Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00521 006959 15343692 na godz. na dobę w sumie
Ministrant diabła - ebook/pdf
Ministrant diabła - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 235
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-3207-6 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> powieść
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Jeżeli wstąpiłeś do gangu, jeżeli nazywają cię „kibolem”, jeżeli należysz do przestępczego świata, to nie myśl, że tak łatwo zerwiesz z przeszłością. „Ministrant diabła” jest książką opowiadającą o młodym mężczyźnie, który chce skończyć z przestępczym życiem. Okazuje się, że nie jest łatwo wyrwać korzenie ze środowiska, w którym dorastało się i żyło przez wiele lat. Tomek – główny bohater, przeżywa wielką wewnętrzną przemianę po tym, jak ginie niewinna kobieta, a on trafia na kilka lat do więzienia. Po odpokutowaniu winy ucieka od dawnego świata. Zaszywając się na odludziu, daleko od cywilizacji, postanawia odpokutować swoje młodzieńcze winy. Spotyka  prawdziwą, wielką miłość. Dzięki niej staje się innym człowiekiem, poznaje inny świat i umacnia się w swoim postanowieniu zmiany. Jednak macki świata przestępczego oplatają go i nie pozwalają tak łatwo zerwać z dawnymi współtowarzyszami. Tomek musi walczyć ze swoimi kumplami z gangu, a walka kończy się tragicznie – bezsensowną śmiercią.  Książka opowiada o miłości, wielkim poświęceniu, walce o przetrwanie, a przede wszystkim o wielkiej przemianie, jakiej dokonał młody chłopak w swoim życiu. Jest relacją dorosłego mężczyzny, który postanawia udowodnić, że młode pokolenie można ratować nie poprzez stawianie im zakazów, nakazów, często bzdurnych norm, ale poprzez miłość, zrozumienie i wskazywanie sensu życia.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Tadeusz Wojciechowski MINISTRANT DIABŁA 2 Tadeusz Wojciechowski Ministrant diabła © Copyright by Tadeusz Wojciechowski 2013 ISBN 978-83-272-3207-6 3 4 Mojej jedynej prawdziwej miłości życia – żonie. Prolog Patrzę na ekran telewizji i nie mogę uwierzyć w to co widzę i słyszę. Zaproszona do programu psycholog stara się przekonać wszystkich rozmówców, że tylko terapia w specjalnych ośrodkach może zmienić człowieka. – Kobieto, co ty wiesz? – Komentuję głośno to co słyszę. Tematem rozmowy w telewizji są ci najgorsi w społeczeństwie. Kibole, bandziory, szalikowcy, szumowiny i nawet trudno mi wymienić inne przezwiska, jakich używają podczas dyskusji uczestnicy programu, mówiąc o młodych ludziach, którzy zasłynęli na ekranach telewizji dzięki temu, że łamią prawo i to w sposób bezsensowny. Znam problem. Od dziecka żyłem w tym środowisku, a od dwudziestu lat staram się pomóc takim młodym ludziom. Program osiąga półmetek. Pięciu rozmówców na przemian stara się przekonać pozostałych do swoich racji. Z wieloma ich argumentami się zgadzam, ale również wiele z nich jest bezsensownych, a dyskutanci mam wrażenie, nie wiedzą o czym mówią. Półgodzinny program dobiega końca i tak naprawdę, to nie wiem po co się spotkali przed kamerą tak wybitne osobowości świata nauki. Nie odpowiedzieli sobie na żadne postawione pytanie, nie przedstawili żadnej recepty, jak uzdrowić społeczeństwo i nawet nie dokończyli omawiać problem. Miałem wrażenie, że każdy z nich chciał pokazać swoją erudycję, a nie potrafił wejść w świat tych, o których mówił, a z których problemem teoretycznie się identyfikował. Wkurzyłem się i ze złością wyłączyłem telewizor, a niewinny pilot TV wylądował rzucony z dużą siłą na fotelu. – Co ta banda pseudouczonych wie o tych ludziach? – Rzuciłem hasło jakby ktoś miał mi odpowiedzieć, a przecież w pokoju byłem sam. Chodziłem nerwowo po wolnej przestrzeni mojego niewielkiego mieszkania i zastanawiałem się nad słowami, które słyszałem w programie. Uderzyło mnie w nim to, że wszyscy uczestnicy konwersacji mówiąc w imieniu społeczeństwa potrafili ocenić, poszufladkować, a czasami już nawet skazać każdego młodego człowieka, który był inny od ich pojęcia normy społecznej. Nie usłyszałem od nich żadnej wypowiedzi, która świadczyłaby, że ten problem powstał społecznie, powstał nie z winy tym młodych, często zagubionych ludzi, lecz zrodzili go właśnie ludzie ich pokroju, ludzie określający tak zwane normy oraz ludzie nazywający siebie politykami. 5 Usiadłem w fotelu i sięgnąłem do swojej biblioteczki. Wziąłem do ręki duży album ze zdjęciami. Dawno go nie oglądałem, nie miałem po prostu czasu. Teraz, pod wpływem emocji, jakie wywołał we mnie program, odżyły wspomnienia. Otworzyłem album na pierwszych stronach. Zdjęcia były sprzed kilkudziesięciu lat. Patrzyłem na swoją młodą, dobrze utrzymaną postać młodzieńca, który tak ja ci, o których dzisiaj był program telewizyjny, był w tamtych czasach zagubiony w świecie, w którym jedyną dla niego wartością była pogoń za dobrobytem materialnym. W świecie pełnym nienawiści człowieka do człowieka, licznych kłótni polityków, którzy byli istną pożywką dla mediów, a dla nas młodych drogowskazem, jak należy żyć, jak należy postępować, jak należy walczyć o swoje. Przeglądałem zdjęcia z kumplami z gangu, z bijatyk organizowanych między tak zwanymi kibolami. Byłem na każdym z nich zadowolony, tryumfujący, spełniony. Na czwartej stronie albumu spojrzałem na zdjęcie zrobione w Bieszczadach. Dotknąłem delikatnie palcami odbitkę postaci, która była na nim razem ze mną. Moja złość jakby w tym momencie gdzieś uleciała, a w sercu odczułem lekkie ukucie. Były to bolesne, ale jak bardzo szczęśliwe dni mojej młodości. Zamknąłem album i oparłem głowę o oparcie fotela. Uśmiechnąłem się na wspomnienia tamtych dni. Wstałem i już spokojnie chodząc po pokoju zacząłem się zastanawiać, jak odpowiedzieć tym naukowcom z telewizji. Jak ich przekonać, że nie trzeba budować gmachów z kratami, nie trzeba stawiać barykad na ulicach i zbroić oddziałów do walki z tymi młodymi ludźmi. Zastanawiałem się jak przekonać tych wybitnych ekspertów, że tylko miłość jaką możemy im dać, jaką musimy w nich wzbudzić, przyniesie korzystne rezultaty. Musimy ich nauczyć kochać, musimy ich przekonać, że miłość to dar, który tylko my ludzie potrafimy zrozumieć, wykorzystać i żyć nią. Chciałem im wykrzyczeć, że ja jestem przykładem takiego człowieka, który dzięki miłości stara się naprawić świat. Nie walczę, nie noszę pałki, nie oskarżam, nie krytykuję, nie tworzę sztucznych norm, a tylko staram się uczestniczyć w ich życiu, staram się złość zamienić w miłość, staram się wskazać błądzącym drogę. Po kilku minutach bezsensownego marszu po pokoju usiadłem za biurkiem i otworzyłem swojego laptopa. Słowa same popłynęły z mojej głowy, a palce jakby automatycznie wyszukiwały klawiszy odpowiadających moim myślom. Zacząłem pisać. Pisać o sobie, o moim życiu, o mojej wielkiej przemianie. 6 I Słyszę brzęk otwieranego, automatycznego zamka, pchnąłem stalowe drzwi i wszedłem do dużego pomieszczenia pozbawionego jakichkolwiek mebli. W przeciwnym jego rogu, z niewielkiego okienka, wystawała głowa mężczyzny. Idę w jego kierunku. Spojrzał na mnie i zniknął wewnątrz. Zatrzymuję się przed okienkiem bez szyby i jakichkolwiek zabezpieczeń. Po chwili mężczyzna wraca niosąc plastikowy woreczek. Wysypuje całość na ladę. Wszystko to odbywa się bez jednego słowa, jakby było zaprogramowane. Patrzę na porozrzucaną na ladzie zawartość woreczka. Portfel, zapalniczka, zegarek z metalową bransoletą, kilka świstków papieru oraz klucze. Niewiele tego. Sięgam do portfela i sprawdzam jego wnętrze. Dowód, prawo jazdy, nieważna już karta kredytowa, dwa papierowe, zwinięte byle jak banknoty dziesięciozłotowe, kilka monet, kilka wizytówek i świstków papierków dawno temu zapisanych przeze mnie. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że wszystko wygląda tak, jak trzy lata i sześć miesięcy temu, gdy mnie tutaj przywieziono. – Tutaj masz sto dwadzieścia pięć złotych, podpisz odbiór – mężczyzna wyłożył na blat dwa banknoty i monetę, a następnie podał mi długopis i rachunek do podpisania. Pozbierałem wszystko z lady i poupychałem po kieszeniach. Chciałem założyć zegarek lecz bransoleta okazała się za ciasna. Po kilku nieudanych próbach ostatecznie również schowałem go do kieszeni – i tak nie chodzi – szepnąłem do siebie. Byłem gotowy. – To do zobaczenia – powiedział do mnie mężczyzna uśmiechając się. Wyczułem jego prowokację, nie odezwałem się tylko spojrzałem mu w oczy. Odwróciłem się od okienka i udałem się do kolejnych metalowych drzwi, które otworzyłem po usłyszeniu brzęku automatycznego zamka. Jeszcze tylko kilka kroków i już przez otwarte drzwi wychodzę z budynku na kamienisty dziedziniec. Szybkim krokiem pokonuję kilkanaście metrów i wchodzę do kolejnego niewielkiego pomieszczenia. Skręcam w prawo i staję, tym razem, przed dwoma mężczyznami, siedzącymi za dużą, okratowaną szybą z wyciętą niewielką szczeliną na samym dole. Mężczyźni spojrzeli na mnie. Jeden z nich odwrócił głowę i nadal coś pisał na klawiaturze komputera. Drugi leniwie się podniósł, podszedł do półki, wziął kilka dokumentów. Przekładał powoli kartki i w końcu wyciągnął dwie z nich. Podszedł do okienka i przez szczelinę w dolnej części wsunął papiery, a w głośniczku usłyszałem: – Podpisz. Rzuciłem okiem na treść. Wziąłem długopis i podpisałem w dolnej części jeden, a następnie drugi z dokumentów. – Ten jest twój – zostawił mi jeden z nich, a drugi z długopisem położył na biurku za szybą. – To kiedy się zobaczymy? – powiedział uśmiechając się do mnie sarkastycznie. Nie odezwałem się. Mężczyzna podszedł do włącznika i po jego naciśnięciu usłyszałem dzisiaj po raz trzeci brzęk zamka w kracie. Pchnąłem ją i przeszedłem na drugą stronę. 7 – To do zobaczenia za kilka miesięcy – nadal mężczyzna złośliwie się uśmiechał. Tym razem nie wytrzymałem, odwróciłem się i powiedziałem ostrym tonem: – Żegnam – nacisnąłem gałkę metalowych drzwi i wyszedłem z pomieszczenia budynku. Kilkanaście metrów przede mną przejeżdżały co chwilę samochody, przechodzili ludzie, panował spory ruch uliczny. Obejrzałem się za siebie. Patrzyłem na wysoki mur okalający budynki, które przez ostatnie trzy i pół roku były moim domem. Nie był to wzrok rozpaczy czy tęsknoty, raczej wzrok spełnienia, zadowolenia, że coś się skończyło, coś przeminęło nieodwracalnie. Nikogo nie było koło mnie, nikt nie patrzył co robię, nikt nie krzyczał. Po tak długim czasie odizolowania od świata, przyzwyczajenia do innego życia, czułem się w tej chwili trochę niepewnie, nieswojo, jakby ktoś otworzył przede mną nowy, nieznany mi świat, ale na pewno byłem szczęśliwy. Było bardzo ciepło. Minęło akurat południe. Musiałem głupio wyglądać w pełni lata z ciepłą kurtką i swetrem w ręku, długich, bardzo obcisłych spodniach i również obcisłej, flanelowej koszuli z długimi rękawami. Powoli ruszyłem przed siebie, podwijając z trudem ciasne rękawy koszuli. Po kilkunastu krokach zatrzymałem się na chodniku. Duże skrzyżowanie, światła, ruch samochodów i piesi idący w jedną i drugą stronę oraz kilka osób oczekujących na przejście na drugą stronę. Wróciły wspomnienia, takie widoki były dla mnie kilka lat temu normalnością, przecież prawie całe życie spędziłem w Warszawie, gdzie się urodziłem. Między przejeżdżającymi samochodami zobaczyłem po drugiej stronie ulicy znajomy mi widok. Był to ten sam cmentarz, który widziałem przez ostatnie lata z mojego, położonego na drugim piętrze, lokum. Teraz go widzę z całkiem innej perspektywy, ale niewiele się nie różni od widoku jaki zapamiętałem. Kiedy trzy lata i sześć miesięcy temu, po dwóch miesiącach w warszawskim areszcie, przywieźli mnie tutaj, nie zwracałem uwagi na ten obiekt, ale przez ostatnie lata, jak chciałem spojrzeć przez okno na otaczający mnie świat, mogłem tylko patrzeć na ten cmentarz. Stał się dla mnie bardzo bliski, był dla mnie wyznacznikiem upływającego czasu. Przez wąską szparę w dolnym prawym rogu, jaka została w zasłoniętym matową szybą oknie, widziałem tylko fragment, dokładnie dziewiętnastu grobów. Leżące liście oznaczały jesień, jak było dużo świec, to był listopad, potem śnieg, a na nim płonące znicze – to Boże Narodzenie i znowu dużo zniczy, to Wielkanoc. Piękne, wiosenne kwiaty przynoszone przez długi czas – to pora wiosny i lata. I tak prawie cztery razy. Stałem chwilę na chodniku. Spojrzałem jeszcze raz za siebie na jasne, wysokie mury więzienia, zza których widoczny był budynek z celami. Jestem wolny – szepnąłem sam do siebie. Wciągnąłem głęboko do płuc powietrze, aby poczuć to inne powietrze, powietrze wolności. – Sie ma Ministrant – usłyszałem głos biegnący z boku. Dawno nie słyszałem mojego starego pseudonimu. Odwróciłem głowę. W moim kierunku szedł Mały, kumpel z warszawskiego gangu. Szedł z jakimś kolesiem w czarnej koszuli i czarnych spodniach. 8 – Mały, jaka niespodzianka. Co ty tu robisz? – podaliśmy sobie ręce i przytuliliśmy się jak starzy dobrzy znajomi, którymi faktycznie byliśmy od dobrych kilku lat. – Rudy mnie wysłał po ciebie. Dostaliśmy cynk od jednego z klawiszy, że dzisiaj w południe wychodzisz, no i jestem. Stary jak się cieszę, że cię widzę – Mały poklepał mnie po ramieniu z widoczną radością. Zawsze lubiłem Małego, w gangu Łysego wiele lat razem działaliśmy, a on był jakby moim uczniem. Dzisiaj nie bardzo byłem zadowolony z jego widoku, gdyż przez ostatni okres w więzieniu dojrzewało we mnie postanowienie o zmianie mojego życia. Chciałem zerwać z dawnym życiem. – A ten, to kto? – spytałem patrząc na młodego chłopaka, który stał za Małym. – To Iwan, kumpel z Rosji. Jest od roku w naszej paczce – odwrócił się do chłopaka – Iwan przywitaj się z Ministrantem. Duży „szacun” dla niego, słyszysz, to nie byle kto. – Iwan podszedł podał mi rękę. – Mały i inni dużo o tobie mówili. Cieszę się, że wracasz – mówił prawie poprawnie po polsku, jednak z wyraźnym wschodnim akcentem. – To znaczy, że przyjechaliście po mnie? – Tak, tam stoi nasz samochód – Mały wskazał ręką czarne audi. – Dobra, ale musicie poczekać, muszę jeszcze coś zrobić – ruszyłem w stronę przejścia dla pieszych. Mały i Iwan nie bardzo wiedzieli co się dzieje i tylko patrzyli na to co robię. Już dawno temu obiecałem sobie, że jak tylko wyjdę na wolność, to pierwsze kroki skieruję na cmentarz i sprawdzę na jakie groby dane mi było patrzeć przez tyle czasu. Przeszedłem na światłach na drugą stronę ulicy i udałem się do wejścia. Widok z odległości kilkudziesięciu metrów i do tego widok z góry wyraźnie był inny niż ten, który teraz był przede mną. Grób do grobu był bardzo podobny. Co chwilę oglądałem się za siebie, aby odszukać okna mojej celi. W końcu znalazłem. Teraz dokładnie widzę i rozpoznaję „moje groby”. Moje, bo inaczej o nich nie myślałem, patrząc setki, a może tysiące razy w ich stronę. Spojrzałem na tablice, na których wyryto napisy: Joanna Kurszna 1912 – 1988, Antoni Drab 1943 – 1988, Franciszek Nowotko 1928 – 1988, Antonina Juszko 1903 – 1988, czytałem po kolei nazwiska na nagrobkach. – Oni wszyscy zmarli jak ja się urodziłem. Przez te trzy i pół roku patrzyłem na groby ludzi, których śmierć zabrała w momencie moich narodzin. I to wszyscy w kwietniu, to też mój miesiąc urodzin – myślałem czytając. – Dziwne to wszystko – szeptałem półgłosem do siebie. Przeszedłem jeszcze wśród pozostałych grobów i przeczytałem kolejne daty zgonów. Rzeczywiście, wszystkie z tego samego miesiąca, tego samego roku. Stałem bardzo zdziwiony i zaskoczony widokiem jaki miałem przed sobą. Nie wiedziałem co myśleć o tym jakże nieprawdopodobnym zbiegu okoliczności. Przez cały czas pobytu w więzieniu patrząc na cmentarz, miałem przed oczyma wydarzenie z tamtej nocy. Widziałem oczy tej kobiety, 9 które wpatrywały się we mnie jakby chciały się spytać - dlaczego? Nie mogłem pogodzić się z myślą, że przez naszą głupotę, idiotyczne zachowanie, chęć bezsensownej demonstracji naszej szczeniackiej męskości, zginęła młoda kobieta. Teraz stoję i patrzę z bliska na „moje groby” i zaczynam rozumieć dlaczego los chciał, aby moje oczy miały taki widok. Los chciał, aby moja przemiana, do której dojrzewałem i sobie obiecałem w więzieniu, była całkowita. Wyrzuty sumienia jakie mnie nieustanie dręczyły zawsze wtedy, gdy patrzyłem na cmentarz, miały spowodować, że nie zapomnę nigdy, jak ważne jest życie. Miały mi uświadomić, że nikt nie ma prawa pozbawiać drugiego człowieka tego najcenniejszego daru. Ten cmentarz ciągle mi przypominał, że życie jest krótkie i ja nie miałem prawa dopuścić do jego skrócenia nikomu innemu. Więzienie i ten widok były moją największą pokutą za czyny młodzieńczych lat. Po kilku minutach ruszyłem w stronę wyjścia z cmentarza. Wolnym krokiem pokonywałem alejki między grobami, ale cały czas myślałem o tym co sobie uświadomiłem. Nie mogłem pojąć jednego, dlaczego patrzyłem na groby osób, które zmarły jak ja się urodziłem. Nagle tuż przed wyjściem z cmentarza jakbym usłyszał wewnętrzny głos, jakby moje wnętrze zrzuciło maskę i zobaczyło co jest moim przeznaczeniem, jakby wytłumaczyło mi znaczenie tego, co widziałem tyle czasu i za co siedziałem w więzieniu. Ktoś umarł, a ty się narodziłeś. Masz to zrobić ponownie. Przez ciebie ktoś umarł, a ty masz się odrodzić i żyć, aby innych ratować, innym pomagać, wskazywać właściwą drogę. Masz być niewinny jak niemowlę. Masz być nowym człowiekiem. Masz zostawić wszystko co było i żyć innym życiem. Zatrzymałem się na chwilę tuż przed bramą wyjściową. – Tak, to ma sens, to oto chodziło losowi, który przez trzy i pół roku dawał mi cały czas znaki – mówiłem do siebie – nie ma innego wytłumaczenia. Wyszedłem na ulicę. Znowu ruch samochodów i niekończący się potok ludzi przemierzających chodnik to w jedną to w drugą stronę. Zauważyłem stojących nieopodal bramy na cmentarz Małego i Iwana. Przyglądali się mi nie bardzo wiedząc co ja robię. Zdałem sobie sprawę, że oni nie zrozumieją tego co im powiem. Oni nawet nie przyjmą do widomości, że więzienie mogło mnie zmienić i nie chcę wracać z nimi. Muszę to rozegrać inaczej – pomyślałem i ruszyłem w ich kierunku. – Ruszajmy – powiedziałem krótko. Otworzyłem okno samochodu. Spojrzałem do tyłu jak powoli znikają zabudowania miasteczka Strzelce Opolskie, w którym za murami, za zakratowanymi oknami, zamknięty za stalowymi drzwiami, spędziłem trzy lata i sześć miesięcy mojego młodego życia. Samochód wyjechał za tablice informujące koniec miasta, nabierał prędkości. Odwróciłem głowę w kierunku jazdy. Silny podmuch wiatru zatykał moje nozdrza. Przymrużyłem oczy i z przyjemnością patrzyłem w przód, owiewany coraz silniejszym podmuchem wiatru. Jadę do domu – myślałem – muszę zapomnieć co było, muszę się odrodzić. 10 Do domu? Do jakiego domu? – zacząłem zadawać sobie w myślach pytania. Przed więzieniem mieliśmy w Warszawie melinę i tam mieszkałem. Było to dosyć duże mieszkanie należące do kumpla, którego nazywaliśmy Rudy, ze względu na jego kolor włosów. Rudy jak miał osiemnaście lat, to pogonił z domu własnego ojca, który wcześniej zrobił to samo z jego matką, a swoją drugą żoną. Przez dwa lata, jak u niego rządziliśmy, nigdy nie widzieliśmy jego starych. Potem dowiedziałem się, że jego matka trafiła do kryminału, za napad z nożem, a jego stary trafił do przytułku dla bezdomnych. Rudy w ogóle się nie przejmował nimi. Nigdy o nich nawet nie wspomniał. Dla nas było to wygodne, mieliśmy chatę dla siebie. Spało nas tam sześciu. Należeliśmy wszyscy do gangu Łysego, który był postrachem na Pradze Północ, jednej z dzielnic Warszawy. Już w kiciu dowiedziałem się, że melina była spalona. Gliny aresztowały wszystkich. Rudy i Długi, jeden z mieszkańców meliny, siedzieli za rozbój gdzieś na Mazurach. Dostali po dwójce, a reszta po krótkiej odsiadce była wolna i nie wiadomo gdzie się ukrywali. Swojego domu już od czternastego roku życia nie miałem. Macocha, druga żona mojego ojca, wywaliła mnie z domu jak pokazałem jej gołą dupę i kazałem się w nią pocałować. Moja prawdziwa matka zmarła na raka jak miałem jakieś dziesięć lat. Mało ją pamiętałem. Od tamtego czasu miałem całkowity luz. Ojciec był zawodowym kierowcą tira i często go nie było przez kilka, a nawet kilkanaście dni. Wtedy miała się mną opiekować sąsiadka, która po roku stała się moją macochą. Jednak nie miała na mnie żadnego wpływu. Przegiąłem całkowicie właśnie jak miałem czternaście lat i od tego momentu ojciec, ani macocha nie chcieli mnie znać. Po dwóch latach dowiedziałem się, że mój ojciec zginął w wypadku drogowym. Zasnął z przemęczenia za kierownicą i uderzył prosto w drzewo. Nie mogli go podobno wyciągnąć całego z kabiny. Udało mi się być na jego pogrzebie za co dostałem tylko opieprz od macochy. Samochód mocno zahamował. Mały, który prowadził, klął głośno wściekły na jakiegoś kierowcę, który wymusił mu pierwszeństwo. Przez cały czas, siedząc na tylnej kanapie samochodu, słyszałem, jak Mały opowiadał Iwanowi o mnie i o sobie. Mówił jaki to ja jestem „maczo”, jak potrafię się bić, jakie świetne mam pomysły i jakie to akcje prowadziłem z dużym sukcesem. Opowiadał i cieszył się jak dziecko ze wszystkich sytuacji, z których wychodziliśmy cało dzięki mojej pomysłowości. Siedziałem patrząc na przemijające za szybą samochodu miejscowości i prawie cały czas milczałem. Od czasu do czasu potakiwałem, czasami zaprzeczyłem oraz musiałem coś dopowiedzieć. Ciasne spodnie wypełnione jeszcze drobiazgami trochę mi przeszkadzały. Szczególnie zegarek, który miałem w kieszeni strasznie mnie uwierał. Wyjąłem go i spojrzałem na niego z sympatią jakby był wielką relikwią moich dawnych, dobrych czasów. Ten zegarek był jedną z nielicznych rzeczy, które sobie kupiłem legalnie. Jubiler, u którego zauważyłem to cudeńko miał swój sklep tuż obok komisariatu policji. Ciężko było ukraść u niego 11 cokolwiek, gdyż gliny cały czas się tam kręciły, a nas już dobrze znali. Ten zegarek rzucił mi się w oczy pewnego razu, kiedy kolejny już raz opuszczałem budynek policji. Był nowością na wystawie, pięknie wyeksponowany na aksamitnym czerwonym płótnie. Od razu go chciałem mieć. Właściciel jednak co wieczór chował zawartość całej wystawy do sejfu i nie można było na przykład w nocy, kiedy było luźniej z glinami, wybić szybę i ukraść go szybko. Nazbierałem z handlu „marychą” potrzebne dwa tysiaki i kupiłem go legalnie. Nie nacieszyłem się nim długo, bo już po trzech miesiącach znalazłem się w zakładzie karnym nr 2 w Strzelcach Opolskich, gdzie mi go odebrano. Teraz jak mam go ponownie, niestety nie mieści mi się na rękę, stał się zegarkiem kieszonkowym i do tego zegarkiem tylko z nazwy oraz wyglądu, gdyż musiał stanąć już dawno temu. Żeby mnie nie uwierał włożyłem go do kieszonki koszuli. Spojrzałem za okno samochodu. Mijaliśmy właśnie Lubliniec. Mały nadal był zaabsorbowany opowieściami z dawnych czasów. Oparłem głowę na tylnym zagłówku i przymknąłem oczy. Przed odsiadką jeszcze jedną rzecz kupowałem legalnie – przypomniałem sobie. Były to narkotyki, gdyż nie chciałem zaczynać z mafią i gangami zajmującymi się tym procederem. To było ryzykowne i jakakolwiek próba kradzieży albo oszustwa groziła ciężkim „łomotem”, albo „piachem”. Inne potrzebne rzeczy po prostu brałem sobie ze sklepu kiedy chciałem. Sklepikarze się nas bali. Woleli przymknąć oko na nasze drobne kradzieże niż mieć spalony, albo zdemolowany sklep. Robiliśmy jeszcze inne rzeczy. Jak jakiś handlarz się poskarżył policji, to miał wybijane szyby w sklepie, w domu, zniszczony samochód, albo zaczajaliśmy się na niego i jego „laskę”, worek na głowę, a następnie „łomot” i to taki, że koleś z „laseczką” lądowali na chirurgii. Sklepikarze się nas bali, a my żyliśmy jak królowie. – Po co właściwie mam wracać do Warszawy? – mówiłem szeptem do siebie. – Nikt tam na mnie, poza członkami gangu, nie czeka. Mam wrócić na kolejną melinę? Jak mam się odrodzić, kiedy wracam w to samo miejsce, w to samo środowisko? Masz być jak dziecko – mówił we mnie głos – czyste, niewinne. Przez ciebie ktoś stracił życie, musisz dawać życie, przez ciebie ludzie cierpieli, muszą teraz czuć radość, ludzie się ciebie bali, teraz powinni być z tobą szczęśliwi, okradałeś ludzi, niszczyłeś ich mienie teraz musisz im dawać bezinteresownie, pomagać i robić tak, żeby byli ci wdzięczni. Miałem w głowie straszny mętlik. Co mam robić? Przed moimi oczami mignął mi napis Herby. – Gdzie jesteśmy? – spytałem. – Przed Częstochową – odparł Mały. W głowie, aż dudniło mi od głosów nawołujących do ucieczki w nowe, nieznane, a z drugiej strony od głosów nawołujących do powrotu do dawnego życia. – Ministrant co ci jest? – spytał Mały patrząc na moje odbicie w lusterku. 12 – Wszystko w porządku. Trochę mnie boli głowa. Wiesz co, stań na jakiejś stacji paliwowej muszę kupić sobie coś od bólu. – Nie ma sprawy. Przy wyjeździe z Częstochowy jest duża stacja paliw, a obok jest KFS i MacDonald. Możemy stanąć na chwilę napijemy się przy okazji kawy – powiedział Mały. – Wytrzymam – powiedziałem i zamknąłem oczy, gdyż chciałem, aby moi kompani podróży dali mi spokój. Tak jak się spodziewałem, Mały trochę ciszej opowiadał Iwanowi o mnie. Kiedy otworzyłem oczy, ujrzałem wysoką wieżę kościoła. Będąc w więzieniu pamiętam, że czytałem o tym mieście kilka książek. Czytałem przede wszystkim Potop, ale również opracowanie historyczne Częstochowa. Dzieje miasta i Klasztoru Jasnogórskiego po 1945 roku. Obie książki mówiły, że Częstochowa to miasto cudów. Podobno zaczęło się jeszcze przed potopem szwedzkim i tak trwa do dnia dzisiejszego. Nigdy tutaj nie byłem, ale patrząc na ogromną, górującą nad miastem wieżę, coś jakby we mnie pękło. W mojej głowie zaczął świtać konkretny plan dalszych działań. Tutaj postanowiłem sprawić sobie własny cud. Tutaj skończę to, co zacząłem kilka lat temu. Tutaj się odrodzę. Po pół godzinie wjeżdżaliśmy na stację paliw. Wysiadłem z samochodu. – Idziemy z tobą – krzyknął Mały. – Nie kłopoczcie się, idźcie napić się kawy i zamówcie mi czarną bez cukru. Ja zaraz wrócę. – OK. – Mały z Iwanem ruszyli w kierunku restauracji KFS. Ja skierowałem się w stronę stacji paliw. Wszedłem do środka budynku i patrzyłem przez dużą, witrynową szybę jak obaj moi kumple znikają we wnętrzu restauracji. Rozglądnąłem się po sklepie. Zacząłem kombinować jak się stąd wydostać niepostrzeżenie. Podszedłem do kasjera. – Przepraszam, czy są tutaj w pobliżu taksówki? – Tak, tutaj za rogiem, obok hotelu jest kilka. Jakieś sto metrów za stacją. – A czy jest stąd inne wyjście czy tylko to główne? Muszę się urwać kolegom, bo będzie ze mną w domu znowu kiepsko – pokazałem mu gest picia alkoholu, stukając dłonią w szyję – a żona chyba się ze mną rozwiedzie. Pomóż mi pan. Sprzedawca patrzył na mnie podejrzanie. Wiedział, że coś zmyślam. Po chwili jednak zawołał kolegę i powiedział mu, żeby wypuścił mnie wyjściem służbowym na tyłach budynku. Tak jak mówił sprzedawca obok hotelu rzeczywiście był postój taksówek. Prawie biegiem dotarłem do ich postoju. Wsiadłem do pierwszej z nich i kazałem się zawieść na dworzec kolejowy. Po kilkunastu minutach jazdy wchodziłem do holu dworca głównego PKP. Spojrzałem na rozkład jazdy wiszący na wprost wejścia. Pierwszy pociąg jaki odjeżdżał za pięć minut był do Katowic. Bez zastanowienia podbiegłem do kasy i kupiłem bilet. Pociąg ruszył, jak tylko do niego wskoczyłem. 13 Pisk hamulców zatrzymującego się na peronie pociągu przypomniał mi gdzie jestem. Obudziłem się. Usnąłem zaraz po wyjeździe pociągu z Częstochowy. Całą noc poprzedzającą wyjście z więzienia, nie spałem z emocji. Do tego adrenalina, która się wydzielała w moim organizmie podczas ucieczki, spowodowały, że jak tylko pociąg wszedł w swój rytm, to nawet nie wiedziałem kiedy poczułem odlot. Spojrzałem na napis na peronie – Katowice Główne. Wyszedłem na peron. Po drugiej stronie peronu stał kolejny pociąg. Na wagonach widniał duży napis „Intercity”. Miej więcej po środku składu stał konduktor. Podszedłem do niego i zagadałem. – Mam trzy dychy dokąd dojadę tym pociągiem za taką kwotę? – Trzydzieści złoty powiadasz, zaraz zobaczę – sięgnął do swojej torby i wyciągnął niewielką książeczkę, cennik biletów. Szukał palcem odpowiedniej pozycji. – Kolego możesz dojechać najwyżej do Rzeszowa i to na korytarzu, bo musiałbym pobrać również za miejscówkę. To będziesz miał powiedzmy po znajomości – powiedział do mnie i schował cennik. – To co jedziemy? Pisać bilet? – Zastanawiałem się chwilę co robić. Do Rzeszowa? Nigdy tam nie byłem. Nawet dokładnie nie wiem gdzie to jest. Przypomniałem sobie myśli na cmentarzu i podczas drogi do Częstochowy. Masz się odrodzić, masz zacząć od nowa, masz zamknąć rozdział swojego życia, to co było zapomnieć i zacząć jako nowy, nieskalany krzywdą ludzką, człowiek. – Dobra piszemy. Dalej sobie poradzę – powiedziałem do niego i podałem mu dwa banknoty. Co prawda miałem jeszcze trochę kasy w portfelu, ale chciałem coś dzisiaj zjeść. – Proszę – podał mi bilet – i wsiadaj bo już odjeżdżamy. Pociąg ruszył. Patrzyłem przez okno na mijające domy, sklepy, ruch uliczny dużego miasta. – Nie wrócę do Warszawy, nie chcę już walczyć, chcę się zmienić, muszę się zmienić. Nowe środowisko, nowe wyzwania, nowa tożsamość – szeptałem do siebie. II Ania, jak co dnia, o wschodzie słońca wychodziła na krótki spacer z aparatem w ręku. Fascynowały ją zdjęcia, jakie można było wykonać wraz z pierwszym pojawieniem się promieni słonecznych. Fotografowała wszystko, krajobrazy ze słońcem w tle, poranną rosę na trawie, kwiatach, liściach drzew, ptaki otrzepujące się z kropelek rosy, jaka osiadła na ich piórkach po nocnej drzemce, podnoszącą się mgłę na łąkach i niedalekich mokradłach pochodzących z rozlewiska rzeki. Była zafascynowana pięknem jakie można uchwycić w obiektywie aparatu w momencie kiedy świat się budzi do życia. 14 Po jakiś dwóch godzinach wałęsania się po łąkach, lesie i mokradłach, gdzie zwykle robiła kilkadziesiąt zdjęć wracała w pośpiechu do domku, gdzie już drugi rok spędzała wakacje, aby zdążyć przed pobudką swoich rodziców. Czasami trafiała na gospodarzy domu, ale to nie stanowiło problemu, miała z nimi dobre układy i nigdy jej nie zdradzili przed rodzicami, którzy by na pewno zabronili jej tych samotnych, wczesnych wypadów. Zdarzało się, że jeszcze wskakiwała na godzinkę do łóżka i pozwoliła się budzić mamie, ale zazwyczaj siadała do swojego laptopa i zgrywała do niego swoje fotograficzne dzieła. Postanowiła, że jak wróci do Katowic, to zorganizuje wystawę swoich prac, zaprosi swoje koleżanki i kolegów na pokaz i wtedy dopiero powie swoim rodzicom, kiedy robiła te zdjęcia. A niektóre z nich były rzeczywiście fantastyczne. Swoją pasję zawdzięcza ojcu, który kupił jej z okazji zdania matury profesjonalny sprzęt fotograficzny. Od dziecka fascynowała ją fotografia. Lubiła robić zdjęcia, przerabiała je potem godzinami w komputerze. Pokazywała swoje prace ojcu, który był zachwycony jej umiejętnościami. Dlatego, jak zdała maturę, z dosyć wysokim wynikiem, kupił jej aparat, lustrzankę sony alfa 55 z dwoma dobrymi obiektywami, jednym do zdjęć panoramicznych, drugim do zdjęć makro. Od tamtej pory, jak tylko miała wolną chwilę, spędzała ją z aparatem w ręku. Dwa lata temu rozpoczęła studia na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach na Wydziale Pedagogiki i Psychologii. Realizowała swoją długoletnią pasję. Od najmłodszych lat nurtowało ją ludzkie wnętrze, starała się badać zachowania różnych grup społecznych. Robiła notatki, czytała fachową literaturę, a przede wszystkim rozmawiała z ciekawymi dla niej ludźmi. Dlatego rozpoczęła studia na kierunku psychologii. Już w trakcie pierwszej zimowej sesji poczuła się bardzo źle. Bardzo długo i bardzo często chorowała na górne drogi oddechowe. Powtarzające się infekcje z katarem siennym, aż do wystąpienia duszności, a następnie pojawiający się świszczący oddech i kaszel, jednoznacznie wskazały lekarzom na astmę. Potwierdziły to badania spirometrem i prowokacyjne testy wziewne. Była uczulona na kurz i dym. Wystarczyło, że znalazła się w nieodpowiednich pomieszczeniach, a natychmiast miała silne ataki duszności, które ustępowały dopiero po zastosowaniu inhalatora. Po letniej sesji rodzice postanowili zmienić jej klimat. Stwierdzili, że musi wyjechać, gdzieś gdzie nie będzie zbyt ostrego powietrza, nie będzie dymów z fabryk i kopalni. Najlepszym miejscem okazały się Bieszczady. Niskie góry, a więc nie występuje obawa, że zetknie się z ostrym powietrzem, jakie jest w wysokich górach lub nad morzem. Nie ma tam wielkiego przemysłu, a więc żadnych dymów, smogów lub innych zapyleń atmosfery. Bieszczady wydały się najbardziej atrakcyjnym miejscem dla poprawy jej zdrowia. Po długim poszukiwaniu ojciec Ani znalazł domek wynajmowany dla turystów w małej wiosce, niedaleko Sanoka, o nazwie Brzozowiec. 15 Domek mieli wynajęty już drugi rok z rzędu, na cały lipiec. Ślicznie położony na niewielkim wzgórzu, nieopodal rzeki Kalniczka. Z okien i tarasu rozpościerał się piękny widok na pagórkowate łąki, na których miejscowi wypasali owce i krowy. W oddali widniały wzgórza porośnięte lasami, zza których co rano wschodziło słońce rozświetlając niżej położone doliny, na których rozpościerał się biały dywan mgły. Jak słońce ukazywało się w pełni nad lasem zawsze oświetlało wapienne wzgórze z kilkoma skałkami pozbawionymi roślinności. Ich białawy kolor w godzinach rannych sprawiał wrażenie wielkiego, zaśnieżonego szczytu wysokich gór. Jednak ten czar szybko pryskał, jak się tylko zmienił kąt padania promieni słonecznych. Skałki stawały się szarawe, a szczytem była zwykła, niewielka górka. Jednak dla piękna takich widoków Ania codziennie nastawiała sobie budzik w swoim telefonie komórkowym i skoro świt wędrowała po pobliskiej okolicy, aby uwiecznić w kadrze swojego aparatu takie cuda natury. Do końca wakacyjnego pobytu w Bieszczadach pozostał jej jeszcze ponad tydzień. Ania bardzo dobrze się czuła w tutejszym klimacie. W ostatnich trzech tygodniach nie miała ani razu ataku astmy. Poza jednym razem, kiedy wracając ze sklepu pomogła bacy zagonić owce do zagrody. Trochę większy wysiłek fizyczny, bez odpowiedniego przygotowania i choroba się odezwała. Po kilku wziewach leku z inhalatora, który zawsze miała przy sobie, atak stopniowo przeszedł. Nie powiedziała tego rodzicom, gdyż byli na punkcie jej zdrowia bardzo uczuleni i bardzo wrażliwi. Dzisiejszego dnia po powrocie z wczesnorannych zdjęć, położyła się do łóżka i jeszcze drzemała. Dopiero ponownie się rozgrzała, gdy wpadła jak burza do pokoju mama. – Wstajemy śpiochu. Zobacz jaki piękny ranek. No wstajemy, wstajemy – podeszła do zasłon okiennych i zaczęła je odsłaniać, wpuszczając silne promienie słoneczne. W pokoju zrobiło się bardzo jasno. Mama otworzyła na oścież okiennice i rześkie, wilgotne powietrze wypełniło pokoik na piętrze, w którym spała jej córka. – Co, znowu siedziałaś po nocach i teraz ciężko wstać? – kontynuowała swój poranny, prawie codzienny monolog. Nie było wyjścia. Ania usiadła, udawała, że rozciąga zdrętwiałe kości i zastane mięśnie, a następnie, jak codziennie, podeszła do otwartego okna udając, że poszła wdychać świeże powietrze. Przez ostatnie tygodnie ten rytuał powtarzał się niemal codzienne. – Co dzisiaj ubierasz? – zaczęła grzebać w ciuchach córki. Ania bardzo tego nie lubiła. Czuła się wtedy jak nastolatka, która potrzebuje mamusi. A przecież ma już ukończone dwadzieścia jeden lat. Nie chciała się jednak kłócić i pozwalała mamie wpływać na jej strój. Żeby nie wdawać się w awanturę, zawsze w tym momencie, wychodziła do łazienki. Był to świetny wybieg i obie były zadowolone. Mama, która myślała, że nadal ma wpływ na córkę i Ania, która tym manewrem unikała zbędnych kłótni. Z łazienki wychodziła zwykle po co najmniej pół godzinie, żeby mama zdążyła już opuścić jej pokój. Przeważnie ubierała to co proponowała jej zostawiając na łóżku, ale czasami coś 16 modyfikowała w stroju. Dzisiejszego dnia nie miała ochoty wysłuchiwać przy śniadaniu komentarza w stylu „nie podobały ci się spodnie, które ci przygotowałam?”. Ubrała więc krótkie zielone spodenki do tego T-shirt w trochę jaśniejszym odcieniu zieleni i po kilku minutach schodziła do jadalni na śniadanie. – Wyspana? – usłyszała głos ojca, który siedział nad gazetą w salonie przyległym do jadalni. – Tak, nawet bardzo – odpowiedziała, chociaż wiedziała, że jak zawsze pospałaby jeszcze trochę. – Jak będzie gotowe śniadanie to daj mi znać. – Dobrze – weszła do jadalni. Na stole było dopiero pieczywo i kubki na napoje. Skierowała się do kuchni. Zastała tam Małgorzatę – właścicielkę domu, a zarazem kucharkę. Kończyła właśnie układać na talerzach przygotowane na śniadanie potrawy. – A witam. Jak się spało? A może raczej jak się udał poranny spacer? – dodała trochę ciszej. – Wszystko w porządku. Poszłam dzisiaj ścieżką na szczyt Bania i robiłam zdjęcia skałom. Później ci pokażę. Są super. – Wszystkie zdjęcia robisz świetne. Powinnaś zamiast psychologii zająć się poważnie fotografią. Chociaż nie wiem czy na tym się zarabia. – Dzięki. Psychologia to jest to czym chcę poważnie zajmować się w życiu, a zdjęcia to tylko moja pasja. A na zdjęciach można dosyć dobrze zarobić. Jak sobie już wyrobisz markę, to twoje zdjęcia mają ogromną wartość i są poszukiwane przez wielu wydawców. Po tych słowach do kuchni weszła mama Ani. Zobaczyła, że kobiety właśnie biorą talerze z przygotowanym jedzeniem więc bez słowa wzięła następne i pomogła w nakrywaniu stołu. Kończyli w milczeniu śniadanie kiedy nagle ojciec zaproponował: – Mam dla was propozycję. Może byśmy wybrali się nad Solinę? – Ja się z miłą chęcią wybiorę. Dużo słyszałam o zmianach na zaporze – podchwyciła mama Kasi. – Ja mam trochę inne plany. Chciałam pójść dzisiaj na wycieczkę do miejscowości Średnie Wielkie. Tam są podobno bardzo ładne ruiny starej cerkwi. Chciałam zrobić im kilka zdjęć – powiedziała trochę niepewnym głosem Ania, gdyż wiedziała, że ten pomysł nie spodoba się mamie. – A nie możesz odłożyć jej na jutro? – spytał ojciec. – Jutro chciałam pójść do miejscowości Łukowe. – No to widzę, że nie jesteśmy ci potrzebni – odparł ojciec, po czym zwrócił się do żony – to chyba sami pojedziemy. Co ty na to? – Sama chcesz iść na te wycieczki? Nie boisz się? – zwróciła się do Ani mama. * Bania – szczyt w Bieszczadach - 565 m n.p.m. 17 – Przecież sama chodzę już od trzech tygodni. Poza tym to nie są dzikie tereny, tylko szlaki turystyczne, gdzie chodzi wiele innych ludzi. – Dobra, rób co chcesz, w końcu jesteś już dorosła. My z tatą jedziemy nad Solinę – skończyła dyskusję matka. Po śniadaniu Ania poszła do siebie i leżąc na łóżku czekała, aż jej rodzice odjadą samochodem na swoją wycieczkę. Nie chciała, aby zobaczyli, że wcale nie idzie szlakami tylko niewielką ścieżką biegnącą przez szczyt Bania, potem przez szczyt Pogary i stamtąd drogą ubitą już do Średnie. Na nieoznakowanych ścieżkach można więcej zobaczyć, zrobić lepsze zdjęcia, a przede wszystkim stronić od ludzi, którzy swoim zachowaniem niejednokrotnie płoszą dużą i małą zwierzynę, płoszą owady, depczą rośliny, głównie kwiaty, a wszystkie te naturalne okazy z pasją lubiła fotografować. Za oknem usłyszała trzask zamykanych drzwi samochodu i po chwili warkot silnika ich forda mondeo. Jak usłyszała chrzęst żwiru pod toczącymi się kołami samochodu, wstała z łóżka i powoli zaczęła pakować do plecaka aparat i obiektywy. Stwierdziła, że weźmie ortalionową kurtkę przeciwdeszczową, bo góry są nieobliczalne i nie wiadomo jaka pogoda spotka ją za kilka godzin. Po kilku minutach wchodziła na wzgórze, na którym stał domek. Spojrzała na zegarek. Dochodziła już godzina jedenasta, nie miała zbyt dużo czasu. Przyśpieszyła trochę kroku. Już po chwili trafiła na ścieżkę, która prowadziła prawie na szczyt pierwszej z dzisiaj planowanych do pokonania gór. Po pół godzinie drogi ścieżka się rozwidlała. Dobrze pamiętała, że jak skręci w lewo to zejdzie do miejscowości Łukowe, a jak skręci w prawo uda się właśnie w stronę następnej góry. Pogoda w tym dniu była wymarzona. Temperatura dochodziła prawie do trzydziestu stopni, ale lekki wiaterek, który owiewał jej pół nagie ciało, gdyż ściągnęła zieloną koszulkę i szła w tej chwili w staniku od stroju kąpielowego oraz w szortach, powodował odczuwalną temperaturę o wiele niższą. Zatrzymała się i zaczęła robić zdjęcia bardzo powoli poruszające-go się małego stada saren. Jakbym mogła podejść bliżej – pomyślała – zrobić zdjęcia pojedynczych zwierząt. Ale z doświadczenia wiedziała, że było to niemożliwe. Wiaterek wiał dokładnie w ich stronę więc na pewno zwierzęta czuły jej zapach i jak tylko poczułyby go wyraźniej zaraz by czmychnęły do lasu. Po kilku zdjęciach ruszyła dalej w stronę zbliżającego się w oddali lasu. Ścieżka teraz wiodła szlakiem turystycznym przez las, łagodnie wznosząc się do góry. Następne pół godziny marszu i zdobyła kolejny szczyt Pogary. Teraz należało skręcić w lewo na drogę i już po kilometrze powinna zobaczyć cel, miejscowość Średnie Wielkie. Tak jak się spodziewała po kilkunastu minutach wyszła z lasu i ukazał się jej widok pierwszych zabudowań. Ubrała koszulkę, żeby nie gorszyć swoim widokiem mieszkańców wioski. Kilkaset metrów przed Średnie Wielkie ukazał się jej na wzgórzu cel wędrówki. Mogła dojść do ruin cerkwi  Pogary – szczyt w Bieszczadach – 641 m n.p.m. 18 drogą, przez wieś, ale zauważyła ścieżkę prowadzącą przez zagajniki i łąkę prosto do ruin. Skręciła w prawo, aby skrócić sobie drogę, tym bardziej, że ominie zabudowania i wścibskie oczy ich mieszkańców. Przeszła, a właściwie przeskoczyła mały strumyczek i po trzydziestu metrach polany weszła między rzadkie drzewa. Ścieżka między drzewami prowadziła zboczem góry, na której stała kiedyś cerkiew prawosławna. Gdy przeszła następnych kilkadziesiąt metrów zza zbocza ukazał się skraj lasu z szeroką drogą polną. Ujrzała na drodze mężczyznę ładującego na duży wózek, przypominający mały wóz konny, drewno, które leżało poukładane w stos na skraju lasu. Zatrzymała się. Nie wiedziała czy ma iść dalej i ukazać się mężczyźnie, czy zawrócić i pójść przez wioskę. Stała tak, że mężczyzna nie mógł jej jeszcze zobaczyć. Przyłożyła do oka wizjer aparatu i zrobiła nim maksymalne zbliżenie pracującego. Jakie było jej zaskoczenie, gdy zobaczyła w obiektywie młodego, bardzo przystojnego chłopaka. – Zrobię mu kilka zdjęć podczas pracy – szepnęła do siebie. Rozglądnęła się po zagajniku w poszukiwaniu najbardziej optymalnej pozycji do obserwacji, ale takiej, która dawała jej pełne schronienie i komfort bycia niewidoczną. Około dwudziestu metrów dalej były dosyć obfite krzaki, które wydawały się idealne do misji szpiegowskiej. Podekscytowała się swoimi planami, skradając się, powoli ruszyła w stronę upatrzonej pozycji. Tak jak przypuszczała, było to idealne miejsce do podglądania pracującego młodzieńca. Przykucnęła w krzakach i ponownie przyłożyła wizjer aparatu do oka. Teraz widok był idealny. Ciemne włosy, bardzo krótko przystrzyżone, twarz pociągła z uwypuklonymi lekko policzkami i prostym nosem, nienagannie ogolona, przyciągająca swoją urodą z pewnością oko niejednej niewiasty. Pięknie umięśniony kark, ramiona, nagi tors, za każdym razem, kiedy się schylał i podnosił kłody drewna, napinały się i uwypuklały wszystkie mięśnie, powodując, że miało się wrażenie patrzeć na posąg Herkulesa. Pod obcisłymi nogawkami spodni widać było, że ukryte są tam wspaniale umięśnione uda i łydki. Jego ruchy zdradzały bardzo dużą sprawność fizyczną i młodzieńczy wiek. Jakby nie to, że nagie ciało pokrywały połyskujące w słońcu liczne krople potu, to sprawiał wrażenie w ogóle niezmęczonego pracą mężczyzny. Ania zaczęła robić zdjęcia jedno za drugim. – Nie fotografuję ludzi, ale ten facet jest super – pomyślała, robiąc zbliżenia, zmieniając parametry na aparacie do kolejnych ujęć. – To jest jakiś supermen – szepnęła do siebie. Widok pracującego, bardzo przystojnego chłopca, dawał jej oczom ogromną przyjemność. Zrobiła już kilkadziesiąt zdjęć i nadal miała ochotę na niego patrzeć. Jakaś magia unosiła się nad chłopcem, która przyciągała jej wzrok, pochłaniała jej myśli i nakazywała zapomnieć o otaczającym ją świecie. Dopiero, kiedy w oddali zobaczyła zbliżający się w tumanach kurzu terenowy samochód, przestała patrzeć przez wizjer aparatu na pracującego młodzieńca. Samochód zatrzymał się tuż przy pracującym mężczyźnie przysłaniając Ani na chwilę kurzem cały widok. Wysiadł z niego starszy mężczyzna ubrany w zielone spodnie i białą koszulę. Podszedł do 19 pracującego mężczyzny i zaczęli rozmawiać. Wtedy Ania zauważyła w obiektywie swojego aparatu wyraźny tatuaż na prawym ramieniu chłopca. – I czar prysł – ponownie szepnęła do siebie. Bardzo nie lubiła ludzi, którzy przez swoją głupotę niszczą skórę głupimi rysunkami. Miała z takimi chłopcami bardzo wiele do czynienia podczas swoich licznych badań psychologicznych. Z tej odległości nie była w stanie dojrzeć co przedstawiał tatuaż, ale sam fakt posiadania go zniechęcił ją do dalszej obserwacji młodzieńca. Leśniczy – ubiór na to wskazywał – rozmawiał chwilę z mężczyzną, ten mu podał jakiś dokument. Po kilku minutach podali sobie ręce, leśniczy wsiadł do terenówki i odjechał. Ania chciała już się wycofać ze swojego szpiegowskiego miejsca, kiedy zauważyła, że chłopak również zamierza odejść z wózkiem. Zaciekawiło ją, czy jest on w stanie pociągnąć dosyć duży i na pewno ciężki wózek, bez pomocy konia, albo ciągnika. Wysiłek, jaki wkładał w próbę ruszenia wypełnionego wózka, musiał być ogromny. Jego mięśnie napięte były do granic możliwości. Sylwetka mocno pochylona do przodu, sprawiała wrażenie kulturysty na pokazie. Jak się zdziwiła, gdy wóz powoli zaczął się toczyć i w miarę stawiania kolejnych kroków przez mężczyznę, nabierał coraz większej prędkości. – Prawdziwy Herkules w ludzkiej postaci – mówiła szeptem do siebie, patrzyła z podziwem na sylwetkę młodzieńca, robiąc równocześnie kolejnych kilkanaście zdjęć – prawie ideał mężczyzny, jakby tylko nie miał tych tatuaży – ciągnęła swoją myśl Ania. Powoli chłopak i wóz znikali za stokiem wzgórza. Teraz mogła już bezpiecznie opuścić kryjówkę, wdrapać się po stoku do ruin cerkwi i zrobić tam zaplanowane na dzisiaj zdjęcia. W ruinach spędziła niecałe pół godziny. Coś nie bardzo jej prawidłowo działały zmysły młodej artystki. Była bardzo rozkojarzona. Po kilkunastu nieudanych zdjęciach, stwierdziła ze złością, że nic z tego nie będzie, postanowiła wrócić do Brzozowca. Tym razem wybrała krótszą trasę, przez Łukowe. Podczas całej powrotnej drogi myśli jej wracały do mężczyzny pracującego przy drzewie. Coś dziwnego w jej umyśle zaczęło się odzywać. Nawet nie wiedziała kiedy znalazła się w swoim pokoju. III Było już po północy gdy wysiadłem z pociągu na stacji Rzeszów Główne. Strasznie chciało mi się palić. Posiadane fajki z kryminału wypaliłem jeszcze zanim dojechałem do Krakowa. Znalazłem na stacji otwarty bar i pierwszą rzeczą jaką kupiłem były właśnie papierosy. Po wypaleniu dwóch jeden po drugim, dając ulgę swojej psychice i ciału, wróciłem do baru, żeby coś zjeść. Ostatni raz 20 jadłem rano, a żołądek w moim organizmie wyprawiał już okropne harce, domagając się czegokolwiek do trawienia. Zerknąłem na całą zawartość mojego portfela, a następnie spojrzałem na ceny dań. Taksówka w Częstochowie bardzo mocno nadwerężyła mój budżet, postanowiłem kupić jedynie zupę pomidorową z ryżem i bułką za pięć złotych. Po bardzo skromnym posiłku, ale zaspokajającym pierwszy głód wróciłem do holu i stanąłem przed rozkładem odjazdów. Najbliższy odjazd pociągu był za dziesięć minut do Krościenka – peron trzeci. Idę sprawdzić dokąd pojadę za piętnaście złotych, tylko taką kwotę chciałem wydać, gdyż obliczyłem, że inaczej nie starczy mi na kolejną paczkę papierosów. Konduktor poinformował mnie, że dojadę do Sanoka. Po chwili zastanowienia, kupiłem bilet i wsiadłem do pociągu. Było mi obojętne gdzie jadę, oby jak najdalej od ludzi z mojego gangu. Pociąg był prawie pusty. Znalazłem wagon dla palących. Stanowczo za dużo palę – myślałem, a mimo to zapaliłem kolejnego papierosa. W kryminale miałem bardzo dobrze z papierosami. Uważany byłem za „literata”. Wszystko zaczęło się jak ogłosili nabór do programu pod nazwą „Skazani na książkę”. Nie miałem co robić, gdyż nie mogłem wychodzić na roboty publiczne, ze względu na paragraf – współudział w zabójstwie – więc zgłosiłem się do tego programu. Przywozili do kryminału dary do więziennej biblioteki. Były to książki przeważnie bardzo zniszczone. My mieliśmy za zadanie je naprawiać. Mieliśmy obowiązek również jak najwięcej czytać co było warunkiem uczestnictwa w programie. To było dobre, gdyż żaden z klawiszy nie czepiał się jak miałem na przykład za długo włączone światło w celi. Dzięki programowi nauczyłem się introligatorstwa i rzeczywiście bardzo dużo czytałem. Nie wiem ile, ale przeczytałem chyba z tysiąc książek i to o różnej tematyce. Począwszy od romansów, a skończywszy na książkach prawniczych czy z psychologii. Po pewnym czasie przywarła do mnie ksywka, którą nadali mi kumple z celi - „literat”. Któregoś dnia napisałem odwołanie od kary dla jednego cygana i naczelnik uznał zasadność moich argumentów. Rzadko zdarzało się, żeby komuś udało się odwołać od kary wymierzonej przez „klawisza”. Powoli miałem coraz więcej klientów, którym pisałem różne pisma, podania czy odwołania od wniosków o ukaranie. Pisałem podania o ponowne rozpatrzenie sprawy, wnioski o przepustki i widzenia, wnioski o pozwolenie na posiadanie różnych elementów wyposażenia celi, aż po odwołanie od decyzji kar nakładanych przez wychowawcę czy strażnika. Bardzo dużo spraw było rozpatrywanych pozytywnie i dlatego stałem się popularny w kryminale. Żyło mi się bardzo dobrze, gdyż petenci płacili mi fajkami. Było to z jednej strony dobre, ale z drugiej strony wciągnąłem się strasznie w ten zgubny nałóg. Papierosy paliłem już od trzynastego roku życia. W naszym środowisku było raczej nienormalnością, jak ktoś nie palił. Jednak nie była to taka duża ilość jak w więzieniu. Fajki były tam najbardziej rozpowszechnionym środkiem płatniczym. O papierosy się grało w karty, o papierosy się robiło zakłady i kupowało za nie inne produkty spożywcze. Papierosami się płaciło niemal za 21 wszystkie usługi. Ja za moją biurową działalność miałem ich w brud. A mając fajki mogłem kupić co chciałem. Czytana duża ilość książek również zmieniły moje nastawienie do życia. Zaczęło do mojej świadomości docierać, że tak naprawdę nie jestem w stanie nic zrobić i nic zostawić po sobie, jak będę żył dotychczasowym życiem. Uświadomiłem sobie, że moje dotychczasowe życie nie sprzyjało jakiejkolwiek karierze zawodowej czy społecznej. Byłem jednym z tych wyklętych przez społeczeństwo. Byłem tym głupim, który sądzi, że czas go nie dogoni i nigdy się nie zestarzeje. To książki dały mi poczucie własnej wartości, odczucie bycia jednym z elementów cywilizacyjnego istnienia. Przez szereg lat żyłem, aby niszczyć, żyłem w przekonaniu, że tylko walka jest istotą bytu i życia. Dotychczas liczyło się tylko zdobywanie kasy i to nie było ważne w jaki sposób. Oczywiście najłatwiejszym sposobem było pozyskiwanie środków na przyjemności poprzez przemoc, zastraszanie, kradzież i rozboje, jak również poprzez handel narkotykami. A takie metody najlepiej wpisują się w działalność gangów, do których należałem od trzynastego roku życia. Książki nauczyły mnie patrzeć na siebie z innej perspektywy. Miałem wrażenie, że dzięki samokształceniu dostrzegałem to, co było mi obce do tej pory. Zacząłem patrzeć na człowieka jak na człowieka, a nie jak na towar, czy maszynę do robienia kasy, albo worek treningowy. Dodatkowym bodźcem moich refleksji był pobyt w kryminale, gdzie codziennie stykałem się z ludźmi wykolejonymi społecznie. Mogłem zaobserwować u siebie, jak zmienia się moje nastawienie do ich życia. Potrafiłem wskazywać im błędy, które popełniają, oceniać ich zachowanie, a nawet skrytykować sposób postępowania, który był odmienny od ogólnie przyjętych norm zachowania. Do tej pory byłem jednym z nich i obca mi była samokrytyka. Kierowaliśmy się w działalności gangu dobrem własnym i dobrem tylko członków zamkniętej, nieformalnej grupy. Ta przemiana, która trwała prawie trzy lata zaowocowała tym, że teraz pragnąłem być innym człowiekiem. Postanowiłem nie wracać tam, gdzie wszystko się zaczęło. Chciałem uciec od wpływów, jakie kształtowały moje życie przed więzieniem. Postanowiłem rozpocząć od nowa. Postanowiłem uciec tam, gdzie nikt mnie nie zna, gdzie będę mógł pokazać swoje odmienione oblicze, swoje inne ja, mnie odrodzonego, nieskażonego jak niemowlę. Było dziesięć minut po trzeciej kiedy pociąg wjechał na stację w Sanoku. Czułem już zmęczenie podróżą, ale zdawałem sobie sprawę, że jak zasnę na dworcowej poczekalni, albo na jakiejś innej ławce, to prawdopodobnie trafię do aresztu jako podejrzany. Nie miałem więcej pieniędzy na dalszą podróż więc postanowiłem wyruszyć w pieszą wędrówkę. Spojrzałem na mapę regionu, która była na dworcu. Trasy wiodące na południe to 84 i 28. Było mi obojętnie którą pójdę. Wybrałem południe, gdyż w ten sposób wyobrażałem sobie, że będę dalej od Warszawy, dalej od gangu. Zdałem się na los, na którą drogę trafię tą będę szedł i próbował złapać stopa. 22
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Ministrant diabła
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: