Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00116 008227 15929566 na godz. na dobę w sumie
Modliszka - ebook/pdf
Modliszka - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 346
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-4138-2 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> nowele
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Nie zamierzał zostać mordercą. Nie chciał być samobójcą.


Bohater po nieudanej próbie samobójczej zapada w śpiączkę. Mimo utraty pamięci wracają do niego epizody z dawnego życia. Zaczynają się układać w historię o porywającej miłości, o trudnych wyborach, namiętności i żądzy, która doprowadza do wstrząsającego finału.

Fabuła osadzona jest w fascynującym środowisku pilotów i skoczków spadochronowych. Jest wnikliwym studium psychologicznym kobiety o osobowości psychopatycznej.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

modliszka 2 © Copyright by Aleksander Sowa 2012 Okładka: Małgorzata Orlik Aleksander Sowa Zdjęcia: Adrian Wesołowski Aleksander Sowa Redakcja i korekta: Łukasz Mackiewicz – eKorekta24.pl ISBN: 978-83-272-4138-2 -- Aleksander Sowa|Self-Publishing www.wydawca.net Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione. Opole, grudzień 2013 r. 3 1. Nie zamierzałem zostać mordercą. Nie chciałem być samobójcą – pomyślał w ów chłodny, grudniowy poranek, nim zapadł w sen, który nigdy miał się nie skończyć. Upadając na samochód, łamie kręgosłup. Odbija się od dachu furgonetki i spada na żywopłot. Wreszcie zatrzymuje się na trawniku, na plecach, z rękoma roz- rzuconymi niczym nagus od da Vinci. Chwilę później kierowca sprintera 315 prowadzi samochód bez niepotrzebnego ryzyka, ale zdecydowa- nie i pewnie. Nie mijają cztery minuty, jak zatrzymuje karetkę nieopodal, przywożąc sanitariusza, pielęgniarkę oraz lekarza. – Doktorze! Szybko, tutaj – ktoś krzyczy pochylony nad ciałem. – Intubacja! Trzysta miligramów atropiny w tętnicę podobojczykową – szepcze lekarz, oceniwszy w bladej plamce światła źrenicę mężczyzny. Mężczyzna nie oddycha i nie ma tętna. Od śmierci dzielą go lekarz sprawdza gardło, wprowadza plastykową rurkę w tchawicę i przekręca zawór. tylko sekundy. Laryngoskopem – Zaintubowany. Ratownik uporczywie uciska klatkę piersiową. Mo- stek ofiary rytmicznie ugina się co pół sekundy pod naporem wyprostowanych w łokciach rąk chłopaka w czerwonej kurtce. 4 – Podłączam – lekarz dodaje o wiele spokojniej. Na klatce piersiowej mężczyzny pojawiają się elektrody. Jest chłodno, w powietrzu widać pierwsze tej zimy płatki śniegu. Spadają na ziemię niechętnie, jakby z zastanowieniem. – Widzę go! – obwieszcza, rzuciwszy okiem na wy- świetlacz elektrokardiogramu. – Strzelamy? – ratownik odzywa się po raz pierw- szy. – Tak. – Trzysta? – Trzysta dwadzieścia – lekarz poprawia, szacując wagę ciała ofiary. Jest gotów do defibrylacji. Właściwie, gdy otrzy- mywali wezwanie, powinni byli wziąć tylko worek na zwłoki. Upadek z wysokości przecież tylko jedno mo- że oznaczać. Ale na zleceniu była jasna informacja. Ofiara żyje. – Jest? – upewnia się lekarz. – Tak! – Sternum, apex gotowe – mówi, przykładając lewą elektrodę w okolicę żebra. Prawą przyciska do bladej skóry poniżej obojczyka. – Strzelam! – ostrzega. Ratownik przerywa masaż. Rażone prądem ciało się unosi. Linia na wyświetlaczu EKG nagle się załamuje. Wpatrując się w ekran, lekarz dodaje pełnym ulgi gło- sem: – Jest serce! Po chwili wahania, już spokojniej, wylicza: 5 – Wenflon, kołnierz, szyny, twarde nosze. W myślach tymczasem ocenia szanse mężczyzny przed sobą. Mniej więcej żadne… Jeden, dwa procent. Wprawdzie udało się wznowić akcję serca – analizuje – i pacjent żyje. Zostanie zabezpieczony do przewiezie- nia, oddycha, ale jest nieprzytomny i ma liczne obra- żenia. Umrze, nim dojedziemy do szpitala – myśli. W ciągu kilku minut szyny na rękach, nogach i koł- nierz na szyi unieruchamiają ciało poszkodowanego. Siostra zakłada opatrunek na obficie krwawiący łuk brwiowy. – W porządku – mówi. – Zabieramy go? – Lekarz napotyka pytający wzrok ratownika. W niebieskich oczach chłopaka widać tylko zmę- czenie. Coraz większe płatki śniegu zaczynają wirować nad ziemią. Jest jeszcze zimniej. – Tak. Nosze z mężczyzną trafiają do wnętrza karetki. Te- raz muszą dowieźć pacjenta żywego, więc liczy się każda minuta. Kierowca skupiony na jeździe pędzi do Izby Przyjęć Wojewódzkiego Centrum Medycznego w Opolu. Mimo wyjącej syreny i błyskających świateł nagle karetka się zatrzymuje. – Szlag by trafił – kierowca klnie. – Cholera, czemu nie jedziemy? – Lekarz wyraźnie się niecierpliwi. – Musimy go dowieść! Nim jednak kierowca zdąża cokolwiek odpowie- dzieć, lekarz rzuca ostrzegawczo: 6 – Uwaga! Schodzi! – Adrenalina? – Trzy miligramy – odpowiada pielęgniarce. – W ży- łę! Pielęgniarka przesuwa tłok strzykawki, a lekarz chwyta elektrody. Ratownik skrzyżowanymi na klatce piersiowej rękoma znów uporczywie uciska mostek. – Trzysta pięćdziesiąt – dodaje lekarz, patrząc chło- pakowi w oczy. – Dobra, strzelam – ostrzega. Nie czekając odpowiedzi, przykłada elektrody do nagiej skóry. Ciało mężczyzny napręża się. – Co tam się dzieje? – krzyczy w kierunku kierowcy. – Nie mogę przejechać, zablokowała przejazd. – Kurrrwa! Zejdzie nam zaraz – lekarz denerwuje się głośno. Prawdę mówiąc, nie wierzy już, że dowiozą pacjenta żywego. Mieli już serce. Oddychał, a tu nagle migota- nie. Kierowca trąbi. Na szczęście kobieta za kierownicą przytomnieje. Złotawy daewoo matiz przesuwa się. Padający już gęsto śnieg ogranicza widoczność. – Dobra, ruszam – słyszą. Mężczyzna za kierownicą natychmiast dodaje gazu. Chwilę później już pędzą Ozimską w gęstniejącym od śniegu wilgotnym powietrzu. – Chyba go mamy – lekarz szepcze, wpatrując się w niebieską kreskę elektrokardiogramu. Pielęgniarka obrzuca lekarza zaskoczonym spojrze- niem. Ratownik po raz kolejny przerywa masaż. Ra- 7 miona mogą odpocząć. Na czarnym tle wyświetlacza linia życia płynie wyraźnie. Wszystko, co dzieje się z pacjentem, jest poza kie- rowcą. On musi się odciąć. Dla niego liczy się rytm syreny. Wsłuchuje się w zawodzące dźwięki jak w mu- zykę. Wyprzedza ustępujące miejsca samochody. Zer- knąwszy w lusterko, dostrzega w migotliwym, niebie- skim blasku świateł bladą twarz mężczyzny na no- szach. To nie jego rzecz. Wybór jest prosty. Jeśli źre- nica reaguje na światło, pozostaje resuscytacja. Jeśli źrenica nie reaguje, można człowieka zakopać. Kie- rowca ma jak najszybciej dotrzeć do ofiary i wrócić z nią do szpitala. – Ile jeszcze? Słyszysz? Ile? – lekarz wyrywa go z transu. – Dwie minuty. Zaraz wszystko będzie białe – myśli, widząc wiru- jące w powietrzu świeże płatki. Znów słyszy ten głos. Tym razem jednak w innej tonacji. – Jest rytm perfuzyjny! – lekarz nie kryje zaskocze- nia. – Zobacz, zespoły robią się regularne i wąskie! – ra- townik wskazuje wyświetlacz. – Powinno być dobrze! Na twarzy ich obu maluje się słaby uśmiech. – Dobrze? – pielęgniarka pyta z ironią. Kobieta ma rację. Dodaje, spoglądając zmęczonymi oczyma przez szybę: 8 – Nawet jeśli przeżyje, to i tak nic z niego. Jest przecież cały potrzaskany. Kierowca wyłącza syrenę, wjeżdżając na podjazd. Po chwili pada krótkie: – Na stół. Zespół reanimacyjny przewozi nosze przez kolejne drzwi. Gdyby pacjent miał otwarte oczy, widziałby, jak sufit szpitalnego korytarza przesuwa się nad nim. Jed- nak jego oczy pozostają zamknięte. Ma nie być mu dane kiedykolwiek je otworzyć. Rozstania bywają różne. Zabierają część naszego „ja”. Ludzie, odchodząc, nie mówią nawet „dziękuję”. Czasem zdarza się jednak, że ten wyrwany kawałek naszego „ja” okazuje się za ciężki, aby go unieść. 2. Patrzy najbardziej obojętnym wzrokiem, na jaki po- trafi się zdobyć. Często dopada ją jednak ciekawość. Musiał być kiedyś bardzo przystojny – myśli. Był prze- cież wysoki. Lubi wysokich mężczyzn. Zdaje sobie sprawę, że gdyby stanął obok, przewyższałby ją o głowę. Wiele by dała za jego zdjęcie, urywek filmu, cokolwiek, by wiedzieć, jak wyglądał wcześniej. Może był nieśmiały? Albo samotny przez lata? – myśli. Nikt przecież go nie odwiedza. Kim był? Wy- gląda na nauczyciela wychowania fizycznego w liceum albo sprzedawcę komputerów – zastanawia się. 9 Przesuwając maszynkę do golenia, stara się nie pa- trzeć na jego twarz. Woli skupić się na precyzyjnym ruchu ostrza niechętnie ścinającego zarost. To pozwala nie widzieć, jak ramiona zajmują kusząco dużą prze- strzeń łóżka. Nie musi widzieć tych rysów, harmonij- nych, płynnych linii, których zazdrościć mogłaby większość kobiet. Kiedy zobaczyła te pełne usta i długie łuki ciem- nych rzęs, nie była pewna, czy to mężczyzna. Tymcza- sem taka jest jego chłopięca, delikatna uroda – frene- tyczna, kusząca. W swoim dziewczęcym aspekcie przepełniona niepokojącym erotyzmem. Dziś w równym oddechu, unoszeniu się piersi i opadaniu jest coś, czego nie potrafi pojąć. Nie umie się od tego uwolnić. W tym rytmie wyczuwa niepokój. Intensywnie krąży nad głową wypełnioną myślami w pustym pomieszczeniu, niczym kołujące jastrzębie. A przecież goliła go już nie raz. Dokładnie zna to kościste ciało – smukły, oble- czony resztką mięśni skórzany worek z pogruchota- nym szkieletem. Nieproporcjonalnie krótkie stopy i długi penis. Uśpiony, już niepotrzebny i zbędny, ni- czym zużyty kondom, żałośnie bezcelowy. Pomarsz- czona moszna, porośnięta gąszczem twardych wło- sów, choć kiedyś na pewno – co do tego nie ma wąt- pliwości – utrzymywana w nienagannym porządku. Tacy mężczyźni traktują przecież genitalia bardzo in- tymnie, z pasją, niczym Japończyk bonsai – myśli. 10 Wąska miednica, wyraźne żebra i dziwna dziurka na małżowinie lewego ucha. Znamię powyżej prawej ło- patki. Długa i wyraźna szrama na lewej piersi nieomal stykająca się z sutkiem. Jakże jest piękny. Nawet kiedy, jak ptak skrzydłem, przykrywa to udręczone ciało po- ścielą, czuje zapach choroby. Kończąc, postanawia dowiedzieć się o nim czegoś więcej. Był przecież tutaj, na tym oddziale, zanim za- częła pracować. Starsze dziewczyny będą może coś o nim wiedziały. Kim jest, a przede wszystkim kim był – zastanawia się. Pijąc wieczorem cierpkie, szczypiące krawędzie języka wino, nie potrafi przestać myśleć o „jej mężczyźnie”. Tak nazywają tego człowieka dziewczyny z oddziału. 3. Kawa wciąż gorąca, nie daje się pić. A o tej porze, rankiem, jej zapach w dyżurce kusi jeszcze mocniej. Co za cholerna ironia losu – dziewczyna myśli, dmu- chając na aromatyczny płyn. Ze spojrzeniem utkwio- nym za oknem ucieka myślami. Bardzo daleko od szpi- talnego oddziału, w okolice wczorajszego wieczoru. – Cześć, malutka – wyrywa ją z zamyślenia. – Cześć. – Co słychać w wielkim świecie? – A skąd ja mogę, u licha, to wiedzieć? – odpowiada ponuro. 11 Kobieta patrzy wnikliwie. Pracują razem od kilku miesięcy. Zdążyły się zaprzyjaźnić. Pielęgniarka jest od dziewczyny starsza, więc pewnie dlatego podświado- mie traktuje ją jak córkę. – Coś nie tak? – Wszystko! – Natka, aż tak źle? – Gorzej być nie może – odpowiada. Napotkawszy wzrok, natychmiast żałuje ostatniego zdania. Przypomina sobie o wszystkich, z którymi przyszło jej tutaj pracować. Zawstydza się. Instynk- townie czuje, o czym siostra Zosia pomyślała, słysząc jej słowa. – Gdzie twój rozsądek? – Wczoraj widziałam go w knajpie. Śpiewał na stole, na trzy głosy z moim sumieniem i przyzwoitością. – I co? Opowiadaj! – Kobieta zachęcająco kiwa głową. – No właśnie. Nic. – Jak nic? – dziwi się stara. – No nic. Wino wypiłam sama. A teraz łeb mi pęka. – Niemożliwe! Jesteś przecież piękna, młoda. Widzę te wszystkie sterczące kutasy. Te spojrzenia, które nie- ustannie cię obmacują – wieszając palto, zaczyna traj- kotać. – Masz dopiero dwadzieścia trzy lata! – Dwadzieścia cztery. – Gdybym ja miała dwadzieścia trzy lata… – mówi rozmarzona. – Dwadzieścia cztery. 12 – …nie popuściłabym żadnemu facetowi w okolicy. Takiego wyznania akurat się nie spodziewała, a w każdym razie nie w takiej formie. Patrzy na Zosię krzywo znad filiżanki i parzy usta zbyt gorącym pły- nem. – Nie pij gorącego, bo się poparzysz – słyszy na- tychmiast. – A ty? Spójrz na siebie, niczego ci nie bra- kuje. Znajdziesz jeszcze swojego, zobaczysz. A dopóki go nie ma, malutka, korzystaj, ile wlezie – rzuca ru- basznie. – No, no – Natalia odpowiada, kiwając głową – nie poznaję koleżanki. – A co myślisz? Że zawsze miałam piętnaście kilo nadwagi i pępek między cyckami? Jak byłam w twoim wieku, faceci dostawali szału na mój widok. Wystar- czyło, że dotknęłam jednego z drugim i już się spusz- czali. I wcale mi to nie przeszkadzało. Też powinnaś korzystać z życia. – To nie takie proste. – No, jeśli myślisz tylko o nim… To faktycznie. Natalia odpowiada spłoszonym spojrzeniem. Na- potykając twardy wzrok, pozbywa się wątpliwości. Chodzi o „niego”, o „jej pacjenta”. Musi zmienić te- mat. – Jak często się wybudzają? – Powiem ci coś, kochana. Pracuję na tym oddziale od dziewiętnastu lat. Stąd można wyjść tylko przez tamte drzwi – mówi, pokazując ruchem głowy kost- nicę. 13 – Ale przecież teoretycznie czasem się to zdarza. – Tutaj nigdy. Patrzą na siebie. Obie wiedzą, o czym myśli druga. – Wiem, że jest przystojny – stara zaczyna. – Praw- dę mówiąc, nigdy przed nim i nigdy po nim nie widzia- łam piękniejszego mężczyzny. Tak – powtarza z naci- skiem – piękniejszego. Jest śliczny. Teraz już nie tak jak kiedyś, ale kiedy się tu pojawił, poczułam ukłucie zazdrości. Był piękniejszy od każdej dziewczyny. I co z tego? To tylko ciało. Właściwie to zwłoki. Zapomnij o nim. I powiem ci coś. Dobrze, że nie było cię tutaj, kiedy go nam przywieźli. – Taki był potrzaskany? – Skąd! – zaperza się stara. – To była naprawdę nie- zła skóra. Wy teraz mówicie „ciacho”. My – mruczy, akcentując zanadto pierwsze słowo – mówiłyśmy „skóra”. – No tak, czasy się zmieniają. – Ale nie dla niego. On taki będzie już zawsze. Za- pomnij o nim. Nie obudzi się. Jak chcesz, zamienimy się i nie będziesz do niego chodziła. – Nie, niech zostanie – dziewczyna protestuje, sta- rając się ukryć rumieńce. Wie, że Zosia to zauważa, więc musi być szczera. – Posłuchaj – zaczyna – wiem, że będziesz się śmia- ła, ale jest w nim coś takiego, co mnie interesuje. Lubię do niego przychodzić. Nie wierzę, żeby się obudził, ale lubię go. – I fajny jest, co? 14 – No. Kiedyś musiał być atrakcyjny. – Był. – Pamiętasz, gdy go przywieźli? – Jasne. Następnego dnia rozwodziłam się z moim starym. Tak się jakoś złożyło – wyjaśnia, wzruszając ramionami. – Zapamiętałam dobrze. W pierwszej chwili myślałam, że jest po prostu wysoką kobietą. Miał dłuższe włosy, był świeżo ogolony i na łóżku widziałam tylko twarz. Kiedy okazało się, że nie ma biustu, a za to ptaka między nogami, poczułam się dziwnie. – Jak? – Byłam zawstydzona, przed sobą. – Czemu? – Patrząc, widziałam kobietę. I ona bardzo mi się spodobała. Rozumiesz? – Erotycznie? – Właśnie. Poczułam się jak lesbijka. A przecież nigdy mnie kobiety pod tym kątem nie interesowały. Dopiero po chwili, kiedy okazało się, że jest jednak mężczyzną, odetchnęłam. – Skąd się wziął tutaj? – Nie wiem dokładnie. Był dawno po operacji. Po- składali, co się dało. Poczekali, aż wydobrzeje, i tyle. Do umieralni. – A wiesz, co mu się stało? – To ty nic nie wiesz, malutka? – A skąd miałabym wiedzieć? 15 – No tak, jasne. Nie możesz – reflektuje się stara. – To samobójca. – Co? – To, co słyszysz, kochana. Wyskoczył z balkonu. – Takie ciacho! To znaczy, skóra taka – poprawia się z uśmiechem. – No… – Dziwne, nikt go nie odwiedza – drąży temat. – Ale nie zawsze tak było. – Nic dziwnego! Faceci są jak kible. Albo zajęci, al- bo zasrani. A taki jak ten na pewno był zajęty, więc jakieś musiały go odwiedzać. Kto do niego przycho- dził? – Psy – stara mówi przez zęby. – Policja, znaczy? – Tak. – O kurczę! Tego się nie spodziewałam. To mamy niezłą historię. – Przychodzili krótko. Myśleli, że się wybudzi. – A rodzina? – Nie wiem, różni, pewnie przyjaciele, koledzy. Przeważnie raz, a potem drugi i koniec. Nie każdy po- trafi to znieść. Wiesz, jak to wygląda. Najdłużej przy- chodził jeden, łysawy, zawsze zarośnięty, też pies. Raz nakryłam go, jak płakał przy nim. Dziwne, co? – Faktycznie – Natalia przyznaje zdziwiona. – Ludzie znają człowieka takim, jakim był przed śpiączką. A potem chcą odwiedzić tego samego czło- 16 wieka. Przychodzą tutaj, do umieralni, i czeka ich zaje- biste rozczarowanie. A z nim ból, cierpienie i masa nieszczęścia. Ludzie tego nie chcą. – Boją się. – I wstydzą – stara uzupełnia natychmiast. – I na- wet jeśli ktoś, z tych tutaj – wskazuje głową pacjentów – był kiedyś przyjacielem, mężem, kochankiem, narze- czonym czy kumplem, przestają przychodzić. Zostają tylko matki. Ale jeśli ich już nie ma, po kliku miesią- cach wszyscy śnią ten swój śmiertelny sen tylko z na- mi, malutka. 4. Następnego dnia, pogrążona w myślach, otwiera drzwi do „jego” sali. Oczywiście nic się nie zmienia. Leży na wznak, jak zwykle z rurką wetkniętą w nos. Oddycha równo. Postanawia przewietrzyć pomieszczenie. Podchodzi do okna i otwiera. Wie już, że dziś ma jeden z tych dni, kiedy nie umie opędzić się od chandry. Widzi swoje odbicie w szybie. Czuje się gruba i brzydka. – Możesz powiedzieć, co ze mną jest nie tak? Oczywiście zdaje sobie sprawę, że pogrążeni w śpiączce nie odpowiadają, więc nie czeka na odpo- wiedź. – No i jeszcze to! – rzuca niemal natychmiast ze zdwojoną złością. Stare, wypaczone ramy okien nie chcą puścić. 17 – Wszystko pod prąd. Nieustające pasmo sukcesów – głośno kpi z siebie. – Jak długo można tak żyć? Wreszcie okno z hałasem puszcza i do sali napływa świeże powietrze. Na chwilę przystaje oparta o para- pet. Patrzy na ludzi przed szpitalem. Odwróciwszy się, spogląda w kierunku nierucho- mego mężczyzny. Odpowiada jej równy, niczym nie- zmącony oddech. Bierze do rąk kartę informacyjną. – U ciebie sprawa jest jasna – mówi. – Leżysz tutaj już rok. Twór siatkowaty w pniu twojego mózgu zo- stał uszkodzony, cokolwiek to znaczy. Żyłeś jeszcze dwa, może trzy tygodnie, po tym jak wyskoczyłeś z tego cholernego balkonu. Teraz twój stan jest tylko wegetatywny. Przerywa na chwilę. Odpowiada jej rytm jego odde- chu. Raz, dwa, raz, dwa. Wdech, wydech. Wdech szyb- szy, wydech dłuższy. Pomiędzy nimi krótka pauza na ciszę. Bez zmian. Bez szans na cokolwiek. – Chociaż, wiesz, chyba nie do końca – mówi. – Twoje życie zależy od kogoś innego. A twój sen to takie zawieszenie pomiędzy życiem a śmiercią. Dobra, okej – zdaje się rozmawiać z mężczyzną, jakby ją sły- szał i mógł odpowiedzieć – wystarczy. Czuje, że gdy mówi, jest jej lżej. Ta specyficzna rozmowa pomaga. On jej pomaga. Zalęgające w jej wnętrzu rozgoryczenie ustępuje. – Dość. Powiedz, dlaczego to zrobiłeś – stojąc do- kładnie naprzeciw łóżka, w nogach chorego, wciąż patrzy w kartę informacyjną. 18 Wcześniej zrobiła to tylko raz. Na początku. Kiedy zaczęła tutaj pracować. Czyta uważnie. Imię i nazwi- sko pacjenta: Maksymilian Szulc. Lat: trzydzieści. – Nigdy nie pomyślałabym, że jesteś już taki stary – komentuje. – Wyglądasz najwyżej na dwadzieścia pięć. Reakcja ruchowa w skali Glasgow – czyta – jeden punkt. Kontakt słowny – jeden punkt. Jedynka – brak reakcji. – Co spowodowało, że taki przystojniak wyszedł na balkon i skoczył? Byłeś zakochany? Zostawiła cię dziewczyna? Miałeś długi? Wiesz, w pewnym sensie jesteśmy do siebie podobni. Ale nigdy bym tego nie zrobiła. – Odkładając kartę, znów widzi wystającą spod kołdry stopę. – Dlatego masz jaja – dodaje. Odpowiada jej cisza. Wdech, wydech. Wdech, wy- dech. – Jak do ciebie mówili? W odpowiedzi znów słyszy wyłącznie oddech. Raz, dwa. Wdech, wydech. – Maks? Maksymilian? – szepcze. Cisza. Nigdy wcześniej nie mówiła do niego po imieniu. Zatrzymuje wzrok na stopie, wciąż przypomi- nającej o niewymiarowym penisie. Może jest mu w tę stopę zimno? – przychodzi jej na myśl. Okrąża łóżko, by znaleźć się z boku i przecią- gnąć pościel. Zaskakujące, ale kilka zdań wypowie- dzianych w kierunku mężczyzny w śpiączce pomaga. Czuje się dużo lepiej. 19 – Wiesz, gdybyś był moim facetem, nazywałabym cię po swojemu. Pieszczotliwie. W sumie – waha się chwilę – czemu nie? Będę tak do ciebie mówiła – po- stanawia z uśmiechem. Pochyla się nad łóżkiem. – Maksik – szepce do ucha. W chwili gdy usta wypowiadają to imię, kątem oka dostrzega, jak pacjent zaciska dłonie w pięści. Cofa się natychmiast. Prawdę mówiąc, odskakuje blada od łóż- ka. Zdziwił ją, zaskoczył, przeraził. Przecież chorzy często mrugają, czasem nawet mruczą lub się uśmie- chają, więc nic dziwnego, że poruszył dłońmi – myśli. – Ale… On nigdy tego nie zrobił. Tym bardziej re- agując na dźwięk własnego imienia. Dziewczyna nie ma wątpliwości, że ruch był świa- domy. Mówi jej to intuicja. Tyle że rozsądek podpo- wiada: to niemożliwe. 5. Tak mam na imię – Maks. Maksik – mówili niektó- rzy. Maksymilian, tak nie lubiłem – myśli – nim stałem się ścierwem, które słyszy i czuje w bezsilnym oczeki- waniu na wybawienie. To nawet nie czyściec. Najwyżej przedsionek piekła. Jak gdyby wciśnięto mnie w rurę i zalano betonem. Trwam w ciemnościach, w zawiesze- niu, w bezruchu. Niczym potępieniec w najciemniej- szym z ciemnych, cichych miejsc własnego umysłu. Ze świadomością obok świata, gdzie do niedawna wio- dłem życie, i z ciałem po drugiej stronie. Przed zatrza- 20 śniętymi drzwiami, za którymi czeka mnie nie wia- domo co. Może to samo co teraz, tyle że bez snów? – jego myśli, jak nietoperze nocą, w ciszy mkną w udręczonym chorobą umyśle. Nie zdawałem sobie sprawy, że pogrążeni w śpiącz- ce zachowują świadomość. Kogo to obchodzi? – zdaje się pytać i odpowiada sam sobie: – w tej chwili tylko mnie. Nawet ona ma to gdzieś – kieruje świadomość w stronę pielęgniarki. – Jak do ciebie mówili? – słyszy nagle jej głos. Pamiętam, że Maks, Maksymilian – chciałby powie- dzieć. Ale nie może. Nie słyszysz mnie i nic cię to nie obchodzi. A ja nie wiem nic więcej. Kim byłem? Czym się zajmowałem? Nic, pustka, jak biała kartka – reflek- sja odbija się od jej słów. Kartka. No właśnie. Jest, lecz nie wiem dlaczego – myśli. Jak ocean aż po widnokrąg nieskalany żaglem wspomnienia. Pustynia w ceglanym kolorze, niezabar- wiona słońcem. Wirujące płatki śniegu, gdy leżę bez bólu wpatrzony w niebo i z wolna zapada ciemność. Świeży powiew chłodnego powietrza. Szczegóły mej kalekiej pamięci są jak piasek przesypywany między palcami. – Maks, Maksymilian – znów słyszy. Tak jak powiedziałaś przed chwilą – zdaje się krzy- czeć. Ale wciąż otacza go tylko cisza. Nie pamiętam, nic nie pamiętam! – świadomość istnienia to niepojęte dla niego cierpienie. 21 Moje wspomnienia są jak ptasie gniazdo pełne splą- tanych źdźbeł. Staram się pójść za jednym z nich i po- ciągam wolno, uważnie, by go nie zerwać. Po chwili przekonuję się, że nagle ono się kończy. Wyciągnąłem właśnie początek. Nie umiem odnaleźć końca. Znów biała kartka i pojedyncze czcionki układające się w słowa. Gdybym tylko wiedział, zapadłym w to cholerne oczekiwanie na śmierć z workiem pełnym wspomnień. Mógłbym wracać do życia teraz, kiedy nikt nie potrafi zdecydować, czy mam żyć, czy umrzeć. Choć może i dobrze, że nie pamiętam prawie niczego? – zastanawia się chwilę. Nie mogłem za życia być bardziej samotny niż teraz – niemal natychmiast przychodzi refleksja. Bardziej pojedynczy niż tutaj, z nadzieją na koniec, która każ- dego dnia rodzi się znowu. Śpiączka jest najwyżej zor- ganizowaną torturą samotności. Och, co za skurwysyństwo! – klnie na swój los. Nikt nie słyszy głosu wytłumionego przez sparaliżowane ciało. Zaciskam pięści, wbijając paznokcie w skórę, z nadzieją na ból, ale on nie nadchodzi. Nie umiem żyć z takim brzemieniem. Nie potrafię też umrzeć. Nie ist- nieję. Tylko śnię wciąż niekończący się, okrutny sen. – Maks, Maksymilian – jej słowa znów docierają do niego jak echo. Jest w nich coś okrutnego. 22 6. O tym, co ją spotkało u niego, natychmiast opo- wiada Zosi ze szczegółami. Pomija pewne, mniej istotne szczegóły. Jak to, na przykład, co czuła. – Rozumiem – Zosia odpowiada z namysłem. – Wiedziałam, że nie uwierzysz. – Ależ ja ci wierzę, maleńka. Tylko że jestem trochę starsza i mam inne pojęcie o tym, co tutaj się dzieje, i… – …i o miłości? – O życiu. – I co z tego? – To – Zosia mówi spokojnie – że nie znasz tej hi- storii. Patrzysz przez pryzmat jego wyglądu. Masz na- dzieję, że się obudzi, bo jest atrakcyjny, i chwytasz się, jak tonący brzytwy, każdego sygnału, że tak może się stać. Tymczasem wokół ciebie wszędzie roi się od prawdziwych facetów, którzy wiele by dali, by schru- pać cię jak pętko kiełbasy. Zamiast korzystać z życia, uciekasz w świat marzeń, oddalając się od rzeczywisto- ści. Patrzą na siebie chwilę w milczeniu i wiedzą, że to prawda. Ale Natalia nie umie być inna. Musi płynąć pod prąd, by dotrzeć do źródła. – Wiem. – Prawdopodobieństwo, że on się kiedykolwiek obudzi, wynosi jak jeden do stu tysięcy. Już lepiej za- graj w totka – radzi Natalce. – Jak trafisz, przynajmniej 23 będziesz bogata. A on, gdyby nawet się obudził, po pierwsze, będzie dalej kaleką, po drugie, jaką możesz mieć pewność, że będzie chciał się z tobą przyjaźnić? Nie mówiąc już o czymś więcej. – Ale to było takie realne, takie prawdziwe. Wypo- wiedziałam głośno jego imię i natychmiast zacisnął pięści, jak gdyby go to rozwścieczyło. – Widziałam już wiele łez. – Zosia patrzy na dziew- czynę z pobłażaniem. – Niejedna matka tutaj płakała, i to ze szczęścia, choć nad synem w śpiączce. Wcześniej skakali do wody i łamali kręgosłup albo roztrzaskiwali się na motocyklach, zaraz po osiemnastych urodzi- nach. Potem ich matki przez lata tutaj przychodziły i pewnego dnia nagle płakały, bo chore dziecko uśmiechało się przez sen albo otwierało oczy na chwi- lę. Ale to niczego nie zmieniało. Rozumiesz? Nadal spali, a one więdły. Twój mężczyzna się nie obudzi. Zapomnij o nim. Szukaj szczęścia w realnym świecie. Im wcześniej zrozumiesz, że to już nie człowiek, tym lepiej dla ciebie. – Co masz na myśli? – Dziwisz się? Pracuję tutaj od dziewiętnastu lat. Gdybym nie widziała tego, co tutaj się dzieje, może sądziłabym inaczej – ciągnie. – Kiedyś myślałam jak ty, ale po latach między nimi zrozumiałam, że nieutrzy- mywanie ich byłoby lepsze. – Co ty wygadujesz?! – Nie gorączkuj się. – Powinni być odłączani? 24 – Kiedyś zrozumiesz. – Nie zrozumiem! – dziewczyna protestuje, splata- jąc ręce na piersiach. – Wierzę w Boga. Jestem kato- liczką i nie zgodziłabym się zabić człowieka. – Przestań pieprzyć! Też chodzę do kościoła, jak pół Polski. Wierzę, że coś po śmierci nas czeka. Ale czy to jest Bóg, nie wiem. Wiem jedno. Pogadamy za pięć lat. Kiedy zrozumiesz, jakim ciężarem dla rodziny jest taki człowiek. – Ciężarem? – A czemu przestają ich odwiedzać? – Nie mogą znieść ich cierpienia. – Gówno prawda, ale blisko, maleńka. Nie mogą znieść własnego cierpienia, nie ich. Swojego. Ludzie nie chcą słyszeć, że komuś jest źle, że cierpi. Nie mogą na dłuższą metę na to patrzeć, bo to nieprzyjemne. Bo to boli. Nie potrafią w tej strasznej chorobie znieść widoku człowieka, którego kiedyś kochali. Bo z niego zostaje tylko ciało, resztka ciała, nic więcej. Więc prze- stają przychodzić. Dlatego powinniśmy pozwolić cho- rym umrzeć, a tym, którzy pozostali − otrząsnąć się z bólu i żyć. – A gdyby zareagował raz jeszcze? – Natalia po chwili milczenia ryzykuje opór. Nie zgadza się z rozu- mowaniem koleżanki. W słowach dziewczyny są tylko emocje. – To się nie zdarzy. – W pełnych pragmatyzmu i doświadczenia słowach Zosi jest także litość. – Nie wierzę. 25 – Nie radzę sprawdzać. – Dlaczego? – Bo mogłoby to oznaczać, że ma kontakt z nami. I jakaś jego część nie umarła. Chciałabyś być tego świa- doma? – pyta, ale zamiast słów słyszą tylko miarowe tykanie zegara w dyżurce. Tik-tak, tik-tak… Natalia wie, że Zosia ma rację. Je- śli tamten mężczyzna zachował świadomość, to jest w okrutnym więzieniu własnego ciała. – Wciąż nie mogę pojąć – zmienia temat – jak moż- na skoczyć z balkonu. – Skok był raczej przypadkowy. – Nie rozumiem. – To samobójstwo impulsywne. Było o tym głośno. – Głośno? – W telewizji, w gazetach. – Czemu? – Pamiętam tę sprawę. Rozwodziłam się ze starym. Mówiłam, samobójstwo impulsywne. Podobno dostał list, wyszedł na balkon i skoczył. Na dole stał samo- chód. Wiesz, taki ze skrzynią ładunkową. Dlatego nie zabił się na miejscu. – Rzuciła go dziewczyna? – Natalia czuje, że kole- żanka coś ukrywa. Ta zaś spogląda na nią smutno. – Raczej nie – odpowiada po chwili. – Skąd wiesz? – Bo pochował ją tydzień wcześniej, żonę właści- wie. – Wiadomo, co było w liście? 26 – I to jest najciekawsze w tej historii. 7. Staram się wszystko zamknąć najbardziej ścisłą ra- mą czasu, jak gdyby miało to jakiekolwiek znaczenie: od do, od kiedy, do której. Dziesiątki możliwości, by precyzyjnie dookreślić. Fantastyczne zamiłowanie do zbędnych przysłówków. Leżąc w kojcu własnego ciała, poddaję się tej presji. Nanizuję wspomnienia na sznurek przeżyć, przypomi- nając sobie kawałek po kawałku fragmenty mojej hi- storii. Zbliżam się nieuchronnie do chwili, kiedy na- stąpi jej kres, co zdaje się nader atrakcyjną wizją. Gdy skończę, nic nie będzie już takie samo jak teraz. Muszę zranić się wspomnieniami – myśli – by wie- dzieć, dlaczego jestem mordercą. Raz jeszcze wbić sztylet w swe serce, by sprawdzić, czy nadal jestem człowiekiem. Kim byłem, kim jestem i za co zabiłem sam siebie. Uciec od tego nie mogę. Nie wolno mi, choć tak byłoby prościej. Wszak nikt nie chce słyszeć niewygodnej prawdy o sobie. Tymczasem muszę ją odkryć. Więc gram uwerturę zapomnienia w pożądli- wym przeświadczeniu, że oto jutra mogłoby nie być. Zabawmy się tym, co zostało. Może pamięć po- wróci, a przedstawienie naprawdę się zacznie? Obnażę się jak zboczeniec w parku przed uroczo wystraszoną szesnastolatką. Tylko jak mam to zrobić? Jak sobie przypomnieć, gdy w pałacu pamięci wciąż pełno za- 27 mkniętych komnat, których nie sposób otworzyć? A kiedy walę w drzwi, nagle otwierają się inne i wchodzę, gdzie wcale nie chciałem, kiedy słyszę te jej: – Maks, Maksymilian. Jest w jej słowach coś okrutnego. Kiedy je wypo- wiada, jakieś wspomnienie dopada mnie, obejmując bólem. – Maks, Maksymilian – słyszę, lecz poza oderwa- nymi od reszty słowami nic nie pamiętam. Dlaczego dźwięk własnego imienia tak boli? I ta nieznośna świadomość, że dalej czai się hipnotyczna wizja, która nieubłaganie nadchodzi. Czuję, że przyj- dzie i ziści się nagle w najmniej nieoczekiwanym mo- mencie podróży w głąb siebie. Z naciśnięciem kolejnej klamki następne drzwi skrzypną lekko, odsłaniając re- trospekcję starego świata. Wypluwam z siebie to, co było niemym krzykiem. Wywalam widłami gnój z obory mojej historii i wiem, że dziewięćdziesiąt dni ma jakieś znaczenie. Rama, w której pojawi się obraz. Czuję w tym, ledwie wyczu- walny, amforyczny cień jakiejś miłości. Innej możliwo- ści nie odnajduję, poza delikatnym ukłuciem, że mogę się mylić. We śnie nic przecież nie może być pewne. 8. Wpuszczę ci więcej świeżego powietrza – mówi, otwierając okno. 28 Tym razem jednak rama nie sprawia problemów. Do jego nozdrzy dociera wilgotny zapach kory, opa- dłych liści i żywiczna woń iglastych drzew. Patrzy na mężczyznę. Zastanawia się, czy znów wy- powiedzieć na głos jego imię, by sprawdzić reakcję. Postanawia zaczekać. Może Zosia ma rację? – myśli. – Rozmawiałam – zaczyna, przygotowując przybory do golenia – z Zosią na twój temat. Uważa, że nigdy się już nie obudzisz. Nie wiem, co o tym myśleć. Zarósł już gęstą i równą szczeciną. Dawno zauwa- żyła, że jego twarz najpierw pokrywa delikatny, niemal niewidoczny włos i stając się dłuższy, stopniowo przy- pomina barwę smoły. Wtedy przybiera męski, niemal prymitywny w swoim pięknie wyraz. Z czasem, gdyby nie golić go przez kilka dni, pojedyncze włosy nagle i nieoczekiwanie zaczęłyby wpadać w zupełnie jasną, prawie siwą barwę. Z czarnym, kilkudniowym zarostem lubi go najbar- dziej. Ogolony wygląda na młodszego. Ale też bez ku- szącego, brutalnego cienia męskiej urody staje się pięknym, kuszącym chłopcem. Wystające kości policz- kowe i zapadnięte policzki budzą w niej instynktowny lęk, a jednocześnie magnetyzm – myśląc o tym, zbliża ostrze maszynki do miejsca tuż przed uchem, gdzie zarost łączy się z włosami na głowie. – Ciekawe, od którego miejsca zaczynałeś się golić – mruczy. Płucząc maszynkę, dodaje: – Zosia uważa, że takich jak ty powinniśmy odłączać od aparatury. 29 Kolejne spojrzenie wywołuje szok. Znów odskakuje od łóżka, jak gdyby pościel przemieniła się w kulę ognia. Widzi wyraźnie, jak kąciki ust się uniosły. Maks się uśmiecha. Przerażona, niemal w afekcie, zapomi- nając o słowach koleżanki, rzuca natychmiast: – Maks! Maksymilian, słyszysz mnie? Jej oko rejestruje, jak mężczyzna zaciska pieści. – Maks! Jeśli mnie słyszysz – szepce – otwórz oczy. Raz, dwa, wdech, wydech, raz, dwa, wdech szybszy, wydech dłuższy. Pomiędzy nimi krótka pauza na ciszę. Nic. Chwila, niczym promyk słońca, zgasła bez śladu. Znikł jego uśmiech. Rozluźnia dłonie. Pozostaje ciche unoszenie się i opadanie klatki piersiowej w rytm pracy płuc: raz, dwa, wdech, wydech. – Maks! – powtarza. Po chwili napięcia rozumie, co się wydarzyło. Za- fundował jej garść nadziei, o jakiej Zosia opowiadała wczoraj w dyżurce. W nagłym odruchu pragnie do- tknąć udręczonej twarzy. Przesuwa dłonią w powie- trzu ku niemu i w tej samej chwili dostrzega czerwoną kropkę roztrzaskującą się na górnej wardze mężczy- zny. – Cholera jasna – klnie, cofając rękę. W pierwszym odruchu wkłada palec do ust i czuje słodkawy smak krwi. – Widzisz, przystojniaku, co przez ciebie sobie zro- biłam – mruczy, oglądając na opuszku palca dwie cienkie kreseczki, z których wypływa ciemnoczerwona 30 krew. – Przez te twoje wygłupy się skaleczyłam – na- rzeka. Odwraca wzrok i nieruchomieje. Leniwie po po- liczku pacjenta toczy się wielka łza. Patrzy jak zahip- notyzowana. Kilka sekund po pierwszej tym samym torem po ogolonym policzku płynie druga, łącząc się na włoskach zarostu z pierwszą. Więc to, co jej zafundował, nie było fizjologicznym wybrykiem? – myśli. Zapomniawszy o palcu, patrzy na Maksa. Dziewczyna nie ma wątpliwości. On czuje. 9. Nie pamiętam jej twarzy, lecz przed zaszytymi śpiączką oczyma mam symbol: B Rh+ i mdły, słod- kawy smak krwi zanieczyszczonej uczuciem w ustach. Zbyt silna, żeby okazać słabość – słyszę. Zbyt słaba, by wytrwać w sile – kolejne reminiscencje dopadają i szarpią jak wilki. O, muzy moje kochane! O, moja Mneme! Pomóż, wszak płonę namiętnością powracających chwil. A chcę tylko wspomnień. Ich sok spływa po brodzie, lepki i słodki jak dojrzała w słońcu brzoskwinia. Jak ta krew na ustach – jest ogniem mych lędźwi, żagwią mo- jej miłości. Zanim skosztuję rajskiego owocu, chcę wiedzieć, pamiętać. Erytrocyty i leukocyty zawieszone w osoczu to dla mnie drzwi do tego, co było. Jesienne słońce, ciepły 31 wrześniowy dzień, plac Wolności w Opolu. O tak! Przecież to tam wszystko się działo, pamiętam. Wróciłem do niemowlęctwa i znów widzę dźwięki. Wiem dziś, jako warzywo, co to synestezja. Mógłbym narysować jej głos. Charakterystyczny, nie pomylę go z innym. Jej ton, gdy miała świetny humor, kiedy się martwiła czy też złościła, jest moją częścią gdzieś pod mostkiem. – Oddawałeś kiedyś krew? – pyta. – Nie. – Oddamy? – rzuca z uśmiechem przetkanym wa- haniem. – Zawsze chciałam to zrobić. Nie miałam tyl- ko jakoś okazji – dodaje. – Więc chodźmy. – Taaak? – Samogłoska w jej ustach ma smak pytaj- nika i zapach gorzkich migdałów jak u Márqueza. – Zaskakujące, że jest taka gruba – mówi, patrząc na igłę. Jej policzki przybierają odcień świeżego śniegu. Nie wiem, kim była. Ust, rzęs ani zapachu też nie potrafię przywołać. Zamiast tego coraz bardziej drażni mnie nieznośna świadomość, że ów zwiewny strzępek z zeszłego życia powoduje ból w piersi. Przecież niżej z połamanymi kręgami nie mogę niczego czuć. Snując tę frenetyczną pajęczynę, pojmuję, że gdyby nie ona, nie byłoby mej zbrodni. Nie byłoby mnie te- raz. Każdy Frank La Salle widocznie musi mieć swoją Annabel Leigh, Ariza własną Feminę. Ja także. 32 Powinienem ją nazwać. Po pierwsze będzie to oczywiście z gruntu fałszywe imię, bo nie pamiętam go. Po drugie, wiem, że nie powinienem wyjawić jej prawdziwego. Choć wkrótce je zmyślnie przemycę. Skąd jednak to wiem? Czyżbym był w zeszłym życiu alfonsem albo pisarzem? Zresztą co za różnica! Wiadomo, że imię trzeba utajnić. Inicjały wszystko mogłyby rozwiązać – ciśnie mi się do głowy – lecz to pomysł gminny, żenująco prosty. Jako obowiązujący odrzucam go z obrzydzeniem. Taki wybór nie grzeszy fantazją, polotem i smakiem. Przyznaję jednak, że jest w nim coś kuszącego, szczególnie że pamięć kulawa przywodzi na myśl dwie identyczne litery. Spróbuję i tę wizję, chytrze, acz mściwie, z jaźni wydobyć. Więc uroczyście zanurzam się w siebie, jak aramejska cudzołożnica z ewangelii, trzykrotnie w ma- ju: 25, 27, 29. Lecz teraz na co dzień, bez miłości. Tak, jak nie lubiłaś. Tak, jak nigdy do ciebie nie po- wiedziałem. – Maks! – przecinek znów dopada mnie z zewnątrz. To koma jest czy amok? Niech będzie Weronika. 10. Wchodząc do niego, Natalia ma często wrażenie, że to najbardziej przytulna sala na oddziale. Teraz, idąc krok w krok za ordynatorem, nie myśli o niczym jak tylko o obawach. Nagle dopadły ją wątpliwości. 33 – Panie doktorze… – Tak? – Ja wiem, że zajmuję pana czas i może się mylę, ale tak było naprawdę – zaczyna. Ordynator jest wysokim, barczystym mężczyzną z siwizną na skroniach. Zwalnia kroku. Zatrzymuje się przed drzwiami i spogląda na pielęgniarkę. Potem przenosi wzrok na uśmiechającą się ze smutnym zro- zumieniem Zosię. – Pani Natalio – mówi – zauważyła pani w zacho- waniu pacjenta objawy sugerujące, że koma się cofa? – Jestem przekonana, że tak. – Rozumiem. A teraz boi się pani, że ich nie za- uważę? – Właśnie. – Proszę się nie obawiać. Zrobiła pani, co należało. A co się dzieje, zobaczymy. Ocenimy. Może pani ma rację, a może się pani myli. Medycyna to nie wróżenie z fusów. Sprawdzimy. Maks słyszy głęboki głos. Odkąd usnął, najważniej- szymi jego zmysłami są słuch i węch. Wyobraża sobie tego mężczyznę jako dużo starszego, niż jest w rze- czywistości. – Osobiście uważam, że nie ma powodów, aby pani nas okłamała. Jednak sądzę, że się pani myli. Ten pa- cjent, uwzględniając jego stan, nie może się wybudzić. Oczywiście medycyna zna różne przypadki. Jednak jest mało prawdopodobne, aby pozostała w nim jakakol- 34 wiek świadomość. A nawet jeśli tak jest, to ograni- czona i w oderwaniu od ciała. Drzwi skrzypią cicho. Maksymilian słyszy suchy trzask włącznika światła. Metaliczny dźwięk zamka odcina go od odgłosów korytarza. Natalia, lekarz i Zo- sia są w jego sali. – Pani Natalio, na początek zastosujemy najprostszą metodę diagnostyczną. Słyszała pani o skali Glasgow? – Owszem, słyszałam. – Świetnie! A co konkretnie? – Używa się jej w celu oceny przytomności. – Doskonale, choć częściej w sytuacji, kiedy moż- liwy jest kontakt z pacjentem. Coś więcej? – Ocenie podlega otwieranie oczu, kontakt wer- balny oraz reakcja ruchowa. – W pięciostopniowej skali, czy tak? – Tak, panie doktorze. – Zatem oceńmy. Jeśli pacjent otrzyma łącznie mniej niż trzy punkty, oznacza to śmierć kliniczną. Jeśli powyżej trzynastu, ocenia się, że pacjent ma ła- godne zaburzenia przytomności. – Tak. Maks, słysząc te słowa, czuje złość. Ten skurwiel, lekarz – myśli – nie wierzy, że w jego ciele istnieje człowiek. Czuje to wyraźnie. Słyszy to w pełnym ironii odcieniu głosu ordynatora, jaki nadał zdaniu „oznacza to śmierć kliniczną”. Przepełnia go też żal do dziewczyny, że uwierzyła w uśpione w nim, gdzieś bardzo głęboko, szczątki czło- 35 wieka. Nie powinnaś – myśli – ja na to nie zasługuję. Nie czuje wdzięczności. To raczej rodzaj osobliwego współczucia. Jestem przecież tylko kawałkiem ścierwa niepo- trzebnie utrzymywanego przy życiu, który ma to, na co zasłużył – nieznośna świadomość ciągle dręczy męż- czyznę. Tylko resztką tego, kim byłem – myśli z gory- czą – mordercą w śpiączce. Wie, że komuś odebrał życie, i fakt ten w chorobie jest tym gorszy, że nie pa- mięta, kogo zabił. Ale jest tego pewien. Dawno też pogodził się ze swoim stanem. – Panie Maksymilianie, czy pan słyszy to, co do pa- na mówię? – ordynator rozpoczyna badanie. Jasne, że cię słyszę – przemyka Maksowi przez myśl. – Nie wiem, czy wiesz, skurwielu, ale zabiłem kogoś, kogo kochałem. Pozwól mi umrzeć. – Panie Maksymilianie! – ordynator powtarza. Natalia widzi wymowne spojrzenie. – Na samym wstępie pani pacjent otrzymuje punkt w zakresie kontaktu słownego. Przejdźmy do otwiera- nia oczu. Lekarz podnosi powiekę Maksa i przyświeca nie- wielką latarką. Tym razem na twarzy pojawia się nie- znaczny grymas. Jak na gust obu pielęgniarek, nieco zbyt długo bada chorego. – Interesujące – mruczy. – Źrenica reaguje na bo- dziec świetlny. Reaguje również na bodziec bólowy – dodaje, naciskając gałkę oczną. 36 – Co to znaczy, panie doktorze? – Natalia natych- miast rzuca pytanie. – Na razie nic. Zaraz się okaże. – Rozumiem. Nie przeszkadzam. – Panie Maksymilianie – mówi – uważamy, że jest pan w stanie śmierci mózgowej lub też odmóżdżenia. Ewentualnie możliwe jest odkorowanie. Istnieje jednak prawdopodobieństwo, że wybudza się pan z tego sta- nu. Przeprowadzę teraz szereg typowych testów, aby sprawdzić, w jakim jest pan stanie. „Pieprz się” – tak bym ci odpowiedział, gdybym tylko mógł – myśli Maksa zamieniają się w bezgłośne odpowiedzi. Niczego nie udowodnisz – odpowiada lekarzowi w ciemnościach swojego umysłu, po czym czuje nagle, że coś dzieje się z jego ręką. Na skutek jakiejś siły ma wrażenie, że jego przedramię nagle się prostuje. – Interesujące – ordynator rzuca raz jeszcze. – Wy- stępuje patologiczna reakcja wyprostna w stawie łok- ciowym. Dziewczyna obrzuca Zosię spojrzeniem pełnym nadziei. Ta spokojnym ruchem nakazuje milczenie, przykładając palec do ust. – Ciekawe – lekarz mruczy dalej. – Proszę z po- wrotem zgiąć ramię – poleca. Wal się. Co chcesz osiągnąć? Przecież dla ciebie je- stem tylko warzywem – myśli. – Nie reaguje. 37 Pewnie, że nie reaguje, doktorku – Maks toczy my- ślami dialog z lekarzem. − Daj mi spokój. – Co to znaczy, panie doktorze? – Natalia nie wy- trzymuje. – Chwileczkę. Lekarz zbliża się do stóp Maksa. Dziewczyna sze- rzej otwiera oczy ze zdziwienia. Tymczasem lekarz przygląda się stopom pacjenta. Zaczyna łaskotać po- deszwę. Palce u stóp się poruszają. Nagle silnie uderza stopę, po czym kończy badanie, prostując się w krzyżu. – Widzi pani, według badania pani pacjent uzyskał w skali Glasgow co najwyżej trzy punkty. Podkreślam: co najwyżej. – To oznacza śmierć mózgową? – Właśnie. Ale pofatygowałem się i sprawdziłem też objaw Babińskiego, a także odruch Rossolimo. Proszę zrozumieć – mówi tonem, w którym jest tylko zrezy- gnowanie – czasem pacjenci przejawiają odruchy, któ- re interpretujemy jako wybudzanie się, ale to złudna nadzieja. Chciałbym, aby było inaczej, ale tak nie jest. Dziewczynie nieoczekiwanie do oczu napływają łzy. Zosia miała jednak rację – myśli. Ale się bardzo myli, tak samo jak jej koleżanka i lekarz. 11. 38 Zaskakujące, lecz nadzwyczaj ostro pamiętam owo dalekie popołudnie, kiedy późnym latem ta zbrodnia wzięła początek. A wspomnienie naznaczone jest jasną twarzą mojego przyjaciela, gdy mówi: – Cześć, młody, co jest? – Niezłe powitanie. Daniela znałem z czasów, kiedy jeszcze mieszkali- śmy razem w akademiku, w jednym pokoju. Jadaliśmy ten sam bochenek chleba posmarowany wspólną mar- garyną, niczyim nożem. Potem świadczyłem na jego ślubie, kiedy biedak zdecydował się popełnić małżeństwo. Patrzę nań teraz wspomnieniem, kiedy podając rękę, czuję mocny i zdecydowany uścisk, natychmiast zresztą odwzajem- niony. – Nie ma to jak czułości na początek – syczy z cha- rakterystyczną ironią, sarkazmem i cieniem celowej złośliwości, która stanowiła tylko woalkę dla ciepła naszej przyjaźni. – Nie ma to jak ostra riposta – odpowiadam. – Coś ci się nie podoba, młody? – Czekałem na ciebie. – I dobrze – rzuca natychmiast. – Bo wino mam dobre. Warto na nie czekać. – Musimy pogadać – zaczynam. Męskie przyjaźnie są tak dziwnym zjawiskiem, że nie sposób porównać ich do czegokolwiek. Pewien pilot zestrzelony przez bandytów znad Renu miał ra- 39 cję, pisząc, że przyjaciele są jak ciche anioły, które podnoszą nas, gdy nasze skrzydła zapomniały, jak la- tać. Wiele dni przed fatalną godziną, kiedy miałem zo- stać mordercą, to Daniel pchnął mnie w objęcia losu i nic nie było już takie jak dawniej. Lecz nim to się sta- ło, dzięki niemu wzleciałem. Uczynił to za pomocą zaledwie kilku prostych zdań, na zawsze zmieniając mi życie. – Co jest? – Otwieraj wino – odparłem. Chwilę później korek z cichym puknięciem uwolnił krwistoczerwony płyn i wraz z cierpkim smakiem pierwszych kropel tamtego wina na językach wypo- wiedziałem dziewicze słowa mojego końca: – Pamiętasz Anię? – Tę ze szkoły? – Tak – odparłem – ze szkoły. – Chodziliście do klasy. Dobrze pamiętam? – I mieszkaliśmy razem w internacie – dodałem. – Przez pięć lat. Aż w końcu zakochaliśmy się w sobie. Obłędnie i niezdarnie beznadziejną miłością, która zakończyła się równie nagle, jak szybko wybuchła. Po maturze byliśmy już przecież obcymi sobie, na pozór, ludźmi. – Na pozór? – Bo przez prawie następne czterdzieści miesięcy nie potrafiłem dać szansy innej miłości. Brakowało 40 miejsca w moim sercu dla kogokolwiek innego, gdyż cały niewielki metraż to ona zajęła. – Pamiętam – uśmiecha się gorzko – wtedy cię przecież poznałem. Rozumiem. Ale to minęło, młody. Masz trzydzieści, a nie dwadzieścia dwa lata. – Dwadzieścia jeden. Ostatni raz widziałem ją po maturze. Więc chodzi o osiem lat, których jej nie wi- działem. – Osiem lat? – I trzy miesiące. – Znalazła cię? – Tak. – No dobra. I co mają do tego te wszystkie lata? Zastanawiam się chwilę. Myśli uciekają gdzieś dalej, w czasy, kiedy wchodziłem w dorosłe życie. – Zapomniałem o tym, co mnie kiedyś bolało – mówię, szybko powróciwszy z otchłani ckliwej pa- mięci. – Odzyskałem spokój. Żyję sam. Dobrze zresz- tą wiesz. – Wiem. – Po co wracać do czegoś, co było? – mówię. – Wracać? Skąd wiesz, że ona tego chce? – Twierdzi, że chce tylko spotkania. – Spotkania… – powtarza z ostrożnym wahaniem. – A ty czujesz, że nie o to chodzi? Jak to beztrosko brzmi: spotkania – myślę. Szekspir twierdził, że podróże kończą się spotkaniem kochan- ków. Tymczasem tak wiele musi się wydarzyć, by dwo- je ludzi mogło się spotkać. Tyle musiało się zdarzyć, 41 abym zaczął podróż, którą śnię teraz. Musiałem prze- płynąć przez Styks niemal, aby to wszystko mogło się stać. Aby się mogło bez przypadku przypadkiem wy- darzyć. – Powiedz – pyta – naprawdę to jest kobieta, którą ze wszystkich kochałeś najbardziej? – Tak – przyznałem z melancholią – najbardziej. – Była ważna dla ciebie? – Była. – Więc spotkaj się z nią – odpowiada prosto. – Sko- ro była ważna dla ciebie, spotkaj się – powtarza z naci- skiem. – W końcu nadal gdzieś tam głęboko w twoim sercu jest jeszcze jej ślad. Mam rację? – Masz – przyznałem. – No, więc właśnie – wtrąca. – Nie zamykaj się na nią. Kochałeś ją, więc zasługuje na to, aby się spotkać z tobą po latach. Jeśli łączyło was coś tak niezwykłego i wyjątkowego jak miłość, na pewno warto to zrobić. Tym bardziej teraz, kiedy wszystko jest inne. I nie wiesz, co z tego wyniknie. Tak, nie wiedziałem. Więc za namową przyjaciela wkrótce poddałem się bez reszty przeznaczeniu nie- pomny o głos rozsądku, krzyki rzeczywistości i czer- wone światło rozumu. Posłuchałem marzenia. Straci- łem spokój. Straciłem część siebie i nigdy już jej nie odzyskałem. To był mój wybór. Mój corpus delicti. Mój wyrok śmierci. 42 12. Po wyjściu lekarza i Zosi zrezygnowana Natalia po- deszła do okna. Kiedy poczuła zapach parku, nagle zebrało się jej na płacz. Wszystko wskazuje, że twoja świadomość nie ist- nieje, lecz mimo to nie chcę, byś poczuł moją słabość, moje zrezygnowanie. – Jezu. Przecież to niemożliwe! – mówi po chwili, uświadomiwszy sobie absurdalność sytuacji. Do oczu nabiegły jej łzy. Aby powstrzymać płacz, spojrzała w niebo. Na niebieskim tle przelatywał ogromny odrzutowiec. Było tak cicho, że usłyszała charakterystyczny, niski dźwięk silników. Poczuła, że nie wytrzyma dłużej. Wybiegła na korytarz, zbiegła po schodach i znalazła się przed tylnym wejściem, tylko dla personelu. Usiadła na ławce. Patrzyła na witraże Szpitala św. Elżbiety. Przedsta- wiały Chrystusa uzdrawiającego chorego. Czy przez to, że wybrałam ten zawód, już zawsze będzie musiała kłócić się ze śmiercią o ludzi, których… którzy są dla mnie ważni? – pomyślała. – Dlaczego go nie uzdrowisz? – szepnęła przez łzy do kolorowych szkiełek zalanych ołowiem. Zdała sobie sprawę, że wszystko, czym żyła, było tylko nadzieją. A prawda jest okrutna. Jej mężczyzna nie może być uzdrowiony. On śni i nikt nie jest w stanie go obudzić. Zaczęła płakać. Po policzkach stoczyły się groszki łez. Coś w niej pękło. Skryła twarz 43 w dłoniach i szlochała głośno, nie kryjąc się z tym zu- pełnie. Nie chciała tego, ale łzy dawały ulgę. Teraz, przed ponurym budynkiem, nikt tego nie wiedział. To było jak wyczekiwany od dawna deszcz. Oczyszczenie. Wszak płacz przynosi najwięcej radości, jeśli rozpaczamy samotnie. Ostatnio, przez kilkanaście dni, jej serce wypełniał ten mężczyzna. Dziś wszystko okazało się mrzonką? Wymysłem? Błędem? Płonną nadzieją? Niepostrzeżenie związała się z pacjentem. A prze- cież jest obcy, nierealny, nieprawdziwy. Czy to dlatego, że z nim rozmawiała? Spotykając kogoś obcego, łatwiej nam powiedzieć wszystko, co boli. Wszystko, co daje nam szczęście. Bo tylko obcy człowiek daje nam tę autentyczną moż- liwość całkowitej szczerości. Możliwość wypełnienia czasoprzestrzeni najbardziej prawdziwymi słowami. Otarła łzy i postanowiła, że zapomni o Maksie. 13. Kiedy wyszła, starając się ukryć łzy, które i tak po- czuł, dotarły do niego dźwięki zza okna. Brzmienie odrzutowych silników wepchnęło go do jaskini pa- mięci. Maks z każdą wizytą zagłębia się w nią bez- brzeżnie. Świadomość coraz śmielej, jak zwierzę uwię- zione w jego ciele, łasi się do krat choroby. Kolejne epizody z przeszłości, niczym światło w tunelu, ośle- piają go nagle i niespodziewanie jak teraz. 44 Ryanair, lot numer 1927. Boeing 737-800. Rejs Polska – Irlandia. Baile Átha Cliath. Dublin Airport, DUB / EIDW. Bardzo twarde przyziemienie na po- czątek, choć to parafraza końca, tyle że w odwrotnej kolejności. Krakowska – O’Connell Street. Pub Maska – Czech Inn. Laboratorium – Templebar. Fotel numer czterdzieści osiem. Skąd wiem, czym jest przyziemienie? A DUB to Dublin, ale czytany jako delta, uniform, bravo? Skąd wiem to wszystko? Nie pamiętam, choć kobieta ze wspomnień staje się coraz wyraźniejsza. Jej larwa wije się w kokonie zapomnienia, nieubłaganie plącząc ob- razy, wizje niczym sieć z własnego odwłoka. Posłuchałem cię, przyjacielu – myśli o Danielu. – Mogłeś mieć przecież rację. Spotkałem się z nią 21 września 2008 roku o dziewiętnastej. – Mieszkam w Dublinie – szepnęła. – Chciałabyś kiedyś wrócić do Polski? – Chciałabym. – Kiedy? – Jeszcze nie teraz. Jeszcze nie jestem na to gotowa – odpowiada, szacując zawartość szklanki. Jeszcze nie teraz? Pewnego dnia. Dlaczego właśnie nie dziś? Bałem się, że jutro może nie nadejść nigdy. To „jeszcze nie teraz” wisiało w powietrzu między nami przez następne miesiące. „Pewnego dnia” jednak zbyt często oznacza „nigdy”. Zakochałem się znowu. Tak samo jak wtedy, gdy miałem dwadzieścia lat. Jak szalony ścigałem cień tej 45 samej miłości, lecz z każdym dniem okazywało się, że jestem innym mężczyzną, a ona jest inną kobietą. I kiedy tylko minęło zauroczenie powrotem do szkol- nych lat, trop, którym staraliśmy się podążać, był już ledwie wyczuwalny. Coraz dalszy, z nieuchronnym widmem klęski, od której oddzielał nas tylko czas. Świat wokół zmienił się na tyle, że nie mieliśmy siły. A wszystko inne było ważniejsze niż my. – Jak sobie wyobrażasz zdrowy związek? – mówię wpatrzony w Daniela. – Jako grę słów przez interne- towy komunikator: ja tutaj, a ona trzy tysiące kilome- trów stąd? Rozmowa o przypalonej zupie, pierogach i o tym, co dzisiaj działo się w pracy, kochanie? dalszy i – Więc zdecyduj. – Nie potrafię. – Zrozum, żyjesz nie do końca realną nadzieją, że kiedyś będziecie razem. Musisz wybrać. – I co dalej? – Nic. Mężczyźni, o ile nie realizują jakichś zboczo- nych obsesji, nie domagają się niczego więcej niż so- lidnego seksu francuskiego, trochę miłości, ciepła i zrozumienia. To ci wystarczy, żebyś poczuł się speł- niony. – Niektórzy mają inne pragnienia. – Ale tylko ci wrażliwsi? Albo bardziej ambitni? – pyta. – Jak ty? – Co jeśli okaże się, że to wszystko to jednak po- myłka? 46 I tak mijały kolejne dni, a pod ich wspólnym mia- nownikiem jak drzazga tkwiła obawa, że się nie uda. Wszystko pokreślone tym jej „jeszcze nie teraz”. Aż wreszcie musiało się coś wydarzyć. Każda reakcja potrzebuje impulsu, detonatora. Cze- goś, co spowoduje wybuch kostki trotylu od dawna przygotowanej. A eksplozja wywoła lawinę pozosta- łych wydarzeń. Wreszcie pojawił się detonator. Panowie Sędziowie i Panie Sędziny, łapię się na tym, że moja podświadomość dotąd starała się odwlec tę chwilę, która właśnie nadeszła. Przedstawienie czas zacząć. Panie, daj mi siłę, bym wytrwał – myśli. – Jesteś moim pasterzem, nie brak mi niczego. Chociażbym przechodził przez ciemną dolinę, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną. Twój kij i twoja laska są tym, co mnie pociesza. 14. Siedziała przy kontuarze baru pod ścianą i przypa- trywała się ludziom. Nie odstępowała jej myśl, że przyszła tu niepotrzebnie. Zastanawiała się, czy to ona jest taka wybredna, czy faceci tacy beznadziejni. Więk- szość z nich była popaprana albo przepita alkoholem. – I jak ci smakuje? – usłyszała nad uchem. Odwró- ciwszy się, zobaczyła wysokiego, doskonale zbudowa- nego mężczyznę. – Pytałem o drinka – dodał. – Domyśliłam się. 47 Natychmiast pożałowała, bojąc się, że odzywka może go spłoszyć. A prawdę mówiąc, sprawdziłaby z chęcią, co może jej ów przystojniak zaproponować. – Orzeźwiający, słodko-kwaśny smak o miętowej nucie – rzekł z obcobrzmiącym akcentem, który obu- dził w niej ciekawość. – Zgadza się. Widzę, że znasz się na drinkach. Pew- nie nawet wiesz, jak się nazywa, co? – Może nawet wiem, jak go perfekcyjnie wykonać? – „Perfekcyjnie” powiadasz? – podchwyciła. Nie miała już wątpliwości. W jego słowach przebijał słowiański, obcy cień. Był Rosjaninem, Ukraińcem albo Litwinem. – To nic trudnego! – odparł, odsłaniając w szero- kim uśmiechu niemal idealne białe zęby. – Trzeba trzy albo cztery ćwiartki limonki wrzucić do szklanki. Po- tem dodać kilka liści mięty – akcent pozostał wyraźny – cukier trzcinowy i ugnieść wszystko, aż poczujesz miętę. Teraz jest najważniejsze – ostrzegł. – Do szklanki wsypuje się kruszony lód, dolewa czterdziest- kę białego rumu i wodę gazowaną. Ale w twoim wy- padku to i tak wszystko na marne. – Dlaczego? – Żeby mojito smakowało dobrze, trzeba pić przez słomkę, a ty ją wyrzuciłaś – wyjaśnił, wskazując zawią- zaną w supełek słomkę w popielniczce. – Dobry jesteś – przyznała. Spodobał się jej. – Skończyłeś kurs barmański? – Nie. Sporo czytam. 48 – I piszą, jak zrobić drinka? – Piszą, że byli tacy, co bardzo lubili właśnie mojito. – Tak? A kto taki? – Hemingway pił tak przyrządzonego przez dwa- dzieścia lat. Codziennie. – Kurczę! Przyznaj się, jesteś barmanem? – Tak, masz rację. Pracuję tu jako barman – przy- znał. – Pewnie słyszysz mój akcent? – Troszeczkę. Jest bardzo ciekawy. Uśmiechał się. Cholera jasna, naprawdę jest przy- stojny – pomyślała, spoglądając w błyszczące oczy, rozczochraną czuprynę i piękny uśmiech. – Jestem Siergiej. – Natalia. – Pochodzę z Ukrainy, stąd ten akcent. Zaśmiała się. Rum w drinku zaszumiał jej troszkę w głowie. – Siergieju z Ukrainy – zaczęła – powiedz, co cię sprowadza do Polski. Nie powiesz mi chyba, że drinki Hemingwaya, co? – Drinki robię tylko po to, aby skończyć studia. – O, jak pięknie. A co studiujesz? – Medycynę. Niemal się zakrztusiła. – Co się stało? Nie lubisz lekarzy? – Nie, nie, skąd! – Więc o co chodzi? – A jakiej specjalności chcesz być lekarzem? 49 – Właściwie to już jestem. W Polsce mam staż tylko i doszkolenie. Programy u nas i w Polsce są trochę in- ne. Jestem neurochirurgiem. – O Chryste! – Co znowu? Coś nie tak? – Wszystko w porządku, Siergieju, tylko wiesz ja, ja…
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Modliszka
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: