Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00417 007288 10471362 na godz. na dobę w sumie
Most nad otchłanią - ebook/pdf
Most nad otchłanią - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 359
Wydawca: RW2010 Język publikacji: polski
ISBN: 978-8-3794-9128-5 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> fantastyka >> science-fiction
Porównaj ceny (książka, ebook (-31%), audiobook).

Osobliwy świat, gdzie ruch gwiazd i planet nie podlega żadnym regułom. Potężne państwo-miasto, o władzę nad którym walczą dwa stronnictwa. Doskonały styl sprawia, że czytelnik wyrusza wraz z autorem w podróż niezwykłą, daleko i blisko jednocześnie. Bo choć tam, gdzie toczy się akcja, nic nie jest takie samo, to jednocześnie wszystko wygląda jakby znajomo... przynajmniej jeśli chodzi o ludzkie motywacje, pragnienia bohaterów i nieuniknioną logikę dziejów.

Powieść epicka i kameralna zarazem, fantastyczna i uniwersalna, gdzie w walce między ludźmi i ideami nic nie jest tak oczywiste, jak się wydaje stronom konfliktu, a racja jak zwykle leży gdzieś pośrodku, gdzieś wysoko ponad nimi... A może gdzieś nisko, tam, gdzie nie sięga nawet Otchłań?

 

Polityczne i religijne rozgrywki toczyły się poza Andremilem. Jak każdy potomek Starych Rodów ukończył Akademię wojskową, ale z tą starą tradycją nie łączyły się żadne obowiązki. Do armii garnęło się dość nuworyszy i zubożałych mieszczan, żeby synowie arystokratów mogli spokojnie zajmować się winem, niewolnicami i poezją. Andremil, któremu ojciec kupił patent oficerski, nigdy nie podejrzewał, że będzie musiał walczyć naprawdę! Aż tu nagle przyszedł rozkaz od doży wysyłający niedoświadczonego porucznika w pole. Co się kryło za tą zaskakującą decyzją? Młodzieńca poraził strach. Jeszcze wczoraj był na balu, a teraz czekała go walka, w której najpewniej zginie. Jak postąpi Andremil? Wykaże się odwagę i przebiegłością czy zapomni o honorze, byle uratować życie?

 

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

KONRAD T. LEWANDOWSKI MOST NAD OTCHŁANIĄ Oficyna wydawnicza RW2010 Poznań 2015 Redakcja: Joanna Ślużyńska Korekta: Maciej Ślużyński Redakcja techniczna zespół RW2010 Copyright © Konrad T. Lewandowski 1995–2015 Okładka Copyright © Mateusz Ślużyński zdjęcie na okładce © © Kanea / Fotolia.com Ilustracje Copyright © Przemysław Konieczniak Copyright © for the Polish edition by RW2010, 2015 e-wydanie I ISBN 978-83-7949-127-8 Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie całości albo fragmentu – z wyjątkiem cytatów w artykułach i recenzjach – możliwe jest tylko za zgodą wydawcy. Aby powstała ta książka, nie wycięto ani jednego drzewa. Oficyna wydawnicza RW2010 Dział handlowy: marketing@rw2010.pl Zapraszamy do naszego serwisu: www.rw2010.pl Spis treści Prolog: Podziemna rzeka..............................................................................4 Most nad otchłanią.....................................................................................31 Epilog: Wieża Imion.................................................................................323 Oficyna wydawnicza RW2010 proponuje................................................354 Konrad T. Lewandowski R W 2 0 1 0 Most nad otchłanią Most nad otchłanią Świat jest tylko mostem. Należy przez ów most przejść, ale jest głupcem kto chce na nim budować dom. sentencja buddyjska Bitwa miała się zacząć za kilka godzin. Andremil siedział nagi na brzegu rozgrzebanego łoża i bał się. Od chwili gdy niewolnica, była koczowniczka, wypłoszona chrapliwym: „Wyjdź!”, opuściła jego komnatę, klaszcząc bosymi stopami o nefrytową posadzkę, Andremil nie wykonał żadnego ruchu, nie licząc drżenia ramion i zaciskania pięści. Woskowa świeca płonęła wysokim płomieniem, oświetlając wąskie, ostrołukowe okna i rzucony na stół pomięty list ze złamaną pieczęcią. Zapisane tam słowa wciąż tańczyły przed oczami młodego mężczyzny: Horda barbarzyńców przedarła się przez Przełęcz Szeroką. Szlachetny Andremil Coro stawi się na odprawę oficerów w Wielkim Bastionie o godzinie siódmej jako dowódca drugiej kompanii piechoty. Podpisano: Stamfel, doża. Do odprawy było półtorej godziny. Dla Andremila oznaczało to, że jeszcze przez kwadrans może siedzieć bezczynnie ze wzrokiem wbitym w jeden punkt. Nie wiedział, co zrobi później. Nie mógł opanować przerażenia. Nigdy nie podejrzewał, że będzie musiał naprawdę walczyć! Wieczna wojna z koczownikami była oczywistością, która nigdy nie zaprzątała jego uwagi. O tym nawet nie wypadało mówić. Od tego byli żołnierze w Zewnętrznych Basztach i bastionach Górskiego Przedmościa! Owszem, Andremil tak jak każdy potomek Starych Rodów ukończył Akademię, gdzie uczono wojennego rzemiosła, ale była to tylko stara tradycja, z którą nie łączyły się żadne obowiązki. Do wojska garnęło się wystarczająco dużo 4 Konrad T. Lewandowski R W 2 0 1 0 Most nad otchłanią nuworyszy i zubożałych mieszczan, żeby synowie Starych Rodów mogli spokojnie zajmować się winem, kobietami i poezją. Patent oficerski pół roku temu kupił Andremilowi jego ojciec. Był to prezent na dwudzieste pierwsze urodziny. „Chciałbym, synu, abyś wreszcie zmężniał”, powiedział wtedy Azarel Coro, członek Rady Miejskiej i bliski przyjaciel starszego radcy Tarmisa. Andremil, przyjmując z rąk ojca rulon złoconego pergaminu, myślał tylko o tym, co powie Syntia, kiedy zobaczy go w galowym mundurze porucznika. Nie było przecież żadnego niebezpieczeństwa! Stopień oficerski to jedno, a wymarsz w pole całkiem co innego. Porucznik musiał dowodzić w walce kompanią, tych zaś było tylko siedem. Wakaty na stanowiskach dowódców nie zdarzały się często, a jeśli, to i tak było wiadomo, że formalny wódz armii państwa-miasta Most, doża Stamfel, faworyzuje podobnych sobie nuworyszy, bezczelnie nazywających siebie Nową Szlachtą. W ostateczności awansowano jakiegoś wyróżniającego się podoficera służby czynnej. W tej sytuacji nie było praktycznie żadnych szans, że Andremil zostanie wysłany przeciw koczownikom. On sam znał dwóch poruczników w stanie spoczynku, którzy nie wąchali prochu w innych okolicznościach niż na strzelnicy i polowaniu. W obecności tych ludzi jakakolwiek wzmianka o walce była nietaktem. Służący przyniósł list opatrzony pieczęcią doży i adnotacją „Pilne” w chwili, gdy Andremil leniwie rozważał problem, czy posiąść niewolnicę po raz czwarty tej nocy. Potem były słowa przeprosin, trzask łamanego laku i grom z jasnego nieba. Coś podobnego nie miało prawa się wydarzyć! Ale zdarzyło się... Andremil siedział porażony strachem. Miał walczyć na śmierć i życie. Walczyć... zginąć... na pewno zginąć! Wyobraził sobie miecz wbijający się w jego szyję: ostrze przecina z chrzęstem skórę i mięśnie, rozrywa krtań, tętnice... Wyraźnie usłyszał zgrzyt żelaza o kręgi szyjne i wstrząsnął nim zimny dreszcz, który przeszedł w kolejną falę panicznego strachu przed śmiercią. Nie chciał umierać! Jak mogło do tego dojść? Dlaczego doża wbrew dotychczasowej praktyce 5 Konrad T. Lewandowski R W 2 0 1 0 Most nad otchłanią postanowił wysłać w pole niedoświadczonego oficera pochodzącego ze Starego Rodu? Na pewno chodziło o jakąś polityczną grę! Tarcia w Radzie Miejskiej pomiędzy Starymi Rodami a Nową Szlachtą były publiczną tajemnicą. On, Andremil, miał stać się kozłem ofiarnym, argumentem w nieznanym mu sporze. Należało się z tego natychmiast wywikłać! Z daleka od polityki! Musiał złożyć stopień oficerski, zanim to bagno go wciągnie i zamieni w martwy symbol czegoś tam. Młodzieniec poderwał się, by poszukać przyborów do pisania, lecz zmartwiał w pół ruchu. Nie mógł teraz złożyć rezygnacji. Był oficerem, któremu wydano rozkaz! Jeśli go nie wykona, zostanie rozstrzelany. Z wojska będzie mógł wystąpić dopiero wtedy, gdy doża nic od niego nie będzie chciał. Andremil usiadł bezwładnie. Nie było wyjścia. Poczuł się jak skazaniec przed egzekucją. I do tego jeszcze ta druga kompania... Wszyscy słyszeli o tym, że w ciągu ostatnich ośmiu miesięcy trzech kolejnych dowódców tego oddziału poległo w walce w niejasnych okolicznościach. Żadna inna kompania nie straciła tylu dowódców w tak krótkim czasie. W ostatnim przypadku wszczęto nawet śledztwo, gdyż medyk stwierdził, że śmiertelna rana, którą miał zadać topór koczownika, bardziej wygląda na ranę od dwuręcznego miecza, których używali piechurzy z trzeciej linii. Wynikało z tego, że jeden z żołnierzy przy milczącej zgodzie pozostałych po prostu rozchlastał dowódcę w bitewnym zamieszaniu. Przesłuchiwani piechurzy wzruszali ramionami i twierdzili, że był to koczownik z wielkim toporem. Topora nie odnaleziono, więc porównując ślady na kościach, nie można było udowodnić słuszności opinii medyka. W końcu Rada Miasta mimo sprzeciwu doży nakazała umorzyć śledztwo, „aby nie uwłaczać pamięci poległego bohatera”. Stamfel podobno był wściekły. Pewnie teraz uznał, że podobny los powinien spotkać syna kogoś wysoko postawionego w Radzie! Andremilowi zaczęło się zbierać na płacz. Wczoraj po południu był na balu u Syntii, wieczorem, zanim wezwał niewolnicę, napisał niezły wiersz, a teraz tkwił między młotem a kowadłem. Z jednej strony dzicy barbarzyńcy, z drugiej banda 6 Konrad T. Lewandowski R W 2 0 1 0 Most nad otchłanią niezdyscyplinowanych natychmiastowa ucieczka! Pal licho honor, przecież trzeba ratować życie... łajdaków i morderców. Ocalić go mogła tylko W tym momencie otworzyły się drzwi i w progu stanął sześćdziesięcioletni Azarel Coro. – Kazałem przygotować twój ekwipunek, synu – powiedział półgłosem. Andremil drgnął gwałtownie. – Skąd wiesz? – wykrztusił. Stary Coro uśmiechnął się pod wąsem. – Trzydzieści pięć lat temu pewnej nocy ja też otrzymałem pilny list od doży, a chwilę potem odesłałem niewolnicę. Andremil nie odpowiedział, znów wpatrzył się w punkt na ścianie. – Chyba powinieneś założyć kalesony – zauważył ojciec. Młodzieniec popatrzył na swoje nagie ciało. Machinalnie sięgnął po bieliznę, a potem już bez zachęty założył czarną koszulę. Ubierał się powoli, jak pozbawiony własnej woli. W pewnym sensie była to prawda. Jego uczucia zamarły. Sprawiły to słowa ojca. Andremil nie śmiał ani spojrzeć mu w oczy, ani wyjawić swych myśli. Gdy wciągnął spodnie, stary Coro odsunął się od drzwi i klasnął w dłonie. Weszli Bruno i Boko, służący. Nieśli broń i zbroję. Andremil odruchowo wyciągnął ręce po arkebuz i mocno zacisnął palce na zimnym metalu. Poczuł się lepiej, ciężar broni wydał się czymś przyjaznym i rzeczywistym. Ten arkebuz był teraz jego jedynym przyjacielem. Andremil zmarszczył brwi. Od czasu ukończenia Akademii, czyli od trzech lat, nigdy nie strzelał z broni bojowej. Czasem tylko ze strzelby na króliki, która miała dwa razy mniejszy kaliber i krótszą lufę... Odruchowo rozmasował sobie prawe ramię. Ojciec i obaj służący patrzyli na niego bez słowa. Andremilowi wróciła jasność umysłu. Starał się przypomnieć sobie wszystko, czego uczono go w Akademii. Po pierwsze: sprawdzić zamek! Podszedł bliżej światła i odciągnął kurek, w którego 7 Konrad T. Lewandowski R W 2 0 1 0 Most nad otchłanią szczękach tkwił krzemienny klin. Andremil chwycił krzesiwo w dwa palce i spróbował nim poruszyć. Żadnego luzu, dobrze! Uniósł pokrywkę panewki. Dno prochowej miseczki tworzyła chropowata krawędź koła krzeszącego. Nie była zanieczyszczona oliwą. Bardzo dobrze! Otwór zapałowy, tuż nad kołem, nie wydawał się zatkany. Andremil na wszelki wypadek przyjrzał mu się uważniej. Był czysty. Młodzieniec zajrzał do lufy. – Czy wewnątrz nie ma oliwy? – zapytał. – Wytarłem do sucha pakułami, panie – odpowiedział Bruno. – Klucz do zamka! – rzucił Andremil, wyciągając rękę. Oparł kolbę arkebuza o biodro i założył klucz na czop wystający z zamka poniżej panewki. Trzema obrotami nakręcił koło krzeszące, przy okazji upewniając się, że na całej jego krawędzi nie ma śladów oliwy z głębi zamka, co mogłoby uniemożliwić skrzesanie iskry. Oddał klucz, uniósł arkebuz. Ostrożnie opuścił kurek. Krzesiwo weszło do wnętrza panewki i mocno oparło się o krawędź koła. Andremil nacisnął spust. Przeciągły zgrzyt ostro wwiercił się w uszy, a z panewki trysnął snop iskier. Zamek kołowy działał prawidłowo! Młodzieniec odciągnął kurek i uważnie obejrzał krzemień i wnętrze panewki. Minerał był tylko nieznacznie starty, a na dnie zebrała się szczypta okruchów. Andremil wydmuchał je stamtąd, pilnie bacząc, aby nie dostały się do otworu zapałowego. – Dobre krzesiwo – powiedział, zamykając panewkę. – Kupiłem najlepszy gatunek – odparł Azarel Coro. – Jeden ząb powinien wystarczyć ci na tuzin strzałów. – Dziękuję, ojcze. – Andremil uśmiechnął się blado. Nie przestał się bać, ale strach nie osaczał już każdej jego myśli, nie paraliżował woli. Ojciec był żywym dowodem na to, że z bitwy można wyjść cało. W obliczu tego faktu i w obecności 8 Konrad T. Lewandowski R W 2 0 1 0 Most nad otchłanią służby nie wypadało okazać lęku. Andremil zdał sobie sprawę, że szlachectwo jednak zobowiązuje i teraz czuł się szczęśliwy, iż nikt nie zna jego myśli sprzed kilkunastu minut. – Poproszę ładunek – rzekł do służącego, zdobywając się na niekonieczną uprzejmość. Konwenanse ułatwiały ukrycie prawdziwych emocji. Sędziwy Bruno, domowy rusznikarz, oderwał od leżącego na krześle bandoletu zasklepioną z dwu stron tuleję z nawoskowanej tektury. Przy skórzanym pasie pozostało ich jeszcze jedenaście, zawieszonych na kawałkach mocnego szpagatu. Andremil mocno przygryzł koniec ładunku. Tektura zachrzęściła i ustąpiła. W środku były papierowa torebka z odważoną porcją prochu i kula. Młodzieniec opuścił kolbę arkebuza na podłogę i urwał koniec papierowej tutki. Uncja czarnego prochu zaszemrała w lufie, pyląc lekko przy wylocie, co dowodziło, że nabój jest suchy. Andremil stuknął kolbą o posadzkę, przedarł opróżnioną torebkę na pół, jedną część wepchnął do lufy, po czym wyciągnął stempel i ubił ładunek trzema mocnymi uderzeniami. Z tekturowej tulei wytrząsnął kulę kaliber trzy czwarte cala, odlaną z utwardzonego antymonem ołowiu. Uświadomił sobie, że wszystkie te, ściśle określone regulaminem, czynności wykonuje zbyt wolno. Pamiętał każdy ruch, ale nie mogło to zastąpić braku ćwiczeń. Pocisk zniknął w lufie, w ślad za nim poszła przybitka, czyli reszta torebki po prochu. Pusta tuleja zaklekotała na stole. Jeszcze raz pchnął stemplem, zabezpieczając kulę przed wypadnięciem, a następnie włożył stempel pod lufę. Ojciec Andremila z dezaprobatą pokręcił głową. Ładowanie już powinno się skończyć, a jeszcze daleko było do końca! Teraz zamek. Andremil otworzył panewkę. Było w niej już kilka ziaren prochu, które przedostały się przez otwór zapałowy. Bruno znów podał mu klucz i młodzieniec ponownie nakręcił mechanizm koła krzeszącego. Wymienił klucz na prochownicę z mączką prochową. Wsypał czarny pył do panewki, starając się aby 9 Konrad T. Lewandowski R W 2 0 1 0 Most nad otchłanią wypełnił on przede wszystkim otwór zapałowy, zamknął panewkę, prochownicę oraz opuścił kurek, dociskając krzesiwem pokrywkę panewki. Gotowe! Odetchnął z ulgą. – Długo to trwało – zauważył stary Coro, przygładzając wąsa – ale nie przejmuj się tym. Ja na twoim miejscu ze zdenerwowania nie mogłem trafić stemplem do lufy! Andremil uspokoił się. Naładowana broń niemal namacalnie wibrowała śmiercionośną mocą. Odstawił arkebuz pod ścianę. Zbroja. Młodzieniec wyprostował się. Boko nałożył mu najpierw ochraniacz krocza, zwany muszlą. Była to wypukła stalowa płyta, od której odchodziły dwa pasy kolczugi, osłaniające tętnice udowe. Boko zamocował to wszystko przy pomocy rzemiennych pasków, otaczających każdą nogę nad kolanem, w połowie uda i na biodrach. Potem Andremil usiadł i wzuł żołnierskie buty, a Boko założył na nie nagolenniki. Teraz przyszła kolej na pancerz. Do pomocy ruszyli wszyscy obecni. Napierśnik i naplecznik miały po dwa segmenty na górną i dolną połowę tułowia, więc po chwili Andremil wyglądał jak wielki owad. Wrażenie to zwiększyły masywne naramienniki, chroniące od cięć z konia. Andremil od lat nie uprawiał wojskowej gimnastyki. To, że ciężar zbroi nie wtłoczył go teraz w podłogę, zawdzięczał tylko temu, że zwykł wiele czasu i uwagi poświęcać niewolnicom w łożu. Tego typu zaprawy nigdy mu nie brakowało! Uśmiech błąkający się na wargach Andremila zgasł, gdy założono mu nałokietniki. Były to wąskie, stalowe paski. Nie mogły być większe i szersze, aby niepotrzebnie nie obciążać rąk, gdyż wtedy lekkozbrojny koczownik okazałby się szybszy w walce. Jednak trzeba było dużej zręczności, aby tak lekkim nałokietnikiem sparować cios miecza. Młody Coro uświadomił sobie, że tego nie umie. Mógł łatwo stracić rękę... Pasy były dwa. Bandolet z nabojami na skos od lewego ramienia do prawego biodra. Klucz do nakręcania zamka i prochownica z prochem podsypkowym wisiały na końcu bandoletu, dokładnie na prawym biodrze. Obok nich na zwykłym pasie 10 Konrad T. Lewandowski R W 2 0 1 0 Most nad otchłanią znajdowała się pochwa ze sztyletem o toczonej rękojeści, którą w razie potrzeby można było zaszpuntować lufę arkebuza. Na pasie ze sztyletem były jeszcze prostokątna ładownica, rapcie na broń białą oraz manierka. Andremil sprawdził zawartość ładownicy. Sześć dodatkowych ładunków, woreczek z zapasowym krzesiwem, garść pakuł i zwój szarpi... Zaschło mu w ustach. – Sądzę, że nie powinieneś jeść dzisiaj śniadania... – rzekł ojciec. Strach powrócił. Andremil bardzo dokładnie wyobraził sobie, jak oszalały z bólu próbuje okręcić szarpiami tryskający krwią kikut ręki, jak mu się to nie udaje i jak kona z upływu krwi. Z trudem zdołał się opanować. Bez słowa przytaknął ojcu, pośpiesznie zamknął ładownicę i zaczął poprawiać rapcie na lewym boku. – Rapier czy miecz? – spytał Azarel Coro. Andremil ujrzał szarżującego na siebie koczownika i żołądek podszedł mu do gardła. Z wysiłkiem zmusił się do logicznego myślenia. Nie poradzi sobie, jeśli będzie miał w ręku szpikulcowaty rapier. – Miecz... – Odkaszlnął. Bruno podniósł broń z krzesła i umieścił w rapciach. Młodzieniec wysunął klingę. – Wyostrzony? – zapytał, starając się ukryć drżenie głosu. – Tak, panie. Azarel Coro wziął od Boko ryngraf oficerski i z powagą powiesił na piersiach syna. Andremil zobaczył w oczach ojca błysk dumy i poczuł się bardzo głupio. Boko zarzucił na ramiona młodzieńca długi czarny płaszcz i kilkoma ruchami grzebienia rozczesał jego włosy. Bruno podał gładki okrągły hełm. Z powodu tych hełmów koczownicy nazywali żołnierzy Mostu „Żelaznymi Czaszkami”. Dla mieczników i pikinierów było to jedyne nakrycie głowy, zaś arkebuzerzy zakładali na hełmy jeszcze trójrożne kapelusze z nieproporcjonalnie wydłużonym prawym rondem, które w czasie deszczu osłaniało otwartą panewkę uniesionego do ramienia 11 Konrad T. Lewandowski R W 2 0 1 0 Most nad otchłanią arkebuza. Andremil, zerkając w lustro trzymane przez Boko, poprawił kapelusz, by nie było widać hełmu. To wszystko. Ruchem dłoni odprawił Boko i zarzucił arkebuz na ramię. Znowu poczuł się pewniej. Ta huśtawka nastrojów zaczęła go już irytować. Ojciec wyszedł pierwszy. Gdy schodzili po schodach i szli przez przedpokój ozdobiony popiersiami przodków, nikt nie odezwał się ani słowem. Dopiero kiedy stanęli pod drzwiami, stary Coro przemówił: – Nie obudziłem twej matki, bo to nie kobieca rzecz. Idź i zrób, co powinien zrobić mężczyzna. – Postąpił krok naprzód i mocno uściskał syna. Skurcz zdławił gardło młodzieńca. Nie był w stanie wykrztusić słowa. Z przerażeniem stwierdził, że wzbiera w nim szloch. Na szczęście pojawił się Boko, niosąc tacę z kielichem. – Wino z wodą, panie – oznajmił. Andremil porwał naczynie i wychylił je duszkiem. – Jak sobie życzysz, ojcze – rzekł, odstawiając kielich. Głos mu drżał, ale tylko trochę. Odwrócił się i otworzył drzwi. Azarel Coro położył mu nagle rękę na ramieniu. – Kiedy zobaczysz ich pierwszy raz, jak pędzą prosto na ciebie – powiedział cicho – ściśnij mocno pośladki. Strach nie sługa, a z pełnymi portkami niezręcznie dowodzić setką ludzi... Andremil uniósł brwi, a ojciec uśmiechnął się i wypchnął go za próg. – Powodzenia, chłopcze! Poranek był pochmurny i szary. Nie dało się określić, ile wzeszło dziś słońc ani w którym miejscu horyzontu nastąpił wschód, czy też wschody. Miasto Most spało pogrążone w ciszy. Młody oficer szczelniej okrył się płaszczem, poprawił arkebuz i nie oglądając się na ozdobny fronton pałacu rodu Coro, ruszył przed siebie. Pobrzękując ryngrafem, przeszedł przez Główną Ulicę i zniknął w zaułku 12 Konrad T. Lewandowski R W 2 0 1 0 Most nad otchłanią prowadzącym w kierunku koszar i Wielkiego Bastionu. Chwilę później z głębi mrocznej uliczki dobiegło kilka zduszonych przekleństw, a potem plusk moczu. *** Augunon, arcykapłan Jedynego Pana Gwiazd, na kolanach, z łokciami wspartymi o pulpit klęcznika, kontemplował Otchłań. Ciemnozielona odsunięta na bok kotara odsłaniała okno wychodzące na bezdenną rozpadlinę, której brzegi łączył most- miasto, zwany po prostu Mostem. Augunon w skupieniu wpatrywał się w szeroką na pięćset kroków, czarną, hipnotyzującą wyrwę w rzeczywistości. Zgodnie z Objawieniem spisanym na mikowych kartach Wielkiej Księgi na dnie Otchłani znajdowało się Światło, w którym pogrążały się dusze zbawionych. Światło to mogli ujrzeć również żywi, o ile ich wiara była dostatecznie silna. Augunon jak co dzień od czterdziestu lat spoglądał w Otchłań i modlił się o ten cud. Pragnął mądrości i absolutnej wiedzy, która nadeszłaby z Otchłani wraz ze Światłem. Nic takiego jednak, jak dotąd, nie miało miejsca i arcykapłan nie wiedział, czy nie jest godny tego błogosławieństwa, czy też Pan Gwiazd pragnie wypróbować jego wiarę. Rozstrzygnięcie tego problemu przerastało możliwości rozumu, więc Augunon, tak jak nakazywała Wielka Księga, spoglądał w Otchłań z pokorą i nadzieją. Ciche pukanie przerwało idealną ciszę. Arcykapłan drgnął i powoli wstał z klęcznika. – Wejść – powiedział cicho. W progu pojawił się młody akolita, który ujrzawszy odsuniętą zasłonę w oknie, natychmiast spuścił wzrok. Był zbyt młody i nie dostąpił jeszcze zaszczytu kontemplacji Otchłani. – Wasza świątobliwość, przybył mistrz Konrest – oznajmił. Augunon westchnął z rezygnacją. – Niech wejdzie. Możesz odejść. 13 Konrad T. Lewandowski R W 2 0 1 0 Most nad otchłanią Akolita, nie odrywając spojrzenia od podłogi, pokłonił się i wycofał z gabinetu arcykapłana. Za moment do komnaty wszedł mężczyzna niewiele młodszy od Augunona, odziany w granatowy surdut. – Witaj, czcigodny. – Przybysz ledwie dostrzegalnym ruchem pochylił głowę i postąpiwszy krok w stronę okna, bez obawy spojrzał w Otchłań. Augunon nie odpowiedział. Odwrócił się i starannie zaciągnął kotarę. W pokoju zapanowała ciemność. – W moim gabinecie też mam okno z widokiem na Przepaść – zauważył Konrest. – Niestety, to prawda – odparł arcykapłan, ciągnąc za wiszący przy ścianie sznur. W suficie komnaty odsłoniło się drugie okno i z powrotem zrobiło się widno. – Unikasz mnie – rzekł gość. – I to też jest prawda – odparł Augunon. – Wybacz, czcigodny, iż przerwałem twoją medytację, ale muszę omówić z tobą ważną sprawę. O innej porze nie sposób się do ciebie zbliżyć. – Ważną sprawę... – powtórzył arcykapłan z cierpkim uśmiechem. – Tak, wybrałeś zaiste właściwą porę, mistrzu Konreście. W porze kontemplacji wymyślanie wymówek przychodzi mi z dużym trudem. – Czy mógłbyś powściągnąć swą niechęć?! Nie zakłóciłbym twoich modłów, czcigodny, gdybyś odpowiedział na mój list i wyznaczył datę spotkania. – Nie zrobiłem tego, gdyż nie spodziewałem się, aby to było korzystne dla spokoju mego ducha. Twojego też. – Skończmy z tym, czcigodny! – Konrest gniewnie przeciął dłonią powietrze. – Ja i moi uczeni mamy zamiar ostatecznie rozstrzygnąć, czy łuk, na którym wzniesiono nasze miasto, jest tworem naturalnym, czy też przerzucili go nad Przepaścią nasi genialni przodkowie. 14 Konrad T. Lewandowski R W 2 0 1 0 Most nad otchłanią – Nie Przepaścią, tylko Otchłanią – poprawił go Augunon. Mistrz Konrest, przewodniczący Rady Mistrzów Uniwersytetu miasta Most, puścił tę uwagę mimo uszu. – To, co widać od spodu, nie jest jednoznaczne – kontynuował. – Dlatego chcemy przeprowadzić badania w miejskich kanałach, dotrzeć do pierwotnego rdzenia nośnego i określić jego naturę. – To oznacza, że chcecie rozebrać ściany i dno jednego z kanałów i zdejmować kolejne warstwy kamieni aż do skutku... – Arcykapłan zawiesił głos. – Podejmiemy niezbędne środki ostrożności – zapewnił szybko Konrest. – Co to znaczy „niezbędne”? – Augunon uniósł brwi. – Czy jesteście w stanie choć w dziesiątej części przewidzieć, co się stanie, gdy zaczniecie gmerać w elementach konstrukcji nośnej? – Podejmiemy wszelkie dostępne środki bezpieczeństwa – powtórzył Konrest. – Przyszedłem prosić cię, czcigodny, aby twoi kapłani nie straszyli mieszczan i nie rozgłaszali, że Most runie w wyniku naszych badań. – I tak runie – zauważył Augunon. – Tak jest zapisane w Księdze, lecz wasze badania mogą doprowadzić do tego przed czasem. Chcecie wystawić na próbę dobroć Pana Gwiazd. – Powtarzam, że... – zaczął uczony. – Mistrzu Konreście! – przerwał mu arcykapłan. – Usłyszałem twoje zapewnienia i nie jestem przekonany, że dostępne tobie i twoim podwładnym środki bezpieczeństwa są wystarczające. – Niedawno wynaleźliśmy nową metodę określania rozkładu natężeń w kamiennej ścianie. Otóż ściśnięty kamień inaczej przenosi dźwięk. Zastosujemy zestaw kamertonów, nastrojonych tak, że da się określić wielkość nacisku. Wszystko mamy wyliczone. 15 Konrad T. Lewandowski R W 2 0 1 0 Most nad otchłanią – To nie jest dowód na to, że Most nie runie. Wiecie zbyt mało o architekturze fundamentów naszego miasta... – I właśnie dlatego chcemy je poznać! – wpadł mu w słowo Konrest. – Ryzykując życiem i zbawieniem wszystkich mieszkańców? – zapytał surowo Augunon. – Wiesz dobrze, że nie ma większego grzechu ponad rzucenie się żywcem do Otchłani! Zapisane jest w Księdze, że nie ujrzy Światłości na dnie ten, kto zstąpił w Otchłań z ciałem i duszą, albowiem ów spadać będzie bez końca, aż stanie się demonem, jak inne dusze potępionych, które zstąpiwszy w Otchłań, nie znalazły w niej Światła. Konrest zamachał gwałtownie rękami, ale arcykapłan Jedynego nie dał mu dojść do głosu. – Taki los czeka ciebie, mistrzu Konreście, jeśli się nie nawrócisz. Boleję nad tym, ale nie mogę zrobić nic przeciw twej wolnej woli. Jednakże mogę nie dopuścić do tego, abyś pociągnął za sobą nieświadomych niczego, pobożnych mieszkańców Mostu. – Według ciebie, czcigodny, mamy niczego nie tykać i tylko modlić się do Pana Gwiazd, by Most nie runął? – wycedził Konrest, z trudem nad sobą panując. – Właśnie tak, mistrzu Konreście. Celnie to ująłeś. – Więc mamy żyć w ciemnocie i niewiedzy! – wybuchnął uczony. – O to ci chodzi, nieprawdaż?! Aby dochody świątyni nie ucierpiały, bo bojący się ludzie płacą więcej! Augunon nawet nie drgnął. – Lubisz proste wyjaśnienia, jak widzę – rzekł spokojnie. – Albo może twój brak wiary dopuszcza to wyjaśnienie jako jedyne możliwe. Zatem przyjmując twoje założenia, muszę przyznać, iż masz rację. – To, czego żądasz, jest przeciwne ludzkiej naturze! – zawołał Konrest. – My musimy wiedzieć! Musimy zaspokajać naszą ciekawość! 16 Konrad T. Lewandowski R W 2 0 1 0 Most nad otchłanią – Doprawdy? – Augunon splótł dłonie na piersiach. – Czy mógłbyś zatem odpowiedzieć mi na pytanie, do czego ma służyć ta wiedza? Czy dla samej wiedzy? W takim razie przyznasz, że ryzyko jest chyba zbyt wielkie. Narażać życie i zbawienie sześciu tysięcy mieszkańców Mostu tylko po to, aby zaspokoić ciekawość kilku mistrzów nauk niezależnych, to już gruba przesada. A może chodzi o zapoznanie się ze strukturą przęsła, po to, aby wybudować drugi most nad Otchłanią? Konrest zbladł. – Ty wiesz?... – Nie wiem, ale myślę, co być może na jedno wychodzi. – Jak... – Nie wątpię, że przychodzisz tutaj w imieniu doży. Gdybyś nie miał jego glejtu, straż świątyni nie dopuściłaby cię do moich drzwi. – To prawda – przyznał uczony i sięgnął za pazuchę, lecz arcykapłan tylko machnął ręką i mówił dalej. – Doża zatem popiera twój projekt, a nie wmówisz mi, że lord Stamfel robi to w imię umiłowania prawdy. Zbyt dobrze go znam, by wiedzieć, że musi mieć w tym niebagatelny interes. Jedyną zaś rzeczą, która tak naprawdę zajmuje naszego dożę, jest ustanowienie nowych zasad podziału myta, korzystnych dla popierającej go Nowej Szlachty. W obecnej sytuacji połowę dochodów naszego państwa-miasta zagarniają Stare Rody. Ten stan rzeczy uległby zmianie, gdyby Most został poszerzony. W nowej części miasta zamieszkaliby zwolennicy doży, którzy mogliby wtedy decydować o liczbie barbarzyńców przepuszczanych na drugi brzeg Otchłani. To złamałoby monopol Starych Rodów i dochody Nowej Szlachty mogłyby ulec potrojeniu. Oczywiście coś skapnęłoby także budowniczym nowego mostu-miasta, czyli tobie, drogi mistrzu, twoim inżynierom i Uniwersytetowi, prawda? Konrest skinął głową. 17 Konrad T. Lewandowski R W 2 0 1 0 Most nad otchłanią – Nie mogę zaprzeczyć – rzekł – ale to nie tylko dla... – Oczywiście, oczywiście! – zawołał szybko Augunon. – Niech mnie Jedyny broni przed posądzeniem cię, że robisz to wyłącznie dla zysków z myta. Aczkolwiek gdybym był złośliwy, tak bym właśnie powiedział... – Arcykapłan uśmiechnął się znacząco. – Wybacz, czcigodny. – Konrest pochylił głowę znacznie niżej niż przy powitaniu. – Niepotrzebnie się uniosłem. – Zatem jesteśmy kwita – oznajmił Augunon. – Ale wracamy do punktu wyjścia. Twoje przedsięwzięcie jest niebezpieczne, więc nie mogę zachować neutralności. – W Księdze nie ma nic na temat poszerzania Mostu – odparł szybko Konrest. – To nie jest zakazane. – Wyłożyłem już swoje zastrzeżenia. – Myślę, że twoje obawy, czcigodny, są przesadzone. Przy największej możliwej ostrożności... – Zrozum, mistrzu Konreście, ja nie chcę tego sprawdzać! Powody, które podałeś, są zbyt słabe, by warto było podjąć takie ryzyko. Interesów naszego doży w ogóle nie biorę pod rozwagę, co zaś się tyczy wiedzy, którą pragniesz zdobyć, to pytam cię: czy warto do niej dążyć za wszelką cenę? Czy staniemy się od tego lepszymi ludźmi? Jeśli zaś wyznajesz zasadę zdobywania wiedzy dla samej wiedzy, to muszę cię napomnieć, że nie ma boga nad Jedynego Pana Gwiazd i stawianie nad Nim wiedzy jest herezją. – Tak, teraz już wszystko jasne! – Konrest zrobił zwrot na pięcie, przeszedł szybkim krokiem gabinet arcykapłana i znów podszedł do Augunona. – Wy, kapłani, oczywiście wolelibyście, abyśmy my, ludzie nauki, zajmowali się obliczaniem, jak z możliwie najmniejszej ilości drewna zrobić jak najpojemniejszą beczkę, albo udoskonalali oliwne kaganki. W żadnym jednak wypadku nie wolno nam szukać dna Przepaści czy budować Machiny Nieba! 18 Konrad T. Lewandowski R W 2 0 1 0 Most nad otchłanią 19 Konrad T. Lewandowski R W 2 0 1 0 Most nad otchłanią – Ruchy gwiazd i słońc są niepowtarzalne – rzekł surowo Augunon. – Tylko Pan Gwiazd zna ich teraźniejsze i przyszłe drogi. Z twoich słów wnoszę, że znowu podjęliście bezbożną próbę skonstruowania mechanicznego modelu nieba? – Tak – odparł butnie Konrest. – Doża przyznał nam na ten cel pewne fundusze! Wiesz, czcigodny, chciałbym zobaczyć twoją minę, kiedy któregoś dnia udowodnimy, że Przepaść ma dno, a także zdołamy przewidzieć ruch każdej gwiazdy oraz to, w którym miejscu horyzontu nastąpi wschód i ile słońc wzejdzie. – To się wam nigdy nie uda. Konrest wzniósł dumnie głowę. – Czy już zapomniałeś, czcigodny, o czasach, kiedy twoi poprzednicy głosili, że Przepaść nie tylko nie ma dna, ale i końca? Ilu sprzeciwiających się temu dogmatowi uczonych pogrzebano wówczas żywcem na cmentarzu przestępców? Sądy kapłańskie twierdziły, że wyświadczają w ten sposób łaskę heretykom, gdyż dzięki takiej śmierci ich dusze unikną wiecznego spadania w ciemność. – To bolesny rozdział przeszłości. – Augunon spochmurniał. – Słudzy Jedynego popełnili wtedy wiele nadużyć... – Ja bym to nazwał zbrodniami! – prychnął Konrest. – A co było potem, kiedy okazało się, że Przepaść, jakkolwiek jest bardzo długa, to jednak ma końce?! Zamiast zwrócić dobre imię niesłusznie straconym i potępić sędziów, zabraliście się za pokrętną retorykę. – Stwierdzono, że w poprzedniej interpretacji Księgi był błąd – rzekł oschle arcykapłan. – Tłumaczono ją zbyt dosłownie. Język Księgi, który jest tylko narzędziem Objawienia, brano za samo Objawienie. W związku z nowymi odkryciami naukowymi skorygowano owo niesłuszne mniemanie. – Ale zanim do tego doszło, szesnastu natchnionych, dobrowolnych wygnańców w imię nauki i prawdy wyruszyło wraz z rodzinami, by dotrzeć do końca Przepaści, obejść ją i wrócić wzdłuż drugiego brzegu. Dokonali tego ich potomkowie 20 Konrad T. Lewandowski R W 2 0 1 0 Most nad otchłanią w dwudziestym trzecim pokoleniu! Dzięki temu bezgranicznemu poświęceniu i dzięki niektórym legendom koczowników wiemy dziś, że Przepaść ma skończoną długość, a czas potrzebny do przejścia wzdłuż niej od końca do końca równa się czasowi życia dwudziestu trzech pokoleń! Wiemy też, że nasz Most znajduje się w połowie długości Przepaści. – Mistrzu Konreście. – Augunon spojrzał mu prosto w oczy. – Nie musisz mi o tym przypominać. Zapewniam cię, że tylko przez wzgląd na minione męczeństwo i szlachetne ofiary ludzi nauki rozmawiam dziś z tobą jak równy z równym, choć niektórzy bracia w kapłaństwie zapewne mieliby mi to za złe. Jednak powtarzam ci, że swoimi doświadczeniami nie zdołasz obalić fundamentalnych prawd wiary. – Dowiedliśmy już, że przepaść ma krańce, więc dowiedziemy, że ma również dno! – Otchłań nie ma dna, więc to się nie może udać. Wiem, iż niedawno spuściliście sondę na sznurze o długości dwudziestu tysięcy łokci. Dna nie udało się dotknąć. – To nic nie znaczy. – Konrest wzruszył ramionami. – Być może zabrakło kilku łokci... Nie wątpimy, że Przepaść jest bardzo głęboka. – Przez wasze skierowane w dół teleskopy również nie udało się nic dostrzec – zauważył Augunon. – Uniwersytet znajduje się przy brzegu Przepaści. Obserwację dna mogła uniemożliwić nawet nieznaczna krzywizna ścian, która przy odpowiednio dużej głębokości musi w końcu wejść w pole widzenia teleskopu. Nie byłoby tego kłopotu, gdybyśmy mogli ustawić nasze instrumenty tu, w świątyni, którą wybudowano dokładnie nad środkiem Przepaści. Wtedy powinniśmy bez przeszkód dostrzec dno albo ową światłość, o której mówi Księga, co rozstrzygnęłoby... 21 Konrad T. Lewandowski R W 2 0 1 0 Oficyna wydawnicza RW2010 proponuje Oficyna wydawnicza RW2010 proponuje Romuald Pawlak: Rycerz bezkonny Nie całkiem poważna fantasy o rycerzu bezkonnym, który zaczął od dorabiania pasowaniem zwłok, zrobił krótką, ale intensywną karierę jako świecki inkwizytor, by wreszcie oddać się swemu prawdziwemu powołaniu: magii. A wszystko to za sprawą kupca, który przejął za długi rodzinny majątek Fillegana, zmuszając go do emigracji z rodzinnego Wake w Anglii na kontynent. Oto dlaczego kupiec zawsze będzie wrogiem rycerza, a rycerz krzywo spoglądać będzie na bogatego kupca... chyba że sam stanie się po stokroć bogatszy. Skoro nie całkiem poważna literatura, to należy się tu spodziewać i kultu Monty Pychotka, i morderczej mandragory, wystąpienia mumii Ramzesa XII, a nawet gadającego mchu. Romuald Pawlak: Czarem i smokiem Nie ma nic gorszego niż bolesny brak profesjonalizmu. Co może zrobić mag-pogodnik, który nie umie zapanować nad aurą? Może tylko wylecieć z roboty u malarza Astrogoniusza i wplątać się w kłopoty, które zaprowadzą go najpierw na dno statku, potem wydźwigną do pałacowych kajut, by znów strącić w piekielne otchłanie. Spotkane na drodze kobiety okażą się niebezpieczne, mężczyźni zechcą zabrać życie – i tylko spotkany w kolejnym więzieniu smok będzie rozumieć naszego maga. Sojusz pogodnika ze smokiem zostanie zawarty w następujących celach: najeść się po uszy, mieć do spania wygodne łóżko, zdobywać piękne kobiety, zemścić się na Astrogoniuszu. Aha, i na podłym karle Garzfulu, który sprawił, że Rosselin został wygnany z pałacu. Jak z powyższego opisu widać, jest to śmiertelnie poważna opowieść o magii, smokach i trudach pracy zawodowej. Joanna Łukowska: Pierwsza z rodu: Znajda To opowieść o skrzatach i ludziach, radzących sobie w świecie bez słońca. Estera pisze pamiętnik, licząc, że ktoś go przeczyta; o ile po latach mroku ktoś jeszcze będzie umiał czytać. Rosa, młody przywódca skrzatów z Boru, rozmyśla o nieciekawej sytuacji swych pobratymców. Wielebna Maura czyni wyrzuty pozbawionej uczuć Pustej z powodu zagubienia Obiektu. Jakim sposobem dzieciak wymknął się z sieci? A jakim cudem ociemniały świat wciąż trwa? Czyżby dało się oszukać los? Czy ziarnkiem piasku, zgrzytającym w żarnach przeznaczenia, może być dziwna zielonooka dziewczynka? Milczy i uśmiecha się szczerbato, odważnie patrząc w mroczną twarz Boru. Skrzatów też się nie boi, choć nie należą one do codzienności ludzkich szczeniąt. Kim jest to dziecko? „Znajda” to opowieść o wyborach, wolnej woli, różnych obliczach miłości, o tym, że Droga jest ważniejsza od Celu. Bo choć przeszłość jest jedna, niezmienna, ścieżek prowadzących do przyszłości może być wiele... Agnieszka Hałas: Po stronie mroku Piekło ma wiele obliczy, a wszystkie one stanowią część planów Stwórcy. Na odwieczną machinę przeznaczenia składają się miliony pojedynczych trybików. Takich jak hiszpański alchemik El 22 Konrad T. Lewandowski R W 2 0 1 0 Oficyna wydawnicza RW2010 proponuje Claro, wojowniczka Sangre Veland, rudy demon Samir von Katzenkrallen czy jedenastoletnia strzyga Maszka. Dwanaście opowiadań połączonych wspólnym motywem Szeolu zabierze was w podróż przez różne czasy i miejsca – od współczesnej codzienności po rubieże zaświatów, od średniowiecznych Karpat po zbombardowane Nagasaki i płonące World Trade Center. Agnieszka Hałas: DWIE KARTY cykl Teatr węży, tom 1 Wszystkie anioły umarły, a bogowie odeszli. Magia dzieli się na srebrną i czarną; ta druga jest skażona, wyklęta. Po ziemi grasują demony, czyhające na dusze śmiertelników. W Shan Vaola nad Zatoką Snów pojawia się obłąkany człowiek, który twarz ma pociętą ranami, a ze swej przeszłości pamięta jedynie urywki. Walcząc o byt w światku żebraków i przestępców, stopniowo buduje sobie nową tożsamość. Jego perypetie splatają się z losami całej gamy postaci – bezdomnego chłopca imieniem Znajda, alchemika, na którym ciąży paskudna klątwa, szczurołapa, którego córkę uwiódł i porzucił pewien nicpoń, arystokratki, której brat zginął zabity przez srebrnych magów… A w tle toczy się intryga uknuta przez Otchłań. Mroczne, lecz bez epatowania makabrą, pełne plastycznych szczegółów obyczajowych, Dwie karty otwierają cykl powieściowy o świecie Zmroczy, na który składają się jeszcze powieści: Pośród cienie oraz W mocy wichru. Dawid Juraszek: JEDWAB I PORCELANA, TOMY I, II, III i IV Jedwab i porcelana to orientalna powieść drogi – drogi wiodącej przez labirynty przeznaczenia i przypadku, przez mroczne tajemnice ludzi i bóstw, przez obce krainy rodem z mitów i annałów, przez zakamarki skrywanych namiętności i rwących się do urzeczywistnienia marzeń. O Chinach nikt jeszcze w Polsce tak nie pisał. Cesarstwo Środka to miejsce, gdzie ścierają się siły ludzkie i moce nadprzyrodzone, gdzie niebezpieczeństwo nigdy nie jest daleko, a przygoda zawsze zaskakuje. Pośród bitewnego zgiełku, upiornych nawiedzeń i cielesnych pokus bakałarz Xiao Long zmaga się z własnymi demonami i samym sobą. Jedwab i porcelana to opowieść o Chinach i Chińczykach, opowieść jak ze snu – snu, z którego trudno się otrząsnąć. Zapraszamy do lektury czterech fascynujących tomów. Biały tygrys i Niebieski smok (nowe wersje) oraz Czerwony ptak i Czarny żółw (prapremiery). Dawid Juraszek: Cairen. Drapieżca. Gdyby Marco Polo był Conanem Barbarzyńcą... miałby na imię CAIREN! Dziesięć mocnych, wartkich, przebojowych opowiadań... Dziesięć orientalnych przygód z prężeniem muskułów i przymrużeniem oka... Dziesięć opowieści awanturniczych z epoki fantastycznie sformatowanych podbojów mongolskich, a w nich bez liku zaginionych cywilizacji, walnych bitew, groźnych monstrów, magicznych sztuk, powabnych dziewek, literackich nawiązań, i wiele więcej. 23 Konrad T. Lewandowski R W 2 0 1 0 Oficyna wydawnicza RW2010 proponuje Szablą i wąsem. Antologia opowiadań sarmackich Autorzy: Andrzej W. Sawicki, Monika Sokół, Agnieszka Hałas, Stanisław Truchan, Tomasz Kilian, Dawid Juraszek Szablą i wąsem, ogniem i mieczem, kontuszem i dworkiem. Prawdziwych Sarmatów już nie ma. Co się nam ostało? Ognie i miecze, potopy, Wołodyjowskie pany... Wilcze gniazda, diabły łańcuckie, samozwańce.... Charakterniki, szubieniczniki i licho wie, co jeszcze... No i fajnie, ale czy fikcyjni Sarmaci muszą być wszyscy na jedno kopyto? Szablą i wąsem to zbiór opowiadań polskich autorek i autorów, którzy Sarmacji nadmierną rewerencją nie darzą i opowiedzieć chcą o niej inne, świeższe historie. A opowiadać jest przecież o czym. Czasy Pierwszej Rzeczypospolitej to sensacje, thrillery i komedie pisane historią, której niestety albo się wstydzimy, albo którą się chełpimy, zamiast po prostu się nią interesować. Zebrane w tym tomie opowiadania gromko jednak krzyczą „Veto!” i na spuściznę po Sarmacji patrzą z nowego punktu widzenia, czasem trzeźwo, czasem krzywo, a czasem zezem. Od latających machin królowej Ludwiki, przez patriotyzm diabła Boruty, po alternatywne oblężenie Jasnej Góry – ten fantastyczny zbiorek bez czołobitności wyciąga z legendy i historii Sarmacji to, o czym wciąż warto snuć opowieści. Andrzej W. Sawicki: Kolce w kwiatach Zbiór opowiadań ze świata powieści „Nadzieja czerwona jak śnieg”. Historii o tym, jak grupa XIX- wiecznych mutantów staje do walki o wolność ojczyzny. Połowa XIX stulecia. W Warszawie, w okopach oblężonego Sewastopola, na dalekich stepach Syberii, w prowincjonalnych, polskich miasteczkach, trwają przygotowania do buntu, który może zmienić oblicze świata. Obdarzeni boskimi mocami odmieńcy muszą zdecydować, po której stronie stanąć w nadchodzącym konflikcie. Zanim kosynierzy runą na rosyjskie roty, zanim strzelcy wymierzą broń w Dońców i carskich dragonów, ci od których zależą losy batalii, muszą się odnaleźć. Nadeszła dla nich pora, by wybrać drogę. Marek Ścieszek: Pola śmierci Na początku pola śmierci miały być tylko interesem, nieludzkim, bluźnierczym, ale prowadzącym do łatwego zarobku. W świecie fantasy w sprawy zwykłych ludzi lubią się jednak mieszać siły nadprzyrodzone. Przy czym nie sposób jednoznacznie stwierdzić, w którym miejscu przebiega granica porządku. Nic nie jest albo czarne, albo białe. W szarościach niknie pewność co do istoty zła. Zamęt, mroczna siła stojąca w opozycji do Natury, powołuje do życia Bestię, która dzieło ludzi postanawia kontynuować na własnych warunkach. Konflikt jest nieunikniony. Jaką rolę odegra w nim człowiek zamknięty w klatce? Po której stronie opowie się tajemniczy Zakon Rycerzy Smoka? A przede wszystkim kto w tym świecie zasługuje na miano prawdziwej bestii: dziecię Zamętu czy sam człowiek? Odpowiedzi należy szukać na bezkresnych Polach śmierci... 24 Konrad T. Lewandowski R W 2 0 1 0 Oficyna wydawnicza RW2010 proponuje Katarzyna Uznańska: Ziemią wypełnisz jej usta Królewskie miasto nie zasypia nigdy, ale dopiero po zmroku budzą się jego upiory. Łowca, skryty w cieniu starych kamienic, poluje na samotne kobiety, by podzielić się ich ciałami z rzeką. Ta noc będzie dla niego wyzwaniem – z prześladowcy stanie się ofiarą. Utarty schemat życia Łowcy rozpadnie się w pył, gdy mężczyźnie przyjdzie zmagać się z podobną mu, choć o wiele potężniejszą istotą – estrią. Stare legendy czasem ożywają, by zawładnąć ludzką wyobraźnią. Na żydowskim Kazimierzu czają się one tuż pod powierzchnią życia, wystarczy tylko zeskrobać nieco tynku z zaniedbanych ścian, poruszyć luźną cegłę, wejść do małego antykwariatu pełnego rupieci, by znaleźć się w innej epoce i czasie minionym. Ina – polska szlachcianka – egzystuje od wieków pod postacią żydowskiego demona; czuje jednak, że jej czas dobiega końca. Wybrała Łowcę na powiernika swojej historii, a może kogoś znacznie więcej… Radosław Lewandowski: Yggdrasil. Struny czasu Struny czasu opisują zmagania kilkudziesięcioosobowej średniowiecznej społeczności, przeniesionej przypadkowo i bezpowrotnie w okres paleolitu środkowego, w czasy gdy po ośnieżonych równinach dzisiejszej Europy wędrowały olbrzymie stada reniferów, dzikich koni i ciągnących w ślad za nimi drapieżników. Potężne mamuty nie miały godnych siebie przeciwników, z wyjątkiem mrozu i prymitywnych słabo uzbrojonych łowców, którzy równie często występowali w roli myśliwego co ofiary. Wraz z mieszkańcami wioski, w przeszłość zostaje przeniesiony niewielki oddział Wikingów, najemników, których Thor wystawił na najcięższą próbę w drodze do Walhalli. Temporalni podróżnicy, a wraz z nimi cała ludzkość, stają w obliczu wielkiego niebezpieczeństwa. Kontynuacja serii w powieści Yggdrasil. Exodus. Maciej Żytowiecki: Szuje, mątwy i straceńcy Od kryminału po urban fantasy. Od science-fiction po dramat. Jedenaście fantastycznych tekstów i jeden autor. Latająca wyspa plemienia Wilg i Polska okresu PRL-u. Mroczne zaułki Chicago i obca planeta zamieszkana przez nadistoty. Nieodległa przyszłość i czasy barbarzyńców. Poznań i tajemnicza Asylea, gdzie osiadł pewien upiór. Trzymajcie się mocno. Jedenaście opowiadań. Dziesięciu bohaterów. A wszyscy to szuje, mątwy albo straceńcy. Marek Hemrling: Pillon i Synowie Reguły gry zostały ustalone dawno temu przez założyciela firmy – Dominika Pillona. Testament określał je bardzo precyzyjnie. Pillon i synowie. Jego synowie. Niektórzy już odeszli, niektórzy jeszcze się nie urodzili, czekając spokojnie na swoją szansę w bezpiecznych objęciach niskich temperatur. Filip jest po prostu jednym z nich – młodszym Pillonem, Pillonem w fazie szkolenia. Wychowany przez zastępczą matkę, pod czujną, choć dyskretną opieką starszych braci, nie ma jeszcze pojęcia, jaka go czeka przyszłość. Wszystko w swoim czasie. 25 Konrad T. Lewandowski R W 2 0 1 0 Oficyna wydawnicza RW2010 proponuje Jego biologiczni rodzice nie żyją od ponad wieku. Założona przez ojca firma wciąż ma niezłe notowania. Życie bez zbędnej filozofii toczy się normalnym rytmem. Bracia trzymają rękę na pulsie. Dbają o własny interes, realizując przy okazji testament Dominika Pillona. Tymczasem „Łagodny Olbrzym” wciąż drzemał ukryty w cieniu „Dominium”... Emma Popik: Wywiad z bogiem Kim jest człowiek nazywany przez prosty lud bogiem? Podobno tworzy nowe byty – a to wszak robota bogów. Ale czy jest ważniejszy od wpływowego dziennikarza, który również posiada boską moc? Może wywyższać ludzi swoimi artykułami lub strącać ich w niebyt niesławy byle pomówieniem. Spotkaniu tej dwójki poświęcone jest tytułowe opowiadanie. Bohaterowie pozostałych, podejmując decyzje, wykonując swoją pracę, wypełniając misje lub rozkazy, mają wpływ na całe miasta, kraje, a nawet planety. Albo intymniej – odmieniają los jednego człowiek, jednej miłości... Bogowie są jak ludzie: leniwi, skorzy do wybuchów gniewu, oczekują zapłaty i sutego poczęstunku. I czynią cuda. Ludzie są jak bogowie: wszechmocni, niosą śmierć, decydują o życiu, marzeniach i wspomnieniach innych. Lecz wciąż pozostają ludźmi – ułomnymi, popełniającymi błędy, a zarazem wspaniałymi, skłonnymi do poświęceń, kochającymi życie, łaknącymi ciepła drugiego człowieka. Bo wszystko można zapomnieć, prócz miłości i tęsknoty. Opowiadania czyta się z zapartym tchem. Z zadumą, rozbawieniem, wzruszeniem. Emma Popik jest w doskonałej formie literackiej, co udowadnia kolejnym świetnym tomem opowiadań. Emma Popik: Na zawsze pięknie i młodzi Ofiarowujemy czytelnikom sprawdzoną hard sf. Prezentowane opowiadania – ostre, znaczące i niezmiennie ciekawe – ukazywały się drukiem w Fantastyce, Nowej Fantastyce, Science Fiction, Fantasy and Horror oraz w osobnych wydaniach książkowych; wśród nich Mistrz – uznany za jedno ze stu najlepszych polskich opowiadań. Zebraliśmy je razem i wierzymy, że tą literacką ucztą zadowolimy zarówno wyrafinowanych smakoszy, jak czytelników lubiących po prostu dobrą, „męska” prozę, pełną akcji, przygód, mięsistych scen, ale niepozbawioną refleksji. Mistrzyni Małej Apokalipsy prowadzi czytelnika do dzikich dzielnic, gdzie rządzi zdegenerowana technika, ciągnie go w podziemia kryjące gigantyczne zespoły maszyn, zamka go wraz z nimi w domu, a potem wiedzie do Terminalu, skąd zamiast do raju obiecanego trafia do ludzkiego piekła. Emma Popik skupia się na człowieku i jego sprawach. Choć nagi i bezbronny, oddzierany po kawałku z dumy, woli i ciała, wciąż ma marzenia i wiarę w ocalenie. Szokujące wydarzenia, nowe światy i fascynujące pomysły – oto recepta na doskonałe opowiadania. Emma Popik: Wigilia szatana Kolejny rewelacyjny zbiór Emmy Popik to smakowity kąsek dla pasjonatów dobrej fantastycznej prozy i mocnej hard sf, wgryzającej się w mózg i przepalającej trzewia. 26 Konrad T. Lewandowski R W 2 0 1 0 Oficyna wydawnicza RW2010 proponuje Tym razem autorka wprowadza nas w świat, który zostanie zbawiony przez... Szatana. Chcesz takiej apokalipsy, takiego końca i nowego początku? Nie chcesz? A jeżeli żadna inna wyższa siła się nie kwapi? Jeżeli Opatrzność odwróciła się od świata i ludzkości? Coś dla czytelników o stalowych nerwach. Wigilia Szatana to kolekcja przejmujących, mocnych opowiadań o upadku cywilizacji, słabości i błędach człowieka, o zbrodniach, które popełnia na najbliższych oraz na otaczającym go świecie. Ciebie to nie dotyczy? Więc lepiej przejrzyj się w lustrze, geniuszu. Kto oddaje własne dzieci do domu dla niepełnowartościowego materiału ludzkiego? Kto kazał przyrodę Zapakować w pudełko i bezwzględnie ją kontroluje, tym samym uśmiercając własny gatunek? Kto pozwala wyzyskiwać się różnym cwaniakom, nazywających uczucia Zespołem nieprzystosowania społecznego? Kto daje się otumaniać bankierom, maszynom, systemom, urzędom, kto wierzy w boga wiecznych promocji? Nie wiesz? A może po prostu nie lubisz Kłopotliwych pytań, podważających obowiązujące prawo i naukę. Uspakajając własne sumienie, zapewniasz, że świat nigdy nie będzie tak wyglądał. No to rozejrzyj się wokoło... 27
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Most nad otchłanią
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: