Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00120 003480 18771603 na godz. na dobę w sumie
Między prawami. Prochem i cieniem - ebook/pdf
Między prawami. Prochem i cieniem - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 462
Wydawca: Hologram Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-951686-0-4 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> powieść
Porównaj ceny (książka, ebook (-17%), audiobook).

Mimo że Alan Berg zakończył pracę w CBŚP, nie czeka go zasłużony wypoczynek i odcięcie się od wojny między policją a mafią narkotykową. Nowa praca w biurze ochrony warszawskiego milionera - Rafalskiego - stawia przed nim nowe wyzwania, często ryzykowne i na granicy prawa. Komisarz, jak nigdy dotąd, przybliża się do przestępczego półświatka i nieuchwytnego narkobossa - Wujka. Jak nigdy dotąd staje pomiędzy nowymi współpracownikami a starymi przyjaciółmi, którzy zaczynają widzieć w nim swojego wroga i zadają sobie to podstawowe pytanie: Czy były oficer został gangsterem?

Czyżby liczne bolesne doświadczenia i zawiedzenie sprawiły, że podstawowe wartości Berga uległy zmianie? Czy środowisko półświatka wykorzystało drzemiący z nim 'materiał na gangstera'? Czy grupa operacyjna 'Szakal' dotrze do bezwzględnego narkobossa - Wujka? I jaką rolę odegra w tym wszystkim Rodion Vlacic - największy wróg komisarza? Odpowiedzi szukajcie na stronach powieści 'Prochem i cieniem'!

'Powiedziałeś mi kiedyś, że nie chcesz pewnego dnia spojrzeć w lustro i nie rozpoznać samego siebie. Jeśli go teraz zabijesz, wszystko się zmieni. Staniesz się kimś innym. Staniesz się jednym z nich. (...) Nie idź tam, gdzie ja poszedłem. To droga prosto do piekła i znajdziesz tam tylko cierpienie.'

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Copyright © by Katarzyna Woźniak Wydanie I, Warszawa 2018 Zdjęcie na okładce: ostill/Shutterstock Redakcja i korekta: Ewa Popielarz ISBN: 978-83-948007-8-9 Format: PDF Wydawnictwo HOLOGRAM hologrampublishing@gmail.com www.veraeikon.com.pl CZĘŚĆ TRZECIA PROCHEM I CIENIEM Historia dedykowana tym, którzy służą i chronią, nawet z narażeniem życia… PROCHEM I CIENIEM Ale na niebie księżyc wciąż nową pełnią rozbłyska, My zaś kiedy zstąpimy Tam, gdzie Eneasz, gdzie Tullus bogaty i Ankus – Prochem jesteśmy i cieniem. Horacy PROLOG – Nie żyje policjant – oznajmił fachowym tonem podkomisarz Cezary Mec. Nieważne, jak bezdusznie wypowiedziałby te słowa, w uszach jego rozmówcy zabrzmiały przerażająco boleśnie. Mec bezduszny nie był. Miał jednak silne poczucie obowiązku, gdyż dopiero od niedawna pełnił względnie znaczącą funkcję w  strukturze wydziału kryminalnego. Rozmówca milczał, wlepiając spojrzenie w  krawędź zabrudzonego stołu, przy którym omówiono już niejedną tragiczną historię. Zarówno stół, jak i siedzący za nim człowiek przeszli w życiu wiele, los ich nie oszczędzał i często padali ofiarami ludzkich emocji. Jednak tego wieczoru nikt nie miał zamiaru wyżywać się na meblu. Mec nie czuł potrzeby walenia pięścią w  blat ani rozbijania głowy rozmówcy o  jego kant. Choć dało się wyczuć wiszące w powietrzu napięcie, atmosfera daleka była od agresywnej. Przynajmniej na razie. Podkomisarz ostrożnie ułożył dłonie na stole, nachylając się ku siedzącemu przed nim łysemu mężczyźnie o  mocnej budowie ciała i łagodnych oczach. Spokojnym, lecz stanowczym tonem, powiedział: – Byłeś na miejscu zdarzenia. Widziałeś, jak zginął. – Tak – odparł mężczyzna po chwili milczenia. Wiedział, że podkomisarz wyczekuje teraz rozwinięcia opowieści, nie był jednak pewien, od czego zacząć i ile wyznać. Może najlepiej zrobiłby, nie mówiąc nic? Rozmasował spięte nerwami czoło i odruchowo podniósł dłoń do głowy, na której jeszcze parę tygodni temu znajdowały się gęste, nieco kędzierzawe włosy. Teraz nie miał czego przeczesać i poczuł się nieswojo. Jakby żył w nieswojej skórze. Faktycznie, przed kilkoma miesiącami w jego życiu zaszło wiele istotnych zmian. Jedną z najbardziej frapujących było to, że gdy ktoś teraz zwracał się do niego per „komisarzu”, musiał dodawać niezgrabnie brzmiące: „w stanie spoczynku”. Rozmowa nie trwała zbyt długo, ale dla komisarza Alana Berga ciągnęła się w  nieskończoność. Nie znajdował się w sytuacji, w której mógłby zwyczajnie wstać od stołu i pójść własną drogą, co zwykł robić już nieraz. To było przesłuchanie. Powinien występować tu w  roli świadka, wyglądało jednak na to, że Mec miał inne plany. Traktował przesłuchiwanego jak winnego. Może zaważyła na tym potrzeba znalezienia kozła ofiarnego, może kilka niezbitych faktów stawiających komisarza w  raczej niekorzystnym świetle, a  może prawda była taka, że niezależnie od orzeczonej winy bądź niewinności odpowiadał w jakimś stopniu za to, co się wydarzyło. Mec błądził wokół tematu. Zadawał szereg standardo- wych pytań, na które komisarz odpowiadał z  resztkami grzeczności, na jakie jeszcze było go stać. Ale jego cierpliwość powoli się kończyła. Na twarz wystąpił mu wyraźny grymas zniecierpliwienia, kiedy z ust Meca padło nazwisko Tadeusza Rafalskiego – przedsiębiorcy, milionera oraz pracodawcy Między prawami. Prochem i cieniem Prolog przesłuchiwanego. Mec wydawał się ostatnią osobą na ziemi mogącą cokolwiek z  tej sprawy zrozumieć. Na jego miejscu powinien siedzieć ktoś zupełnie inny, ktoś, kto doskonale wiedział o  całym planie, ktoś, kto wyraził na to wszystko zgodę. – Oprócz ochrony – ciągnął uparcie podkomisarz – co jeszcze robiłeś dla Rafalskiego? – Pytanie: czego dla niego nie robiłem? – poprawił go Berg i rozpoczął swoją opowieść. „WIESZ, SĄ PEWNE ŚWIĘTOŚCI NA TYM ŚWIECIE” (Pati) Meksyk, Ciudad Juárez – miasto przy granicy amerykańsko- meksykańskiej Dwa tygodnie wcześniej Przejeżdżając przez miasto, nie miał wątpliwości, że znalazł się w piekle. Na mostach pełno wisielców. Zawieszone w  bezruchu, pośród gęstego jak smoła powietrza. Krwawe owoce narkotykowej wojny między kartelami. Upłynie dużo czasu, zanim ktokolwiek zdecyduje się na ściągnięcie trupów. Do tego potrzebne jest przyzwolenie, którego nie udzieli ani policja, ani wymiar sprawiedliwości. Przy tym obrazie jego polskie doświadczenia wydawały się jedynie przedsionkiem piekła. Zawsze istnieje jednak ryzyko, że również w jego kraju mogłoby dojść to podobnych dantejskich scen  – wystarczy pozwolić władzom na nieme potakiwanie, a służby utrzymać w niemocy w walce z półświatkiem. Chyba właśnie po to cała ta batalia, właśnie po to wstąpił niegdyś w  szeregi policji – by zatrzymać zarazę, zanim całkiem wyniszczy organizm. Od czterech miesięcy nie pracował już dla Centralnego Biura Śledczego Policji. Odszedł na własne życzenie, choć „Wiesz, są pewne świętości na tym świecie” wielu współpracowników podejrzewało, że zwyczajnie nie miał innego wyjścia. Liczba zarzutów wobec niego piętrzyła się na biurku przełożonych. Nie były to oskarżenia w  sensie prawnym. Chociaż, gdyby istniała na tym świecie sprawiedliwość, mógłby wylądować w  celi sąsiadującej z paroma zapuszkowanymi przez niego przestępcami. Zarzuty te miały podłoże emocjonalne i wynikały z awersji, jaką żywił do niego były przełożony. Znalezienie nowej pracy nie stanowiło dla Berga problemu. Szybko otrzymał propozycję zatrudnienia u Tadeusza Rafalskiego, człowieka bogatego, o  wątpliwym kręgosłupie moralnym. Płacił dobrze. Zależało mu na zatrudnieniu byłego funkcjonariusza, szanowanego zarówno w  służbach, jak i  w kręgach po drugiej stronie litery prawa. Komisarz od początku wiedział, na czym ta praca ma polegać. Oficjalnie Rafalski otworzył firmę ochroniarską, w  której zatrudnił byłego policjanta oraz kilku innych zaufanych podwładnych. Oczywiście zdobycie koniecznych pozwoleń i  licencji nie stanowiło problemu dla obytego w odpowiednich środowiskach milionera uważającego, że nie ma na ziemi rzeczy, której nie można by załatwić wypchaną kopertą lub kompromitującym hakiem. W firmie ochroniarskiej, zarejestrowanej pod nazwą Colt, częścią szkoleniową zajął się sam komisarz. Chociaż jego nowi podopieczni, mający liczne gangsterskie przyzwyczajenia, bywali oporni w  nauce zasad postępowania zgodnego z  prawem, upierał się, że pod jego kuratelą wszystko ma działać, jak należy. Przynajmniej, gdy dotyczyło to spraw rzucających się w  oczy… A  oni słuchali się go. Wcale nie dlatego, że darzyli go szacunkiem! Większość z nich w ogóle mu nie ufała. Byli posłuszni, bo tak rozkazał Rafalski. Dla nich komisarz zawsze będzie psem i tylko psem, który powinien się cieszyć, że w ogóle jeszcze dycha. Oprócz oficjalnej ochrony Rafalskiego i jego rodziny były funkcjonariusz troszczył się również o jego interesy i ludzi. Miał ich osłaniać przed policją. Kiedy trzeba było, wodził funkcjonariuszy na manowce, uprzedzał nowego pracodawcę o  planowanych kontrolach i  robił wszystko to, o  co został poproszony. Tym sposobem trafił do Meksyku. Rozkaz otrzymał z  dnia na dzień. Rozkaz, który należało wykonać. Całkiem, jakby nigdy nie opuścił szeregów policji. Z  tym że rozkazy przychodziły teraz z innego źródła, a niesubordynacja w  tym przypadku mogła skończyć się czymś znacznie poważniejszym od zwolnienia dyscyplinarnego. Może właśnie z powodu tych nieszablonowych zmian nie utrzymywał kontaktów z  przyjaciółmi wciąż pracującymi w  policji. Mogliby pokusić się o  osąd całkiem mijający się z  prawdą. A  jaka była prawda? Sam często się nad tym zastanawiał. To, że nie pojawiał się już w  robocie na rogu Puławskiej i Broniwoja, gdzie mieściła się Komenda Główna Policji; to, że wykonywał teraz polecenia kręcącego na boku szemrane interesy Rafalskiego, wcale nie oznacza, że został przestępcą. Każdy musi mieć jakieś zajęcie. Każdy musi z czegoś żyć. *** Taksówka zaparkowała za skrzyżowaniem, kilkadziesiąt metrów od wskazanego miejsca. Ruch był duży. Za duży, by opłacało się dojeżdżać do samego końca. Taksówkarz Między prawami. Prochem i cieniem „Wiesz, są pewne świętości na tym świecie” dobrze znał trasę między lotniskiem a  podanym adresem. Pokonywał ją za każdym razem, gdy przychodziło mu wozić wysłanników „Rafaela” z Polski. Nie zadawał żadnych pytań, nie przyglądał się klientom. Po prostu jechał i pobierał opłatę za taryfę oraz dyskrecję. Komisarz zapłacił, zostawił spory napiwek i  wyszedł. Skręcił w  lewo w  jedną z  bocznych ulic. Na następnych skrzyżowaniach ponownie wybierał ścieżki po lewej stronie, aż zatoczył koło, upewniając się, że nikt za nim nie podąża. Przy adresie, który otrzymał od Rafalskiego, znajdował się niewielki kamienny dom. Dzielnica – na jego oko – dość obskurna, lecz nie znał miasta na tyle, żeby móc porównać ją z innymi. Cała droga z lotniska prezentowała mu podobne obrazy. Bieda, cwaniactwo, handel i  szemrane interesy. Podejrzliwe spojrzenia. Broń ukryta za koszulą. On sam nie był uzbrojony, co w tej sytuacji sprawiało, że czuł się niepewnie. Zapukał do drzwi trzy razy. Otworzył mu niski mężczyzna o bystrych, ciemnych oczach. Miał na imię Javier. – Rafael mnie przysłał – wyjaśnił szybko komisarz płynnym angielskim. – Wejdź – odparł gospodarz, omiatając wzrokiem ulicę, i pośpiesznie zamknął za sobą drzwi. Trudno byłoby posądzić Javiera o  branie udziału w  narkotykowej wojnie. Wyglądał na dobrego człowieka, a  jego dom świadczył o  skromności i  głębokiej wierze. Na ścianach obrazy świętych. Niebieska Panienka tuli do piersi nowo narodzonego Boga. Czasami pozory mylą, szczególnie jeśli dochodzą do tego różnice kulturowe. W  świecie, do którego trafił Proca, w tej oblanej upalnym słońcem dolinie krwi i  nieustannej wojny, modlili się niemal wszyscy. Jedni czuli, że nie pozostało im nic innego, jak szukanie wybaczenia i ratunku w życzliwych, rozpostartych na krzyżu ramionach Chrystusowych. Dla innych modlitwa była formą zabiegania o wsparcie. Głęboko wierzyli nie tylko w siłę Bożej Opatrzności, ale również w rację swojego postępowania. Dla tych ostatnich mafia była jak państwo. Święta wspólnota, której zagrażało prawo państwa zewnętrznego – Meksyku. Świat nie był dla nich  skomplikowany. Gangi to dobro, policja – zło; a  czyny, które niejeden człowiek mógłby z  pewnością nazwać grze- chem, dla nich były jedynie zadaniami, jakie należało wyko- nać. Często z pobudek honorowych bądź biznesowych. Mafia w  tych okolicach trzymała się dobrze. Silna i prężnie zorganizowana. Miała strukturę republiki – składała się z  równoprawnych komórek przestępczych, nierzadko powiązanych ze sobą więzami krwi. Swatano ze sobą dzieci na znak przymierza między klanami. Tego typu zależności sprawiały, że policja miała trudności z  przeniknięciem do wnętrza gangów czy przeciągnięciem na swoją stronę jednego z  mafiosów. Jeśli już ktoś poszedł na ugodę, uznawany był przez współbraci za człowieka niegodnego, a nawet martwego (w przenośnym i dosłownym znaczeniu tego słowa). Całkiem inaczej rzecz się miała w  polskich strukturach mafijnych, mających pionową orientację – hierarchiczną. Gdy jeden boss sprawuje władzę nad całym gangsterskim światkiem, jest wielu chętnych, by zająć jego miejsce. To prowadzi do nieustannych sporów, sprawia, że instytucja świadka koronnego ma się nieźle, a  słowo „honor” wieje pustką i  chłodem bruku. Dla policji pozostawia to jednak Między prawami. Prochem i cieniem „Wiesz, są pewne świętości na tym świecie” wiele możliwości i ciągłe szanse na rozpracowanie niejednej przestępczej grupy. Z tego, co słyszał komisarz, Javier nie handlował narkotykami. Był przewodnikiem i opiekunem dla przejezdnych, którzy chcieli kupować i współpracować z dilerami. W miarę możliwości starał się nie angażować w konflikty i pozostawać w dobrych stosunkach ze wszystkimi grupami przestępczymi. Jednak nie można zadowolić wszystkich. Spodziewał się, że otrzymany kiedyś od Najwyższego pakiet szczęścia zostanie wyczerpany. Starzy przyjaciele odejdą na drugi plan lub zejdą z tego świata, robiąc miejsce dla nowych, młodszych bossów, którzy mogą nie cechować się taką życzliwością jak ich poprzednicy. Prowadząc komisarza przez wąskie schody znajdujące się w głębi domu, Javier wyjaśniał z latynoskim akcentem: – Znalazłem ją na dachu. Ukrywała się tam przed dilerami Alejandra. Siedziała tak jakieś dziesięć godzin! Otworzył drzwi do jednego z  pokoi. Na łóżku siedziała młoda dziewczyna. Jak małe, skrzywdzone dziecko owinęła ręce wokół kolan. Zerwała się dopiero, gdy dostrzegła komisarza, i rzuciła pretensjonalnie: – Proca, co tak długo?! – Załatwienie nowego paszportu trochę trwało, Pati. – Kurwa! Ja tu prawie umarłam! – Trzeba było nie prosić o wakacje w Meksyku! – odparł bezdusznie. Zabolało ją to, choć wiedziała, że ma rację. Nikt nie wysyłał jej tutaj na siłę. Rafalski miał kontakty z  dilerami w  okolicy. Jeśli któraś w  dziewczyn pracujących w  jego lokalach chciała dorobić, fundował jej podróż do Meksyku, z  którego przywoziła niewielkie ilości kokainy. Przemycały je różnymi sposobami, czasami ryzykownymi, czasami desperackimi. Najczęściej połykały małe paczuszki narkotyku, by będąc już na terytorium Polski, bezpiecznie je z siebie wydobyć. To znaczy wydalić. Alan Berg nie pojmował zdeterminowania tych kobiet. Rozumiał, że niektóre z nich nosiły wiele na swoich barkach. Samotnie wychowywały dzieci, wspierały finansowo rodzinę. Ale czy to wszystko było warte podejmowanego takiego ryzyka? Przestał liczyć, ile już razy tłumaczył tym dziewczynom… ile razy próbował przekonać Pati, by dała sobie spokój. Ona latała „na wakacje” najczęściej. Jego zdaniem prosiła się o wpadkę. Groziło jej więzienie w  Meksyku, z  którego nawet Rafalski by jej nie wyciągnął, ewentualnie mogła otrzeć się o śmierć. Trudno powiedzieć, która z opcji byłaby gorsza. Dziewczyna nie musiała się szykować. Nie miała ze sobą nic. Po incydencie z dilerami nie mogła już wrócić do hotelu, bała się, że ją odnajdą. Była więc gotowa do wyjścia, ale Berg zatrzymał ją w progu i zapytał: – Masz coś przy sobie… albo w sobie? Nie chcę żadnych niespodzianek na lotnisku. Pokręciła przecząco głową, lecz on wciąż patrzył na nią podejrzliwie. – Możesz pomacać, jeśli nie wierzysz! – Dobrze, chodźmy już… Zeszli na parter, gdzie czekał na nich Javier. Zerkał na dziewczynę oczami pełnymi współczucia. Podał Bergowi kluczyki do swojej białej toyoty stojącej po drugiej stronie budynku. Potem podszedł do kredensu pod ścianą i wydobył Między prawami. Prochem i cieniem „Wiesz, są pewne świętości na tym świecie” z szuflady broń. Dość starą berettę 92 z drewnianym uchwytem. – Weź ją! Na wszelki wypadek. Jak dojedziecie do lotniska, zostaw ją w schowku, później odbiorę samochód. Uważaj na siebie, przyjacielu. A tobie, księżniczko, życzę powodzenia. Pati uścisnęła go czule, po czym podążyła za Bergiem. Wsiedli do samochodu po drugiej stronie budynku. Komisarz włączył się do ruchu i po chwili milczenia zapytał: – Co poszło nie tak? – Podnieśli cenę. Jak powiedziałam, że nie mam więcej, zapewnili, że nie szkodzi, że sami się obsłużą… – Więc zaryzykowałaś, że cię odstrzelą, zamiast dać dupy? – Wiesz, są pewne świętości na tym świecie, Proca! – Nie musisz mi tego mówić – wymruczał pod nosem, przymierzając się do skrętu. Co chwilę sprawdzał widok we wstecznym lusterku. Wydawali się bezpieczni, ale jazda przez zatłoczone meksykańskie ulice nie należała do najłatwiejszych. Koszula już od kilku godzin kleiła mu się do pleców. Nie był przyzwyczajony do takiego klimatu, zarówno w  powietrzu, jak i  na drodze. Nieustanne uderzenia w  klakson  – jakby mogły jakoś zaradzić w  tej sytuacji. Gęsty, agresywny ruch, sterowany bliżej nieokreślonymi zasadami. Niektórzy walili w kierownicę z dziwnym spokojem na twarzy, jakby zwyczajnie była to część drogowej kultury, którą wypada egzekwować. Zdarzali się jednak tacy, którym rosło ciśnienie w  żyłach. W drodze na lotnisko Berg i Pati byli świadkami kilku bójek. Nikt nie interweniował, ludzie zdawali się ignorować te kipiące testosteronem spięcia i zostawiali kierowców samym sobie. A ci rozwiązywali konflikty według swoich zasad – racja i pierwszeństwo przysługiwały temu, który bił się lepiej lub miał przy sobie większą giwerę. Proste. Zaparkowali przed lotniskiem. Berg wyjął broń zza pleców i  starannie oczyścił ją ścierką z  odcisków palców. Odłożył berettę do schowka. Rozejrzał się jeszcze wokoło, upewniając się, że nikt nie odstrzeli mu głowy, gdy wyjdzie z samochodu, po czym zapytał: – Gotowa? – Już od kilku dni – rzuciła oschle, nie tracąc ani grama pretensjonalności, jakby to Berg osobiście odpowiadał za wszystkie jej problemy. Zrozumiałe. Potrzebowała kozła ofiarnego. Był pierwszym nadającym się do tej roli człowiekiem, jakiego spotkała w ostatnich dniach. Wciąż się bała i czuła, że strach opuści ją dopiero, gdy znajdą się kilka stóp nad ziemią.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Między prawami. Prochem i cieniem
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: