Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00456 009994 17907692 na godz. na dobę w sumie
Między Niebem a Ziemią - ebook/pdf
Między Niebem a Ziemią - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 249
Wydawca: Literatura Net Pl Język publikacji: polski
ISBN: 83-87342-27-0 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dokument, literatura faktu, reportaże >> literatura faktu
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
Nieżyjący od paru lat Skrzynecki, postać barwna, bard i gwiazda 'Piwnicy pod Baranami' i świetny aktor prowadzą korespondencyjny dialog. To pomysł godny Krakowa i niezwykłej aury miasta, będącego dla obu artystów wybranym i ukochanym, mimo różnych miejsc urodzenia. Listy krążące między niebem a ziemią, pisane przez Nowickiego do oraz w imieniu zmarłego przyjaciela pełne są poezji, chociaż stanowią prozatorską miniatuę. Gra wyobraźni określa ich istotę, spojrzenie ziemskie konfrontuje się z perspektywą sfery niebiańskiej. Fakt bolesnej nieobecności bliskiej osoby zostaje tym samym złagodzony.
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Aby rozpocz(cid:261)ć lektur(cid:266), kliknij na taki przycisk , który da ci pełny dost(cid:266)p do spisu tre(cid:286)ci ksi(cid:261)(cid:298)ki. Je(cid:286)li chcesz poł(cid:261)czyć si(cid:266) z Portem Wydawniczym LITERATURA.NET.PL kliknij na logo poni(cid:298)ej. Mi´dzy Niebem a Ziemià JAN NOWICKI Mi´dzy Niebem a Ziemià TOWER PRESS Gdaƒsk 2000 Projekt ok∏adki Sebastian L. Kudas i ¸ukasz Filak Ilustracje Sebastian L. Kudas W ksià˝ce zamieszczono zdj´cia autorstwa Hanny Banaszak, Krzysztofa Klimca, Bogumi∏a Opio∏y, Sebastiana Skalskiego, Zbigniewa Stok∏osy i Janiny Wojtan Redakcja Ludwika Topp Korekta Zespó∏ Sk∏ad i ∏amanie Jerzy M. Ko∏tuniak Wydanie pierwsze © Copyright by Jan Nowicki Tower Press, Gdaƒsk 2000 ISBN 83-87342-27-0 Piotr Skrzynecki i Jan Nowicki. Piotr – Warszawiak, JaÊ – Kujawiak (Kujawiak, kujawiaczek – nie ma „ci ja”). Obaj krakauerzy z krwi i koÊci. Obaj odrobin´ CK: alasz, Przybyszewski, chata w Bronowicach i obaj najzupe∏niej nie CK: otwarci, wàtpiàcy, ciekawi Êwiata. Obaj w obowiàz- kowych kapeluszach... Nic dziwnego, ˝e si´ spotkali i zacz´li rozmawiaç. I tak ju˝ zosta∏o. Nie ma najmniejszego znaczenia, ˝e któregoÊ dnia, kie- dy wie˝e koÊcio∏a Mariackiego rzuca∏y d∏ugie cienie na Rynek i Sukien- nice, Piotr przeniós∏ si´ w wysokie i nieodgadnione sfery. ˚aden to po- wód, by przerwaç dialog. Mo˝e tylko rozmow´ przy Êwiecach i kielisz- kach zastàpi∏a korespondencja. Ale to przecie˝ detal, nic nieznaczàca nieznaczàcoÊç. Opowiada Piotrowi Jan Nowicki: Opowiedzia∏ mi jeden goÊç, jak to kiedyÊ odwa˝y∏ si´ podà˝yç za dale- kim szczekaniem. Szed∏, szed∏ iprzez ca∏y czas czu∏, ˝e narasta wnim beznadziejne pragnienie spe∏nienia ostatnich ch∏opi´cych oczekiwaƒ. Przew´drowa∏ wiele dróg, przedziera∏ si´ przez g´ste krzewy, mija∏ zam- ki zuÊpionymi stadami kawek na wie˝ach. A˝ wreszcie dotar∏ do celu. Tam stràci∏ nietoperza, który wciemnoÊciach wkr´ci∏ mu si´ we w∏osy, pog∏aska∏ psa izajrza∏ przez ma∏e okienko do wn´trza chatki. Na pod∏o- dze, wciÊni´ta wkàt, siedzia∏a skulona niebieskooka ksi´˝niczka ipi´k- nym g∏osem syreny, wpieÊni bez s∏ów – obiecywa∏a manowce. P∏aka∏a. Wtedy uciek∏, potràcajàc po drodze psa, który przeciàg∏ym skowytem zmyli∏ mu powrotnà drog´. Piotr wszystko rozumie, bo wszak˝e wie z wysoka, ˝e nikt tego Jano- wi Nowickiemu nie opowiedzia∏, ˝e to po prostu JaÊ b∏àdzi∏ tak jakiegoÊ wieczora po Krakowie. - 5 - Bowiem Kraków to dla obu panów Pola Elizejskie. Te mityczne, gdzie b∏àdzà cienie, a ksi´˝niczka obiecuje manowce; i te paryskie, gdzie wiel- kiemu Êwiatu wydaje si´, i˝ ˝egna si´ ze Êwiatem ma∏ym, a na talerze sy- pià si´ ostrygi i w trzech smakach drób. Problem w tym, ˝e Jan Nowic- ki nie chce tych Êwiatów rozdzieliç. Oba sà, oba realnie istniejà, po có˝ wi´c udawaç, ˝e któregoÊ z nich nie ma. Ale uznawszy obydwa, stajemy w obliczu chaosu, migotania wartoÊci; gorzej jeszcze – znajdujemy si´ na granicy kiczu. Ten Piotr gadajàcy z Nieba, te Planty zmienione raz w ogród Hesperyd, to znów w wulgarny deptak, gdzie szarzy menele pi- jà groszowe wino. Otó˝ nie ma w tym cienia sentymentalizmu. Âwiat jest taki i taki. Jaki zaÊ b´dzie naprawd´, decydujemy my sami. Swoim Êwia- tem zechcia∏ si´ Jan Nowicki podzieliç. No i co? No ichodzi teraz pozbawiony dachu nad g∏owà, anocami zno- wu czeka na dalekie szczekanie psa. Zachwycajàce przez to, ˝e przywo- ∏uje na myÊl marzenia, które nigdy inikomu – nie mogà si´ spe∏niç. –Tu- taj Pan jednak przesadzi∏, panie Janie. Dane mi by∏o napisaç wst´p do Pana ksià˝ki. A poza tym w moim ogrodzie zakwit∏a czereÊnia. Odpis ni- niejszego przesy∏am do Piotra. Adres: Niebo. Ludwik Stomma - 6 - - 7 - - 8 - Pan Piotr Skrzynecki Niebo Kochany Panie Piotrze, moim zdaniem (czy tak˝e Paƒskim?) w naszym odchodzeniu na tak zwane „zawsze” trudno dopatrzyç si´ czegoÊ napraw- d´ dramatycznego. Oryginalne to te˝ nie jest, skoro tylu przed nami i tylu po nas. Fakt ten powiela si´ od tak dawna, ˝e pochylenie si´ nad sensem poczàtku i koƒca rozmywa si´ w bli˝ej nieokreÊlonym b∏´kicie, interesuje, a potem m´czy. Znajàc Paƒskà wyÊmienità pami´ç, nie musz´ chyba przy- pominaç wszystkich szczegó∏ów dotyczàcych mego uczestnic- twa w czterokonnokarej imprezie, w której trudno by∏o na- dà˝yç, bo tempo w tym momencie Panu raczej oboj´tne, dla biegnàcych za Panem by∏o zawrotne. Do dziÊ zresztà trudno ustaliç dlaczego, bo ksiàdz Tischner obarcza winà konie, a ko- nie – ksi´dza. Panie Kochany, pami´ta Pan przecie˝, jak na ostatniej pro- stej ktoÊ nadepnà∏ mi do krwi na bezbronnà, pozbawionà skarpety pi´t´, co w po∏àczeniu z podejrzeniem, ˝e p´dz´ jak idiota za pustà trumnà, rozwÊcieczy∏o mnie do koƒca. Gdzie Pan wtedy by∏? Pozwoli Pan, ˝e zaproponuj´ Mu miejsce w okolicach naszych serc. Niepewne, wiem, nie do koƒca bez- pieczne, wstr´tnie zapominalskie, ale mimo to o jedno oczko stawiam je wy˝ej od Paƒskiego ko∏ysanego monotonnym ryt- mem resorów... W Krakowie rozpada∏o si´, jak to w listopadzie. Bar „Vis- -∫-vis” majaczy we mgle papierosów i tylko uÊmiechy Zosi i Krysi zdajà si´ Êwiadczyç o normalnoÊci, bo Panie, bazie kwitnà, niektóre ptaki zamiast odlecieç, zosta∏y, inne zaÊ wra- - 9 - cajà za wczeÊnie – czyli, jak to u nas, permanentny ba∏agan. W polityce dobrze, bo przesta∏em si´ nià interesowaç. W te- atrze niepokój, który trudno nazwaç twórczym, w moim domu za to – du˝o pulsujàcego szcz´Êcia, bo Pan ju˝ chyba wie, czym ˝ona podnieca m´˝a po dwudziestu latach ma∏˝eƒstwa? Ka˝dym s∏owem, Drogi Panie! Ka˝dym s∏owem!!! Tinie, o której Pan powiedzia∏, ˝e jest potwornie brzydka, sprawi∏em zgodnie z Pana ostatnià wolà trzy komplety ubraƒ, w których pies wyglàda wprawdzie jak idiota, ale czego nie robi si´ dla irytujàcej skàdinàd satysfakcji przyjaciela. Daw- no nie widzia∏em Ani Sza∏apak, ale mówià, ˝e dalej rosnà jej w∏osy. Zniknà∏ tak˝e Zbyszek Preisner – mo˝e praca, a mo˝e – zwa˝ywszy, ˝e z zimà coÊ nie tak – dziwnie odm∏odnia∏. Tu na Ziemi bijà si´ cz´sto i zabijajà czasem. O chorobie wÊciek∏ych krów jeszcze Pan s∏ysza∏, ale po Pana wyjeêdzie docierajà ju˝ wieÊci o wÊciek∏ej kurzej grypie. Âciskam i czekam na wiadomoÊci Paƒski Jan Nowicki Kraków, marzec 1998 - 10 - Pan Jan Nowicki Ziemia Drogi Panie Janie, par´ s∏ów o moim znikni´ciu. Prawda, by∏ taki moment, kie- dy poczu∏em, ˝e dzieje si´ ze mnà coÊ nadzwyczajnego – ale ˝eby do tego stopnia? W stanie ocenianym przez stosownych fachowców jako krytyczny, zobaczy∏em nagle pochylonà nad sobà, szepcàcà coÊ, bia∏à postaç. Zupe∏nie, ale to zupe∏nie nie wiedzia∏em, o co chodzi. Mia∏em takie wra˝enie, ˝e ten bia∏y sprzedaje nade mnà lody. No, nie – myÊl´ sobie! Teraz minà∏ jakiÊ czas i jestem Êwiadomy pomy∏ki, ale wtedy, tamtego przedpo∏udnia, przysiàg∏bym, ˝e s∏ysz´ – „malinowe, tru- skawkowe, pistacjowe”. By∏o, min´∏o, Drogi Panie. Tu, gdzie teraz jestem, jest bardzo zabawnie. Krakowskie ploteczki poznajemy za poÊrednictwem Waszych Patronów. O tym, na przyk∏ad, ˝e Ani Sza∏apak wcià˝ rosnà w∏osy, us∏y- sza∏em wczeÊniej z ust Êwi´tej Anny, i˝ to za Jej sprawà. Paƒ- skimi krokami z urz´du zajmuje si´ natomiast Chrzciciel, który nie wszystko u Pana aprobuje, ale, mój Bo˝e. Zaczà∏em nowy rok w ciszy, którà przyjmuj´ od pewnego czasu z upodobaniem, pochylam si´ nad lurà zio∏owej herbaty i to- piàc w niej ∏z´ zazdroÊci, ˝ycz´ Panu, Panie Janie, wszystkie- go najg∏´bszego, sch∏odzonego z sokiem albo lepiej bez. Wieczory sp´dzam czasem z moim imiennikiem, który jest tutaj wa˝nà figurà. Nie przesadz´ chyba, jeÊli powiem, ˝e cie- sz´ si´ u Niego specjalnymi wzgl´dami – w niebieskich pro- porcjach, ma si´ rozumieç. Bo gdy kiedyÊ poprosi∏em, ˝eby mi pozwoli∏ potrzàsnàç kluczami, to najpierw spojrza∏ na - 11 - mnie karcàco, a potem powiedzia∏, ˝e dosyç si´ w ˝yciu nadzwoni∏em. Kapelusz pozwalajà mi nosiç, odebrano mi za to prawo do „szkaradek”. Ukrywam si´ troch´ przed Anio∏ami, które mimo grupowej urody i absolutnego s∏uchu, zdradzajà nieprzyjemnà sk∏onnoÊç do plotkowania. Przywara ta bywa odgórnie karcona, ale chyba bez wi´kszego przekonania, z od- cieniem ojcowskiego pob∏a˝ania. Zresztà, Panie, one si´ jakoÊ tak przesadnie obra˝ajà i za- miast Êpiewaç, zaczynajà zaraz trzepotaç skrzyd∏ami jak sta- do go∏´bic. À propos ptaków, ktoÊ mi tu doniós∏ – czy nie Êwi´ta Kry- styna? – ˝e w czasie przeja˝d˝ki wokó∏ Rynku, którà mi ofia- rowaliÊcie w dzieƒ pogrzebu, mia∏em wed∏ug czyjegoÊ pomy- s∏u wpaÊç na moment do koÊcio∏a Franciszkanów, z którego patronem rzekomo ∏àczà mnie wi´zy wspólnej mi∏oÊci do wró- belków. To nieporozumienie! Donosz´ Panu, ˝e ze Êwi´tym Franciszkiem pozostaj´ tu w znakomitych stosunkach, ale bardziej ze wzgl´du na Jego wczesnà m∏odoÊç oraz Asy˝ i wspólny zachwyt dla pana Giotta. Ale z ca∏à stanowczoÊcià podkreÊlam, ˝e nigdy nie podziela∏em i nie podzielam Jego mi∏oÊci do ptactwa. (A tak na marginesie – gratuluj´ ubranek dla Paƒskiego, po˝al si´ Bo˝e, teriera). Powinienem koƒczyç, bo ten Paƒski pomys∏, ˝eby dzieliç si´ naszà korespondencjà z Czytelnikami „Przekroju”, wymusza pewnà dyscyplin´. Nie jestem przekonany do Paƒskiej kon- cepcji, ale spotkany na wczorajszym spacerze Marian Eile, gdy si´ o tym dowiedzia∏, spojrza∏ na mnie znudzony i tylko machnà∏ r´kà. Serdecznie k∏aniam si´ Panu Paƒski Piotr Skrzynecki Niebo. Sublokatorka, marzec 1998 - 12 - Pan Piotr Skrzynecki Niebo Kochany Panie Piotrze, mo˝e Pan nie lubiç ptaków, ale prosz´ przynajmniej doceniç ich przydatnoÊç. Przecie˝ Paƒski list przylecia∏ do mnie pta- kiem! Jakie to mi∏e, ˝e Pan si´ odezwa∏ i jakie dziwne, ˝e teraz pi- sze Pan wyraêniej. Wi´cej czasu – myÊl´. KiedyÊ bywa∏o ina- czej, pami´tam kartk´ od Pana otrzymanà w Helsinkach. TreÊci czterech zdaƒ, jakimi mnie Pan wtedy obdarowa∏, do- chodzi∏em przez ca∏y fiƒski miesiàc, który nigdzie na Êwiecie nie bywa d∏u˝szy. Wyjecha∏ Pan, a mimo to ciàgle jest wÊród nas Obecny – coraz wi´kszy i wi´kszy. Pami´ta Pan, jak kiedyÊ mówiliÊmy, ˝e artysta najlepiej egzystuje w ludzkiej pami´ci? – Teraz si´ to potwierdza. Panie, korekty jakieÊ Pan pod swà nieobecnoÊç wprowa- dza. Ostatnia dotyczy czasu – nazwanego przez kogoÊ najlep- szym lekarzem. Nieprawda – jest coraz gorzej – up∏ywajàcy czas pozbawia nas z∏udzeƒ i twardo potwierdza nieodwracal- noÊç zdarzeƒ. Cholera, dzisiaj idzie mi jakoÊ patetycznie, ale w koƒcu dlaczego by nie? Panie Piotrze Drogi, nawet Pan nie przypuszcza, jak wiel- ka tajemnica oddziela nas od zrozumienia zadziwiajàcego faktu, ˝e Pan, nie robiàc prawie nic, bra∏ na swoje plecy ryzy- ko wi´kszoÊci naszych marzeƒ i oczekiwaƒ. Jak Pan to robi∏? Wczoraj w „Vis-∫-vis” spotka∏em Marka Pacu∏´, który po- dzieli∏ si´ ze mnà pomys∏ami dotyczàcymi tak˝e Pana. Piw- niczni przyjaciele wpadli na pomys∏, ˝eby w dzieƒ Pana uro- dzin ca∏y zespó∏ kabaretu wystàpi∏ na scenie Teatru S∏owac- kiego. Paƒskie imieniny natomiast uÊwietniç ma spotkanie, - 13 - które – ju˝ nie pami´tam – czy nazwa∏ Piotrowà Nocà czy No- cà Piotra. Jak zwa∏, tak zwa∏. Powiedzia∏em mu, ˝e wszystkie inicjaty- wy zmierzajàce do tego, by si´ zabawiç, uwa˝am za s∏uszne, nie mówiàc o tych, których pomys∏odawcà pozostanie na za- wsze Pan. Potaƒczymy sobie, powyg∏upiamy si´, a bardziej od innych rozgarni´ci strzelà po dwa toasty. Pierwszy nazwa∏- bym kielichem zadumy, drugi – Drogi Panie... – ràbnà po pro- stu na drugà nó˝k´. Szlachetnie kombinujà Paƒscy kole˝kowie z kabaretu, ale Drogi Panie, nale˝y te˝ myÊleç o nowym Piotrze, m∏odym i tak nieudolnym na starcie, ˝e rycza∏by Pan ze Êmiechu – wiem – ale po otarciu ∏ez wzià∏by si´ Pan zaraz do doradzania i do podpowiadania. A kiedy – powiedzmy – za trzy albo za szeÊç lat ten ktoÊ sta∏by si´ pi´kniejszy od Pana, có˝ za problem skrzyknàç Anio∏y i niebieskim autobusem przyjechaç „Pod Barany”? Znam takich, którzy gubiàc beztrosko ÊwiadomoÊç biolo- gicznego koƒca, ˝yjà jeszcze wprawdzie, ale có˝ to za ˝ycie – karmione niech´cià do innych. Sprowadza si´ ono do tego, ˝e- by jak najwi´cej innych wciàgnàç za sobà do grobu. Ludzkie – to prawda, ciekawe – prawda, ale ˝e paskudne – tak˝e praw- da. Panie Drogi, im pi´kniejsi b´dà nasi nast´pcy, tym pi´k- niejszymi byliÊmy kiedyÊ my. Koƒcz´, pozdrawiam i przypominam, ˝e do Paƒskiego nu- meru 21–13–81 telekomunikacja doda∏a 4. K∏aniam si´ Panu Jan Nowicki Kraków, marzec 1998 - 14 - Pan Jan Nowicki Ziemia Drogi Panie Janie, tu, w Niebie, jest mi tak dobrze, ˝e a˝ nie mam w∏asnego zda- nia – nie musz´ mieç. Panie, ja nic nie robi´, tylko ca∏y czas jestem szcz´Êliwy. Nie musz´ na przyk∏ad wciàgaç skarpet. Chodz´ sobie bo- so po zielonej trawie i nie zwa˝am na robaczki, bo moje stopy unoszà si´ par´ centymetrów nad ziemià. Spyta∏em jednego takiego, jak to jest, a on: „Nie wiesz? Ty fruwasz”. Nawet jak siedz´ i jem ziemniaki z koperkiem, to te˝ si´ unosz´. Mój wi- delec te˝ si´ unosi, ale ja zaraz przyduszam nim fruwajàcego nad talerzem kartofelka i... hop! W ˝o∏àdku niech kretyn po- lata! Fruwajà te˝ ksià˝ki, obrazy, ka∏amarze. Tu˝ obok mojej hacjendy jest postój latajàcych taksówek, z których nikt nie korzysta, bo wystarczy odepchnàç si´ lewà nogà i... le- eeciiisz..., potem prawà i... leeeciiisz, tak ˝e w koƒcu tam, gdzie chcesz dolecieç, dolecisz. W pierwszych dniach mojego tu pobytu si´gnà∏em do mo- jego ukochanego Montaigne’a, odwracam pierwszà kart´, a tu zaraz literki z chichotem odrywajà si´ i jedna po drugiej znikajà w chmurach. Patrzysz – bia∏a strona, otwierasz na- st´pnà – bia∏a strona. By∏em tak rozbawiony, ˝e przekartko- wa∏em ca∏y tom Prób. Le˝y teraz nienapisany, bia∏y od po- czàtku do koƒca, nikomu niepotrzebny. Panie, zacz´∏o si´! Musz´ przyznaç, ˝e opuszcza∏em Kraków w nie najlepszej kondycji, a ˝e Szczawnica w tej sytuacji odpada, pomyÊla∏em, ˝e zaraz po przyjeêdzie do Nieba rozejrz´ si´ za jakimÊ ku- rorcikiem, ˝eby, jak to mówià, oderwaç si´ na chwil´ od Êwia- ta i ludzi. O, Êwi´ta naiwnoÊci! - 15 - Ledwie zdà˝y∏em odespaç moje przez trzydzieÊci lat zary- wane noce, a ju˝ zacz´∏y si´ wizyty rodziny i znajomych. Mat- ka (pozna∏ jà Pan) zachowa∏a si´ przynajmniej z klasà, wpad∏a na pi´ç minut, uÊciskaliÊmy si´, poÊmialiÊmy si´ z faktu, ˝e mnie te˝ dopad∏o i posz∏a. Ale potem przyszed∏ brat, przysiad∏ na plecionym zydelku i milcza∏. Milcza∏ tylko i milcza∏. I pa- trzy∏ na mnie tymi niebieskimi oczyma tak d∏ugo, ˝e w koƒcu nie wytrzyma∏em i warknà∏em coÊ o cz∏owieku, który chyba zwariowa∏, ˝eby spadaç ze schodów z takim skutkiem. Józef roz∏o˝y∏ bezradnie r´ce, westchnà∏, ci´˝ko wsta∏ z zy- dla i wycofa∏ si´ w kierunku drzwi ze s∏ynnym c’est la vie na ustach. PuÊci∏em za nim „szkaradk´”, z której jutro b´d´ si´ musia∏ t∏umaczyç. Dopad∏a mnie te˝ wiadomoÊç, ˝e zapowia- da si´ z wizytà Janinka. Wspomina przy okazji, ˝e ch´tnie ugotuje mi krupnik, za którym Pan tak przepada∏ (cha! cha! cha!!!). JakiÊ czas temu, spacerujàc po cyprysowej alei, mija∏em nieznajomego Anio∏a, który nuci∏ pod nosem o... okularni- kach. Widomy znak, ˝e i Agnieszka zaczyna powoli si´ zbie- raç. Kto wie, mo˝e i czas na mnie? Na poczàtek trzeba by z∏a- paç kontakt z WieÊkiem Dymnym, mimo ˝e boj´ si´ go nawet tutaj. Pi´knie tu, to prawda, wielce pouczajàco, ale czegoÊ mi bra- kuje. Po ca∏odziennym fruwaniu cz∏owiek ma chyba prawo do tego, ˝eby nocà, gdy wi´kszoÊç Êpi, stanàç w koƒcu na zielonej ziemi Nieba z grzesznym poczuciem w sercu, ˝e biduli daleko do urody brudnych i zadymionych ulic Krakowa. Do najpi´k- niejszego na Êwiecie Rynku. Do pewnej piwnicy, którà jakiejÊ nocy pozbawiliÊmy raz na zawsze szansy na kontakt z w´glem i kartoflami. Prosz´ o mnie pami´taç, Panie Janie, Paƒski Piotr Skrzynecki Niebo. Hacjenda, marzec 1998 - 16 - Pan Piotr Skrzynecki Niebo Kochany Panie Piotrze, w koƒcówce Paƒskiego ostatniego listu pojawi∏ si´ ton nie- bezpiecznej nostalgii. Pos∏ugujàc si´ ziemskà miarà, ∏atwo obliczyç, ˝e od Pana wyjazdu min´∏o dziewi´ç d∏ugich miesi´- cy. U nas dziewi´ç miesi´cy to czas, jaki musi przebyç dziec- ko od pocz´cia do chwili urodzenia. Kogo w Niebie mo˝e obchodziç rozbity na okruchy gwiazd i py∏ komet – czas? Niepotrzebne nikomu zegary le˝à, jak myÊl´, zapomniane i spalone s∏oƒcem, straszàc zardzewia∏y- mi trybami albo martwotà wskazówek, których cieƒ od wie- ków s∏u˝y tylko do wprowadzania nowo przyby∏ych w b∏àd. Nie minà∏ nawet rok, a Pan chcia∏by ju˝ odwiedziç Kraków? Z tego, co pami´tam, nawet w czasach najd∏u˝szych roz- mów nigdy nie potrafiliÊmy zdobyç si´ na dyskutowanie o WiecznoÊci. A jeÊli próbowaliÊmy pisaç o tym, koƒczy∏o si´ to zawsze ucieczkà w znaki zapytania i wielokropki. Teraz, gdy jednego zabrak∏o do tanga, przypuszczam, ˝e tu˝ po wprowadzeniu si´ do Nieba wzià∏ Pan udzia∏ w jakimÊ zebraniu, na którym ktoÊ wa˝ny przedstawi∏ Wam podstawo- we zasady nowego bytowania. Regulamin, przepustki, itp. rzeczy, bez których nie wyobra˝am sobie ˝adnego ˝ycia – tak- ˝e po Êmierci. Musia∏o odbyç si´ takie zebranie, tylko ˝e Pan ju˝ wtedy... odsypia∏. MyÊl´, ˝e stàd w∏aÊnie wzi´∏a si´ Paƒska przed- wczesna t´sknota do miasta, którà rozumiem, ale prosz´ wy- baczyç, nie do koƒca. Nas, którzy kochamy i którzy skazani jesteÊmy na Kra- ków, najbardziej dra˝nià momenty bàdê sytuacje, które zmu- szajà nas do definiowania tych uczuç. Dopóki rzecz obraca si´ jeszcze w rejonach dowcipu albo sformu∏owaƒ koniecznie - 17 - niekonsekwentnych – pó∏ biedy. Ale Panie Drogi... dokonania, a wi´c: obrazy, kompozycje, wiersze czy filmy ods∏aniajà tyl- ko bezradnoÊç naszych serc wobec fenomenu miasta, które nas na poczàtku zainteresowa∏o, potem zachwyci∏o, a w koƒcu zdeprawowa∏o. A co do ludzi, którzy nie wiadomo skàd si´ tu wzi´li (mo˝e ten kamieƒ na Wawelu), to jedno jest pewne, ˝e po latach sta- jà si´ dziwnymi „wampirami” Krakowa, który na szcz´Êcie od- wzajemnia si´ im tà samà sk∏onnoÊcià. Mo˝na by tak dalej i dalej... Bo my tu najbardziej lubimy w∏aÊnie tak, ale trzeba zaprzestaç, bo sensu w tym niewiele, wi´cej mo˝e przykrego dla Pana usi∏owania. A tak w ogóle, to w naszym mieÊcie najbardziej lubi´ tych ludzi, którzy podà˝a- jà ciàgle za g∏osem milczàcego dzwonka. Ja mia∏bym zapomnieç – to o kim pami´taç? Paƒski Jan Nowicki Kraków, marzec 1998 - 18 - Pan Jan Nowicki Ziemia Drogi Panie Janie, wczoraj w wewn´trznej kieszeni marynarki znalaz∏em stary ziemski kalendarzyk, zabazgrany numerami telefonów, adre- sami i nieczytelnymi notatkami. Przejrza∏em go pobie˝nie i bez okularów, bo musz´ Panu powiedzieç, ˝e w Niebie bar- dzo poprawi∏ mi si´ wzrok. Justyna – ˝eƒski Anio∏ – pomaga- jàca mi w utrzymaniu porzàdku w hacjendzie, z uwagà obej- rza∏a kalendarz i nie mog∏a wyjÊç ze zdumienia. Ka˝dy goÊç po przyjeêdzie do Nieba zobowiàzany jest przecie˝ do pozo- stawienia na Piotrowej portierni wszystkich drobiazgów, któ- re celowo lub przez roztargnienie zabra∏ ze sobà z Ziemi. I ciekawostka – wychodzàc z za∏o˝enia, ˝e ostatecznych ak- tów nikt tu nie powiela – pozwalajà zatrzymaç przy sobie pa- ski i sznurowad∏a. Justyna ma smuk∏e bia∏e palce zakoƒczo- ne niebieskimi paznokciami. Tymi palcami przerzuca∏a luêne kartki i tylko si´ uÊmiecha∏a. Jej nie do koƒca doros∏y cieƒ przylecia∏ w te strony pod koniec XVIII wieku. KtóregoÊ po- po∏udnia, w czasie wolnym od zaj´ç, czyli od prze˝ywania permanentnego szcz´Êcia, kiedy to pierwsze lody uznaliÊmy za prze∏amane, zwierzy∏a mi si´, ˝e majàc pi´tnaÊcie lat, ona, wtedy niemiecka ksi´˝niczka czystej krwi, spad∏a w pe∏nym galopie z bezrasowego kuca i... trach! Co za pech! Spad∏a, Panie, a w chwil´ potem – zesz∏a. Pami´ta Pan, jak cz´sto ÊmialiÊmy si´ z faktu, ˝e w Zako- panem si´ – siedzi, a do Kanady si´ – Êciàga? Teraz mo˝emy dodaç do tego, ˝e ze Êwiata si´ – schodzi. Nawet w przypad- kach pe∏nych dramatyzmu, kiedy to tempo ostatnich chwil ustala si´ wed∏ug rytmu silnika p´dzàcego w przepaÊç samo- chodu albo Êwistu skrytobójczej kuli, cz∏owiek po fakcie nie - 19 - k∏usuje na tamten Êwiat (przepraszam – na ten), nie biegnie, nie p´dzi, tylko oglàdajàc si´ za siebie – wolno schodzi. Panie Janie Drogi, mo˝e zainteresuje Pana, jak my si´ tu mi´dzy sobà porozumiewamy. Ró˝nià nas przecie˝ kraje po- chodzenia, kolor skóry, j´zyki, daty zejÊcia itd., itp. Otó˝ poro- zumiewamy si´ bez problemu, mówiàc po prostu swoimi oj- czystymi j´zykami. Kiedy po raz pierwszy przekracza∏em Niebieskà Bram´, czu∏em, ˝e wypada coÊ powiedzieç, ale by- ∏em tak speszony, ˝e zdoby∏em si´ tylko na konwencjonalne – co s∏ychaç? A tu zaraz skoÊnooki Anio∏ w najczystszej chiƒsz- czyênie – „JakoÊ leci”. W momencie przekroczenia Niebie- skiej Bramy wszyscy automatycznie stajà si´ poliglotami – w jednà stron´. Bo na przyk∏ad takiego, za przeproszeniem, Araba rozumiem, mimo ˝e arabskiego nie znam, a on rozumie mnie. Polskie zwroty o mi´dzynarodowej renomie typu: – „Na zdrowie!” – z oczywistych powodów nie budzà wi´kszych emo- cji. Bezpowrotnie wycofano tak˝e swojskie zawo∏anie – „Jak ˝yjesz?”. Tyle na dziÊ Paƒski Piotr Skrzynecki PS Panie Janie, siadajàc do pisania, mia∏em zamiar usto- sunkowaç si´ do Paƒskiej opinii na temat Krakowa, która wy- da∏a mi si´ miejscami nieco dyletancka, ale po drodze znios∏o mnie w jakieÊ ble, ble. Niebo. Hacjenda, kwiecieƒ 1998 - 20 - - 21 -
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Między Niebem a Ziemią
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: