Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00279 004532 13087963 na godz. na dobę w sumie
Mowa ciała - ebook/pdf
Mowa ciała - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 367
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 9788323876236 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Po zerwaniu z kolejnym partnerem Ellie odczuwa jedynie ulgę. Uważa się za szczęściarę – ma wspaniałą prace w ONZ, przyjaciele nigdy jej nie zawodzą. A życie osobiste? Odnalezienie tego jedynego nie powinno być trudne, w Nowym Jorku jest mnóstwo mężczyzn... Jednak los ma dla niej kilka niemiłych niespodzianek. Najpierw wprowadza się do niej despotyczna matka, która planuje rozpocząć nowe życie – już bez ojca Ellie. Zaraz potem jej nowym szefem zostaje mężczyzna, który porzucił ja niemal w przededniu ślubu...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

2006-12-12 16:16:41 dla ka(cid:380)dej kobiety, ka(cid:380)dego dnia(cid:8230) Wi(cid:281)cej informacji znajdziesz na www.harlequin.com.pl Tytuł oryginału: Body Language Pierwsze wydanie: MIRA Books, 2004 Redaktor serii: Graz˙yna Ordęga Korekta: Ewa Popławska ã 2004 by Millie Criswell ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2007 Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak firmowy MIRA jest zastrzez˙ony. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: COMPTEXT Ò, Warszawa Druk: ABEDIK ISBN 978-83-238-3070-2 Indeks 324531 MIRA 1 ROZDZIAŁ PIERWSZY Jeśli zamierzasz zerwać z facetem, najpierw upewnij się, czy włoz˙ył ci na palec pierścionek zaręczynowy. Ellie Peters przez˙ywała kryzys wieku średniego. No, moz˙e niezupełnie średniego. Miała dokładnie trzydzieści dwa lata, trzy miesiące i siedemnaście dni, jednak poniewaz˙ mieszkała na średnim Man- hattanie – nie górnym i nie dolnym, ale właśnie średnim – chyba równiez˙ dlatego całe swoje z˙ycie uwaz˙ała za średnie. Za to jak juz˙ przytrafił się jej jakiś kryzys, to od razu potęz˙ny jak tornado! – Musimy znaleźć sobie dach na głową, Barn, i to szybko. Brian wraca z L.A. w przyszłym tygodniu, do tego czasu musimy się stąd ewakuować. Propozycja wyszła od niej, nie od jej dotych- czasowego partnera. 6 Mowa ciała Brian nazwał Barnabę ,,kretyńską pomyłką Bo- ga’’ i w dodatku jako kompletny dureń łudził się, z˙e po czymś takim będą mogli być razem. Nawyzywał psa i kazał oddać go do schroniska tylko dlatego, z˙e ten obsikał jego pantofle od Bruna Magliego. Tak jakby Barn zrobił to złośliwie! Barn, buldog o fizjognomii, która tylko w ser- cu matki mogła budzić miłość, pod warunkiem, z˙e rzeczona matka byłaby ślepa, przyjął wiado- mość potęz˙nym pierdnięciem, po czym zaskomlał z˙ałośnie. Najwyraźniej był świadom, z˙e to przez niego rozpadł się związek pani z tym ponurym facetem i z˙e teraz będą musieli szukać sobie nowego lokum, bardziej przyjaznego dla buldo- gów i upartych kobiet. Jeśli Ellie czegoś z˙ałowała, to tylko tego, z˙e musi wynieść się z mieszkania, w którym całkiem znoś- nie egzystowała przez ostatnie pół roku. Niestety zdecydowanie źle to rozegrała. – Nie martw się, Barnaba – powiedziała, klepiąc czule psa po głowie. – Postawiona przed wyborem czy wybrać porządnego, cudownego psa, czy prze- ciętnego faceta, nie miałam problemu z podjęciem decyzji. To łatwe. W dodatku Brian był gorzej niz˙ przeciętny. Był śmiertelnie nudny. Powiedz pies- ku,czy normalny człowiek czyści nitką zęby po kaz˙dym posiłku? – Ellie przypomniały się metry zuz˙ytej nitki zwisającej z krawędzi kosza na śmieci, Millie Criswell 7 którą nieustannie musiała wpychać do środka, i az˙ wzdrygnęła się z obrzydzenia. Tak, Brian tez˙ powinien wylądować w koszu. Tam było jego miejsce. Poza tym lepiej rzucać, niz˙ być rzucaną, szcze- gólnie kiedy do tej pory człowiek występował w tej drugiej roli. – Bez Briana będzie nam lepiej, Barn. W odpowiedzi Barnaba przejechał jej po policz- ku jęzorem. Ellie otarła ślinę rękawem bluzy ze znakiem Georgetown University, jej ukochanej Al- ma Mater, i wróciła do studiowania ogłoszeń. Mieszkania w Nowym Jorku mają to do siebie, z˙e są horrendalnie drogie, a Ellie oczywiście nie miała do dyspozycji milionów Donalda Trumpa. Praco- wała jako tłumaczka w ONZ i nie zarabiała tyle, z˙eby wynająć przyzwoite lokum w pobliz˙u Central Parku, jak to, w którym mieszkała z Brianem. Westchnęła na myśl o przeprowadzce. Barn lubił biegać po parku, tarzać się w trawie, ganiać i doka- zywać z kumplami, a ona lubiła przechadzać się Piątą Aleją i oglądać sklepowe wystawy. Na zakupy w drogich butikach nie było jej na razie stać, ale to nie znaczy, z˙e nalez˙y od razu rezygnować z marzeń. Wielkie dzięki, Brian! Nie, dość tego uz˙alania się nad sobą! Brian Pomeroy miał kosztowne gusta – garnitury 8 Mowa ciała Hugo Bossa, roleksy, kolacje w ,,La Cirque’’. Był wspólnikiem w kancelarii adwokackiej Fields, Mor- gan and Pomeroy i mógł sobie pozwolić na takie kaprysy. Przez pewien czas Ellie była jedną z jego za- chcianek. Przy wszystkich swoich wadach – no bo jakim trzeba być człowiekiem, z˙eby nie lubić psów – Brian potrafił być szczodry. Kupował jej kosztow- ną biz˙uterię, zabierał na weekendy na Bermudy i do opery, chociaz˙ Ellie z˙ywiołowo nienawidziła opery. Cóz˙, Brian prawdopodobnie uznał, z˙e skoro Ellie jest pół-Włoszką i mówi biegle po włosku (mówiła tez˙ biegle po francusku i hiszpańsku), to auto- matycznie musi być miłośniczką opery. Nie, zdecydowanie nie była! Arie, i to w kaz˙dym języku świata, przyprawiały ją natychmiast o potęz˙- ny ból głowy. Zaczynała głośno ziewać, opadały jej powieki... Briana poznała na koktajlu w ambasadzie włos- kiej. Wyglądał zabójczo, natomiast ona dość roz- paczliwie szukała faceta, no i tak to się zaczęło. Był to chyba związek oparty na przyciąganiu się przeciwieństw, bo niewiele mieli ze sobą wspól- nego poza tym, z˙e oboje uwielbiali dobrą kuchnię, a w Nowym Jorku nie brakuje doskonałych re- stauracji, i lubili czytać niedzielne wydanie ,,New York Timesa’’ od deski do deski. Czasami próbowa- Millie Criswell 9 li rozwiązać razem krzyz˙ówkę, co jednak zawsze kończyło się potęz˙ną kłótnią. Brian uwaz˙ał się za niezwykle mądrego, bo znał trudne słowo ,,bifurkacja’’. A komu potrzebne takie językowe dziwactwo! Ellie podciągnęła trochę bluzę i spojrzała na swój zaokrąglony – z miłości do dobrej kuchni, ma się rozumieć – brzuch. Powinna koniecznie zrzucić jakieś pięć, nawet siedem kilogramów. Zastosuje rozsądną dietę, będzie codziennie tro- chę ćwiczyć, w ogóle dokona radykalnych zmian w swoim z˙yciu. Znajdzie mieszkanie, gdzieś blisko siedziby ONZ, wspaniałe, ale niezbyt drogie. Schudnie, ale nie będzie odmawiać sobie ukochanych potraw i wyciskać z siebie ostatnich potów na biez˙ni. Pewne poświęcenia będą konieczne, jednak bez przesady. I, rzecz najwaz˙niejsza, znajdzie w końcu Właściwego Faceta. I to nie z˙adnego pierwszego lepszego Właściwego, nie, to będzie Właściwy Doskonały, Ideał. Stanowczo zbyt długo zadawała się z Niewłaściwymi. Miała juz˙ serdecznie dość. Nie mówiąc o tym, z˙e przyzwoity orgazm to coś, co tez˙ warto by przez˙yć. Brian wiedział, co znaczy ,,bifurkacja’’, ale nie miał pojęcia o erotycznych potrzebach kobiety. Nie umiał zaspokoić partnerki. Kompletny analfabeta, niedouczony bubek. 10 Mowa ciała Ellie pokręciła głową i zaklęła pod nosem, próbując pozbyć się niemiłych wspomnień na temat pana Pomeroya, po czym podniosła słuchawkę i zaczęła wystukiwać numery z ogłoszeń. – Bierz swoją smycz, Barn – zarządziła po dwóch kwadransach rozmów. – Ruszamy na łowy. Dwa tygodnie później Ellie i Becky Morgan, kolez˙anka z pracy, jadły lunch, siedząc przy swoich biurkach w Dziale Tłumaczeń i Przekładów w gma- chu ONZ. – Podoba ci się w końcu to nowe mieszkanie czy nie? – dopytywała się Becky. – Miałaś szczęście, z˙e znalazłaś coś tak blisko biura. – Poczekaj! – Ellie podniosła dłoń, dając znak Becky, z˙eby siedziała cicho. Przetłumaczyła ostat- nie zdania z wystąpienia ambasadora Włoch przed Zgromadzeniem, zdjęła słuchawki i uśmiechnęła się. – Przepraszam, musiałam to skończyć, z˙eby oddać Moody’emu do zatwierdzenia. Becky zajmowała się tłumaczeniami symultanicz- nymi i konsekutywnymi w trakcie obrad, posie- dzeń i spotkań, natomiast Ellie robiła przekłady pisemne. – Nic nie szkodzi. Pytałam, czy podoba ci się twoje nowe mieszkanie. – Uwielbiam je. – Ellie ugryzła ogromny kęs kanapki. – Stary blok na East 53 Street, między First Millie Criswell 11 Avenue i East River. Mieszkanie jest naprawdę duz˙e. Mam kominek i gabinet do pracy. Chodzę do pracy na piechotę, to zaledwie kilkuminutowy spa- cer. Świetna sprawa, zwłaszcza z˙e dzięki temu wspieram narzucony sobie rez˙im. No wiesz, więcej ruchu, mniej jedzenia. Który zacznę realizować od jutra... lub za kilka dni, dodała w myślach. – Brzmi wspaniale – powiedziała Becky dość obojętnie, co nieomylnie wskazywało, z˙e ma jakieś kłopoty. Becky była męz˙atką i mamą dziesięcio- miesięcznego synka. – Jonah dostał w piątek zapalenia ucha. Mart- wiliśmy się, bo bardzo gorączkował i płakał, ale teraz jest juz˙ lepiej. – Dzięki Bogu. Musiałaś nieźle się przestraszyć. – Ellie uwielbiała Jonaha. Ilekroć zostawała z nim, kiedy rodzice wychodzili gdzieś wieczorem, jej zegar biologiczny zamieniał się w głośną bombę zegarową. Mama byłaby zachwycona, gdyby mogła usły- szeć to tykanie. Rosemary Peters była Włoszką z krwi i kości. W jej pojęciu kobieta nie zasługiwała w pełni na to miano, o ile nie wydała na świat licznego potomstwa, nie potrafiła ugotować obiadu dla dwu- dziestoosobowej, trzypokoleniowej rodziny z tego, co aktualnie zalegało w lodówce, i nie potrafiła 12 Mowa ciała odklepać Dziesięciu Przykazań z szybkością karabi- nu maszynowego. Inaczej mówiąc, pani Peters była klasyczną włos- ką ,,mammą’’. Kochała męz˙a i dzieci, co w praktyce oznaczało, z˙e wtrącała się we wszystkie ich sprawy. Chodziła co niedzielę do kościoła, jak kaz˙da praw- dziwa katoliczka wierzyła w łaskę i grzechów odpuszczenie, wspaniale gotowała. Jeśli dziewczy- na nie miała przynajmniej siedmiu kilogramów nadwagi, pani Peters szyderczo określała ją mianem anorektycznego szkieletu. To ostatnie mogło być nawet miłe, kiedy czło- wiek nie wszedł jeszcze w okres pokwitania i wsu- wał czekoladki na kilogramy, a nie na sztuki. – Co u twojej mamy? Nie wspominałaś o niej ostatnio. – Becky musiała czytać w myślach Ellie. – Nie wspominałam, bo jak tylko zaczynam o niej mówić, zaraz dzwoni. Chyba ma zdolności parapsy- chiczne albo praktykuje wudu. Nie jestem pewna. Jedno wiem, z˙e jak tylko wymówię jej imię, odzywa się telefon. Hm, moz˙e to coś w rodzaju telepatii? Ellie uwielbiała matkę, ale bardzo cieszył ją fakt, z˙e jej staruszka mieszkała na Florydzie, a nie w Nowym Jorku. Nie wytrzymałaby codziennej obecności Rosemary Peters w swoim z˙yciu. To, co dostała, zanim wyjechała na studia, stanowiło ab- solutnie zadowalający i wystarczalny kapitał. Powiedzieć, z˙e Rosemary była pedantką, to Millie Criswell 13 mało. Rosemary miała bzika na punkcie sprzątania. Cierpiała na obsesję czystości. Gdy robiła porządki, przejawiała wszelkie symptomy zachowań kompul- sywnych. Atakowała brud z furią, przy której panie z reklamy środków czystości wydawały się z˙ałos- nymi niedojdami. Z˙adna bakteria w promieniu kilkudziesięciu metrów od centrum raz˙enia, a cent- rum tym była Rosemary zawsze poruszająca się po domu z bronią chemiczną w ręku, nie miała naj- mniejszych szans na przez˙ycie. W pojęciu Rosemary niz˙ej od bakterii w hierar- chii bytów stała jedynie samotna i bezdzietna córka. – Nadal myślicie o kupnie domu na Long Is- land? Jak się przeprowadzicie, nie będę mogła zostawać z Jonahem. Bardzo mi będzie brakowało tych wieczorów. – Ellie lubiła napawać się swoim instynktem macierzyńskim, pod warunkiem, z˙e nie musiała tego robić dłuz˙ej niz˙ trzy, cztery godziny. Uwielbiała dzieci, ale znała granice swoich moz˙- liwości w tym zakresie. – Będzie wam brakowało zgiełku wielkiego miasta. Becky pokiwała smętnie głową. Najwyraźniej nie zachwycała jej perspektywa wyniesienia się z Manhattanu. – Ben chce być bliz˙ej rodziców, a i Jonahowi dobrze zrobi mieszkanie w bardziej ,,normalnym’’ otoczeniu, cokolwiek to oznacza. 14 Mowa ciała Ellie ugryzła kolejny kęs sandwicza i tez˙ zmar- kotniała. Bo jak tu się nie smucić, kiedy musisz jeść indyka bez majonezu, a twoja najlepsza przyjaciół- ka przenosi się za miasto. – Coś zyskacie i coś stracicie – stwierdziła sentencjonalnie. – Wszystko ma swoje plusy i minu- sy. Uciekniecie od zgiełku, ale wieczorem nie wyskoczycie juz˙ na kolację do pobliskiej knajpki czy do teatru. – Ben przyrzeka, z˙e tak całkiem nie zamkniemy się w domu. – Mina Becky mówiła jednak coś zupełnie innego. Kiedy Ben będzie miał tuz˙ pod nosem wielkie markety z równie wielkimi parkingami i więcej niz˙ jedno statystyczne drzewo na statystyczne szesnaś- cie tysięcy mieszkańców, Manhattan straci dla niego wszystkie, juz˙ teraz wątpliwe, zalety. Becky Morgan zacznie strzyc trawnik przed domem i zano- sić sąsiadkom zapiekankę, a one będą odwdzięczać się jej tym samym. Stanie się typową panią domu z podmiejskiego osiedla. Na szczęście Ellie nienawidziła zapiekanek, szcze- gólnie z tuńczykiem, i nie umiała strzyc trawników. Jak równiez˙ nie miała faceta, który decydowałby o jej z˙yciu. No i wreszcie od jakiegoś czasu towarzyszyło jej przeczucie, z˙e z˙ycie powoli nabiera sensu i zmierza we właściwym kierunku. Millie Criswell 15 Gdy odezwał się telefon, Ellie dosłownie ze- sztywniała. – To mama, Barn – poinformowała psa. – Czuję złą energię w powietrzu. Z aparatu emanuje paskud- na aura. Widzisz? Buldog, rozciągnięty przed kominkiem, wśród sterty kartonów, zasłonił pysk łapą i zaskamlał z˙ałośnie. – Juz˙ nie przesadzaj, stary. Takie teatralne nu- mery są zarezerwowane dla mojej mamy. – Rose- mary w rzeczy samej dramatyzowała i wpadała w histerię bez względu na powagę sytuacji. Gdyby była aktorką, dawno dostałaby Oscara. Ellie pod- niosła z westchnieniem słuchawkę. – Och, jesteś. Juz˙ się bałam, z˙e gdzieś wyszłaś. – Cześć, mamo. Rozpakowuję się. Ciągle jesz- cze straszny tu bałagan, ale mieszkanie jest świetne. To znaczy, będzie, jak juz˙ dojdę do ładu ze swoimi rzeczami. – Nie mogę się doczekać. Niebezpieczeństwo odwiedzin! Matczyny de- sant! Kryj się. – Trochę potrwa, zanim się urządzę. – Dziesięć lat. Moz˙e dłuz˙ej. Nigdy się nie urządzę. Benjamin Franklin powiadał, z˙e radość z gości, jak ryba, psuje się po trzech dniach. Rosemary wystarczyły trzy godziny, by popsuć Ellie radość z odwiedzin mamy. 16 Mowa ciała – Mieszkanie wygląda w tej chwili okropnie. To po prostu katastrofa. Nie mam mebli, nawet nie ma na czym spać. No bo nie ma! – Ellie, nie denerwuj się. Dama nie powinna się łatwo irytować. Ellie wsadziła głowę do lodówki. Najchętniej skończyłaby z sobą, ale po namyśle postanowiła kontynuować spacer po tym padole łez. Dlatego tez˙ uznała za stosowne wzmocnić organizm jedynym, co znalazła, czyli kawałkiem spleśniałego sera. Wyciągnęła go i nadgryzła od tej strony, która prezentowała się nieco lepiej i chyba nie groziła zatruciem pokarmowym. Wizyta matki, czy to faktyczna, czy tylko plano- wana, oznaczała przyrost masy ciała przynajmniej o pięć kilogramów. Ellie modliła się z˙arliwie, z˙eby Rosemary została na Florydzie, dopóki jej ukochane dziecko nie zrzuci obecnych zapasów tłuszczu. Mamo, miej wzgląd na moją figurę i równowagę psychiczną, błagała w myślach. – Jak tata? Czy ma duz˙o pracy? – Tata, Theodor, albo Ted, bo to zdrobnienie wolał, był księgowym i prowadził własne biuro rachunkowe w domu. Marzec i kwiecień to były najgorsze miesiące, czas przed składaniem rocznych zeznań podatkowych. Potem wszystko się uspokajało i przez resztę roku Ted obsługiwał spokojnie swoich stałych klientów. Millie Criswell 17 – Tata prawie nie odchodzi od komputera. Nic, tylko siedzi w internecie. Nie wiem, czy to zdrowe. Z˙yje jak pustelnik, nie wychodzi ani do kina, ani na zakupy, kompletnie nigdzie, odmawia sobie wszel- kich przyjemności. Dłuz˙ej nie wytrzymam. Od pięciu lat mieszkamy na Florydzie, a ja jeszcze ani razu nie byłam na plaz˙y. Moje przyjaciółki, szcze- gólnie Estella Romano, biorą mnie juz˙ na języki. – Nie pomyślałaś, z˙eby pójść sama? – A co to za przyjemność? Ellie słyszała podenerwowanie w głosie matki. Niedobrze. Rosemary Peters zwykle panowała nad sobą, swoimi reakcjami, nad sytuacją. Moz˙na by powiedzieć, z˙e nawet za bardzo... – Uspokój się i podejdź trzeźwo do sprawy. Wiesz, z˙e tata lubi samotność. Nie dziw się, z˙e przepadł w internecie. Mnóstwo ludzi woli sur- fować po sieci, niz˙ czytać albo oglądać telewizję. Dlaczego tak się tym martwisz? – To nie jest zdrowe, mówię ci. Powinien się więcej ruszać. Nie jest coraz młodszy, tylko coraz starszy, rośnie mu brzuszek. Sama widziałam, jak któregoś dnia ledwie mógł zasznurować buty. Ellie poklepała się po brzuchu i wyrzuciła ser do kosza. – Wolę się nie wypowiadać na ten temat. Sama powinnam zrzucić kilka kilogramów. – Przestań gadać bzdury. Jesteś chuda jak szcza- 18 Mowa ciała pa. – W głosie Rosemary zabrzmiała zgroza. – Co ty chcesz zrzucać? Z˙aden męz˙czyzna nie pójdzie do łóz˙ka z taką chudziną. Z˙adna szanująca się Włoszka nie uz˙ywa takich słów jak ,,dieta’’. Chyba z˙e chodzi o nawyki z˙ywie- niowe męz˙a, wtedy szanująca się Włoszka ma prawo odstąpić od zasady, bo szanująca się Włoszka to kobieta, która potrafi czynić wyjątki od reguły. – Nie jestem wcale szczapą, mamo. Szczapy nie mają fałdek na brzuchu, poza tym aktualnie z nikim nie sypiam. – Nie opowiadaj mi o swoim z˙yciu seksualnym. Nie chcę słuchać takich rzeczy. Ellie wzniosła oczy do nieba. – Ty zaczęłaś. Poza tym nie jestem juz˙ dziec- kiem. Zdarza mi się sypiać z facetami. – Tak, tak. Powinnam się cieszyć, z˙e nie z kobie- tami, prawda? – Nie ćpam i nie skończyłam na ulicy, z tego tez˙ powinnaś się cieszyć. – Jesteś okropna, Ellie. Powinnam była szoro- wać ci usta mydłem, kiedy byłaś mała. Moz˙e wtedy potrafiłabyś okazać trochę respektu własnej matce. Respekt, szacunek... To, co śpiewała o szacunku Aretha Franklin, było smutnym błaganiem w poró- wnaniu z ideą tego pojęcia, jaką wypracowała sobie Rosemary. W hierarchii rodzinnej pozycja mamy równała się pozycji papiez˙a w hierarchii Kościoła Millie Criswell 19 – jej zdaniem, oczywiście. Dobrze, z˙e nie kazała całować się w pierścień. – Mamo, wyluzuj. Z˙artowałam. Nie bierz kaz˙- dego słowa tak powaz˙nie. – Masz rację, kochanie. Ostatnio jestem jakaś spięta. Twój ojciec... – Nie martw się o ojca. Wiesz, jaki jest tata, znasz go od czterdziestu pięciu lat. Zawsze chadzał swoimi drogami. Dlaczego teraz nagle miałby się zmienić? – Tym razem chodzi o coś innego. Nie potrafię powiedzieć, na czym to polega, ale martwię się. Dzieje się coś złego, uwierz mi. – Rozmawiałaś z nim? – Moz˙e ojciec jest chory? – Teraz i Ellie się zaniepokoiła. Ted Peters nie lubił się skarz˙yć. – Nie chce rozmawiać. Mówi, z˙e wszystko w po- rządku i coś sobie ubzdurałam. – Sama widzisz. – Ellie próbowała rozładować napięcie. – Moz˙esz być spokojna. – Pragnęła, z˙eby to była prawda. – Tak pewnie mówił Ted Bundy tym dziewczy- nom, które zaczepiał. Moz˙esz być spokojna, przy mnie jesteś bezpieczna, a potem podrzynał im gardła. i fascynowali seryjni mordercy. Z˙yła w ustawicznym strachu, z˙e któregoś dnia ona albo ktoś z jej najbliz˙szych padnie ofiarą psychopatycznego potwora. Matkę Ellie przeraz˙ali 20 Mowa ciała Tak często mówiła o Tedzie Bundym, z˙e stał się właściwie członkiem rodziny. Nigdy natomiast nie wspominała o Jeffie Dehamerze, a to dlatego, z˙e Jeff zjadał ludzi, co automatycznie dyskwalifikowało jego osobę w oczach Rosemary. – Nie widzę z˙adnego związku między tatą i Bun- dym, ale uwaz˙am, z˙e niepotrzebnie się martwisz. – Pójdę jutro do kościoła i pomodlę się za niego. Modlitwa zawsze pomaga. – Doskonały pomysł! Przy okazji moz˙esz pomo- dlić się i za mnie. Powiedz Bogu, z˙e chciałabym poznać seksownego faceta z kasą, dobrego w łóz˙ku, kochającego psy, z kompletem włosów na głowie. Gdyby tacy istnieli! – Brian był bardzo miły. Szkoda, z˙e z nim zerwałaś. Trudno o zamoz˙nego męz˙czyznę, w dodat- ku heteroseksualnego. Mieszkasz w Nowym Jorku, wokół sami geje, nie powinnaś za bardzo przebie- rać, jak juz˙ trafi się jakiś normalny. Ellie znała na pamięć argumenty wytaczane przez Rosemary. Zwykle na tym etapie rozmowy wyłączała się pod pierwszym lepszym pretekstem. – Mamo, powinnam juz˙... – Nie tak szybko, moja droga. Chcę cię o coś zapytać. Cholera! Kiedy Rosemary oświadczała, z˙e ,,chce o coś zapytać’’, nie wróz˙yło to nic dobrego. Ellie westchnęła bezradnie. Millie Criswell 21 – O co chodzi? – Wybierasz się do domu na Boz˙e Narodzenie? Ja i ojciec jesteśmy coraz starsi, chcielibyśmy spędzić trochę czasu z tobą. – Skąd mogę wiedzieć? Boz˙e Narodzenie dopie- ro za kilka miesięcy. – Nawet się nie obejrzysz, kiedy będzie gru- dzień. Obiecaj, z˙e przyjedziesz. Ellie zwykle nie miała problemu z wykręcaniem się od niechcianych zobowiązań, które inni próbo- wali na niej wymuszać, ale kiedy Rosemary coś sobie zaplanowała, z˙adna siła nie mogła tego zmie- nić. Początek ataku zwiastowały nasilające się telefony, po nich szły paczki z ciasteczkami domo- wej roboty, a kiedy Rosemary oznajmiała, z˙e przyje- dzie osobiście, by przedstawić swój punkt widzenia, Ellie zwykle kapitulowała. Westchnęła teraz smęt- nie na myśl o świętach wśród palm i plaz˙owiczów, zamiast w zasypanym śniegiem Nowym Jorku, i uległa, wiedząc, z˙e matka nie spocznie, dopóki nie złamie ukochanego dziecka. Po prostu taka juz˙ była. – Dobrze, przyjadę, ale uprzedzam, czasami muszę pracować w święta, tym razem tez˙ się tak moz˙e zdarzyć. – Porozmawiasz z szefem. Na pewno zrozumie, z˙e rodzina jest waz˙niejsza i pozwoli ci przyjechać. – Pan Moody nie jest z˙onaty i ma w głębokim powaz˙aniu z˙ycie rodzinne swoich pracowników. 22 Mowa ciała Herbert Moody był wyjątkowym palantem. Ellie czekała, kiedy ten ponury przez˙ytek wcześniejszych epok odejdzie na emeryturę i jego miejsce zajmie ktoś przytomniejszy, bardziej zbliz˙ony do teraźniej- szości. – A co, jest niewierzący? – Nie. To wredny stary pryk, który wieki temu powinien był przejść na emeryturę. Pracuje w ONZ chyba od dnia załoz˙enia tej szlachetnej organizacji. – Przebąkiwano coś o jego odejściu, ale Moody pomimo to trwał dalej na stanowisku. Ellie pode- jrzewała, z˙e Moody ma haka na kaz˙dego, kto choć trochę się liczył. Zupełnie jak J. Edgar Hoover, niezatapialny przez całe dekady szef CIA, tyle z˙e Moody nie był chyba gejem. – Nie powinnaś wyraz˙ać się z takim lekcewaz˙e- niem o starych ludziach, Elinore. Wiele mogłabyś się od nich nauczyć, gdybyś tylko potrafiła słuchać. Rosemary zawsze zwracała się do córki pełnym imieniem, kiedy chciała podkreślić wagę wypowia- danych słów: ,,Zapamiętaj sobie, Elinore...’’. – Nie wyraz˙am się, ale pan Moody jest przy- głuchy i tak cuchnie mu z ust, z˙e swoim oddechem powaliłby słonia oddalonego o cały kilometr. – Powiem ojcu, z˙e przyjez˙dz˙asz, moz˙e ta wiado- mość oderwie go chociaz˙ na chwilę od komputera. – A moz˙e powinniście wybrać się w rejs wyciecz- kowy po Karaibach, zafundować sobie romantyczne Millie Criswell 23 wakacje. Co ty na to? Dobrze zrobiłaby wam zmiana otoczenia. Rosemary przez chwilę rozwaz˙ała pomysł w głę- bokim milczeniu, po czym oznajmiła: – Wiesz, Ellie, to niezły pomysł. Większość statków pasaz˙erskich wypływa z Miami albo z Fort Lauderdale, oszczędzilibyśmy na samolocie. Muszę się nad tym powaz˙nie zastanowić. – Na pewno znajdziesz w sieci dobre oferty. – Poszukam. Nie umiem poruszać się po inter- necie tak dobrze jak twój ojciec, rzadko korzystam z komputera, ale dam sobie radę. Ellie poczuła się od razu lepiej. Matka rzadko słuchała jej rad. Prawdę mówiąc, nigdy. Rada musiała być rzeczywiście doskonała, skoro Rose- mary zgodziła się ją rozwaz˙yć. Rosemary z˙yła w błogim przekonaniu, z˙e wie wszystko najlepiej. Z jej ust nieprzerwanym strumieniem płynęła naj- głębsza mądrość, niczym gorąca lawa. I niczym gorąca lawa zastygała w kamień, zamieniając się w niepodwaz˙alne pewniki. – Będziecie mieli okazję, z˙eby wreszcie poroz- mawiać – ciągnęła Ellie. – A w dodatku rejsy wycieczkowe są bardzo romantyczne. Popłyńcie na Karaiby. Zarezerwujcie kabinę na dobrym statku, zaszalejcie trochę. Oboje na to zasługujecie. – Dziękuję ci, kochanie. Cieszę się, z˙e zadzwo- niłam. Lz˙ej mi na sercu. 24 Mowa ciała Ellie mogłaby powiedzieć to samo, bo widmo niechybnej matczynej wizyty odpłynęło w bliz˙ej nieokreśloną przyszłość. – Daj znać, co postanowiliście w sprawie rejsu – powiedziała z uśmiechem. – Oczywiście. Będę cię informowała na biez˙ąco. Jesteś przeciez˙ moją córką, a taki rejs to waz˙ne przedsięwzięcie. Ellie cichutko westchnęła, modląc się o cierp- liwość. To miał być tylko rejs wycieczkowy, nie operacja mózgu. – Do usłyszenia, mamo. – Ellie... – Tak? – Pamiętaj, przemyj muszlę i deskę sedesową lizolem. Nie wiesz, kto tam mieszkał przed tobą. I nie zaszkodzi wyszorować podłogi mydłem Mu- rphy’ego, a potem... – Ktoś puka, mamo. Muszę kończyć. Pa. Ellie odłoz˙yła słuchawkę i wzniosła oczy do nieba, a mówiąc ściślej, wbiła wzrok w sufit. – Boz˙e, spraw, z˙eby oboje popłynęli w rejs na Karaiby – szepnęła z uczuciem. ROZDZIAŁ DRUGI Jeśli chcesz poznać faceta, musisz go poszukać. W sobotę Ellie zdobyła się na wielki krok, to znaczy kupiła kwartalny karnet na siłownię Gold Gym, uznawszy, z˙e dla kogoś, kto nie przepada za nadwyręz˙aniem ciała, trzymiesięczny okres próbny to doskonałe rozwiązanie. Spróbuje, przeko- na się, czym to pachnie i w razie czego przedłuz˙y karnet. taki W kaz˙dym razie zakładała optymistycznie, z˙e przedłuz˙y. Na pewno przedłuz˙y. Raczej przedłuz˙y. Chyba tak. W jej szaleństwie była metoda. Otóz˙ wyszła z całkiem słusznego załoz˙enia, z˙e siłownia to nie tylko miejsce, gdzie moz˙na stracić kilka kilogramów. Na siłowni moz˙na 26 Mowa ciała równiez˙ poznać faceta. Jeśli szuka się partnera, nalez˙y bywać tam, gdzie moz˙na spotkać męz˙czyzn, logiczne. Nie grała w golfa, w squasha, nie bywała w ba- rach, w których ogląda się mecze, ale mogła ćwiczyć, jeśli zaszłaby taka potrzeba. W momencie gdy Brian zniknął z jej z˙ycia, właśnie zaszła potrzeba. Nie zamierzała z˙yć w celibacie dłuz˙ej, niz˙ to konieczne. Seks ze wspomaganiem mechanicznym był do niczego. Nie mówiąc juz˙ o tym, z˙e którejś nocy skończyło się to poraz˙eniem. Generalnie, średnia przyjemność, ale Ellie wreszcie pojęła do- słowne znaczenie określenia ,,łechtanie zmysłów’’. Niestety, jej ,,łechtane zmysły’’ omal się nie przy- piekły. Nigdy nie przyznałaby się matce, z˙e lubi seks. Rosemary uwaz˙ała, z˙e seks przed ślubem jest niemoralny, a jedynym celem i usprawiedliwieniem stosunku jest prokreacja. Jasne! Seks był świetnym sposobem na rozładowanie napięcia, wzmagał apetyt. Chociaz˙ tego ostatniego nie była akurat pewna w stu procentach, brak apetytu mógł wynikać z wyczerpania. Po seksie skóra jaśniała, stawała się świetlista. Tak, warto było poszukać kogoś, z kim moz˙na by uprawiać seks w miarę regularnie i kto wiedziałby, Millie Criswell 27 co nalez˙y robić w łóz˙ku, czyli umiałby doprowadzić kobietę do orgazmu. Najpierw jednak musiała odzyskać formę. Cel- lulitis i fałdy na brzuchu nie najlepiej współgrały z seksem, niezalez˙nie od tego, co twierdziła matka. Rosemary pewnie od co najmniej dziesięciu lat nie uprawiała seksu, ale jej z˙yciem intymnym Ellie nie zamierzała się zajmować. Seks rodziców to zagad- nienie, które kaz˙dy zdrowy człowiek powinien omijać szerokim łukiem. Wiadomo, z˙e dociekliwe dzieci Bóg karze za podobne myśli ślepotą, uschnię- tą kończyną albo innym trądem. – Ty musisz być Ellie Peters – odezwał się jakiś wzorzec męski, z listą w dłoni, wytrącając Ellie z dość chaotycznej zadumy. – Jestem Will Trawers, twój osobisty trener. Ha! Kawał interesującego samca w charakterze jej osobistego trenera. Wzorzec męski miał zabój- czą muskulaturę i ładne zielone oczy o ciepłym spojrzeniu. Dać mu od razu numer telefonu czy poczekać do następnego spotkania? – Ellie to ja – posłała mu promienny uśmiech podpatrzony u Meg Ryan. Ujął między dwa palce ciało na jej przedramieniu i cellulitis ukazał się w całej krasie. Meg Ryan nie ma zbędnej tkanki tłuszczowej na przedramionach. To tłuszczyk dziecięcy, krzyknął 28 Mowa ciała mózg Ellie, który wykombinował sobie szybko, z˙e kaz˙da osoba poniz˙ej trzydziestego piątego roku z˙ycia moz˙e rościć sobie prawo do przechowywania pozostałości tłuszczyku dziecięcego pod skórą. O ile nikt nie spróbuje zweryfikować tego odwaz˙- nego twierdzenia. Wzorzec je zweryfikował. – Wygląda na to, z˙e czeka nas trochę pracy – stwierdził. – Aha, po to tu jestem. – Znakomicie. Zatem zaczynajmy. Wzorzec męski zaczął ją waz˙yć, mierzyć, badać dokładnie warstwy tłuszczyku, po czym zapisał te wszystkie informacje w karcie, którą dla niej zało- z˙ył. Na pewno zaznaczył tam wielkimi czerwonymi literami: TŁUSZCZYK DZIECIĘCY? – AKURAT, CO ZA BZDURA!!! Normalnie Ellie powiedziałaby takiemu wzor- cowi na sterydach, co moz˙e sobie zrobić ze swoimi notatkami, ale facet miał ramiona jak konary drze- wa, klatę w rozmiarach średniej wielkości miasta i z˙adnej obrączki na palcu. Postanowiła zatem przełknąć upokorzenie, schować do kieszeni dumę i zachowywać się przyjaźnie. Nie potrafiła ocenić rozmiarów innych atrybu- tów Willa, ale na pierwszy rzut oka przedstawiał się obiecująco. Rozmiar jest waz˙ny, cokolwiek ludzie na ten Millie Criswell 29 temat sądzą. Czy chodzi o męskie genitalia, kobiece piersi czy szarą substancję mózgu, rozmiary są waz˙ne. Im większy rozmiar, tym lepiej. Powiedzmy sobie szczerze, nie chciała być podła, ale maluszek na pewno nie dotrze do punktu G. Szkoda fatygi, to i tak zakończyłoby się kompletną klęską. – Jestem pewna, z˙e trafiłam w dobre ręce – po- wiedziała dziarsko. W końcu tylko King Kong miał większe... Will zmierzył ją uwaz˙nym spojrzeniem od stóp do głów, zapisał coś w karcie i oznajmił: – Masz dobre ciało, Ellie. Potrzebuje tylko ujędr- nienia. Przebierz się i o dziesiątej spotkamy się przy biez˙ni mechanicznej. Opracujemy twoją dietę i plan ćwiczeń. W obawie, z˙e zarobi punkty karne za spóźnienie, Ellie przebrała się błyskawicznie i o ustalonym czasie stawiła się w oznaczonym miejscu, odziana w czarne szorty Nike i czarny top, pod którym rysował się wyraźnie brzuszek informujący o kaz˙- dym pochłoniętym nierozwaz˙nie batonie, kromce chleba i porcji lodów. Will, zabójca tkanki tłuszczowej, nie będzie z niej zadowolony. – Nie zrobię ani kroku więcej – oznajmiła po dziesięciu minutach na biez˙ni. Dyszała gorzej niz˙ zboczeniec nękający przez telefon nieznajome 30 Mowa ciała panie i była spocona, jakby przed chwilą urodziła co najmniej pięcioraczki. – Nie wiem, jak myszy mogą biegać w kółko. Jedzą ser, ot co. – Moja siedemdziesięciopięcioletnia babcia ma lepszą kondycję od ciebie – powiedział Will i złago- dził przycinek uśmiechem, który był tak seksy, z˙e Ellie zdobyła się na jeszcze jeden wysiłek, ryzyku- jąc atakiem serca. Moz˙e to dziwne trzepotanie w piersi to wcale nie jest reakcja na powaby Willa, tylko powaz˙na przy- padłość kardiologiczna? – Widocznie twoja babcia ma lepsze geny niz˙ ja. – Moz˙liwe. Babcia pali, pije Martini z wódką i ciągle uprawia seks. Twierdzi, z˙e dzięki temu zachowuje młodość. Niesamowite. Ellie uniosła brwi, ale nic nie powiedziała, choć miała wielką ochotę zapytać, jak i gdzie babcia znajduje partnerów, skoro jej samej nastręcza to tyle trudności. Z drugiej strony nie miałaby chyba ochoty iść do łóz˙ka z kimś, kto na noc wkłada zęby do szklanki. – Teraz cięz˙ary. Tylko w ten sposób wzmocnisz tłuszcz. bicepsy i tricepsy, spalając przy okazji Chcesz chyba włoz˙yć tank top w przyszłe lato. Ellie pokręciła głową. – Lubię bluzki z rękawami. Nie ma oparzeń od słońca, komary nie gryzą... Millie Criswell 31 – Musisz tez˙ ujędrnić piersi. Będą ładne, ster- czące, musimy tylko nad nimi popracować. Ellie zachmurzyła się. – Co ci się nie podoba w moich piersiach? Według mnie prezentują się całkiem przyzwoicie. – Prawdę powiedziawszy, uwaz˙ała, z˙e piersi to jeden z jej największych atutów, ale na Willu najwyraźniej nie robiły z˙adnego wraz˙enia. – Tutaj są trochę obwisłe. Nie chcesz chyba nosić stanika w rozmiarze 85C? – Nalez˙ałoby cię odstrzelić. Nie wiem, po co tutaj przyszłam. To jakaś cholerna izba tortur. Do tego jestem obraz˙ana... Zaz˙ądam zwrotu pienię- dzy. – Psiocząc pod nosem, Ellie przeszła w Wil- lem do sali, gdzie były cięz˙ary. Nie miała siły kłócić się z tym facetem i nie bardzo wiedziała, jak zdoła wyprowadzić Barnabę na popołudniowy spacer. W sali z cięz˙arami pełno było ćwiczących, w powietrzu unosił się zapach potu i testosteronu. Will kazał jej połoz˙yć się na lez˙ance i podał cięz˙ary, właściwie cięz˙arki, bo kaz˙dy waz˙ył zaledwie pół- tora kilograma, ale równie dobrze mogły waz˙yć i po półtorej tony, tak trudno było je unieść. Dotąd nigdy w z˙yciu nie podnosiła cięz˙arów, nawet przez myśl jej nie przeszło, z˙e w ogóle jest do tego zdolna. – Dobrze ci idzie. Kontynuuj, a ja wrócę za 32 Mowa ciała chwilę. Muszę z kimś porozmawiać. Pompuj, pom- puj, nie oszukuj. Ja wszystko widzę. – Nienawidzę cię. – Wiem, ale kiedy skończę modelować twoje ciało, będziesz mi dziękować, z˙e masz taką dosko- nałą formę. Ellie nie nalez˙ała do tych, którzy łatwo się poddają, ale teraz miała ochotę zrezygnować, zwiać stąd jak najdalej i nigdy nie wracać. Nie doświad- czyła podobnego bólu od jedenastego roku z˙ycia, kiedy spadła z roweru i zwichnęła sobie bark, ale wtedy dostała od matki lody za to, z˙e była taka dzielna. A teraz? Jedyną nagrodą miały być dla niej głupie i poniz˙ające komentarze jakiegoś bubka! – Witaj, Ellie. Ten głos. Głęboki, seksowny. Wszędzie by go rozpoznała. Był jak gorąca czekolada i nawiedzał ją w snach, po prostu prześladował od wielu lat. Jak to moz˙liwe? Otworzyła jedno oko, zatchnęła się z wraz˙enia, upuściła cięz˙arki, które z głośnym łoskotem pole- ciały na podłogę. W dodatku omal nie rozbiła głowy o umieszczony nad lez˙anką wyciąg, tak gwałtownie usiadła. Niech to diabli, Ellie Peters nadal wyglądała świetnie. Miała teraz krócej ostrzyz˙one włosy, waz˙yła Millie Criswell 33 jakieś pięć kilogramów więcej, ale ciągle była tą samą Ellie, jaką zapamiętał. Ellie, z którą był zaręczony. Ellie, z którą zerwał. Ellie, która teraz go nienawidziła. Kiedy zobaczył ją po raz pierwszy, stała przy automacie sprzedającym colę, waliła w niego pięścia- mi i kopała, twierdząc, z˙e maszyna ukradła jej dolara. Dla Michaela Deaversa była to miłość od pierw- szego wejrzenia. Tak jak Ellie, studiował filologię na Georgetown University w Waszyngtonie, tam się poznali i poko- chali. Ellie poprzestała na dyplomie magistra, on zrobił jeszcze studia doktoranckie z lingwistyki, licząc, z˙e kiedy zmęczy go juz˙ wyścig szczurów, wróci na uniwersytet i zajmie się dydaktyką. Został w Waszyngtonie. Początkowo pracował dla duz˙ej firmy farmaceutycznej, potem w Depar- tamencie Stanu, skąd trafił do ONZ w Nowym Jorku, na stanowisko dyrektora Działu Przekładów i Tłumaczeń, które od dawna było jego marzeniem. I które to marzenie miało przerodzić się w kosz- mar. Czekał z przeraz˙eniem, kiedy Ellie się dowie... Inna kobieta dawno by mu wybaczyła i zapom- niała, ale nie Ellie. Minęło siedem lat od chwili ich rozstania, a jednak pamiętała. Wiedział o tym, znał ją az˙ nazbyt dobrze. W końcu w jej z˙yłach płynęła włoska krew. 34 Mowa ciała Wkrótce po ich rozstaniu przysłała mu mocno poturbowaną laleczkę wudu ze szpilkami wbitymi w okolice lędźwi i kartką z lakonicznym epitetem ,,złamas’’. Nie, z˙eby na to nie zasłuz˙ył. Potraktował ją gorzej niz˙ strasznie. Poprosił ją o rękę, dał jej pierścionek z brylantem, który potem spuściła do sedesu, snuł plany wspólnego z˙ycia, a w końcu się wycofał. Najkrótsze narzeczeństwo w historii świata. Nie chciał zadać jej bólu. Kochał ją do szaleńst- wa. Niestety przeraziła go perspektywa małz˙eńst- wa, nie tyle konkretnie z Ellie, po prostu małz˙eńst- wa w ogóle. Miał swoje marzenia, swoje wzniosłe cele i bał się, z˙e dom, z˙ona, dzieci zrujnują mu przyszłość. Nadal był singlem, co wieczór przynosił do domu kolacje kupione na wynos i przez ostatnich siedem lat nie było dnia, z˙eby nie pomyślał o Ellie. – Co ty tu robisz? – wychrypiała Ellie. Michael mógłby zapytać o to samo, omal nie udławił się pastylką miętową, kiedy zobaczył ją wyciągniętą na lez˙ance i ćwiczącą podnoszenie cięz˙arków. Ellie nigdy nie nalez˙ała do specjalnie uspor- towionych. Jedyna aktywność fizyczna, jakiej się oddawali wspólnie, poza uprawianiem miłości, to Millie Criswell 35 były spacery po campusie Georgetown, a cięz˙ki wysiłek kojarzył się jej co najwyz˙ej z przeglądaniem wieszaków z sukniami w sklepach Ann Taylor. – Co tu robisz, Michael? – powtórzyła, tym razem z gniewnym błyskiem w oku. – Ćwiczę, podobnie jak ty. Podniosła się i stanęła naprzeciwko niego, z ręka- mi załoz˙onymi na piersi i wysuniętą do przodu brodą. Michel czuł zapach jej perfum zmieszany z zapa- chem potu. Napłynęły wspomnienia, które bez- pieczniej byłoby raz na zawsze pogrzebać. Nagły ból w lędźwiach nie miał nic wspólnego z odbytymi właśnie ćwiczeniami. – Doskonale wiesz, z˙e nie o to pytam – powie- działa ze złością. – Co robisz w Nowym Jorku? Myślałam, z˙e mieszkasz w Waszyngtonie. Michael rozwaz˙ał przez chwilę, czy powiedzieć jej o swojej nowej pracy, w końcu jednak uznał, z˙e lepiej na razie zachować to dla siebie. – Przyleciałem słuz˙bowo, często tu bywam. W końcu to tylko godzina lotu z Reagan National. Ellie jakby się odpręz˙yła, co oznaczało, z˙e kupiła jego odpowiedź. Po części była to prawda, ale właśnie to ,,po części’’ w kaz˙dej chwili mogło zaowocować potwornymi komplikacjami. Z˙ycie z Ellie zawsze było jedną wielką kom- plikacją. 36 Mowa ciała – Jestem zaskoczony, z˙e chodzisz na siłownię. Nie spodziewałem się tego po tobie. Zresztą niepo- trzebna ci siłownia. – Ellie świetnie wyglądała w swoich czarnych szortach. Miała świetne nogi i pełne, miękkie piersi, które az˙ prosiły się o piesz- czotę. Kiedyś często ich dotykał. Zaczerwieniła się i zaplotła ręce na brzuchu, jakby dało się w ten sposób ukryć wszystkie zjedzo- ne batony. – Chcę odzyskać formę. Zmieniam swoje z˙ycie. Eliminuję błędy i pomyłki, moz˙na powiedzieć. W związku z czym – uśmiechnęła się słodkim uśmiechem piranii – z˙yczę ci miłego z˙ycia. Miło było cię spotkać. Michael patrzył, jak Ellie znika w szatni dla kobiet. Pokręcił głową i cięz˙ko westchnął. W ponie- działek rano rozpęta się prawdziwe piekło, juz˙ to widział oczami wyobraźni. Ellie weszła do szatni, oparła dłonie na kolanach, wzięła kilka głębokich, uspokajających oddechów. Na szczęście była sama. Nikt nie widział, jak się rozkleja na sam widok Michaela Deaversa. Boz˙e, co za katastrofa! Dlaczego, u diaska, musiała natknąć się na niego akurat teraz, kiedy czuje się taka samotna, rozbita, bezradna i słaba?
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Mowa ciała
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: