Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00105 004465 14465601 na godz. na dobę w sumie
Mgła z czerni zła utkana - ebook/pdf
Mgła z czerni zła utkana - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 146
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-935504-0-1 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> powieść
Porównaj ceny (książka, ebook (-9%), audiobook).
Niespełna osiemnastoletnia Lena budzi się w szpitalu.
Nie ma pojęcia co się stało.
Dziwna pustka w jej głowie zdaje się zbawienna.
Niestety... ten stan nie trwa długo.
W końcu dociera do niej, co się stało.
Koszmarne wspomnienie powraca, zabijając w niej poczucie bezpieczeństwa.
Czy w takiej sytuacji można odnaleźć miłość?
Czy można mieć nadzieję, że to co najgorsze, ma się za sobą?

 

A co... jeśli to dopiero początek?
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Projekt okładki: © Szymon Siwak cavaletto.pl Redakcja i korekta: Marta Banaś Copyright © 2012 by Joana Wing joanawing.pl ISBN 978-83-935504-0-1 Wydanie I Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez pisemnej zgody autora zabronione. Joana Wing Mgła z czerni zła utkana „Nigdy nie wiesz, kiedy jest ci pisana śmierć, ale teraz, gdy przypomniałam sobie wszystkie swoje istnienia, znalazłam pewną prawidłowość... Przychodzi zawsze, kiedy najmniej się tego spodziewasz, kiedy jest ci tak dobrze jak nigdy dotąd...” Nel Część I Mgła Odzyskałam słuch i częściowo możliwość kojarzenia. Poza tym docierało do mnie niewiele bodźców. Zaaferowały mnie jednak usłyszane strzępy dyskusji, gdyż jej ton wyraźnie wskazywał na konflikt między rozmówcami. – Dlaczego nic nie zrobiłeś?! – Robiłem, co mogłem... Szybko doszłam do wniosku, że kłótnia dotyczyła czegoś bardzo ważnego dla mężczyzny mówiącego podniesionym głosem. To w jego tonie wyraźnie było słychać żal, a jeśli dobrze od- czytałam targające nim emocje, wiązał się on z jakąś życiową tragedią. Chwilę to trwało, nim zdałam sobie sprawę z własnego położenia. Nic nie widziałam i nie czułam. Jedyne, czego byłam pewna, to to, że dochodziły do mnie dźwięki. No i jeszcze myśla- łam, o ile nie był to wytwór mojej wyobraźni. Zaraz, zaraz, jak to było? „Myślę, więc jestem”, a przynajmniej coś w ten deseń... Co się stało? Nic nie rozumiem. – Przecież mogłeś temu zapobiec! – głos pierwszego mężczyzny zdawał się łamać. Dał mi do myślenia. Dziwne, słyszałam tylko te głosy, ale w żaden sposób nie mogłam zmienić mojej aktualnej sytuacji. Zatkać uszu, by nie podsłuchiwać, też nie mogłam. Nie należę do ludzi wścibskich, po prostu byłam skazana na podsłuchiwanie. Dziwna sytuacja, krępująca. Czy nie mogą sobie rozmawiać gdzie indziej? Może to tylko sen? Dziwny, taki na krawędzi jawy. Tyle że majaki mam zazwyczaj tuż przed zaśnięciem, a nie przypominam sobie, bym kładła się spać. Pustka, którą czułam, również nie była typowa dla moich marzeń sennych. Nie, to nie pustka, to czarna ciecz otulała mnie szczelnie. Nic nie czułam... Zastanawiałam się, czy w ogóle oddycham. Nie potrafiłam tego pojąć. Jak można nie oddychać? To na pewno tylko sen... – Wiesz doskonale, że nie mogłem ingerować w przebieg wypadków – głos drugiego męż- czyzny był spokojny. Najwyraźniej cała sytuacja nie robiła na nim wrażenia. – Nie rozumiesz, że istniejemy po to, by ich chronić? – pierwszy mężczyzna zamilkł na mo- ment. – Proszę cię, nie próbuj się usprawiedliwiać. Wystarczyło, że zostawiłem cię samego tylko na chwilę! Intuicyjnie wyczułam, że mężczyźnie trudno się pogodzić z tym, co się stało. Cierpienie wy- pełniało każde jego słowo. – Na wszystkie świętości, coś ty narobił? – zdołał wreszcie opanować swoje emocje i teraz jego głos był tylko smutny. – Wiesz dobrze, że nie możesz obarczać mnie winą za całe zło – jego towarzysz wyraźnie za- czął się niecierpliwić, choć nadal próbował wytłumaczyć, co zaszło. – On to zrobił, to on ją skrzywdził i próbował zabić... Urwał, ale po chwili dodał chłodno, bez cienia winy czy skruchy: – Ale żyje... Do jasnej cholery, o czym oni mówią? Niestety, mogłam tylko dalej przysłuchiwać się nieznajomym. Innego wyjścia nie miałam. Mój niepokój stopniowo narastał, aż stał się zupełnie nie do zniesienia. Chciałam odzyskać kontrolę nad tym, co czułam, słyszałam i robiłam. Moje ciało miało jednak inny plan, niezależnie od tego, czego sobie życzyłam. W dalszym ciągu nie miałam na nie żadnego wpływu. Wreszcie moje dywagacje przerwały słowa pierwszego z mężczyzn. – Co to za życie? Jak ona ma teraz funkcjonować? To nie było jej pisane, nie miała tego do- świadczyć! – słyszałam wyraźne zaangażowanie w sprawę osoby, o której mówili. – Nie tak miało być... – Pomyśl, mogło się skończyć gorzej. Planował ją zabić, jednak udało mi się wpłynąć na tok jego myślenia, dzięki czemu ocaliłem ją od śmierci – mówił drugi, cały czas zachowując spokój. – Nic więcej nie mogłem zrobić. Uwierz mi, nie mogłem spokojnie na to patrzeć. Wiesz, że sam niewiele mogłem wskórać, nie jestem archaniołem. Potrafię walczyć, ale moje umiejętności są mocno ograniczone. – Przestań! – pierwszy mężczyzna ponownie stracił nad sobą panowanie. – Może jednak śmierć byłaby dla niej wybawieniem? – dodał smutno. – Bądźcie cicho, ona prawdopodobnie już was słyszy – do dyskusji dołączyła kobieta, a jej głos wydał mi się ciepły i znajomy. Nic więcej nie usłyszałam. Rozmowa się urwała, zanim doszłam do tego, o co właściwie chodziło. Tylko to tykanie... Nie, to nie tykanie, raczej pikanie. Miarowe pikanie. Robiło mi się coraz cieplej... Błogo... Aż poczułam na dłoni czyjś dotyk. A zatem to wcale nie był sen. – No, kochanie. Słyszysz mnie? – ta sama kobieta przemawiała do mnie bardzo łagodnie. Drgnęłam. Odzyskiwałam swoje ciało i władzę w mięśniach. Co się stało? To pytanie wraca- ło do mnie jak bumerang. Powoli powieki uległy mej woli i uchyliły się, by natychmiast zamknąć, gdyż oślepiło mnie silne światło. Zaraz, zaraz... Pikanie, ostre światło. Gdzie ja jestem?! Pomimo szczerych chęci z moich ust wydobył się tylko jęk. Pojawił się też ból. Jeszcze chwilę temu nic nie czułam, a teraz... – Boże, ratunku! – Cicho, cicho. Już podałam ci następną dawkę środka przeciwbólowego. Zaraz będzie do- brze... – kobieta próbowała mnie uspokoić. – Jesteś w szpitalu świętego Alberta, a ja jestem pie- lęgniarką. Możesz mi mówić Rafaela – jej głos uspokoił mnie na tyle, że mogłam pozbierać my- śli. Zwykłe przełknięcie śliny wymagało ode mnie wysiłku. Ponowiłam próbę otwarcia powiek i z ulgą stwierdziłam, że oczy przyzwyczaiły się do światła. Dzięki temu mogłam się przyjrzeć oto- czeniu. Typowa szpitalna sala, nic specjalnego. Bladozielone ściany, całe mnóstwo sprzętu i ona. Przepiękna kobieta, na oko dwudziestopięcioletnia. Na jej białym uniformie, tuż nad lewą piersią, wisiała plakietka z wypisanym imieniem – Rafaela. Dziwne, nie znam nikogo o takim imieniu. Do niej jednak pasowało. – Co ja tutaj robię? – zapytałam słabym, stłumionym głosem. Mówienie, tak jak przełykanie śliny, sprawiało mi wiele trudności. – Przywieziono cię dwa dni temu. Miałaś wiele szczęścia, że przeżyłaś. Naprawdę... miałaś szczęście. – Tak, mam szczęście – przytaknęłam ponuro. Próbowałam przywołać wspomnienia, jednak na próżno. W mojej głowie ziajała pokaźnych rozmiarów czarna dziura, która najwidoczniej pochłonęła większość tożsamości. – Nic nie pamiętam – stwierdziłam z przerażeniem. Pielęgniarka położyła dłoń na moim ramieniu, jakby chciała mnie przygotować na to, co mia- ło nastąpić. – Za chwilę powinien wrócić doktor Samuel. On ci wszystko wyjaśni – kiedy to mówiła, jej ręka drgnęła. Najwidoczniej bardzo się przejmuje swoimi podopiecznymi. Spojrzała na mnie z troską i dokończyła: – Czeka cię jeszcze wizyta policji. Potrzebują twoich zeznań. Zaniepokojona zerknęłam w jej stronę. Jaka policja? Jakie zeznania? – Czy zrobiłam coś złego? – zapytałam pełna obaw. – Nic złego nie zrobiłaś. Skrzywdzono cię... – jej smutny głos oznaczał, że to nie żart, że mówi jak najbardziej poważnie. Rafaela nagle przerwała, gdyż do pomieszczenia wszedł mężczyzna w bladozielonym kitlu. Praktycznie był to ten sam odcień zieleni, którym pomalowano ściany mojego pokoju. Domyśli- łam się, że to doktor, o którym wspominała przed chwilą Rafaela. – Siostro Rafaelo, proszę zostawić nas samych – zaordynował, a ona odeszła bez słowa, uśmiechając się do mnie ciepło. Chciałam odwzajemnić jej uśmiech, ale przez ogarniającą mnie senność wyszedł mi tylko grymas. Dziwne, moje ciało stawało się coraz bardziej nie moje. – Wybacz, że nie przywitałem się od razu. Dzień dobry, Leno, nazywam się doktor Samuel Nanawi. Wiem, wiem – dodał szybko, widząc moje zaskoczenie – to dziwne nazwisko odziedzi- czyłem po ojcu. Opiekuję się tobą od kilku dni. Przez ten czas utrzymywałem cię w śpiączce farmakologicznej, by twój organizm mógł się zregenerować po ostatnich przejściach. Teraz bę- dziesz odczuwać ponownie senność. Wiem, że rany przysparzają ci jeszcze wiele cierpienia. Nie ma potrzeby, byś się męczyła, więc sobie jeszcze pośpisz. Swoje już przeszłaś... – doktor Samuel był spokojny i pełen empatii. – Co się stało? Nic nie pamiętam – szepnęłam zmęczona. – To, co mam do powiedzenia, zapewne nie przypadnie ci do gustu – doktor wyraźnie się męczył, nie wiedząc, jak ubrać w słowa to, co chciał mi przekazać. – Zostałaś brutalnie zgwałco- na i próbowano cię zabić. Cóż, więcej na razie nie musisz wiedzieć. Zresztą powiedziałem ci praktycznie wszystko – zamilkł zakłopotany. Patrzyłam na niego jak na przybysza z innej planety. Przecież COŚ TAKIEGO bym pamięta- ła, TAKIEGO CZEGOŚ nie da się zapomnieć! – Wiem, co myślisz – przerwał swoje milczenie. – Na razie nic nie pamiętasz, bo twój mózg postanowił się wyłączyć z nadmiaru bólu i przerażenia. Widzisz, to tak jak z komputerem, zawie- siłaś się i teraz to tylko kwestia czasu, aż odzyskasz swoje pliki. – Panie doktorze, niewiele rozumiem z tego, co się ze mną dzieje. Ja nic nie pamiętam – zie- wnęłam – nic nie pamiętam... Dziwna ciemność, błogostan. Błysk. Nie, to jakiś obraz, wspomnienie... … – Zakładam, że nie masz mi tego za złe – mruknął Akon. – Zapomnijmy o tym – powiedziałem już dużo ciszej. Powoli odzyskiwałem spokój. Dosko- nale wiedziałem, że nie mógł zrobić nic więcej... Przyjaciel poklepał mnie po ramieniu. Zwykle nie było to łatwe, bo na przeszkodzie stały skrzydła, jednak kiedy przebywamy pomiędzy ludźmi, potrafimy sprawić, by znikły. Stają się pół- przezroczyste, mgliste, aż w końcu rozwiewają się jak mara. Staliśmy tak koło siebie w milczeniu. Wydawało mi się nawet, że obaj toczymy wewnętrzną walkę z własnymi uczuciami, które przynajmniej mnie zalały falą, jakiej dawno nie doświadczy- łem. Jednak Akon nic takiego nie odczuwał. Był spokojny. Bo niby cóż takiego się stało? W jego mniemaniu to zwykła dziewczyna, tylko człowiek. Jeden z wielu, którymi przyszło mu się opie- kować. Fakt, nie było jej to pisane, ale stało się. Akon skutecznie ograniczał dostęp do swoich myśli. I niewiele ponadto mogłem z nich wy- czytać. Nagle spojrzał na mnie, jakby się domyślił, że przeczesuję jego głowę, i przywołał wyda- rzenia z 11 września, kiedy to wszyscy archaniołowie, łącznie ze mną, zostali wezwani do obrony Nowego Jorku. Powtarzał w myślach, że sam nie był w stanie nic zrobić. Wiedziałem, że ma rację. Przecież tylko archanioł może pokonać demona wyższej rangi, a Akon taką mocą nie dysponuje. Mógł jednak zmienić bieg wypadków, wpływając na tok myślenia napastnika, tak by do tego w ogóle nie doszło. Stałem tak, bezradny, i wpatrywałem się w twarz nieprzytomnej dziewczyny. Przymknąłem oczy, a koszmar ponownie wrócił. W wieczór, kiedy ona walczyła o życie, ja ratowałem innych ludzi, choć tak naprawdę niewiele było do ratowania. Ograniczaliśmy się do odprowadzania za- gubionych dusz i walki z demonami. Informacja dotarła do nas zbyt późno, byśmy mogli ocalić wszystkich... Otrząsnąłem się z zamyślenia. Wiedziałem, że teraz powinienem być przy niej. Musiałem jednak uważać na swoje zachowanie przy Akonie. Sądziłem zresztą, że i tak zaczął coś podejrze- wać. Ważne było, by nie domyślił się prawdy... prawdy o tym, że za bardzo mi na niej zależy... Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że przez całe dotychczasowe życie nie byłem tak zaaferowany żadnym ze swoich podopiecznych. Fakt, jestem cierpliwy i współczujący. Odczu- wam również radość i ból wraz z tymi, którymi się zajmuję, ale to przeżywają wszystkie anioły. A jednak w chwili, gdy na świat przyszła ONA, mała drobna istotka, wiedziałem, że moje jestestwo jest poważnie zagrożone... Że od tej pory należę tylko do NIEJ. Wspomnienia ponownie zalały moją głowę. Znów ujrzałem te małe, lecz jakże piękne źreni- ce. Już jako noworodek patrzyła mi prosto w oczy, uśmiechając się rozbrajająco. Potrafiła tak godzinami... Wtedy wydawało się to zaskakujące. Owszem, takie maleństwa widzą nas i słyszą, ale nie przejawiają większej ciekawości nami. A ona wręcz przeciwnie, wydawała się mną zafascy- nowana. Jakby mnie znała i dawała znać, że wróciła... Nie docierało to do mnie. Przecież nie mogłem mieć tyle szczęścia... Zresztą znalazłem się przy NIEJ czystym przypadkiem i tak już zostałem. Mała rosła, tak jak moje przywiązanie do niej. Często opowiadała o mnie mamie i tacie. By- łem przy tym, kiedy rodzice zaniepokojeni wizjami córki wyjaśnili jej w końcu, że ktoś taki jak pan ze skrzydłami nie istnieje. Spojrzała wtedy na mnie i na nich, nie rozumiejąc, jak mogą mnie nie dostrzegać. Złościło ją to, ale była sprytna i więcej już o mnie nie opowiadała dorosłym. Cie- szyłem się każdą chwilą z nią spędzoną, aż nadszedł moment, kiedy jej dorastający umysł wyparł mnie z jej wizji. Zatraciła tym samym umiejętność dostrzegania nas w realnym świecie. Jedyną formą kontaktu, jaki nam pozostał, był sen. Walczyłem, by mnie nie zapomniała, tak byśmy mo- gli kontaktować się przynajmniej w ten sposób. Wiedziałem jednak, jak to się skończy – ONA dorośnie i wyprze mnie również ze snów. Dla- tego tak cenne było każde spotkanie, każda rozmowa... Podświadomie przypominała mi Nel, co dawało mi wiele radości. W końcu, gdy dojrzała, postanowiłem sam odebrać jej wspomnienia związane ze mną. Lu- dzie mają w nas wierzyć, a nie wiedzieć, że istniejemy. Bolało mnie to, ale zrozumiałem, że mu- simy pozostać w sferze wiary i modlitwy, bo właśnie to nadaje sens ich istnieniu... Jestem ARCHANIOŁEM. Codziennie zmagam się z modlitwami ludzi z całego świata. Niemal bez przerwy jestem bombardowany całą gamą ludzkich uczuć — od euforii po rozpacz... Po prostu życie... Radzę sobie tylko dlatego, że mój umysł działa wielotorowo. Z jednej strony słyszę i czuję to wszystko, z drugiej potrafię się zajmować sprawami bieżącymi, rozdzielając między inne anioły przypadki niecierpiące zwłoki. Wszystko to dzieje się telepatycznie. To dlatego daję sobie radę. Pomaga mi również to, że każdy człowiek ma anioła stróża. Niektórzy nawet kilku, wszystko zależy od czystości duszy danego osobnika. Im jest lepszym człowiekiem, tym więcej uwagi na nim skupiamy. ONA dostała Akona i mnie, później dołączyła do nas Rafaela. Nie zdawałem sobie sprawy, dlaczego tak bardzo przywiązałem się do tej małej. Dlaczego od chwili jej narodzin pragnąłem chronić ją za wszelką cenę? Niejednokrotnie narażając się przy tym na karcące spojrzenia Szefa. Oj, nie miałem łatwo... W końcu dowiedziałem się prawdy i zrozumiałem, dlaczego demony chcą dostać jej duszę... Tak, tak. Lena to Nel... niegdyś jedna z nas! Anielica, którą kochałem i która kochała mnie. Byliśmy niemal nierozłączni i zawsze trzyma- liśmy się zasad. Nasza miłość przez wieki pozostała czysta. Nie chcieliśmy przeciwstawiać się Szefowi. Pamiętam, jak wielką cierpliwością w stosunku do nas się wykazywał. Prosił tylko, by nikt poza naszą trójką nie dowiedział się o tym, co nas łączy. To było jak prezent. Cieszyliśmy się każdą chwilą spędzoną razem. Wspieraliśmy się w walce i stawialiśmy czoło Lucyferowi, przez co jego nienawiść do nas tylko wzrastała... Wszystko dlatego, że kiedy Lucyfer był jednym z nas, darzył Nel głębokim uczuciem, które pozostało jednak nieodwzajemnione, co pozbawiło go rozumu, opętało żądzą zemsty, a w rezultacie doprowadziło do strącenia w mrok. Bez skrzydeł i boskiego wsparcia stał się najpotężniejszą złą istotą na świecie. Stał się naszym śmiertelnym wrogiem. Wrogiem, który dobrze wiedział, kogo Nel tak naprawdę kocha... Kiedy Szef zrozumiał, że Lucyfer już wie o naszej miłości, wezwał nas do siebie. Słowa, któ- re do nas wtedy skierował, zapowiadały zmiany. – Umowa była taka, że nikt nie dowie się o uczuciu, jakim się darzycie. Niestety Lucyfer wszedł w posiadanie tej wiedzy. Teraz mamy dwa wyjścia... Albo zapomnicie o tym, co was łączy, albo zrezygnujecie ze skrzydeł i będziecie żyć jak zwykli ludzie. Decyzję musicie podjąć jednogło- śnie. Zastanówcie się dobrze, bo odwrotu nie będzie. Pamiętajcie jednak, że bez względu na to, co się stanie, moja miłość do was jako swoich dzieci nigdy nie osłabnie. Teraz wracajcie do swo- ich zajęć... Pamiętam, jak staliśmy w milczeniu nie tyle zaskoczeni, ile zdruzgotani. To, że spodziewali- śmy się takiego scenariusza od dawna, niczego nam nie ułatwiło. Nie mogłem dojść do siebie, a Nel błądziła myślami i nie potrafiła podjąć żadnej decyzji. W końcu to ja przerwałem ciszę. – Dziękujemy za zrozumienie – zacząłem niezdarnie. – Kiedy tylko podejmiemy decyzję, sta- niemy przed twoim obliczem – cisza, jaka wtedy zapadła, była trudna do zniesienia. Nie wiem, po co to mówiłem, przecież doskonale wiedziałem, jak to się odbywa. Kiedy tylko się na coś zdecydujemy, stracimy skrzydła lub nasze uczucie ulegnie jego woli, a my pozostanie- my tylko przyjaciółmi. Nic więcej... Decyzja należała do nas. Znaliśmy nawzajem własne myśli, i chyba właśnie to było najgorsze, bo wiedziałem, jak Nel się miota... Opuściliśmy oblicze Szefa i udaliśmy się na szczyt naszej ukochanej góry. Śnieżka to miejsce, które upodobaliśmy sobie jak żadne inne, a wszystko dzięki pozytywnej energii przynoszonej przez turystów. Nieraz bawiliśmy się w „małe cuda”. Z pomocą Szefa uzdrawialiśmy chorych, którzy nie byli świadomi swych chorób. W ten sposób nie zdradzaliśmy się z naszą działalnością przed ludźmi, co nam bardzo odpowiadało. Podobało nam się to coraz bardziej. Nigdy nie prze- padaliśmy za gmachami wznoszonymi w imię Szefa i z reguły nigdy tam nie zaglądaliśmy. Ludzie, którzy tam chadzają, interesują się tylko witrażami, figurkami i symbolami, za nic jednak mając prawdziwy kontakt z naszym Szefem. Kontakt, który może nastąpić tylko na łonie natury. W tamten dzień turystów prawie nie było, a w schronisku przebywali wyłącznie pracownicy. Zimą tylko nieliczni decydują się na wspinaczkę. To wtedy usłyszałem wołanie o pomoc. Sprawa wydawała się niecierpiąca zwłoki. A tak bardzo nie chciałem opuszczać Nel... – Leć. Zajmij się tym – powiedziała, jak tylko dotarły do niej moje myśli. – Poczekam tu na ciebie. Muszę sobie wszystko przemyśleć... – urwała, uciekając myślami poza zasięg mojej per- cepcji. Była taka smutna. Nawet bez zaglądania do jej myśli wiedziałem, jaką walkę wtedy toczyła. Pragnęła pozostać aniołem i zajmować się tym, co do tej pory było istotą jej życia, a jednocześnie nie chciała wyrzec się naszej miłości. Pragnąłem zostać, porozmawiać o tym, co nas czekało. Jednak wzywały mnie obowiązki i nie mogłem dłużej zwlekać. Ująłem twarz Nel w dłonie i ucałowałem jej czoło. Pamiętam, jak prze- kręciła głowę, a nasze wargi spotkały się w gorącym pocałunku. Pamiętam też to przyjemne cie- pło, które rozeszło się wtedy po moim ciele. Dopięła swego, rogata dusza... Doskonale znała moje uczucia. Wiedziała, że i ja cierpię. Kiedy zostawiałem ją tamtego dnia samą na szczycie, odczuwałem irracjonalny lęk, który uparcie nie chciał opuścić mego umysłu. Tłumaczyłem to sobie ciężarem decyzji, z jaką przyszło nam się zmierzyć. Jak bardzo się myliłem... Lucyfer miał plan i ani on, ani jego demony nie czekali na rozwój wypadków. Ten plan wcieli- li w życie zaraz po moim odlocie. Gdy ja ratowałem ludzi z pożaru, który zresztą został zaprószony przez sługusów Lucyfera, Nel walczyła z jednym z najsilniejszych demonów – Nefe. Walczyła o duszę młodego człowieka, który po zawodzie miłosnym postanowił odebrać sobie życie na szczycie Śnieżki. Zażył zabójczą dawkę narkotyku, by zakończyć swoją egzystencję w miejscu, które wydawało mu się romantycz- ne. Romantyczne! – głupota ludzka nie zna granic... Każdy szczegół tego feralnego dnia zapisał się w mojej pamięci na wieki. Jak litery wyryte w kamieniu... Nel walczyła do ostatniej chwili o życie chłopaka. Nie był zły, był po prostu opuszczony. Do końca próbowała skłonić go do zmiany decyzji, jednak zażyta wcześniej dawka narkotyku sku- tecznie jej to uniemożliwiała. Przez narkotyk nie mogła wpłynąć na tok jego myślenia. Nefe wy- korzystał zaś sytuację idealnie. To nie chłopak był jego celem – on miał tylko sprowokować Nel do walki. Do walki, w której miała zginąć. Jeśli nie mogła należeć do Lucyfera, miała przestać istnieć. Kiedy chłopak znalazł się na krawędzi życia i śmierci, zaczął dostrzegać to, co się działo wo- kół niego. Ujrzał anioła i demona walczących o jego duszę. Dzięki niemu i ja widziałem to wszystko. To wtedy dotarło do mnie, co się stało. Zrozumiałem, o co tak naprawdę chodziło. Nel do końca skutecznie blokowała swoje myśli, bym się nie martwił. Nie chciała odciągać mnie od ludzi w potrzebie. A może miała nadzieję, że sama sobie poradzi? Kiedy serce chłopaka przestało bić, jego mózg nadal notował otaczający go chaos, a rozsze- rzone źrenice przekazywały cenne dla mnie informacje. Pamiętam, że obraz był niewyraźny i to, że Nel słabła. Widziałem, jak Nefe zwiększał przewagę nad moją ukochaną. Pędziłem szybciej niż wiatr, by zdążyć na czas... Nie zapomnę, jak po drodze siłą rozpędu rozhuśtałem wiszący most, wprawiając go w ruch wahadłowy. Nie myślałem wtedy o ludziach na nim. Pędziłem dalej, a czasu miałem coraz mniej. Umierający mózg chłopaka mieszał już rzeczywistość z urojeniami. Wokół walczących tańczyły kolorowe smoki. Koniec... Cholera, czy musiał tak szybko umrzeć?! Lecz na koniec przekazu dostrzegłem coś jeszcze. Nel zrobiła unik przed kolcem jadowym Nefe i z półobrotu odcięła swoim skrzydłem rękę demona. Myślałem wtedy, że nie jest tak źle, że poradzi sobie z napastnikiem. W moim sercu zakiełkowała nadzieja. Przyspieszyłem gnany stra- chem, niestety wywołując w ten sposób turbulencje w samolocie, który wyprzedzałem. Modlitwy ludzi nieco mnie otrzeźwiły, ale nie miałem czasu, by się na nich skupić. Mój lot zdawał się trwać całą wieczność. Cokolwiek bym wtedy nie robił, i tak było za wolno. W głowie huczało mi tylko jedno pytanie. Co z Nel? Pamiętam, że kiedy dolatywałem do szczytu, zauważyłem, iż coś jest nie tak. Nel leżała. Dopadłem do niej w ułamku sekundy. Spoglądała w niebo. Szkarłatna kałuża pod jej ciałem powiększała się stanowczo za szybko. Natychmiast złapałem ukochaną w ramiona. Jej skrzydła zaczynały otulać jej ciało, uniemożliwiając mi wykonanie jakiegokolwiek ruchu. Próbowałem ją uzdrowić, jednak na próżno. Z jej ciała wypłynęło zbyt wiele życiodajnej cieczy, która wsiąkała w śnieg i skały pod nami. Słabła w oczach, a ból, który czuła, rozrywał mnie na atomy. Pamiętam swój krzyk, który przetoczył się po górskich szczytach, powodując zejście wielu lawin. Przytulałem Nel do siebie z całych sił, wierząc, że w ten sposób nie pozwolę jej odejść. I usłyszałem słaby szept wydobywa- jący się z jej delikatnych ust. – Kocham cię... Nigdy nie zapomnę naszej miłości. Twoja twarz... – cudowne oczy zgasły. Jej oblicze, które nadal było idealne, choć przecież pozbawione życia, zniknęło szybko pod skrzy- dłami. Odeszła. Nie było nam dane długie pożegnanie... Sekundę później ciało Nel wpadło w delikatne wibracje. Małe błękitne światełka zaczęły przeciskać się między jej piórami. Było ich coraz więcej i więcej, a po chwili stworzyły smugę światła równie błękitnego co oczy, które dla mnie zgasły. Zniknęło ciało, które tak bardzo kocha- łem. Żal, jaki rozrywał mnie od środka, pamiętam do dziś. Odebrano mi moje szczęście. Spojrzałem wtedy na demona, który odebrał życie Nel. Stał i przyglądał się z szyderczym uśmiechem na twarzy. Pamiętam też, kiedy pojawił się sam Lucyfer. Czytałem w jego myślach. Bawił się doskonale, wiedząc, że mam niewielkie szanse, by ponownie trafić na jej duszę. Zrozu- miałem, że to była zwykła zemsta. Niestety Lucyfer miał rację. Po śmierci anioła jego dusza odradza się w ciele człowieka i tym samym traci anielskie cechy. A tylko w ten sposób mógłbym ponownie na nią trafić. Pewnym pocieszeniem była dla mnie myśl, że moja ukochana jednak gdzieś tam w świecie się odrodzi i będzie nadal istnieć. Będzie toczyć normalne życie, nieobarczone wiedzą o poprzednim wciele- niu. Pamiętam, jak klęczałem, rękami dotykając skały, na której skonała istota bez skazy. Podniosłem głowę – niebo było spokojne, a promienie słońca przebijały się przez nieliczne chmury. Moje mięśnie wypełniły nowe siły i wystartowałem w górę z jednym tylko zamiarem – ruszyłem na niczego się niespodziewające demony. Lucyfer zdążył uciec tylko dzięki temu, że czytał mi w myślach, jednak dopadłem Nefe. Był tak zaskoczony tym, iż jego guru pozostawił go na pewną śmierć, że nie zdążył nawet drgnąć. Jednym ciosem starłem go w proch i opadłem na kolana, tracąc zapał. Do tamtego tragicznego dnia siłą i motorem napędzającym mnie do podejmowania coraz to trudniejszych wyzwań była Nel. Kiedy jej zabrakło, niczego już nie pragnąłem. Niczego już nie chciałem. Nie opuszcza mnie myśl, że gdybyśmy podjęli decyzję jeszcze przed obliczem Szefa, wszyst- ko mogłoby się potoczyć inaczej. Może żyłaby do dziś jako anioł? Dlaczego się wahaliśmy?! Za- przepaściliśmy nasze szczęście i nie można było tego cofnąć... Od śmierci Nel wykonywałem swoje obowiązki sumiennie, ale beznamiętnie. Aż do teraz. Do momentu, kiedy się dowiedziałem, że Lena to Nel. Wreszcie odzyskałem sens istnienia. Jestem niemal pewny, że ułatwił mi to sam Szef. Zdawałem sobie sprawę, że nie mógł pa- trzeć na moje cierpienie, na ból, który pozwalał tylko na nędzną egzystencję. Odkąd straciłem Nel, nie cieszyły mnie wschody i zachody słońca, które tak bardzo lubiliśmy podziwiać ze szczy- tu Śnieżki. Nie cieszył mnie letni deszcz ani puszysty śnieg. Nie bawiły wybuchy wulkanów. Kie- dy ona odeszła, to wszystko przestało dla mnie istnieć. Jednak informacja uzyskana ze Źródła Wiedzy Wszechświata przywróciła mi wszystko. Od- dała mi moje szczęście. Szczęście, którego byłem tak blisko przez ostatnie osiemnaście lat. Ale i tym razem nie było mi dane cieszyć się dostatecznie długo spokojem. Demony ponownie zabawiły się naszym kosztem. Lucyfer zdawał sobie sprawę z mojej potę- gi i dlatego atakował zawsze w dużej grupie. Stawiał na ilość. Nasze starcia często doprowadzały do kataklizmów; owszem, starałem się odciągać ich najdalej, jak mogłem, od ziemi, jednak nie zawsze wszystko szło po mojej myśli, a wtedy nasze walki wywoływały trąby powietrzne i hura- gany. Co jakiś czas demony organizowały akcje specjalne. Tak było 11 września, zaledwie kilka dni temu. Zginęło wielu ludzi, gdyż nie dostaliśmy w odpowiednim czasie informacji. Przygotowali się starannie, wręcz perfekcyjnie. Żadnego przecieku do naszych czujek. ZUPEŁNIE NIC! Kiedy weszliśmy w posiadanie cennych informacji, mogłem tylko ratować tych, co przeżyli. Zginęło tylu dobrych ludzi. Taka strata... Wtedy też doszło do tego, czego się najbardziej obawiałem. Pod moją nieobecność Lena ponownie omal nie straciła życia. Lucyfer wiedział, że tym ra- zem trafienie na jej duszę byłoby całkowicie niemożliwe. Pogrążyłby mnie na wieki. Jednak powinęła mu się noga, ponieważ Akon zdołał zmienić tok myślenia oprawcy. Owszem, nie mógł walczyć z demonami nadzorującymi całe zajście, choć było bardziej prawdo- podobne, że nie chciał. Uważa bowiem, że to poniżej jego godności. – Przecież nie ma o co walczyć. To tylko człowiek... – tak zazwyczaj brzmiały jego słowa. Pamiętam, jak krzywo patrzył na moje poświęcenie. – Przecież oni na to nie zasługują – mawiał. Zwykłem mu wtedy odpowiadać, że zasługują, że potrafią się zmieniać i że powinien spojrzeć na nich bardziej przychylnym okiem. – Ja robię swoje, ty swoje, i niech tak pozostanie – odpowiadał chłodno. Dobrze wiedziałem, że dyskusja z nim niczego nie zmieni. Jest nieprzejednany w swych po- stanowieniach. I tak stało się tym razem. Robił tylko swoje. Lena miała szczęście, że demon kierujący akcją był niedoświadczony. Z tymi potężnymi walczyliśmy w World Trade Center. To dzięki temu uszła z życiem, tylko jakim... Ludzkie umysły są takie kruche. Zdawałem sobie z tego sprawę i dlatego zablokowałem jej pamięć. Nie chciałem, żeby pamiętała... Ból fizyczny blokują leki, ale nie dają spokoju ducha. Spojrzałem na Rafaelę stojącą obok łóżka Leny. Przybyła na moją prośbę, by zaopiekować się dziewczyną. Zgodziła się bez wahania, w końcu kiedyś była przyjaciółką Nel. Rafaela uśmiechnęła się do mnie. Jestem już zmęczony. Nawet lot do Szkocji nie był dla mnie przyjemnością. Odwiedziłem tylko przyjaciela i jak najprędzej powróciłem do ukochanej. Tutaj demony nie próżnują. Po powrocie ze Szkocji, kiedy dolatywałem do budynku szpitala, złapałem jednego, który wspinał się do jej pokoju po elewacji budynku. Podleciałem bezszelest- nie, by nie zorientował się za wcześnie. Dzięki temu mogłem spokojnie manewrować skrzydłami i ustawić je odpowiednio do ataku. Posługując się nimi jak szpadami, przyszpiliłem demona do ściany. Końce naszych skrzydeł są jak stalowe miecze, ostre i twarde. Nie miał żadnych szans. Jego kolec jadowy tylko błysnął w słońcu, ale zabrakło mu czasu, by go użyć. Rozpłynął się w czarnej mgle, pozostawiając po sobie tylko nieprzyjemną woń siarki. Robac- two trzeba tępić – pomyślałem, wzdrygając się z obrzydzenia, jakbym rozdeptał karalucha. Rafaela uśmiechnęła się, podążając za moimi wspomnieniami. Spojrzała na mnie z czułością, którą tylko ona potrafi obdarować drugiego anioła. Rozumiała, co czułem. Wiedziałem, że dała- by sobie radę z tym demonem, ale nie mogłem ryzykować. – Jak ona się czuje? – spytałem, siadając na szafce nocnej obok łóżka Leny. – Jest dobrze, najgorsze minęło. Śpi po lekach. Nadal nic nie pamięta, ale to chyba twoja sprawka, Gabrielu? – Tak, nie chcę, by cierpiała. – Pamiętaj, że musisz zwrócić jej wspomnienia. Nie może tak żyć. Poradzi sobie, czuję to. Jest silna, silniejsza, niż nam się wydaje. Widziałam, jak próbowała wal... – ucięła w pół słowa, mój wzrok mówił jasno, by nie kończyła. Otarłem twarz skrzydłem. Nie musiałem ich chować, bo i tak nie byłem widoczny dla ludzi. Poza tym chyba nawet chciałem, by Nel zobaczyła mnie w pełnej krasie. Czy ja zwariowałem?! Nie powinna mnie widzieć. Moje serce krzyczało, bym się jej pokazał, ale rozum nakazywał mi spokój. Tylko kiedy się ocknie? Przeklęte leki nasenne! – krzyczałem wewnątrz siebie. – Nie bluźnij, Gabrielu, nawet w myślach – Rafaela skarciła mnie, słysząc moje myśli. – Przepraszam, wybacz... Podniosła palec do ust, nakazując milczenie. Zrozumiałem od razu – Nel się budzi. … Nagły powiew powietrza wyrwał mnie z objęć Morfeusza. Ktoś zamknął okno. Pomna ostatniego razu uchyliłam powieki bardzo ostrożnie i dostrzegłam Rafaelę stojącą przy oknie. Jej długie, rude włosy przykuły moją uwagę. Obok niej dostrzegłam drugą postać, którą już gdzieś widziałam. Dziwne, ten ktoś miał skrzydła. Nie, to na pewno był tylko sen albo moje oczy płatały mi figla. Przymknęłam powieki, odczekałam moment i otworzyłam je ponownie. Stali tam nadal. Rozmawiali, ale słyszałam tylko jakby szelest liści na wietrze. Nic więcej. – Rafaelo – wykrztusiłam z trudem. – Z kim rozmawiasz? Odwróciła się z taką szybkością, że zakręciło mi się od tego w głowie. Po chwili stała już przy mnie. – Z nikim nie rozmawiałam – odpowiedziała zażenowana. – Stałam tylko przy oknie i roz- myślałam. – Proszę, nie okłamuj mnie, za tobą stoi mężczyzna ze skrzydłami. Czy to przebranie? Wiem, że do szpitali przychodzą aktorzy, aby podnosić na duchu chore dzieci. Ale ja nie jestem dziec- kiem, mam prawie osiemnaście lat, a przebranie anioła to troszkę groteskowy żart – zaprotesto- wałam urażona jej kłamstwem. Patrzyłam ponad jej ramię, nadal widziałam tego pięknego niby-anioła. Oczy mężczyzny były tak niewiarygodnie niebieskie, że z całą pewnością nosił szkła kontaktowe. I te skrzydła – cu- downe, wielkie skrzydła. Gdzie takie kupił? Wygląda wprost genialnie. Błysk. Znowu ten błysk i scena. Krótka scena, jakby nie z tego świata. Te same oczy wpa- trzone we mnie z wielką miłością i cierpieniem jednocześnie, dokładnie jak teraz. Koniec wizji, nic więcej... – Ja go znam – wydukałam, nie wierząc w to, co mówię. Rafaela odwróciła się w stronę mężczyzny, a w jego oczach dostrzegłam niedowierzanie. Pa- trzył na mnie długo i w milczeniu. Po policzku spłynęła mu łza. Twarz mojej opiekunki wyrażała po części zaskoczenie, po części przerażenie. – Wydaje ci się, że mnie znasz – mężczyzna opanował emocje. – Za tobą ciężkie przeżycia, to może tłumaczyć twoje dziwne reakcje. Rzeczywiście jestem aktorem, a te skrzydła to tylko prze- branie. Cieszę się, że mnie rozpoznajesz. Nie grałem w zbyt wielu produkcjach... Widzę, że czu- jesz się lepiej. Nazywam się Gabriel, a z karty wnioskuję, że ty masz na imię Lena – zauważyłam, że ludzie wokół mnie zaczynają pleść trzy po trzy. On nie był tu wyjątkiem. Wpatrywał się przy tym we mnie jak w zjawę. – Lena – potwierdziłam bez przekonania. Coś mi tu nie pasowało. – Tak, tak jest napisane. Miło cię poznać – uśmiechnął się do mnie. Faktycznie nie jest ze mną dobrze, jeśli doszukuję się wszędzie problemów. – Przepraszam za swoje zachowanie. Czuję się co najmniej dziwnie – odparłam zawstydzona. – Nie musisz przepraszać. Mam tylko nadzieję, że będziesz miała ochotę na moje dalsze wi- zyty. Zresztą zawsze możesz odmówić. Jeśli chcesz, mogę przychodzić bez przebrania. Jestem tu po to, by spełniać twoje pragnienia... Nie chciałam, by przychodził bez tych cudownych skrzydeł. Co we mnie wstąpiło? To było głupie z mojej strony. Cały czas odnosiłam wrażenie, że tych dwoje należy do mojej rodziny a przynajmniej do gro- na najbliższych przyjaciół, których przecież muszę mieć. Chyba muszę? – Myślę, że jednak cię znam – odparłam nieco pewniejsza siebie. – Tak jak ci mówiłem, możesz mnie pamiętać z jakiegoś kiepskiego filmu. Ludzkie twarze ła- two zapadają w pamięć. Powiedział to z takim przekonaniem, że nie pozostało mi nic innego, jak w to uwierzyć. Ob- serwowałam go pełna sprzecznych uczuć. Rzeczywiście mogłam go widzieć w telewizji. Zrobi- łam z siebie idiotkę... więc te oczy pamiętam tylko ze łzawej sceny kiepskiego filmu. Szkoda. – Muszę się pożegnać, Leno – Gabriel powiedział to ze smutkiem w głosie. – Mam jeszcze innych pacjentów do odwiedzenia. A zatem do jutra. – Do jutra – szepnęłam nieco zagubiona. Nie chciałam, by wychodził, przeciwnie – chcia- łam, by pozostał tu na zawsze. Dziwne, przecież go nie znam. Jestem taka płytka, zakochałam się w chłopaku tylko ze względu na jego wygląd... Co ja sobie wyobrażam? Idiotka! Gabriel wyszedł pewnym krokiem, jednak jego twarzy nie opuścił smutek. Może wyglądam aż tak źle, że wzbudzam tylko współczucie? – Wyglądasz dobrze, Leno – odezwała się Rafaela, jakby czytała w moich myślach. – Zajęłam się tobą osobiście. Dopilnowałam, abyś wyglądała najlepiej, jak się tylko dało w tych warunkach. – Dziękuję. To miłe z pani strony – powiedziałam głęboko wdzięczna, że ktoś cokolwiek dla mnie robi. – Proszę, nie mów mi per pani, mów mi po imieniu – jej uśmiech działał na mnie kojąco. Uświadomiłam sobie, że wcześniej nie mówiła prawdy. – Rafaelo, powiedz mi, proszę, dlaczego skłamałaś, mówiąc, że z nikim nie rozmawiasz, kiedy cię o to pytałam? Zamilkła na krótko, jakby szukała odpowiedzi. Po chwili na jej twarz powrócił uśmiech. – Powoli zaczynam traktować ich jak powietrze. Są tu codziennie, więc pewnie nie zauważam już ich obecności. Każde z nas robi swoje, nie wchodzimy sobie w drogę. Była pewna swoich słów, miała rację. Chyba znowu doszukuję się dziury w całym. – Przepraszam za swoją podejrzliwość – powiedziałam szeptem. – To nie w moim stylu. Wi- dzisz, zdążyłam cię polubić, wydajesz się osobą, którą zna się od wieków. – Odnoszę to samo wrażenie – powiedziała z tajemniczym uśmiechem na twarzy – od wie- ków. – Zabawne – ciągnęłam dalej – mogłabyś być moją siostrą. Zawsze chciałam taką mieć – do- dałam z goryczą w głosie. Jednak coś sobie przypominam! – Nie mam nic przeciwko temu – rzuciła pospiesznie. – Ile masz lat? – spytałam. – Dwadzieścia sześć i jestem singlem – odpowiedziała nieświadoma tego, iż właśnie to miało być moje drugie pytanie. – Zabawne, o to też chciałam zapytać – zdradziłam jej moje myśli. – Jesteś bardzo spostrze- gawcza. Mówienie znowu zaczęło sprawiać mi kłopot. Ból, który do tej pory mogłam uznać za pe- wien dyskomfort, przybierał teraz na sile. Odczuwałam rwanie w nodze, a dłonie dotkliwie pie- kły pod grubą warstwą opatrunku. Próbowałam się rozeznać, w jakim stanie jest moje ciało, ale nie trwało to długo, bo Rafaela stanowczym gestem położyła moją głowę na poduszce. Nagle zawładnął mną silny ból i zaczęłam sobie uświadamiać, co się stało. Rozpłakałam się. Było coraz gorzej, bo przez spazmatyczny płacz zabrakło mi powietrza i nie byłam w stanie oddychać. Boże, ktoś mnie zgwałcił!!! – Duszę się – wycharczałam do Rafaeli. Ogarnęła mnie panika, która od dłuższego czasu czaiła się we mnie, aż w końcu zaatakowała. – Spokojnie, zaraz przejdzie, już podałam do kroplówki leki przeciwbólowe i uspokajające. Spokojnie – przemawiała do mnie łagodnie, niosąc tym samym ukojenie. – Mów do mnie, proszę... Nie chcę o tym myśleć. To tak boli... – zaniosłam się płaczem. – Jesteś silną młodą kobietą – szeptała mi do ucha, jednocześnie tuląc do siebie. – Wiem, że teraz wydaje ci się to niemożliwe, ale z czasem będziesz sobie z tym radzić coraz lepiej. – Dlaczego ja? – ponownie przerwał mi szloch. Opanowałam się jednak na tyle, aby dokoń- czyć myśl: – Czy to moja wina? – Nie, to nie twoja wina. Winę za to, co się stało, ponosi tylko ten zwyrodnialec i nikt inny. Równie dobrze mogło paść na mnie – mówiła, delikatnie głaszcząc moją głowę. Czy kiedykolwiek wcześniej ktoś mnie tak głaskał? Niewiele sobie przypominam. Dobrze, że wiem, jak mam na imię. Mój oddech jeszcze się nie wyrównał, kiedy lek zaczął działać. Ręce i nogi stały się ciężkie, jakby nie były moje. Głowa opadła mi na poduszkę. Rafaela przyglądała się z uwagą, a ja czułam, jak łzy wbrew mej woli spływają mi po twarzy nieprzerwanym potokiem. Nie potrafiłam się opanować, nawet serce łomotało z taką siłą, że bałam się, iż zaraz pęknie. To tak bardzo boli! Czym sobie na to zasłużyłam? Czym?! – krzyczałam w myślach. Nie chciałam, by moja opiekunka martwiła się jeszcze bardziej. Mijały minuty, aż w końcu ból opuścił moje ciało. Niestety serce nadal pozostawało w kawałkach. Moje JA było bardzo obolałe i cierpiałam niewyobrażalne katusze. Spojrzałam na Rafaelę, w jej piękne, mądre, turkusowe oczy. Na jej tęczówkach dostrzegłam złociste promienie, jakby słońce zostawiło na nich swój ślad. – Już dobrze, kochanie – szepnęła, nadal mnie obejmując. Tak dobrze czułam się w jej ramionach. Pokiwałam tylko głową. Nie miałam siły mówić. – Powiedz mi, proszę, czy szybko dojdę do siebie? – szepnęłam w końcu, gdy zebrałam się na tyle, by zapytać. – Tylko częściowo zdaję sobie sprawę z własnych obrażeń, jednak łudzę się nadzieją, że szybko opuszczę szpital. Nie znoszę szpitali. To mój pierwszy pobyt w takim miej- scu. – Masz kilka głębokich ran kłutych – zaczęła. – One były najgorsze. Następne to rany cięte dłoni. Musiałaś się bronić i zapewne złapałaś za nóż... Poza tym płytkie rany szyi, w końcu stłu- czenia głowy i siniaki po duszeniu. Zresztą siniaki na ciele to najmniejszy problem... Masz ogromną wolę życia, kochanie. Widziałam już osoby, które miały mniejsze obrażenia niż ty i umierały. Tobie się udało. Lekarz twierdzi, że jak dobrze pójdzie, to za tydzień, może dwa bę- dziesz mogła wrócić do domu. Słuchałam tej makabrycznej wyliczanki z zaciśniętym gardłem. Sama tego chciałam. Gwał- towny dreszcz przeszył moje ciało, a wszystko dokoła zaczęło wirować. Ciemność... wszędzie... – Rafaelo! Po co jej to wszystko mówiłaś?! – uniosłem się, bo byłem silnie wzburzony. … – Prosiła o to. Poza tym miała prawo wiedzieć, co się stało – Rafaela była wyraźnie zatroska- na stanem Leny. – Proszę cię, nie rób tego więcej. – Wyrównałem oddech i dodałem: – Wiesz, że nie mogłem ci przerwać, bo bym się zdradził, iż nadal tu jestem. Musimy ukrywać prawdę o nas, ona nie mo- że się zorientować. Może kiedyś, ale z całą pewnością nie teraz. Nie tak. Miałem ochotę krzyczeć, wyrwać serce draniowi, który ją tak skrzywdził, jednak szybko się opanowałem. Nie wolno mi nawet tak myśleć, to wbrew zasadom. Szef nie byłby zadowolony z takiej postawy. Muszę być czysty, by móc nadal wykonywać swoją pracę. – Gabrielu, spokojnie. Przeżyła, i to się teraz liczy. Jest roztrzęsiona i powoli dociera do niej, co się stało. Zacznij odblokowywać jej pamięć. Ona musi sobie wszystko przypomnieć. Inaczej policja nie namierzy tego drania. Wiesz, że takie rozwiązanie sprawy jest najlepsze, oni się nim zajmą. Pozostaje jeszcze sprawa jej rodziny. Powinni się o wszystkim dowiedzieć. – Nie – zaprotestowałem. – Tylko nie to! Oni nie mogą się dowiedzieć prawdy. Jej matka zra- niłaby ją jeszcze bardziej tą swoją chorą szczerością i brakiem współczucia. Zamilkłem, bo przypomniałem sobie, jak matka Leny wyrażała się o dziewczynach z Wiado- mości, które spotkał podobny los. „Sama sobie winna”, „prosiła się o to swoim strojem”, „każda z nich to kurewka, tylko teraz odwracają kota ogonem” – to tylko nieliczne cytaty z jej repertuaru. Nie rozumiem, skąd w tej kobiecie tyle nienawiści, jadu i braku współczucia. Przecież żadna z tych dziewczyn nie sprowokowała ataku. Potwory, które to robią, mają własny klucz. Nierzadko pozbawiony sensu. Czasami prowokuje ich długa spódnica i golf, czasami spodnie w kratkę, bo takie nosiła ich poprzednia ofiara. Znam ich niskie pobudki i wiem, że każdy działa podobnie. Wybiera, łowi, obezwładnia, niszczy psychicznie, zaspokaja swoje chore potrzeby, by w końcu zabić. To nie zawsze ma miejsce na końcu, czasami zabijają w trakcie, a czasami kobieta uchodzi z życiem, jak w przypadku Leny. Tym razem to ja zawiodłem. Będąc aniołem, mam dostęp do myśli wszystkich istot żyjących na tej planecie. Słyszę wszystkie modlitwy kierowane do mnie, potrafię też zlokalizować każdego modlącego się i posłać mu pomoc. W tym przypadku nie zdążyłem. Nie zawsze mamy wpływ na to, co się dzieje. Z przeznaczeniem nie możemy walczyć. Często wydaje mi się, że to wszystko jest zbyt trudne, ale to tylko chwilowe, zaraz potem znajduję nowe siły i możliwości. Potrafię działać wielotorowo, rozdzielać zadania i jednocześnie prowadzić zwy- kłą rozmowę. Nie sprawia mi to najmniejszego problemu. Dlaczego więc w przypadku Leny nie dałem rady? Patrząc na nią, widzę tylko cierpienie i ból, który ją całkowicie obezwładnia. Moja Nel, a może... moja Lena, bo przecież teraz nosi takie imię, jest niezwykle krucha. Tak bardzo chciałbym cofnąć czas. Być przy niej, by pamiętała, kim dla siebie byliśmy. Postanowiłem jednak nie ujawniać swojej tożsamości. Nigdy się nie dowie, kim naprawdę jestem. A teraz czeka mnie okrutny proces przywracania jej pamięci. Rafaela ma rację, ona musi się wszystkiego do- wiedzieć, bo tylko w ten sposób pomoże policji. Muszę odblokować wszystkie koszmarne szcze- góły tamtego wieczoru, tak by stróże prawa mogli złapać tego łajdaka. Łajdaka, którym ja nie byłem w stanie się zająć. Gdyby tylko było inne wyjście... Ale nie ma. Demon, który nadzorował całe zajście, już przy- płacił to swoim istnieniem. Postarałem się o to zaraz po powrocie, gdy tylko dotarło do mnie, co się stało. Niestety przybyłem zbyt późno, po drodze ogłuszał mnie jej krzyk, błagania i w końcu mo- dlitwa o śmierć. Mimo że gnałem na złamanie karku, nie mogłem skrócić dystansu, jaki dzielił mnie od Leny. Tamtego wieczoru pędziłem jak szalony, a każda jej myśl rozrywała mnie od środ- ka, paliła wnętrzności i mroziła mózg. Pałałem żądzą zabicia tej kanalii... i jednocześnie słyszałem głos Szefa. Głos mówiący, że tak ma być, że taki był plan. Jaki plan? Czy to jakiś okrutny żart? Czy to On kierował zdarzeniami? Nie, to niemożliwe, nie byłby do tego zdolny. Nie On, na pewno nie... … I tym razem powoli otworzyłam oczy, spodziewając się silnego światła. Zamiast tego ujrza- łam turkusowe oczy Rafaeli. Uśmiechnęła się i odgarnęła mi włosy z czoła. – Długo spałaś, Leno. – Jak długo? – spytałam, choć tak naprawdę niewiele mnie to obchodziło. – Czternaście godzin – powiedziała, powoli odwracając głowę do drzwi. Automatycznie i ja odwróciłam się w tę samą stronę, ale drzwi były zamknięte. Nagle ktoś zapukał. Zapewne Rafae- la już wcześniej usłyszała zbliżające się kroki. – Proszę – odezwała się i zacisnęła pięści. To mnie zdziwiło, taka spokojna kobieta i zaciśnię- te pięści? Czego się wystraszyła lub co ją tak zdenerwowało? Do pokoju wszedł mężczyzna średniego wzrostu, z lekką siwizną, pomimo młodo wygląda- jącej twarzy. Dodawała mu powagi. Był wyraźnie spięty. – Dzień dobry. Detektyw Kamil Fill – przedstawił się przybysz. – Jeśli czuje się pani na si- łach, chciałbym zadać kilka pytań – wyrzucił słowa na jednym wydechu. Wyraźnie chciał mieć to jak najszybciej za sobą. Spojrzałam z lękiem na Rafaelę. – Ja i tak nic nie pamiętam – odparłam. – To nic, może w czasie rozmowy coś się pani przypomni – powiedział z naciskiem. – Szczerze wątpię, ale proszę – wycedziłam przez zęby. Ból wydawał się do opanowania, pewnie dzięki lekom. Powinnam dać sobie radę – pomyśla- łam. – Czy możemy zostać sami? – detektyw spojrzał na Rafaelę. – Nie! – krzyknęłam. Bałam się zostać sam na sam z mężczyzną, choćby nawet był policjan- tem. – Niech siostra Rafaela zostanie. Detektyw Fill zmieszał się jeszcze bardziej, ale przytakując głową, zgodził się na to. – Dobrze. Proszę powiedzieć, co pani robiła 11 września około godziny osiemnastej na działkach ogrodowych „Maki”. – Nie pamiętam – odpowiedziałam bez namysłu. Czego się spodziewał? Nagle ponownie ujrzałam ten błysk. Zamarłam. Moim oczom ukazała się altana i starszy człowiek. Sprzątałam ogródek, a kiedy skończyłam, weszłam do altany. Tam też trzeba było po- sprzątać. Uśmiechnęłam się do siebie. Wiedziałam, że starszy człowiek będzie zadowolony z pomocy. Wszystko, co obserwowałam, widziałam z boku, tak jakbym oglądała film. Do altany wszedł chłopak. Znam go! Zaraz, zaraz, przecież to Daniel! Spotykam się z nim od kilku miesięcy. Patrzyłam nadal z boku, jak widz. Ja, którą widziałam w tym mglistym wspomnie- niu, nie spostrzegła, że wszedł. A on zamknął drzwi na klucz. Zerknęłam na okno, robiło się ciemno i starszy człowiek odjechał na rowerze. Nie wiedziałam, co myśleć. Czułam jednak nara- stający lęk. Czemu? Przecież go znam. Wiem, że jest sympatyczny i uczynny. Co prawda to po- czątek naszej znajomości, więc poza tym niewiele o nim wiem. Odezwał się nagle, aż podskoczy- łam. – Ryszard musiał jechać do domu. Poprosił, żebyśmy zamknęli, jak skończymy… – Dobrze, w sumie już skończyłam, więc możemy iść. Widziałam odmalowujące się na mojej twarzy narastające napięcie. – Nie tak szybko. Nie chciałabyś udowodnić mi, jak mocno mnie kochasz? – spytał z szyder- czym uśmiechem. – O czym ty mówisz? – odezwałam się, choć zaczynało do mnie docierać, w jakim położeniu się znalazłam. Poczułam się dziwnie, przyglądając się temu z boku. Było tak, jakby nie dotyczyło to mnie. – Może czas, byś zrobiła mi dobrze, maleńka – zachichotał, wyciągając nóż zza paska spodni. Zamknęłam oczy, nie chciałam tego widzieć. Mój oddech gwałtownie przyspieszył, ale za- mknięcie oczu nie pomogło. To działo się w mojej głowie. Ponownie spojrzałam na siebie. Cofnęłam się, aż poczułam, że zahaczam nogami o brudną, poplamioną leżankę. Upadłam do tyłu, lecz natychmiast odsunęłam się od niego najdalej, jak mogłam. Na próżno. – Pomocy! – mój krzyk ginął w czterech ścianach. Daniel błyskawicznie doskoczył do mnie, złapał jedną ręką za gardło, a drugą przyłożył nóż do szyi. – Ani słowa, bo poderżnę ci tę łabędzią szyję, kochanie – wyszeptał mi do ucha. Zastygłam w bezruchu. Tylko bicie mojego przerażonego serca wydawało się wypełniać całe pomieszczenie. I ten oddech, szybki, podniecony – jego oddech. Dostrzegłam coś jeszcze. W rogu altany stał anioł, tak bardzo podobny do tego, którego wi- dywałam czasami w snach. Przypominał Gabriela. Skrzydła miał lekko nastroszone, a ręce splecione na klatce piersiowej. Patrzył mi prosto w oczy. Beznamiętnie i nieczule. Nad ramieniem Daniela zobaczyłam coś znacznie gorszego. Coś, co napawało mnie nieopisanym lękiem. To czarny majak, mgła unosząca się w powietrzu. Powo- dowała, że paraliżował mnie strach. Daniel rozerwał mi koszulkę. Brakowało mi tchu, widziałam moją siniejącą twarz. Widzia- łam, jak walczyłam o każdy milimetr sześcienny powietrza. Spostrzegłam też przebłysk świado- mości w swoich oczach. To determinacja i chęć życia obudziły się we mnie pod wpływem świa- domości zbliżającego się końca. Ostatnimi siłami zmusiłam mięśnie do wysiłku i chwyciłam za nóż, jednak zaraz krzyknęłam z bólu, choć właściwie bardziej wycharczałam, niż krzyknęłam. Krew ciekła mi wzdłuż przedramienia. Zaczęła się szamotanina, dzięki czemu Daniel choć na chwilę zwolnił uścisk i mogłam złapać oddech. Powietrze wypełniło moje spragnione płuca. Nie widziałam szansy na ratunek, ale walkę do końca miałam wypisaną na twarzy. Poczułam, że nóż wyślizguje się z mojej dłoni, przechwyciłam go drugą ręką, bo palce lewej odmówiły posłuszeństwa. Pewnie poszły ścięgna – pomyślałam. To było naprawdę dziwne do- świadczenie – niby widziałam wszystko z boku, ale czułam to samo co ta druga ja. Walcz, walcz do cholery! Dopingowałam samą siebie. Nie możesz się poddać! Wtedy jednak sprawy przybrały zły obrót. Daniel złapał mnie za włosy i uderzył moją głową o ścianę. Osunęłam się wiotka, bezwładna. Oprawca roześmiał się z zadowoleniem. – Było tak się opierać? – dyszał po walce. – Kokietka z ciebie, tyle że teraz to będzie bolało. Patrzyłam oniemiała, jak on zaspokajał swoje żądze, pastwiąc się nad moim bezwładnym cia- łem. Dzięki Bogu nic nie czułam. Patrzyłam na to wszystko półprzytomna. To niemożliwe, to nie działo się naprawdę! Ja chyba zwariowałam! Dlaczego nie krzyczę? Muszę krzyczeć, może ktoś mnie uratuje! – Leno, Leno – głos Rafaeli wyrwał mnie z matni wspomnień. – Nie krzycz, proszę. Nic ci nie grozi. Jestem przy tobie. – Proszę się odsunąć, musimy podać środek uspokajający – ktoś z boku próbował przekrzy- czeć ten huk w mojej głowie. Przestałam widzieć cokolwiek, przestałam czuć cokolwiek. Cisza... … Czas pokazać jej część wspomnień. Muszę to zrobić, i to teraz. Policjant zaraz tu będzie. A może jednak poczekam? Wahałem się do ostatniej chwili. Czy dobrze robię? – Gabrielu, musisz to zrobić, TERAZ! – głos Akona był zdecydowany i nieznoszący sprze- ciwu. Miał rację. Wiem, że muszę... Policjant wszedł i usiadł na krześle obok Leny, poprosił Rafaelę o wyjście, ale Lena stanow- czo zaprotestowała. Instynktownie wiedziała, że przy niej jest bezpieczna. Policjant zadał pytanie. To musi stać się teraz. Przymknąłem powieki i uwolniłem jej wspomnienia. Jedyne, co mogłem dla niej zrobić w tej chwili, było umożliwienie jej spojrzenia na wydarzenia tamtej nocy z punktu widzenia obserwatora, a nie ofiary. Choć to zapewne naiwne z mojej strony, łudziłem się, że w ten sposób zmniejszę jej cierpienie. Teraz pozostało mi tylko bacznie obserwować jej reakcję. Źrenice Leny rozszerzyły się i za- niemówiła, a twarz zdała się nagle zastygłą maską. Widziałem razem z nią scenę po scenie. Czu- łem to samo co ona, a moje pięści zacisnęły się z taką siłą, że mógłbym skruszyć diament. Detektyw Fill jeszcze kilka razy powtórzył pytanie. Niecierpliwił się, choć nie pokazywał tego po sobie. Wiedział, że tylko cierpliwością może coś wskórać. Oddech Leny przyspieszał, aż w końcu stał się spazmatyczny. Rafaela odwróciła głowę i zamknęła oczy. Ona też widziała to wszystko. Jedyną osobą nieświadomą tego, co się działo, był detektyw. I nagle ten krzyk... Spodziewałem się, że nastąpi, ale i tak mnie zaskoczył swoją intensywno- ścią. Wszystkie pióra zjeżyły mi się na skrzydłach, a moje ciało przeszył nieprzyjemny dreszcz. Rafaela zerwała się z miejsca. – Starczy – syknęła. Wiedziałem, że mówi do mnie, jednak detektyw Fill odebrał to osobiście. Wstał blady jak ściana i wybiegł z pokoju. W tym samym momencie do sali wpadł doktor Samuel, niemal zderzając się z nim w drzwiach. Z zimną krwią odszukał odpowiedni medykament i natychmiast podał go Lenie. Po chwili wszystko ucichło i musiałem wysilić słuch, by usłyszeć, czy ona w ogóle oddycha. Patrzenie na Lenę w tym stanie sprawiało mi nieopisany ból. Tak bardzo chciałem przejąć jej cierpienie na siebie. Leżała teraz z szeroko otwartymi oczyma, ale jakby bez życia. Jak puste naczynie... Doktor Samuel po chwili wyszedł. Zostaliśmy sami. Nie wiem, jak mam pokazać jej resztę wspomnień. Skąd mam wziąć tyle sił? Jak ona to znie- sie? Z odrętwienia wyrwały mnie słowa Rafaeli. – Tak trzeba. Innej drogi nie ma, musi przez to przejść. – Sama kazałaś mi przerwać – warknąłem, choć to do mnie niepodobne. – Na jeden raz byłoby dla niej nie do zniesienia. Jej psychika jest teraz taka krucha. Pamiętaj, że resztę też musi zobaczyć. Poradzi sobie, jak tylko dojdzie do siebie. – Tak, jak dojdzie do siebie – odpowiedziałem zamyślony. – Dajcie spokój – wtrącił lekko zniecierpliwiony Akon. – W czym tkwi problem? Spojrzałem na niego z niedowierzaniem, ni krzty współczucia dla człowieka. Nie wiedział, że to Nel, ale to go nie usprawiedliwiało. Każda istota zasługuje na troskę. – Zaopiekuj się Leną – rzuciłem do Rafaeli i zniknąłem. Potrzebowałem pędu, by pozbyć się negatywnych emocji, zresztą chwilowo i tak nie byłbym przydatny. Nie, kiedy była w takim stanie. Lot działał na mnie kojąco – ta szybkość i ten maleńki świat pode mną... Chciałem jeszcze kogoś odwiedzić, kogoś, kto tęskni za Nel równie mocno co ja. I nagle ujrzałem jej oczy, oczy Nel, cudownie błękitne i roześmiane. Moja Nel, którą tak bar- dzo kocham, a jednocześnie tak dotkliwie ranię. „Gabrielu, musisz zrozumieć, że to nie ty ją ranisz. Ty masz jej pomóc, choć to jest bolesne dla was obojga”. Głos, który usłyszałem w mojej głowie, był spokojny i dobrze wiedziałem, kto do mnie przemawia. To dodało mi sił. Złożyłem skrzydła i pozwoliłem chwilę opadać mojemu ciału, by następnie przejść do piko- wania. Upajałem się prędkością. Odczułem silną potrzebę bycia z Leną. Natychmiast. Zamkną- łem oczy i pozwoliłem się kierować instynktowi. Zrezygnowałem z moich wcześniejszych pla- nów. Lot zakończyłem płynnie i delikatnie, choć rozłożone skrzydła ledwo mieściły się w jej sali. Lekko je złożyłem, bo chciałem, aby mogła je zobaczyć. Obiecałem, że będę w pełnym rynsztunku. Poza skrzydłami wyglądałem całkiem normalnie: spodnie, buty, koszula. Podobałem się jej właśnie taki, choć ona wstydzi się swoich pragnień, zresztą całkiem niepotrzebnie. – Dochodzi do siebie – szepnęła Rafaela. – Nabiera zdrowszych kolorów. Akon wyleciał za- raz za tobą. – Cieszę się. Dobrze, że mogę na tobie polegać. Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy – odpowiedziałem przyjaciółce ignorując informacje o Akonie. – Wiem doskonale i nie zapominaj, że znam twoje myśli, podobnie jak ty znasz moje. Uśmiechnęła się do mnie z wdziękiem, a potem uniosła palec do ust. Lena się budziła. … Czuję się otępiała, przyciężka umysłowo. Teraz już wiem, co się stało. Wszystko sobie przy- pomniałam. Wyciągnęłam rękę, wiedząc, że obok mnie jest Rafaela. Odkąd tu trafiłam, zawsze przy mnie była. I nie myliłam się. Poczułam jej dłoń na mojej. – Jestem tu – powiedziała cicho. – Wiem, jest też Gabriel. Czuję go – odpowiedziałam, choć oczy nadal miałam zamknięte. – Tak, jestem, Leno. Lepiej się czujesz? – zapytał. Dźwięk jego głosu działał na mnie kojąco. Chciałabym słuchać go zawsze, na okrągło. Nigdy by mi się nie znudził. Patrzył na mnie, jakby coś przeskrobał. – Owszem – odpowiedziałam nieco lakonicznie, leki działają na mój nastrój, ale jeszcze mocniej na moją mowę. Artykułowałam z wysiłkiem, klecąc krótkie zdania. – Wiem, co się stało. Przypomniałam sobie. – To dobrze, kochanie. – Gdzie detektyw Fill? Chcę z nim porozmawiać – powiedziałam zdecydowana, by zeznawać. – Wyszedł, musiał odreagować. Lekko go nastraszyłaś swoim krzykiem – Rafaela zdawała się zatroskana. Spojrzałam na Gabriela, a on uśmiechnął się czule. Nagle z jego twarzy znikł ten cudowny uśmiech. Zacisnął usta i kątem oka zerknął na drzwi. Następnie schylił głowę i z bólem zamknął oczy. Co się dzieje? Puk, puk. Rozległo się stukanie do drzwi.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Mgła z czerni zła utkana
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: