pewnej nocy znowu wyjmie nóż. Dudek zachował czyste konto Spotkałem ją pierwszy raz w barze Gdy siedziała samotnie przy kuflu piwa Od tamtej pory już nic nie jest takie samo Gdy wciąż widzę na jawie i we śnie Dziewczynę w koszulce Discharge* Wiosna. Zimno jak cholera. Patrzę jak idzie dumnym kro- kiem. Czarne spodnie, czarna kurtka, czarne włosy, czarna piękność. Drapieżna, widać to na pierwszy rzut oka. — Masz ochotę na piwo? — zaczepiłem. — Stawiam. — Mogę mieć. Ręką wskazałem bar po drugiej stronie ulicy, lekko się skrzywiła. Powiedziała, że wczoraj skończyła dziewięt- naście lat. Zatem byłem o piętnaście lat starszy, spory dystans. Wyglądałem jak żul. Nieogolony, z posklejanymi włosami, w podartej wojskowej kurtce, ale to nie prze- szkadzało. Ważne, że ja płaciłem. W knajpie gęsto było od dymu. — Piwo czy wódkę? — Duże piwo. * „Dziewczyna w koszulce Discharge”, Wiewiórczaki. 15 Piliśmy, nie odzywając się do siebie. W rogu, nad ba- rem grał telewizor. Liverpool prowadził 1:0 w rewanżo- wym meczu Ligii Mistrzów; z Dudkiem na bramce. Po- stanowiłem przesiedzieć do końca meczu. — Jak masz na imię? — spytałem, kiedy piłka była w środku pola. — A jakie to ma znaczenie? — W sumie nie ma. — To po co pytasz? — Po nic. — To oglądaj dalej mecz. To oglądałem, zamawiając kolejne piwa. Wypiliśmy po sześć i mecz się skończył. Dudek zachował czyste kon- to. Liverpool mógł świętować awans do następnej rundy rozgrywek. — Idziemy stąd — powiedziałem. — Dokąd? — Do mnie. — Po co? — Pić dalej. — Może być. Zamówiłem taksówkę. Mieszkałem w pobliżu, jakieś trzy czy cztery przystanki tramwajowe od knajpy. Sie- dzieliśmy bez słowa na tylnim siedzeniu, gapiąc się bez- myślnie przez boczne szyby na rozświetlone latarniami ulice. Mżył wiosenny deszcz, światło odbijało się od kro- pli na szkle. Weszła rozglądając się ciekawie, ale bez słowa. Też nic nie mówiłem, otworzyłem wino, nastawiłem płytę Beru- rier Noir, jeden kieliszek, drugi, trzeci, wkręcam korkociąg, 16 otwieram następną butelkę. Podoba mi się. Pije uśmiech- nięta, czarująca, milcząca. Nie lubię gadać bez potrzeby. Ona też nie lubiła. Fajnie się milczało. — Czym się zajmujesz? — spytała wreszcie. — Jestem pisarzem. — Dasz mi swoją książkę? — Jasne. Z regału zdjąłem „Xennę”, powieść o niespełnionej mi- łości do młodej kobiety i spełnionej miłości do alkoholu. Bez większego zainteresowania schowała do plecaka. — Muszę już iść. — Dokąd? — A co za różnica? — W sumie żadna. — Mój chłopak na mnie czeka. — Zawołam ci taksówkę. — Nie stać mnie na taksówki. — Domyślam się, dlatego zapłacę za nią. — Miło z twojej strony. Zostawiła mi swój numer telefonu i po dziesięciu mi- nutach już jej nie było. W samotności dalej słuchałem Be- rurier Noir, uwielbiam francuskiego punk rocka. Odkor- kowałem kolejną butelkę czerwonego bordoux. Zadzwoniłem po kilku dniach. — Masz ochotę na piwo? — Mogę mieć. — Przyjadę po ciebie. Podała adres jakiejś pętli autobusowej, której długo szu- kałem na planie miasta. Gdy przyjechałem, już czekała. Ubrana tak samo jak poprzednio. Tak samo ładna. 17 — Uczę się w liceum plastycznym — powiedziała, za- mykając drzwi samochodu. — Pięknie — odpowiedziałem. — Która klasa? — Za miesiąc mam maturę. — Pięknie. — Przeczytałam twoją książkę. — Lepiej było uczyć się do matury. — To wszystko prawda, co tam napisałeś? — Zależy co rozumieć przez prawdę. — Jesteś podobny do bohatera swojej książki. — Fizycznie na pewno. — Mówisz tak, jak on. — Nie, to on mówi tak, jak ja. — A ta dziewczyna, o której napisałeś? — To co? — Czy naprawdę ją kochałeś? — Jak pisałem powieść, to na pewno tak. Inaczej nie pisałbym o miłości. — Wierzysz w miłość? — Nie. — A ja tak. — Pięknie. — Zawsze jesteś taki oszczędny w słowach? — Staram się. Dojechaliśmy do domu. Otworzyłem wino. Włączy- łem Berurier Noir. — Nie masz innej płyty? — Nie chce mi się zmieniać. — Czy ona była naprawdę? — Kto? — Ta dziewczyna z książki? 18 — Gdyby była naprawdę, to bym jej nie kochał. — Zatem kochasz fikcję? — Tak można powiedzieć. — Ile masz lat? Nie cierpię takich pytań. — Dwadzieścia dziewięć — skłamałem. — To stary jesteś. — Niestety. Wyjąłem płytę Exploited. Otworzyłem następne wino. Miała mocną głowę. — Mówią na mnie Zuzka. — Miło mi. — Mam coś dla ciebie. Wyjęła z plecaka oprawiony w antyramę rysunek. Na- wet ładny. — Masz talent. — Nie żartuj. Dopiero się uczę rysować. — To nieźle ci ta nauka wychodzi. — Bohaterka twojej książki nosi koszulkę z napisem Discharge. — Wiem o tym. — Też bym chciała taką nosić. Szukałam, ale nigdzie nie było. — To z piosenki o dziewczynie w koszulce Discharge. — To taki zespół? — Tak. Raczej niezbyt popularny. — Muszę już iść, może wpadnę później. Wpadła po trzech godzinach ze swoim chłopakiem, Ka- rolkiem. Obydwoje pijani. On z długimi włosami, w ko- szulce z napisem Motorhead. Twierdziła, że jest studentem 19 sinologii. Potem opowiadała jeszcze wiele różnych historii. Żadna nie była prawdziwa. Po kolejnym kieliszku wzięła mnie za rękę i wyprowadziła do drugiego pokoju. — Znam cię dopiero od kilku dni, a wydaje mi się, że całe moje życie się zmieniło — wyszeptała. Jej oczy błyszczały, tak jakby zaraz miała się rozpła- kać. Przeraziłem się. Nie byłem przygotowany na takie wyznania. W pierwszym odruchu chciałem pocałować ją w usta, ale powstrzymałem się. Pogłaskałem tylko jej krót- kie czarne włosy. — Zastanów się, co mówisz, a teraz wróćmy do twojego chłopaka, zanim zacznie być zazdrosny — szybko odpo- wiedziałem i wyszedłem. Podreptała za mną. Karolek nie był zazdrosny. Nalewał sobie kolejny kie- liszek wódki, który natychmiast popił piwem. Też otwo- rzyłem puszkę żywca, za to Zuzka, którą później zaczą- łem nazywać Żyletką, nie potrzebowała piwa. Wypiła pod rząd trzy pięćdziesiątki, coś koniecznie chciała nam powiedzieć, ale zasnęła w połowie niedokończonego zda- nia. Chwilę pogadałem z Karolkiem o muzyce, zostawiłem im klucze i wyszedłem z domu. Noc była orzeźwiająca, udałem się w kierunku sklepu nocnego. Lubię powietrze po deszczu, zwłaszcza gdy to początek wiosny, kiedy jest jeszcze zimno, lecz wiadomo, że z każdym dniem będzie więcej słońca. Pod nocnym nie zastałem nikogo. Na rogu złapałem taksówkę i pomknąłem obudzić Monikę. Ona zawsze gotowa jest przyjąć mnie bez zapowiedzi w środku nocy, objąć zachłannymi ramionami, a na koniec utulić do snu. Dobrze, że są na świecie takie kobiety, niczym tanie hostele, bez większej przyjemności, ale i bez zażenowania można co jakiś czas spędzić tam noc. 20 Zbudził mnie kac i nieświeży oddech Moniki. Czmych- nąłem do siebie, Zuzkę i Karolka zastałem śpiących. Na podłodze. Zamówiłem im pizzę. Była godzina dziesiąta. W lodówce znaleźli piwo, nie wyglądało na to, że chcą sobie pójść. — Odwiozę was — zaproponowałem. — Nie spieszy nam się — odpowiedział Karolek i się- gnął po mojego papierosa. — Ale mi się spieszy, wypal i idziemy. Zwlekli się ociężale, zabierając jeszcze po puszce piwa na drogę. Podrzuciłem ich pod jakieś blokowisko. Zadzwoniłem po kilku dniach. — Masz ochotę pójść do zoo? — Po co? — Zobaczyć mrówkojady. — Mogę chcieć. Mrówkojady spały. Wymyśliliśmy im imiona. Ona — Izolda, on — Morgan. Wcale nie byliśmy pewni ich płci. W zoo było pusto. Dzień wcześniej umarł papież. — Twój chłopak nie ma ci za złe, że się ze mną spo- tykasz? — Nie ma, bo mu o tym nie mówię. Poza tym on ni- gdy nie zaproponowałby wycieczki do zoo. Czułem, że mam przewagę, tylko nie bardzo wiedzia- łem, co z tym fantem zrobić. Czułem, że mogę ją mieć, tyl- ko nie bardzo wiedziałem, czy na pewno tego chcę? Wyda- wała mi się za młoda. Romans z licealistką? Ponętne, ale i przerażające. To inny świat, myślałem. Brnąłem jednak dalej, jak zwykle napędzany ciekawością. 21
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Melanże z żyletką
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: