Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00359 006352 13601629 na godz. na dobę w sumie
Miłość - ebook/pdf
Miłość - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 291
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-4294-5 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> kryminał
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Kryminalna powieść erotyczna autorstwa Tadeusza Oszubskiego, pisarza i dziennikarza znanego z takich książek, jak 'Drapieżnik', 'Tajemnicze istoty', czy 'Diabeł Wenecki'.

W Bydgoszczy do jednej z galerii oferujących dzieła sztuki trafia kilkanaście aktów rudowłosej piękności. Wkrótce w mieście dochodzi do serii okrutnych zabójstw. Morderca porzuca w miejscach publicznych nagie zwłoki młodych kobiet pozbawione krwi. Rusza lawina dramatycznych zajść. Wychodzą na jaw mroczne tajemnice sprzed lat łączące byłego agenta tajnych służb peerelu, córkę senatora, alkoholika malującego szyldy i młodego gangstera pozostającego w perwersyjnym związku z panienką z dobrego domu.

Autor na wstępie tej kryminalnej powieści dla dorosłych umieścił wiele mówiącą notę: 'Podobieństwo zdarzeń i postaci występujących w tej powieści do zajść, które miały miejsce w rzeczywistości oraz do biorących w nich udział realnych osób, jest przypadkowe.'

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Oczy ma zimne, jak lody Bambino, pomyślał Marczyk. Zaraz, zaraz, czy sprzedają jeszcze lody Bambino? Trzeba by sprawdzić. Znów spojrzał na dziewczynę i natychmiast zapomniał o lodach z dzieciństwa. Młoda, ma może szesnaście, a może dwadzieścia lat. Akurat jej wiek go nie obchodził. Była średniego wzrostu, szczupła. Widząc, że Marczyk jej się przygląda, odchyliła głowę w tył, przeczesała palcami długie, ciemne włosy. Gest był zmysłowy, prowokujący, jednak nie spotkał się z odzewem mężczyzny. W tej chwili uwagę Tomasza zaprzątało co innego. - Poczekaj tu, zaraz wrócę - powiedział do dziewczyny i ruszył do pokoju służącego mu za pracownię. Nóż leżał na stole. Schował go w kieszeń kurtki i wrócił do sypialni. Podszedł do młodej prostytutki. Uśmiechnęła się do niego zimno, oczy też miała, jak kawałki lodu. Marczyk spojrzał jej głęboko w te chłodem emanujące oczy i mocno przytulił dziewczynę. Potem, nie zwalniając uścisku, tanecznym krokiem poprowadził do salonu. Patrzył jej w oczy, hipnotyzował, a ona uległa sugestii i nie odrywała od niego wzroku. Byli już na środku salonu, byli już przy ścianie. Tej nagiej, z wielką ciemną plamą po środku. Oparł dziewczynę plecami o mur i odsunął się od niej odrobinę. Nadal spoglądając jej głęboko w oczy sięgnął do kieszeni. Błysnęło ostrze. Marczyk wbił je w krtań dziewczyny. Nóż wszedł głęboko, doszedł do aorty. Prostytutka chciała krzyknąć, ale dźwięk nie wybrzmiał. Słychać było tylko ciche rzężenie. Strumień krwi trysnął mężczyźnie prosto w twarz. Dziewczyna targnęła ciałem. Jedną ręką chwyciła się za przebite gardło, drugą zaczęła odpychać od siebie Tomasza. Odpychała go z całych sił, ale tych szybko ubywało. Osłabła. Wówczas Marczyk obrócił jej wiotczejące, smukłe ciało i przycisnął je do ściany. Krew płynęła teraz falami, zgodnie z rytmem pracy serca, które powolutku zwalniało bieg. Płyn barwił na czerwono podkoszulek ofiary, ściekał na ścianę i wsiąkał przez farbę w ukryty pod nią tynk. Mężczyzna z całych sił napierał na bezwładne już ciało, tak by wszystka krew spłynęła na ścianę. - Tak będzie dobrze - szeptał Marczyk. - Jeszcze trochę, no jeszcze. W tamtej chwili przez ciało Tomasza przebiegł dreszcz. Miał wrażenie, że krew i adrenalina wzburzyły się w nim nasycone obcą siłą witalną, że czuje moc, energię bijącą z krwi barwiącej mur. Zamknął na chwilę oczy, zacisnął powieki z całych sił. Potem nagle je otworzył. Oddychał głęboko, jak po długim biegu. Znów spojrzał na dziewczynę, którą wciąż przyciskał do ściany. Miała kredowobiałą twarz, nie ruszała się. Nie żyła. Marczyk zaśmiał się. Był w euforii. Patrzył na ścianę, przewiercał wzrokiem warstwę farby, potem tynku. W wyobraźni widział już cegły, czerwone jak krew. Cegły pulsowały, na tworzonej przez nie ciemnoczerwonej płaszczyźnie rysował się jakiś kształt. Najpierw było to amorficzne wybrzuszenie, ustawicznie zmieniające się w trójwymiarowej przestrzeni. Potem stało się zarysem ludzkiej sylwetki. Jakby ciało jakiegoś człowieka usiłowało wyjść ze ściany, przeniknąć przez oddzielającą je od salonu przegrodę. Przez to, co odróżnia materię od tworów wyobraźni. Marczyk oddychał coraz szybciej, wpatrywał się coraz intensywniej w jeden punkt, tam gdzie cegły przemieniały się w biologiczną strukturę. To był człowiek, to była kobieta. Kobieta, którą znał ją. Kobieta, którą kochał. Twarz była jej, delikatna, piękna. Obrys całego ciała wyłaniał się coraz dokładniej z ceglanego muru, choć był jakby płynny, zawarty w falujących liniach. Krwistoczerwone smukłe ręce, długie nogi, pełne piersi. Piękna, krwawej barwy twarz była tuż przed twarzą Marczyka. Purpurowe usta rozchyliły się, wymawiały jakieś słowa. - Co mówisz? Mów głośniej - mężczyzna szeptał w realnym świecie do swej wizji. Coś usłyszał. Szmery układały się w słowa. Kochasz mnie, pamiętasz mnie, masz mnie. Potem usłyszał w swoich myślach jej krzyk. Straciłeś mnie! Twoja wina! Twoja wina! - Moja wina - powiedział głośno. Usłyszał te swoje słowa. Zabrzmiały tak wyraźnie, jakby prosto w ucho powiedział mu je ktoś stojący tuż obok. Słowa brzmiały dobitnie, jak oświadczenie. Zaskoczyło go to. - Moja wina? - spytał sam siebie. Gwałtownie odsunął się od ściany, a wtedy coś z łomotem uderzyło o podłogę. Mężczyzna otrząsnął się. Zdał sobie sprawę, że upuścił ciało dziewczyny, którą przed chwilą zabił. Leżała teraz na podłodze. Na ciemnym tle desek malowanych na brązowo tworzyła jasną plamę. Wzrok stopniowo zaczął mu się wyostrzać. Dziewczyna miała twarz i ręce koloru szronu, bardziej szare, niż białe. No tak, biały miała przecież podkoszulek. Tyle że teraz już tylko częściowo biały. Większość bawełnianej tkaniny nasiąknęła krwią. Marczyk oderwał spojrzenie od zwłok. Podszedł do ściany i rozmazał na niej dłońmi pokrywającą ją warstwę krwi. Pod palcami poczuł delikatne falowanie. Kiedyś już miał podobne doznania. Wtedy dotykał szyi ukochanej kobiety. Ona spała, a pod jej ciepłą skórą bił puls. Ale ta tutaj, to tylko wyciśnięta do sucha tuba po farbie, pomyślał Tomasz. Muszę wyrzucić opakowanie. Po co trzymać w domu śmieci. Pojechał tam, gdzie porzucano zbędne przedmioty. W to miejsce ludzie przywozili stare kuchenki, lodówki, tapczany. Nielegalny śmietnik miał doskonałą lokalizację, bo niedaleko centrum miasta, a przecież na uboczu. Miejsce to Marczyk znał jeszcze z dzieciństwa. Kiedyś były tam magazyny kolejowe, dziś obszar stał się nieużytkiem o sporej powierzchni. Porastały go gęsto krzewy i młode drzewa otaczając nieregularnym pasem zrujnowane budynki. Mężczyzna rozejrzał się. Choć mijały go samochody i nieliczni przechodnie, był tu sam ze swym brzemieniem. Tacy, jak on, wyglądający przeciętnie, są przecież niewidzialni. Wyciągnął z kosza pakunek, który nie tak dawno przedstawił się Marczykowi jako Wicia, przerzucił go przez ramię. Prowadząc rower jedną ręką Marczyk ruszył między krzewy. Rozgarnął gałęzie pierwszego szeregu samosiejek, ligustrów i akacji. Zostawił tam pojazd i wszedł z workiem na ramieniu na małą polankę porośniętą darnią. Pośrodku ziała czarna otchłań studzienki miejskiej kanalizacji. Żeliwnej pokrywy nie było tam już od lat. Mężczyzna nawet się nie zmęczył, bo wykrwawione zwłoki szczupłej dziewczyny ważyły pewnie mniej niż czterdzieści kilo. Zrzucił worek z ramienia, celując tak, by pakunek wpadł do kanału. Jednak zwłoki zaklinowały się w studzience, pomimo tego, że Marczyk użył całej siły, by je wcisnąć w otwór. Mężczyzna postał chwilę nad zwłokami. Potem wzruszył ramionami, odwrócił się i na powrót przedarł przez chaszcze. Wziął rower, otrzepał się z uschłych liści, ruszył chodnikiem. Mijały go samochody i nieliczni przechodnie, ale nikt go nie dostrzegał. Rozdział 13. Cezary Klim po raz pierwszy zobaczył Monikę Jesion przed trzydziestoma ośmioma miesiącami. Mężczyzna potrafił precyzyjnie odtworzyć z pamięci czas, miejsce i okoliczności tego wydarzenia. Monika kończyła już studia, miała dwadzieścia trzy lata, a Cezary o cztery więcej. Szedł akurat sam na jakieś umówione spotkanie w interesach. Samochód zaparkował tam, gdzie znalazł miejsce, więc kawałek drogi musiał pokonać pieszo. Spacerowym krokiem sunął chodnikiem w centrum miasta. W tamtej chwili znajdował się tylko kilkanaście metrów od Moniki, ale jakby na antypodach, bo po drugiej stronie jezdni. Kobieta wysiadała z taksówki. Wyprostowała się górując nad wozem. Musiała mieć ponad metr siedemdziesiąt wzrostu, do tego buty na wysokim obcasie. Cezary w gęstym ulicznym ruchu dostrzegł Monikę zaledwie kątem oka, ale to wystarczyło, by przykuła jego uwagę. Dziesiątki przechodniów, samochody, tramwaje, wciąż coś przesłaniało tę kobietę, jednak Cezary w tamtym momencie dostrzegał tylko jej smukłą postać. Poczuł silne emocje, znacznie potężniejsze, niż pożądanie znane mu z wcześniejszych erotycznych przygód. Na chwilę zamarł, jak sparaliżowany. Wtedy właśnie Cezary Klim się zakochał. Twarz tej kobiety, jej sylwetka, sposób w jaki się poruszała, wszystko to poraziło Cezarego Klima. Chciał do niej podbiec, jak zauroczony gimnazjalista. Chciał powiedzieć jej, że jest im pisane, by resztę życia spędzili wspólnie. Pragnął zrobić wszystko to, co w przypadku kogoś takiego, jak Klim, wzbudziłoby w obserwatorach zdziwienie, nawet niesmak i głośne rady, by zmienił swą dotychczasową profesję. Kobieta wysiadła z taksówki i ruszyła w poprzek chodnika. Towarzyszył jej mężczyzna w garniturze i pod krawatem. Był przeciętnej urody, ale zadbany, starszy od swej partnerki o dziesięć albo i więcej lat. Para weszła do restauracji. Cezarego od Moniki nadal oddzielała dwupasmowa jezdnia. W pobliżu było jednak przejście dla pieszych. Ruszył tam i stanął wśród przechodniów czekając na zmianę świateł. Klim nie był legalistą, po prostu samochody pędziły zbyt gęstym stadem w jedną i drugą stronę, by dał radę przebiec w poprzek ulicy. Dreptał więc w miejscu niecierpliwiąc się, aż sygnalizator zaświecił na zielono. Natychmiast ruszył szybkim krokiem do lokalu, za którego drzwiami znikła piękna nieznajoma. Wszedł do restauracji i omiótł wzrokiem wnętrze. Lokal o tej porze dnia świecił jeszcze pustkami, więc natychmiast dostrzegł Monikę siedzącą przy jednym ze stolików w głębi pomieszczenia. Przedtem widział właściwie tylko jej sylwetkę i zarys twarzy. Teraz mógł poznać szczegóły, a te zaparły mu dech w piersi. Kobieta była naprawdę wysoka, długonoga, szczupła, ale ze sporym biustem i wyraźnie zaznaczoną talią nad łukami bioder. Twarz miała pociągłą, włosy ciemnobrązowe, gęste, sięgające łopatek falami ułożonymi przez stylistę fryzur. Do tego lekko smagła skóra, orzechowe oczy, usta i paznokcie czerwone, jak nowiutki wóz strażacki. Pociągała go, jak żadna dotąd, a jednocześnie onieśmielała. Był to stan, którego dotąd nie doświadczył w kontaktach z kobietami. Przemógł się. W końcu był Cezarym Klimem. Ruszył zdecydowanym krokiem przez salę. Zatrzymał się przy stoliku, pochylił nad siedzącą przy nim parą. Monika uniosła głowę znad filiżanki cappuccino, otaksowała spojrzeniem nieznanego jej mężczyznę. Cezary napotkawszy jej wzrok na powrót poczuł się niepewnie. Przyłapał się na tym, że rozważa, czy jest w typie tej kobiety. Nigdy dotąd nie zadawał sobie takich pytań! W środowisku, w jakim wyrósł i się obracał, to zwykle dziewczyny proponowały mu randki. Nocnym ćmom z klubów i pannom z blokowisk Klim bardzo się podobał. Nie chodziło tylko o to, że dysponował pieniędzmi i luksusowymi wozami. Młody mężczyzna miał też prezencję. W odróżnieniu od rówieśników nie przesadzał z siłownią, nie nosił też dresów. Choć twarz miał dość pospolitą, to był wysoki, barczysty, proporcjonalnie zbudowany. Na co dzień ubierał się w markowe vintageowe błękitne dżinsy, białe koszule oraz kosztowne czarne marynarki z gatunkowej skóry. Zobaczył kiedyś w jakimś filmie sensacyjnym aktora w takim stroju i uznał, że styl pasuje do tego, czym on, Klim się zajmuje. Trochę bandyta, a trochę światowiec. - O co chodzi? - spytała Monika przyglądając mu się z zaciekawieniem. Głos miała niski, z lekką chrypką. Już chciał się odezwać, ale owionął go płynący od dołu, od pociągającej go kobiety, zapach markowych perfum. Po raz kolejny w ciągu minuty poczuł się niepewnie i wróciła myśl, że nigdy dotąd żadna kobieta tak bardzo go nie interesowała. - Niczego nie kupujemy, ani nie sprzedajemy, tak że panu dziękujemy - powiedziała żartobliwym tonem, bo on nadal milczał. - Nie jestem żadnym sale managerem. Pozwoli pani, że się przedstawię - wypalił zwalczając atak nieśmiałości. Recytując grzecznościowa formułkę poczuł się, jakby był postacią z jakiegoś starego filmu. Na co dzień nie używał przecież takich zwrotów. - Nazywam się Cezary Klim. - Monika Jesion - młoda kobieta oddała grzeczność za grzeczność. - O co więc chodzi, panie Klim? - Zapraszam panią na kawę. Dziś wieczorem - złożył jej tę propozycję zdecydowanym tonem. Pod przesadną pewnością siebie ukrył lęk przed odmową. - Daj pan spokój - mruknęła z niechęcią w głosie Monika. Początkowe zainteresowanie nieznajomym nagle znikło. Poznawszy jego intencje uznała go za kolejnego natręta i potraktowała oschle. Widać było, że taka sytuacja to dla niej nie pierwszyzna. - Młody człowieku, poszukaj sobie towarzystwa gdzie indziej. To nie ta pani i nie ten lokal - dołączył się mężczyzna towarzyszący dziewczynie. Słysząc głos konkurenta Klim drgnął, jak rażony prądem. Znów był sobą, Cezarym, który w imieniu pana Kazimierza zarządza połową dzielnicy. Wyprostował się, zacisnął dłonie w pięści. Mógłby tego krawaciarza połamać na miejscu. Mógłby nawet nie brudzić sobie nim rąk. Ot, wyjąłby z wewnętrznej kieszeni marynarki giwerę i odstrzelił gościowi łeb. W tamtym czasie w przestępczej branży trwała jeszcze na terenie miasta walka o wpływy w poszczególnych dzielnicach, więc Cezary na co dzień nosił przy sobie pistolet. Poczuł gniew, ale udało mu się zapanować nad emocjami. Zacisnął zęby. Intuicyjnie wyczuł, że interesująca go kobieta była inna, niż te, z którymi dotąd się zadawał. Choć wydawała się od tamtych delikatniejsza, wrażliwsza, to jednocześnie twardsza i pewniejsza siebie. Choć młoda, to już znała swoją wartość. Cezary poczuł przez skórę, że niczego by nie osiągnął, gdyby na jej oczach pobił rywala. Nie tędy droga do Moniki. Musi zachować cierpliwość i podejść do sprawy z całą przebiegłością, jaką dotąd przejawiał w nielegalnych interesach. Taka postawa sprawdziła się przecież, bo wyniosła go wysoko w lokalnej przestępczej hierarchii. Jeszcze raz wciągnął nosem powietrze ponad jej głową. Czując woń perfum poprzysiągł sobie, że zrobi wszystko, by ta kobieta o orzechowych oczach była jego. - Nie zamierzałem pani urazić. Przepraszam i do widzenia - powiedział grzecznie, ale w oczy Monice spojrzał wyzywająco. Następnie nie poświęcając nawet odrobiny uwagi swemu konkurentowi, opuścił restaurację. Nie odszedł daleko. Ukrył się w niszy drzwi wejściowych jednej z pobliskich kamienic. Gdy pół godziny później interesująca go para wyszła z lokalu, ruszył za nią wmieszawszy się w tłum przechodniów. Śledził Monikę tak długo, jak to było możliwe. W pewnym momencie stracił ją jednak z oczu. Kobieta bowiem wraz z towarzyszącym jej mężczyzną weszła na parking galerii handlowej, gdzie wsiadła do swojego samochodu i odjechała. Jej towarzysz też miał wóz. Rozjechali się, każde w inną stronę. Cezary, kryjąc się za betonowymi filarami, podszedł niezauważony na tyle blisko, że mógł w telefonie komórkowym zanotować numery rejestracyjne obydwu wozów. Jeszcze tego samego dnia zadzwonił w kilka miejsc i do wieczora poznał adresy Moniki oraz towarzyszącego jej mężczyzny. Wkrótce dowiedział się też kolejnych szczegółów na ich temat. Okazało się, że Monika, to panna Jesionówna, jedyne dziecko producenta butów. Za Moniką stała fortuna budowana od pokoleń. Pradziadek szył buty już w latach trzydziestych, ale wojna pożarła i warsztat i dom. Dopiero ćwierć wieku po tych dramatycznych wydarzeniach pradziadek z dziadkiem Moniki odtworzyli rodzinną firmę. Mijały lata, w warsztacie naprawiano buty, ale szyto też coraz więcej obuwia na zamówienie. Warsztat przekształcał się powoli w fabryczkę i pod koniec lat osiemdziesiątych firma Jesionów zatrudniała kilkanaście osób. Zmienił się ustrój w kraju, zmarł najstarszy z Jesionów, a jego syn się zestarzał. W latach dziewięćdziesiątych interes przejął kolejny z rodu, właśnie ojciec Moniki. Wykazał się zdolnościami biznesowymi, zlikwidował dział naprawiania butów i zaczął szybko rozszerzać produkcję. Teraz rodzinna firma była fabryką z prawdziwego zdarzenia, gdzie pracowało ponad sto osób. W tym również narzeczony Moniki, poznany przez Klima w restauracji trzydziestopięcioletni Ryszard, mniejsza o nazwisko. Ryszard pełnił funkcję dyrektora ekonomicznego i miał dziesięcioprocentowy udział w rodzinnej firmie. Cezaremu udało się ustalić, że Ryszard został mniejszościowym wspólnikiem inwestując w firmę Jesiona spadek po rodzicach i kredyt hipoteczny zaciągnięty pod apartament, w którym mieszkał. Właściciel fabryki poszedł na to, bo potrzebował pieniędzy na nową maszynę do klejenia butów, a Ryszard miał wkrótce i tak należeć do rodziny. Cezary przez następne dni, jak zwykle, zajmował się interesami pana Kazimierza, ale z mniejszym, niż dotąd, zaangażowaniem. Wciąż rozmyślał o Monice. Nie wiedział jeszcze, jak zdobyć dziewczynę, postanowił więc na początek dowiedzieć się o niej jak najwięcej. O jej narzeczonym również. Musiał przyjrzeć się ich życiu z bliska. Ustalił, że Monika i Ryszard mieszkają w największej doświadczenie w jego życiu, bo zapoznał się z dziedzinami, które dotąd raczej go nie interesowały. Skoro jednak dla Moniki były to sprawy ważne, to i Klim musiał dowiedzieć się, jakie ona i Ryszard lubią potrawy, jakie książki i filmy ich interesują, jakiej muzyki słuchają. Z kim się spotykają, z kim przyjaźnią. Cezaremu wciąż było mało wiedzy o ukochanej, kazał więc innemu ze swych ludzi założyć podsłuch w mieszkaniach Jesionówny i jej narzeczonego. sypialni miasta, w dzielnicy Fordon, tyle że na dwóch przeciwległych jej krańcach. Klim kazał więc jednemu ze swych podwładnych, specjaliście od włamań, dorobić klucze do mieszkań panny Jesion i Ryszarda. Potem, gdy gospodarzy nie było w domu, wielokrotnie przeglądał ich rzeczy zachowując wszystko w nienaruszonym stanie. Mógł to robić niemal codziennie, bo Ryszard pracował w fabryce przyszłego teścia, a Monika chodziła na uczelnię. Dziewczyna kończyła studiować marketing i zarządzanie, pisała już pracę dyplomową i wkrótce miała współzarządzać rodzinnym interesem. Klim poznał zwyczaje obojga. Było to nowe
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Miłość
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: